- Opowiadanie: utrillo - Zbieracz kuriozów, cz. 1

Zbieracz kuriozów, cz. 1

XVIII wiek. Rzeczpospolita

Oceny

Zbieracz kuriozów, cz. 1

 

– Co to ma być? – za­py­ta­łem.

– Robok – od­po­wie­dział chłop.

W otwar­tej dłoni trzy­mał po­spo­li­te­go żuka. Je­dy­ną oso­bli­wo­ścią ży­jąt­ka było to, że od­nó­ża miał tylko po jed­nej stro­nie ciał­ka. Naj­wi­docz­niej ten głupi cham wy­rwał owa­do­wi po­ło­wę nóg. Zwy­kły oszust.

– To mnie nie in­te­re­su­je.

Wie­śniak coś tam beł­ko­tał po nosem, za­chwa­lał swoje rze­ko­me zna­le­zi­sko ni­czym prze­kup­ka na targu, ale soł­tys kazał mu iść precz, kop­nął po­ni­żej ple­ców i wy­zwał od naj­gor­szych.

– Macie tu jesz­cze coś dzi­wacz­ne­go, nie­zwy­kłe­go, je­dy­ne­go w swoim ro­dza­ju? – tłu­ma­czy­łem jak naj­głup­sze­mu ża­ko­wi.

Po­dra­pał się po łbie, wy­krzy­wił gębę i oznaj­mił:

– Jest jesz­cze spa­sio­na baba, zu­peł­nie jak trzy­let­nia świ­nia.

– Gdzie ona jest?

– Na pewno sie­dzi pod cha­łu­pą i grze­je się w słoń­cu. Za­pro­wa­dzę was, to nie­da­le­ko.

– Chodź­my – zde­cy­do­wa­łem.

Nie li­czy­łem, że tym razem zo­ba­czę coś in­te­re­su­ją­ce­go, ale skoro zmar­no­wa­łem pół dnia na oglą­da­nie a to pła­skiej żaby, którą ktoś le­d­wie dwie zdro­waś­ki temu roz­dep­tał, a to gniaz­da ja­skół­cze­go, co praw­da wy­jąt­ko­wo du­że­go, ale prze­cież nie takie te prze­myśl­ne ptaki po­tra­fią bu­do­wać, a to krowy, co nigdy nie cho­ro­wa­ła, a to gi­czo­łów star­ca, który miały, we­dług za­pew­nień ca­łe­go stada miej­sco­wych, być tak zro­go­wa­cia­łe, że przy­po­mi­na­ły koń­skie ko­py­ta, co oka­za­ła się, oczy­wi­ście, kom­plet­ną bzdu­rą, wy­rost­ka, który ja­ko­by od uro­dze­nia nie miał, ani jed­ne­go zęba, osob­ni­ka, który krę­cił się w koło i utrzy­my­wał, że nie może nawet na chwi­lę prze­stać, czy żuka bez po­ło­wy nóg, to mo­głem po­świe­cić kwa­drans na obej­rze­nie gru­be­go babsz­ty­la. I tak już buty mia­łem całe w bło­cie, ko­szu­la le­pi­ła mi się do ple­ców, a ko­ma­ry zdą­ży­ły po­ką­sać chyba w stu miej­scach.

– To ta baba. Tłu­sta jak świ­nia – po­wie­dział soł­tys, gdy zna­leź­li­śmy się na miej­scu.

Istot­nie na ławie sie­dzia­ła po­rząd­nie spa­sio­na ko­bie­ta. Coś tam chrum­ka­ła pod no­cha­lem, ale mój prze­wod­nik kazał jej się za­mknąć. Przy­zna­ję była gruba, ale nie tak bar­dzo jak pani Po­toc­ka. Dla­te­go po­wie­dzia­łam:

– Wi­dzia­łem bar­dziej tęgie.

– Ale sami panie zo­bacz­cie, wy­glą­da jak ma­cio­ra! – Chłop zdzi­wił się, że nie do­ce­ni­łem tuszy miesz­kan­ki wsi Wody.

– Grub­sze by­wa­ją – za­pew­ni­łem. – Macie tu jesz­cze ja­kieś dzi­wa­dło?

– Tutaj to już chyba nie. – Zmar­twił się, a wą­si­ska opa­dły mu jak u suma.

No tak, zna­le­zie­nie eks­po­na­tów do ga­bi­ne­tu oso­bli­wo­ści pana Po­toc­kie­go nie było łatwe, przy­naj­mniej tu, na za­sra­nym Po­le­siu. Ale nie mia­łem wyj­ścia, pan wo­je­wo­da po­le­cił wła­śnie tu szu­kać ku­rio­zów. Nie wiem, kto temu sta­re­mu dur­nio­wi na­ga­dał głu­pot, że im bli­żej ba­gien, tym ła­twiej można zna­leźć sta­ro­żyt­ne wazy, ludzi o dwóch gło­wach, szkie­le­ty wie­lo­ry­bów, star­ców pa­mię­ta­ją­cych bunt Na­le­waj­ki czy ptaki o czte­rech skrzy­dłach. Na­praw­dę na tym za­du­piu nie było nic cie­ka­we­go. Od rana miesz­kań­cy Wody zno­si­li mi ja­kieś du­pe­re­le, za przy­wie­zie­nie któ­rych do Tul­czy­na, mój pryn­cy­pał pew­nie nie tylko zwol­nił­by mnie ze służ­by, ale i nie zwró­cił wy­dat­ków, które po­nio­słem na tą eks­pe­dy­cję.

– Może cho­ciaż kur­czak o czte­rech no­gach, cie­lak o dwóch łbach, albo jakiś bar­dzo stary przed­miot z ozdo­ba­mi, ja­ki­miś ta­ki­mi ta­jem­ni­czy­mi – pod­po­wia­da­łem.

– Była taka kura, czte­ry nogi miała, ale zde­chła w tam­tym roku.

– Szko­da.

– Nie­wiel­ka, jajek nie no­si­ła. Dar­mo­zjad taki.

Soł­tys naj­wy­raź­niej mnie nie ro­zu­miał. Ale mach­ną­łem na to ręką.

– A w są­sied­nich osa­dach? – za­py­ta­łem.

– To, już prę­dzej. – Oży­wił się. – W Sta­rych Bło­tach jest chłop, ma na imię Wasyl. Ma zęby jak u krowy.

– Słabe. Żre to samo co bydło to i zęby by­dlę­ce mu się zro­bi­ły. Co w tym dziw­ne­go? – Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

– Jest też taki, co nie widzi, a cho­dzi wszę­dzie bez ko­stu­ra, jakby wi­dział.

– Śle­pych jest pełno.

– No to jest taki mały ludek. – Przy­sta­wił dłoń gdzieś tak do pępka. – Iwan­ko na niego wo­ła­ją, cho­ciaż na chrzcie mu Ję­drek dali. Zwin­ny jak pies.

Nie wiem, co w tym wy­pad­ku miało być, we­dług mo­je­go roz­mów­cy, nie­zwy­kłe­go, to, że ina­czej się na­zy­wał, a ina­czej na niego mó­wi­li, czy to, że był zwin­ny. Ale nie do­cie­ka­łem.

– Pan Po­toc­ki ma trzech kar­łów na dwo­rze, wię­cej mu nie po­trze­ba – oznaj­mi­łem.

– No to już nie wiem. – Soł­tys za­fra­so­wał się. – To może tych dwóch, co sie­dzi na Uro­czy­sku Wilka? Tacy w bia­łych sza­tach, dziw­nie mówią, ale da się zro­zu­mieć. Miesz­ka­ją w cha­łu­pie na ko­łach, takim wozie – tłu­ma­czył. – No­si­my im go­rzał­kę. Płacą byle czym.

– Mó­wisz o pu­stel­ni­kach? – za­py­ta­łem.

– Gdzież­by! – Obu­rzył się. – Sa­mot­ni­cy u nas też są, mają brody do pasa i żyją ziel­skiem. Ale ci, to inni, dzi­wa­cy jacyś. Zaraz wam po­ka­żę, co od nich do­sta­łem za gar­niec si­wu­chy.

– Tylko, żeby mi to długo nie trwa­ło – ostrze­głem.

Soł­tys po­drep­tał do swo­jej cha­łu­py, a że jedną nogę miał krót­szą, spo­dzie­wa­łem się, że pręd­ko nie wróci. Trze­ba było po­my­śleć o ko­la­cji, noc­le­gu i ja­kimś miłym dziew­czę­ciu, które za ta­la­ra uprzy­jem­ni­ło­by mi noc.

– I gówno zna­leź­li­śmy – po­wie­dzia­łem do pana Bu­dzyń­skie­go, któ­re­go wy­na­ją­łem wraz z pa­choł­ka­mi na czas mojej eks­pe­dy­cji na Po­le­sie. Miał za­pew­niać bez­pie­czeń­stwo i wszel­ką pomoc. We­dług za­war­tej umowy, na­leż­ność mia­łem uiścić po tym, jak pan Po­toc­ki wy­pła­ci mi pie­nią­dze za służ­bę, zor­ga­ni­zo­wa­nie wy­pra­wy i do­star­czo­ne zna­le­zi­ska. Jed­nak o zna­le­zie­nie cze­goś nie­zwy­kłe­go było trud­no i mój za­cięż­ny z coraz mniej­szym en­tu­zja­zmem pod­cho­dził do służ­by. Nie była to dla mnie kom­for­to­wa sy­tu­acja, cała brać szla­chec­ka w wo­je­wódz­twie wie­dzia­ła, że dla tego rę­baj­ły ubić czło­wie­ka zna­czy­ło tyle, co splu­nąć, dla­te­go też ob­da­rza­łem go znacz­ną es­ty­mą.

– Panie Ka­je­ta­nie, a czego się pan spo­dzie­wał? – Spoj­rzał na mnie lek­ce­wa­żą­co. – Zło­te­go ciel­ca, sied­miu śpią­cych ry­ce­rzy, za­gi­nio­nej roty Ja­re­my, bu­ła­wy Chmie­la?

– No nie, ale kur­czak o czte­rech no­gach mógł­bym się przy­tra­fić – od­par­łem.

– Sły­szał pan, zdechł w tam­tym roku. Spóź­nił się pan.

– To co robić? – Roz­ło­ży­łem bez­rad­nie ręce.

– Pro­ste, kar­mić i poić tą babę, aż bę­dzie przy­po­mi­na­ła becz­kę, a póź­niej uwę­dzić.

– Nawet jak bę­dzie przy­po­mi­na­ła bekę, to i tak nie bę­dzie wy­star­cza­ją­co gruba. Prze­cież wie pan, jak po­tra­fią wy­glą­dać żony kar­ma­zy­nów.

– Jak wró­cił pan z ni­czym, to tego pan Po­toc­ki nie po­chwa­li – ostrzegł. – Do­brze radzę, utucz­my i uwędź­my tą babę.

– Za­sta­no­wię się nad tym – od­par­łem, ale oczy­wi­ści nie za­mie­rza­łem upaść i za­truć dymem ko­bie­ci­ny.

– Do­brze radzę, niech pan bie­rze co­kol­wiek i wra­caj­my. Pleśń nas po­kry­je w tej prze­klę­tej wil­go­ci.

– Będę pa­mię­tam o pana ra­dach – za­pew­ni­łem.

– O, idzie soł­tys. – Pan Bu­dzyń­ski wska­zał kciu­kiem na chło­pa. – Coś tam nie­sie.

Istot­nie, w naszą stro­nę drep­tał ku­ter­no­ga. W ręku trzy­mał nie­wiel­ki przed­miot. Oba­wia­łem się, że spo­tka mnie ko­lej­ny zawód.

– Takie coś – wy­dy­szał chło­pi­na i podał mi nie­wiel­ki ze­ga­rek! Przy­znam, że byłem za­sko­czo­ny.

Przyj­rza­łem się cza­so­mie­rzo­wi. Mój wzrok przy­ku­ła czer­wo­na gwiaz­da i in­skryp­cja CCCP wy­pi­sa­na ma­ju­sku­łą. Na gwieź­dzie znaj­do­wał się skrzy­żo­wa­ny sierp i mło­tek. Żaden ród szla­chec­ki w Rze­czy­po­spo­li­tej nie nosił ta­kie­go herbu. U dołu cy­fer­bla­tu wy­pa­trzy­łem je­dy­nie ma­leń­ki li­te­ry Made in USSR i jesz­cze ja­kieś słowo wy­ka­li­gra­fo­wa­ne cy­ry­li­cą. Ale nie tylko to mnie zdzi­wi­ło. Ze­ga­rek był pry­mi­tyw­ny, nie miał zdo­bień, nie wy­pi­sa­no na nim ani słowa po ła­ci­nie, nie mó­wiąc już o sta­ro­żyt­nej sen­ten­cji. Na pewno nie no­sił­by ta­kie­go nawet naj­bied­niej­szy sza­rak. Wy­glą­dał, jakby jakiś mistrz wy­ko­nał go dla cha­mów. Cy­ry­li­ca wska­zy­wa­ła, że miał coś wspól­ne­go z pań­stwem mo­skiew­skim. Wska­zów­ka nie po­ru­sza­ła się, albo był ze­psu­ty, albo no­we­mu po­sia­da­czo­wi nie przy­szło do głowy, że ze­ga­rek na­le­ży na­krę­cać.

– Przy­po­mnij soł­ty­sie, gdzie ci lu­dzie miesz­ka­ją – po­le­ci­łem.

– Na Uro­czy­sku Wilka.

– Jutro nas tam za­pro­wa­dzisz.

 

c.d.n.

Koniec

Komentarze

Utrillo, skoro to tylko część pierwsza, a nie skończone opowiadanie, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne, czytałbym dalej ;)

Utrillo, czemu dałeś tylko kawałek tekstu? Nie jest bez wad, ale czyta się nieźle, dobrze oddajesz realia, co jest samo w sobie plusem, ale dlaczego nie zamieściłeś całego opowiadania?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Eeeee… to już koniec? Całkiem przyjemnie się czytało, szkoda, że tylko fragment.

żyjątka było to, że odnóża miał

Żyjątko miało.

 nie miał, ani jednego zęba

Bez przecinka – to jedna całość.

 Przyznaję była gruba

Przyznaję, była gruba.

 nie tak bardzo jak pani Potocka

Nie tak bardzo, jak pani Potocka.

 bardziej tęgie

Możesz napisać: tęższe.

 sami panie zobaczcie

Sami, panie, zobaczcie.

 Chłop zdziwił się, że nie doceniłem tuszy mieszkanki wsi Wody.

Mogłeś wcześniej przemycić nazwę wsi, bo tutaj to jednak kłuje w oczy.

tą ekspedycję

Tę.

 Żre to samo co bydło to

Żre to samo, co bydło, to.

 No to jest

No, to jest.

inaczej się nazywał, a inaczej na niego mówili, czy to, że był zwinny

Tu raczej w czasie teraźniejszym (c.t.).

No to już nie wiem

 No, to już nie wiem.

 znalezienie czegoś niezwykłego było trudno

Przegadane: o niezwykłości było trudno.

 obdarzałem go znaczną estymą

Nagle sobie przypominasz, że chciałeś stylizować… bo dotychczas, gdybyś tego nie napisał w przedmowie, nie wiedziałabym, że mowa o osiemnastym wieku ("komfortowa sytuacja" też nim nie pachnie, wcale a wcale). Ale "estymą" raczej darzyłem – obdarzanie nie brzmi dobrze.

kurczak o czterech nogach mógłbym

Kurczak mógłby.

 tą babę,

Tę babę (później powtarzasz ten sam błąd).

 Jak wrócił pan z niczym

Jak pan wróci z niczym (albo, w stylizacji: Jak pan wrócisz z niczym).

 oczywiści

Literówka.

 nie zamierzałem upaść i zatruć dymem kobieciny

Wiem, że chodzi o upadek moralny, ale jednak lepiej byłoby to zaznaczyć.

Będę pamiętam

Literówka.

 podał mi niewielki zegarek!

Hmm. Wikipedia powiada, że w wieku osiemnastym zegarki naręczne były znane, ale należały do stroju kobiecego. Poza tym zaczęto już wtedy produkować w fabrykach części, jeśli nie całe zegarki. Samo słowo "zegarek" jest wiec niejasne w tym kontekście – mężczyzna z tamtych czasów myślałby o damskim zegarku jako o biżuterii, czymś, czego "chamy" na pewno by nie obstalowały. Zresztą to, co opisujesz, przypomina bardziej order Lenina, niż Pobedę. Nie wiem, z jakich źródeł korzystałeś, ale najbardziej podobny, jaki znalazłam, jest ten, albo może ten.

 Zegarek był prymitywny

Jakoś mi to trąci oksymoronem.

 nie poruszała się, albo był zepsuty

Zamiast przecinka dałabym dwukropek, żeby to rozdzielić wyraźniej.

 Przypomnij sołtysie

Przypomnij, sołtysie.

 

No, i kosmonauci wylądowali w przeszłości. Fajnie. I co z tego wynika? To znaczy, wynikłoby dużo, ale co konkretnie masz na myśli? To dopiero strzępek opowiadania, niewiele tu można oceniać, poza tym, że ja akurat nie poczułam się przeniesiona na zapadłe Polesie w czasach przedrozbiorowych, a bohater nie zrobił na mnie wrażenia kogoś, kto myśli inaczej, niż pierwszy lepszy gość podłapany na Grunwaldzkiej. Stylizacja chociażby pojawia się w jednym punkcie, i tylko w jednym. Hmm. Zobaczymy, co będzie dalej.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Tarnino, ja założyłam, że to taki zegarek kieszonkowy, typowy w tamtych czasach… Głupio założyłam, zważywszy, co to naprawdę. Ergo rzeczywiście powinno być, że zegarek wydał się łowcy kuriozów dziwaczny również z powodu kształtu.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jak widać, każdemu zdarza się coś przeoczyć.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Zaciekawiło, ale trochę mało tego. :(

 

a to gi­czo­łów star­ca, który miały, we­dług za­pew­nień ca­łe­go stada miej­sco­wych, być tak zro­go­wa­cia­łe… –> Literówka.

 

to mo­głem po­świe­cić kwa­drans… –> Literówka.

 

nie za­mie­rza­łem upaść i za­truć dymem ko­bie­ci­ny. –> Zakładam, że bohater nie mówi o sobie, nadmieniając, że nie zamierzał poniżyć się do trucia niewiasty, a tylko wyjaśnia, że nie miał zamiaru upaść jeszcze bardziej i zatruć dymem już nieźle upasionej kobieciny.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A gdzie dalszy ciąg? Mnie się podobało :)

Znam tylko pięć liter ;)

hm… z tym zegarkiem, to chyba nie tak źle. Przynajmniej jeśli i sięgnąć do Encyklopedii staropolskiej Glogera i dzieła Kitowicza. Ale dziękuję za wszystkie uwagi :)

Nowa Fantastyka