- Opowiadanie: RogerRedeye - Niespełnieni

Niespełnieni

Pokłosie dawno temu napisanego stuwyrazowca, zamieszczonego jeszcze na starym portalu.

Tę dziwną opowieść opublikował “Szortal”, potem ukazała się w “Szortalu na Wynos”.

Ciekawe, czy łatwo będzie odgadnąć, kim są bohaterowie... 

Nadmienię jeszcze, że wyciągnięty galop jest jednym z naturalnych chodów konia. Szybszy jest już tylko cwał.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Niespełnieni

– Ostatnio ciągle rozmyślam nad naszymi imionami. – Pierwszy na chwilę przerwał szczotkowanie sierści swojego rumaka. Jej wygląd jeszcze go nie zadowalał. Nie lśniła tak, jak lubił. – Jesteśmy sobie równi, a jednak nasze imiona nas szeregują. Może nawet wyznaczają ważność każdego z nas. Dziwne…

Czwarty  potrząsnął głową i szeroko rozłożył ramiona, dając znak, że nie zna odpowiedzi. Zwykle mało się odzywał, może z tego powodu, że wtedy, gdy razem podejmowali swoje zajęcia, najwięcej się trudził. Wolne chwile, a było ich niewiele, przeznaczał na odpoczynek.

Z uśmiechem zadowolenia podjął poprzednią czynność – rozczesywania czupryny.

Miał wspaniałe włosy i dbał o nie. Ich wyglądowi poświęcał sporo uwagi i wysiłków. Pierwszy uważał, że słusznie – głowa Czwartego naprawdę przyciągała wzrok.

Grzebień znowu rytmicznie rozczesywał gęste pukle.

 Czwarty jednak niespodziewanie odezwał się. Może ten leniwy spokój letniego przedpołudnia zachęcił go do rozmowy.

– Obecnie nie mamy zajęcia, więc wrócił czas wspominków i zastanawiania się, czemu tak się nazywamy. Kiedyś to zrozumiemy… Dowiemy się.

Z namysłem podrapał się po pięknie ukształtowanym nosie.

– Gdy znowu wessie nas wir zwykłych zadań, zapomnisz o tej sprawie – dodał po chwili. – A w przerwie na oddech ponownie wróci…

Uśmiechnął się smętnie.

 – Wiesz, chciałbym, żebyśmy niebawem rozpoczęli robotę – kontynuował z nutą tęsknoty w głosie. – Zapominamy wtedy o troskach. No i sprawdzimy, czy ludzie wreszcie podziwiają nas… Kiedyś nadejdzie taki czas.

Biorąc pod uwagę małomówność Czwartego, należy przyznać, że wydobył z siebie bardzo wiele słów.  

Pierwszy otworzył usta, chcąc odpowiedzieć, ale radosne rżenie koni przykuło jego uwagę. Odwrócił się.  

Nieopodal Drugi i Trzeci kończyli żmudną czynność zaplatanie grzyw rumaków w warkoczyki. Trudną pracę, wymagającą czasu i cierpliwości, wyraźnie jednak sprawiającą wierzchowcom zadowolenie. Zwierzęta parskały donośnie, okazując, że cenią starania swoich panów.

Karosz Drugiego przebiegł kłusem kilkanaście kroków, raźnie potrząsając łbem.  Wydawało się, że z dumą prezentuje nowy sposób zaplecenia długiej sierści na smukłej szyi. I że pojmuje, jak pięknie się prezentuje.

Pierwszy z uznaniem pokiwał głową. Przeciągnął się i powrócił do glansowania złotych klamer butów z safianu.

Ich połysk jeszcze go nie zadowalał. Nie przyciągał uwagi tak, jak pragnął.

 

***

 

Od dłuższego czasu biwakowali w kotlinie, z trzech stron okolonej gęstym borem.

Nikt tutaj nie zaglądał, co ich smuciło. Nawet zwierzęta omijały to miejsce. Przyzwyczaili się już do tego – tak było zawsze. Pierwszemu, gdy myślał o doskwierającej im samotności, ciągłym pozostawaniu we własnym kręgu, nadal sprawiało to wielką przykrość. Pozostałym tak samo.

Kiedyś o tym często rozmawiali, ale przestali. Nic się nie zmieniało, i, jak zauważył Trzeci, nie warto było na próżno strzępić języków.

Czwarty zakończył mozolne czesanie czupryny. Dorzucił parę gałązek chrustu do ogniska.

Znowu się uśmiechnął, co rzadko się zdarzało. Często rozumieli się bez słów, tak jak teraz. Pięknowłosy zdawał się wiedzieć, o czym duma Pierwszy. Może jego ściągnięta twarz zdradziła niewesołe myśli.

– Staramy stać się coraz bardziej doskonali. Piękni, przyciągający, a ludzie od nas ciągle uciekają. Odrzucają, jak sparszywiałe psy… –  Uważnie przejrzał się w ułomku lustra, wiszącym na gałęzi pobliskiego dębu. Zabrali je kiedyś z opuszczonego domostwa. – Jeszcze jest coś nie tak… Jeszcze nasz wygląd nie jest dostatecznie piękny – kontynuował pewnym siebie tonem. – Czegoś brakuje do doskonałości. Ciągle, tak jak ty, czuję się niespełniony. To boli… Tyle starań, tyle wysiłków, a ludzie nadal nas odtrącają. I w dalszym ciągu nie wiemy, czemu określają nas tak, a nie inaczej. Nie pojmuję tej nazwy.

Może ten spokój cichego zakątka, lekki poszum wiatru, szelest liści, promienie słońca, łagodnie pieszczące twarze spowodowały, że Czwarty po raz wtóry wyrzucił z siebie tak dużo zdań.

Teraz, oparty o pień drzewa, wygodnie wyciągnął nogi na derce z wilczych skór. Starannie wiązał węzeł szarfy, którą chciał przepasać swój brokatowy kaftan.

Pierwszy nie zwracał na niego uwagi. Wsłuchiwał się w odgłos, trudny jeszcze do określenia, przypominający powolne uderzenia w skórę bębna. 

Ten dziwny dźwięk zakłócił spokój puszczańskiego ostępu. Narastał.  

Po chwili Pierwszy wiedział już wszystko.

Z oddali dobiegał szurgot wielu stąpnięć. Na widnokręgu pojawił się tuman kurzu. I pomniejszone odległością ludzkie sylwetki, wlokące się przed siebie.  

– Uciekinierzy! Wojna! – Czwarty zerwał się na równe nogi. Przeraźliwie świsnął na palcach, przywołując konia. Przybiegł posłusznie. – Znowu nadszedł nasz czas! Ruszajmy! 

Dosiadając swojego siwka, jeszcze rzucił okiem na zwierciadło.

Uśmiechnął się z zadowoleniem, pewnie zachwycony swoim wyglądem. I mieniącą się wieloma barwami, przyciągającą wzrok  nową przewiązką i tak wspaniałego odzienia.

 

***

 

Już mknęli wyciągniętym galopem, jak zawsze w równym szeregu.

Dźwięczne uderzenia kopyt wystukiwały na kamienistej drodze skoczny rytm. Sierść rumaków lśniła jak aksamit, ich piękne grzywy przypominały dziewczęce włosy, zaplecione w misterne fryzury.

Pierwszy rzucił okiem na towarzyszy. Chrząknął z uznaniem.

Szaty jeźdźców wyglądały cudownie, fascynując eterycznym blaskiem. W promieniach słońca kaftany z atłasu i brokatu mieniły się feerią wielu kolorów. Guzy odzienia też przyciągały uwagę wymyślnymi żłobieniami, podobnie jak zapięcia pasów i hafty, zdobiące jedwabne koszule.

Rzędy końskie i kulbaki zachwycały zdobieniami, złotymi wzmocnieniami i kunsztem wyszyć pięknych czapraków. 

Długie włosy konnych rozwiewał wiatr. Zdawał się pieścić ich głowy.

Pędzili na spotkanie długiej kolumny licho odzianych ludzi, z wysiłkiem ciągnących jakieś wózki, wypełnione nędznie wyglądającymi tobołkami.

Wyraz twarzy Czwartego zdradzał przepełniające go uczucie radości. Pewnie cieszył się, że  są tacy gibcy w ruchach, emanują wdziękiem, pięknem sylwetek, bogactwem strojów.

Z jego oblicza można było wyczytać poczucie nadziei, że może nareszcie staną się przedmiotem zachwytu…

Może teraz… – Umysł Pierwszego też wypełniała jedna myśl. – Może dziś ludzie nas wreszcie zaakceptują. Zachwycą się nami. Może w końcu doznamy spełnienia…

Wiedzieli, jaka robota ich czeka. Dobrze ją znali.

Pierwszy sądził, że nie wykonują niczego szczególnego. Ktoś kiedyś powołał ich do zajmowania się tym, co realizowali. Nie wiedzieli, kto, i nigdy tego nie dociekali. Mieli zadanie, ciężkie i nużące zajęcie, które, tak naprawdę, od dawna ich nudziło. Wykonywali je jednak najlepiej, jak tylko potrafili.

– Kośba, kośba! – krzyknął Pierwszy. – Zaczynamy, bracia!  

Ze smutkiem dostrzegł, że ludzie uciekają. Wolno człapiące postacie rozbiegły się na boki niczym ogarnięte strachem stado gołębi, gdy muśnie je cień atakującego jastrzębia. Wędrowcy, dotychczas mozolnie przemierzający gościniec, biegli pędem w głąb okalających trakt pól. Szukali schronienia za kopcami snopów zboża, niedawno zżętego, jakby one mogły uczynić ich niewidzialnymi.  

Piski przestraszonych szkrabów świdrowały uszy.  

Kobieca postać, tuląca do piersi niemowlę, przykucnęła za porzuconym wozem, może wierząc, że ta nędzna osłona zapewni ocalenie.

Czwarty ściągnął cugle. Wyciągnął rękę.

Pozostali również zwolnili.

– Ich los niebawem się dopełni – rzucił ostatni w szeregu.

 Dłoń o pięknych palcach wykonała szeroki ruch, obejmujący większość przestrzeni. Powtórzyła go kilkakrotnie w wielu kierunkach.

– Dosięgnie ich zaraza – kontynuował Czwarty z promiennym uśmiechem zadowolenia. – Czemu nas ciągle odtrącają?

Pokręcił głową w geście zdziwienia.

– Czynimy tylko swoją powinność… – sapnął. – Tylko tyle…

Wspaniałe rumaki znowu rwały przed siebie.

– Uciekać, uciekać przed tymi kościotrupami! – wrzasnął ktoś z szukających ratunku. – Może ocalejemy! Chryste Panie, skąd oni się wzięli?! Żniwiarze śmierci na okropnych chabetach z piekła rodem!

Pola i drogę zasłały dziesiątki nieruchomych ciał.

 

***

 

Odpoczywali w milczeniu. Nie zamienili nawet jednego słowa. Ocierali pot z czół i szykowali się do dalszej drogi.

Z pokorą przyjęli ten sam, co zawsze, człowieczy osąd. Wiedzieli,  że jednak nie są jeszcze dostatecznie doskonali. Jeszcze nie wzbudzali admiracji… Ludzie nie oniemieli z zachwytu na ich widok. Zwracali uwagę tylko na to, co wykonują. 

– Ciągle to samo – mruknął Pierwszy pod nosem. – Tyle starań, tyle wysiłków na nic…

Wiedział, że pozostawało jedno – gdy kiedyś ponownie nadejdzie czas krótkiego wytchnienia, chwila bezczynności, zastanowią się  nad swoim wyglądem. Coś zmienią, poprawią, dopełnią. Może w końcu ludzie zachwycą się pięknem ich postaci.

Wtedy on i towarzysze doznają spełnienia. Wreszcie poczują się szczęśliwi.

Głęboko wierzyli, że kiedyś nadejdzie ta wytęskniona chwila.

Pierwszemu mignęła myśl, że może nawet dowiedzą się czegoś, co też ich męczyło. Zrozumieją, czemu noszą dziwne miano Czterech Jeźdźców Apokalipsy.

 

9 listopada 2016 r. Roger Redeye

 

Ilustracja: Rafael Santi – Portret Bindo Altoviti (1512-15)

Źródło ilustracji: http://www.wga.hu/html_m/r/raphael/5roma/2/01altovi.html

 

 

Koniec

Komentarze

Zabierałem się do Twoich tekstów jak pies do jeża – czułem, że "nie jesteś dla mnie". I w końcu padł wiążacy mnie wyrok – dyżurny, staw się. To i jestem.

Zaczesałeś mnie. Tekst jest przydługą metaforą i iteracyjną, ciągnącą się przez każdy akapit, czynnością pięlęgnowania włosów. Jest tu rozpleciony język, ładne i melodyjne zdania, ale jak mam się cieszyć, kiedy straciłem kilka tysięcy znaków i nie posunąłem się w zrozumieniu czy zaciekawieniu nawet na krok.

Zabrakło tylko szczotkowania zębów. Jak to tak z trupim oddechem do ludzi? I zaczyna się trzecia scena, znów jest pięknie, znów palcem pokazujesz ich przesadnie bajkową wspaniałość. Inaczej – szturasz mnie, popychasz, usilnie zwracasz uwagę, bym to w końcu zauważył. Nawet jeśli jest to kreacja – a sądząc po Twoim doświadczeniu w publikowaniu tekstów – bardzo świadoma, to niestety równie męcząca. Tylko, że wspólnie docieramy do końcowego twistu i czuję się oszukany. Piękna śmierć – jak mniemam. I może bym uśmiechnął się pod nosem (ocieranie przez kościotrupa potu z czoła – high fantasy, że hej)… gdybyś nie pisał tego śmiertelnie serio. A tak wnioskuję z formy zdań.

I w dalszym ciągu nie wiemy, czemu określają nas tak, a nie inaczej..

Dwie kropki na końcu. 

Może ten spokój cichego zakątka, lekki poszum wiatru, szelest liści. promienie słońca, łagodnie pieszczące twarze spowodowały, że Czwarty po raz wtóry wyrzucił z siebie tak dużo zdań.

A tutaj jedna w środku.

Tym razem nie zachwyciłam się. Może zbyt szybko pomyślałam o Czterech Jeźdźcach Apokalipsy, przez co zabrakło tego elementu zaskoczenia. 

Myślę, że to jest taki tekst Rogerowy – bardzo podkreślasz spokój, sielskość, żeby na sam koniec wyskoczyć z czymś złym/groźnym/niebezpiecznym. A ponieważ już kilka Twoich opowiadań przeczytałam, tego właśnie się spodziewam. No i mam wrażenie zachwiania proporcji: tak długo świeci słoneczko i ptaszki ćwierkają, że czekam, aż łupnie. 

Nie jest źle, ale bez euforii.

 

Bardzo żałuję, że nie dane mi było przeczytać drabbla, którego rozwinięciem jest powyższy tekst, bo jestem przekonana, że lektura stu słów mogła być przyjemnością, podczas gdy Niespełnieni tylko znużyli.

 

radosne rże­nie koni od­wró­ci­ło jego uwagę. Od­wró­cił się. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Czwar­te­go zdra­dzał prze­peł­nia­ją­ce go uczu­cie ra­do­ści. –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Moim zdaniem, tekst przegadany. Nic się nie dzieje, bohaterowie czeszą konie i siebie. Już przed pierwszymi gwiazdkami domyśliłam się, o kim mowa. A tu jeszcze trzeba czytać parę tysięcy znaków o czesaniu, pięknym wyglądzie, ubraniach, szarfach…

Inna sprawa, że bohaterowie nie wydają się bystrzy. Jeśli wierzą, że nowa fryzura poprawi im PR…

Babska logika rządzi!

Stn, fakt, publikowania było sporo, a może nawet multum… Trochę mi się to już znudziło. Pewnie, jak skończę “Pieśń skowronka”, prześlę gdzieś to opowiadanie i dam sobie spokój. Może “Okolica Strachu” weźmie?

Ergo, nie będziesz musiał czytać moich tekstów. 

Dzięki za komentarze i poświęcony trud.

Pozdróweczka.

 

PS. Zbędne kropki zostały wykropkowane. Jeden z czasowników “odwrócić/odwrócić się” zmienił się w czasownik “przykuć”.

Skróciłbym – po prostu. Dwa pierwsze akapity można śmiało scalić w jeden. 

Nie powiedziałem, że inne są złe – po prostu ten mi wyjątkowo “nie siadł”. Trafiały się, bardzo subiektywnie patrząc, bardziej angażujące i ciekawsze, ale bliżej mi do introwertyka, więc komentowanie idzie mi tak sobie. Z drugiej strony chcę też mieć szansę wytaszczyć tekst za uszy do szerszego grona (nominowac i zmusić do czytania lożę – jeśli jakies spodoba mi się na tyle).

W ramach rekompensaty za powyższe stękanie (ale mam nadzieje, że usprawiedliwione), wrócę w najbliższych dniach do Twoich opek, które zapamiętałem. ;)

Stn  – nie wiem, czy warto. Praktycznie pod każdym publikowanym tutaj opowiadaniem jest sporo komentarzy, a przy wielu, mówiąc kolokwialnie, tyle, że głowa mała… Ale one są już historią. Pewnie kilka powinno dostać piórka, ale nie dostały. Zdarza się.

Ale, jeżeli coś opublikujesz, chętnie skomentuję.

Pozdrówka. 

Jak się jako drugie pojawia “imię” Czwarty, to staje się oczywiste, kim są bohaterowie…

 

“szkraby” mi zazgrzytały stylistycznie

 

Pierwsza część przegadana, pomysł ogólnie nie najgorszy, ale na krótszy, dosadniejszy tekst. No i nie waliłabym w ostatnim zdaniu tymi Jeźdźcami Apokalipsy.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jej wygląd jeszcze go nie zadowalał. Nie lśniła tak, jak lubił.

Hmm. Sterylne to.

 nasze imiona nas szeregują. Może nawet wyznaczają ważność każdego z nas.

W jaki sposób imiona miałyby to robić?

 zwykle mało się odzywał, może z tego powodu, że wtedy, gdy razem podejmowali swoje zajęcia, najwięcej się trudził.

Skróciłabym: zwykle mało się odzywał, może dlatego, że przy wspólnej pracy najwięcej się trudził.

 podjął poprzednią

Po-po.

 czynność – rozczesywania czupryny

Formalne. Nie jestem pewna, czy poprawne, czy nie musi być: czynność – rozczesywanie czupryny; ale tak czy siak, powtarza się dźwięk.

 Ich wyglądowi poświęcał sporo uwagi i wysiłków.

Zwykle mówi się: poświęcał sporo wysiłku. I – wyglądowi? Hmm?

 rytmicznie rozczesywał

Mam długie włosy i właśnie wyrwałeś mnie z zawieszenia niewiary.

 Czwarty jednak niespodziewanie odezwał się.

Coś mi tu nie brzmi – nienaturalne.

więc wrócił czas wspominków

Hmm.

 rozpoczęli robotę

Powtórzony dźwięk.

 podziwiają nas… Kiedyś nadejdzie taki czas.

Rym.

 Biorąc pod uwagę małomówność Czwartego, należy przyznać, że wydobył z siebie bardzo wiele słów.  

Troszkę za mocno mnie o tym zapewniasz, co wywiera skutek odwrotny.

 radosne rżenie koni przykuło jego uwagę

Oprócz aliteracji – dziwne to jakieś. Niby dobre, ale… sama nie wiem.

 czynność zaplatanie

Znowu – albo z myślnikiem, albo czynność zaplatania.

 sprawiającą wierzchowcom zadowolenie

Raczej: wprawiającą je w zadowolenie.

 zaplecenia długiej sierści

Nie jestem pewna, czy grzywa liczy się jako sierść – spytaj jakiegoś koniarza.

pojmuje, jak pięknie się prezentuje

Nawet nie czujesz, kiedy rymujesz ;P

 powrócił do glansowania złotych klamer butów z safianu.

"Wrócił" jest bardziej naturalne, ale to zdanie w ogóle mogłoby się parsować lepiej.

 Nie przyciągał uwagi tak, jak pragnął.

Jak wyżej – oba podmioty są tego samego rodzaju, co trochę przeszkadza.

 mozolne czesanie czupryny

Przed chwilą było "rytmiczne" – te dwa przymiotniki niosą bardzo różny ładunek emocjonalny. I – aliterujesz.

 Pięknowłosy zdawał się

Wut? Nagle nie używasz imienia, to ciut myli. Poza tym sporo tych "się".

 Staramy stać się

No, właśnie. Ponadto – aliteracja i nienaturalna składnia. Ja napisałabym: staramy się stać – ale tylko, gdybym nie miała innego wyjścia.

 Piękni, przyciągający

A nie "pociągający"?

ludzie od nas ciągle uciekają

Składnia: ludzie ciągle od nas uciekają.

 Jeszcze nasz wygląd nie jest dostatecznie piękny

Nienaturalne to. Może: Jeszcze nie jesteśmy dość piękni?

 pewnym siebie tonem

Nie hipostazuj tonu.

 czemu określają nas tak

Określać i nazywać – to nie to samo (mam skrzywienie?).

 promienie słońca, łagodnie pieszczące twarze

Ten przecinek wprowadza (chyba niezamierzony) komizm.

 Czwarty po raz wtóry wyrzucił z siebie tak dużo zdań.

Dużo mówi, jak na niewprawnego w mowie.

 wygodnie wyciągnął

Aliteracja.

 wiązał węzeł szarfy, którą chciał przepasać

Przed przepasaniem?

 Ten dziwny dźwięk zakłócił spokój puszczańskiego ostępu.

To już wiemy.

 szurgot wielu stąpnięć

Czy stąpnięcia szurają?

 Przeraźliwie świsnął na palcach,

Chyba "gwizdnął" brzmiałoby lepiej.

 Uciekinierzy! Wojna!

Dotąd było dość jasne, kim oni są – ale tutaj się zawahałam. Jeśli to czterej jeźdźcy, chyba powinni wiedzieć o takich rzeczach od razu?

 wyciągniętym galopem

Wyciągniętym? ETA: spojrzałam na wstęp – to chyba jednak zbyt techniczny język, laik (czyli ja) się potyka.

 Dźwięczne uderzenia kopyt wystukiwały na kamienistej drodze skoczny rytm.

Coś to nieporządne. Nie dość, że dźwięczne, to jeszcze rytm?

 Pierwszy rzucił okiem na towarzyszy.

W galopie?

feerią wielu kolorów

Jak feerią, to pewnie, że wielu.

 że nie wykonują niczego szczególnego.

Nie bardzo to "wykonywanie" brzmi – mam wrażenie, że szukasz najwymyślniejszych słów, a ten tekst zyskałby na prostocie.

 Wolno człapiące postacie rozbiegły się

Jednocześnie?

 biegli pędem

Można inaczej?

 okalających trakt pól

Pola nie okalają traktu – trakt przecina pola.

 Kobieca postać

O, jeny, "postać"? No, wiesz?

 

Smutne i mityczne w duchu – ale tę mityczność i nastrój zabija język. Jest przegadany, przeintelektualizowany, wręcz duszny. Wydaje mi się, że lepiej byłoby pozostać przy drabblu, może double drabblu – przy takiej formie, w której każde słowo musi pracować na swoje utrzymanie. Tutaj jest ich po prostu za dużo.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Dzięki za nowe komentarze, przeczytałem je z uwagą. Ano, jak tak piszę, być może, w sposób przeintelektualizowany….

Odpowiedzi, przynajmniej pierwsza, Drakainie, trochę opóźnione, bo chyba portal coś tak zaniemógł był. Co się niekiedy zdarza, chociaż nie powinno.

Pozdrówka.

Czytałem na łamach Szortalu, albo wybitnie domyślny jestem… Rozumiem chęć wyciśnięcia z tematu wszystkiego, co się da i wprowadzenia czytelnika w trans, wskazywania i podkreślania – tworzenia klimatu. I przyznam się, że nie wiem, czy taka metoda ujmuje wymowie tekstu, czy też jest wartością dodaną. Czy przytłacza nadmiarem, czy też pozwala rozsmakować się w opowieści? 

I niech nikt mi nie mówi, że nigdy tego nie próbował ;)

 

Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny

Black­tomdzięki za komentarz. Napisałem ten tekst tak, a nie inaczej, bo taki miałem pomysł. Chyba, po prostu, kusiło mnie poszerzenie wcześniejszej, stuwyrazowej opowieści w coś nieco dłuższego. No i, według szortalowej terminologii, wyszedł był longar.

Pozdrawiam

Nowa Fantastyka