- Opowiadanie: Wilk który jest - Testament pisarza

Testament pisarza

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Finkla, NoWhereMan, drakaina

Oceny

Testament pisarza

Kancelaria znajdowała się w starym budynku pamiętającym obie wojny światowe, ale była urządzona w nowoczesnym stylu. Pomieszczenia wypełniały ergonomiczne meble w stonowanych barwach. Regały, biurka i fotele nie rzucały się w oczy. Jedynie stojaki na dokumenty przykuwały uwagę nie tylko praktycznością rozwiązań, ale też wymyślnością kształtów. Prawnicy kończyli właśnie odczytywanie ostatniej woli pisarza. Po rozdzieleniu głównych ruchomości i nieruchomości, obdarowaniu różnych instytucji publicznych – od bibliotek, po uczelnie, przyszedł czas na w większości drobne dary dla bliższych znajomych i ludzi istotnych dla zmarłego. W tym ostatnim gronie znaleźli się nieraz odlegli towarzysko, czy przestrzennie koledzy po piórze, z którymi, jak się zdawało niedawno zmarłemu twórcy, łączył go wspólny punkt widzenia na kondycję współczesnego świata. Część z osób, których nazwiska już odczytano, opuściła wysokie pomieszczenie oświetlone ledowymi plafonami. Mijała już druga godzina od rozpoczęcia odczytywania dokumentu, gdy radca pochylony nad pismem przystąpił do zaprezentowania zgromadzonym informacji końcowych.

– Ostatni punkt testamentu skierowany jest do dzieci zmarłego. Przedmiotem, który możecie państwo otrzymać, jest zawartość tej szkatułki. – Wskazał na niewielką kasetkę i leżący obok niej kluczyk. – Wymaga to jednak wykonania pewnego zadania, które zostało opisane w liście stanowiącym załącznik do niniejszego dokumentu. – Mecenas założył okulary, po czym odczytał słowa zapisane chwiejnym pismem na białej kartce:

Kochane Dzieci,

długo myślałem, jaki prezent Wam dać przed dłuższym rozstaniem. Wydaje mi się, że mój wybór Was usatysfakcjonuje. Dar trafi w ręce tej osoby, która poprawnie wykona zadanie. Posłuchajcie mnie teraz uważnie. Podczas ostatniego roku w Domu Pogodnej Starości pracowałem nad trzema opowiadaniami. Żadne nie zostało przeze mnie ukończone. To właśnie wyzwanie dla Was. Do testamentu dołączam moje wizje sfinalizowania każdej z historii. By otrzymać nagrodę, trzeba dowieść, że dobrze się znało swojego starego. Życzę Wam powodzenia w działaniu! Mam nadzieję, że zechcecie się ze mną pobawić raz jeszcze.

Czekam na Was z utęsknieniem, ale nie spieszcie się na to spotkanie,

Tata

Adwokat złożył kartkę i wręczył trójce z uczestników spotkania po szarej kopercie formatu A4, w której domyślali się obecności maszynopisów. Wzięli je w milczeniu.

– Zgodnie z wolą państwa ojca porównanie zakończeń opowieści waszego autorstwa z jego wizjami nastąpi dopiero po złożeniu wszystkich trzech utworów w naszej kancelarii. Wtedy też zaprosimy państwa na spotkanie, które zakończy się otwarciem szkatułki lub jej komisyjnym zniszczeniem, jeśli wasze wersje nie będą trafne.

Na tym zakończono prezentację dokumentu. Zgromadzeni ruszyli powoli w stronę wyjścia. Około pięćdziesięcioletni mężczyzna uniósł wzrok i powiedział:

– Gratuluję poczucia humoru, tato! – Po czym uniósł kciuk.

 

Wigilia Bożego Narodzenia dwa tysiące dwudziestego ósmego roku

 

– Cześć, Betina! – krzyknął radośnie brodaty mężczyzna na widok kobiety uczesanej w nienaganny kok i ubranej w szary kostium. Ta skrzywiła się i powiedziała chłodnym tonem:

– Dobry wieczór, Piotrze. Prosiłam, żebyś mnie tak nie nazywał.

– Wesołych świąt, Beatrycze! – tym samym pogodnym tonem powiedział brodacz i ucałował kobietę w oba policzki.

– Trzpiota już jest? – zapytała.

– Hm…

– Jest, czy jej nie ma? – przybyła powtórzyła pytanie lekko zirytowanym tonem.

– Jeszcze nie. Zastanawiam się tylko, czy nie wolałaby, żeby ją nazywać po imieniu, czyli: Alruna…

– Trzpiota?! – Zdziwiła się kobieta. W tym momencie brodacz parsknął śmiechem. – Niepoważny, jak zawsze – dodała na widok jego rozbawionej twarzy. Dalszy dialog przerwało wtargnięcie czegoś, co zdawało się mobilnym składem toreb z prezentami i kunsztownie zawiązanych paczuszek. Po uwolnieniu od nadmiaru przedmiotów składzik okazał się kobietą łudząco podobną do Beatrycze, tylko ubraną w kolorowy sweter z lamą pożerającą choinkę.

– Wszystkiego najlepszego, Betina! – krzyknęła nowoprzybyła i uściskała mocno adresatkę tych życzeń.

– Wesołych świąt, Trzpiota – powiedziała tonem pozbawionym emocji Beatrycze.

– Fajnie, że Piotr nas wszystkich zgonił w jedno miejsce. Za rzadko się widujemy, siostra! – Policzki Alruny płonęły czerwienią od zimna panującego na dworze i emocji ze spotkania.

– Zapraszamy na wieczerzę! Bóg się nam, ludziska, rodzi! – głos Piotra przerwał dalszą konwersację.

Zbliżała się dwudziesta druga, gdy po świątecznej kolacji i długim śpiewaniu kolęd goście rozproszyli się po zakamarkach domu i syci prowadzili ciche dialogi. Gospodarz podszedł do Beatrycze.

– Coś ci powiem. Dokończyłem to opowiadanie taty. Wreszcie wziąłem wolny weekend i dopisałem drugie tyle. Wysłałem do kancelarii. Dziś rano pocztą przyszło potwierdzenie odbioru. Jak tobie idzie?

– Żartujesz?!

– Nie, dlaczego?

– Jestem sędzią. Pracuję w sądzie – powiedziała tonem, jakim objaśnia się małemu dziecku, dlaczego słońce świeci. – Pamiętasz, prawda?

– Jasne, masz dużo na głowie, w tym karierę i całe życie doczesne świata i wszechświata. Jak każde z nas – dodał po chwili. – Co ci jednak szkodzi dokończyć opowieść? Wpisz to sobie w zobowiązania noworoczne, to i czas się na to znajdzie, zobaczysz!

– Jestem cenionym prawnikiem. Nie będę się ośmieszać przed kolegami po fachu.

Piotr pojął, gdzie leży problem. Jego siostra była znaną i surową sędziną. Nie chciałaby aby cokolwiek, co wyszło spod jej pióra, poza uzasadnieniami wyroków, trafiło w obce ręce. Zwłaszcza te należące do przedstawicieli tego samego środowiska.

– To wypełnienie woli zmarłego. Cóż w tym może być śmiesznego? – Spojrzał na nią czule. Nie odpowiedziała. – Nie lękaj się – dodał ciepłym głosem.

Skinęła mu głową i poszła w stronę stołu, by dolać sobie kompotu z suszu, zrobionego według najlepszych receptur ich mamy.

 

Wigilia Bożego Narodzenia dwa tysiące trzydziestego pierwszego roku

 

Pierwsza gwiazdka już od wielu godzin lśniła na niebie. Najmłodsi uczestnicy rodzinnej wieczerzy porozchodzili się już po kątach ze swoimi prezentami. Dorośli siedzieli jeszcze za biesiadnym stołem. Część powoli szykowała się na pasterkę, reszta cicho podśpiewywała kolędy. Była już druga w nocy, gdy Piotr odprowadził Beatryczę do drzwi. Podał siostrze starannie skrojony płaszcz. Pocałował ją w czoło na pożegnanie i dodał cichym głosem:

– Pamiętasz zadanie, jakie zostawił nam tata? Trzpiota w tym tygodniu oddała swoją wersję zakończenia. Kiedy skończysz swoje dzieło?

– Tak ci spieszno do wygranej?! – zapytała gniewnie.

– No co ty? Dlaczego?

– Jako jedyny z naszej trójki pisałeś te swoje historyjki!

– Ok, fakt, pisałem, ale przede wszystkim prace naukowe. Przypuszczam też, że tacie nie chodziło o styl, tylko o to, czy dobrze go znamy… Znaliśmy – poprawił się po chwili. – O to, czy odgadniemy, jak on widział koniec każdej z tych historii. Oczywiście możesz teraz dodać, że ja znałem go najdłużej, bo jestem najstarszy, a ty i Trzpiota krócej, więc i tak mam największe szanse. – W tym momencie pokazał jej język, a potem mrugnął łobuzersko. Raz jeszcze przytulił siostrę i pocałował w czoło, wyrażając tym szacunek i braterską miłość.

– Nie mam na to czasu – powiedziała już spokojniej. Patrzyła przy tym w bok.

– W porządku, nie naciskam. W końcu ten czas znajdziesz. Wesołych świąt, Beatrycze! – krzyknął pogodnie.

– Wesołych świąt, Piotrze – powiedziała cichym głosem i wyszła.

 

Wigilia Bożego Narodzenia dwa tysiące czterdziestego roku

 

Rozśpiewany świąteczny wieczór powoli przemienił się w cichą noc. Rodzeństwo siedziało razem, zerkając w mrok za oknem. Piotr zagadnął Beatrycze.

– Ważny rok przed tobą. Zasłużona emerytura. Jak się z tym czujesz?

– Dobrze. Wreszcie znajdę czas na podróże, niedokończone lektury i tak dalej. Wyremontuję dom, a potem kupię kota. – Twarz miała poważną, ale w oczach jaśniał jakiś blask. – Ty się byczysz już od roku. Jak ci z tym, Piotrze?

– Hm… Dobrze. Mam więcej czasu na pisanie. Toczę też stałą walkę, czy więcej tego czasu, który mi został, poświęcić sobie i literkom, czy bliskim. Zmagam się, więc nie ma chwili na nudę.

– Na szczęście lub na nieszczęście, możecie sobie wybrać właściwą opcję, nie wiem, o czym mówicie – wtrąciła Trzpiota. – Żyję z malowania, a w związku z tym, żeby funkcjonować, muszę tworzyć. Umrę z pędzlem w dłoni.

– Mam dla was prezent – powiedziała Beatrycze. Odczekawszy chwilę, którą uznała za stosowną, uzupełniła wypowiedź – Napisałam swoją wersję zakończenia tej mojej opowieści taty i złożyłam w kancelarii. Po nowym roku zaproszą nas na spotkanie.

Piotr uniósł kciuk w górę, a Alruna posłała siostrze radosny uśmiech.

Połowa stycznia następnego roku

Zgodnie z zapowiedzią Beatrycze rodzeństwo zostało zaproszone na zakończenie procedur związanych z testamentem ojca. Spotkanie odbywało się w gabinecie bibliotecznym kancelarii, jedynym pomieszczeniu urządzonym w starym stylu. Zasiedli w głębokich fotelach. Za potężnym biurkiem miejsce zajął radca w słusznym już wieku o mocno przerzedzonej fryzurze. Szarą teczkę z dokumentami podał mu omalże równie wiekowy asystent. Obraz, który wypełniał ścianę na wprost foteli, miał szerokie, pozłacane ramy. Widniał na nim młodzieniec z dwuramiennym krzyżem na piersi, ubrany w strój myśliwski z epoki nowożytnej. Przy jego nogach stały dwa ogary. Chłopak wznosił wzrok ku niebu. Widoczny za nim górski pejzaż ginął w mroku. Po bokach obrazu wisiały ciężkie zasłony, sugerujące obecność okazałych okien. Na biurku paliła się lampka charakterystyczna dla dwudziestowiecznych filmów o bankach.

Łysawy mężczyzna pochylił się nad otrzymanymi dokumentami. Po słowach powitania i przypomnieniu celu spotkania zapowiedział, że czas na rozstrzygnięcie. Nacisnął przycisk dzwonka. Za rodzeństwem otworzyły się drzwi. Kobieta obrana w strój pielęgniarki wprowadziła do gabinetu skrzypiący wózek inwalidzki. Gdy ustawiono go między fotelami a biurkiem, Alruna, Beatrycze i Piotr zamarli:

– O, Boże… – szepnęła Trzpiota, a jej dłonie mocno ścisnęły poręcze fotela.

Słowa „ojciec” i „tata” padły jednocześnie z ust Beatrycze i Piotra.

Oto siedział przed nimi zwid, awatar człowieka, o którym w latach młodzieńczego buntu mówili: „zgred”, „stary”, czy „wapno”, ale też kochali go mocno. Z delikatnym uśmiechem popatrywał po sali. Faktyczna lub też udawana pielęgniarka, uznawszy, że zamierzony efekt został osiągnięty, a cisza w pomieszczeniu trwa już zbyt długo, wcisnęła przycisk, ukryty z tyłu fotela. Zwid drgnął, wyprostował się, a potem usłyszeli głos należący do ich ojca. Nie ten jednak, który pamiętali, gdy jakieś wspomnienie wkradło się znienacka w ich myśli, lecz już ten z czasu choroby, zgrzytliwy i drżący.

– Kochane dzieciaki, cieszę się, że przyszliście. Mam nadzieję, że ten starczy żart już dawno mi wybaczyliście i raduję się niezmiernie, że zechcieliście raz jeszcze pobawić się ze mną. Stary człowiek też łaknie rozrywki. Marzy, by o nim z jakichś powodów pamiętano po śmierci – tu chrząknął, zaniósł się krótkim kaszlem, po czym szepnął do kogoś niewidocznego – Nie, nie, nie kasować. Zostawiamy. Dziś mi dobrze idzie. Czuję, że to będzie najlepsza wersja, a może i ostatnia, na jaką mi siły pozwolą. Ostatnio wyraźnie słabnę. Grajmy dalej.

Sylwetka mary ojca znów obróciła się w ich stronę. Pielęgniarka stanęła obok, pokazując teczkę z pracą Piotra. Zwid spojrzał na dokument, który po chwili kobieta przekazała prawnikom. Ułuda starca wygłosiła:

– Ta opowieść jest rozbudowana. Liczy kilkadziesiąt stron. Zawiera dużo dialogów i dobrze się kończy.

Zapadła cisza, podczas której pracownicy kancelarii sczytywali dołączoną do historii notatkę, która powstała w momencie dostarczenia pracy. W tym czasie zwid błądził wzrokiem po pomieszczeniu, zupełnie jakby chciał odgadnąć, w którym miejscu siedzą jego dzieci.

– Zgadza się – rzekł łysy prawnik. – Praca ma sześćdziesiąt osiem stron. Większość z nich zawiera dialogi, a całość kończy się szczęśliwie, choć początek napisany przez państwa ojca bynajmniej tego nie zapowiadał.

Piotr w ciemności kiwnął głową. Ni to się kłaniając, ni to akceptując to, co przed chwilą powiedziano.

Pielęgniarka pokazała teczkę z pracami Alruny, a następnie podała ją radcom. Zwid rzekł:

– Zakończenie tej opowieści, nie zostało wyrażone słowem. Składa się na nie kilka lub kilkanaście rysunków. Czarno-białe szkice… Chociaż, nie… Co najmniej jeden jest pokolorowany. Historia tchnie optymizmem – po tych słowach zamilkł.

Łysy prawnik ze skupieniem przeczytał notatkę. Następnie wyciągnął z teczki dwie duże grafiki, przypominające komiks bez słów. Potem pokazał dwie następne. Wreszcie rozciągnął kilka kolejnych obrazków przed sobą na biurku.

– Opis państwa ojca jest trafny. Na pracę składa się jedenaście plansz. W większości są monochromatyczne. Dwie zostały delikatnie podkolorowane. Historia kończy się pomyślnie. Zawiera nawet elementy, które nasza kancelaria rozpoznaje jako komiczne. Również i w tym wypadku wstęp opowieści nie zapowiadał pomyślnego końca.

Alruna z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w marę ojca. Nie drgnęła ani nie odezwała się słowem. Piotr wyciągnął dłoń i lekko poklepał ją po ręce. Nie zareagowała na ten gest. Siedziała jak sparaliżowana, palce mocno wciskała w poręcze.

Pielęgniarka pokazała cienką teczkę z pracą Beatrycze i, tak samo, jak dwie poprzednie przekazała ją w ręce prawników.

Zwid poruszył głową, jakby próbował znaleźć fotel z Beatrycze. Po chwili odezwał się następującymi słowami:

– To najkrótsza z prac. Liczy może pięć, może sześć stron. Nie zawiera dialogów. Losy postaci nie są wesołe, ale zostały ustalone na podstawie głębokiego przekonania o możliwości sprawiedliwej oceny ludzkich poczynań.

Siedzący za biurkiem radca ze skupieniem odczytał fiszkę dołączoną do pracy. Zdjął okulary i powiedział:

– Zgadza się. Praca nie zawiera dialogów i liczy sześć stron zapisanych w pięciu akapitach i odwołujących się do paremii prawa rzymskiego. Wszyscy państwo zasłużyliście na przewidzianą w testamencie nagrodę, ale najpierw ostatnie słowa nagrane przez waszego rodziciela.

Zwid wciąż błądził wzrokiem po pomieszczeniu. Czasem łagodnie się uśmiechał. Zapętlona sekwencja powtarzała się co mniej więcej dwie i pół minuty. Po kolejnym przyciśnięciu przez pielęgniarkę niewidocznego dla rodzeństwa guzika przemówił:

– Kochani moi, mam nadzieję, że poznałem was na tyle dobrze, by teraz odgadnąć, jak zakończyliście te historie. Zgodnie z moją wolą, jeśli się pomyliłem, nagroda i tak należy do was. Bardzo żałuję, że nie mogę was teraz zobaczyć. Do miłego spotkania po drugiej stronie, ale, pamiętajcie, nie spieszcie się do niego zbytnio. Będę czekał. Mam na to całą wieczność… – Po tych słowach uśmiechnął się pogodnie. Odwrócił głowę do kogoś niewidzialnego i powiedział: – Koniec nagrania. To wyszło najlepiej, już to czuję. Zapiszcie, że moją wolą jest jego skasowanie tuż po wyświetleniu dzieciom.

Łysy prawnik wstał. Podszedł do tyłu fotela i wcisnął kombinację klawiszy na klawiaturze zamocowanej z tyłu oparcia inwalidzkiego wózka. Obraz zamigotał i zniknął. Pielęgniarka wyprowadziła pusty już fotel, a wychodząc, zapaliła światło. Kinkiety nie dawały wiele blasku, a jednak zgromadzeni zamrugali powiekami, jak ludzie nagle oślepieni słońcem po wyjściu z ciemnego pomieszczenia.

Prawnik postawił na biurku kasetkę i położył obok niej wymyślny kluczyk. Powiedział:

– Zawartość stanowi odtąd państwa własność. Proszę ją wyjąć i zabrać ze sobą. Szkatułka należy do naszej kancelarii. Zostawiamy państwa samych. Proszę zadzwonić tym dzwonkiem – Wskazał przycisk na biurku – gdy będziecie już państwo gotowi do opuszczenia biura.

Beatrycze i Piotr podeszli do masywnego, mahoniowego mebla. Przez chwilę stali w milczeniu. W końcu najstarszy z rodzeństwa westchnął. Wziął kluczyk i spojrzał na siostrę. Ta skinęła głową. Następnie skierował wzrok na Alrunę, ona jednak patrzyła wciąż przed siebie, nie zwracając uwagi na rozgrywającą się przed nią scenę. Piotr otworzył szkatułkę. W środku znajdowały się trzy koperty. Uśmiechnął się na widok zawartych na nich napisów: „Pietrek”, „Trzpiota” i „Droga Beatrycze”. Wszystkie wyrażały tę samą rodzicielską miłość tylko różnymi metodami, w sposób dostosowany do adresata. Ukazywały wrażliwość tego, który zostawił te chwiejne znaki.

– Co tam jest? – zapytała dziwnie zmienionym głosem Alruna.

– Koperty – odpowiedział Piotr. – Jedna jest dla ciebie.

Podszedł do siostry i wyciągnął list w jej stronę. Nie drgnęła. Położył jej kopertę na kolanach i wrócił do biurka, gdzie światło lampy pozwalało na zapoznanie się z zawartością. W tym czasie Beatrycze już otworzyła swoją kopertę i stała z drukiem w opuszczonej ręce. Nie patrzyła w kierunku rodzeństwa.

Piotr dostrzegł jej nienaturalne zachowanie. Ze zmarszczonym czołem spojrzał na zawartość. Był to bilet. Odczytał na głos jego treść.

Okaziciel niniejszego biletu jest uprawiony do jednorazowego udziału w locie orbitalnym Śladami Gagarina. Wykona on lot dookoła Ziemi w czasie jednej godziny i czterdziestu ośmiu minut. Oferta obejmuje: badania lekarskie, trening w gwiezdnym miasteczku wraz z zakwaterowaniem i wyżywieniem, transport na i z kosmodromu, sam lot orbitalny oraz ubezpieczenie na wypadek śmierci. Oferta jest ważna do dnia dziewiątego marca dwa tysiące trzydziestego czwartego roku. Po upływie tego terminu właściciel nie ma prawa dochodzenia żadnych roszczeń ze strony organizatora.

Piotr mimowolnie spojrzał na Beatrycze. Ta, patrząc w biurko, wyszeptała:

– Przepraszam…

Brat objął ją ramieniem i powiedział cicho:

– Wszystko dobrze, wszystko jest dobrze. Skąd mogłaś wiedzieć?

Wtedy nieoczekiwanie odezwała się Alruna:

– Czytałam o tym projekcie. Oni po prostu nie sprzedawali biletów na dłuższy okres niż do setnych urodzin Gagarina. Inaczej tata na pewno kupiłby bezterminowe.

– I tak nie przeszedłbym badań lekarskich – Piotr zaczął odzyskiwać pogodę ducha. – Ani wówczas, ani teraz – dodał z uśmiechem.

– Myślę, że najbardziej mu zależało, żebyśmy coś zrobili razem… – tu głos uwiązł w gardle Alruny. – Razem z nim… – dodała po chwili.

– Chodźmy – powiedział Piotr. – Wystarczy siedzenia w tej piwnicy. Pogoda dziś ładna. To piękny i dobry dzień. Zapraszam was na pyszną kawę i kawałek mazurka zrobionego według przepisu przemyconego na zachód przez białogwardzistów. A potem pojedziemy na cmentarz i zapalimy staruszkowi światełko.

Beatrycze bez słowa nacisnęła przycisk dzwonka. Piotr delikatnie trącił ją łokciem. Twarz jej wypogodniała. Nietypowym dla siebie, spontanicznym gestem chwyciła brata i siostrę pod rękę i powiedziała:

– Macie rację. Najważniejsze w tej historii jest to, że wypełniliśmy wolę taty i że jesteśmy tu razem.

Wyszli tak spleceni. Na schodach neoklasycznego gmachu, w którym mieściła się kancelaria, śmiali się już serdecznie, bo Alruna opowiadała ze swadą swoją wersję zakończenia. Obiecała też, że przy kawie pokaże im umieszczone w internetowej chmurze kopie rysunków, którymi zakończyła historię rozpoczętą przed laty przez tatę.

Koniec

Komentarze

Wilku, udało Ci się zaciekawić mnie osobliwym testamentem i z przyjemnością czytałam opisy kolejnych spotkań rodzeństwa. Cały czas jednak zachodziłam w głowę, co fantastycznego wydarzy się w tej historii, no i doszło do osobliwego spotkania dzieci z ojcem. Czy to jednak fantastyka? Czy jest nią może zostawienie dzieciom biletów…

Wilku, czytałam Testament pisarza z przyjemnością, ale nie ukrywam, że po ostatniej kropce doznałam rozczarowania. Chyba coś mi umknęło, bo nie zrozumiałam tej opowieści.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Praw­ni­cy koń­czy­li wła­śnie od­czy­ty­wa­nie ostat­niej woli pi­sa­rza. –> Ilu prawników odczytywało testament?

 

-Wy­ma­ga to jed­nak wy­ko­na­nia… –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Ko­cha­ne dzie­ci, –> To list i jestem przekonana, że pisarz napisałby: Ko­cha­ne Dzieci

 

długo my­śla­łem, jaki pre­zent wam dać… –> Długo my­śla­łem, jaki pre­zent Wam dać…

W listach zaimki piszemy wielką literą. Jestem przekonana, że pisarz wiedział o tym.

 

mój wybór was usa­tys­fak­cjo­nu­je. –> …mój wybór Was usa­tys­fak­cjo­nu­je.

 

To wła­śnie wy­zwa­nie dla was. –> To wła­śnie wy­zwa­nie dla Was.

 

Życzę wam po­wo­dze­nia w dzia­ła­niu! –> Życzę Wam po­wo­dze­nia w dzia­ła­niu!

 

Cze­kam na was z utę­sk­nie­niem, ale nie spiesz­cie się na to spo­tka­nie, –> Cze­kam na Was z utę­sk­nie­niem, ale nie spiesz­cie się na to spo­tka­nie.

 

Na tym za­koń­czo­no pre­zen­ta­cję do­ku­men­tu. –> Czy odczytanie testamentu można nazwać prezentacją dokumentu?

 

Około pięć­dzie­się­cio­let­ni męż­czy­zna uniósł wzrok ku górze i po­wie­dział: –> Masło maślane. Czy mógł unieść wzrok ku dołowi?

 

Po czym uniósł kciuk w górę. –> Kolejna paczka masła maślanego. Czy mógł unieść kciuk w dół?

 

Nie chcia­ła­by co­kol­wiek, co wy­szło spod jej pióra… –> Chyba miało być: Nie chcia­ła­by, aby co­kol­wiek, co wy­szło spod jej pióra

 

by dolać sobie kom­po­tu z suszy… –> Domyślam się, że lato było upalne tego roku… ;)

Literówka.

 

– Tak ci spiesz­no do wy­gra­nej?! – za­py­ta­ła gniew­nie. –> Skoro tylko zapytała, to po co wykrzyknik?

 

– Ok, fakt pi­sa­łem, ale przede wszyst­kim prace na­uko­we. –> – Ok, fakt, pi­sa­łem, ale przede wszyst­kim prace na­uko­we.

Unikaj zbędnych półpauz w dialogach, one dezorientują czytelnika.

 

Piotr za­gad­nął Be­atry­czę. –> Literówka.

 

Wy­re­mon­tu­ję dom, a potem kupię kota. –> Jakże zacny plan! Wszystkie Koty powinny mieszkać w wyremontowanych i wygodnych domach. :D

 

Piotr uniósł kciuk w górę… –> Trzecia paczka masła maślanego.

 

Ko­bie­ta ob­ra­na w strój pie­lę­gniar­ki… – Literówka.

 

szep­nę­ła Trzpio­ta, a jej dło­nie mocno ści­snę­ły opar­cia fo­te­la. –> …szep­nę­ła Trzpio­ta, a jej dło­nie mocno ści­snę­ły poręcze fo­te­la.

Nie przypuszczam, aby Trzpiota ściskała cześć fotela, o którą opierała plecy.

 

Sie­dzia­ła jak spa­ra­li­żo­wa­na, palce mocno wci­ska­ła w opar­cie. –> …palce mocno wci­ska­ła w poręcze.

 

Po chwi­li ode­zwał się w na­stę­pu­ją­ce słowa: –> Raczej: Po chwi­li ode­zwał się na­stę­pu­ją­cymi słowami:

A może wystarczy: Po chwili odezwał się/ powiedział:

 

gdy bę­dzie już pań­stwo go­to­wi do opusz­cze­nia biura. –> …gdy bę­dziecie/ będą już pań­stwo go­to­wi do opusz­cze­nia biura.

 

Wziął w swoje dło­nie klu­czyk… –> Czy istniała możliwość, by wziął kluczyk w cudze dłonie? Czy istniała możliwość, by wziął kluczyk inaczej, nie w dłonie?

Może wystarczy: Wziął kluczyk.

 

Wszyst­kie wy­ra­ża­ły tę samą ro­dzi­ciel­ką mi­łość… –> Literówka.

 

Uka­zy­wa­ły wraż­li­wość tego, który zo­sta­wił te chwiej­ne znaki. –> Literówka.

 

Be­atry­cze już do­sta­ła się do swo­jej prze­sył­ki… –> A może: Be­atry­cze już otworzyła swoją kopertę

 

i stała z dru­kiem w opusz­czo­nej ręce. –> Raczej: …i stała z wydru­kiem w opusz­czo­nej ręce.

 

głos uwiądł w gar­dle Al­ru­ny. –> …głos uwiązł w gar­dle Al­ru­ny.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Mało fantastyki – jest pretekstowa. Że czas akcji, że hologram, że bilet…

No, ale niech Ci będzie.

Fajny pomysł z tym testamentem.

Bohaterom nie zaszkodziłoby rozbudowanie. Paradoksalnie – najlepiej poznajemy osobowość trupa. ;-)

Tak ogólnie mi się podobało, pewnie z powodu skojarzeń z kryminałami. Chrisie chyba miała takie historyjki oparte na testamentach.

Babska logika rządzi!

@Regulatorzy

 

To nie dobrze, że doznałaś rozczarowania i to na końcu. Sięgam czasem po fantastykę bliską. Po świat, który nas czeka na nas za rogiem. Kiedyś tłumaczyłem w komentarzach, że to efekt recepcji serialu „Kosmos 1999”. Wydawało się, że to już za moment, a tu nic takiego nie zaszło. „Orly” nie przemierzają galaktyki.

Pięknie dziękuję za uwagi i użycie słowa „nieco” przed wskazaniem potknięć. :-)

 

@Finkla

 

Wielkie dzięki za głos i pozytywny komentarz. Nie chciałem rozbudowywać bohaterów. Wydaje mi się, że naszkicowałem ich na tyle, żeby można było, po zamknięciu oczu, wyobrazić sobie ich twarze.

 

Z najserdeczniejszym pozdrowieniem dla Was,

Wilk który jest

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Wilku,

nie będę silił się na próbę oceny twojego opowiadania. Są tutaj osoby bardziej kompetentne w tej dziedzinie ode mnie.

Napiszę ci tylko o swoich odczuciach.

Testament? Bardzo zaciekawił.

Wyzwanie dla dzieci? Wzbudziło zazdrość. Naprawdę bardzo interesujący pomysł.

Szkoda, że nie mój. :)

“Powrót ojca”? Mocno zaskakujący. Gratuluję wyobraźni.

Zakończenie? Niestety nie powaliło. Być może zbyt mocno rozbudziłeś moje oczekiwania. Czułem się trochę, jakbym po świetnej przystawce i wykwintnym obiedzie, na deser dostał kisiel.

Nie zmienia to jednak faktu, że opowiadanie przeczytałem z wielką przyjemnością.

 

 

Piękne dzięki za uwagę! Oceniał śmiało! Szanse w czytaniu są wyrównane. Nawet jeśli opinie nie dotyczą polszczyzny a odczuć. :-) Jak mnie uczył prof. Kazimierz Korus, równość najlepiej przedstawia się w nauce i sztuce, od biedy w demokracji. ;-)

Dzięki za miłe słowa! Pomyślę, czy z zakończeniem mogłem zrobić coś więcej.

Z pozdrowieniem,

Wilk który jest

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Niezmiernie miło mi, Wilku, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fabularnie mnie zaciekawiło. Pomysł na testament interesujący, kolejne realizacje przez dzieci pisarza śledziłem z zainteresowaniem, a rozwiązanie dało mi ukłucie smutku (ojciec tak się postarał, a tu nic), ale też wyraźny morał. Tak więc może jakiś super to nie jest, ale koncert fajerwerków do tej strony interesujący.

Trochę jednak zaczyna się dłużyć za mocno w środku. Nie jest to mocno odczuwalne, ale jednak. Także powolne tempo może niekoniecznie być plusem dla niektórych.

Sam jednak tekst oceniam pozytywnie, na klika. Głównie przez ciekawe pomysły fabularne w tym koncercie fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Podobnie jak przedpiścy mam trochę mieszane uczucia. Pomysł obyczajówkowy jest bardzo fajny, motyw z przegapionym prezentem całkiem udany. Fantastyka bardzo bardzo bliskiego zasięgu, ale ujdzie, działa. Tylko w pewnym momencie ta opowieść traci tempo, a razem z nim zainteresowanie czytelnika. Rozmowy rodzeństwa są dość podobne, a na dodatek niewiele się z nich dowiadujemy o tej rodzinie. Masz dość stereotypowe siostry, prawniczkę i artystkę, ale to są typy, a nie ludzie. Na dodatek przy bardzo zwyczajnym imieniu brata one mają imiona wydziwione (jedna nawet bardzo wydziwione), ale nie wiemy, dlaczego, a tak zwracający uwagę szczegół prosi się o wyjaśnienie. Rozbudowany opis obrazu (którego się w dodatku dalej czepiam) – po co? Kolejny element, który przyciąga uwagę, ale nic w opowiadaniu nie znaczy (chyba że coś drastycznie przegapiłam, ale starałam się czytać uważnie).

W sumie też trochę się rozczarowałam, mimo że sporo elementów mi się podobało.

Wykonanie nie najgorsze, aczkolwiek raziły mnie nagłe wtręty brzmiące “technicznie”, co nie pasowało do przezroczystej narracji.

“W tym ostatnim gronie znaleźli się nieraz odlegli towarzysko[-,] czy przestrzennie koledzy po piórze,”

 

“Prawnicy kończyli właśnie odczytywanie ostatniej woli pisarza. Po rozdzieleniu głównych ruchomości i nieruchomości, obdarowaniu różnych instytucji publicznych – od bibliotek, po uczelnie, przyszedł czas na w większości drobne dary dla bliższych znajomych i ludzi istotnych dla zmarłego. W tym ostatnim gronie znaleźli się nieraz odlegli towarzysko, czy przestrzennie koledzy po piórze, z którymi, jak się zdawało niedawno zmarłemu twórcy, łączył go wspólny punkt widzenia na kondycję współczesnego świata. Część z osób, których nazwiska już odczytano, opuściła wysokie pomieszczenie oświetlone ledowymi plafonami. Mijała już druga godzina od rozpoczęcia odczytywania dokumentu, gdy radca pochylony nad pismem przystąpił do zaprezentowania zgromadzonym informacji końcowych.”

 

“ubrany w strój myśliwski z epoki nowożytnej“ – bardzo to technicznie brzmi, mam wrażenie, że nikt poza historykiem/historykiem sztuki tak nie powie, a i oni niekoniecznie, bo to techniczne, ale i dość ogólne, a większości ludzi niewiele mówiące albo mylące. (W sumie sama nie wiem, co miałeś na myśli, mimo że akurat mój mózg ma dość wyraźne ramy dla tego określenia.)

 

“Chłopak wznosił wzrok ku niebu. Widoczny za nim górski pejzaż ginął w mroku.” – za niebem?

 

“Po bokach obrazu wisiały ciężkie zasłony, sugerujące obecność okazałych okien.” – na obrazach zasłony niekoniecznie sugerują okna

 

“Na biurku paliła się lampka charakterystyczna dla dwudziestowiecznych filmów o bankach.” – tzn. jaka? W dwudziestoleciu lampki wyglądały zupełnie inaczej niż w drugiej połowie XX w., myślę, że to dotyczy również banków ;)

 

Nacisnął przycisk dzwonka.” – średnio brzmi

 

“Faktyczna lub też udawana pielęgniarka” – raczej: prawdziwa/autentyczna

 

Nie jestem pewna tego “zwida”, jakoś średnio mi pasuje do osoby

SJP PWN zwid

1. «to, co się komuś zwidziało»

2. «w dawnych wierzeniach: upiór, duch»

Niby druga definicja się zgadza, ale dziwnie to brzmi. Czemu nie np. widmo?

 

“Historia tchnie optymizmem – po tych słowach zamilkł.” → “Historia tchnie optymizmem. – Po tych słowach zamilkł.“

 

“i, tak samo[-,] jak dwie poprzednie[+,] przekazała ją w ręce prawników.”

 

“Proszę zadzwonić tym dzwonkiem – Wskazał przycisk na biurku – gdy będziecie już państwo gotowi do opuszczenia biura.” – didaskalium, jako wtrącenie, od małej litery

 

“Beatrycze i Piotr podeszli do masywnego[-,] mahoniowego mebla.” (dookreślenie, nie wymienianie)

 

“Podszedł do siostry i wyciągnął list w jej stronę.” – coś tu nie tego z tym wyciągnął list w jej stronę

 

“– I tak nie przeszedłbym badań lekarskich – Piotr zaczął odzyskiwać pogodę ducha.” – kropka na końcu wypowiedzi

 

“– Myślę, że najbardziej mu zależało, żebyśmy coś zrobili razem… – tu głos uwiązł w gardle Alruny.” – didaskalium dużą literą

 

“– I tak nie przeszedłbym badań lekarskich – Piotr zaczął odzyskiwać pogodę ducha. – Ani wówczas, ani teraz – dodał z uśmiechem.

– Myślę, że najbardziej mu zależało, żebyśmy coś zrobili razem… – tu głos uwiązł w gardle Alruny. – Razem z nim… – dodała po chwili.”

 

“Wystarczy siedzenia w tej piwnicy.” – dlaczego kancelaria jest nagle w piwnicy?

 

“Wyszli tak spleceni.” – dziwnie brzmi

 

“Na schodach neoklasycznego gmachu” – znowu bardzo technicznie to brzmi

 

PS. Space 1999, ktoś to jeszcze pamięta… Zastanawiałam się nad klikiem, ale ten komentarz przeważył – ale jest to bardzo klik na zachętę ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa Fantastyka