- Opowiadanie: Kałamarnica - Matka Natura w autobusie

Matka Natura w autobusie

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Matka Natura w autobusie

Mieszkanie z dala od pracy wiąże się z ciągłymi dojazdami, a nie posiadanie prawa jazdy – z korzystaniem z miejskich środków transportu. Ktoś mógłby powiedzieć "trochę pojeździsz w smrodzie i tłoku to ci zbrzydnie. Jeszcze zrobisz sobie prawo jazdy."– ale Satoshi od sześciu lat bez względu na pogodę staje na swoim przystanku o siódmej i czeka na swój pojazd (swoją karocę/ swojego szofera). Nie można powiedzieć, że kocha pracę, ale tak jak każdy, potrzebował funduszy. A kuzyn brata, męża znajomej matki zaoferował mu posadę w firmie. Nie zarabia w niej wystarczająco, ale sam nie wie co innego mógłby robić. Skończył przeciętne liceum, przeciętne studia i jest przeciętnym człowiekiem. Żyje ze skromnych oszczędności w domu, który został mu pod miastem po rodzinie, z którą nie utrzymywał kontaktu. Często zdarzało się, że jazda autobusem była najlepszą częścią jego dnia.

Kiedy autobus wyłaniał się jak kolorowa ryba, mężczyzna podnosił się z ławy i z cichą radością wsiadał. Na ogół siedziało w nim już kilka osób, ponieważ był to dopiero początek trasy. Satoshi wsiadał na trzecim postoju. Większość miejsc była wolna, ponieważ nie miał ulubionego, usadawiał się gdziekolwiek. Na kolejnych przystankach przybywało ludzi, chociaż często były to te same twarze. Kobiety po pięćdziesiątce, które radośnie plotkowały jadąc do pracy, dwóch emerytów cicho rozprawiających o życiu. Filozofujący studenci i rozkrzyczane dzieci. Obserwował początki romansów długo i krótkoterminowych, kłótnie domowe przenoszone do autobusu, rosnący brzuch kobiety, który w pewnym momencie znika, a u jej boku pojawia się wózek z dzieckiem, które swoim wrzaskiem informowało wszystkich wokół, że jest już na tym świecie. Widział jak poddenerwowani uczniowie pierwszych klas podstawówki rosną, zmieniają się, dorastają i kończą ten etap w szkole.

Często był świadkiem czegoś niesamowitego, a nawet sam tego doświadczał. Bywały również dni, gdy życie odwracało się swoim okrutnym obliczem. W ciągu całych sześciu lat codziennego dojeżdżania tą samą linią był świadkiem kilku wypadków. Dokładnie trzech. W tym jednego śmiertelnego. Gdy pierwszy raz przez okno sennym wzrokiem zauważył migające światła samochodów ratunkowych, do jego uszu dotarł ignorowany hałas, zdał sobie sprawę z tego co widzi. Na sąsiednim pasie zderzyły się dwa auta osobowe. Ten obraz jedynie mignął, a trzymał go do końca dnia. Mała dziewczynka ściskała misia ubabranego w jakimś czerwonym soku,a policjant o czymś do niej mówił. Zza niej na noszach spoczywało ciało przykryte niestarannie białą płachtą.

Cały czas funkcjonował jak na bateriach zapasowych. Nie rozumiał co koledzy mówią. Śmiał się machinalnie z nieśmiesznych żartów i pił niedobrą kawę, do której nie przywykł mimo sześciu lat. Gdy tylko mógł wieczorem sprawdzał wszystkie informacje i z zapartym tchem przeczytał na portalu artykuł, który mówił iż dziewczynka przewieziona została do szpitala i zdiagnozowali u niej stłuczenia. Miała zapięte pasy i siedziała w foteliku dla dzieci, jednak zmarła pasażerka z przodu, nie miała zapiętych pasów, a kierowca jest nieprzytomny. Z ustaleń wynikało, że jechali do przedszkola na przedstawienie, w którym dziewczynka grała jedną z ról. Ojciec zagapił się i nie zauważył czerwonego światła, co spowodowało, że nadjeżdżający samochód uderzył w drzwi od strony matki.

Następne ‘wypadki’ były jedynie stłuczkami. Ludzie krzyczeli i machali rękami, jak gdyby stracili cały świat, podczas gdy tamtego jednego dnia wszyscy milczeli z wyjątkiem jednego policjanta. Na ten widok zawsze przypominał sobie biało-czarnego pluszaka z główką umorusaną najprawdopodobniej krwią któregoś z jej rodziców i matowe oczy dziewczynki wpatrzone w czerwone buciki.

Jenak mimo wszystko przeważały te miłe chwile, zdawało się wręcz że tylko on się nimi cieszy. Budzące ulgę ciepło padające w końcu na policzek po długiej zimie, świadczące o nadchodzącej wiośnie. Widok swojego ‘ulubionego’ pasażera (na ogół była to kobieta, którą nazywał w myślach Sosenką. Nosiła długi zielony płaszczyk i brązowe buty w starym stylu. Była szczupła, nie można było powiedzieć że piękna. Zawsze w skupieniu stała przy drzwiach i czytała notatki. Z jakiegoś powodu ten widok go urzekał, więc gdy tylko majaczył się gdzieś z przodu zielony płaszcz myślał sobie z uciechą ‘o Sosenka!’).

Raz z zamyśleń obudziła go ciekawa rozmowa. Jak zwykle usiadł przy którymś z okien i wsparł głowę na ręce wbijając wzrok za okno, by znów leniwie sunąć po zmieniających się widokach oczami. Kilka przystanków dalej wsiadła matka z córką– na oko dziesięcioletnią. Nie zwrócił na nie większej uwagi póki przed nim nie usiadły. Mama miała beżowy sweter, chociaż to i tak za wiele. Był środek lata, z nieba lał się żar. Włosy starannie upięte zieloną spinką. Córka zaś uzbrojona w dwa kruczoczarne kucyki wesoło sterczące z boków głowy przyjęła pozycję Satoshiego. Jak zwykle panował cichy gwar, wpisujący się w rytm jego życia. Przywykł do niego i nie zwracał uwagi już na rozmawiających półtonem ludzi.

W pewnym momencie dziewczynka głośniej niż przewidują autobusowe zasady dobrego zachowania odezwała się. Głos miał zadziwiająco senny ton, choć był tak donośny. Było to tylko jedno słowo ‘Biedny’. Mama przechyliła głowę w jej stronę i popatrzała z czułością na dziecko. Pogłaskała ją po głowie. ‘Może zobaczyła przejechanego kota?’-pomyślał Satoshi. To było bardzo częste w tej okolicy. Na drogę z pobliskich domów jednorodzinnych wpadały Mruczki i Puszki z niewiadomych przyczyn. Może się zakładały za domem o to, czy dadzą radę przebiec przez jezdnię? Może było tam coś co je płoszyło zawsze przed tym jak jechało jakieś auto? A może były spokrewnione z samobójczymi lemingami? 

– kto jest biedny?– zapytała w końcu rodzicielka nie doczekawszy się ze strony córki jakiegokolwiek komentarza ciekawskim tonem. Ta odwróciła się od okna powoli i popatrzało mamie w oczy.

– Dom.– odparła po chwili.

– Dom!?– wyrwało się mamie z oburzeniem. Satoshi również zmarszczył brwi i zwrócił wzrok na czarną głowę dziesięciolatki, z zainteresowaniem czekając na to co dalej powie. Ona skinęła i zaczęła wyjaśniać.

– Był tam taki. Stary, samotny dom. Bo wiesz? Po domach to widać jak po ludziach. W przypadku ludzi, jak umierają matowieją im oczy. Oczami domów są okna. Robią się takie puste i czarne. Kiedy żyją w nich ludzie są… inne. Takie nieprzejrzyste i stanowcze. ’Nie pozwolę ci tam zajrzeć do środka do moich przyjaciół.’– mówią jednoznacznie. Przemawia przez nie ta… aura, którą dom jest wypełniony. Bez względu na to, czy to jedna osoba, para z ósemką dzieci, czy dwójka staruszków. A kiedy dom zostanie opuszczony… nie od razu. Jeszcze tego nie zauważy, ale tego dnia nikt nie spuści wody w toalecie, nie ogrzeje kuchni robiąc obiad. W końcu zaczyna to do niego docierać. Poddaje się i staje się sam– martwy. Odpada tynk, pojawiają się spękania i w końcu zdaje się pogodzić z tym, że czeka go śmierć przez zburzenie. To mówię, że biedny. Te okna… odbijają inny świat.– Kiedy przestała mówić zapadła cisza przerywana pracą silnika. Nawet cichy gwar umilkł. Wszyscy zerkali kątem oka w tą stronę.

– Masami…– zająknęła się mama i rozejrzała nerwowo po autobusie.– Domy nie mają duszy. Nie żyją.

– Jak to– oburzyła się– ta aura, to ciepło… chociaż zależy od tego jakie były relacje między członkami rodziny… to ta aura to dusza domu. Potem, gdy umiera nie ulatuje jak ta od człowieka przez nos przy ostatnim długim wydechu, a osiada w formie kurzu.

Cisza zdawała się spotęgować. Mama zaśmiała się podenerwowana i raz jeszcze rozejrzała. Ludzie zaczęli na powrót wracać do tego co przerwali. Czytanie książki, gazety, rozmowa. Jedynie miny mięli trochę bardziej zaabsorbowane. Niektórzy zaczęli sami przyglądać się mijanym domom i jedną z tych osób był Satoshi. Już nigdy nie spojrzał na opuszczony dom tak samo. Co więcej przestał pogardzać swoim domem oddalonym od centrum wiele kilometrów. Zaczął zauważać coś, co zdawała się widzieć Masami. Duszę, różne aury wypełniające domy, mieszkania. Raz nawet przystanął przed opuszczonym budynkiem, który mijał codziennie idąc na przystanek. Tak. Okna były inne. Zupełnie czarne, bez względu na to, czy wisiały w nich firanki czy nie. Odbijały świat jakby inaczej. Zdawało się wręcz, że na tamtym po drugiej stronie szyby nie ma Satoshiego. Trochę czasu minęło, zanim tam gdzie widoczne były drzewa i krzewy tak wyraźnie i niebo z płynącymi po nim chmurami dostrzegł wyblakłą postać. Może opuszczone domy mają awersję do ludzi i nie chcą nawet ich już odbijać? Patrzą tylko martwymi oknami na zmieniający się krajobraz zależny od pory roku i tak mijają niezliczone lata zanim nie runą lub nie zostaną zburzone. 

Ale czy to nie dla tego, że szyby nie były myte od tak dawna? Domy starzeją się, kiedy nikt o nie nie dba. Pod tym względem przypominają nas. Podejście Masami miało w sobie coś romantycznego, czym dorosły nie zaprząta sobie już głowy.

To spotkanie go zmieniło. Często dostrzegał coś, czego inni nie rozumieli. W szkole wyśmiewali go koledzy, teraz współpracownicy. Tak samo było z rodziną. Nigdy nie zaprzyjaźnił się z kimś na dłużej niż miesiąc, był trzydziestoletnim kawalerem, a najbliższa rodzina umarła. Jeszcze pamiętał, jak szedł z mamą za rękę jesienią. Była zła. Milczała i mocno ściskała jego małą rączkę. Spuściła go z oczu na chwilę, gdy bawił się na placu zabaw, podszedł do staruszki karmiącej gołębie. Miała podarty sweter i krzywy beret. Zlepione siwe włosy i opaloną twarz pooraną zmarszczkami. Usiadł obok niej i machając nogami przyglądał się. Wyglądała jak ofiara losu. Bezdomna i niedożywiona, ale szeroki uśmiech. Z zadowoleniem patrzała na gołębie jedzące ziarenka. Zapytał czy lubi gołębie, a ona odpowiedziała babcinym głosem, drżącym ale serdecznym, że kocha wszystkie zwierzęta, których jest coraz mniej. Zapytał dlaczego uważa, że jest ich coraz mniej. ’za mojej młodości żyło wiele gatunków, których teraz już nawet w zoo nie ma’ posmutniała. ‘Dlaczego?’– dopytywał się. ‘Ludzie nie umieją cieszyć się z tego co mają. Sięgają po to dopiero, gdy to znika nieodwracalnie. Dlatego karmię gołębie póki tu są.’ Potem nagle zapytał czy jest bezdomna. Do teraz delikatnie czerwieniały mu uszy gdy sobie o tym przypominał. Staruszka przestała sypać jedzenie ptakom i wzięła głęboki wdech. ‘Ty jeszcze nie wiesz, jak pusty jest dom, gdy zabraknie w nim jednej tylko duszy’– rzekła cicho i przymknęła oczy. Przez chwilę znieruchomiała napawając się ciepłem ostatnich promieni słonecznych. ‘Straciła pani kogoś?’– w odpowiedzi kiwnęła głową ‘A kogo ja nie straciłam? Umarł mój syn, gdy tylko skończył osiemnaście lat. Policja mówi, że popełnił samobójstwo, ale nie wierzę. Był szczęśliwym chłopcem. Powodziło mu się i nagle umarł. W tamtym roku zmarł mój mąż. Od tamtego czasu nie potrafię wejść do domu. Oboje w nim umarli.’ Znowu zapadło milczenie. Kiedy chciał zadać kolejne pytanie ni stąd ni zowąd pojawiła się jego matka. Krzyczała coś w zapomnieniu i potrząsała nim. Widząc, że staruszka uśmiecha się na ten widok z rozczuleniem i na nią zaczęła krzyczeć. Stanął w jej obronie i przez moment mama krzyczała na obcą staruszkę, a mały Satoshi krzyczał na mamę. Od tamtego czasu ich stosunki się pogorszyły. Chociaż nie było w tym sensu. To oczywiste, że się o niego martwiła, gdy dotarło do niej, ze syna nie ma na placu zabaw i doznała szoku, kiedy zauważyła go obok podejrzanej kobiety. Ale dlaczego aż tak rozdrażniło ja to, że syn nie stanął po jej stronie? Zadawał jej wiele pytań związanych z tym co powiedziała mu staruszka. Zaczął nawet filozofować. 'A może tak lubiła gołębie, bo przypominały jej jakoś o tych, którzy odeszli?’, ‘A może na domu ciąży klątwa?’, ‘A może ona jest czarownicą’ Mama jednak zbywała go i ignorowała. Już nigdy nie wyszli na spacer. Gdy miał dwadzieścia lat umarła we śnie na zawał, a on odziedziczył dom w tamtym dniu minęłyby dwa lata od kiedy ostatni raz wymienili zdanie.

Może tylko tamta dziewczynka by go zrozumiała? Może ona też nie ma w nikim oparcie? Może z niej też wszyscy drwią? Mógł wtedy jakoś skomentować jej wypowiedź. ‘tak, tak, Masami, słuszne spostrzeżenia’ albo ‘też ostatnio to zauważyłem, masz rację ale…’ 

Przez jakiś czas uważał, ze była to chwila, która najintensywniej odbiła się w jego sercu. Że pozostawiła po sobie ślad na jego skórze. Przeżył ją najintensywniej i nic podobnego już mu się nie przydarzy, nic go tak nie poruszy, nic nie wprowadzi aż takich zmian w jego życiu jak spotkanie z Masami. Oczywiście mylił się. 

Od jakiegoś czasu w autobusie codziennie pojawiała się kobieta. Nigdy wcześniej jej nie widział, więc albo niedawno zamieszkała w okolicy, albo od niedawna zaczęła poruszać się środkami komunikacji miejskiej. Innej możliwości nie było. Nie dało się jej przeoczyć. Wsiadała najprawdopodobniej na jednym z pierwszych przystanków. Pierwszym lub drugim. Zajmowała zawsze jedno z trzech wybranych miejsc. 

Gdy pierwszy raz ją ujrzał zatrzymał się w drzwiach na chwile zszokowany i gdyby nie chwycił się barierki, przewróciłby się. Gdy sygnał zamykających się drzwi wyrwał go rozbudził zajął miejsce tyłem do kierunku jazdy, a przodem do niej w pewnym oddaleniu i obserwował. Siedziała na samym tyle pod oknem. Podparła brodę na ręce i wpatrywała się w okno. Jej oczy zdawały się być zielone lub niebieskie. Im dłużej się przyglądał tym mniej umiał nazwać ten kolor. Nie nosiła makijażu z wyjątkiem bladoróżowej szminki na niewielkich ustach. Spomiędzy lekko rozchylonych warg wyłaniały się nieśmiało perłowe zęby.

Nie potrzebowała podkreślania swojej urody. Była po prostu piękna w najprostszym rozumieniu tego słowa.

Jednak było w niej coś jeszcze, prócz ładnej buźki. Coś nie z tego świata. Zza szyby opuszczonego domu. Na początku nie umiał określić, co to dokładnie było, w końcu jednak gdy pierwsze wrażenie opadło, zwrócił uwagę na jej włosy. Miały niespotykany kolor. Mimo, że był XXI wiek, a właściwie jego druga połowa, a kobiety chciały budzić dokładnie takie emocje, chociażby i samymi włosami. Fryzjerzy o choćby boskich umiejętnościach nie byliby w stanie w ten sposób zafarbować włosów. 

Zdawały się być białe, gdy padało na nie światło, a siwe, gdy wjeżdżali do tunelu. Jednak dodatkowo lśniły. Przywodziły na myśl rosę na liściach i pajęczynie o poranku. Odbijały blask, załamywały go jak pryzmat, a przez to otaczała ją inna aura. Wręcz aureola, która oświetlała nawet osobę siedzącą obok.

Miała na sobie zawsze eleganckie ubrania, bez wzorów, w dwóch dopełniających się kolorach jak fioletowa sukienka i żółta trójkątna torebka lub różowy sweter i żółte spodnie. Tym razem był to jasnozielony płaszcz i okrągła torebka w kolorze pudrowego różu. Na głowie duży, luźny, wełniany beret w kolorze szarości wpadającej w zieleń.

Wpatrywał się w nią przez kilkanaście minut, lecz ona zdawała się nie zauważyć tego lub ignorować. Zapewne często zdarzało się, że komuś na jej widok silniej zabiło serce.

Jak gdyby nigdy nic w pewnej chwili założyła na ramię wąski pasek torebki i odwróciła przodem do osoby siedzącej obok dając znak, że chce wysiąść. Mężczyzna zdezorientowany podniósł się jak oparzony i ukłonił się zdejmując czapkę, a ona podeszła powoli do drzwi stawiając lekko stopy i wysiadła z autobusu prosto na przystanek w szczerym polu.

Gdy autobus ruszył w głowie Satoshiego nagle pojawił się spóźniony wykrzyknik. ‘czy ona nie była przypadkiem boso?’

Zawsze siadała w jednym z trzech miejsc i zawsze pod oknem. Wyglądała, jakby kogoś szukała. Lubił myśleć, że miała kogoś z kim jeździła innym autobusem, lecz ta osoba zginęła, lub zniknęła z jej życia, a ona przeprowadziła się, lecz dalej szuka go z wnętrza pojazdu.

Nigdy nie siadała w środku, zawsze było to pierwsze miejsce za kierowcą, lub na samym tyle po lewej lub po prawej.

Nie opuściła ani jednego dnia w ciągu dwóch miesięcy, z jedynym wyjątkiem i zawsze wysiadała na tym samym przystanku na żądanie w środku łąki. 

W pewnym momencie zauważył, że nie jeździ już autobusem by dostać się do pracy, a po to, by ją ujrzeć. Równie dobrze mógł wysiąść na następnym przystanku po niej. Bez jej aureoli świat wydawał się być pozbawionym kolorów, szarym i ponurym miejscem.

Kiedy otworzył oczy było przed szóstą. Miał jeszcze dodatkowe pół godziny snu. Z zadowoleniem ułożył się na drugim boku, lecz z pojedynczym promieniem słońca, w którym powoli unosiły się drobinki kurzu tańcząc ze sobą wpadł mu do głowy pomysł. Wstał więc ubrał się i zjadł szybkie śniadanie. Wziął ze sobą teczkę i ruszył w drogę. Gdy stanął na przystanku spojrzał w stronę z której na ogół wyjeżdżał autobus. Z wahaniem ruszył w stronę wcześniejszego przystanku. Minął kilka martwych domów, wszedł w niewielki zagajnik i dotarł do pustego przystanku. Zatrzymywała się tu tylko jedna linia, do której nadal było sporo czasu, więc nikt nie siedział na ławie. Postanowił po krótkim namyśle udać się na pierwszy przystanek na trasie. Jeśli jej tam nie będzie, zobaczy przynajmniej gdzie wsiada, jednak ku jego zdziwieniu ten przystanek również był pusty. Doszły trzy osoby zanim nadjechał jego autobus. Dziś w ogóle jej nie było. Nie wsiadła na żadnym z przystanków. Nawet na tym, na którym na ogół wysiadała, natomiast spotkał swojego znajomego z pracy. Mimo, że siedzieli niedaleko siebie i mieszkali w sąsiednich wsiach, nie pamiętał nawet jak się nazywa. ‘Może on coś wie?’– przemknęło mu przez myśl. ‘może coś jej się stało i przy tym był? Może coś słyszał’

 

– Nie wiedziałem, że też jeździsz autobusami.– powiedział z podziwem patrząc na kompana w przyciemnionym świetle pubu. Ten wypił łyk piwa i odetchnął.

– Auto mi się zepsuło. Właściwie to żona zepsuła. Kobiety nie powinny prowadzić.– mruknął i sięgnął po solone orzeszki.

Nie wiedział jak to skomentować, więc milczał.

– Powinny jeździć autobusami. Wszyscy powinni.– kontynuował.– Sam bym to robił. Ale wiesz co? Autem jest szybciej. Nie marnujesz czasu na przystanki.– Satoshi skinął głową.– Maleje zanieczyszczenie powietrza. Ale ludzie lubią jeździć samochodami.– rozłożył ręce.– Nie można im tego wyperswadować. Będą smrodzić póki mogą.– westchnął głęboko i napił się piwa.

Chciał jakoś napomknąć o Niej. Chciał wiedzieć co myśli o kobiecie z autobusu. Przecież on też ja widział. Nie jeździł codziennie, a okresowo, ale przynajmniej trzy razy ją widział. Musiał mieć na jej temat jakieś zdanie. Mógł mieć na jej temat jakieś informacje. Tylko dlaczego tak rozpaczliwie ich szukał? To tylko zwykłą kobieta jakich pełno czyż nie?

– Ale jazda autobusem…– mówił dalej po przerwie znajomy, którego imię powoli zaczynało krążyć Satoshiemu po głowie.– Powinni podnieść standard czy coś. Ludzie się cisną. Śmierdzą, palą, a potem wsiadają do autobusu i myślą, że jak nie mają peta to wszystko jest w porządku. A się kurna mylą! Albo ta baba ostatnio.

– Baba?– powtórzył i zastanowił się kiedy było ostatnio? Jakaś staruszka uderzyła go torebką? Ktoś się na niego może przewrócił? Nie przypominał sobie nic takiego.

– Na to… ta z tymi włosami dziwnymi. Usiadłem jak człowiek cywilizowany na wolnym miejscu, to ta zamiast usiąść obok mnie ze dwa przystanki stała nade mną i patrzała na mnie takim wzrokiem. Jakby usiąść obok nie mogła. Nie kurna to jest jej miejsce i tyle. A podpisane? Nie. Ale to kobieta psia mać ustąpić się należy to siada zadowolona cała w skowronkach, a ja obok. Zawsze siada w takich miejscach, że trzeba jej ustępować. Jak wiesz, że wysiadasz za pięć przystanków to kurna usiądź na zewnątrz! Trzy przystanki później zanim zdążyłem się rozsiąść to ta roszczy sobie, żebym ją przepuścił bo wysiadać jej się zachciewa.

– Może szuka kogoś przez okno?– zapytał zawiedziony tym jak Morita się o niej wyraził, zarazem ucieszony, że nagle przypomniał sobie jego nazwisko. Jak można nie mieć o kimś dobrego zdania tylko dla tego, że siada przy oknie?

– Szuka. Sruka. Pierdolenie.– warknął.– po czyjej ty jesteś stronie– dodał ciszej i wypił duży łyk.– Wiedziałbyś, gdybyś usiadł obok niej.

– Usiadł obok niej?– powtórzył zdziwiony, jakby usłyszał jakieś absurdalne zdanie, po czym dotarło do niego, że przecież może to zrobić. Ona jest tylko człowiekiem. Można usiąść obok niej. Dlaczego sam na to nie wpadł? To przecież takie proste! Jednak nie był w stanie sobie tego wyobrazić. Jej ciepła, poświaty, bliskości. Poczuł, że gdyby to zrobił, zniknęłaby, okazałoby się, że to tylko sen. Przecież to jak zaszczyt. Jak usiąść koło anioła?

– No usiadł usiadł.– kiwał głową Morita i podniósł piwo żując orzeszki.– Nawet nie popatrzy, nie przeprosi. Ciśnie dupsko i wychodzi. Niewychowana jakaś.

W nocy po spotkaniu ułożył się do snu, lecz ten długo nie chciał przyjść. Jeden dzień jej nie było, a on czół się rozregulowany. Przypomniał sobie, że nie jadł dziś nic prócz kilku orzeszków. Spojrzał na przebijające się przez chude zasłonki światło księżyca w pełni. ‘Może to księżniczka Kaguya? Odleciała na księżyc i już nie wróci.’ pomyślał półprzytomny

Jej włosy odbijały białymi i błękitnymi iskrami tajemniczą i zimną księżycową poświatę. Zamyślone oczy z profilu pod pióropuszem nie za długich rzęs wpatrywały się przez okno jego domu. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, że to jego dom, nagle dotarło też, że nie on jest w środku, a ona. Siedziała zapewne na jego łóżku i patrzała spokojnie na księżycowe widoki. Wokół niej była pustka. Okno było czarne, dom był martwy, ona siedziała w środku, a on stał nagi na księżycu.

Kiedy się ocknął był zalany potem i czół suchość w gardle. Tkwił w nienaturalnej pozycji, odchylony do tyłu go granic możliwości kręgosłupa, który głośno zaprotestował, gdy podnosił się z materaca. Plecy bolały go niemiłosiernie, ledwo się ruszał. Przez chwilę pomyślał, żeby wziąć dzień wolny, ale nie. Postanowił, że dziś usiądzie obok niej. To był jego plan. Musiał się spełnić. Musiał wsiąść dziś do autobusu i ona też musiała w nim dziś być.

Siedziała z tyłu jak zwykle i wpatrywała się w widok za oknem. Znowu była w zielonym płaszczu z różową torebką, którą jak zwykle gdy siedziała kładła na kolanach i trzymała jedną ręką. Miała długie śniade zaróżowione palce. Wyglądały jak antyczna, marmurowa rzeźba.

Wyglądała zupełnie jak za pierwszym razem. 

Satoshi wpatrywał się zauroczony w jej profil. Wschodzące słońce padało na jej policzki porośnięte drobnym meszkiem jak liście co poniektórych roślin. Usta delikatnie rozchylone, wypuszczały chmurkę białego powietrza.

Zastanawiał się jak zagaić rozmowę. Siedząc tak blisko, kiedy sam był błogosławiony tą poświatą bijącą od jej włosów nagle poczuł desperacką potrzebę, by się do niej zwrócić, by uraczyła go chociaż jednym spojrzeniem.

‘Może skomentować pogodę?’ Był chłodny marcowy poranek, bezchmurne niebo… Nie.

‘Może skomentować jej strój?’ Zawsze doskonały, robił równie olśniewające wrażenie co właścicielka… Nie.

‘Może zapytać o godzinę?’ Miał setki pomysłów w głowie, ale obawiał się, że bez względu na jego starania kobieta weźmie go za kogoś chorego lub podejrzanego. Jeszcze mu się nie udało zaobserwować w ciągu tych sześciu lat, by ktoś zupełnie normalny i zdrowy zagadywał do obcego. Jedna z osób zawsze ma coś nie tak z głową, a druga zawsze jest spięta, poddenerwowana, odpowiada zdawkowo, nie słucha, patrzy przez okno ignorując lub udaje, że ktoś do niej dzwoni.

Nie raz widział taką scenę, ale nie chciał sam w niej uczestniczyć.

Zanim jednak wpadł na jakiś pomysł ona odezwała się pierwsza.

Nadal z wzrokiem utkwionym w widok zza okna, sennie mruknęła

– Ludzie mają w sobie coś z grzybów… 

– Z grzybów!?– oburzył się. Otwarła oczy szeroko i spojrzała na niego spłoszona. Najpierw pobladła i zdawała się nie rozumieć o czym on mówi. Potem lekko poczerwieniała, a jej twarz przybrała pokorny wyraz.

– Najmocniej przepraszam … myślałam, że mówię w myślach.

– Cóż. Zaintrygowały mnie Pani słowa.– wyprostował się i uśmiechnął miło.– Musi teraz Pani wyjaśnić.

Kobieta spojrzała mu w oczy, nie był jednak w stanie odczytać przemawiających przez nie emocji. Na moment zanurzył się w turkusowych tęczówkach, które wydawały mu się nieludzkie, a zarazem nie sztuczne. Był 2073 rok. Coś takiego nie powinno robić na nim wrażenia. Istniały przecież soczewki i operacje…

Ona w tym czasie przekrzywiła głowę i popatrzała przez okno, ale zaraz oprzytomniała, pokręciła nią.

– Trudno teraz to wyjaśnić. Trudno to w ogóle ubrać w słowa. Tak by miało sens. 

– Może nie mieć sensu. Mogę spróbować go nadać dopiero tutaj.– wskazał swoje czoło. Zdawała się odczuć coś w rodzaju ulgi. Uśmiechnęła się delikatnie, niby rozczulona i przymknęła oczy. Wyglądała zupełnie jak anioł. Albo Bóg. Chciał sięgnąć do torby po telefon i zrobić jej zdjęcie.

– Tak więc…– zająknęła się i ułożyła dłonie w miseczkę, ale zrezygnowała i opuściła je powoli z cichym westchnieniem. Niezrażona jednak zaczęła ponownie.– Ludzie rosną. Nie ukrywajmy. Czasem zdaje się, że w ten sam sposób co grzyb. Utrzymują te same cechy tylko rosną w górę, a w pewnym wieku wyglądają jak dorodne grzyby. Jakby ich twarze zbudowane były z tych samych strzępków. Gdyby przeciąć nos, mógłby wyglądać jak pieczarka.– zamilkła na chwilę i znów lekko poczerwieniała czekając na reakcję.– wiem, przepraszam. To głupie…

– Wcale nie głupie. Może coś w tym jest?– Satoshi jednak uważał, że to głupie, ale starał się nie dać tego po sobie poznać. – To raczej urocze. Kiedyś w autobusie spotkałem dziewczynkę, która twierdziła że domy żyją, mają duszę i umierają zawsze w samotności.

Na chwilę zaniemówiła.

– Było to zwykłe dziecko?– zdawała się być zaskoczona i nie dowierzała.

– Owszem. Na oko dziesięcioletnia. miała dwa kucyki i typową dziecięcą mordkę. Co więcej miała na imię Masami.

– Nie do wiary jakich ludzi można spotkać w autobusie!

– Też tak myślę, dlatego nimi jeżdżę. W aucie bym jej przecież nie poznał.

Zapadło między nimi milczenie. Odwróciła głowę w stronę okna, a on bił się z myślami. Miał jeszcze czas. Kilka przystanków. Coś wewnątrz kołatało się jak ćma w świetle lampy. ‘To tylko przypadkowa kobieta. Nawet jeśli weźmie mnie za wariata, to nic się nie stanie.’ powiedział do siebie w myślach. Pojazd zatrzymał się na przystanku i wpuścił zimne powietrze do środka razem z kilkoma nowymi pasażerami.

– Tak właściwie… to widziałem Panią od dawna.– zaczął. Oderwała się od okna i odwróciła się do niego.– I od dawna chciałem z Panią porozmawiać. Ale bałem się, że rozpoczęcie od ‘Ładną mamy dziś pogodę’ nie będzie najlepszym sposobem.

Przyklasnęła w dłonie, a w jej oczach błysnęło coś tajemniczego.

– To akurat byłby doskonały sposób na rozpoczęcie ze mną rozmowy.– stwierdziła.

– Jest Pani pogodynką?– zażartował, a ona z wahaniem skinęła.

– Czymś na kształt pogodynki. 

Autobus zawitał na przystanek. Drzwi ponownie wpuściły do ciepłego wnętrza chłodny powiew porannego mrozu.

– Pracuje Pani w okolicy? Na ogół wysiada na przystanku na żądanie w polu pod miastem. Zawsze wydawał mi się bezsensownym przystankiem pośrodku niczego. 

– I tak i nie.– uśmiechnęła się zakłopotana.– Może to dla Pana przystanek pośrodku niczego, lecz jeśli spojrzy Pan w odpowiedni sposób, zobaczy Pan, ze jedyne czego tam nie ma to działalności człowieka. Poza tym jest wszystko czego potrzeba.

– A jeśli chodzi o Pani początkowy przystanek?– dopytywał się. Znów czuł się jak mały Satoshi, który pytał staruszkę czy jest bezdomna. Teraz też pytał siwowłosą kobietę o to gdzie mieszka. Całe jego życie zatoczyło gigantyczną pętlę. Usta mówiły za niego. Nie był w stanie przestać.– Zdarzyło mi się wsiadać na różnych, ale Pani zawsze siedzi w tym, lub dwóch innych miejscach. Gdzie Pani w takim razie mieszka? Chyba nie w autobusie.

– Nie , nie, ależ skąd!- odparła od razu.– Mój dom… Mieszka, bardzo daleko stąd. W małym górskim miasteczku. Ono jest trochę jak Atlantyda. Niektórzy o nim słyszeli, inni nie,a jeszcze inni wiedzą gdzie jest. Ale nie łatwo się do niego dostać, ani go znaleźć. Właściwie tylko Ci, którzy w nim żyją wiedzą jak wrócić. Wrócić…– zmarszczyła brwi i spojrzała przez okno. Autobus zatrzymał się na kolejnym przystanku.– niedługo… chyba już powinnam wracać. Zrobiłam wszystko co miałam.– wzięła głęboki wdech.– ale tak miło jest wrócić do korzeni…

– To znaczy, że mieszkała tu Pani kiedyś?

– Tak. Jakieś sto lat temu.– zaśmiała się i posmutniała.– całe wieki mnie tu nie było.– dodała ciszej.

– A co z pracą? Będzie musiała Pani ją porzucić.

– Mogę się nią zajmować w domu. Właściwie to od początku powinnam. Nie ma sensu tu siedzieć.– ożywiła się i założyła różowy pasek torebki na ramię. Usiadła przodem do niego jakby dając sygnał, że jest gotowa by wysiąść.

– Ale to jeszcze nie jest ten przystanek…

– To nie jest ważne.– pochyliła się i wyszeptała.– Powinnam była wracać już wczoraj, ale chciałam ostatni raz pojechać autobusem.– uśmiechnęła się.

Jedyne co mu zostało to wstać i odprowadzić ją do drzwi.

– Może kiedyś Panią odwiedzę w Atlantydzie.– zaproponował jeszcze zanim drzwi się zamknęły. Odwróciła się i z wesołym uśmiechem skinęła głową. W oczach zalśniło coś na kształt zniecierpliwienia. ‘nie mogę się doczekać’ mówiły.

Gdy autobus ruszył Satoshi odwrócił się, by zobaczyć dokąd pójdzie, lecz nigdzie jej nie było. Zupełnie jakby rozpłynęła się w powietrzu.

Więc jednak. Usiadłem obok niej, a ona zniknęła. To tylko sen.

Koniec

Komentarze

Na sam początek – zmień tytuł, bo okazuje się, że jest jednym wielkim spoilerem.

Po drugie, nie trafia do mnie taki rodzaj literatury. Nie mamy tutaj żadnej prawdziwej fabuły, są tylko jakieś urywki z życia bohatera, które ani nie są szczególnie ciekawe, ani do niczego nie prowadzą, przeplatane niekoniecznie fascynującymi przemyśleniami bohatera. Wiem, że są ludzie którzy nie mają nic przeciwko takiej literaturze, ale ja za nią nie przepadam. Opowiadanie mógłby jeszcze wybronić ciekawy główny bohater, ale twój Satoshi jest zupełnie miałki i nijaki (zresztą sama go tak opisałaś). Do tego trochę z niego creep. Samej fantastyki jest w tym opowiadaniu niewiele, ale akurat w tym wypadku to nie jest zarzut. Jest jakaś delikatna atmosfera tajemniczości ukrytej pod codziennym światem, więc to akurat ci się udało. Niestety paskudne wykonanie pełne dziwnej gramatyki, kulejącej interpunkcji, źle zapisanych dialogów i nawet błędów ortograficznych skutecznie niszczy całą radość z czytania. Przejdźmy więc nieco do konkretów.

Pierwszy akapit napisałaś w czasie teraźniejszym, reszta opowiadania jest w czasie przeszłym. Nie można tak pisać.

Mieszkanie z dala od pracy wiąże się z ciągłymi dojazdami, a nie posiadanie prawa jazdy – z korzystaniem z miejskich środków transportu.

Nieposiadanie zapisujemy jako jedno słowo.

Ktoś mógłby powiedzieć "trochę pojeździsz w smrodzie i tłoku to ci zbrzydnie. Jeszcze zrobisz sobie prawo jazdy."– ale Satoshi…

Jeśli już decydujesz się na taką formę, to zdanie w cudzysłowie powinno zaczynać się od wielkiej litery.

Satoshi od sześciu lat bez względu na pogodę staje na swoim przystanku o siódmej i czeka na swój pojazd (swoją karocę/ swojego szofera).

A cóż to za potworek? Rozumiem o co ci chodzi w tym zdaniu, ale wygląda to koszmarnie.

Nie można powiedzieć, że kocha pracę, ale tak jak każdy, potrzebował funduszy.

Napisz po prostu, że nienawidzi swojej roboty. No i te “fundusze” dziwnie tu brzmią.

A kuzyn brata, męża znajomej matki zaoferował mu posadę w firmie.

Ten przecinek powoduje, że sugerujesz, że brat Satoshiego jego mężem znajomej matki, a kuzyn tego brata (chyba będący też kuzynem Satoshiego) zaoferował Satoshiemu pracę. I ponownie – wiem o co miało chodzić w tym zdaniu, ale wyszedł bełkot.

Nie zarabia w niej wystarczająco, ale sam nie wie co innego mógłby robić.

Nie zarabia wystarczająco na co? Na codzienne życie? Czy na to żeby był szczęśliwy?

Żyje ze skromnych oszczędności w domu, który został mu pod miastem po rodzinie, z którą nie utrzymywał kontaktu

No tutaj wychodzi, że w pracy nie zarabia nawet dość na codzienne życie, skoro musi żyć z oszczędności. No i zdanie powinno brzmieć raczej “Żyje ze skromnych oszczędności w domu pod miastem, który dostał w spadku po rodzinie, z którą nie utrzymywał kontaktu”, bo w obecnej formie jest nie po polsku.

Kiedy autobus wyłaniał się jak kolorowa ryba, mężczyzna podnosił się z ławy i z cichą radością wsiadał.

No tak się porównań nie robi. Po pierwsze, skąd się wyłania autobus? Po drugie, jak się wyłania kolorowa ryba? Powinno być raczej coś w stylu “Kiedy autobus wyłaniał się z porannej mgły jak kolorowa ryba z morskich głębin”. No i po “wsiadał” powinnaś dodać, że “wsiadał do pojazdu” albo coś takiego, bo w przeciwnym razie…

Na ogół siedziało w nim już kilka osób, ponieważ był to dopiero początek trasy.

Wydaje mi się, że gubi się tu istota zdania, i może wynikać, że kilka osób siedziało w mężczyźnie. W każdym razie i tak źle brzmi to zdanie, ciąg przyczynowo skutkowy się chyba gubi. Nie może być tak, że kilka osób siedzi już, ponieważ to początek trasy. Powinnaś to przebudować, żeby było np.: “Na ogół siedziało w nim dopiero kilka osób, ponieważ był to dopiero początek trasy” albo “Na ogół siedziało w nim już kilka osób, chociaż był to dopiero początek trasy”.

Większość miejsc była wolna, ponieważ nie miał ulubionego, usadawiał się gdziekolwiek.

Powinno być “Większość miejsc była wolna, a ponieważ nie miał ulubionego, usadawiał się gdziekolwiek.” bo w obecnej chwili wychodzi, że miejsca były wolne, bo Satoshi nie miał ulubionego. Inna sprawa, że nie musisz pisać o tym, że większość miejsc była wolna, przed chwilą pisałaś, że tylko kilka osób jest w autobusie. 

Na kolejnych przystankach przybywało ludzi, chociaż często były to te same twarze.

Zamiast “chociaż często były to te same twarze” lepiej brzmiałoby coś w stylu “codziennie te same twarze”. W każdym razie wywal “chociaż”.

Kobiety po pięćdziesiątce, które radośnie plotkowały jadąc do pracy, dwóch emerytów cicho rozprawiających o życiu. Filozofujący studenci i rozkrzyczane dzieci.

Albo wszystkie typy podróżnych daj w jedno zdanie, rozdzielone przecinkami, albo każdemu daj własne zdanie.

Obserwował początki romansów długo i krótkoterminowych, kłótnie domowe przenoszone do autobusu, rosnący brzuch kobiety, który w pewnym momencie znika, a u jej boku pojawia się wózek z dzieckiem, które swoim wrzaskiem informowało wszystkich wokół, że jest już na tym świecie.

Raczej “początki długo i krótkoterminowych romansów”. Poza tym bardzo fajne zdanie.

Widział jak poddenerwowani uczniowie pierwszych klas podstawówki rosną, zmieniają się, dorastają i kończą ten etap w szkole.

Bez przesady z tym dorastaniem pierwszoklasistów, Satoshi jeździ tym busem tylko sześć lat. Mogą powoli zmieniać się w nastolatki, ale tak od razu dorastać?

Często był świadkiem czegoś niesamowitego, a nawet sam tego doświadczał. Bywały również dni, gdy życie odwracało się swoim okrutnym obliczem.

Pierwsze zdanie sugeruje, że zaczniesz opisywać coś niesamowitego. A zamiast tego rzucasz czymś innym. 

W ciągu całych sześciu lat codziennego dojeżdżania tą samą linią był świadkiem kilku wypadków. Dokładnie trzech. W tym jednego śmiertelnego.

Te dwa krótkie zdania będące uzupełnieniem wcześniejszego źle wyglądają. Raczej spróbuj to połączyć w stylu “był świadkiem kilku wypadków, w tym jednego śmiertelnego”. 

Gdy pierwszy raz przez okno sennym wzrokiem zauważył migające światła samochodów ratunkowych, do jego uszu dotarł ignorowany hałas, zdał sobie sprawę z tego co widzi.

To zdanie jest przekombinowane. Na pewno brakuje “a” w miejscu “ samochodów ratunkowych, a do jego uszu ”. Ale i tak słabo brzmi.

 Ten obraz jedynie mignął, a trzymał go do końca dnia.

Kolejne pokraczne zdanie. Raczej “Ten obraz jedynie mignął mu przed oczami, ale do końca dnia nie mógł o nim zapomnieć” albo coś takiego.

Mała dziewczynka ściskała misia ubabranego w jakimś czerwonym soku,a policjant o czymś do niej mówił.

Ubabranego w jakimś czerwonym soku? Serio, tak opisujesz zakrwawioną dziecięcą zabawkę? Lepiej by też brzmiało, gdyby policjant “coś” do niej mówił, a nie “o czymś”.

Zza niej na noszach spoczywało ciało przykryte niestarannie białą płachtą.

Za nią, na noszach, spoczywało ciało niestarannie przykryte białą płachtą.

A to tylko trzy pierwsze akapity. Na wytknięcie ci wszystkich błędów w tym tekście potrzebowałbym pewnie całego dnia, a zwyczajnie szkoda mi na to czasu. Opowiadanie jest niedopracowane i niestarannie napisane, trochę wstyd je w tej wersji pokazywać. Do tego w dalszej części dochodzą słabo napisane dialogi, nienaturalne czasem wręcz do przesady, tak jak wciskane w usta dziesięcioletnich dzieci dziwnych wywodów o naturze świata. Albo to, że twoi bohaterowie ciągle “oburzają się”, gdy tylko ktoś powie coś, co ich dziwi. 

Bardzo niechlujnie napisany, nudny tekst w gatunku, za którym nie przepadam. Niestety nie jestem zadowolonym czytelnikiem.

» Mimo, że był XXI wiek, a właściwie jego druga połowa […]. « 

» Był 2073 rok. Coś takiego nie powinno robić na nim wrażenia. Istniały przecież soczewki i operacje… «

Ulokowanie przez Ciebie akcji w czasach jak w cytatach uważam, przykro mi, za poważny błąd. Wybiegasz o pół wieku do przodu, a opisujesz czasy obecne. Czy takie na przykład samochody autonomiczne o elektrycznym napędzie nic Tobie nie mówią? Czy stosunki społeczne nie zmienią się?

Ale to jest do naprawienia. Pomyśl nad tym.

Ojej, tu potrzeba dobrego i pracowitego korektora, wtedy będzie się dało coś zobaczyć z fabuły i myśli przewodniej, bo przyznam, że przy takiej ilości błędów czyta mi się fatalnie. Mam też lekki problem z atmosferą tajemniczości i niezwykłości świata, która powinna być tu najmocniejszą stroną opowiadania, ale np. owa dziewczynka nie jest wcale specjalnie niezwykła… Dzieci tak mówią, fantazjują, jej opowieść o domach przypomina bardziej styl mówienia Ani z Zielonego Wzgórza, niż niezwykłego dziecka, na które patrzy pół autobusu. Może się czepiam, ale do mnie nie to przemówiło, mimo że postać tajemniczej kobiety już przemówiła i zaintrygowała. Może też odrobinę więcej o głównym bohaterze – może i ma być nudny i zwyczajny, ale skoro intryguje go dziewczynka i tajemnicza pani, to zdaje mi się, że ziomek musi mieć jakieś życie duchowe, głębsze niż codzienne, automatyczne wykonywanie czynności. 

Nie bardzo mam co powiedzieć dalej na ten temat, bo serio, błędy trzeba tu poprawić koniecznie, bo zła składnia, zły szyk zdań, to obniża rangę fabuły od razu. Po poprawkach chętnie przeczytam znowu.

 

Jest tu jakiś cień pomysłu, ale zarżnęłaś go wykonaniem. Przecinki i zapis dialogów to jakiś horror, styl też nie porywa, bardzo trudno jest z tej narracji wyłuskać, o co chodzi. Dwa motywy – życia domów i matki natury są warte przemyślenia i rozwinięcia w ciekawszą fabułę. Nie przeszkadza mi nawet impresyjność narracji, niechże sobie i będą scenki z życia bohatera, ale połącz je jakoś tak, żeby czytelnik się wciągnął…

 

Zgadzam się z Arnubisem w kwestii tytułu.

 

OT: smutny filologu, czy Ty przypadkiem nie jesteś mężczyzną wbrew opisowi (sądząc po nicku i wizytówce profilowej)? System ma defaultowo kobietę, więc wielu panów nie zwraca na to uwagi ;) Edyta: w wizytówce używasz obu form, więc zgłupiałam ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Lubię takie impresyjne opowieścci. Podobało mi się, a raczej podobałoby się, gdyby nie koszmarne błędy. Wydaje mi się też, że potrzebujesz czegoś, co spiełoby te wszystkie wątki, które pojawiają się w opku. No i nie rozumiem, dlaczego umieściłaś akcję w odległej przyszłości, skoro opisujesz świat, jaki znamy.

 

W pewnym momencie zauważył, że nie jeździ już autobusem by dostać się do pracy, a po to, by ją ujrzeć.

Ujrzeć kogo? Pracę?

Nie porwało, nie przykuło uwagi, nie zaskoczyło… Nie wiem, czy to forma literatury, którą prezentuje tekst – opartą na relacji, czy może sposób prowadzenia tekstu, którego cecha charakterystyczną są całe bloki tekstu, miała wpływ na mój odbiór. Nie zniechęcaj się, ale pozwól wywodom ustąpić miejsca akcji ;)

 

Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny

Kałamarnico, w profilu napisałaś, że starasz się jak potrafisz i masz nadzieję, że Twoje opowiadania będą miały ręce i nogi… Cóż, nadzieja okazała się płonna, a ja, z największym trudem przeczytawszy Matkę Naturę w autobusie, muszę wyznać, że dawno nie widziałam tak źle napisanego tekstu.

Mam też wrażenie, że opinie czytelników niewiele dla Ciebie znaczą, skoro do dziś nie poprawiłaś błędów wskazanych przez Arnubisa i nie raczyłaś odpowiedzieć na żaden z komentarzy. Szkoda, bo choć wykonanie zawiodło na całej linii, jakiś pomysł dało się tu dostrzec.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka