- Opowiadanie: katia72 - Biegając na rękach

Biegając na rękach

Myślę, że tekst nie dla wszystkich, raczej z tych “cięższych”. Tak czy inaczej, deklaruję się go nie usuwać. Ilustracja mojego autorstwa. Narysowana dla Finkli :) A dla Reg i Tarniny przejrzałam opowiadanie ponad dwadzieścia razy, stosując różne rodzaje czcionki, ale obawiam się, że błędów nie uniknęłam i mogę mieć jedynie nadzieję, że będzie ich trochę mniej niż ostatnio... Akcja – jakoś tak wyszło – rozgrywa się w Katowicach.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Biegając na rękach

Nie czułam nic poza muzyką, która pulsowała i wnikała w skórę, tłumiła wszystko inne wokół, docierała do tkanek i niszczyła komórki, by budować je na nowo wedle własnego szeregu alikwotów, własnej harmonii, własnego wzorca nut…

Absolut. Nic poza. Ja i dźwięk. Nie, tylko dźwięk. Ja nie istniałam. To była melodia nieistnienia, nieżycia, połączenia ze Wszechświatem. Chaos odgłosów i metafizycznych brzmień, jedynie pozornie chaotyczny, a tak naprawdę przybierający formę obrazu, tworzący niesamowitą, obracającą się w zawrotnym tempie spiralę. Zapierające dech w piersiach fraktale Lapunowa. Odlatywałam. Miałam zamknięte powieki, a moje ciało drżało.

Ktoś pociągnął mnie za rękę. Odwróciłam się gwałtownie. Otworzyłam oczy. Rzeczywistość. Syldo. Magiczny okrąg został przerwany, musiałam przynajmniej na chwilę się zmaterializować.

– Chcesz jeszcze jedno piwo?

Przytaknęłam.

– Takie ze wzmacniaczem?

Przytaknęłam.

Syldo zaczął przeciskać się przez skaczący tłum. A ja ponownie zatopiłam się w muzyce. Chciałam być pochłonięta. Dźwiękowa stymulacja. Naprzemiennie niskie i wysokie tony rozbrzmiewające z elektrofonów. Niewidzialne morze płynące na mnie wprost ze sceny. Dławiłam się wodą pełną niedających się opisać w ludzkim języku szmerów, brzęków i dzwonienia.

– Kochanie? – Mój chłopak wrócił z dwoma kuflami seledynowochamoisowej substancji. Włożyłam słomkę do ust i piłam. W pewnym momencie zgasło światło, a muzyka przeszła w pisk, który stopniowo zmieniał się w szum odkurzacza. Traciłam kontakt ze światem. Ciemność, rura, kurz, dywan w domu babci. Nie powinnam tam iść. Za dużo czerni.

– Rossi! Chodź!

– Nie mogę – wymamrotałam. Syldo wziął mnie na ręce niczym dziecko. Na szczęście byłam mała. Znowu usłyszałam muzykę, a parę sekund później poczułam przenikliwe zimno. Czas. Brak czasu.

– Oddychaj. Spokojnie. Oddychaj.

Powoli uchyliłam powieki. Wbiłam wzrok w Spodek. Jakim cudem przed chwilą byłam w środku, a teraz patrzyłam na niego z tak daleka? Siedziałam na ławce. Obok mnie Syldo, a dalej Sini, Fidio i Kram. Spodek mienił się żółcią wymieszaną ze szkarłatem. Wyglądał, jakby powoli się wznosił, jakby zamierzał odlecieć. Statek kosmiczny.

– Oddychaj.

Otrząsnęłam się i głęboko wciągnęłam powietrze. Byliśmy po drugiej stronie ulicy, a do moich uszu ciągle dobiegała muzyka.

– Masz. – Syldo podał mi butelkę.

– Co to? – zapytałam, nie odrywając wzroku od Spodka.

– Tylko woda.

– Dzięki.

Wypiłam haustem ponad jedną trzecią butelki. Poczułam w ustach lekki posmak cytryny. Zaczęłam wracać… Spodek przygasł, muzyka ucichła, twarze nabrały kształtów, odzyskałam swoje ciało.

– Dasz radę iść?

– Mhm.

Wsparłam się na ramieniu Syldo, Sini pogłaskała mnie po głowie, szepcząc:

– Biedactwo.

Fidio i Kram zaczęli się całować. Szłam. Jeszcze tylko na sekundę odwróciłam się w stronę Spodka. Zamrugał na pomarańczowo. Szłam po chodniku o chropowatej powierzchni, którego szafirowe płyty oddzielone zostały od siebie różowymi paskami. Kicz. Wciąż trochę kręciło mi się w głowie i stopy za bardzo tonęły w podłożu, ale szłam.

To był piękny koncert, za dużo wypiłam, lecz niczego tej nocy nie żałowałam. Nowy system akustyczny zmienił scenę w Spodku w swego rodzaju świątynię muzyki elektronicznej, uczynił ją melodycznie magiczną. Trudno, że jutro będę miała paskudnego kaca, trudno, że pewnie uszkodziłam sobie słuch, trudno, że wybiegając z toalety, przewróciłam się i być może skręciłam sobie kostkę. Auć. Moja noga. Raz się żyje.

– Proszę pani, czy mogłaby mi pani pomóc?

Przede mną stał zakapturzony mężczyzna. Jego twarz ginęła w cieniu. Nie widziałam ani oczu, ani nosa, jedynie wolno poruszające się spierzchnięte wargi. I… dlaczego się zatrzymałam? Syldo i reszta byli tak przynajmniej dziesięć kroków przede mną.

– Czy mogłaby mi pani pomóc?

Zawahałam się, czy nie powinnam olać przybłędy w kapturze i pobiec za znajomymi, ale… nie mogłam. Wciąż byłam człowiekiem. Człowiekiem pozornie empatycznym.

– W czym pan potrzebuje pomocy? – zapytałam drżącym głosem.

– Chciałem wyciągnąć papierosa, ale za bardzo trzęsą mi się dłonie. Usiądziemy? – Ruchem głowy wskazał ławkę pod rozłożystym dębem.

– Tak – odpowiedziałam, bo rzeczywiście nie miałam już siły dłużej iść.

Spoczęliśmy obok siebie. Wyjął z kieszeni paczkę.

– Proszę. – Podałam mu papierosa, siląc się na uśmiech.

– Dzięki, ale i tak nie mam zapalniczki, a ty nie palisz, prawda?

Obrócił się w moją stronę, po czym zdjął kaptur. Był brzydki. Głównie przez wielkiego guza na czole. Paskudna narośl. Tętniąca, zielona, a może żółta, tylko zielona przez to jaskrawe światło. W nocy było jaśniej niż w dzień. Próbowałam patrzeć na wolno poruszające się wargi, ale guz… Dlaczego go sobie nie wyciął? Przecież teraz da się wszystko zmodyfikować. Takie boskie czasy. Ja sama rok temu pomniejszyłam sobie nos. A wstrętny guz usunęliby mu za darmo.

– Czy ty mnie słuchasz?

– Prze… prze… przepraszam – wyjąkałam, przenosząc wzrok na plamę na chodniku, bo już dłużej nie mogłam znieść widoku guza.

– Jaka jesteś Rossi? Jakbyś się opisała?

– Skąd znasz moje imię? – Przez parę sekund milczałam, po czym odparłam: – Jestem nijaka.

– Co to znaczy?

– Wata. Jestem jak wata. Wata bez formy, taka unosząca się w powietrzu.

Ciągle nie wiedziałam, co może nadać mi kształt. Ciągle szukałam. Być może ciągle byłam za młoda, ale przecież nie musiałam tego mówić.

– Dlaczego na mnie nie patrzysz?

Spojrzałam. Z twarzy nieznajomego zniknęły oczy i nos, i usta. Nie potrafiłam dostrzec nic poza guzem.

– Masz chłopaka?

– Miałam. Miałam, bo on nawet nie zauważył, że się oddaliłam. – Wskazałam palcem stojącą na przejściu dla pieszych grupkę. Kanciasta kropka. Czy oni skakali? Kropka poruszała się górę i w dół. W górę i w dół.

– Przykro mi.

– Mnie też. – Ponownie przeniosłam wzrok na chodnik.

– Trzymaj. – Nieznajomy położył tuż obok mojego uda drewnianą skrzyneczkę z wypalonym na wieczku motylem.

Popatrzyłam pytająco na guz.

– Otwórz ją, gdy będziesz chciała ponownie się ze mną spotkać – odpowiedziały niewidoczne usta.

 

***

 

Srebrne gwiazdki na suficie sypialni. Połknęłam trzy tabletki przeciwbólowe i do jutrzejszego ranka nie miałam zamiaru wychodzić z łóżka. Ostatnie, co pamiętałam to migoczący Spodek. Nie wiedziałam, kto przyprowadził mnie do domu. Pewnie Syldo. Zacisnęłam palce na poszewce, oblizałam wargi. Dzięki grubym kotarom w kolorze bordo w pokoju panował przyjemny półmrok. Nie chciało mi się myśleć. Dobrze, że jutro była niedziela. Dobrze, że najlepsze koncerty w Spodku odbywały się w piątki. Dwa dni na leczenie kaca.

Pukanie do drzwi. Cholera. Kto zakłóca moją ciszę?

– Proszę! – krzyknęłam.

Matka.

– Rozalia, to twoje? – Trzymała coś w ręce.

– Co? – Zmieniłam pozycję z horyzontalnej na półsiedzącą.

Drewniana skrzyneczka z motylem na wieczku.

– Skąd to masz? – Gula w gardle, kłucie pod lewym żebrem. Wyprostowałam palce, uwalniając poszewkę.

– Znalazłam na szafce w korytarzu. Myślałam… – Matka znowu się ogoliła i wydepilowała brwi na zero. Wyglądała jak podróbka obcego.

– Daj mi to. – Niemalże wyrwałam jej skrzynkę. – Dzięki. I czy mogłabyś przestać nazywać mnie Rozalią? Jestem Rossi.

Matka wyszła, wyjątkowo nie trzaskając drzwiami.

Dotknęłam opuszką motyla i przypomniałam sobie mężczyznę z guzem na czole. Czy rzeczywiście istniał? Czy naprawdę ze mną rozmawiał? Czy był jedynie wytworem mojego upojonego alkoholem mózgu? Wzdrygnęłam się i odłożyłam skrzynkę na bok. „Otwórz ją, gdy będziesz chciała ponownie się ze mną spotkać” – usłyszałam w głowie zachrypnięty głos nieznajomego.

– Ponownie spotkać – wyszeptałam, po czym zamknęłam powieki i zobaczyłam pulsujący guz. Nigdy.

Podniosłam się i ukryłam skrzynkę w szafie, na górnej półce, do której nie byłam w stanie sięgnąć bez stawania na krześle. Rok dwa tysiące sto dwudziesty trzeci, piąty września. Miałam dziewiętnaście lat, trzy miesiące i dwa dni. W dzienniku oprawionym w popielaty plusz narysowałam znak zapytania. Taki na całą stronę.

W niedzielę przyszedł do mnie Syldo. Najpierw obejrzeliśmy film o wymierających gatunkach niedźwiedzi, a potem uprawialiśmy seks. Długi, nudny i suchy. Kiedy już „po” leżałam na plecach, gapiąc się na gwiazdki – jedna była trochę naderwana i bałam się, że spadnie mi w nocy na głowę – zapytałam Syldo o mężczyznę w kapturze. Powiedział, że majaczę, że byłam tak schlana, że musiał na rękach zanieść mnie do domu i że z nikim nie rozmawiałam.

 

***

 

Od pamiętnej nocy, kiedy w nie do końca wiadomy sposób zostałam właścicielką tajemniczej skrzyneczki z motylem, minęły ponad trzy lata. Ciągle spotykałam się z Syldo, chociaż prawie przestaliśmy się ze sobą bzykać i wspólnie spędzany czas poświęcaliśmy głównie na rozmowy o problemach społecznych i politycznych, zastanawiając się, kiedy wreszcie dojdzie do wojny. Takiej, która obejmie cały świat.

Kółko naszych wspólnych znajomych uległo znacznej redukcji. Sidi wyjechała do Niemiec, gdzie podobno poznała oszałamiająco przystojnego Włocha i dwa miesiące temu, w środku wyjątkowo mroźniej zimy, wyszła za mąż, a Fidio zostawił Kram, po tym, gdy się okazało, że regularnie zdradzała go z kolegą ze Zrzeszenia Nowoczesnych Astronautów, i udał się w podróż na Daleki Wschód w celu zgłębiania technik medytacji Zen.

Leżałam na dywanie z nogami w górze i liczyłam unoszące się w powietrzu cząstki. Kosmate, fruwające robaczki widoczne jedynie w powietrzu oświetlonym jaskrawym słońcem. Zawieszeni na niewidzialnych linach cyrkowi akrobaci. Taaa…

Za rok, dwa miesiące i dwa dni w Warszawie miała odbyć się Olimpiada Lekkoatletyczna. Syldo przygotowywał się do rzutów oszczepem – już od pięciu lat startował w tej konkurencji – a ja… ja po raz pierwszy załapałam się do reprezentacji Polski w biegach na rękach.

Codziennie przynajmniej dwie godziny intensywnie ćwiczyłam. Spięcie mięśni nóg, pośladków, brzucha, właściwe ustawienie i świadomość własnego ciała, plank, hollow body, a przede wszystkim koncentracja i pokonanie strachu. Chciałam wygrać. Chciałam dostać medal. Mógł być brązowy, ale za wszelką cenę chciałam sobie udowodnić, że jestem dobra.

Powoli się podniosłam, zadzwoniłam po taksówkę, włożyłam kurtkę przeciwdeszczową, złapałam w rękę plecak i pojechałam do kliniki.

– Rozalia Matkowicz?

– Tak. – Kobieta w recepcji uśmiechnęła się szeroko. – Pierwsze piętro, pokój sto dziesięć. Doktor już na panią czeka.

Ostatni raz byłam tutaj, gdy zmniejszali mi nos. A teraz zamierzałam wszczepić sobie specjalne „druty” w ręce i zmodyfikować skórę po wewnętrznej stronie dłoni. Tylko po to, by lepiej biegać. Oczywiście wszystko w ramach dopuszczalnych przez regulamin olimpijski.

– Wykonamy oba zabiegi naraz. – Lekarz nie patrzył na mnie, lecz na jakiś punkt za moimi plecami. Miał brodę, krzaczaste brwi i wyjątkowo pomarszczone czoło. – Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, pojutrze będziesz mogła wrócić do domu. Bandaże zdejmiemy ci za dwa tygodnie, ale przez następny miesiąc musisz wstrzymać się z ćwiczeniami. Rozumiesz?

Pokiwałam głową.

Sala operacyjna, zbyt intensywne światło, wygodne łóżko w kolorze cytryny. Odleciałam, by po paru godzinach przebudzić się w szpitalnej sali. W głowie słyszałam muzykę, tak głośno jakby przynajmniej część mnie znajdowała się na koncercie w Spodku. Obraz delikatnie migotał.

– To normalne efekty po narkozie. – Głos lekarza. Przytłumiony, dobiegający jakby zza niewidzialnej ściany, z trudem przebijający się przez wyimaginowane, elektroniczne dźwięki. I rozmazane czoło doktora z głębokimi niczym kaniony w Ameryce Północnej zmarszczkami. Wysiliłam się na uśmiech.

– Masz teraz super silne ręce.

Muzyka trochę ucichła.

Spojrzałam na bandaże. Ładne. Biało-niebieskie. Poczułam mrowienie w palcach obu dłoni. Przełknęłam ślinę i zamknęłam powieki, by zobaczyć siebie na bieżni. Biegłam na rękach, coraz szybciej i szybciej, wyprzedzałam dziewczynę o kruczoczarnych włosach, chyba Japonkę, a potem strasznie chudą blondynkę, byłam pierwsza, wygrywałam. Brawo, brawo. Oklaski tłumu, złoto, uściski i kwiaty. Z oczu leciały mi łzy szczęścia, a ja bardzo rzadko bywałam szczęśliwa.

Tak, jak obiecał lekarz, po dwóch tygodniach zdjęli mi bandaże, a po miesiącu wróciłam do ćwiczeń. Determinacja i trening. Tylko dzięki nim miałam szansę na wygraną. Prawie zaprzestałam spotykać się z Syldo. On też zresztą nie miał dla mnie czasu. Też ćwiczył. Obydwoje musieliśmy być twardzi.

Stanęłam przodem do ściany, położyłam dłonie na podłodze, po czym przeniosłam barki nad dłonie, podniosłam kolana, odepchnęłam się rękoma od podłogi i schowałam głowę między ramiona. Patrzyłam między kciuki, spinając mięśnie brzucha i przyciskając żebra do kręgosłupa. Koncentracja. Wzięłam głęboki oddech. Przecinające się linie, sztywne, a jednocześnie giętkie. Siła. Podeszłam jedną stopą bliżej dłoni, ugięłam nogę w kolanie i stanęłam na palcach stopy. Druga noga została w tyle… Ugięłam nogę, która była bliżej dłoni, odepchnęłam się nią od podłogi, drugą nogę przenosząc nad głowę i wyciągając ją jednocześnie mocno w górę, w stronę sufitu. Wyskoczyłam. Ku niebu, ku chmurom, ku nieśmiertelności. Stanie na rękach z wyskoku. Łatwizna. Banał. Każdego dnia próbowałam trudniejszych ćwiczeń. Aż do…

To był siódmy lipca, parę minut po dziewiętnastej. Wyszłam na rękach z mieszkania. Szorstka wycieraczka, zimna posadzka i cel mojej wyprawy – schody! Jedna ręka, druga ręka. Pierwszy schodek, drugi schodek… BUM. Straciłam równowagę, uderzyłam głową o betonowy kant, przekoziołkowałam się i spadłam. Nastała ciemność, ale jedynie na chwilę. Po ułamku sekundy świat wrócił i poczułam silny ból w prawym przedramieniu. Na podłogę kapała krew. Chyba z czoła.

– Pomocy! – krzyknęłam.

Na szczęście matka i ojciec wyjątkowo byli w domu.

– Roz… Rossi! Skarbie!

Dopadli do mnie z przerażeniem w oczach.

– Spokojnie.

– Ostrożnie. Pomóż mi z tej strony. Nie… Zadzwoń po pogotowie. Szybko.

– Uważaj, bo ona… jej się mogło coś stać z kręgosłupem.

Nic mi się nie stało z kręgosłupem, ale połamałam sobie w dwóch miejscach kość przedramienia prawej ręki, a poza tym rozcięłam głowę i zdarłam skórę na obu łokciach. Brutalny koniec mojej sportowej kariery. Gdy nastawiali mi kość, przy okazji usunęli też „druty” wzmacniające. A siódemka to niby liczba przynosząca szczęście…

W dzień olimpiady siedziałam na widowni, ale częściej patrzyłam na swoje ręce niż na arenę. Mimo tych wszystkich przejść, które je spotkały, wciąż były ładne – gładkie, bladokremowe, nieowłosione. Dopiero gdy ogłoszono zawody w rzucie oszczepem, skoncentrowałam się na fruwających w powietrzu prętach. Zmrużyłam powieki i ujrzałam wojowników polujących na dziką zwierzynę. Krew cieknąca po futrze rozwścieczonego niedźwiedzia…

„Am, czy ja tracę zmysły?” – zapytałam się w myślach, po czym zacisnęłam palce na kolanach, parę razy mrugnęłam i znowu zobaczyłam wystrojonych w obcisłe kostiumy dryblasów.

Syldo wykonał trzy niesamowite rzuty i zdobył drugie miejsce. Był z siebie taki dumny. Jeszcze tego sama dnia wieczorem poszliśmy z Fidio uczcić jego sukces w restauracji na Marszałkowskiej. Zamówiliśmy dwie olbrzymie pizze i sałatkę z czarnymi oliwkami, serem feta i całkiem smaczną turkusową rośliną, której nazwy nie znałam.

– Chcesz dotknąć? – Syldo przesunął w moją stronę srebrny medal.

Przejechałam opuszką palca wskazującego po cyfrze dwa. Westchnęłam. Odwróciłam medal na drugą stronę, wbiłam wzrok w boginię zwycięstwa i pomyślałam, że moja egzystencja nie ma już dłużej sensu. Przegrałam w biegu życia.

– Co tak milczysz?

– Jestem zmęczona. – Wzruszyłam ramionami, po czym włożyłam do ust oliwkę. Bardzo lubiłam ten gorzko-cierpkawy smak.

Do końca spotkania prawie się nie odzywałam. Syldo i Fidio rozmawiali o planach na następny weekend – tenis, kino albo brydż. Wszystkie propozycje odpadały. W tenisa nie mogłam grać ze względu na wciąż nie do końca sprawną prawą rękę, w kinie wyświetlali obecnie same głupie filmy, a do brydża brakowało nam jednej osoby, bo przecież Fidio nie był już z Kram.

 

***

 

Trzy tygodnie po zwycięstwie Syldo w środku nocy spadła mi na prawy policzek srebrna gwiazdka z sufitu – ta, co była trochę naderwana. Strasznie się wystraszyłam, oczami wyobraźni widząc włochatego pająka, która zamierza wygryźć dziurę tuż obok mojej powieki. Krzyknęłam, budząc matkę.

– Rozalia! Rozalia! Otwórz drzwi! Co się stało?! – Ojca nie było w domu. W sumie to nie wiedziałam, dlaczego.

Zajęło mi dobre parę sekund, zanim zorientowałam się, że nie jestem atakowana przez żadnego stawonoga, lecz przez kawałek błyszczącego papieru. Zapaliłam światło i odkrzyknęłam:

– Już wszystko dobrze! Miałam tylko zły sen! I nie mów do mnie Rozalio! Nienawidzę tego imienia.

Ostanie zdanie wyszeptałam, więc pewnie go nie usłyszała.

– Okej. To znaczy – będę mówić Rossi. A nie okej, że masz koszmary. Co ci się przyśniło? Możesz mnie wpuścić?

Chwilę się zawahałam, po czym przekręciłam klucz. Matka miała na twarzy zielony krem, który w połączeniu z łysiną, sprawiał, że wyglądała niczym krwiożercze monstrum z idiotycznego horroru, który oglądałam, kiedy jeszcze byłam dzieckiem, i gdybym nie wiedziała, że to ona, zapewne znowu zaczęłabym się wydzierać. Podeszła do mnie na palcach i położyła dłoń na moim ramieniu:

– Rossi, martwię się o ciebie.

– Dlaczego? – zapytałam, patrząc na nią złowrogo.

Zacisnęła wargi, uniosła lekko brwi, ale nic nie odpowiedziała.

– Okej. – Uśmiechnęła się smętnie. – Idź do łóżka, bo zmarzniesz. I… i śpij spokojnie.

– Śpij spokojnie – powtórzyłam, kiedy już wyszła na korytarz, po czym wzięłam do ręki srebrny papierek. Podobno, gdy zobaczy się spadającą z nieba gwiazdę, trzeba pomyśleć jakieś życzenie. Hm, czego mogłabym sobie życzyć? Żeby poprawiły się moje relacje z Syldo? Tylko po co? On był znudzony mną, a ja nim. Żeby dostać po studiach dobrą pracę? Czy rzeczywiście miało to jakiekolwiek znaczenie, ile kasy będę zarabiać? Nie uważałam się za materialistkę, a poza tym byłam jedynaczką i zapewne mogłam liczyć na pomoc ze strony rodziców, a przynajmniej ojca. Żeby odzyskać pełną władzę w rękach i za parę lat wystartować w olimpiadzie? Medal, a potem co? Zwycięstwo – szczęście na chwilę, a ja potrzebowałam szczęścia na dłużej. Zmięłam gwiazdkę i wyrzuciłam do kubła na śmieci.

Następnego dnia wybrałam się na koncert do Spodka. Sama. Wypiłam cztery piwa ze wzmacniaczem i trzy razy wciągnęłam kokę w śmierdzącej chlorem toalecie. Muzyka rozrywała mi tętnice, zastępowała krew szafirowym płynem, docierała do serca, po czym cięła je na drobne kawałki, które przenikały przez skórę i wirowały w oparach boskiego dymu wymieszanego z potem ludzkiego szaleństwa.

Nie miałam pojęcia, jakim cudem nad ranem na własną rękę zdołałam zamówić taksówkę, wrócić do domu, zdjąć przepocone ciuchy i położyć się do łóżka. Przebudziłam się po siedemnastej, oczywiście z potwornym kacem. Założyłam szlafrok, przemyłam twarz i z butelką mineralnej w ręce poczłapałam do salonu.

Ojciec siedział na kanapie ze wzrokiem utkwionym w telewizor. Wyglądał niczym wycięty z fotografii zamieszczonej w podręczniku historii o poprzednim stuleciu. Popielate spodnie, flanelowa koszula w kratę, siwe włosy i do tego te grube, wykonane na specjalne zamówienie, kosztujące fortunę okulary, o które matka kłóciła się z nim przynajmniej raz na miesiąc. Bo… przecież nikt już dzisiaj nie nosił szkieł. Szybki zabieg laserem i wada skorygowana do zera, ale ojciec kochał antyki. Sam był jak antyk.

– Roz… Rossi… – wymamrotał, kiedy tylko spostrzegł, że pojawiłam się w pokoju.

– Tak? – Spojrzałam na niego pytająco.

– Znowu nie będzie wojny. – Westchnął ciężko i przetarł czoło bawełnianą chustką.

Zajęłam miejsce obok niego i skierowałam wzrok na ekran. Prezydent Stanów Zjednoczonych, premier Wielkiej Brytanii i Generalny Naczelnik Zjednoczonych Terytoriów Chin i Korei Północnej z uśmiechami na pucołowatych twarzach siedzieli razem przy stole. I co z tego, że uśmiechy były sztuczne? Wojny nie będzie, a zdaniem ojca ten trwający od dziesięcioleci pokój prędzej czy później doprowadzi ludzkość do zagłady. Naczelnik wręczył najpierw prezydentowi, a potem premierowi lśniące statuetki gołębicy z rozczapierzonymi skrzydłami, która trzymała w dziobie zamiast gałązki flagę, prawdopodobnie Zjednoczonych Terytoriów. Trzej wystrojeni w grafitowe garnitury politycy pokiwali głowami i raptownie zniknęli, bo ojciec wyłączył telewizor.

– Rossi… Ja się poddaję.

– Co? – Założyłam nogę na nogę, po czym wypiłam porządny łyk wody.

– Nieważne. Masz ochotę na pieczone ziemniaki?

Pieczone ziemniaki… Nie, nie miałam apetytu. Chciało mi się jedynie pić.

– Nie, muszę się położyć – wybełkotałam.

– Przecież dopiero wstałaś.

Podniosłam się i skierowałam w stronę drzwi, ale zanim wyszłam, odwróciłam się jeszcze na chwilę i zapytałam:

– Gdzie jest mama?

– U tatuażysty. Powiedziała, że chce mieć wokół lewego sutka wytatuowany jakiś łańcuch albo sznur. Już teraz nie pamiętam, to znaczy, nie za bardzo ją słuchałem. Wiesz, Rossi, ja jestem zmęczony.

– Ja też. – Odpowiedziałam, wychodząc.

Niczym lunatyk pokonałam korytarz i znalazłam się w tonącej w półmroku sypialni. Połknęłam tabletkę przeciwbólową i położyłam się na dywanie, stopy oparłam o szafę. Zmęczenie, znużenie, nuda, nieistnienie. Pragnęłam przestać być, rozpuścić w powietrzu, nigdy nie urodzić. Wata. Wata niczym żywy organizm pełzająca po podłodze, przedostająca się przez szparę do środka szafy, sunąca ku górze, aż do…

Gwałtownie zmieniłam pozycję z półleżącej na wyprostowaną, otworzyłam plastikowe drzwi, przysunęłam krzesło, ostrożnie się na nie wspięłam i sięgnęłam na górną półkę. Skrzynka z motylem. Ciągle tam była. Tylko motyl zniknął pod grubą warstwą kilkuletniego kurzu. Kichnęłam. Raz, drugi, trzeci.

Usiadłam na łóżku, położyłam skrzynkę na kolanach i ostrożnie uchyliłam wieczko.

 

***

 

– Kim ty jesteś?! Co ty tu robisz?! To pokój Rossi! – Syldo stał w progu sypialni z czerwonymi wypiekami na policzkach i krzyczał. Krzyczał, krzyczał, krzyczał. A gdy zamilkł, podbiegł do mnie, złapał za ramiona i zaczął trząść, ponownie wrzeszcząc:

– Co ty jej zrobiłeś?! Ty cholerny dziwolągu! Ja cię zabiję! Zabiję… zabiję… zabiję…

Mówił coraz ciszej i ciszej, a wraz ze zanikającym głosem słabł jego uścisk. Ostrożnie się uwolniłam i zrobiłam dwa kroki do tyłu. Syldo na moment znieruchomiał, po czym bez słowa opuścił pokój, a ja spojrzałam w lustro. I… nie ujrzałam tam siebie, tylko mężczyznę z guzem. Zakryłam dłońmi twarz.

Dziwaczne potrzeby i pragnienia. Zielona łąka i fruwające nad nią motyle. Kolorowe, radosne, jakieś takie nierzeczywiste, jakby wykreowane w programie do grafiki trójwymiarowej, zbyt perfekcyjne, zbyt sztuczne, zbyt martwe. Dotknęłam palcem guza. Był miękki, lekko chropowaty i bardzo ciepły. Przygryzłam dolną wargę, wbiłam paznokcie w uda i zaczęłam sobie przypominać… a może nie przypominać, tylko uzupełniać czas, który ukradła mi skrzynka.

Koncert w Spodku, ten, na który poszłam sama, piwo, dragi i kac. Światowy pokój i ojciec w okularach. Totalna, masakryczna, wszechogarniająca depresja. Jego i moja. Przede wszystkim moja. Za wszelką cenę musiałam coś zmienić. Wizyta w szpitalu, u tego samego lekarza, który zmodyfikował mi ręce. On był specem niemalże w każdej dziedzinie. Super mózg. Bardzo długo ze mną rozmawiał, a potem wysłał do psychologa, takiej miłej kobiety o różowo-błękitnych włosach i bardzo długich rzęsach. Ona też dużo mówiła i pytała o wiele rzeczy, ale ja byłam pewna swojej decyzji.

I mimo niezadowolenia ze strony rodziców – ba, ojciec, gdy usłyszał, co chcę zrobić, najpierw zbladł, potem na mnie wrzeszczał, a na koniec oznajmił, że już nigdy więcej nie zamieni ze mną słowa – rozpoczęłam proces zmiany płci. Powolny i staranny.

Najpierw uregulowałam kwestie prawne, potem brałam androgeny, miałam przeprowadzoną obustronną mastektomię, usunięto mi macicę i jajniki, wykonano kilkanaście operacji plastycznych twarzy. Wszystko szło jak po maśle, aż nagle coś się zepsuło i urósł mi na czole guz. I…

Wróciłam z krainy wspomnień i poczułam spływające po policzkach łzy. Bałam się, nie wiedziałam do końca czego, ale cholernie się bałam. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego otworzyłam tę przeklętą skrzynkę? Przecież ja tak naprawdę nie chciałam być motylem.

Sięgnęłam po leżący na stoliku telefon i zadzwoniłam do szpitala. Umówiłam się na wizytę jeszcze dzisiaj wieczorem.

– Chcę przerwać terapię – oznajmiłam, kiedy tylko znalazłam się w gabinecie lekarza cudotwórcy.

Doktor podrapał się w lewe ucho, czyniąc swoje zmarszczki na czole jeszcze głębszymi, i powiedział:

– Na tym etapie grozi to poważnymi powikłaniami. Am. Tego nie da się tak po prostu przerwać. Najpierw musimy dokończyć parę rzeczy, a potem ewentualnie krok po kroku zacząć się cofać.

– Ja już nie chcę, rozumiesz? Teraz. Zaprzestaję brać hormony i nie zamierzam iść w tym do przodu ani tego odwracać.

– Nie rozumiem. Musisz się na coś zdecydować, nie możesz być… – nie dokończył, lecz wstał, wyciągnął dłoń w moim kierunku i po chwili dodał: – Jedź do domu, porządnie się wyśpij i wszystko jeszcze raz na spokojnie przemyśl. I nie martw się o guza. Po zakończeniu terapii bez problemu go usuniemy.

Wyszłam ze szpitala, cała się trzęsąc, a kiedy taksówkarz zwrócił się do mnie per „pan”, wybuchnęłam histerycznym płaczem.

– Przepraszam… Czy… Co się panu stało? – Mężczyzna patrzył na mnie, a raczej na moją narośl z szeroko otworzonymi oczyma.

– Nic. Proszę jechać. Na ulicę Kościuszki, numer cztery.

Ruszyliśmy. Przestałam płakać, wysmarkałam nos, po czym zacisnęłam palce na pasku od spodni. Taksówkarz włączył radio. Jakaś nieznana mi wokalistka śpiewała o nieszczęśliwej miłości i uschniętych różach, a ja zgrzytając zębami, obserwowałam mijane budynki, drzewa, ludzi, uciekającą rzeczywistość. Kim ja niby teraz byłam? Człowiekiem z guzem.

Gdy już znalazłam się w domu, wzięłam zimny prysznic i z obrzydzeniem spojrzałam w lustro. Oprócz tego, że na czole wyrosło mi jakieś świństwo, wyglądałam jak mężczyzna. Taki odrobinę zniewieściały, ale jednak facet. W porównaniu do poprzedniej wersji miałam dużo większy nos, bardziej kwadratową szczękę i ohydne, krzaczaste brwi w kolorze cynamonu. Wzdrygnęłam się i drżącą dłonią zakryłam usta. Przypomniałam sobie o skrzyneczce. Może, kiedy z powrotem ją zamknę, czas się cofnie i przeniosę się do tego dnia, kiedy zobaczyłam w telewizji gołębicę z flagą w dziobie.

Pobiegłam do sypialni z zamiarem przeszukania szafy, tylko… tam już nie było czego przeszukiwać. Łóżko, stolik i bieżnia treningowa. Ruszyłam na korytarz i przeklinając, rozsunęłam drzwi wbudowanej w ścianę garderoby.

– Kurwa! Gdzie to jest?!

Same szmaty, ręczniki, poszewki i buty. Garściami wyrzucałam cały ten syf na podłogę.

– Rossi? – Nawet nie zauważyłam, że tuż obok mnie pojawiała się matka. – Co ty wyprawiasz?

– Nic, kurwa, nic. Co cię to obchodzi? – Z całej siły kopnęłam czerwony trzewik ze świecącymi, żółtymi sznurówkami, po czym oprałam się o wieszak, ciężko westchnęłam i zapytałam:

– Gdzie jest tata?

Matka popatrzyła na mnie jak na wariatkę.

– Przecież ojciec nie żyje.

– Co?! Jak? Kiedy? – Złapałam ją za rękę i wymamrotałam: – Jak to się stało?

– Rossi, wszystko z tobą dobrze? Przecież… prze… przecież ojciec dwa miesiące temu popełnił samobójstwo.

Samobójstwo. W milczeniu uprzątnęłam bajzel, którego byłam sprawczynią i zamknęłam się w sypialni. Czy tata zabił się z mojego powodu? Byłam mentalnie wstrętna i zasługiwałam na guza. Postanowiłam, że nie będę go usuwać.

 

***

 

Rok dwa tysiące sto trzydziesty ósmy, siedemnasty czerwca, godzina ósma czternaście. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej w sojuszu z Wielką Brytanią wypowiedziały wojnę Zjednoczonym Terytoriom Chin i Korei Północnej. Zgłosiłam się do wojska. Nie przeszłam komisji lekarskiej. Nie wiedziałam, czy bardziej przez nieokreśloną płeć, czy przez guza. Kiedy siedziałam przed telewizorem i oglądałam wiadomości wojenne, było mi całkowicie wszystko jedno, kto wygra. Tak naprawdę chciałam, żeby w ruch weszła broń atomowa. Żeby był koniec. Wielkie bum.

Tydzień później do Ameryki i Brytanii dołączyła Polska. Chińczycy wysadzili Spodek. Nastała cisza.

Koniec

Komentarze

Tutaj czegoś zabrakło :)

 

I co tego, że uśmiechy były sztuczne?

 

Umiesz pisać, opisy robisz obrazowe i odnoszę wrażenie, że tutaj robiłaś je według pewnego schematu, i to w dodatku (w moim przypadku, jako odbiorcy) dobrze działającego schematu.

Chodzi mi o takie:

"Leżałam na dywanie z nogami w górze i liczyłam unoszące się w powietrzu cząstki. Kosmate, fruwające robaczki widoczne jedynie w powietrzu oświetlonym jaskrawym słońcem. Zawieszeni na niewidzialnych linach cyrkowi akrobaci."

Zaczynasz od czegoś co każdy zna, od realistycznego, "twardego" opisu, by po chwili przejść w kolejne coraz bardziej odrzeczywistnione wizje/określenia opisywanego zjawiska.

W tekście było takich przynajmniej kilka i kupuję je wszystkie. Zresztą dobrze wiemy, że potrafisz malować obrazy słowami.

Pozytywnym zaskoczeniem była zmiana płci bohaterki. Dlaczego? Bo tego się nie spodziewałem. Moje myśli pędziły w kierunku -> coś wylezie ze szkatułki i będzie towarzyszyć bohaterce, lub coś ją zastąpi, zastąpi jej ciało swoim. A tu hop, zmiana płci podczas odłączenia się świadomości od rzeczywistości.

Co do samej historii, to nie porwała mnie. Porwały mnie opisy, np. ten o muzyce zalewającej, dławiącej jak woda. Nie potrafiłem odczuć tego co odczuwała bohaterka, obojętne były mi jej losy. Ale jesteś jedną z niewielu osób piszących, gdzie to opisy są dla mnie ciekawe. O ile nie jedyną ;)

No i jeszcze ta historia tak się jakoś urywa… jak dla mnie :)

 

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mytrix – dziękuję bardzo za przeczytanie, komentarz i kliczka. I cóż, chyba ponownie za bardzo skoncentrowałam się na formie, zamiast na treści :(

Pozdrawiam serdecznie :) 

Katiu, dobre! I kompozycja, i fabuła, a „odjazd” bardzo realistyczny. W ogóle bardzo blisko życia piszesz – te ćwiczenia, jakbym je robiła:), lecz jednocześnie neutralnie, czyli wycofujesz się tj. narratora, jest nieocennie i tylko bohater. Bardzo mi to bliskie.

Coż dzień jak co dzień, choć życie w dwa tysiące sto trzydziestym któryś i spotkanie z sobą. Stajesz na paluszkach, na rękach, chcesz biec, tak bardzo chcesz biec do mety. Pięknie prowadzisz bohaterkę. 

A smaczki w rodzaju seledynowochamoisowej substancji, elektrofony, plank, holow body :D, nie wspominając o fraktalach Lapunowa. Pamiętam jak dobrych kilka lat temu koleżanka objaśniała mi prognozowanie pogody opartej na teorii chaosu, uff – dla niej to było zwyczajne, a ja zachłysnęłam się. Kurcze, wykładnik Lapunowa jest też miarą utraty informacji – pasuje:) 

Przypomniał mi się cytat z E.Lorenza o losie (no, nazywany jest efektem motyla, dla mnie to los, czyli chaos):

„When the present determinesthe future, but the approximate present does not approximately determine the future”.

 

A tak poza tym, to #teamMytrix w kwestii opisów, kocham je.

pzd srd, a

 

 

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – dziękuję bardzo za komentarz i bardzo się cieszę, że udało Ci się znaleźć w opowiadaniu tyle plusów :) Jeśli chodzi o fraktalne Lapunowa z jednej strony zachwycają mnie swoim pięknem, a z drugiej mają też w sobie coś przerażającego…

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego wieczoru :)

 

Prawda, Katiu, z tym przerażającym, od kilku lat próbuję oswajać, a idzie, cóż – jak zwykle.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Chyba lepiej za dużo o nich nie myśleć… ;)

Próbuję, ze zmiennym szczęściem:)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Och, specjalnie dla mnie? Dziękuję. :-)

Irytowała mnie bohaterka. Mam wrażenie, że jej największym problemem jest brak problemów. Przez to ćpa, spotyka się z chłopakiem i sama nie wie dlaczego, zmienia sobie płeć, bo tak…

Zgadzam się z przedpiścami, że opisy fajne.

Ale i w tym, że dziwnie urwana ta historia. Skąd człowiek z guzem wzięła się w swojej przeszłości? Co było w pudełku?

Babska logika rządzi!

Finkla – dziękuję bardzo za przeczytanie i komentarz. A człowiek z guzem to miała być bohaterka z przyszłości, swego rodzaju ostrzeżenie dla niej by w porę zmieniła coś w życiu, ale ona mimo że brzydzi się guza, ciągle brnie coraz dalej w bezsensie… Tak to sobie wymyśliłam, ale z tego, co widzę opowiadanie wyszło przekombinowane i przez to niezrozumiałe :( Chyba lepiej pisać bez udziwnień. Przynajmniej w moim przypadku :) Pozdrawiam serdecznie :)

Piękny początek. Muzyka która staje się wszystkim. Znam to, choć dotyczy zupełnie innej muzyki. Też pisałem o tym podobnie i jeśli to tutaj opublikuję, specjalnie Ciebie zaproszę :)

Dalej robi się coraz bardziej ponuro. Świat , który tu kreujesz jest dla mnie odpychający i z chęcią na bramie z wejściem do niego umieściłbym napis “Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy [tu] wchodzicie”.

Przedstawiasz ten świat bez dramatyzowania i jakby z rezygnacją. Przedstawiasz w sposób znakomity bo dołujący. Rządzisz emocjami czytelnika – czegóż trzeba więcej?

Jedna uwaga tylko:

Trzy tygodnie po zwycięstwie Syldo

Gwoli ścisłości Syldo był drugi :)

Szkoda że nie mogę dać klika. Jeszcze nie jestem godzien. Ale mogę dać wirtualnego całusa :) kiss

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Istotnie, opisy fajne i czytało się nieźle, tylko że, niestety, nie udało mi się pojąć, o co chodzi w tej historii. :(

 

dwoma ku­fla­mi se­le­dy­no­wo­cha­mo­iso­wej sub­stan­cji. –> Czy to jakiś kolor?

 

a teraz pa­trzy­łam na niego tak z da­le­ka? –> …a teraz pa­trzy­łam na niego z tak da­le­ka?

 

Usią­dzie­my? – Ge­stem głowy wska­zał ławkę… –> Usią­dzie­my? – Ruchem głowy wska­zał ławkę

Gesty wykonuje się rękami, nie głową.

 

Od pa­mięt­nej nocy, kiedy w nie do końca wia­do­my spo­sób zo­sta­łam wła­ści­ciel­ką ta­jem­ni­czej skrzy­necz­ki z mo­ty­lem, mi­nę­ło ponad trzy lata. –> …mi­nę­ły ponad trzy lata.

 

– Tak. – Ko­bie­ta na re­cep­cji uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko. –> – Tak. – Ko­bie­ta w re­cep­cji uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko.

 

– Wy­ko­na­my oba za­bie­gi na raz. –> – Wy­ko­na­my oba za­bie­gi naraz.

 

W dzień olim­pia­dy sie­dzia­łam na wi­dow­ni, ale wię­cej pa­trzy­łam… –> W dzień olim­pia­dy sie­dzia­łam na wi­dow­ni, ale częściej pa­trzy­łam

 

wciąż były ładne – gład­kie, blado kre­mo­we, nie­o­wło­sio­ne. –> …wciąż były ładne – gład­kie, bladokre­mo­we, nie­o­wło­sio­ne.

 

Wes­tchnął cięż­ko i ma­te­ria­ło­wą chust­ką prze­tarł czoło. –> Wes­tchnął cięż­ko i prze­tarł czoło bawełnianą chust­ką.

 

A gdy za­milkł, pod­biegł do mnie, za­ła­pał za ra­mio­na… –> Literówka.

 

Z całej siły kop­nę­łam czer­wo­ne­go trze­wi­ka… –> Z całej siły kop­nę­łam czer­wo­ny trze­wi­k

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tsole – Ja też jestem fanką innej muzyki… :) Dzięki za przeczytanie i komentarz i cieszę się, że tekst Ci się spodobał :) heart Pozdrawiam serdecznie.

 

Reg – Cóż, chyba mnie nie dziwi, że nie wiesz, o co chodzi w mojej historii… bo niestety wyszło mi opowiadanko, może w miarę ok napisane to jednak z serii – “autor coś sobie w głowie wymyślił, ale zupełnie zapomniał, że czytelnik nie ma tam wglądu i…”. Nic to, tak jak obiecałam, nie usuwam, i w przyszłości postaram pisać bardziej zrozumiale :) Tak czy inaczej dziękuję za przeczytanie i poprawę błędów, których jak zwykle nie uniknęłam :(

Ps. Tak, seledynowochamoisowy to miał być kolor…

 

 

Nie no, rozumiem, że człowiek z guzem to przyszła bohaterka. Nie rozumiem, jak to się stało, że owo bohatero przeskoczyło sobie do własnej przeszłości, coby pogawędzić z byłą ja.

Babska logika rządzi!

Taki mi się wymyśliło… No, wiem, że tekst wyszedł nielogiczny :(

Ciesze się, że przyszłość obiecujesz jasną. ;)

 

Tak, seledynowochamoisowy to miał być kolor…

No tak, seledynowy znam, ale o chamoisowym nie mam pojęcia… :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg – Chamois – kolor wyprawionej koziej skóry. Tak czy inaczej, nie jestem pewna, czy poprawnie tworzę przymiotnik…

A czy przyszłość będzie jasna… Taką mam nadzieję, a co z tego wyjdzie, hm, to już inna sprawa :)

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego wieczoru :)

OK. Teraz już wiem. ;)

Skoro są kolory beżowy czy bordowy, to chyba może być i chamoisowy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, tak szczerze pisząc, to używanie określenia "chamoisowy" to taka raczej fanaberia, który nie pochwalam, ale pasowała mi do mojej dziwacznej bohaterki. I przy okazji naszła mnie refleksja, że być może wcielenie się w "normalniejsze" bohaterki wpłynie korzystnie zarówno na mnie jak i moje opowiadania :)

Katio, byłoby strasznie smutno, gdybyśmy nie mogli, przynajmniej od czasu do czasu, spełniać swoich fanaberii. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:):):)

Początek bardzo zachęcający. Dodam i ja, że opisy piękne, obrazowe. 

Świetnie opisałaś reakcję Rossi na widok człowieka z guzem. Bez lukru, prawdziwie, Rossi nie mogła się skupić na niczym innym, tylko na guzie. To wstydliwe, że ludzie tak reagują na brzydotę, ale taka prawda. 

Bieganie na rękach, to mnie rozbawiło. 

Postać Rossi wykreowałaś bardzo dobrze. Jest trochę popieprzona, ale ma coś w sobie. Podobały mi się też opisy innych postaci – łysa matka, wytatuowana, pani psycholog z kolorowymi włosami i nienaturalnie długimi rzęsami – widać, że to przyszłość. Ludzkość zmierza ku dziwactwom. ;)

Chciałabym tylko zrozumieć, co Ci chodziło po głowie, kiedy pisałaś o braku wojen na świecie. Dlaczego Rozalia i jej ojciec chcieli wojny? Bo tego chyba nie rozumiem :( 

 

Jako całość: podobało się. :)

 

Sara

prawdziwie, Rossi nie mogła się skupić na niczym innym, tylko na guzie

Mężczyźni różnią się tym, że patrząc na kobietę lubią skupiać się na dwóch guzach :)

Moja córa, gdy była małym dzieckiem zapytała kiedyś żonę: “Mamo a mnie też wyrosną takie bulwy? :)

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

:D

Sara

Sara – Dziękuję bardzo za wizytę i komentarz i kliczka… Jeśli chodzi o wojnę… Gdy ludziom jest za dobrze zaczynają świrować, przynajmniej niektórzy z nich, a inni wtedy uważają, że powinno się im przytrafić coś nieprzyjemnego, by sprowadzić ich na ziemię (tylko niektórzy)… I w moim tekście zarówno Rossi jak i jej mama “świrowały”, a ojcu wydawało się, że wojna może uratować świat, chociaż raczej oczywiście go zniszczy… Jednym słowem wszyscy moi bohaterowie nie radzili sobie z życiem :(

Pozdrawiam serdecznie.

 

Tsole – yes smiley

Nie po raz pierwszy się zastanawiam co siedzi w Twojej głowie. Nie mogę się zdecydować czy bardziej mnie to fascynuje, czy przeraża.

Tekst bardzo dobry. Choć nie do końca ogarniam, co tam się wydarzyło i dlaczego, to całość wywarła na mnie duże wrażenie.

Podoba mi się sposób, w jaki postrzegasz świat, każdy twój opis to małe dzieło sztuki. :)

Masz świetne, czasem nieco absurdalne pomysły. Bieganie na rękach jako dyscyplina olimpijska było naprawdę świetne.

To drugie twoje opko, które przeczytałam i drugie mocno przygnębiające. Nie wiem, czy to przypadek, czy generalnie w takiej konwencji piszesz. Mam jednak wrażenie, że twoi bohaterowie są pozbawieni możliwości wpływu na swoje życie. Bez względu na to, jak bardzo próbują sobie poradzić i tak im się nie udaje.

Mam wrażenie, że twoja bohaterka zapętliła się w czasie i sama sobie tę krzywdę zrobiła i za cholerę nie rozumiem dlaczego. Nie jestem nawet pewna, czy dobrze zrozumiałam to, co przeczytałam.

Dziewczyna spotyka swoje przyszłe wcielenie, które wręcza jej szkatułkę wraz ze słowami, że jeśli będzie chciała ponownie się spotkać, powinna otworzyć szkatułkę. Kiedy dziewczyna w końcu to robi, przeskakuje w czasie o parę lat naprzód. Kiedy później próbuje znaleźć szkatułkę, już jej nie ma, czyli zdążyła ją sobie wręczyć. Pomysł ciekawy, tyle tylko, że dziewczyna w ten sposób sama skazuje się na taki, a nie inny los. Z tej pętli nie ma żadnego wyjścia. Czemu to sobie robi?

 

Chrościsko – dziękuję bardzo za przeczytanie i kliczka, mimo iż tekst wyszedł niezrozumiały :)

 

Irka_Luz – dzięki za wizytę i miło mi, że podobają Ci się moje opisy :)

 

Chrościsko, Irka – ten tekst jest chyba (uwaga, teraz – niekoniecznie udana autoanaliza…) – wynikiem zwątpienia w samą siebie i ciągłym dochodzeniem do punktu, do którego wcale nie chciałam dojść. Takie powtarzające się rozczarowywanie samą sobą, tak jakby pewnych problemów nie dało się przeskoczyć, jakby były wpisane w geny i koniec. Tak czy inaczej, wbrew pozorom, a może wbrew moim tekstom, w “rzeczywistości” jestem całkiem pozytywną osobą :) I bardzo dużo się śmieję :)

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Tak czy inaczej, wbrew pozorom, a może wbrew moim tekstom, w “rzeczywistości” jestem całkiem pozytywną osobą :) I bardzo dużo się śmieję :)

W to akurat wierzę.

Ciekawe, która Katia jest prawdziwa. Ta depresyjna, skrywająca się za uśmiechem, czy ta roześmiana, poszukująca mrocznych doznań, gdy nikt nie patrzy?

Chyba i taka i taka… smiley

Katia ma mroczne alter ego, które ujawnia się, gdy pisze ;)

Sara

Oj, bardzo mroczne ;)

A która osobowość ujawnia się, gdy rysujesz? A może masz trzecią na tę okoliczność? ;-)

Babska logika rządzi!

Też ta mroczna… :) Tylko rysunki, wydaje mi się, że są takie odrobinę mniej psychicznie ekshibicjonistyczne niż pisanie… I dużo łatwiej narysować coś optymistyczego niż napisać, dlatego za Twój konkurs nawet się nie zabieram :(

Zabierz się, zabierz. Najwyżej od razu wszyscy będą wiedzieć, że to Ty. ;-)

Babska logika rządzi!

:):):) Hm, jeszcze sie zastanowie… Chociaz, humor… Masakra, ale zobaczymy co da sie zrobic :):):)

Bardzo mi się podobało to opowiadanie. Podobały mi się nie tylko opisy, ale i fabuła. Myślę, że wiele osób może utożsamić się, wbrew pozorom, z problemami bohaterki. Z problemami związanymi z tożsamością i brakiem celu w życiu. Bardzo obrazowo przedstawiłaś kryzys egzystencjalny i szczerze przyznam, że trafiło to do mnie. Idę nominować do biblioteki! 

O, Rosebelle :) Bardzo miło Cię widzieć, hm, czytać? I oczywiście bardzo się cieszę, że spodobało Ci się opowiadanie i to nie tylko opisy, ale też fabuła :):):) Pozdrawiam ciepło i życzę miłego dnia :)

No, ostatnio jestem straszliwie zabiegana, więc nie miałam czasu tyle zaglądać, co kiedyś, ale teraz mam nadzieję bywać częściej :D

Super :)

Jak zawsze świetnie pokazujesz ludzkie uczucia i odruchy z pierwszoosobowej narracji. Tak więc od strony prezentacji bohaterki nie mam nic do zarzucenia. Jej przemyślenia kształtują także moje spojrzenie na świat przedstawiony, więc końcówka fajnie wpisuje się w rysowany obraz upadku.

Trochę jednak zgrzyta mi ogólny zarys fabularny. Bo to taki tekst do obiadu – przeczytać, pokiwać głową, zachwycić się fragmentami i pójść dalej. Brakuje jakiegoś wyraźnego kierunku, trochę jak we wprawce. Albo ja go nie wychwytuję – co jest bardziej możliwe ;)

A kolorowy obrazek bardzo fajny!

Podsumowując: dobry, emocjonalny koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan – dziękuję bardzo za wizytę i komentarz :) Cieszę się, że spodobał się rysunek :) A odnośnie fabuły, chyba coś z nią nie do końca jest dobrze, bo dużo osób narzeka :)

Pozdrawiam serdecznie :)

Katiu – jakże się cieszę, że znów napotykam Twój tekst na moim dyżurze :) 

Pięknie malujesz słowami, sama nie wiem, czy bardziej podobają mi się Twoje opowiadania, czy obrazki :) Pewnie i to, i to :)

Co do samej fabuły – hmmm… Mi też podpasowała średnio, ale zaczęłam się zastanawiać dlaczego… I doszłam do wniosku, że po prostu tak dobrze przedstawiłaś bohaterkę, że jakby zaraziłaś mnie jej nastrojem. Takim, no może nie tumiwisizmem, ale marazmem jakimś, watowością (”jestem jak wata”, piękne!). A u mnie poziom empatii wynosi jakiś pierdyliard, więc tego.

Wydaje mi się, że może gdybyś przedstawiła jakoś myśli bohaterki albo jakieś wizje tuż po otwarciu skrzynki, czyli jakby proces przyczynowo-skutkowy, to fabuła byłaby jaśniejsza. No i może jakaś wskazówka, jakiś smaczek w dialogu z mężczyzną z guzem, tym na początku, sama nie wiem.

 

Dwie malutenienieczkie rzeczy mi zazgrzytały (no, trzy:P):

 

Tylko dzięki nim miałam szansę na wygraną. Prawie zaprzestałam spotykać się z Sydlo (Syldo) . On ten (też/również) zresztą nie miał dla mnie czasu.

Am…

Rozumiem, że to zapożyczyłaś z angielskiego “um”, ale jakoś mi nie leży. Wywaliłabym.

 

W każdym razie podobało mi się :)

I mam nadzieję, że odnajdziesz swój impuls i bodziec, który przerwie błędne koło.

 

A pisanie jest świetną autoterapią :)

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Napisane bardzo pięknie, jak zwykle u Ciebie dobrze nakreślone wątki obyczajowe. Fabularnie trochę się pogubiłem, niestety. Nie zrozumiałem, co to w zasadzie była za skrzynka. Albo co symbolizowała. Nie wiem, czy tekst odczytywać bardziej dosłownie czy jako metaforę. Ale cóż, ostrzegałaś w przedmowie, że tekst będzie ciężki. :)

Za to plus za cameo fraktali Lapunowa. Przepiękne są. :)

No i ciekawy pomysł z tym chodzeniem na rękach.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Iluzja – dziękuję bardzo za przeczytanie i komentarz. Ciszę się, że lubisz zarówno moje teksty, jak i rysunki :) A jeśli chodzi o fabułę tego konkretnego opowiadania… Następnym razem postaram się troche bardziej nad tym aspektem skoncentrować :) Błędy poprawione. I zgadzam się, że pisanie to świetna autoterapia :)

 

Anet – fajnie, że fajne :)

 

SzyszkowyDziadku – dzięki za wizytę i cieszę się, że opowiadanie jest “pięknie napisane”, a nad fabułą będę pracować w kolejnych tekstach, tak żeby bardziej zrozumiałe :)

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie.

Bardzo ładnie napisany, obrazowy tekst. Fabuła do samodzielnej interpretacji w tym akurat tekście mi pasuje, a nie zawsze się to zdarza.

Zygfryd – dziękuję za wizytę i cieszę się, że spodobały Ci się zarówno opisy jak swoboda interpretacyjna :) Pozdrawiam serdecznie.

Nowa Fantastyka