- Opowiadanie: Nyctosaurus - Wojna o kości

Wojna o kości

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Wojna o kości

 

Rok Pański 1887, pogranicze stanów Wyoming i Montana

Czerwoną pustynię z rzadka zdobiły potężne skalne ostańce. W jednym z nich znaleźli tajemniczą jaskinię.

Słusznej postury mężczyzna o rozgałęzionej brodzie przyglądał się krawędziom skał. Podrapał się po głowie.

– To nie jest dzieło natury – rzekł.

– Miejsce kultu Indian, profesorze? – podsunął jeden z kursantów.

Othoniel Charles Marsh, profesor Uniwersytetu w Yale, jak co roku organizował wyprawę w interior. Razem ze studentami i najemnikami szukał skamieniałości dawno wymarłych stworzeń.

– Brak malowideł i rytów świadczących o ich obecności. Zajrzyjmy do środka – zarządził.

Z kawałka drewna i nasączonego oliwą materiału sporządzili pochodnię. Migotliwy płomień odkrywał niewiele tajemnic jaskini, mimo to wchodzili w głąb góry.

– Mam nadzieję, że to nie jest podstęp tego durnia, Cope’a – wysyczał profesor.

E. D. Cope był jego zaciekłym rywalem w wyścigu o odkrycie jak największej liczby gatunków dinozaurów. Elektryzujący cały naukowy świat konflikt rozpoczął się, kiedy Marsh wytknął oponentowi błąd w rekonstrukcji szkieletu morskiego gada.

– Partacz, chce się ze mną równać, a nie potrafi odróżnić szyi od ogona. Zamontować czaszkę od dupy strony, też coś! – szeptał przypominając sobie początki trwającej od wielu lat wojny o kości.

Korytarz jaskini rozszerzał się przy końcu drogi, tworząc obszerną komnatę. Pod jedną ze ścian znajdowała się sterta fosforyzującego złomu. Pochodnia okazała się zbędna.

– Co to za różowa poświata? – spytał ktoś.

– To ten płyn, spójrzcie.

Wśród stalowych, poskręcanych jak kłębowisko węży elementów zniszczonej maszynerii wyróżniały się przezroczyste rurki wypełnione różową, świetlistą cieczą.

– To się rusza. Płyn krąży w instalacji. Ale… tu nie ma nic co by go napędzało? Co to za wynalazek?

Nikt nie wiedział na pewno, ale przeważały dwie hipotezy.

– To wehikuł przybyszów spoza Ziemi.

– Albo pozostałość po żyjącej tu kiedyś rozwiniętej cywilizacji.

Większe fragmenty blachy były naznaczone rytami figur geometrycznych i różnorodnie rozstawionych punktów.

– Spójrzcie na żłobienia w pokrywach. Ciekawe co oznaczają te wszystkie znaki.

Marsha bardziej interesowało co innego.

– Wracamy do miasta. Musimy nadać wiadomość do Edisona – polecił.

 

Rok Pański 1888, West Orange, New Jersey

Jedno z pomieszczeń potężnego kompleksu badawczego przeznaczono specjalnie do prac nad materiałem dostarczonym przez ekipę profesora Marsha. Stoły, stołki i półki regałów uginały się pod ciężarem odkrytych w tajemniczej jaskini szczątków oraz powstałych na ich bazie prototypów nowych maszyn. Siwiejący wynalazca w tweedowej marynarce prezentował tęgiemu brodaczowi dotychczasowe ustalenia.

– Sprzęty, które mi pan dostarczył, profesorze, przypominają pod pewnymi względami opatentowane przez moje laboratorium prądnice i wynalezione przez Francuzów turbiny wodne. Zamiast wody mamy jednak ten osobliwy, różowy płyn. Ze względu na dużą gęstość roboczo nazwaliśmy go puddingiem, pozwoli pan, profesorze, że będę stosował tę nazwę?

– Tak, tak, wszystko jedno.

– Sądzimy, że to pozostałość po statku obcej cywilizacji. Ryty, które pana zespół zaobserwował na okrywach machiny odzwierciedlają położenie i kształt gwiazdozbiorów. Nie wszystkie z nich znamy. To byli przybysze z odległego zakątka kosmosu.

– Być może. Co można dzięki temu osiągnąć? – Marsh nie słynął z przesadnie dobrych manier.

– Wszystko, profesorze. Pudding to perpetuum mobile. Czymkolwiek była napędzana przez niego machina, uległa zniszczeniu, ale sam napęd nie. Jeśli uda nam się odpowiednio poprowadzić przepływ cieczy i połączyć z moimi wcześniejszymi wynalazkami, możemy napędzać koleje, automobile i wszelkie inne mechaniczne konstrukcje. Uniezależnimy się od węgla, pary i rzek. Możemy wprowadzić maszyny w interior, bez najmniejszego problemu. Proszę sobie wyobrazić maszyny napędzane wewnętrznymi minielektrowniami wodnymi. Oczywiście zamiast wodą, turbiny będą napędzane puddingiem.

Profesor przygryzł okazały wąs i zamyślił się. Nie wydawał się przekonany.

– Ale mamy za mało materiału. Chyba, że potrafi pan stworzyć więcej tego płynu?

Edison uśmiechnął się szeroko, jakby czekał na to pytanie. Poprawił muchę i gestem zaprosił Marsha do jednego z laboratoryjnych stanowisk.

– Nie udało nam się ustalić składu puddingu. Ale odkryliśmy coś jeszcze. Piktogramy na pokrywach statku pokazują nie tylko układy gwiezdne. Wydaje nam się, że są wśród nich oznaczenia floty.

– Co ma pan na myśli?

– Że w tamtej okolicy być może wylądowało więcej statków. Żeby zrewolucjonizować świat potrzebujemy więcej puddingu.

– I miałbym go panu dostarczyć? A co ja z tego będę miał? To znaczy nauka, paleontologia, co z tego będzie miała?

Edison uśmiechnął się pod nosem, jakby spodziewał się tego pytania.

– Już teraz mogę przygotować dla pańskiej ekipy kilka maszyn, które znacznie ułatwią poszukiwania puddingu oraz prace wykopaliskowe.

– Dobrze, zastanówmy się zatem, czego będę potrzebował…

Oczy wynalazcy zalśniły. Za dostarczenie tej żyły złota, zbuduje Marshowi co tylko będzie chciał.

Profesor był już myślami gdzie indziej:

– Szykuj się na sromotną porażkę, Cope.

 

Rok Pański 1892, okolice Hell Creek

Napędzane niezwykłą różową substancją bicykle i autoskłady wzbijały w powietrze tumany rdzawego kurzu. Ekipa z Uniwersytetu Yale powoli przemierzała Interior, aby przypadkiem nie przegapić jakiegoś ważnego odkrycia. Wynajęty przez Marsha rdzenny mieszkaniec tych ziem, twierdził, że zna inne jaskinie, w których znajdują się „święte domy przodków”. Po drodze odwiedzili już dwie niezwykłe pieczary, ale zebrana ilość puddingu była niewystarczająca. Indianin obiecywał, że miejsce, które mają teraz odwiedzić jest znacznie większe.

– Tam mieszkał wódz przodków. W jego domu znajdziecie dużo różowego płynu – wyjaśniał z silnym akcentem, typowym dla rdzennych mieszkańców tych okolic.

O to chodziło.

– Tehawanka, jesteś pewny, że zmierzamy prosto do celu? Okolica wygląda znajomo. – Marsh jak zawsze był podejrzliwy, nawet w stosunku do własnych pracowników. Szczególnie, jeśli ich skóra była czerwona.

– Proszę mi zaufać. Znam to miejsce. Ale słońce za chwilę zajdzie. Musimy rozbić obóz.

Studenci ochoczo poparli pomysł Indianina.

– Dobrze. Brown, Erglard, zajmijcie się wszystkim – polecił profesor, sięgając po notes.

Kursanci rozładowali autoskłady i odbezpieczając kilka zaworów, umożliwili swobodny przepływ puddingu w obozowej instalacji. W kilka sekund namioty same zaczęły się rozstawiać, przeszklony piecyk podgrzał kolację, a patefon zanucił popularną melodię, umilając wieczór w dziczy. Jeszcze dwa lata temu musieliby wszystko robić własnoręcznie – rozkładać posłanie, rozpalać ognisko. Dziś nie wyobrażali sobie wyprawy wykopaliskowej bez udogodnień puddingu, który – jeśli im się powiedzie – niebawem zrewolucjonizuje nie tylko świat nauki.

Gwiazdy coraz śmielej rozświetlały nieboskłon, w oddali cicho grzechotał tracący popołudniową werwę wąż.

Marsh przeglądał notatki przy różowym świetle puddingowej lampki, kiedy usłyszał szelest osypującego się piasku. Wiatr? Kojot? Nieostrożny wartownik? Wciągnął brzuch i wygramolił się z posłania.

Na tle ogniska mignął człekokształtny cień.

– To ty, Brown? – spytał.

W odpowiedzi usłyszał huk rewolweru.

– Cope, ty draniu!

Odgłosy wystrzałów zaczęły dochodzić ze wszystkich krańców obozu.

– Otoczyli nas, profesorze – wysapał Erglard. Chłopak próbował odpowiadać napastnikom ogniem, ale niewiele widział. W pobliżu oświetlonych namiotów ekipa Marsha była znacznie lepiej widoczna niż agresorzy.

Snop różowych iskier oznaczał, że któreś z puddingowych urządzeń uległo uszkodzeniu.

– Gdzie, do cholery, jest Tehawanka?

– Tam, profesorze – Erglard wskazał uciekające cienie.

– Porwali naszego przewodnika, chcą dotrzeć na miejsce przed nami. Niedoczekanie. Koniec odpoczynku. Ładować sprzęt i za nimi!

Brown i Erglard uwinęli się błyskawicznie, ale żaden z nich nie był rdzennym mieszkańcem tych ziem. W ciemnościach szybko zgubili trop. Nazajutrz Marsh, korzystając z prowadzonych notatek, odnalazł drogę, ale nigdzie nie widzieli śladów ekipy Cope’a.

– Jak się pan orientuje na tym pustkowiu? – dopytywał Brown.

– Od początku podejrzewałem, że Cope coś knuje. Na wszelki wypadek szczegółowo wypytałem Indianina o drogę i sporządziłem drobiazgowe notatki. Niedługo powinniśmy być na miejscu.

Teren wznosił się konsekwentnie, ale dla puddingowych bicyklów nie stanowiło to problemu. Od wyrastającej na końcu kuesty dzieliło ich jeszcze kilka kilometrów. Autoskłady nieco ich spowalniały. Cel pojawiający się w zasięgu wzroku uspokajał.

 Próg strukturalny, do którego zmierzali, był zbudowany z bardziej odpornych na wietrzenie skał  – i co najważniejsze – skał innego wieku niż te, które otaczały ich podczas wędrówki. To tutaj mieli nadzieję odnaleźć jaskinie, w których niegdyś skryli się przybysze z gwiazd.

– Erglard, podaj mi lornetkę… Wiedziałem! Ten partacz dotarł na miejsce przed nami.

– Jest z nimi Tehawanka? Zrobili mu krzywdę?

– Nie, ale ja na pewno to zrobię.

Studenci spojrzeli po sobie zmieszani.

– Nie związali go. Wejście do jaskini jest zasypane, a on pokazuje jak dostać się do środka. Z własnej woli. Czerwony parszywiec nas zdradził!

Profesor sięgnął po rewolwer.

– Żarty się skończyły – oznajmił, ładując go puddingowymi pociskami, najnowszym wynalazkiem Edisona. – Uważajcie na tych prymitywów, nie mają automatów ekskawacyjnych i puddingowych bicyklów, nadal poruszają się na koniach i korzystają z tradycyjnych metod zdobywania kości. Nie wiadomo do czego będą zdolni, by zdobyć nasz sprzęt.

Kiedy podjechali wystarczająco blisko, usłyszeli krzyk.

– Nie strzelaj! – prosił wąsaty jegomość w terenowej kamizeli w kolorze piasku.

– Znów się spotykamy, Cope. – Marsh wypluł ostatnie słowo jak najgorszą obelgę.

– W ścianie jest coś cennego. Nowy, rogaty gatunek. Podłożyliśmy już dynamit. Odsuńmy się wszyscy na bezpieczną odległość, odpalmy ładunek i popracujmy nad tym razem – zaproponował Cope. Na dowód dobrych zamiarów podniósł ręce, po czym polecił swojej ekipie uczynić to samo.

– Co ty knujesz? – zapytał Marsh, ale schował broń. – Dobrze wiem co jest w tej górze. Nie mydl mi oczu.

– Masz rację. To może być bardzo cenne znalezisko, proponuję zawieszenie broni.

Marsh zsiadł ze swojego bicykla i świdrując oponenta wzrokiem postąpił kilka kroków. Cope zerknął na chwilę pod stopy Marsha, wtedy wykładowca z Yale zorientował się, że zatrzymał swój konwój w pułapce, nad przysypaną piachem skrzynką dynamitu. Jak zwykle w złości nie zwrócił uwagi w co się pakuje.

– Odejdź spokojnie za wzgórze, albo wysadzę te wszystkie prezenciki od Edisona.

– Ty draniu!

Nie zastanawiając się nad konsekwencjami, wyszarpnął rewolwer z kabury i wycelował w kierunku skalnej ściany. Puddingowy pocisk trafił w skrzynkę opatrzoną pieczęcią „TNT”. Kula ognia o wielkości stegozaura podpiekła rdzawe piaskowce. Wybuch przeszedł oczekiwania strzelca. Różowy płyn najwidoczniej spotęgował siłę eksplozji nitrogliceryny. Okolica zatrzęsła się. We wszystkich kierunkach zaczęły pojawiać się szerokie spękania.

– Uwaga! – wrzasnął ktoś, kiedy spory fragment skalnej ściany oderwał się i zmiażdżył część ekwipunku ekipy Cope’a.

– Uciekać!

Tehawanka zdążył wskoczyć na grzbiet jednego z wierzchowców. Pozostałe uciekły spłoszone. Ekipa Cope’a próbowała wdrapać się na bicykle podopiecznych Marsha.

– Zabierzcie nas ze sobą!

Cope w pośpiechu, lecz z godnością, próbował usadowić się obok swojego największego wroga.

Marsh spiorunował Cope’a wzrokiem, ale podał mu dłoń.

Ziemia się trzęsła. Kamienie i głazy spadały pomiędzy rozpędzające się bicykle. Chmura czarnego dymu i tuman pyłu ścigał paleontologów niczym pędząca do brzegu fala tsunami.

– Jedziemy za wolno. Musicie odczepić autoskłady. Zostawcie znaleziska, inaczej zginiemy – doradzał Cope.

– Zamknij się! – irytował się Marsh.

– Profesorze…

– Róbcie co mówi – dodał po chwili.

Kiedy pozbyli się ciężkich przyczep, bicykle osiągnęły prędkość wystarczającą do ucieczki z miejsca eksplozji.

Brown otarł pot z zakurzonego czoła. Erglard wyrzucił w górę kapelusz.

– Żyjemy!

Gdy tylko znaleźli się w bezpiecznej strefie, Marsh polecił wszystkim zwolnić.

Zepchnął rywala z bicykla i pogroził mu pięścią.

– To jeszcze nie koniec, Cope!

Studenci Cope’a podziękowali za uratowanie i zsiedli z bicyklów zanim trzeba było im pomóc.

Kiedy zespół Marsha zostawił ich w tyle, w chmurze pyłu, Brown spytał:

– Dlaczego go pan uratował, profesorze?

– Wolę wytykać niekompetencję żywemu.

Kursanci spojrzeli na mentora z podziwem.

– Ewentualnie w honorowej walce własnoręcznie rozwalić mu łeb.

W oddali nadzieja na szybki rozwój technologii ginęła w skalnych rozpadlinach. Wojna o kości trwała.

Koniec

Komentarze

Fajne (copyright by Anet)!

Aczkolwiek to tylko scenka, w której kompletnie nic się nie wyjaśnia. Skąd wrak, kto był jego twórcą, co dalej z puddingiem? Ot, taki szybki selfik ;).

Trochę brakuje podbudowy. Może, Autorze, rozwiniesz jeszcze temat w innym opowiadaniu?

Obowiązkowe czepialstwo ;):

– “wynalezione przez francuzów” – Francuzów;

– “powiązane ze sobą siecią rurek lub wspólnym dnem” – to tym czy tym?; zmienik spójnik na inny;

– “kilka zakładek” – na pewno “zakładek”? a nie zaworów, zaślepek czy czegoś w tym stylu/:

– “skręcać posłanie” – Ikeę wtedy mieli ;P? skręcali łóżka? oni powinni posłania rozkładać raczej;

– “Ekipa Cope” – Cope’a.

Wolałbym też patefon czy fonograf od gramofonu.

 

Miło się czytało, ale łba nie urywa.

Aha, +10 do końcowej oceny za Tehawankę, acz on z innego plemienia zdaje się był ;).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Fajnie i sprawnie napisane, dobrze mi się czytało, ale co z tego, skoro nie wiem, o co chodzi?

Mam wrażenie, że czytałem wyrywek historii i nie zasłużyłem na wyjaśnienie, ani zakończenie. Czym i skąd jest pudding? Jak on wpłynie na resztę świata? Co z odkryciami archeologicznymi? Co z konfliktem Marsh-Cope?

Lekturę skończyłem z potężnym niedosytem, który zmiótł kompletnie dobre wrażenie.

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Podoba mi się to z jaką lekkością to napisałeś. Pomysł ma odpowiednie absurdalne zacięcie z dawką niewymuszonego humoru. Problem w tym, że dajesz kilka niezłych scenek, a później wszystko urywasz. Naprawdę chętnie bym poczytał więcej o puddingowych wynalazkach, niestety nie jest mi dane. Jeśli koniecznie chciałeś napisać krótszy, dobry tekst to peunta musi mocno wybrzmieć, a nie zaserwować cliffhangera.

Tymczasowy lakoński król

Test strukturalnie leży. Scena odnalezienia wraku jest w zasadzie zbędna, skoro nic nie tłumaczy, późniejsze również dałoby się okroić bez uszczerbku dla fabuły – a tekst nie jest przecież długi. Fabuła nie ma ani porządnego zawiązania ani sensownego domknięcia. Całość sprawia wrażenie fragmentu wyrwanego z kontekstu. Jeżeli dodać do tego z lekka chaotyczny finał (Czemu ludzie, którzy dopiero co do siebie strzelali, teraz ratują sobie życie? Czemu ucieczka wymaga pośpiechu, ale postacie mają czas na pogaduszki i odczepianie przyczep? Pytania się mnożą) skutek jest taki, że po lekturze nic nie wiem. No i tak po prawdzie, gdyby wyciąć z tego tekstu retrofuturystykę, wiele by się nie zmieniło.

 

Z plusów – czytało się lekko, język jest poprawny, a wojna o kości to nośny, nietypowy temat. 

Zajrzałam, przeczytałam.

No, niestety, w przeciwieństwie do trzech pierwszych komentatorów totalnie nie kupuję tej historyjki, zwłaszcza jako pomysłu na naukę. Takie perpetuum mobile, w dodatku namnażające się w dowolną ilość (czemu antagoniści nie dadzą się postrzelić, żeby zdobyć te parę kropel i za chwilę mieć dowolne hektogalony?) to zbyt wszechmocny gadżet, żeby sprawdzał się w poważnym tekście, a mam wrażenie, że jednak takie było założenie – tyle że wyszło niezamierzenie komicznie.

Bohaterowie płascy, niekonsekwentni i niewiarygodni, robią w danym momencie to, co jest wygodne dla autora, paleontologia jest kompletnie pretekstowa, nie ma żadnego znaczenia dla fabuły. Historyjka bez sensownego zawiązania, o zakończeniu już nie wspominając. A pośrodku raczej nudnawo. Na dodatek za nic w świecie nie czuć ducha epoki, masz wszystko całkiem współczesne, tylko wepchnięte w kostium, z Edisonem na ozdobę, bo trudno go nazwać postacią z krwi i kości.

Indianina musiałam wyguglać, nie czytałam…

 

Wykonanie też nie zachwyca. Czytałam z komórki, więc łapanki nie będzie, kilka błędów wskazał Staruch, a ja tylko dorzucę, że parę zdań żywcem nie ma sensu, a czasem chyba nie bardzo rozumiesz słowa, których używasz…

Bo jak inaczej wytłumaczyć taki absurd jak “dychotomicznie podzielona broda”???

SJP PWN:

dychotomia «podział jakiejś całości na dwie różniące się zasadniczo części; też: ta różnica»

• dychotomiczny • dychotomiczność

podział dychotomiczny «w logice: podział, w którym pewna klasa przedmiotów zostaje rozdzielona na dwie podklasy wyłączające się»

Jeśli chciałeś powiedzieć, że miał brodę w nieładzie i rozdzieloną na dwie nierówne części (w ostatnich dekadach wieku XIX noszono dziwaczny zarost, to prawda), to należało właśnie to powiedzieć. Dychotomiczny podział brody sprawdziłby się może od biedy w wypowiedziach jakiegoś nadętego bufona u Pratchetta.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję za komentarze. Błędy poprawie, pomyśle też jak rozwinac historię, żeby nie była historyjka wyrwana z jakiejś nieznanej całości. Postaram.sie też poprawić tekst tak, żeby naprawić pozostałe wspomniane usterki. (Po wszystkim zedytuje komentarz i odniosę się do wszystkich uwag – Zakładam, że to i tak już poza konkursem, bo tekst już przeczytany, ale i tak postaram się go dopracować).

z rzadka zdobiły

Hmm. Bardzo hmm melodycznie i pod względem obrazowości opisu.

 W jednym z nich znaleźli tajemniczą jaskinię.

Nie jestem geologiem, ale ostańce chyba polegają na tym, że są odporniejsze na wietrzenie od tego, co dookoła, więc jaskiń być w nich nie powinno. Nie?

 dychotomicznie podzielonej brodzie

 dokładnie obserwował skalne krawędzie

… a co one robiły, że je tak obserwował? I czemu to nie były krawędzie skał, jak Pan Bóg przykazał?

 Podrapał się po postępującej

Powtórzony dźwięk. I łysina postępowała w trakcie drapania?

 Othoniel C. Marsh

Othniel Charles Marsh. Wikipedia nie gryzie.

 profesor Uniwersytetu w Yale jak

Po wtrąceniu – przecinek.

Interior

"Interior" to ten kawałek lądu, który nie jest wybrzeżem. To nazwa pospolita, więc pisze się małą literą.

 zaufanymi najemnikami

Oksymoron?

 skamieniałości dawno wymarłych stworzeń

Żywe nie kamienieją…

 Brak malowideł lub rytów

Malowideł i rytów. Logicznie będzie to wyglądać tak:

m = Są malowidła.

r = Są ryty.

(~m) AND (~r) = Nie ma malowideł i nie ma rytów.

(~m) OR (~r) = Nie ma malowideł lub nie ma rytów, co będzie prawdziwe w trzech przypadkach: 1. jeśli są malowidła, ale rytów nie ma; 2. jeśli są ryty, ale nie malowidła; 3. jeśli nie ma jednych ani drugich. Any questions?

 Z drewnianego palika i kawałka materiału sporządzili pochodnię.

Z palika? Takiego z płotu? I – tkaniny naturalne palą się źle. Potrzeba trochę oliwy albo oleju skalnego.

 odkrywał niewiele tajemnic jaskini

Tak niewiele, że żadnych nie opisałeś.

 mimo to, wchodzili

Bez przecinka.

 wyścigu o odkrycie jak największej liczby nowych gatunków prehistorycznych stworzeń.

Niewygodne to w wymowie.

 szeptał przypominając

Szeptał, przypominając. Czy to jest zgodne z jego charakterem, czy potrzebujesz tego jako ekspozycji?

 Wkrótce pochodnia okazała się zbędna. Korytarz jaskini rozszerzał się przy końcu drogi, tworząc obszerną komnatę.

Komnaty same z siebie nie świecą. Mało obrazowy opis.

 spytał ktoś retorycznie

Pytanie retoryczne: zwrot w postaci pytania, na które nie oczekuje się odpowiedzi, gdyż jest ona znana.

 stalowych, nierozpoznawalnych elementów

Ale opisać się je da? Hmm? Czemu tego nie zrobisz?

 To wehikuł przybyszów spoza Ziemi.

Wtedy modne były dinozaury, nie kosmici. Kosmici weszli w modę gdzieś w Międzywojniu, o ile wiem.

 Marsha bardziej interesowało co innego.

Czyli?

 Jedno z pomieszczeń (…), przeznaczono

Nie stawiaj przecinka między podmiot, a orzeczenie.

były wyłożone

To nie jest właściwe słowo.

 Sprzęty, które mi pan dostarczył

Sprzęty to raczej przedmioty użytku domowego, "sprzęt" jako maszyneria jest singularis tantum.

francuzów

Dużą literą.

 Pudding to perpetuum mobile.

Zaraz. Tematem konkursu była technologia ekstrapolowana z tego, co Ziemianie mieli w jakimś momencie historii, nie "UFO dało nam Wi-Fi". Szanowna komisjo?

 odpowiednio poprowadzić przepływ cieczy

Dziwnie to brzmi.

 połączyć z moimi wcześniejszymi patentami

Rozmokną.

 Profesor przygryzł okazałego wąsa

Kogo, co? Wąs.

 uśmiechnął się szeroko jakby czekał

Uśmiechnął się szeroko, jakby czekał.

 zaprosił Marsha do jednego z laboratoryjnych stanowisk

Za moich chemicznych czasów mówiło się "stoły laboratoryjne".

 Obok znajdowały się różnokształtne naczynia powiązane ze sobą siecią rurek lub wspólnym dnem.

Primo: powtarzasz bardzo rzucające się w oczy słowo "znajdowały się". To niedobrze. Secundo, nie widzę tej instalacji. Podejrzewam, że sam M.C.Escher by jej nie zobaczył.

 odkorkował probówkę

Fiolka i probówka to nie to samo.

 o znacznie większej objętości

Nie wydaje mi się, żebyś potrzebował o tym zapewniać.

 odłożyć na stojak na pobliskim regale

Chodził tak daleko?

 zwiększa swoją objętość aż wypełni

Zwiększa swoją objętość, aż wypełni. A masę? Bo tu wychodzimy poza prawa fizyki.

 Nie wiemy czym…

Nie wiemy, czym jest ta ciecz, ani w jaki sposób.

 samoczynnie zwiększa się jej ilość,

Hmm.

 zbuduje Marshowi co tylko

Zbuduje Marshowi, co tylko.

 Napędzane niezwykłą różową substancją puddingowe

Dublujesz informację.

 Uniwersytetu w Yale

Zwykle mówi się: Uniwersytetu Yale. Poza tym, skoro jeździli powoli, to skąd te kłęby kurzu?

 Proszę zaufać Tehawanka.

Tehawanka tak mówić ze wzgląd na turystów. Normalnie wykładać literatura na Harvardzie.

 przeszklony piecyk

Kombiwar?

 skręcać posłanie

Jak się skręca posłanie?

 bez udogodnień puddingu

To brzmi tak, jakby pudding trzeba było udogadniać.

 Gwiazdy coraz śmielej zaścielały nieboskłon

Zaścielały? Chmury, może, ale gwiazdy? To są małe punkty, nie powierzchnie.

 szelest usypującego się piasku

Usypującego się – w co?

 widoczna niż oponenci

Widoczna, niż napastnicy. Call a spade – a spade.

 Gdzie do cholery jest

Wtrącenie. Gdzie, do cholery, jest.

 Nazajutrz, Marsh, korzystając z prowadzonych notatek odnalazł drogę

Nazajutrz Marsh, korzystając z prowadzonych notatek, odnalazł drogę. Wtrącenia wydzielamy.

 Teren wznosił się konsekwentnie

W przeciwieństwie do takiego niezdecydowanego terenu?

Zbocze nie było strome, jednak od wyrastającej na końcu kuesty dzieliło ich jeszcze kilka kilometrów.

A jak to się wyklucza?

 Autoskłady nieco ich spowalniały, ale cel pojawiający się w zasięgu wzroku uspokajał.

Nie wiem, o co Ci chodzi.

 Próg strukturalny, do którego zmierzali był zbudowany

Wtrącenie: Próg, do którego zmierzali, był zbudowany.

 z bardziej odpornych na wietrzenie skał i – co najważniejsze – skał innego wieku

To brzmi, jakby chodziło o dwa różne rodzaje skał.

 które otaczały ich podczas wędrówki

Otaczały ich skały? Zresztą – jechali, nie wędrowali.

 oznajmił ładując

Oznajmił, ładując.

 korzystają z koni

Źle to brzmi.

 nad przysypaną piachem stertą dynamitu

I nie zauważył tego? Poza tym, dynamit wsadza się w dziury wywiercone w skale. O ile chodzi o to, żeby rozsadzić tę skałę, a nie posłać parę ton piachu w niebo.

 Różowy płyn spotęgował siłę wybuchu nitrogliceryny.

Zdanie z raportu policyjnego. Na miejscu wyglądałoby to jakoś, a to jest zupełnie wyprane z konkretu. Wniosek, nie obserwacja.

 Podnóże wzgórza zatrzęsło się.

Ale szczyt nie?

 We wszystkich kierunkach wykwitały szerokie spękania.

Wykwitają zwykle plamy. Nie linie.

Ekipa Cope, niemalże błagając, wdrapywała się na bicykle

W ogóle tego nie widzę.

 Szczupły profesor o bujnych wąsach

Masz czas teraz go opisywać? Chyba nie.

 zgodnością

Z godnością. Oto, jak się kończy poleganie na autokorekcie.

 tęgiego kolegi po fachu i swojego największego wroga

Jakby było ich dwóch…

 niczym pędząca do brzegu fala tsunami

Ta metafora ma chyba dodać dynamiki, ale jest w tym nieskuteczna.

 bicykle osiągnęły prędkość wystarczającą do ucieczki z miejsca eksplozji.

Beznamiętne i raportowe.

 bezpieczniej

Bezpiecznej.

To jeszcze nie koniec, Cope!

Cóż za szok.

 

Discovery Channel, co? Brak przemyślanej fabuły (jeden gadżet ma utrzymać cały tekst?) dałoby się przeżyć, gdyby historyjka trzymała w napięciu. Nie trzyma. Ani trochę. Nie każdy musi wiedzieć, kim byli Cope i Marsh, i trudno się podniecać przygodami (?) dwóch ledwo opisanych gości, którzy kłócą się nie wiadomo o co. Są punkty, w których mógłbyś zabłysnąć (choćby podkreślając motyw rywalizacji i zadając pytanie, jak daleko który z poszukiwaczy chce i potrafi się w niej posunąć), ale tego nie zrobiłeś. Opisy są zbyt skrótowe i nie niosą żadnych emocji.

Tekst ogólnie sprawia wrażenie pisanego w pośpiechu, na już, na przedwczoraj – a termin konkursu upływa dopiero 31 marca. Niepotrzebnie tak zasuwasz, moim zdaniem. No, i z tematem też się rozminąłeś – jeden gadżet, który spadł z kosmosu, to po pierwsze, żadna nauka (gdybyś chociaż poświęcił trochę czasu na rozgryzanie jego właściwości…), a po drugie, jak już powiedziałam, nie ekstrapolacja rzeczywistej technologii z jakiegokolwiek okresu historii.

Próbuj dalej, ale, na Różowego Niewidzialnego Jednorożca! Powoli.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

 

Zmiany fabularne:

Zrezygnowałem z „magicznego” mnożenia się puddingu, przez co cel kolejnej podróży w interior i stawka ostatecznego spotkania dwóch naukowców uległy zmianie. Marsh ma za zadanie zdobyć więcej puddingu, a Cope zamierza go w tym ubiec.

Żeby jakoś wyraźniej spuentować opowieść, końcowa eksplozja grzebie znaleziska (puddingowe instalacje) uniemożliwiając stworzenie przez Edisona kolejnych projektów.

 

Inne:

Przez dychotomicznie podzieloną brodę rozumiałem rozgałęzienie na dwie części (po prostu), w ten sposób używa się tego terminu przy opisie np. pędów roślin lub unaczynienia liści, ale może przekombinowałem – zmienia na rozgałęzioną brodę

Jeśli nie odnoszę się tu w szczegółach do jakiejś uwagi, tzn. że poprawiłem byka najprościej jak się da (np. drapanie się po postępującej łysinie – drapanie po głowie)

„Nie jestem geologiem, ale ostańce chyba polegają na tym, że są odporniejsze na wietrzenie od tego, co dookoła, więc jaskiń być w nich nie powinno. Nie?

Potwierdzam (co zresztą gdzieś później w tekście się pojawia), ale jak za chwilę się dowiadujemy nie jest to naturalna jaskinia. Z tego samego powodu Marsh im się przygląda (choć zdanie przemodelowałem)

skamieniałości dawno wymarłych stworzeń. Żywe nie kamienieją… -> ale mogą to być skamieniałości neogeńskie (stosunkowo nie dawne) albo mezozoiczne, paleozoiczne (setki milionów lat)

 szeptał przypominając. Szeptał, przypominając. Czy to jest zgodne z jego charakterem, czy potrzebujesz tego jako ekspozycji? -> szepcze bo gada do siebie, nie komentuje bierzących wydarzeń. Dzięki czemu dowiadujemy się, jak zaczął się konflikt

 Wkrótce pochodnia okazała się zbędna. Korytarz jaskini rozszerzał się przy końcu drogi, tworząc obszerną komnatę. Komnaty same z siebie nie świecą. Mało obrazowy opis. -> świeciła sterta kosmicznego złomu (kolejne zdanie)

To wehikuł przybyszów spoza Ziemi. Wtedy modne były dinozaury, nie kosmici. Kosmici weszli w modę gdzieś w Międzywojniu, o ile wiem. -> OK. Ale paleontolodzy raczej nie uznają mechanicznego złomu za pozostałości dinozaurów, prawda?

 Marsha bardziej interesowało co innego. Czyli? -> czyli to, co będzie z tego miał, a nie to co jest. Tu jest to domyślne (tzn. miało być ;)) – w rozmowie z Edisonem jest już pokazane wprost

były wyłożone To nie jest właściwe słowo. -> Stoły, stołki i półki regałów uginały się pod ciężarem odkrytych w tajemniczej jaskini szczątków oraz powstałych na ich bazie prototypami nowych maszyn.

Pudding to perpetuum mobile. Zaraz. Tematem konkursu była technologia ekstrapolowana z tego, co Ziemianie mieli w jakimś momencie historii, nie "UFO dało nam Wi-Fi". Szanowna komisjo? -> Jedyne co mam na swoją obronę to miks tych dwóch wersji -> tzn. pudding umożliwi rozwój tamtejszej technologii, co opisałem w rozmowie Marsha i Edisona (lekko zmienionej obecnie) – gdzie wynalazca wspomina turbiny napędzane puddingiem. Jest to zatem rozwój tamtejszej technologii, ale w oparciu o odkrycie pozaziemskie

11. odpowiednio poprowadzić przepływ cieczy. Dziwnie to brzmi. -> pozwoliłem sobie zostawić.

 12. połączyć z moimi wcześniejszymi patentami. Rozmokną. -> Dobre. Słusznie. Zmienione.

13. zaprosił Marsha do jednego z laboratoryjnych stanowisk. Za moich chemicznych czasów mówiło się "stoły laboratoryjne". -> mebel nie istotny, chodziło o to, że w różnych miejscach warsztatu pracowano nad różnymi rzeczami

14.  Obok znajdowały się różnokształtne naczynia powiązane ze sobą siecią rurek lub wspólnym dnem. Primo: powtarzasz bardzo rzucające się w oczy słowo "znajdowały się". To niedobrze. Secundo, nie widzę tej instalacji. Podejrzewam, że sam M.C.Escher by jej nie zobaczył.

 odkorkował probówkę Fiolka i probówka to nie to samo.

 o znacznie większej objętości Nie wydaje mi się, żebyś potrzebował o tym zapewniać.

 odłożyć na stojak na pobliskim regale Chodził tak daleko?

 zwiększa swoją objętość aż wypełni Zwiększa swoją objętość, aż wypełni. A masę? Bo tu wychodzimy poza prawa fizyki.

 Nie wiemy czym… Nie wiemy, czym jest ta ciecz, ani w jaki sposób.

 samoczynnie zwiększa się jej ilość, -> TO WSZYSTKO WYLECIAŁO PO ZMIANACH FABULARNYCH

15. Proszę zaufać Tehawanka. Tehawanka tak mówić ze wzgląd na turystów. Normalnie wykładać literatura na Harvardzie. -> nic mi o tym nie wiadomo ;)

 16. przeszklony piecyk Kombiwar? -> nowy projekt Edisona, jak wszystko działające na puddingu

 Nazajutrz, Marsh, korzystając z prowadzonych notatek odnalazł drogę

17. W przeciwieństwie do takiego niezdecydowanego terenu? Zbocze nie było strome, jednak od wyrastającej na końcu kuesty dzieliło ich jeszcze kilka kilometrów.

A jak to się wyklucza? -> w przeciwieństwie do terenu, który posiada wywłaszczenia i spadki. To drugie poprawiam.

18.  Autoskłady nieco ich spowalniały, ale cel pojawiający się w zasięgu wzroku uspokajał. Nie wiem, o co Ci chodzi. -> składy doczepione do bicyklów były ciężkie i nie pozwalały „przygazować”. Ale rozdzieliłem zdania bo to z uspokojeniem nie ma związku faktyznie.

 19. To brzmi, jakby chodziło o dwa różne rodzaje skał.  które otaczały ich podczas wędrówki Otaczały ich skały? Zresztą – jechali, nie wędrowali. -> to są dwa rodzaje skał. I skały otaczały ich cały czas – byli na pustyni, a co tam niby jest dookoła? Skały to nie tylko „skałki”, ostańce czy góry, ale piach w podłożu też (skała osadowa luźna)

 20.  nad przysypaną piachem stertą dynamitu I nie zauważył tego? Poza tym, dynamit wsadza się w dziury wywiercone w skale. O ile chodzi o to, żeby rozsadzić tę skałę, a nie posłać parę ton piachu w niebo. -> zmieniłem. Spróbowałem profesora trochę wytłumaczyć

20.  Różowy płyn spotęgował siłę wybuchu nitrogliceryny. Zdanie z raportu policyjnego. Na miejscu wyglądałoby to jakoś, a to jest zupełnie wyprane z konkretu. Wniosek, nie obserwacja. -> dodałem obserwacje

 21.  niczym pędząca do brzegu fala tsunami Ta metafora ma chyba dodać dynamiki, ale jest w tym nieskuteczna. -> Przemyślę…

22.  bicykle osiągnęły prędkość wystarczającą do ucieczki z miejsca eksplozji. Beznamiętne i raportowe. -> też przemyślę, na razie zostawiam, bo nie do końca się zgadzam

23. OGÓLNE UWAGI – Przyjmuję, zgadzam się, że opublikowałem za szybko, nie odleżało. Typowy błąd. Co do stylu (raportowości, opisów) – wezmę pod uwagę, ale oczywiście nie zmienię stylu na 90% opisów (zakładam, że też tego nie oczekujesz) – aczkolwiek to już w dużej mierze kwestia gustu. Plus. Niedawno czytałem jeden z tych poradników „jak pisać” i może za mocno się zasugerowałem tym, żeby z opisami nie przesadzać, tylko „lecieć z fabułą” ;)

Pozdrawiam

Hmmm. Ja też mam wrażenie, że to fragment, bo z zaprezentowanych wątków nic nie wynika. Nie wiemy, jak skończył się spór między profesorami. Największe źródło puddingu szlag trafił. I nawet żadnego dinozaura nie pokazujesz. Właściwie sytuacja wraca do punktu wyjścia. Zostaje tylko kilka działających perpetuum mobile. Ale i one nie wydają się wywierać większego wpływu na dzieje ludzkości.

Słusznej postury mężczyzna o rozgałęzionej brodzie przyglądał się krawędzią skał.

Jest różnica między “krawędzią” a “krawędziom”.

Babska logika rządzi!

Zmiany fabularne

Wrócę później i obejrzę, ale opis sprawia dobre wrażenie. Na razie tylko odpowiedź do odpowiedzi:

 w ten sposób używa się tego terminu przy opisie np. pędów roślin lub unaczynienia liści

Naprawdę? Nie wiedziałam, ale nawet, jeśli – języka technicznego (tj. specjalistycznych terminów z jakiejś dziedziny) lepiej w literaturze unikać, o ile nie masz specjalnych powodów, żeby go użyć (wykład nadętego profesora itp.). Są niezrozumiałe dla przeciętnego użytkownika języka.

 Potwierdzam (co zresztą gdzieś później w tekście się pojawia), ale jak za chwilę się dowiadujemy nie jest to naturalna jaskinia.

W porządku, ale czy sztucznie wygrzebana dziura wygląda, chociaż z grubsza, jak naturalna? Czy po prostu chwytam się brzytwy?

 Żywe nie kamienieją… -> ale mogą to być skamieniałości neogeńskie (stosunkowo nie dawne)

Dobra, przyznaję, tutaj zobaczyłam wyświechtane sformułowanie i uwolniłam mojego wewnętrznego szydercę :)

 Dzięki czemu dowiadujemy się, jak zaczął się konflikt

Czyli potrzebujesz tego jako ekspozycji. OK. W takim razie ma zastosowanie zasada "show, don't tell" – lepiej takie rzeczy pokazać w akcji, niż informować o nich, nawet w dialogu.

 świeciła sterta kosmicznego złomu (kolejne zdanie)

Ale my jeszcze o tym nie wiemy (nie czytamy Ci w myślach). Żeby coś obrazowo opisać, wyobraź sobie, że podchodzisz do tego taką ścieżką, jak Twoi bohaterowie. Widzą najpierw tajemniczą, dziwną poświatę? Zacznij od opisu poświaty.

 Ale paleontolodzy raczej nie uznają mechanicznego złomu za pozostałości dinozaurów, prawda?

Pewnie. Ale jest wiele innych możliwych wytłumaczeń sterty złomu – mógł ją zostawić, ot, choćby znienawidzony Cope. Śmieciarz jeden :) I już masz konflikt, co prawda mały i szybko się rozwiązujący, ale masz.

 Stoły, stołki i półki regałów uginały się pod ciężarem odkrytych w tajemniczej jaskini szczątków oraz powstałych na ich bazie prototypami nowych maszyn.

O niebo lepiej, tylko pilnuj związków zgody: Stoły, stołki i półki regałów uginały się pod ciężarem odkrytych w tajemniczej jaskini szczątków oraz powstałych na ich bazie prototypów nowych maszyn. (Ciężarem prototypów).

 w różnych miejscach warsztatu pracowano nad różnymi rzeczami

Chłopie, Edison miał (w późniejszych etapach swojej kariery, nie bardzo wiem, jak tu wygląda chronologia, ale zakładam, że już odniósł sukces) całą fabrykę. Tego faceta było stać na utopienie milionów dolarów w próbach wykorzystania żelazistego piasku, więc oddelegować jeden cały budynek na badania kosmicznych glutów :) to dla niego tyle, co splunąć. A tu zobaczyłam laboratorium studenckie, gdzie przy każdym stole robią co innego (i dla połowy nie starcza miejsca, więc nie robią nic). Edison miał rozmach.

 TO WSZYSTKO WYLECIAŁO PO ZMIANACH FABULARNYCH

I dobrze mu tak :D

Tehawanka tak mówić ze wzgląd na turystów. Normalnie wykładać literatura na Harvardzie. -> nic mi o tym nie wiadomo ;)

To znów mój wewnętrzny szyderca kłujący szpileczką Białego Człowieka i jego Brzemię XD

składy doczepione do bicyklów były ciężkie i nie pozwalały „przygazować”.

To akurat rozumiem, chodziło mi o to, dlaczego cel ich "uspokaja" – na moją znajomość psychologii powinien raczej podniecać (jeju, zaraz odkryjemy tajemnicę wszechświata!).

 I skały otaczały ich cały czas – byli na pustyni, a co tam niby jest dookoła?

Jasne – tylko otacza się dookoła, a oni jechali między skałami. Co do piasku – ja to wiem, ale przeciętny czytelnik wcale nie musi.

 zakładam, że też tego nie oczekujesz

Nie, pewnie, że nie. Ja daję Ci tylko moje wrażenia, co z nimi zrobisz, zależy od Ciebie.

 Niedawno czytałem jeden z tych poradników „jak pisać” i może za mocno się zasugerowałem tym, żeby z opisami nie przesadzać, tylko „lecieć z fabułą” ;)

Wiesz, co – problem z poradnikami polega na tym, że są abstrakcyjne. To czyjeś doświadczenia, i to jeszcze spisane (dodatkowa warstwa abstrakcji). Trochę tak, jakbyś chciał się z podręcznika nauczyć żeglarstwa, nigdy w życiu nie widząc wody. A Ty musisz mieć liny w ręku! Sam próbować różnych sposobów i stwierdzać, co Ci pasuje, a co nie. Ktoś inny może Ci doradzić, ale jesteś sobie sam sterem, żeglarzem i okrętem, po prostu.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

w ten sposób używa się tego terminu przy opisie np. pędów roślin lub unaczynienia liści

Ale to się robi w literaturze naukowej, gdzie być może jest uzasadnione, choć przyznam, że mam problem z nadużywaniem relewantny/irrelewantny zamiast istotny/nieistotny i tym podobnych kwiatków. Niemniej w literaturze, konkretnie w wypowiedziach trzecioosobowego narratora zazwyczaj unikamy takich słów, które mogą z kolei się pojawić w wypowiedziach bohaterów, jeśli jest to uzasadnione. (W narracji czasem też, ale to 1) wyższa szkoła jazdy; 2) nie ten przypadek.)

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Widzę, że jako pierwsza przyczepię się do tego, jak przedstawiony został Tehawanka. Nie lubię takiego ignoranckiego i protekcjonalnego traktowania ludzi, których kultury nie znamy. Niby dlatego, że jest “Indianinem” nie może składnie mówić? Mam znajomych, którzy są Rdzennymi Amerykanami i naprawdę mówią zupełnie normalnie. Zakładam, że nie dlatego, że na przestrzeni dwustu lat jakoś drastycznie podniosło im się IQ. “Kali być, Kali mówić” już było wykorzystane przez Sienkiewicza i tam było równie nieprzyjemne. Rdzenni Amerykanie nie są z zasady upośledzeni umysłowo. Nie mówię, że takie przedstawienie musi być kompletnie niewiarygodne, bo nie wiem, w jaki sposób posługiwali się angielskim Rdzenni Amerykanie z dziewiętnastego wieku, ale takie zakładanie, że pewnie nie umieli i że “różowe duchy” to coś, co zapewne powiedziałby taki Amerykanin to sprowadzanie całej nacji do żenującego stereotypu, z którego współczesna literatura naprawdę mogłaby już wyrosnąć. To nie jest jednak dziewiętnasty wiek, możemy się bardziej postarać. 

Sam pomysł na tekst jest dość ciekawy, ale też nie mam pewności, czy spełnia założenia konkursowe. W końcu miała być rozwinięta jakaś technologia, która już w danym okresie istniała, a nie wynalazek kosmitów. W sumie jednak nie wiadomo, co to jest (nadal). Zgadzam się, że również scena ucieczki nie wypada wiarygodnie, chociaż ostatnia kwestia profesora, trochę to rozwiązanie ratuje. Na koniec dodam, że mimo wszystko zakończenie wciąż niewiele rozwiązuje i pozostaje rozczarowujące, ale z lektury komentarzy wnioskuję, że tekst udało Ci się poprawić. Nie jest źle, ale mogło być lepiej. 

Hmmm. Nie wiem, jak dziewiętnastowiecznych Indian uczono angielskiego. Raczej nie sądzę, że chodzili do szkół razem z WASP-ami i tam poznawali gramatykę, a potem literaturę.

Babska logika rządzi!

Nie powiedziałam, że musiał znać dzieła Szekspira, tylko, że mógłby składnie mówić. Chodzi przede wszystkim o to, że ta postać jest płaska, nieumotywowana i przedstawiona jak karykatura wszystkiego tego, co znamy z innych przedstawień “dzikich” ludzi. Bo niby dlaczego on w ogóle im pomaga? 

Tehawanka tak mówić ze wzgląd na turystów. Normalnie wykładać literatura na Harvardzie.

Moje głębokie poczucie humoru nadal pozostaje niezauważone :D A tak serio, rosebelle, oni tam wszyscy płascy. Edisona też można by zastąpić automatem do kawy.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Sęk w tym, że akurat gramatyka angielska – zwłaszcza odmiana czasownika – na poziomie podstawowym nie jest bardzo trudna, więc o ile można mniemać, że ktoś nauczony wówczas podstaw nie będzie używał zaawansowanych czasów złożonych w rodzaju “he would have come” czy innych odmian future in the past, ale nie powinien robić podstawowych błędów.

Sienkiewicza nie znoszę, ale o tyle będę go (wbrew sobie) bronić, że pisał przed Chomskym i obserwacjami na temat tego, jak się przyswaja w naturalny sposób język. Z drugiej strony jednakowoż w jego czasach podstawą uczenia się języków była gramatyka, więc Staś powinien był tego Kalego uczyć od początku “ja robię, ty robisz…”, a ucząc się naturalnie Kali prędzej by mówił “ja robię, ty robię” niż używał bezokolicznika – bo tej formy nie mógł usłyszeć.

A z całego mojego bełkotu wynika zasadniczo tyle, że zgadzam się z Rosebelle :D

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wasza mieć racja, ale gramatyka uniwersalna nie mieć dowód XD

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Jako osoba, która jest w stanie przyswajać języki jedynie “na Chomskiego”, nie zgadzam się z tą diagnozą ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Moja nie wiedzieć, jak to być przyswajać na Chomsky. Moja wiedzieć, jak moja się uczyć język angielska: najpierw powoli, jak żółw ociężale, a potem moja się spiąć do kupa i czytać książka o krasnoludy dreptać przez Mroczna Puszcza :) , i wnioski moja wywlekać z gramatyka na podstawa logika, co to być wspólna indoeuropejska języka XD a Chomsky mówić, że każda mózga mieć języka wbudowana. Uk, uk.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnina, Twoja i moja przybić piątka! Moja też przyswajać języka obce jak czytać książka. ;-)

Babska logika rządzi!

Moja najlepiej z interakcji z tubylcami, przez naśladowanie :/ Z książek też, jak tubylców nie ma…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Sęk w tym, że akurat gramatyka angielska – zwłaszcza odmiana czasownika – na poziomie podstawowym nie jest bardzo trudna

Absolutnie się zgadzam. Byłem świadkiem rozwoju językowego osoby dorosłej, nie znającej ani słowa po angielsku (prócz powszechnie znanych “senkju” itp.), wrzuconej do środowiska anglojęzycznego. Dziewczyna nie podjęła żadnych lekcji, ale pracując w knajpie w Irlandii, po pół roku swobodnie konwersowała w podstawowym zakresie językowym i zdecydowanie nie była to wymowa “być, dać”. A co do rdzennych, to na tyle, na ile kojarzę stosunki społeczne USA XIX wieku, to był to zmierzch odseparowanych, tradycyjnych indiańskich społeczności i większość z nich żyła i funkcjonowała w środowisku całkowicie zamerykanizowanym.

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

na ile kojarzę stosunki społeczne USA XIX wieku, to był to zmierzch odseparowanych, tradycyjnych indiańskich społeczności i większość z nich żyła i funkcjonowała w środowisku całkowicie zamerykanizowanym

Też mi się tak wydaje, choć na Ameryce słabo się znam. Tu mamy w dodatku sam koniec wieku…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Offtopic ciekawszy od samego tekstu, dzięki wam ten wątek stał się wiele bardziej interesujący. Czego to człowiek się niechcący nie dowie.

A jeszcze w ogóle nie poruszyliśmy wątku pidżynu. Mogli posługiwać się czymś takim i normalnie uczyć się mówić bezokolicznikami. ;-)

Babska logika rządzi!

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tehawanka znam gościa :D To było pierwsze imię głównego bohatera trylogii “Złoto Gór Czarnych” Jako że jego wojenne imię to “Przebiegły Wąż,” to rozumiem, że on te blade twarze wystawił.

 

 

Mogli posługiwać się czymś takim i normalnie uczyć się mówić bezokolicznikami. ;-)

Poznali bowiem język, zjadłszy słownik :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nigdy się nie uczyłam żadnego pidżynu, ale czy w takich językach odmiana zwykle nie jest maksymalnie uproszczona?

Babska logika rządzi!

Jest, ale niekoniecznie muszą gadać jak Kali.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

No, ale jeśli sam język z założenia unika odmiany i “prawidłowy zdanie brzmieć jakby je Kali mówić”, to jak to oddać po polsku?

Babska logika rządzi!

Kurczę, prawda. Poszłabym w języki analityczne, ale to faktycznie może być trudne.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Przedstawiłeś pokrótce opowiastkę o rywalizacji dwóch uczonych, tyle że nie zauważyłam, aby z tej rywalizacji cokolwiek wyniknęło.

Wykonanie nadal pozostawia sporo do życzenia.

 

jak co roku or­ga­ni­zo­wał wy­pra­wę w In­te­rior. –> Dlaczego wielka litera?

 

Si­wie­ją­cy wy­na­laz­ca w fil­co­wej ma­ry­nar­ce… –> Z filcu można zrobić kapelusz, kapcie domowe i jeszcze parę innych rzeczy, np. podbić nogi mebli, aby nie rysowały podłogi, ale obawiam się, że filc nijak nie nadaje się do szycia marynarek.

 

Sprzęt, które mi pan do­star­czył, pro­fe­so­rze, przy­po­mi­na­ją pod pew­ny­mi wzglę­da­mi… –> Literówki.

 

ma­szy­ny na­pę­dza­ne we­wnętrz­ny­mi mi­ni-elek­trow­nia­mi wod­ny­mi. –> …ma­szy­ny na­pę­dza­ne we­wnętrz­ny­mi mi­nielek­trow­nia­mi wod­ny­mi.

 

Ekipa z Uni­wer­sy­te­tu Yale po­wo­li prze­mie­rza­ła In­te­rior… –> Dlaczego wielka litera?

 

ilość pud­din­gu była nie wy­star­cza­ją­ca. –> …ilość pud­din­gu była niewy­star­cza­ją­ca.

 

Wcią­gnął brzuch i wy­gra­mo­lił się z po­sła­nia. –> Dlaczego, nim wygramolił się z posłania, wciągnął brzuch?

 

 Na dowód do­brych za­mia­rów pod­niósł ręce ku górze… –> Masło maślane. Czy mógł podnieść ręce ku dołowi?

 

Wy­buch prze­szedł ocze­ki­wa­nia strzel­ca. Ró­żo­wy płyn naj­wi­docz­niej spo­tę­go­wał siłę wy­bu­chu ni­tro­gli­ce­ry­ny. –> Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Z filcu można zrobić kapelusz, kapcie domowe i jeszcze parę innych rzeczy, np. podbić nogo mebli, aby nie rysowały podłogi, ale obawiam się, że filc nijak nie nadaje się do szycia marynarek.

Nie znam się na krawiectwie, ale

None, pokazałeś mi współczesne marynarki z filcu, który z filcem, jaki znam, nie ma nic wspólnego. Nadal nie wydaje mi się, aby w XIX wieku szyto filcowe marynarki. Jednakowoż dziękuję za otworzenie mi oczu, bo zobaczyłam, że może być filc i filc. :)

A może wypowie się ktoś, kto zna się na rzeczy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, nie wiem czy pamiętasz, ale w “Tajemniczej wyspie” Verne’a Cyrus Smith rozkręca produkcję filcu. Z którego potem rozbitkowie szyją ubrania. Na pewno nie są to rzeczy na miarę hitu modowego, ale… są.

Czyli – da się!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Nie pamiętam, ale ufam Twojej pamięci, Staruchu. :)

Mam wrażenie, że ten filc, z którego można szyć odzież, chyba bardziej przypomina grube sukno lub flausz.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Filcowanie wełny to bardzo stara technika, bo jest stosunkowo łatwa w wykonaniu, ale mam wrażenie, że Reg ma rację – jest filc i filc. I do XIX w. z filcu z rzeczy do eleganckiego noszenia wykonywano głównie kapelusze itp., a nie szyto ubrań.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jak mówiłem, ja się nie znam, ja tylko w googlu szukam. Ale jako, że jest to detal bez większego znaczenia, bezpiecznie można chyba zastąpić w tekście filc tweedem lub wełną.

Podobał mi się motyw konfliktu Marsh – Cope. Miałam baaaaardzo luźne skojarzenie ze Strusiem Pędziwiatrem i Kojotem :D Może to przez różowy pudding, który, choć niezwykle potężny, jest też w pewien sposób humorystycznym akcentem w opowiadaniu ;)

W ogóle lubię takie mixy przeszłość – obca cywilizacja, mają swój urok.

 

Niestety w tekście jest jeszcze kilka usterek (sprawdź jeszcze raz w komentarzach, bo chyba wszystkie zostały wypunktowane, tylko jeszcze nie wszystkie poprawiłeś).

No i trochę brakuje fabuły. Bo nie wiadomo, co dalej było z paleontologami, nie wiadomo, co z galare… puddingiem… Jakiś taki niedosyt pozostaje.

KOLEJNA PORCJA POPRAWEK I WYJAŚNIEŃ:

  1. "W różnych częściach warsztatu pracowano nad różnymi rzeczami" – Miałem na myśli, że całe laboratorium poświęcono do badań nad puddingiem (miałem na uwadze to, o czym wspominasz – że Edison miał cały kompleks budynków do dyspozycji), ale na jednym stanowisku próbowano go wykorzystać jako napęd, w innym sprawdzano, co jeszcze da się z kosmicznego statku wydusić itp.
  1. filc->tweed, 

    fragment o świeceniu kosmicznego złomu zmienione tak, by nie trzeba było mi czytać w myślach, 

    Marsh gramoląc się z posłania już nie wciąga brzucha (bo po co? – tak, wiem, sam do siebie kieruję to pytanie), 

  1. wskazane literówki i powtórzenia
  1. Mowa Tehawanki. Od teraz mówi poprawnie gramatycznie, jedynie z typowym dla mieszkańców tych okolic akcentem (czyli jednak to nie ten po Oxfordzie) ;)

Przeczytałem. 

Przeczytałem.

Nowa Fantastyka