- Opowiadanie: StalowyKruk - Pociąg przez pustynny kocioł

Pociąg przez pustynny kocioł

Oto krótkie opowiadanie postapo – science-fiction silnie inspirowane klasycznymi spaghetti westernami, szczególnie trylogią dolarów. Pojawiają się tu również słowa z utworu muzycznego “Shoot you in the back” zespołu Motörhead. Chciałbym też zaznaczyć, że wszystkie pojawiające się w opowiadaniu słowa niecenzuralne są konieczne dla właściwego przedstawienia postaci i historii.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Pociąg przez pustynny kocioł

Joseph Edward Lee zapalił papierosa i odchylił się na krześle.

– Nie mogę uwierzyć w to, co słyszę – powiedział. – Czy mógłby pan powtórzyć?

Alfred Smith rozważył ponownie swoją propozycję. Według niego zatrudnianie zdziwaczałych zabijaków było pozbawione sensu. Jednak to nie on decydował. Przyjrzał się ponownie swemu rozmówcy. Nie lubił takich. Typ był niemalże podręcznikowym przykładem człowieka, za bardzo lubującego się w opowieściach o dzikim zachodzie. Miał na sobie skórzany płaszcz z mnóstwem srebrnych guzików i sprzączek, jeansy, a na nogach, o zgrozo, wysokie buty z ostrogami. Obrazu dopełniał kapelusz, chyba żywcem wyciągnięty z westernu. Na częściowo skrytej w cieniu twarzy widać było cienką, białą bliznę biegnącą przez brew, prawe oko i szczeciniasty zarost, aż do brody. Sama twarz była z tych pozbawionych wieku, ale Alfred uznał, że jego rozmówca nie może być więcej jak trzydziesto–trzydziestokilkulatkiem.

– Mój pracodawca – zaczął Smith, uśmiechając się sztucznie. – Chciałby wynająć pana do ochrony pociągu.

– Zmierzającego do? – uniósł lewą brew Joseph. Alfredowi przez głowę przemknęło, że połowa twarzy z blizną może być sparaliżowana. Poza tym imię… Joseph Edward Lee. Nikt nie mógłby przecież się tak naprawdę nazywać.

– Zmierzającego do Greygrass.

– To przecież po drugiej stronie pustynnego kotła… Zaraz, chwila. Mam ochraniać pociąg jadący przez pustynny kocioł?

Smith skulił się wewnętrznie.

– Nie będzie pan jedynym wynajętym do tego zadania – powiedział zachowując pozory pewności siebie.

– Mam nadzieję, bo oferta wydaje się kusząca.

Smith postanowił zagrać jeszcze jedną kartę.

– Przewidziane są premie.

Joseph Lee popatrzył na niego, po czym machnął ręką.

– Pokaż tę umowę – mruknął.

Gdy otrzymał dokument, przeczytał go dokładnie, przez cały czas zachowując kamienną twarz. W końcu podpisał. Alfred odetchnął z ulgą.

– Będzie pan oczekiwany w wyznaczony dzień, panie Joseph. Proszę się nie spóźnić – mówił, wkładając umowę do eleganckiej teczki.

– Nie mam zamiaru – odparł ten. – I możesz mówić mi Joe.

Smith zastanowił się czy powiedzieć coś jeszcze, ale uznał, że gra nie jest warta świeczki. W końcu ten cały Joe wyglądał na takiego, co lubi mieć ostatnie słowo.

***

Na miejscu Joe miał się stawić o siódmej. Piechotą dotarłby w jakieś dwadzieścia minut. Wstał kilkanaście minut po piątej. Wynajmowana izba posiadała prowizoryczny kran, z którego leciała wyłącznie zimna woda, ale cóż zrobić. Nie ma co przyzwyczajać się do luksusów. Umył się, przyciął nożyczkami krótko brodę, doprowadzając ją do stanu przyszczękowej szczeciny, założył kolejno gacie, jeansy, czarną koszulę, skarpetki w kolorowy wzorek i płaszcz. Chwilę siłował się z butami. Z braku stołu rozłożył rewolwery na łóżku. Wyczyścił je, sprawdził działanie mechanizmów i załadował. Dwanaście srebrnych kul. Po sześć na rewolwer. Przesunął kurki do bezpiecznych pozycji, zakręcił rewolwerami na próbę i umieścił je w kaburach. Solidny nóż traperski przyczepił do pasa. Mniejsze ostrze ukrył w bucie. Przez plecy przewiesił piękną, angielską dubeltówkę, zdobytą ongiś w pewnym pojedynku. Wyjrzał przez okno. Jak przyłożył czoło do szyby i obrócił głowę, był w stanie dostrzec zegar umieszczony przed wejściem jakiegoś budynku. Czy to kościoła, czy urzędu, nie obchodziło go to. Zresztą i tak nie widział pod tym kątem. Pięć po szóstej. Nakręcił kieszonkowy zegarek, nienakręcany już chyba czwarty dzień. I tak nie mógł pełnić funkcji budzika. W takich chwilach praktyczna okazywała się umiejętność wstawania o (mniej więcej) konkretnej godzinie. Wziął w ręce swój czarny kapelusz. Przyjrzał mu się krytycznie, strzepnął z niego niewidzialny pyłek i nasadził go na głowę. Nie mając lustra nie mógł obejrzeć całokształtu, ale miał nadzieję, że prezentuje się profesjonalnie.

Zamknął drzwi i zszedł do gospody, gdzie zdał klucz i zamówił jajecznicę na śniadanie. Jadał lepsze, ale ta nie była zła. No i ważne, że było go stać. Ta robota z pociągiem była niemal wybawieniem. Zwłaszcza, że srebrne kule swoje kosztowały, a w broni nieautomatycznej nie opłacało się używać innych. Zapłacił i wyszedł na ulicę, mając dobre kilka minut zapasu. Powietrze było suche i pełne pyłu, ale do tego zdążył się przez kilka dni przyzwyczaić.

Na miejsce dotarł niemal pięć minut przed siódmą. Miał się stawić przed magazynem opodal stacji. Gdy dotarł na miejsce było tam już kilka osób.

– No proszę, mamy tu kowboja – zaszydził koleś ubrany w panterkę i dzierżący bliżej nieznany Joemu karabin maszynowy, prawdopodobnie jakąś przeróbkę, od którego ciągnęła się taśma amunicji. Jej drugi koniec znikał w plecaku jegomościa.

– Ja widzę chłopczyka bawiącego się w żołnierza – sparował Joe.

Żołnierzyk zrobił się czerwony z wściekłości, a stojący obok siwy starzec w kamizelce kuloodpornej zarechotał.

– Ale cię dojechał Ernie – powiedział, po czym zwrócił się do nowo przybyłego. – Witaj kowboju. Wołają mnie Tesla, a ciebie?

– Możesz nazywać mnie Joe.

– Ten militarny to Ernie – kontynuował staruszek. – Obaj byliśmy wcześniej, więc zdążyliśmy się zapoznać. Ta tam – wskazał stojącą na uboczu dziewczynę. – To snajperka. W sensie kobieta-snajper. Snajperkę, przepraszam, karabin wyborowy ma na plecach. Nawiasem mówiąc to chyba SWD, ale nie jestem pewien.

Tesla wydawał się wyjątkowo energiczny jak na starca.

– Ktoś jeszcze się pojawi? – zapytał Joe.

– Pewnie tak, co za pojeb wynająłby tylko czwórkę do ochrony pociągu? – Ernie najwyraźniej stwierdził, że już wystarczająco ukarał wszystkich swoim milczeniem.

W tym właśnie momencie do grupki oczekujących dołączył obwieszony nożami osobnik, w średnim wieku, z dwoma maczetami na plecach. Ogolony zupełnie na łyso z ogromnymi czarnymi wąsami. Szeroki w barach niczym przysłowiowa gdańska szafa, przysłonił poranne słońce trzem najemnikom stojącym przed magazynem.

– Zbigniew Terror – przedstawił się, wyciągając rękę. Tesla powtórzył swój monolog, tym razem włączając jeszcze Joego.

Terror oparł się o ścianę, obok Erniego, kończąc tym lokalne zaćmienie.

Chwilę później pojawił się pan Smith, z nieodłączną teczką i wysokim, ubranym w surdut jegomościem.

– Witajcie – przywitał się wysoki. – Nazywam się John Divitae, jestem skromnym przedsiębiorcą. Rozumiem, że państwo w sprawie ochrony pociągu? Zapraszam tędy – wskazał kierunek mahoniową laską, ze srebrną gałką.

John Divitae zaprowadził ich w kierunku stojącego nieco na uboczu składu, bez podpiętej lokomotywy. Obok najbliższego wagonu stała jeszcze dwójka najemników. W zasadzie Joe założył, że są to najemnicy, chociaż czarne mundury sugerowały co innego. Ta dwójka musiała być bliźniakami. Kobieta i mężczyzna, ale identyczni. Mieli takie same zacięte miny i nawet ich przewieszone przez plecy stare, żeby nie powiedzieć starożytne, karabiny Gewehr 98 wyglądały identycznie.

– To Bliźniaki – przedstawił ich pan Smith. – Ich pseudonimy to Aryjczyk i Aryjka.

Ta dwójka rzeczywiście posiadała chyba wszystkie niezbędne cechy „nadludzi”. Pomijając oczywiście fakt, że w myśl ideologii nazistowskiej kobiety miały rodzić dzieci, a nie walczyć. Bliźniaki zasalutowały Johnowi Divitae. Idealnie równo.

– Dobra – odezwał się Joe, próbując brzmieć jak profesjonalny najemnik. – Gdzie jest haczyk?

To była jedna z jego ulubionych kwestii.

– Haczyk? – John „skromny przedsiębiorca” Divitae wyglądał na zaskoczonego.

– Tak po prostu mamy bronić pociągu przejeżdżającego przez lądowy odpowiednik trójkąta bermudzkiego? – podchwycił Tesla. – To musi być bardzo pilna sprawa.

– Zdaję sobie sprawę, że to wszystko to może wydawać się skomplikowane, ale za chwilę wszystko wyjaśnię – mówiąc to Divitae podszedł do jeszcze niezaładowanej skrzyni. Skinął na najbliższego robotnika i nakazał mu ją otworzyć. Skrzynia była pełna grzybów. Wrzuconych niedbale, ale w większości całych. Joe w zamyśleniu przesunął palcami po guzikach płaszcza. Pierwszy raz widział coś takiego. Wszystkie grzyby, kształtem zbliżone do muchomorów, miały opalizująco niebieskie kapelusze.

– Grzyby. To są jebane grzyby – skwitował Ernie.

– Nie da się ukryć – potwierdził John Divitae.

– Co jest takiego niesamowitego w tych grzybach? – zapytał Tesla.

– Pozwólcie, że wyjaśnię to w środku. Kazałem doczepić z przodu wagon pasażerski, żebyśmy nie musieli podróżować jak jakieś zwierzęta.

– Albo grzyby – mruknęła pod nosem Snajperka.

– Trafne porównanie. – Divitae miał naprawdę imponujący słuch.

W momencie, gdy podchodzili do wagonu, na peronie pojawiło się kolejne indywiduum.

Osobnik ten był raczej średniego wzrostu, ale nie można by było go przegapić, nawet celowo. Nosił przy pasie miecz koto, mający czasy świetności daleko za sobą. Do tego coś na kształt fragmentów zbroi z nierównych, metalowych pasków. Określenie – garażowy samuraj samo cisnęło się na język. Typ urody za to zdecydowanie nieorientalny. Zwykły, odrobinę zbyt blady biały człowiek.

– Widzę, że nie grzeszy pan punktualnością – chłodno stwierdził Smith, zerkając ostentacyjnie na zegarek.

Nowo przybyły wymamrotał szybko jakieś przeprosiny i dołączył do reszty najemników.

The riders ride, into the night, into the west, to see who’s gun’s the best… – zanucił Joe, wchodząc do wagonu. Widać było, że „skromny przedsiębiorca” się wykosztował. Joego w życiu nie byłoby stać choćby na wejście do takiego wagonu. Całość utrzymana raczej w ciemnych kolorach, ale przy budowie nie oszczędzono złota i kości słoniowej. Pomiędzy obitymi czerwonym aksamitem[1] fotelami przytwierdzone były małe, eleganckie stoliczki. Joe przysiadł na jednym z takich miejsc. Siedzenie naprzeciwko zajął Tesla.

– Wszyscy się rozsiedli? – zapytał Divitae. Było to pytanie retoryczne, tym bardziej, że doskonale widział, że wszyscy siedzieli.

– Pozwolę sobie zacząć od początku – powiedział, przyjmując w swoim mniemaniu zapewne dumny, lub inspirujący wyraz twarzy. – Tu chodzi o paliwo.

Jeśli spodziewał się zaskoczonych twarzy i pytań w stylu: „O mój boże! Paliwo?!”, to czekał go niemały zawód.

– Tak, paliwo. – Jak widać, Johna Divitae niełatwo było zniechęcić. –Wszyscy wiecie, że tu, w środku lądu paliwo jest olbrzymim problemem. Na wybrzeżu są w stanie pozyskiwać je ze specyficznych gatunków glonów, ale sprowadzanie go tutaj, na pustynię jest zbyt kosztowne. Dlatego korzystamy z lokomotyw – umilkł dla lepszego efektu. – Jednak to może się wkrótce zmienić. Te grzyby mogą okazać się naszą przyszłością.

Tesla dyskretnie uniósł jedną brew. Tego drobnego ruchu nie dostrzegł nikt, poza Joem.

Rewolwerowiec w gruncie rzeczy podzielał wątpliwości starca. Może nie należał do intelektualistów, ale był prawie pewien, że glony i grzyby znacząco się od siebie różnią. O ile pamiętał, grzyby nie były nawet roślinami.

– Wystąpiły jednak pewne komplikacje – ciągnął Divitae. – Grzyby powinny jak najszybciej znaleźć się w ośrodku badawczym w Greygrass. I tu pojawiają się problemy. Południowa linia kolejowa, okrążająca pustynny kocioł została poważnie uszkodzona. Jakiś debil wysadził nasyp. Naprawa trochę potrwa.

– A północny szlak? – zainteresował się Tesla.

– Zajęło go wojsko.

– Czyje? – zapytał Joe.

Divitae wzruszył ramionami.

– Czy to ważne?

– A stan torów? – Tesla nie mógł odpuścić sobie szczegółów technicznych.

– Z tego, co mi wiadomo, niemal idealny. Większość leży na solidnych, betonowych palach, które jak dotąd powstrzymują nie tylko piach, ale też lokalną faunę i florę.

– I nikt tego nie zajebał? – Ernie uniósł brwi.

– Trasę wybudowano zanim spadły bombki. Solidna robota, a i nikt nie miał za bardzo ochoty się tam zapuszczać.

– No dobrze, a zagrożenia? – zapytała Snajperka.

– Duże robale, pustynne plemiona, mutanci i ewentualna zorganizowana przestępczość – odpowiedział Joe.

– Otóż to – potwierdził organizator wyprawy. – Aczkolwiek, wykluczyłbym zorganizowaną przestępczość. Zadbałem o dyskrecję.

Wagonem targnął nagły wstrząs.

– Ach, to lokomotywa – odezwał się Smith. Kilka osób podskoczyło, najwyraźniej zapomniawszy o istnieniu sztywniaka.

– Muszę niestety opuścić to zacne towarzystwo, obowiązki czekają – powiedział i skierował się ku drzwiom. Przed wyjściem zatrzymał się jeszcze i zapytał swojego szefa:

– Czy na pewno chce pan jechać?

Divitae tylko machnął ręką.

Wreszcie ruszyli. Joe przez okno obserwował oddalające się miasteczko. Nie tęsknił.

No… może trochę.

Przestań zachowywać się jak mięczak, zganił się w myślach.

– Idę na dach – oznajmił głośno. Nikt nie zaprotestował. Niektórzy wręcz odetchnęli z ulgą. Wiedzieli, że ktoś musiał tam czuwać i liczyli, że wypadnie na kogoś innego.

Na górze słońce smażyło niemiłosiernie, ale pęd powietrza sprawiał, że było nawet znośnie. Joe wcisnął kapelusz mocniej na głowę. Nie wybaczyłby sobie, gdyby go zgubił.

– Dobrze się bawisz? – dobiegł go głos Tesli.

– Co masz na myśli?

– Tą całą grę, którą prowadzisz. Tą gadkę profesjonalisty i groźne spojrzenie.

– To tak, bawię się dobrze – uśmiechnął się Joe.

– Cóż – westchnął starzec. – Przynajmniej twoich intencji mogę być pewnym.

– To znaczy? – zapytał grzecznie rewolwerowiec, ukrywając irytację. Nie znosił wzdychania i nie znosił wciskanych na siłę tajemniczych tekstów.

– Nie widzisz tego? To jakaś grubsza afera. Założę się, że te grzyby wcale nie służą do wytwarzania paliwa.

Joe wzruszył ramionami. Niemal bezwiednie zakręcił rewolwerami.

– Nie płacą mi za myślenie.

***

Pierwsza godzina jazdy przebiegała spokojnie. Koła miarowo toczyły się po idealnie zachowanych torach, słońce paliło niemiłosiernie, a kłęby czarnego dymu z komina lokomotywy utrzymywały się na tyle wysoko, by nie przeszkadzać siedzącemu na dachu wagonu Joemu.

Dopiero druga godzina przyniosła ze sobą wyzwania. Pustynia zaroiła się od skaczących kształtów. Na razie odległych, lecz przybliżających się nieubłaganie.

– Daj znać reszcie – rzucił rewolwerowiec do garażowego samuraja, który zastąpił Teslę na dachu w myśl zasady „dwóch na warcie”.

Samuraj wstał i przyłożył dłoń do oczu, sprawdzając co zaniepokoiło Joego. Widocznie sytuacja zrobiła na nim wrażenie, bo kawałek dachu, który miał do przebycia, przebiegł z naprawdę imponującą prędkością.

Rewolwerowiec stanął na rozstawionych nogach, tyłem do kierunku jazdy, czekając na przybycie adwersarzy. Czarne punkciki nadciągające od boku zakręciły, by nadążyć za pociągiem i zaczęły powoli się przybliżać. Nieubłaganie i niestrudzenie skakały po piasku, doganiając wagony.

Prześladowcy byli zbyt szybcy. Na ustach Joego powoli wykwitł uśmiech. Nie obędzie się bez walki.

Na dach wagonu klnąc wgramolił się Ernie.

– Co to kurwa jest? – zapytał.

– Kawaleria.

– Co?

W tym właśnie momencie najszybszy z napastników wskoczył na ostatni wagon pociągu. Przez „wskoczył” w tej sytuacji należy rozumieć, że ową czynność wykonał jego wierzchowiec. Sam napastnik wyglądał tak, jak powinien wyglądać szanujący się wojownik pustyni. Zwiewne szaty, prosty napierśnik i owinięta materiałem twarz, z której widoczny był tylko pasek śniadej skóry i bystro błyskające oczy.

W tym wypadku to „rumak” był tym bardziej przerażającym. Świerszczopodobna istota rozmiarów konia zamiatała dach wagonu długimi czułkami i poruszała żuwaczkami w hipnotyzująco obrzydliwy sposób.

– O kurwa – podsumował Ernie i uniósł karabin.

– Stój – warknął Joe i odepchnął lufę w bok.

– Pojebało cię?

– Jak podziurawisz towar, potrącą nam to z zapłaty.

– Jak go nie podziurawię – wydarł się żołnierzyk, wskazując na szarżującego na nich jeźdźca – nic nam po zapłacie.

– Zostaw to mnie – rzekł rewolwerowiec, rzucając uśmiech pełen pewności siebie, której w rzeczywistości nie odczuwał.

Wróg był już na dachu sąsiedniego wagonu, gdy Joe błyskawicznie wyciągnął rewolwer i oddał dwa strzały w oko owadziej bestii. Gigantyczny świerszcz, zamiast elegancko wylądować tuż przed najemnikiem, upadł ciężko i wstrząsany drgawkami począł miotać odnóżami. Siedzący na nim wojownik chcąc uniknąć losu swego wierzchowca siłował się z trzymającą go w siodle uprzężą.

– Co się gapisz? – Rewolwerowiec naskoczył na Erniego. – Chciałeś strzelać, nie? Ci na dole wyglądają na łatwy cel, nawet dla ciebie.

Żołnierz mrucząc coś pod nosem posłał serię w kierunku otaczających pociąg. Póki co żaden wojownik więcej nie odważył się dokonać abordażu, ale to tylko kwestia czasu, aż oblezą dachy wagonów.

Wojownik, siedzący na grzbiecie świerszcza wreszcie się uwolnił i dobywając prymitywnego miecza z kawałka złomu rzucił się z wrzaskiem na Joego. Zanim zdążył zadać cios, przez jego czaszkę przeszła kula. Rozbryzg krwi szybko został wywiany przez pęd lokomotywy. Joe obrócił się. Za nim stała Snajperka z dymiącym karabinem w rękach.

– Nie trać wroga z oczu – rzuciła. Miała niesamowicie pusty głos. Jakby wyprany z wszelkich barw i emocji.

– Poradziłbym sobie – odgryzł się rewolwerowiec.

Przechyliła głowę.

– Ale nie poradziłeś. Wisisz mi szluga.

Joe niechętnie wyciągnął paczkę w stronę snajperki. Ta poczęstowała się i bezskutecznie spróbowała zapalić. Pęd powietrza bezlitośnie jej to uniemożliwiał. Joe za to miał po raz pierwszy możliwość przyjrzeć się jej z bliska. Nie była zbyt ładna. Trochę zawiedziony odwrócił wzrok.

Aryjskie bliźniaki dołączyły do Erniego, ostrzeliwującego otaczających pociąg napastników. Gewehry zadźwięczały równo, masakrując ludzkie ciała i posyłając kule rykoszetami od chitynowych pancerzy. Ostatni na dach wgramolił się ciężko Zbigniew Terror.

– Reszta rezygnuje z imprezy? – zapytał go rewolwerowiec.

– Staruszek broni naszego pracodawcy, a oszołom w blachach poszedł sprawdzić, co u gości z lokomotywy.

Kolejny jeźdźca świerszczy przypuścił atak. Tym razem robal wczepił się w bok wagonu. Ernie przywitał go masakrującą serią. Napastnicy jednak widocznie przegrupowali się i rozpoczęli poważny szturm.

– Trzeba zająć się też tyłem – wrzasnął Joe, przekrzykując wiatr. Na ostatnie wagony wskoczyło już kilku jeźdźców.

– Idziesz ze mną? – zapytał Terrora. Ten kiwnął głową.

Rewolwerowiec uśmiechnął się i nasadził kapelusz mocniej na głowę.

– Rozpierdolmy ich – wydarł się i długim susem przesadził pierwszy odstęp między wagonami.

Biegł. Biegł, nie zważając na to, co dzieje się wokół. Coraz mniej wagonów dzieliło go od cholernych jeźdźców szarańczy. Słyszał łomot wokoło, wydawany zapewne przez kolejnych napastników szturmujących pociąg, ale nie obchodzili go. Nie zatrzymają go. Widział już tylko czterech napastników na ostatnim wagonie. To jest cel. Od nich trzeba zacząć.

Będąc tuż przed nimi, zerwał w biegu z pleców dubeltówkę. Niestety, zahaczył paskiem o kapelusz, który wykorzystał okazję, by wyrwać się na wolność.

Żeby przeżyć w tak niebezpiecznym zawodzie, należy posiadać przede wszystkim niezawodny refleks, zdolność do szybkiego myślenia i odpowiednie priorytety. Dlatego właśnie Joe, zamiast strzelać, wyciągnął rękę po kapelusz. Złapał go dosłownie w ostatniej chwili. Jeszcze chwila i ten wspaniały wyrób kapeluszniczy odleciałby, by spocząć już na wieki na piaskach pustynnego kotła.

To opóźnienie mogło naprawdę wiele kosztować najemnika. Najbliższy jeździec uniósł do rzutu metalowy oszczep, zamierzając raz na zawsze ukarać małostkowość Joego. Ten widząc, że sytuacja robi się gorąca, niczym nagrzany dach, po którym stąpał, płynnym ruchem oparł dubeltówkę w zgięciu łokcia lewej ręki, w której wciąż trzymał kapelusz. Ciężkie, metalowe kulki, z których składała się loftka, dosłownie przemieliły twarz i fragment torsu Jeźdźca. Drugi strzał oddał w głowę wielkiego świerszcza, wsadziwszy mu strzelbę niemal między żuwaczki.

Pozostałych trzech napastników ruszyło by pomścić swojego towarzysza. Nie było czasu na przeładowanie. Joe szybkim ruchem przerzucił strzelbę za plecy, a następnie nasadził nieco już wymięty kapelusz na głowę. Teraz nadszedł czas na taniec.

Wśród rewolwerowców krążyły legendy o wyczynach niejakiego Kida Curry’ego, który rzekomo miał umieć wystrzelić z rewolweru jednotaktowego pięć razy, zanim upuszczony przezeń z drugiej ręki żeton upadł na ziemię. Oczywiście wszyscy, nie wyłączając Joego wiedzieli, że z pewnością opowieść ta była znacznie podkoloryzowana. Niemniej, umiarkowanie ambitny najemnik zawziął się, by jak najbardziej zbliżyć się do tego wyniku. Po naprawdę długich ćwiczeniach, w czasie których, obawiając się, że zabraknie mu pieniędzy na jedzenie,  zrezygnował z używania amunicji, osiągnął więcej niż zadowalający wynik czterech strzałów. Na swoje szczęście miał jeszcze inną sztuczkę, o którą nie podejrzewał Kida Curry’ego.

Akimbo.

W każdą dłoń ujął po rewolwerze. Pod palcami czul chłodny metal i wytarte drewno orzechowe. Znajome uczucie. Euforyczne i przerażające. Trzymał w każdej ręce śmierć. Chociaż nie, śmiercią można określić srebrne kule, zdolne zranić każdą istotę, niezależnie od stanu transcendentalnego[2]. Rewolwery robiły tutaj za dozowniki, mające umieszczać srebro w ciałach przeciwników.

To brzmi idiotycznie, zganił się w myślach Joe, otwierając ogień.

Najpierw jeźdźcy. Pierwsza kula, wystrzelona z dzierżonego w prawej ręce rewolweru, zagłębiła się w klatce piersiowej człowieka pustyni. Zgodnie z kolejnością, następny powinien dostać kulkę z lewej ręki. Niestety akimbo charakteryzowało się obniżoną celnością. Joe, nie zrażając się, doprawił z prawej. Z trzecim nie miał już problemu. A wszystko to rozegrało się w jednej, bardzo krótkiej chwili.

Z chęcią by sobie pogratulował i nawet zrobiłby to, gdyby nie pewien drobny szczegół. Właściwie trzy szczegóły. Każdy wielki, opancerzony i wyposażony w bardzo niesympatycznie wyglądające żuwaczki.

Osiem kul. To nie dzieli się na trzy, z irytacją stwierdził rewolwerowiec.

Rzucił się szczupakiem w lewo, unikając szarżującej szarańczy i w szaleńczym tempie wpakował jej cztery kulki w łeb. Czwórką naboi z dzierżonej w lewej ręce broni obdzielił pozostałą dwójkę owadów. Jeden pozostał w miejscu, wierzgając pośmiertnie odnóżami, a drugi, tylko raniony, zdecydował się na ucieczkę.

Joe podniósł się do pozycji siedzącej, przeładował rewolwery i dopiero wtedy uznał za właściwe zorientować się w sytuacji. Na sąsiednim wagonie Zbigniew Terror walczył z dwoma jeźdźcami za pomocą obydwu swoich maczet. Jakkolwiek ciekawie to nie wyglądało, jego przeciwnicy mieli przewagę zasięgu. Chociaż ciągnąca się do skraju dachu smuga czegoś ohydnego oraz bliżej niezidentyfikowane fragmenty owadzie i ludzkie mogły poświadczyć, że najemnik o gabarytach szafy potrafi o siebie zadbać.

Joe ostrożnie, uważając na kapelusz, ściągnął z pleców strzelbę, naładował ją i wypalił w odwłok bliższego wielkiego owada. Robal spanikował i wbrew protestom swojego pana skoczył, próbując ucieczki. Jego celem była zapewne jedna z wielkich betonowych podpór, utrzymujących torowisko wysoko ponad niszczycielskim piaskiem. Niestety dla niego, złapał się dwoma odnóżami samych torów. Z ohydnym chrupnięciem łamanych kołami pociągu nóg stwór spadł na piasek, przygniatając jeźdźca.

Z ostatnim poszło szybko. Joe strzelił pustynnemu wojownikowi w plecy, a Terror zarąbał wierzchowca.

– Ponad setka – mruknął wąsacz, przetaczając wzrokiem po otaczających pociąg jeźdźcach.

– Myślisz?

– Jestem pewien. No prawie.

– I co teraz zrobimy?

– Chyba umrzemy – kulturalnie wyjaśnił Terror.

Joe skrzywił się.

– Miło było cię poznać – mruknął.

W tej właśnie chwili w stronę pędzących na złamanie karku jeźdźców, od strony pociągu pomknęła smuga dymu. Na oczach najemników, zostawiający ową smugę pocisk eksplodował, pokrywając zarówno wojowników, jak i ich wierzchowce ogniem. Stanowiące teraz znaczną część napastników (jeszcze) żywe pochodnie miotały się, tylko powiększając zamęt.

– Co? Jak… – zszokowany Terror miał problemy ze skleceniem porządnego zdania.

– Tesla – wyjaśnił spokojnie rewolwerowiec, zdejmując kapelusz i patrząc ze zgrozą na rozgrywające się u ich stóp piekło. – Musiał mieć to od początku. Kiedy stwierdził, że nie mamy szans sobie poradzić, odpalił to draństwo.

– Dlaczego nie zrobił tego wcześniej? – pytał wciąż niedowierzający siłacz.

Joe popatrzył na niego ponuro.

– A ty byś się odważył?

***

Garażowy samuraj podszedł do bliźniaków i Erniego, stojących na dachu wagonu pasażerskiego.

– Wygląda na to, że uciekają – zagadnął.

– Też bym spierdalał, widząc coś takiego – odparł Ernie. – Staruszek się popisał.

– To robota Tesli?

– Nie, kurwa, słońce ich przysmażyło.

Samuraj zamilkł, nie zamierzając narażać się dłużej żołnierzowi.

– Skoro problem rozwiązany, możemy wrócić do realizacji planu? – zapytał Aryjczyk.

Ernie kiwnął głową.

– O czym wy mówicie? – zapytał garażowy samuraj, próbując ukryć podenerwowanie. Zdał sobie sprawę, że brakuje mu kogoś w polu widzenia.

Coś oparło się o metalowy pancerz, osłaniający mu plecy.

– Nic osobistego – mruknęła mu cicho do ucha Aryjka.

Ogłuszył go huk wystrzału. Upadł na dach wagonu, zwijając się z bólu. Zaczerpnięcie tchu robiło się coraz trudniejsze. Chyba zaczynał rozumieć tych wszystkich ludzi, odradzających mu tę właśnie ścieżkę kariery.

***

Joe i Terror usłyszeli strzał. Zdążyli obrócić się akurat, by zobaczyć padającego samuraja. Snajperka, stojąca w bezpośredniej bliskości całego wydarzenia, również się obejrzała. Zanim zdążyła zareagować, Ernie rozpruł ją od krocza, po czubek głowy, ogniem ciągłym.

Joe drugi raz tego dnia przyłożył do piersi kapelusz, oddając cześć poległym. Nie pooddawał jej za długo, bo antyczne Gewehry bliźniaków zagrzmiały, śląc kule w stronę jego i wąsacza.

Terrora wyraźnie rozwścieczyła zdrada trójki. Odbił maczetą nadlatujący pocisk i ruszył do szarży.

Joe nie podzielał jego berserkerskiego podejścia do sprawy. Nie zamierzał liczyć na refleks i szczęście. Zamiatając płaszczem, wskoczył pomiędzy wagony. Kiedy przyjdą po niego, będzie gotowy.

Czekanie znudziło mu się po całych pięciu sekundach. Wciąż nie zamierzał ładować się na dach, ale do głowy przyszedł mu pewien pomysł.

***

Rewolwerowiec, przeklinając cicho swoje pomysły, z trudem przesuwał się drobnymi kroczkami po wąskiej listwie, wystającej nieznacznie poza ścianę wagonu. Bał się choćby oderwać twarz od nieoheblowanych desek, w obawie, że pęd powietrza ciśnie go w dół, na betonowe filary torowiska.

Odetchnął z ulgą, gdy dotarł do przerwy między wagonami.

Jeszcze tylko kilka, pomyślał, odsuwając coraz bardziej kuszącą myśl skończenia ze sobą.

W zamyśleniu starł z włosów jakiś obrzydliwy śluz, który musiał wyciec z jednego z owadzich zezwłoków, wciąż walających się po dachach. Na szczęście nie pobrudził kapelusza, bezpiecznie schowanego za pazuchą zapiętego, dla ograniczenia oporu powietrza, płaszcza.

Strzały na górze wciąż trwały, choć ze zmniejszoną intensywnością. Najwidoczniej Terror się opamiętał i znalazł jakąś osłonę. To dobrze. Martwy z pewnością nie ściągałby na siebie tyle uwagi i zdrajcy mogliby zacząć szukać dawno niewidzianego rewolwerowca.

He got to realise, before he dies… – nucił pod nosem Joe, ze wszystkich sił starając się utrzymać przy ścianie wagonu. Musiał czymś zająć myśli. Po trzech wagonach ręce mu odpadały, a nie znalazł się nawet w połowie drogi. – The rider wearing black…

***

– Chyba nie ma zamiaru stamtąd wyjść – stwierdził Ernie. Terror po zorientowaniu się, że jego szarża jest skazana na niepowodzenie, schował się za truchłem wielkiego świerszcza. Okazało się również, że choć kule wbijają się monstrualnego owada, za nic nie chcą wyjść z drugiej strony.

– Musi tam siedzieć, w przeciwnym wypadku narazi się na nasz ostrzał – powiedział Aryjczyk. – Jedyną pozostającą mu ewentualnością jest skok z pociągu.

– A Joe wciąż w ukryciu?

– Nawet nie próbował się wychylać.

– Dziwne. Jesteście pewni, że ten skurwiel nie przechodzi sobie właśnie środkami wagonów?

– Nie ma w nich miejsca – wtrąciła się Aryjka. – sprawdziłam.

– To znaczy?

– To znaczy, że nie przeciśnie się pomiędzy skrzyniami ładunku.

– To, kurwa, dobrze – wymamrotał Ernie, bez większych sukcesów usiłując zapalić papierosa. – Jebany wiatr – stwierdził w końcu.

Bliźniaki zerknęły na niego z umiarkowanym zainteresowaniem.

– Pilnujcie tych skurwieli – przykazał im żołnierz. – Ja idę zająć się staruszkiem i naszym pracodawcą.

***

Joe krytycznie obejrzał wyciągnięty zza pazuchy kapelusz. Każde wygniecenie drażniło jego głęboko skrywany pedantyzm. W końcu nasadził go na głowę.

Powoli, żeby ostrogi nie zadzwoniły za głośno, wspiął się po drabince na dach. Znalazł się idealnie za plecami bliźniaków. Nie zamierzał zmarnować okazji.

Stanął na szeroko rozstawionych nogach i odchylił poły płaszcza. Popatrzył jeszcze na leżącego nieruchomo, twarzą w dół samuraja, którego w końcu nie spytał o imię, oraz niemalże przepołowione i nienadające się do identyfikacji zwłoki, nie najpiękniejszej, lecz niewątpliwie uzdolnionej snajperki.

It's suicide, to live on pride

You claim you own, your skin, your bone

Your own life, cuts you like a knife

The rider wearing black

He's gonna… he's gonna shoot you in the back…

Joe wyciągnął rewolwer z kabury i błyskawicznie oddał dwa strzały. Dwa ciała zwaliły się na dach. W oddali zza martwego robala wychylił się zdziwiony Zbigniew Terror.

Aryjka się poruszyła.

– Twarda jesteś – mruknął rewolwerowiec, podchodząc bliżej.

Zdrajczyni spojrzała w drugą stronę, przekonując się, że góra mięcha z maczetami idzie w ich stronę.

– Scheiße – wychrypiała i rozkaszlała się krwią.

– I co teraz, suko? – zapytał spokojnie Joe, odciągając kurek rewolweru.

Aryjka go zaskoczyła. Miała wystarczająco siły, żeby w jednej niezwykle krótkiej chwili wyskoczyć z pociągu, ciągnąc za sobą brata. Rewolwerowiec zdążył jeszcze posłać kulkę ich śladem, zanim zniknęli mu z pola widzenia.

Z wagonu pod jego stopami rozbrzmiały strzały. Machnął na Terrora, żeby szedł za nim i skoczył między wagony. Wylądował, uginając nogi i przystąpił do działania, mając zamiar uprzedzić Erniego. Błyskawicznie szarpnął drzwi, otwierając je na oścież i umieścił lewą rękę ponad trzymanym w prawej rewolwerem.

Zdrajca obracał się właśnie, zamierzając zamienić Joego w mięso mielone. Za wolno. Pierwszy strzał zbił na bok lufę karabinu. Seria przeznaczona dla dwójki najemników, rozpruła luksusowe siedzenia. Ernie zaklął i ponownie nacisnął spust, lecz ani jeden pocisk nie pomknął w kierunku rewolwerowca i wielkiego nożownika.

Joe uśmiechnął się. Druga kula, wystrzelona jeszcze w momencie, gdy żołnierz niszczył drogą tapicerkę, przerwała taśmę amunicyjną. Teraz uniósł rewolwer i spokojnie wymierzył, obserwując strugi potu, płynące po twarzy Erniego. Ten jednak nie zamierzał oddać tanio skóry. Odrzucił karabin, szybko zrzucił plecak i zasłonił się nim, jak tarczą, przed pociskiem mającym zrobić mu trepanację czaszki. Rewolwerowiec nacisnął spust jeszcze raz, ale w bębenku nie było już żadnego naboju. Poczuł jak lodowaty strach rozlewa mu się po wnętrznościach.

Żołnierzyk zamierzał staranować go plecakiem. Joe instynktownie, lewą ręką odepchnął wypchany nabojami bagaż i uderzył napastnika rękojeścią rewolweru w twarz. Mimo to padli na ziemię.

Oszołomiony Ernie nie mógł reagować równie szybko jak przeciwnik, który znalazł się na górze. Joe usiadł okrakiem na zdrajcy i trzymając rewolwer za rozgrzaną lufę, zaczął metodycznie masakrować mu twarz rękojeścią. Uderzał raz za razem, bez końca. Nie mógłby przestać nawet, gdyby chciał.

– Wystarczy – krzyknął ktoś i odciągnął rewolwerowca. Ernie został na ziemi. Tylko nieprzytomny, ale z wieloma ubytkami w uzębieniu i zmiażdżoną twarzą.

– Wszyscy cali? – zapytał Joe po kilku głębszych oddechach. Obmacał kieszenie, udając, że szuka szlugów. Tak naprawdę chciał ukryć drżenie rąk.

– U mnie w porządku, u pana Divitae też – oznajmił Tesla. – Czy reszta…

Terror potwierdził skinieniem głowy.

Joe wyjrzał za okno.

– Wygląda na to, że dotarliśmy do Greygrass – stwierdził. Za oknami rzeczywiście pojawiały się już pierwsze zabudowania. – To chyba czas na zapłatę.

– Wkrótce będziemy na miejscu. Wtedy się rozliczymy – rzekł John Divitae, wygładzając surdut.

– Myślę, że sami poradzimy sobie z podziałem – rewolwerowiec wyszczerzył się, choć jego spojrzenie pozostało zimne. – Zajmiemy się też kwestią zarobków naszych poległych towarzyszy. – Położył dłoń na drugim, naładowanym rewolwerze.

Divitae popatrzył na Terrora i Teslę, ale żaden z nich nie wyglądał, jakby chciał stanąć w obronie „skromnego przedsiębiorcy”. W końcu sięgnął pod jedno z siedzeń i wyciągnął niewielką walizeczkę. Przekazał ją Tesli, który sprawdził zawartość i kiwnął głową.

Pociąg zaczął zwalniać i po kilku minutach zatrzymał się nieopodal obdrapanych magazynów, przy stacjach.

– Miło było – rzucił Joe i wyszedł. Pozostała dwójka najemników podążyła za nim.

– Naprawdę nie obchodzi cię, o co chodzi z tym ładunkiem? – Tesla zapytał jeszcze rewolwerowca.

– Ani trochę – odparł ten.

 

[1] Albo czymś innym. Nie można oczekiwać od rewolwerowca wiedzy krawca. Joe prędzej mógłby wymienić mniej niewygodne rodzaje kamieni. Wiele z nich w końcu wykorzystywał w charakterze poduszek.

[2] Joe był dumny z zapamiętania tego słowa, choć nie był pewien, co znaczyło.

Koniec

Komentarze

Chciałbym też zaznaczyć, że wszystkie pojawiające się w opowiadaniu słowa niecenzuralne są konieczne dla właściwego przedstawienia postaci i historii.

W takim razie powinieneś umieścić tag “wulgaryzmy”.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jeśli atakujących pociąg napastników na zmutowanych świerszczach porównać do Indian, a najemników do żołnierzy broniących cennego ładunku, to jest to jedyne, co mnie skojarzyło się z westernem. Po lekturze pozostaję z nieodpartym wrażeniem, że cała historia została opowiedziana wyłącznie po to, aby można opisać walkę grupy osobliwych najemników z przeciwnikami na skaczących owadach, a to, jak dla mnie, okazało się raczej średnio interesujące.

Nie wykluczam, że może coś przeoczyłam, ale nie dostrzegłam w opowiadaniu niczego, o czym można powiedzieć, że to science fiction.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia – poza wymienionymi błędami i usterkami najbardziej przeszkadzała mi nie najlepsza interpunkcja.

 

lu­bu­ją­ce­go się w opo­wie­ściach o dzi­kim za­cho­dzie. –> …lu­bu­ją­ce­go się w opo­wie­ściach o Dzi­kim Za­cho­dzie.

 

płaszcz z mnó­stwem srebr­nych gu­zi­ków i sprzą­czek, je­an­sy… –> …płaszcz z mnó­stwem srebr­nych gu­zi­ków i sprzą­czek, dżinsy

Raczej pisownia spolszczona.

 

widać było cien­ką, białą bli­znę bie­gną­cą przez brew, prawe oko i szcze­ci­nia­sty za­rost… –> Czy blizna biegła przez oko, czy może przez powiekę?

 

nie może być wię­cej jak trzy­dzie­sto–trzy­dzie­sto­kil­ku­lat­kiem. –> …nie może być wię­cej jak trzy­dzie­sto– trzy­dzie­sto­kil­ku­lat­kiem.

 

– Mój pra­co­daw­ca – za­czął Smith, uśmie­cha­jąc się sztucz­nie. – Chciał­by wy­na­jąć pana do ochro­ny po­cią­gu.

– Zmie­rza­ją­ce­go do? – uniósł lewą brew Jo­seph. –> Winno być:

– Mój pra­co­daw­ca – za­czął Smith, uśmie­cha­jąc się sztucz­nie – …chciał­by wy­na­jąć pana do ochro­ny po­cią­gu.

– Zmie­rza­ją­ce­go do? – Uniósł lewą brew Jo­seph.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

– To prze­cież po dru­giej stro­nie pu­styn­ne­go kotła –> Ta nazwa pojawia się w tekście kilkakrotnie. Czy nie powinna być napisana wielkimi literami?

 

Wy­naj­mo­wa­na izba po­sia­da­ła pro­wi­zo­rycz­ny kran… –> W izbie może być kran, ale izba nie po może posiadaczką kranu.

 

Wziął w ręce swój czar­ny ka­pe­lusz. –> Zbędne dopowiedzenie; czy mógł wziąć kapelusz inaczej, nie w ręce?

Zbędny zaimek; czy wziąłby cudzy kapelusz?

 

Przyj­rzał mu się kry­tycz­nie, strzep­nął z niego nie­wi­dzial­ny pyłek i na­sa­dził go na głowę. –> Nadmiar zaimków.

 

Tesla po­wtó­rzył swój mo­no­log… –> Zbędny zaimek.

 

ka­ra­bi­ny Ge­wehr 98 wy­glą­da­ły iden­tycz­nie. –> …ka­ra­bi­ny ge­wehr 98 wy­glą­da­ły iden­tycz­nie.

Nazwy broni piszemy małą literą. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

przez lą­do­wy od­po­wied­nik trój­ką­ta ber­mudz­kie­go? –> …przez lą­do­wy od­po­wied­nik Trój­ką­ta Ber­mudz­kie­go?

 

że to wszyst­ko to może wy­da­wać się… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

–Wszy­scy wie­cie, że tu… –> Brak spacji po półpauzie.

 

Tesla dys­kret­nie uniósł jedną brew. –> Na czym polega dyskretność unoszenia brwi?

 

całą grę, którą pro­wa­dzisz. gadkę pro­fe­sjo­na­li­sty… –> całą grę, którą pro­wa­dzisz. gadkę pro­fe­sjo­na­li­sty

Choć zdaję sobie sprawę, że Tesla nie musi wyrażać się poprawnie.

 

owi­nię­ta ma­te­ria­łem twarz, z któ­rej wi­docz­ny był tylko pasek śnia­dej skóry i by­stro bły­ska­ją­ce oczy. –> Nie wydaje mi się, aby coś mogło być widoczne z twarzy.

 

Ko­lej­ny jeźdź­ca świersz­czy przy­pu­ścił atak. –> Ko­lej­ny jeździec przy­pu­ścił atak. Lub: Ko­lej­ny jadący na świersz­czu przy­pu­ścił atak.

 

Zła­pał go do­słow­nie w ostat­niej chwi­li. Jesz­cze chwi­la i ten wspa­nia­ły… –> Powtórzenie.

 

Czwór­ką naboi z dzier­żo­nej w lewej ręce broni… –> Raczej: Czterema nabojami z dzier­żo­nej w lewej ręce broni

 

bo an­tycz­ne Ge­weh­ry bliź­nia­ków za­grzmia­ły… –> …bo an­tycz­ne ge­weh­ry bliź­nia­ków za­grzmia­ły

 

Od­rzu­cił ka­ra­bin, szyb­ko zrzu­cił ple­cak… –> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wymienienie mi błędów. Być może w przyszłości znajdę czas by nad nimi popracować.

Nie napisałem tej historii dla walki ze świerszczami. Walka ze świerszczami jest tylko narzędziem. Chodziło mi o samą przygodę i relacje pomiędzy przerysowanymi postaciami najemników. W żaden sposób nie miał to być esej na temat etyki tępienia szarańczy pustynnej. Chciałbym zaznaczyć, że jeźdźcy świerszczy nie są w żaden s

posób powiązani z Indianami. Inspirowałem się raczej koczowniczymi plemionami pustynnymi bliskiego wschodu. Tak bez wyraźnego powodu.

Indianie nie są koniecznym elementem westernów. Poza tym, nie jest to właściwy western. Główny bohater, chociaż rewolwerowiec (a więc element westernowy), nie jest typowym dla wczesnych hollywódzkich westernów bohaterem bez skazy. Jest małostkowym, ignoranckim pozerem, przy tym wyjątkowo dobrym w swoim fachu. To człowiek, który nie miał oporów przed strzelaniem w plecy i obrabowaniem pracodawcy. Od początku chciałem stworzyć go bohaterem amoralnym, silnie inspirując się na przykład wspomnianą przeze mnie trylogią dolarów Sergia Leone.

Nie pokazałem tego też otwarcie (poza zmutowanymi świerszczami) jako science-fiction. Dałem wskazówki, najczęściej wymieniane przez postacie, jak wspomniane przez Johna Divitae (nazwisko ironiczne) bomby, które kiedyś gdzieś spadły, czy paliwo pozyskiwane z glonów. Karabiny gewehr 98, choć faktycznie stare przedstawiłem jako starożytne, co może było lekkomyślne, patrząc po broni używanej przez głównego bohatera., ale tutaj zawszę mogę wytłumaczyć, że to klasyki, które nigdy nie wyjdą z mody.

StalowyKruku, dziękuję za wyjaśnienia. Muszę jednakowoż nadmienić, że choć przyjęłam je do wiadomości, to ich wpływ na zmianę mojego postrzeganie opowiadania był raczej nieznaczny.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ogólnie to jest nie najgorzej. Co prawda, chciałem zrezygnować po pierwszym twardzielskim pocisku po Erniem, ale potem było już znośnie. Wiem, że krytycyzm raczej zniechęca, dlatego starałem się raczej pisać o tym, co można ulepszyć niż wymieniać, co jest słabe.

Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy związana z głównym bohaterem, to że jest pozerem – jeszcze zanim przeczytałem twój komentarz. Co prawda przez chwilę nie byłem pewien czy to zamierzony efekt, ale po jakimś czasie się wyklarowało. Taki niepraktyczny LARPer to niecodzienna, nawet ciekawa charakteryzacja. Chociaż myślę, że działała by lepiej, gdyby był mniej kompetentny. Szkoda, że inne postacie są już z kartonu.

Jeśli dobrze pamiętam to “bogactwo” będzie “divitia, divitiae”. Nie ma też w tym specjalnie ironii jeśli nie jest biedny (ale tu już wchodzimy w nitpicking, więc proszę wybacz mi to małe czepialstwo).

Dialogi pozostawiają trochę do życzenia. Nie chodzi o to, że są nienaturalne (choć są), bo nie ma żadnego wymogu, że muszą być, ale że są takie bardzo… informacyjne. Postaci cały czas wymieniają się informacjami, które są dla nich wszystkich wiadome, a już szczególnie nieładnie to wygląda w combo z “wszyscy wiecie”. Ogólnie bije od nich taki wyraźny brak wprawy – myślę, że dialogi są najtrudniejsze, bo ludzka mowa jest dla nas naturalna, a zatem potwornie trudna do odtworzenia. Tylko więcej pisania może temu zaradzić.

W opisach też co jakiś czas pojawiają się różnego rodzaju rzeczy, które może nie są błędami, ale przynajmniej mi się nie podobały – jak np. tą wtrącenie o imieniu głównego bohatera, którego w ogóle nie rozumiem. Zauważyłem też, że praktycznie w ogóle nie opisujesz otoczenia, przyrody, przedmiotów, etc. Czuję się przez to trochę, jakby czytał średniowieczną prozę.

Ten brak opisów oraz fakt, że wszystkie postaci posiadają dużą wiedzę o współczesności i przeszłości sprawia, że w ogóle nie czuje się tego świata.

Jeśli chodzi o samą historię, to jest prosta, co w tym przypadku jest trochę wadą. Zdrada jest prosta, komplikacji mało, a główny bohater właściwie nigdy nie jest w prawdziwym zagrożeniu. Jest opowiedziana poprawnie, z bohaterami którzy wykazują jakąś motywację (czyli lojalność i jej brak) i ma sens. Mogła po prostu być ciekawsza.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Dziękuję za komentarz. Rzeczywiście, patrząc na to teraz, jest tu trochę mało opisów. Wymyśliłem jakieś otoczenia, ale wygląda na to, że zapomniałem je przedstawić. Ups. W mojej głowie wyglądało to lepiej.

Faktycznie, pocisk nienajlepszy, ale ogólna konstrukcja bohatera była zamierzona. Zależało mi na tym, żeby był wyjątkowo zdolny. Wydaję mi się, że w wypadku ludzi, starających się za wszelką cenę być kimś, zbyt często są to tylko słowa, więc wymyśliłem pozera, który aspiruje do czegoś, czym już w znacznej części jest. Może to nie jest wyjątkowy dobry pomysł, ale tak to napisałem.

Ironia “Divitae”. Człowiek o takim nazwisku przy przedstawianiu się oznajmił, że jest jedynie skromnym przedsiębiorcą. To miała być Ironia. 

Przy dialogach nie mam nic na swoją obronę. Nie radze sobie z nimi za dobrze. Sam widzę, że to drewno, ale nie umiem tego naprawić. Chyba rzeczywiście będę musiał poćwiczyć. Nie znoszę tego robić, ale nic nie przychodzi samo z siebie.

Historia też niezbyt skomplikowana. To nie problem tego, że nie sam nie wiem, o co chodzi, tylko, że nie napisałem tego. Jak zwykle wszystko wyglądało lepiej w mojej głowie. Chodzi mi o to, że sens istnieje, ale go nie podałem. Trochę głupio z mojej strony.

No cóż, skoro wiem teraz nad czym pracować (dużo rzeczy), to mogę stać się lepszym w przyszłości. Więc dziękuję jeszcze raz, tym razem za pokazanie mi moich słabości.

Chciałbym też zaznaczyć, że wszystkie pojawiające się w opowiadaniu słowa niecenzuralne są konieczne dla właściwego przedstawienia postaci i historii.

Trzymam za słowo ;)

 rozważył ponownie swoją propozycję.

Znaczy, zwątpił, czy dobrze trafił? Dalej masz porwane zdania, stukający rytm – ma być?

 człowieka, za bardzo

Bez przecinka – tak, jak jest, facet jest przykładem człowieka. A to masło maślane.

 dzikim zachodzie

Czy to nie ma być dużymi literami?

 kapelusz, chyba żywcem wyciągnięty z westernu

Nie wiem, czy taka samoświadomość gatunkowa dobrze zrobi tekstowi, ale zobaczymy dalej.

 białą bliznę biegnącą przez brew, prawe oko i szczeciniasty zarost

Cztery "b" pod rząd, niedobrze to brzmi. I – blizna biegła przez zarost?

 nie może być więcej jak trzydziesto–trzydziestokilkulatkiem.

Dziwne. Ja dałabym: Albert oceniał rozmówcę najwyżej na trzydzieści kilka lat.

 Zmierzającego do?

Zmierzającego?

 uniósł lewą brew Joseph

Hmm, no nie wiem, czy to można tak ściśle wiązać z wypowiedzią. Dałabym imię na początek.

 Alfredowi przez głowę przemknęło

Taki szyk sugeruje, że wcześniej komuś innemu coś przemknęło przez głowę. Albo, że udziwniasz.

 Nikt nie mógłby przecież się tak naprawdę nazywać.

Dlaczego nie? Owszem, brzmi trochę jak masowy morderca, ale nie widzę w tym nazwisku niczego niezwykłego.

 skulił się wewnętrznie

Jak zdołał tego dokonać?

 powiedział zachowując pozory pewności siebie.

Powiedział, zachowując. Skrótowe. Opisałabym to trochę bardziej.

 Mam nadzieję, bo oferta wydaje się kusząca.

No, to chyba chciałby ją tylko dla siebie, ewentualnie dla swojego posse. Nie?

 postanowił zagrać jeszcze jedną kartę

Ale prawie go już namówił.

 popatrzył na niego, po czym

Hmm.

 Gdy otrzymał dokument, przeczytał go dokładnie

Skracalne. Na przykład: Dokładnie przeczytał wręczony mu papier.

 Będzie pan oczekiwany w wyznaczony dzień, panie Joseph.

Strona bierna źle brzmi. W Ameryce, o ile wiem, nie łączy się pierwszego imienia z tytułami. Moja wersja: Będziemy na pana czekać wyznaczonego dnia, panie Lee.

 zastanowił się czy

Zastanowił się, czy.

 Na miejscu Joe miał się stawić o siódmej.

Nie widzę uzasadnienia dla nietypowego szyku.

 izba posiadała

Miała, na brodę świętego Hieronima.

 leciała wyłącznie zimna woda

W przeciwieństwie do innych kranów, z których leci syrop…

 Nie ma co przyzwyczajać się do luksusów

Nie ma co się przyzwyczajać.

 przyciął nożyczkami krótko brodę

Przyciął brodę krótko nożyczkami.

 stanu przyszczękowej szczeciny

Żabrzmiało to jak wypowiedżane przesz Seana Connery'ego. Żły pomyszł.

 założył kolejno gacie, jeansy, czarną koszulę, skarpetki w kolorowy wzorek i płaszcz

Wiem, że sama coś takiego kiedyś napisałam, ale to było zasadne. U Ciebie – chyba nie.

 braku stołu rozłożył rewolwery na łóżku

Nie znam się na tym, ale wykorzystałabym raczej podłogę, jako stabilniejszą.

 Przesunął kurki do bezpiecznych pozycji

Na pozycje.

 zakręcił rewolwerami na próbę

Bad idea.

 Przez plecy przewiesił piękną

Aliteracja.

 piękną, angielską dubeltówkę

Bez przecinka, "angielska dubeltówka" to grupa nominalna.

 Jak przyłożył czoło do szyby

Jakoś mi to nie gra stylistycznie, nie do końca wiem, dlaczego, bo zasadniczo powinno.

 Czy to kościoła, czy urzędu, nie obchodziło go to. Zresztą i tak nie widział pod tym kątem.

To po co się nad tym rozwodził? I skoro nie widział ogólnej bryły, to nie widział też tarczy zegara, jeśli faktycznie chodzi o kąt. Po co ta dygresja o zegarkach?

 Nie mając lustra nie mógł

Nie mając lustra, nie mógł.

 prezentuje się profesjonalnie.

Powtórzony dźwięk.

 zamówił jajecznicę na śniadanie

Rozwlekasz. Skoro już musisz opowiedzieć, co bohater porabiał rankiem, uczyń to chociaż interesującym. Opowiedz mi o tym podłym saloonie i tak dalej. Pokaż mi to. I gdzie to SF, pytam?

 była niemal wybawieniem

Niemal?

 Gdy dotarł na miejsce było tam

Gdy dotarł na miejsce, było tam.

 zaszydził

Dziwne słowo. Czemu nie "zadrwił"?

 dzierżący bliżej nieznany Joemu karabin maszynowy

Bo Joe miał zwyczaj stawiać drinki wszystkim karabinom w okolicy. Got'cha.

 przeróbkę, od którego ciągnęła się taśma amunicji. Jej drugi koniec znikał w plecaku jegomościa.

A ten skąd się urwał? I "jegomość" jakoś tu nie pasuje.

 sparował Joe

Odparował. "Sparować" można w pojedynku (szermierczym).

 Ale cię dojechał Ernie

Przecinek przed wołaczem, ale "dojechał" pierwszy raz widzę w tym kontekście.

 Witaj kowboju

Witaj, kowboju – p. wyż.

 Możesz nazywać mnie Joe.

Dziwnie formalne i powtarzasz "mnie".

Obaj byliśmy wcześniej,

Jakoś to źle brzmi. Może: obaj przyszliśmy wcześniej?

 mówiąc to chyba

Mówiąc, to chyba.

 wydawał się wyjątkowo energiczny jak na starca.

Show, don't tell.

 wystarczająco ukarał wszystkich swoim milczeniem

Seriously?

 osobnik, w średnim wieku

Bez przecinka.

 Ogolony zupełnie na łyso z ogromnymi czarnymi wąsami.

Doznałam oczopląsu. Daj tu chociaż przecinek.

przysłowiowa gdańska szafa

Amerykanie chyba nie mają takiego przysłowia.

 Zbigniew Terror

You can't be serious.

 tym razem włączając jeszcze Joego

Niejasne.

 oparł się o ścianę, obok

Bez przecinka.

 pojawił się pan Smith, z nieodłączną teczką i wysokim, ubranym w surdut jegomościem.

Moja polonistka obniżyłaby Ci ocenę za takie ekwiwokacyjne zdanie. Może: pojawił się pan Smith, z nieodłączną teczką. Towarzyszył mu wysoki, ubrany w surdut jegomość.

 Witajcie – przywitał się

You don't say…

 John Divitae

I to jest dziwne nazwisko.Nieprawdopodobne.

laską, ze srebrną gałką

Przecinek zbędny, to określenie laski.

 składu, bez podpiętej lokomotywy

Jak wyżej.

 Ta dwójka musiała być bliźniakami…

Rozwlekasz. Cały akapit o Bliźniakach dałoby się skrócić i wzmocnić.

 brzmieć jak profesjonalny najemnik

Najemnik to nie dźwięk.

 To była jedna z jego ulubionych kwestii.

I co w związku z tym?

 to wszystko to może wydawać się skomplikowane

Podwoiło się "to". I czemu skomplikowane? Po prostu śmierdzi na kilometr.

podszedł do jeszcze niezaładowanej skrzyni

Czyli pustej. Dlaczego skrzynia nie może po prostu stać na torowisku?

imponujący słuch

Hmm.

 ale nie można by było go przegapić, nawet celowo

Hę?

 przy pasie miecz koto

U pasa. I "miecz koto" niewiele mi mówi.

 mający czasy świetności daleko za sobą.

Skąd to wiadomo z daleka?

 coś na kształt fragmentów zbroi z nierównych, metalowych pasków

Przyznaj się od razu – gwizdnąłeś go z jakiejś gry?

 chłodno stwierdził Smith, zerkając ostentacyjnie na zegarek.

"Chłodno" wycięłabym, za dużo tego dobrego.

 zanucił Joe, wchodząc do wagonu

Czemu?

 nie byłoby stać choćby na wejście do takiego wagonu

Właśnie to zrobił… i podkreślasz to powtórzeniem, jak dla mnie niepotrzebnie.

 przy budowie nie oszczędzono złota i kości słoniowej

Czyli dokonano na nich egzekucji, bo to oznacza wyrażenie "nie oszczędzono". Chodziło Ci raczej o "nie szczędzono".

 czerwonym aksamitem[1]

Wszyscy wiemy, co to jest aksamit. Skoro koniecznie musisz dawać przypis, to do miecza koto.

 przytwierdzone były

Do czego?

 Joe przysiadł na jednym z takich miejsc.

I w wagonie a'la PKP chcą robić odprawę? Salonek już nie było?

 Było to pytanie retoryczne, tym bardziej, że doskonale widział, że wszyscy siedzieli.

Dublujesz informację. Ponadto: widział, że siedzą.

 przyjmując w swoim mniemaniu zapewne dumny, lub inspirujący wyraz twarzy

Święty Izydorze. Dlaczego on ten wyraz przyjmuje w mniemaniu? Poza tym wyraz nie może być dumny, a inspirujący też nie bardzo.

 zaskoczonych twarzy

Moją też trudno zaskoczyć.

 O mój boże! Paliwo?!”

"Boże" dużą – to imię własne. I czemu miałby się tego spodziewać? Ja dałabym tu pauzę dla efektu i cykające świerszcze, ale to ja, z moim chorym poczuciem humoru.

 specyficznych gatunków glonów

Czemu "specyficznych"? To brzmi jak artykuł popularnonaukowy.

sprowadzanie go tutaj, na pustynię jest zbyt kosztowne

Dla kogo?

 Dlatego korzystamy z lokomotyw

Na energię słoneczną, jak rozumiem.

 Tego drobnego ruchu nie dostrzegł nikt, poza Joem.

Ale on jest ważny, skoro tak usilnie zwracasz na niego naszą uwagę.

był prawie pewien, że glony i grzyby znacząco się od siebie różnią

Owszem, ale nie pod każdym względem. I co to ma do rzeczy?

 linia kolejowa, okrążająca pustynny kocioł została

Albo bez przecinka, albo wtrącenie: linia kolejowa, okrążająca pustynny kocioł, została.

 Tesla nie mógł odpuścić sobie szczegółów technicznych.

Czy to ma być charakterystyka postaci? Bo trochę z sufitu.

 palach, które jak dotąd powstrzymują nie tylko piach

Przed czym, u licha?

wybudowano zanim

Wybudowano, zanim.

 No dobrze

No, dobrze.

 Aczkolwiek, wykluczyłbym

Bez przecinka.

 Kilka osób podskoczyło, najwyraźniej zapomniawszy o istnieniu sztywniaka.

Ale wstrząs nimi nie wstrząsnął?

 Nie tęsknił.

A czemu miałby? Przecież tu nie mieszkał?

że ktoś musiał

Że ktoś musi. Następstwo czasów.

słońce smażyło

Zwykle mówi się "prażyło".

 Nie wybaczyłby sobie, gdyby go zgubił.

Jest sens pytać, dlaczego?

 mogę być pewnym

Archaizm. Pewny.

 grzecznie rewolwerowiec, ukrywając irytację

Dublujesz informację.

 Nie znosił wzdychania i nie znosił wciskanych na siłę tajemniczych tekstów.

Really.

 Niemal bezwiednie zakręcił rewolwerami.

Jak wyżej.

 godzina jazdy przebiegała spokojnie

Przebiegła, skoro opisujesz to w czasie przeszłym.

 przyniosła ze sobą wyzwania

Brzmi to bardzo dziwnie. I skrótowo, jak notatka.

 w myśl zasady „dwóch na warcie”

Wcześniej nie mogłeś tego powiedzieć?

 przyłożył dłoń do oczu

Chyba osłonił je ręką od słońca? Nie zakrył?

 sprawdzając co zaniepokoiło

Sprawdzając, co. Anglicyzm, lepsze byłoby: żeby sprawdzić.

 sytuacja zrobiła na nim wrażenie

To zdanie jest za długie i takie wstawki, jak ta, nie pomagają.

 na przybycie adwersarzy

Bardzo książkowe słowo, jak na western. Czy pseudo-western.

nadciągające od boku

Skąd?

 zakręciły, by nadążyć za pociągiem

Co ma jedno do drugiego?

 Przez „wskoczył” w tej sytuacji należy rozumieć, że ową czynność wykonał jego wierzchowiec.

Przedłużasz na siłę, naprawdę. Długie, książkowe słowa i wyjaśnianie jak w policyjnym raporcie.

 Sam napastnik wyglądał tak, jak powinien wyglądać szanujący się wojownik pustyni.

Po co mnie o tym zapewniasz, zamiast go od razu opisać?

 Zwiewne szaty

Szaty jeźdźców pustyni są luźne, ale na pewno nie zwiewne. One mają chronić przed słońcem, a nie seksownie powiewać.

 W tym wypadku to „rumak” był tym bardziej przerażającym.

Spowalniasz akcję, całkiem niepotrzebnie.

 wydarł się żołnierzyk, wskazując na szarżującego na nich jeźdźca

I mieli czas na te dyskusje, kiedy jeździec szarżował? Na małej przestrzeni?

rzekł rewolwerowiec, rzucając

Aliteracja.

 począł miotać odnóżami

Co Wy wszyscy z tym "począł"? Powolne to, mało dynamiczne, a właśnie w takiej scenie powinno się aż kurzyć.

 chcąc uniknąć losu swego wierzchowca

Zbędne, spowalniające wtrącenie. To oczywiste, po co się szarpał.

 Żołnierz mrucząc coś pod nosem posłał

Wtrącenie: Żołnierz, mrucząc coś pod nosem, posłał.

 w kierunku otaczających pociąg

Czego otaczającego?

 Póki co żaden

Póki co, żaden. Póki co = do tej pory. Jesteś pewien?

 Wojownik, siedzący

Bez przecinka, to określenie wojownika.

 Rozbryzg krwi szybko został wywiany przez pęd lokomotywy.

 Miała niesamowicie pusty głos.

Cokolwiek to znaczy.

 bezskutecznie spróbowała zapalić. Pęd powietrza bezlitośnie jej to uniemożliwiał.

To było chyba oczywiste od początku. A w ogóle, to bitwa jeszcze trwa. Przerwa na papieroska? Wrogowie przecież jej nie ruszą, kiedy pali…

 Reszta rezygnuje z imprezy? – zapytał go rewolwerowiec.

Nie znam się na tym, ale nie tylko przez dach można wejść do wagonu.

 Kolejny jeźdźca świerszczy

Jeździec. Ten błąd poprawiam raz i chwatit, comprende?

 przywitał go masakrującą serią

To nawet nie po polsku.

 jednak widocznie przegrupowali się

Kiedy? W Twoim tekście dzieje się tylko to, co napisałeś (i co z tego wynika). Dotąd o tym nie napisałeś.

Na ostatnie wagony wskoczyło już kilku jeźdźców.

Told you so…

 kiwnął głową(…) mocniej na głowę

Powtórzenie zbędne.

 Biegł. Biegł, nie zważając na to, co dzieje się wokół.

Na to, co działo się wokół. I skąd tu nagle ten strumień świadomości?

 Słyszał łomot wokoło, wydawany zapewne przez kolejnych napastników szturmujących pociąg, ale nie obchodzili go.

Brzydkie, nie po polsku, ale przede wszystkim – odwracające uwagę. Odchudź to. Must be a lean, mean death machine, got it? Żadnych wykładów w środku walki.

 Będąc tuż przed nimi, zerwał w biegu z pleców dubeltówkę.

Ekwilibrystyczne.

 należy posiadać

Wrr, już o tym mówiłam.

 gorąca, niczym nagrzany dach, po którym stąpał

Purpura, purpura, purpura. A przeciwnicy grzecznie sobie czekają, aż ich Joe załatwi. Right.

 ruszyło by

Ruszyło, by.

 rzekomo miał umieć wystrzelić

Dublujesz informację – "miał" w tym kontekście jest równoważne z "rzekomo". I – rymy!

 z rewolweru jednotaktowego

Nie wiem, czym taki rewolwer się różni od zwyczajnego, a to odwraca uwagę.

 nie wyłączając Joego wiedzieli

Wtrącenie: wszyscy, nie wyłączając Joego, wiedzieli.

 że z pewnością opowieść ta była znacznie podkoloryzowana

Skróć: że to podkoloryzowana historyjka.

 zawziął się, by jak najbardziej zbliżyć się

Się-się. Przeczytaj to na głos.

 Po naprawdę długich ćwiczeniach, w czasie których, obawiając się, że zabraknie mu pieniędzy na jedzenie, zrezygnował z używania amunicji, osiągnął więcej niż zadowalający wynik czterech strzałów.

Co to zdanie wnosi i dlaczego jest takie poplątane?

 o którą nie podejrzewał Kida Curry’ego.

Hę?

 W każdą dłoń ujął po rewolwerze.

Miał na to czas. Mhm. I na to "filozofowanie". W ogniu walki.

 śmiercią można określić

Nazwać.

 stanu transcendentalnego[2]

Transcendentalny to zewnętrzny. Wobec świata materialnego, zazwyczaj. Więc nie, nie rozbawił mnie żart w przypisie.

 To brzmi idiotycznie, zganił się w myślach Joe

 Niestety akimbo

Niestety, akimbo. Dalej przepisujesz podręcznik balistyki, no, weź.

 doprawił z prawej

Przeczytaj to na głos, bardzo proszę.

 wszystko to rozegrało się w jednej, bardzo krótkiej chwili

Mhm.

 Z chęcią by sobie pogratulował i nawet zrobiłby to

Zrobiłby to, a nawet zrobiłby to. Aha.

szarżującej szarańczy

Aliteracja. Jak to brzmi?

 dzierżone

Zbyt książkowe.

 wierzgając pośmiertnie

Zombie?

 uznał za właściwe zorientować się w sytuacji

Cóż za przytomność umysłu.

 Jakkolwiek ciekawie to nie wyglądało

To wyglądało, nie wyglądało, gruszka?

 Chociaż ciągnąca się do skraju dachu smuga czegoś ohydnego oraz bliżej niezidentyfikowane fragmenty owadzie i ludzkie

Szybciej i intensywniej. Ech.

ostrożnie, uważając na kapelusz

Dublujesz.

 wbrew protestom

Hę?

 Jego celem była zapewne jedna z wielkich betonowych podpór

??? Pomieszało mi się wszystko, już zupełnie nie wiem, jak to-to ma wyglądać.

 Z ohydnym chrupnięciem łamanych kołami pociągu nóg stwór spadł na piasek, przygniatając jeźdźca.

Po raz ostatni tłumaczę – facet nie ma czasu wyciągać takich wniosków w ogniu walki. Może widzieć, co się dzieje, wnioskować, na ile potrzebuje, ale nie tracić czas na żałowanie przeciwników.

 przetaczając wzrokiem po otaczających

Złamany frazeologizm (tocząc wzrokiem) i powtórzony dźwięk.

 kulturalnie wyjaśnił

"Kulturalnie"? Hę?

 Na oczach najemników, zostawiający

Przecinek zbędny.

 

Mam dość. Zerkając dalej – o kompozycji nie ma tu co mówić (zwłaszcza, że tekst jest wyraźnie niedokończony), większość postaci nie ma nic do roboty, rytm jest staccato. Wulgaryzmy – zbędne, a na pewno nie wzbogacają dość ubogiego języka. Humor wysilony. Przedłużone, nieciekawe opisy walki. Totally bored to tears, seriously. Przykro mi, ale nie mogę tu niczego pochwalić.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Jasne, masz sporo racji, ale wiele z rzeczy, które mi zarzuciłaś to po prostu żarty. I teraz pytanie, to ja nie potrafię umieścić w opowiadaniu zrozumiałego żartu, czy Ty po prostu go nie łapiesz.

Właściwie, od początku mogłabyś na to patrzeć jak na kiczowaty, niskobudżetowy film trzeciej kategorii. Mniej więcej taki był zamysł.

Joseph Edward Lee. O ile pierwsze imię to osobna kwestia , drugie i nazwisko należą do generała Lee, znanego dowódcy wojny secesyjnej.

Miejsca akcji nie sprecyzowałem. Jak rozumiem, te próby dopasowania pod Amerykę, pochodzą z Twojego założenia, czym powinien być western. Gdyby to był western, nie byłoby w nim wielkich świerszczy.

“Cool, but unnecesary revolver spinning” zainspirowane jest Revolver Ocelotem, postacią z serii Metal Gear Solid, gier o absurdalnie zawiłej fabule krążącej wokół broni atomowej.

Właściwie, dlaczego określasz tekst jako niedokończony? Jest po prostu niedopracowany. Nic niespodziewanego. Jestem amatorem. W dodatku leniwym. No i z Twojego komentarza wynika, że nie przeczytałaś do końca.

Miecz koto jest powszechnie znany jako katana. Tan kawałek stali, wokół wokół którego narosło sporo mitów. Powinienem był to pokazać jaśniej, ale przecież zniszczona rękojeść może być tym “czasy świetności daleko za sobą”. Zwłaszcza, że w tym typie mieczy jest zrobiona w taki fikuśny, przeplatany sposób.

W sumie zabawne, że rzeczy, które miały być śmieszne, potraktowałaś jako rażące błędy. Na przykład John Divitae wymieniony w zdaniu po teczce.

Mógłbym wyjaśniać dalej, ale nie wiem, czy w ogóle przeczytasz ten komentarz.

I teraz pytanie, to ja nie potrafię umieścić w opowiadaniu zrozumiałego żartu, czy Ty po prostu go nie łapiesz.

To doskonałe pytanie. Nie można wykluczyć, że mamy zupełnie odmienne typy poczucia humoru – tak bywa. Ale nikt z pozostałych komentujących nie wydaje się specjalnie rozbawiony. Może zaczekaj na więcej opinii?

 mogłabyś na to patrzeć jak na kiczowaty, niskobudżetowy film trzeciej kategorii.

Patrzyłam. Ale jako taki też się nie broni, przede wszystkim ze względu na sztuczne przedłużenia.

 drugie i nazwisko należą do generała Lee, znanego dowódcy wojny secesyjnej.

Dobrze, ale co z tego?

 Jak rozumiem, te próby dopasowania pod Amerykę, pochodzą z Twojego założenia, czym powinien być western.

Dałeś mi rewolwerowca (samozwańczego, ale zawsze), nawiązującego do jakiegoś-tam-Kida, pustynię, posse broniącą pociągu przed bandytami, Smitha – urzędniczynę… Czego miałam oczekiwać? To, co dajesz na początku, po prostu musi jakoś nastawić odbiorcę, grunt to wiedzieć o tym i inteligentnie to wykorzystać.

 Gdyby to był western, nie byłoby w nim wielkich świerszczy.

Beggin' to differ here.

 Właściwie, dlaczego określasz tekst jako niedokończony?

Bo urywa się nagle. Nie przeczytałam go do końca z uwagą, w nastawieniu na wyłapywanie błędów – po prostu przewinęłam do dołu, żeby zobaczyć zakończenie.

zniszczona rękojeść może być tym “czasy świetności daleko za sobą”.

I nie mogłeś tego powiedzieć?

Na przykład John Divitae wymieniony w zdaniu po teczce.

Ja w szkole dostałabym za to minus. Nawet dostałam za coś podobnego.

 Mógłbym wyjaśniać dalej, ale nie wiem, czy w ogóle przeczytasz ten komentarz.

Oh, jak mi przykro, że wyraziłam szczerą opinię.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nowa Fantastyka