- Opowiadanie: Corrinn - Dom na skalistej wyspie

Dom na skalistej wyspie

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Dom na skalistej wyspie

My­śla­łem, że uto­nie­my. Za­zwy­czaj tak koń­czy się nagłe i nie­odwo­łal­ne na­peł­nie­nie płuc wodą, jeśli do niego do­pu­ścić. Nasza łódka ba­lan­so­wa­ła nie­pew­nie na grzbie­cie wy­so­kiej fali, by po chwi­li wraz z nią za­paść się nie­mal pod wodę, w ocze­ki­wa­niu na ko­lej­ne po­dźwi­gnię­cie ku niebu. Wie­dzia­łem, że jeśli prze­ży­ję, nigdy nie wsią­dę na rol­ler­co­ster. Wiatr był po­tęż­ny, ale moja po­trze­ba rzy­ga­nia do­rów­ny­wa­ła mu gwał­tow­no­ścią.

Karol nie czuł się le­piej. Wie­dzia­łem, że miał dużo więk­sze do­świad­cze­nie z że­glu­gą, niż ja, mimo to jego twarz przy­bra­ła nie­zdro­wy, zie­lo­ny od­cień. Obaj sta­ra­li­śmy się nie wpaść do wody, co nie było łatwe. Za­czę­li­śmy się mo­dlić i wtedy zo­ba­czy­łem ląd. W na­głym przy­pły­wie re­li­gij­no­ści, po­my­śla­łem, że to praw­dzi­wy cud.

Do­pły­nę­li­śmy do brze­gu. Do­słow­nie ude­rzy­li­śmy w niego, lecz naj­waż­niej­sze, że da­li­śmy radę wspiąć się po ska­łach ota­cza­ją­cych wyspę. Łódka roz­trza­ska­ła się i uto­nę­ła, ale nie dba­li­śmy o nią. By­li­śmy ura­to­wa­ni.

Na środ­ku wyspy stał dom. Zdzi­wi­łem się, po­dob­nie jak mój to­wa­rzysz, ale nie było czasu na za­da­wa­nie pytań. Zbli­żał się sztorm, a schro­nie­nie cze­ka­ło tuż przed nami. Na­ci­sną­łem na klam­kę ma­syw­nych, drew­nia­nych drzwi i z tru­dem je uchy­li­łem. W środ­ku nie było ni­ko­go.

Wsze­dłem do bu­dyn­ku i pierw­sze co zo­ba­czy­łem, to wiel­ki, pła­ski te­le­wi­zor wi­szą­cy na ścia­nie na­prze­ciw­ko. Mój po­ziom zdzi­wie­nia zbli­żał się wła­śnie do końca skali, gdy Karol minął mnie i za­czął do­kład­nie oglą­dać wszyst­ko, co było w po­miesz­cze­niu. Za­mkną­łem drzwi, by wiatr nie wdzie­rał się do we­wnątrz.

– Ale jazda! – rzekł mój to­wa­rzysz, pod­no­sząc ze sto­li­ka w rogu naj­now­szy iPho­ne ze słyn­nym jabł­kiem.

– Jest nawet kom­pu­ter – po­wie­dzia­łem pod­cho­dząc do biur­ka, przy któ­rym stało wy­god­ne, ob­ro­to­we krze­sło.

Nie mia­łem bla­de­go po­ję­cia, skąd mógł wziąć się tak do­brze wy­po­sa­żo­ny dom, oto­czo­ny prze­stwo­rem wód, na wy­spie, która była nie­wie­le więk­sza od bu­dyn­ku, który na niej stał. Karol roz­go­ścił się już w po­ko­ju obok, zdjąw­szy wierzch­nią war­stwę prze­mo­czo­nych ubrań. Po­roz­wie­szał je na go­rą­cym ka­lo­ry­fe­rze, aby się osu­szy­ły. Ja na­to­miast zna­la­złem pokój na pię­trze, który pa­so­wał mi ide­al­nie. Był to mój pierw­szy pokój z wi­do­kiem na ocean.

Wkrót­ce za­czę­li­śmy oba­wiać się, że wła­ści­ciel domu wróci i nie­ko­niecz­nie po­lu­bi no­wych lo­ka­to­rów. Karol stwier­dził, że i tak nie mamy dokąd pójść, je­ste­śmy w pu­łap­ce, więc chcąc nie chcąc, mu­si­my zo­stać. A czy go­spo­darz bę­dzie z tego za­do­wo­lo­ny, czy nie, okaże się jak wróci.

A wró­cić po­wi­nien nie­dłu­go, jeśli jest na morzu, o ile oczy­wi­ście nie roz­bi­je się o wła­sną ska­li­stą wyspę. Trwał sztorm. Wy­da­wa­ło się nam, że zmyje nas razem z domem. W głębi serca czu­łem strach, że morze po­chło­nie nas tak jak sta­tek, z któ­re­go ucie­kli­śmy w łodzi ra­tun­ko­wej. Wie­dzia­łem, że po­zo­sta­li nie mieli tyle szczę­ścia, więc trud­no mi było cie­szyć się z na­sze­go oca­le­nia. Jakoś nie wy­pa­da­ło.

Do wie­czo­ra wy­mie­ni­li­śmy tylko kilka słów. To miej­sce dzia­ła­ło tak, że nie miało się ocho­ty o ni­czym roz­ma­wiać. Od­lud­ny za­ką­tek świa­ta, a jed­nak ktoś tu miesz­ka. I ma iPho­na.

Nocą wiatr nieco ze­lżał. Spa­łem w po­ko­ju na górze, na sze­ro­kim łożu, bo zna­la­złem je pierw­szy. Karol spał na ka­na­pie, w po­ko­ju „wy­po­czyn­ko­wym” (tak go na­zwa­li­śmy), na par­te­rze.

Nad ranem usły­sze­li­śmy skrzy­pie­nie drzwi.

 

*

 

Ze­rwa­łem się z łóżka i po­spiesz­nie za­ło­ży­łem ubra­nie, które było już tro­chę mniej mokre. Usły­sza­łem gniew­ny krzyk do­cho­dzą­cy z dołu.

– Kim ty je­steś? Co ro­bisz na mojej ka­na­pie?!

Sy­tu­acja Ka­ro­la była nie­cie­ka­wa, a myśl, że i ja nie­dłu­go będę mu­siał się ujaw­nić, nie po­pra­wia­ła mi sa­mo­po­czu­cia.

Ostroż­nie zsze­dłem po scho­dach, sta­ra­jąc się nie robić ha­ła­su. Wie­dzia­łem, że i tak prę­dzej czy póź­niej go­spo­darz zo­ba­czy mnie, ale wo­la­łem mak­sy­mal­nie od­wlec tę chwi­lę. W końcu zo­ba­czy­łem go.

Karol kulił się i pró­bo­wał scho­wać za ka­na­pę. Nie czy­nił tego bez po­wo­du, właściciel domu był wy­so­ki, bar­czy­sty i roz­gnie­wa­ny. To po­łą­cze­nie nie wróży nigdy nic do­bre­go.

– Mi­chał! Pro­szę, zrób coś! – W ten spo­sób moje stra­te­gicz­ne po­ło­że­nie zo­sta­ło zdra­dzo­ne, a po­tęż­ny męż­czy­zna spoj­rzał na mnie. Jego oczy były błę­kit­ne jak ocean, ale twarz po­zna­czo­na bli­zna­mi i głę­bo­ki­mi zmarszcz­ka­mi nie wzbu­dza­ła sym­pa­tii. Z warg wy­krzy­wio­nych w groź­nym gry­ma­sie, mię­dzy któ­ry­mi tkwi­ły reszt­ki po­żół­kłych zębów, ście­ka­ła struż­ka śliny, z po­skle­ja­nych wło­sów i brody ka­pa­ła na pod­ło­gę woda i na­tych­miast wy­sy­cha­ła. Ubra­ny był w kurt­kę ry­bac­ką ko­lo­ru khaki, wo­do­od­por­ne spodnie i wy­so­kie gu­mow­ce. W pra­wej dłoni trzy­mał har­pun.

– Co? Jesz­cze jeden? Na­dzie­ję was na ostrze jak ło­so­sia! Bę­dzie­cie dyn­dać na brze­gu, gło­wa­mi do dołu tak długo, aż wy­zio­nie­cie ducha! – Męż­czy­zna pod­no­sił głos coraz bar­dziej, grzmiał jak burza i wy­ma­chi­wał swoim har­pu­nem. – Albo le­piej. Rzucę was jako przy­nę­tę na re­ki­ny.

Karol zbladł, ja za­czą­łem dy­go­tać. Może z tego po­wo­du, że za­ło­ży­łem nie do końca wy­su­szo­ne ubra­nie i teraz było mi zimno.

– Bła­gam, daruj mi życie, zro­bię co ze­chcesz – po­wie­dział Karol i prze­wró­cił się, mimo że nikt go nie po­pchnął. To pew­nie ze stra­chu.

Wtedy ol­brzym za­czął się śmiać. Jego ra­dość była tak wiel­ka, że w rytm ko­lej­nych wy­bu­chów eu­fo­rii, drża­ła pod nami po­sadz­ka. Śmiał się i śmiał, a było w tym tak wiele nie­spo­dzie­wa­ne­go szczę­ścia, że gdyby nie po­wa­ga sy­tu­acji i groź­by, któ­ry­mi nas ob­sy­py­wał, za­czął­bym chi­cho­tać razem z nim.

Spoj­rza­łem na ko­le­gę, z któ­re­go oczu dało się wy­czy­tać to samo py­ta­nie, co z moich. Czy męż­czy­zna osza­lał? Czy tra­fi­li­śmy do domu wa­ria­ta i być może czeka nas los gor­szy od śmier­ci?

Tym­cza­sem ol­brzym się­gnął po swo­je­go iPho­na i za­grzmiał po­now­nie:

– Muszę wam zro­bić zdję­cie. Wy­glą­da­cie, jak­by­ście zo­ba­czy­li ducha. Za­ło­żę się, że zro­bi­li­by­ście pod sie­bie, gdy­bym po­krzy­czał na was jesz­cze przez chwi­lę.

Nie­zna­jo­my od­sta­wił har­pun w kąt po­miesz­cze­nia. Zro­bił zdję­cie i po­szedł do są­sied­nie­go po­ko­ju.

– Chodź­cie, za­pa­rzę her­ba­tę.

 

*

 

Gdy sie­dzie­li­śmy już przy stole, pijąc mię­to­wą her­ba­tę z im­bry­ka, męż­czy­zna pod­jął opo­wieść:

– Na­zy­wam się Po­sej­don. Gdy byłem młody, a było to bar­dzo, bar­dzo dawno temu, mia­łem wspa­nia­ły pałac na dnie morza, w któ­rym za­sia­da­łem na tro­nie wraz z moją żoną Am­fi­try­tą, córką Oke­ano­sa. Nie­szczę­śli­wie, pew­ne­go dnia wy­pły­nę­ła z pa­ła­cu i nigdy nie wró­ci­ła. Szu­ka­łem jej wiele lat, lecz na próż­no. Może umar­ła, może ktoś ją po­rwał, nie mam po­ję­cia… Mój smu­tek z każ­dym ro­kiem na­ra­stał.

W po­ry­wie roz­pa­czy zro­bi­łem coś, czego do dziś ża­łu­ję. Z ma­ga­zy­nu, w któ­rym trzy­ma­li­śmy różne war­to­ścio­we rze­czy, wy­kra­dłem Zeu­so­wi pio­run i ci­sną­łem go w niebo. Spadł pro­sto na Pałac Bogów. Wy­buchł po­twor­ny pożar, spa­la­jąc nasz cały zapas nek­ta­ru i am­bro­zji, a trze­ba wam wie­dzieć, że nek­tar to nie­zwy­kle mocne wino, ma w sobie tyle al­ko­ho­lu, że nie dało się go uga­sić. Myślę, że po­wo­dem dla któ­re­go lu­dzie pi­ja­ni wie­rzą, że są nie­śmier­tel­ni, jest wła­śnie podobieństwo ludz­kie­go wina do nek­ta­ru. Ten boski ma jed­nak jeden do­dat­ko­wy skład­nik, któ­re­go nie mogę zdra­dzić, a zresz­tą nie ma go już na świe­cie. Był tylko na górze Olimp. Spło­nę­ły wszyst­kie becz­ki, zapas na całą wiecz­ność. Nie można od­two­rzyć tego prze­pi­su.

Od tej pory bo­go­wie za­czę­li się sta­rzeć. Czy­ni­li to jed­nak znacz­nie wol­niej niż zwy­czaj­ni śmier­tel­ni­cy, gdyż w ich ży­łach wciąż pły­nę­ło wspo­mnie­nie bo­skie­go na­po­ju, a am­bro­zja, którą jedli, aby nek­tar do­brze się wchła­niał, nadal pod­trzy­my­wa­ła wła­ści­wą prze­mia­nę ma­te­rii. Mimo to, po set­kach lat zo­sta­łem tylko ja.

Zeus, gdy jesz­cze żył, był na mnie śmier­tel­nie za­wzię­ty. Uka­rał mnie tak, jak po­tra­fił. Chce­cie wie­dzieć, co zro­bił? Po­pro­sił Herę, aby rzu­ci­ła na mnie urok, nie­po­zwa­la­ją­cy mi od­dy­chać pod wodą. Od tej pory muszę żyć wy­łącz­nie na po­wierzch­ni. I od wielu dekad na tej wy­spie. Ostat­nio zmo­der­ni­zo­wa­łem nieco miesz­ka­nie, by na­dą­żać za du­chem czasu – bo­giem, który umrze do­pie­ro przy końcu świa­ta. Za­pew­ne za­uwa­ży­li­ście, że żyję teraz jak… jeden z was. To praw­da, ale nie do końca. Wciąż po­tra­fię po­ro­zu­mie­wać się z wod­ny­mi stwo­rze­nia­mi, a one mnie słu­cha­ją. Zbu­do­wa­łem nawet w piw­ni­cy małą elek­trow­nię, która za­mie­nia ener­gię fal mor­skich w prąd i cie­pło. Dzię­ki niej ogrze­wam dom i za­si­lam urzą­dze­nia elek­trycz­ne. Pew­nie za­sta­na­wia­cie się, gdzie mój trój­ząb? Za­mie­ni­łem go na coś bar­dziej prak­tycz­ne­go.

Taka jest moja hi­sto­ria. Żyję na od­lu­dziu, a mimo to zna­leź­li­ście mnie. Za­zwy­czaj ukry­wam swój do­by­tek we mgle, wczo­raj po pro­stu za­po­mnia­łem ją wy­wo­łać. Cóż, pa­mięć z wie­kiem także sta­rze­je się nie­ubła­ga­nie i za­czy­na­ją po­ja­wiać się w niej dziu­ry. Teraz wasza kolej, co wła­ści­wie się stało, że wtar­gnę­li­ście do mo­je­go domu, dla­cze­go tu je­ste­ście?

 

*

 

Karol opo­wie­dział o tym, jak nasz sta­tek nagle za­czął tonąć. Zrzu­cił całą winę na roz­po­czy­na­ją­cy się sztorm, ale nie za­uwa­żył jed­ne­go szcze­gó­łu, który nie uszedł uwa­dze Po­sej­do­na.

– Jak wasz sta­tek mógł tak po pro­stu za­cząć tonąć? Czy chce­cie po­wie­dzieć, że… – Tu urwał i po­dra­pał się po gło­wie. – Coś sobie przy­po­mnia­łem. Czy ten sta­tek nie był przy­pad­kiem cał­kiem biały i pły­nął na po­łu­dnie?

– Ow­szem – od­po­wie­dzia­łem.

– W takim razie wiem, co się stało. Prze­pra­szam. My­śla­łem, że po­lu­je­cie na wie­lo­ry­by.

– To był sta­tek wy­ciecz­ko­wy! – krzyk­nął Karol, za­po­mi­na­jąc, jak bar­dzo bał się męż­czy­zny, który oka­zał się być grec­kim bo­giem. – Zgi­nę­ło wielu ludzi!

– Na­praw­dę mi przy­kro. Mój wzrok nie jest już tak so­ko­li, jak kie­dyś. Po­my­li­łem się. Wie­cie, nie cier­pię kłu­sow­ni­ków. Naj­chęt­niej wszyst­kich bym po­za­bi­jał. Po­lu­ją na moich mor­skich przy­ja­ciół.

Nie gnie­wa­li­śmy się długo. Po­sej­don oka­zał się go­ścin­ny i bar­dziej przy­ja­zny, niż wska­zy­wa­ła­by na to jego apa­ry­cja.

Po kilku dniach za­pro­po­no­wał, że po­mo­że nam wró­cić do domu. Na po­że­gna­nie po­da­ro­wał nam pięk­ny pre­zent.

– Oto musz­le ra­dio­we – rzekł. – Oprócz dźwię­ku morza, od­bie­ra­ją także każdą sta­cję ra­dio­wą, o któ­rej po­my­śli­cie.

Po­dzię­ko­wa­li­śmy Po­sej­do­no­wi za wspa­nia­ły po­da­ru­nek. Ja na­to­miast wpa­dłem na po­mysł.

– Jeśli chcesz, po­da­ru­ję ci moje oku­la­ry. Widać przez nie wszyst­ko, na co pa­trzysz, o wiele wy­raź­niej. To bar­dzo po­ży­tecz­ny wy­na­la­zek, po­wi­nie­neś go uży­wać.

Po­sej­don przy­mie­rzył i oka­za­ło się, że są ide­al­nie pod niego.

– Dzię­ku­ję, to wspa­nia­ły dar. By­waj­cie!

– Bywaj, Po­sej­do­nie!

Od­pły­nę­li­śmy na grzbie­cie wie­lo­ry­ba, za­sta­na­wia­jąc się, jak da­le­ko stąd do brze­gu. Karol szep­nął mi do ucha:

– Jak my­ślisz, czy to na­praw­dę był Po­sej­don? Za­wsze my­śla­łem, że to mit.

– W każ­dym micie jest zia­ren­ko praw­dy – od­par­łem, głasz­cząc wie­lo­ry­ba po gło­wie.

Koniec

Komentarze

Przyjemne bardzo. Dobrze napisane. Mało oryginalne, ale dobrze się czytało. Z uśmiechem.

Posejdon jaki dowcipniś. :) 

 

“Wybuchł potworny pożar, spalając nasz cały zapas nektaru i ambrozji, a trzeba wam wiedzieć, że nektar to niezwykle mocne wino, ma w sobie tyle alkoholu, że nie dało się go ugasić.”

 

Hmm… czysty alkohol etylowy spala się szybko i po prostu odparowuje, a płomień gaśnie. Więc skoro było go aż tyle w tej ambrozji… Chociaż można sobie wyobrazić, że paliły się beczki z ambrozją, więc w sumie nie będę się więcej czepiać. :)

 

Myślę, że powodem dla którego ludzie pijani wierzą, że są nieśmiertelni, wynika właśnie z podobieństwa ludzkiego wina do nektaru. – A to dobre. ;)

 

 

Sara

Dziękuję ze odwiedziny i przeczytanie :)

 

SaraWinter – Myślę, że paliło się dużo więcej niż tylko beczki i ich zawartość. Ogień rozprzestrzenia się szybko, a piorun Zeusa ma niezłego kopa. :) Alkohol pomógł natomiast dopełnić dzieła. Może gdyby Dionizos nie zaczął gasić pożaru wódką, coś by ocalało… (tego w tekście nie było, ale ja jako autor wiem więcej niż jest w tekście).

Cieszę się, że mój tekst został odebrany przez Ciebie pozytywnie. Tak, fabuła nie jest bardzo skomplikowana, ale myślę, że da się przełknąć.

Zazwyczaj tak kończy się nagłe i nieodwołalne napełnienie płuc słoną wodą, jeśli do niego dopuścić. Nasza łódka balansowała niepewnie na grzbiecie wysokiej fali, by po chwili wraz z nią zapaść się niemal pod wodę, w oczekiwaniu na kolejne podźwignięcie ku niebu.

Mam wrażenie, że utonięciem kończy się wypełnienie płuc nie tylko słoną wodą.

Nacisnąłem na klamkę masywnych, drewnianych drzwi i z trudem je uchyliłem.

Nie miałem bladego pojęcia[+,] skąd mógł wziąć się tak dobrze wyposażony dom, otoczony przestworem wód, na wyspie, która była niewiele większa od budynku, który na niej stał. Karol rozgościł się już w pokoju obok, zdjąwszy wierzchnią warstwę przemoczonych ubrań. Porozwieszał je na gorącym kaloryferze, aby się osuszyły. Ja natomiast znalazłem pokój na piętrze, który pasował mi idealnie. Był to mój pierwszy pokój z widokiem na ocean.

Nie podoba mi się pierwsze zdanie, jest bardzo złożone nie wiem, po co, bo powtarza informacje podane wcześniej: dom stał na wyspie. Owszem, gdyby stał pod wyspą albo obok niej, oczekiwałabym wyjaśnień, ale tutaj nie dzieje się nic, co trzeba podkreślać, powtarzać.

Wkrótce zaczęliśmy obawiać się, że właściciel domu wróci i niekoniecznie polubi nowych lokatorów. Karol stwierdził, że i tak nie mamy dokąd pójść, jesteśmy w pułapce, więc chcąc nie chcąc, musimy zostać. A czy gospodarz będzie z tego zadowolony, czy nie, okaże się[+,] jak wróci.

A wrócić powinien niedługo, jeśli jest na morzu, o ile oczywiście nie rozbije się o własną skalistą wyspę.

Wydawało się nam, że zmyje nas razem z domem, w którym się znajdowaliśmy. W głębi serca czułem strach, że morze pochłonie nas tak jak statek, z którego uciekliśmy w łodzi ratunkowej.

Wiedziałem, że i tak prędzej czy później gospodarz zobaczy mnie, ale wolałem maksymalnie odwlec tę chwilę. W końcu zobaczyłem go.

Przejrzałabym ten tekst pod kątem powtórzeń.

Budujesz długie zdania, w których podajesz te same albo oczywiste informacje (dom stoi na wyspie, bohaterowie do niego weszli, więc znajdują się w nim). To generuje powtórzenia zwrotów typu “który”, “że”. Mam wrażenie, że jest dużo zaimków.

Nie czynił tego bez powodu, postać właściciela domu była wysoka, barczysta i rozgniewana.

Spodziewałabym się raczej, że to właściciel będzie rozgniewany, a nie jego postać ;)

Myślę, że powodem[+,] dla którego ludzie pijani wierzą, że są nieśmiertelni, wynika właśnie z podobieństwa ludzkiego wina do nektaru.

Powód (…) wynika? Powodem (…) jest?

 Ogólnie: sympatyczne spotkanie z Posejdonem.

Znam tylko pięć liter ;)

Anet – Dziękuję za poświęcony czas. Każdy komentarz jest dla mnie bardzo cenny. :)

 

Powtórzenia, jak powtórzenia. Mnie osobiście nie przeszkadzają dwie łyżeczki cukru do herbaty, ani dwa podobne słowa w dwóch zdaniach. Pięć to owszem, przesada, ale są wyrazy które trudno zastąpić :D

 

 

 

Sympatyczne opowiadanie. :)

 

Nie gniewaliśmy się długo.

Hmm, na statkach wycieczkowych mieści się parę tysięcy ludzi, wliczając w to obsługę i wszyscy, poza twoją dwójką, zginęli z winy Posejdona. A twoi bohaterowie “nie gniewali się długo”?! Socjopaci, czy co?

Może nie chcieli zadrzeć z bogiem? Poza tym poczęstował ich herbatką, to wiele zmienia :D

No, to musiała być herbatka z porządną wkładką. ;)

Spodobał mi się powód zniknięcia bogów z Olimpu :) 

Dobrze się czytało, chociaż warsztatowo tekst do dopracowania. 

Pozdrawiam :)

Niezła scenka. Historia w tle, dotycząca bogów olimpijskich, fajna. Ale reszta bez napięcia, nie zostawia mnie z żadną emocją czy scenką wpisaną w pamięć. Tekst do przeczytania i niestety raczej zapomnienia.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za opinie. :)

 

Wiem, że tekst nie zawojuje konkursu, ale mimo wszystko było to dla mnie ciekawe doświadczenie i kolejna lekcja. Muszę popracować nad fabułą przy kolejnym opowiadaniu, żeby działo się więcej. No i zmniejszyć liczbę powtórzeń w moich tekstach. :D

 

Pozdrawiam.

Myślałem, że utoniemy. Zazwyczaj tak kończy się nagłe i nieodwołalne napełnienie płuc wodą, jeśli do niego dopuścić.

Eee… ale to jest definicja utonięcia. Chyba? I trudno by było odwołać napełnienie płuc (czy czegokolwiek) wodą (lub czymś innym). Chyba, że ktoś jest magiem.

w oczekiwaniu na kolejne podźwignięcie ku niebu.

Przedłużasz, to raz. Dwa: podźwignięcie kojarzy się dość przyjemnie, a tu chyba nie o to chodzi.

Wiedziałem, że jeśli przeżyję, nigdy nie wsiądę na rollercoster.

Cute.

Wiedziałem, że miał

Że ma (c.t.)

niezdrowy, zielony odcień

Grupa nominalna, bez przecinka.

W nagłym przypływie religijności, pomyślałem

Bez przecinka.

Dosłownie uderzyliśmy w niego, lecz najważniejsze, że daliśmy radę wspiąć się po skałach otaczających wyspę.

Znaczy, rozbili się na atolu, czy jak? Nie rozumiem.

Zbliżał się sztorm

Myślałam, że już jest?

masywnych, drewnianych drzwi

Bez przecinka.

pierwsze co zobaczyłem

Pierwsze, co zobaczyłem.

wielki, płaski

Obejdzie się bez przecinka.

Mój poziom zdziwienia zbliżał się właśnie do końca skali

… ale dlaczego? I, jak już: poziom mojego zdziwienia.

Ale jazda! – rzekł

To jest niestylistyczne. Dlaczego? Bo slangową wypowiedź opatrujesz eleganckim, staroświeckim didascalium. Sophisticated as hell.

powiedziałem podchodząc

Powiedziałem, podchodząc.

Nie miałem bladego pojęcia, skąd mógł wziąć się tak dobrze wyposażony dom, otoczony przestworem wód, na wyspie, która była niewiele większa od budynku, który na niej stał.

Wtrącenie jest purpurowe i trochę bez sensu, bo to wyspa jest otoczona wodami, a dom tylko dlatego, że na wyspie stoi. Ponadto – istnieją prywatne wyspy. I powtarzasz "który". Moja wersja: Nie miałem bladego pojęcia, skąd mógł się wziąć tak dobrze wyposażony dom na środku oceanu, zwłaszcza, że wyspa, na której stał, była niewiele większa od budynku.

obawiać się, że właściciel domu wróci i niekoniecznie polubi nowych lokatorów.

Się obawiać. Polubi, nie polubi… To może być anglicyzm – na pewno nie chodziło Ci o “nie spodobają mu się nowi lokatorzy”?

okaże się jak wróci

Okaże się, jak wróci.

Wydawało się nam, że zmyje nas

"Nam" możesz wyciąć, wiemy, komu.

czułem strach

Ciut wydumane.

tak jak statek,

Tak, jak statek. Trochę zdawkowy cały ten akapit, jakbyś sobie nagle przypomniał, że chłopcy nie spadli z nieba i musiał wyjaśnić ich istnienie.

To miejsce działało tak, że nie miało się ochoty o niczym rozmawiać. Odludny zakątek świata, a jednak ktoś tu mieszka.

Nie widzę związku?

gniewny krzyk

Krzyk gniewu. Przecież to nie krzyk się gniewa.

Sytuacja Karola była nieciekawa, a myśl, że i ja niedługo będę musiał się ujawnić, nie poprawiała mi samopoczucia.

I co właściwie wnosi to zdanie?

gospodarz zobaczy mnie

Gospodarz mnie zobaczy.

Nie czynił tego bez powodu

You don't say…

Z warg wykrzywionych w groźnym grymasie, między którymi tkwiły resztki pożółkłych zębów

Trochę to chaotyczne.

podnosił głos coraz bardziej

Strasznie spokojna narracja, jak na to, co opisujesz.

Rzucę was jako przynętę na rekiny.

Rzucę was na przynętę rekinom.

przewrócił się, mimo że nikt go nie popchnął. To pewnie ze strachu.

I musisz mnie tak tłuc po głowie tą łopatą? Ponadto "mimo że" jest pretensjonalne jak nie wiem.

że w rytm kolejnych wybuchów euforii, drżała pod nami posadzka

Bez przecinka, ale to w ogóle dziwnie wygląda.

Czy trafiliśmy do domu wariata i być może czeka nas los gorszy od śmierci?

Strasznie zapewniasz, a nie pokazujesz wcale.

Nazywam się Posejdon.

… tak, ot?

Nieszczęśliwie, pewnego dnia

Nie po polsku. Niestety, po prostu.

Z magazynu, w którym trzymaliśmy różne wartościowe rzeczy, wykradłem Zeusowi piorun

… hem? Zeus pilnował swoich piorunów, na pewno nie trzymał ich w składziku.

Spadł prosto na Pałac Bogów.

A gdyby trzymał, to byłby to składzik na Olimpie. Czyli Posejdon rzucił piorunem z Olimpu na Olimp?

potworny pożar,

Aliteracja.

spalając nasz cały zapas

Anglicyzm składniowy. Wybuchł pożar, w którym spłonęły nasze zapasy.

nektar to niezwykle mocne wino, ma w sobie tyle alkoholu, że nie dało się go ugasić

Wino ma maksymalnie 13%, jeśli nie jest wzmacniane. Ale magia, więc niech będzie.

Ten boski ma jednak jeden dodatkowy składnik, którego nie mogę zdradzić

To reklama, czy co? Posejdon tak po prostu opowiada im historię swojego życia? Z nudów?

zapas na całą wieczność

Wieczność jest nieskończona, więc jeśli zapas był skończony, to w końcu by się skończył. Taka myśl.

Czynili to jednak znacznie wolniej niż

Wolniej, niż. I starzenie nie jest czynnością, a procesem.

aby nektar dobrze się wchłaniał

Erm… na zagrychę, znaczy?

Mimo to, po setkach lat

Bez przecinka.

urok, niepozwalający mi oddychać

Źle to brzmi.

potrafię porozumiewać się

Aliteracja i "się" dynda.

ukrywam swój dobytek we mgle

Dziwnie to brzmi.

Myślałem, że polujecie na wieloryby.

No, to już świadczy o demencji boga morza. Przykre.

zapominając, jak bardzo bał się mężczyzny, który okazał się być greckim bogiem.

Toporne.

Mój wzrok nie jest już tak sokoli, jak kiedyś

Anglicyzm.

Wiecie, nie cierpię kłusowników. Najchętniej wszystkich bym pozabijał. Polują na moich morskich przyjaciół.

Kapitan Nemo?

Nie gniewaliśmy się długo

Co tam, zatopił kupę ludzi, ale to równy chłop.

Oprócz dźwięku morza, odbierają

Bez przecinka.

że są idealnie pod niego.

Nie po polsku.

Odpłynęliśmy na grzbiecie wieloryba

Bajkowe, co nie pasuje do reszty tekstu.

 

No, cóż. Pisałeś na promie, co? Rejs z Gdańska na Hel? Bo nie ma tu za dużo fabuły – żadnego konfliktu, tylko słabo przemyślane zdarzenie. Napięcie znika w środku, bohaterowie to tylko imiona. Nic się nie zmieniło, nikt się niczego nie nauczył. Skoro Posejdon taki nowoczesny, to jakim cudem przegapił istnienie okularów?

Wypracowanie szkolne, niestety. Wrzuć do skrzynki z napisem "nieudane" i jedź dalej.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Sympatyczna historyjka. Główny wątek nie porywa, ale spodobała mi się opowieść o końcu bogów. Nie mógł lepiej przycelować? ;-)

Trochę dziwne, że dwaj faceci mieli całą szalupę dla siebie…

Babska logika rządzi!

Tarnina – dziękuję za poświęcony czas.

Finkla – Racja, może nie przemyślałem tego do końca :) Będę miał nauczkę, żeby więcej czasu spędzać nad każdym akapitem, bo potem ciężko niektóre rzeczy poprawić. I nie brać udziału w konkursach na trzy dni przed końcem terminu :D

 

Znalezione obrazy dla zapytania posejdon w okularach

To inspiracja? ;-)

Babska logika rządzi!

Nie przejmuj się. Będzie lepiej.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Alkohol eliksirem nieśmiertelności? Będę żył wiecznie :D!

A poważnie – scenka, w której mało napięcia, z infodumpowym przemówieniem Posejdona. W sumie niezłe, ale jednak jakoś pozostawiło wychłodzonym jak wczorajsza herbata. 

Z babolków:

– “Rollercoster” – rollercoaster;

– “Łódka roztrzaskała się i utonęła” – raczej “zatonęła”, utonąć mogą zdaje się tylko istoty żywe.

 

No nic, początek zrobiony, to teraz pisz dalej i wrzucaj na portal!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przyjemnie się czytało do poduszki :)

Choć całość furory nie robi. Braki w logice i momentami naiwne momenty, jak ten z szybkim wybaczeniem Posejdonowi chociażby – rozumiem, że mogli się go bać, ale to należało jakoś w tekście nakreślić, a nie gaworzą sobie, piją herbatkę, i od tak wybaczają za śmierć tylu ludzi i, jakby nie było, własne dramatyczne przeżycia. Brak wyraźnych charakterów postaci, w zasadzie nie mamy kogo i za co polubić lub nie polubić. No i ten koniec. Taki bajkowy, jak już ktoś wspomniał, a to, według mnie, nie bardzo się klei w stosunku do całości tekstu. Nie wiem też w jaki sposób utrzymaliby się na grzbiecie wieloryba, no ale w końcu to podwładny samego Posejdona, a ten zna zapewne jakieś sztuczki, o których nie wspomniałeś. No i to głaskanie po głowie największe zwierzę świata też jakoś dziwnie brzmi…

Ale! Trochę pomarudziłem, więc zakończę tak, jak rozpocząłem: Czyta się Ciebie całkiem przyjemnie i z chęcią zajrzę do jakiegoś przyszłego tekstu :)

Pozdrawiam

Edit: Często stawiasz zaimki na końcach zdań, mi to jakoś wybitnie przeszkadzało. Przykład:

Wiedziałem, że i tak prędzej czy później gospodarz zobaczy mnie, ale wolałem maksymalnie odwlec tę chwilę. W końcu zobaczyłem go.

Przeczytaj to sobie na głos. Nienaturalnie. Nie lepiej:

Wiedziałem, że i tak prędzej czy później gospodarz mnie zobaczy, ale wolałem maksymalnie odwlec tę chwilę. W końcu go zobaczyłem. ?

Owszem, mamy tu postać mitologiczną, żyjącą we współczesnym świecie, tyle że pomysł wydał mi się dość cieniutki, a opowiastka niezbyt zajmująca. Przeczytałam jednak bez żadnej przykrości, ale w pamięci raczej nie zachowam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Realuc – dziękuję za odwiedziny i słuszne spostrzeżenia. Mea Culpa. Poprawię się. :)

regulatorzy – Cieszę się, że zajrzałaś. Jeśli czytałaś bez przykrości, to chociaż taki plus. :)

 

Następne opowiadanie przyszło już na świat. Ale wstawię dopiero jak zrobię solidną korektę.

Poczekam na kolejne opowiadanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To właściwie nie jest opowiadanie, tylko streszczenie pomysłu. Wydarzenia dzieją się, bo autor tak chce, postacie nie mają żadnej innej motywacji poza imperatywem narracyjnym (zachowanie bohaterów od lądowania na wyspie!). Postacie w zasadzie nie istnieją: żeglarze są wyłącznie po to, żeby wprowadzić postać Posejdona. Szkoda, że autor ciekawiej nie ograł najfajniejszego pomysłu w całym tekście – pożaru Olimpu i starzenia się bogów. Myślę, że warto ten tekst przepracować i przebudować, bo po solidnej robocie może z niego jeszcze coś fajnego wyjść.

Zgadzam się z współjurorką, że najfajniejszy jest pomysł z pożarem Olimpu i losem bogów. Taki zmierzch bogów, z którego komuś udało się uciec. Scena z wielorybem całkiem fajna.

Ale niestety reszta jest jak z wypracowania szkolnego – prościutka, aż za prosta fabuła, zero realnego dramatyzmu. Nie jest tak, że bezwzględnie wymagam tego ostatniego, ale tu nie ma też np. oniryczno-nierealnego nastroju, który usprawiedliwiłby brak fabuły. I może po prawdzie nawet bardziej by pasował do tego, co sobie wymyśliłeś jako wątek Posejdona.

Też bym nad tym tekstem popracowała – zostawiła pomysł, ale spróbowała wymyślić mu inną fabułę z innymi postaciami ze świata ludzi.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

W tej chwili zrobiłem to, co zaproponowała Tarnina. Przeniosłem opowiadanie do folderu “nieudane” (tak, mam taki folder) i tam będzie czekało, aż jego pan i stwórca postanowi coś z nim zrobić :D

Dziękuję za wskazanie możliwych rozwiązań. Może coś jeszcze z tego będzie.

Pozdrawiam. :)

Nowa Fantastyka