- Opowiadanie: black_cape - Schizma

Schizma

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Schizma

Kiedy bogini Słońca zakończyła swoją wędrówkę po niebie, myśliwi powrócili z łowów.

Zamiast upolowanej zwierzyny przydźwigali na ramionach Shizhe’e, umierającego od ran. Próżno było opatrywać pociętą ostrymi pazurami pierś, próżno było rosić słabnące ciało łzami. Gasnące niebo spijało krwawą ofiarę. Wkrótce cała wioska wiedziała już, że jego ducha porwał wygłodniały drapieżnik; o ile nie rozkazał mu tego sam Władca Zwierząt, Shizhe’e nie był jeszcze stracony dla Świata Żywych. Pozostało powierzyć jego ducha opiece Tivy. Jeśli nie uda się go uratować, niech chociaż nie błąka się po Wiecznym Lesie i jak najszybciej dołączy do duchów przodków. Myśliwi ułożyli go na skórzanych noszach i zanieśli na polanę, prowadząc za sobą długim korowodem całą wioskę.

Otoczyli trzema kręgami powoli rozpalające się ognisko. W wewnętrznym kręgu zasiedli krewni, w centralnym – klan myśliwych, w zewnętrznym – pozostali mieszkańcy wioski. W milczeniu czekali już tylko na Tivę, która z uroczystym spokojem, tak obcym teraz ich niespokojnej rozpaczy, przygotowywała się do transu. Okryła ramiona lśniącym, czarnym futrem pumy, zarzuciła na szyję amulet z rybich ości, a na głowę nałożyła orli pióropusz, by swobodnie wędrować między Ziemią, Krainą Wód i Niebiosami. Zręcznie rozdrobniła liście świętych ziół i wrzuciła je do zawieszonego nad ogniem niewielkiego kociołka. W ciężkim od słodkiego dymu powietrzu jej śpiew mieszał się z trzaskiem płomieni.

Tiva skończyła swoją pieśń. Zaczerpnęła chochlą parującego wywaru i wlała go do małej czarki. Przytknęła naczynie do ust, łyk za łykiem oddalając się od Świata Żywych. Zasłoniła twarz rytualną maską i ułożyła dłonie nad ciałem Shizhe’e.

Krewni myśliwego spoglądali na nią niecierpliwie, pytająco, ale ich wzrok wciąż napotykał jedynie puste, wydrążone oczy i upiorny uśmiech rzeźbionego drewna. Nagle dłonie Tivy zaczęły się trząść – szybkim ruchem zacisnęła je w pięść. Oczekiwali w napięciu. Czy trzymała w nich duszę Shizhe’e, czy tylko złego ducha, który śmiał stanąć na drodze jej wędrówki między światami?

– Oddaję ci cześć, wielki Władco Zwierząt – rozbrzmiał stłumiony głos Tivy. – W imieniu moich ludzi proszę, byś pozwolił temu duchowi powrócić do Świata Żywych.

– Śmiertelnicy! – zagrzmiał spod maski inny, mrożący krew w żyłach głos. – Od pokoleń pozwalam wam przemierzać mój las, byście nie pomarli z głodu. Podarowałem najmądrzejszym z was duchy moich własnych sług, by wspierały was radą i otaczały opieką. Teraz nadszedł czas ofiary.

– Okrutnej żądasz ofiary, Władco Zwierząt – odezwała się znowu Tiva. – A moim ludziom od dawna zsyłasz tylko drobną zwierzynę.

– Obiecuję, że wkrótce otrzymacie upragnione dary, śmiertelnicy – padła odpowiedź. – Wypatrujcie ich na niebie.

– Czy pozwolisz mi przeprowadzić tę duszę przez Krainę Ptaków?

– Niech tej nocy zapłonie jej gwiazda.

Tiva zdjęła rytualną maskę i zamkniętymi oczami spojrzała ponad czarne korony drzew. Za nią podążyły otwarte oczy zgromadzonych, wpatrzone tam, gdzie duchy przodków świeciły niczym jasne klejnoty zdobiące boskie szaty. Cha’tima, syn Shizhe’e, ze wzruszeniem patrzył, jak migoczący punkt przemierzał niebo, szukając swojego miejsca pośród przedwiecznych konstelacji.

Dlaczego jednak duch ojca nie zatrzymał się w gwiazdozbiorze Łuku, gdzie mieszkali wszyscy jego przodkowie, tylko niczym wypuszczona zeń strzała mknął dalej i dalej? Dlaczego świecił innym, chłodniejszym blaskiem niż pozostałe?

Nie śmiał wypowiedzieć tych pytań głośno. Tiva, nie przerywając transu, bezgłośnie poruszała ustami. Rzeźbiona maska w jej dłoniach milczała, zastygła we wszystkowiedzącym uśmiechu.

 

*

 

Następnego dnia owinęli ciało Shizhe’e w tkaniny i skóry i złożyli je w namiocie za wioską wraz z jego łukiem, włócznią i nożem. W nocy zgromadzili się dookoła, żeby pożegnać go pieśnią. Tiva siedziała w środku z glinianym naczyniem, w którym paliła białe liście szałwii. Przez rozcięty dach uciekał cienką strużką oczyszczający dym, przepędzając nieprzyjazne duchy z powrotem w zaświaty. Wzrok Cha’timy wspiął się po gałęziach drzew i zatrzymał na niebie, uparcie poszukując gwiazdozbioru Łuku.

Jego ciało przeszył dreszcz. W przestworzach znów płynęła zimna, błękitna gwiazda.

Tiva wyszła z namiotu na krótko po tym, jak pieśń wybrzmiała do końca. Jej włosy i klekocząca kośćmi szata były przesiąknięte aromatycznym dymem. Zebrani w zewnętrznym kręgu zaczęli wolno podnosić się z miejsc. Przed zakończeniem rytuału nie przystawało zabierać głosu, ale Cha’tima musiał się spieszyć, musiał zdążyć, zanim zupełnie straci gwiazdę z oczu.

– Babciu Tivo – odezwał się nieco za głośno – czy masz pewność, że duch mojego ojca dołączył do przodków?

Krewni spojrzeli na niego ze wzburzeniem. Wzrok szamanki pozostawał nieodgadniony.

– Możesz być spokojny, drogie dziecko. Jeszcze wczorajszej nocy opuścił ciało, a ja bezpiecznie przeprowadziłam go przez zaświaty.

Cha’tima nie mógł być spokojny.

– Czym więc jest ta gwiazda, która wędruje po niebie? – niemal zakrzyknął, wskazując palcem wycinek przestworzy. – Czy mój ojciec zabłądził w boskich krainach?

Wszystkie oczy zwróciły się na niebo. Wódz wioski, wsparłszy się na włóczni, wstał ze swojego miejsca i uniósł głowę ozdobioną barwną aureolą papuzich piór. Tiva w ciszy obserwowała przelatujący punkcik; Władca Zwierząt mówił jej o znakach, których mają wypatrywać w górze, ale jego panowanie nie sięgało tak wysoko – ostatnią domeną była Kraina Ptaków. Ich duchy, związane rozkazami swojego pana, ustępowały jej z drogi, gdy niosła coraz wyżej i wyżej ciepłe, pulsujące światło.

Ale czy mogła sięgnąć tak wysoko, tam gdzie bogowie nieba odbywali swoje wędrówki? Czy mogła zakłócić spokój przodków?

– Ta gwiazda nie jest jednym z naszych duchów – odpowiedziała w zamyśleniu.

– Czy ona… – głos Cha’timy zadrżał – czy ona może im zaszkodzić?

Szamanka milczała.

– Szlachetna Tivo – przemówił donośnym głosem wódz – udaj się czym prędzej do krainy duchów i rozkaż tej gwieździe przestać niepokoić naszych przodków.

– Jeżeli tylko bogowie pozwolą – odszepnęła, pochylając głowę. – Nie mnie wydawać rozkazy, jeśli ta gwiazda zrodziła się z ich woli.

Została sama na polanie, by przygotować się do kolejnej wędrówki. Do tej potrzebowała pomocy ptaków; przywdziała pióropusz, przyozdobiła pękami piór nadgarstki i ramiona. Potem ujęła w dłonie glinianą okarynę i zaczęła przywoływać duchy.

 

*

 

Bogowie nieba milczeli. Noc za nocą zimna gwiazda niewzruszenie przemierzała przestworza, nie zważając na nawoływania rytualnych instrumentów ani narastający na ziemi niepokój.

Aż pewnej nocy zatrzymała się w pół drogi i świetlistą smugą runęła w dół.

 

*

 

Potężne uderzenie wstrząsnęło ziemią. Wyrwani ze snu mieszkańcy wioski wybiegli z chat – uzbrojeni we włócznie myśliwi gotowi stawić czoła nieznanemu wrogowi, na wpół przerażone, na wpół zaintrygowane dzieci; wolnym krokiem wyszedł wódz z kamienną twarzą i ramionami skrzyżowanymi na piersi. Szamanka czekała na nich wpatrzona w dal, gdzie ponad drzewami unosił się kłąb popielatego dymu.

– Co to za straszliwy ryk, Tivo? – zakrzyknął wódz, przełamując drżenie głosu. – Zupełnie jakby przebudziły się wszystkie złe duchy.

– Gwiazda przybyła na ziemię z zaświatów. Bogowie nie wyjawili mi, czy zjawiła się tutaj z ich rozkazu.

– Któż inny miałby ją zesłać? Zaprowadź nas zaraz do niej, żebyśmy powitali ją na ziemi i złożyli ofiary.

– Musimy zachować ostrożność – nalegała szamanka.

Wódz ukłonił się lekko.

– Nasze łuki i włócznie będą gotowe.

Łuki i włócznie będą bezsilne wobec złego ducha, pomyślała Tiva, ale nie powiedziała tego głośno. Na chwilę odeszła do swojej chaty, żeby założyć amulety ochronne oraz zabrać bęben i okarynę. Mieszkańcy wioski w pośpiechu napełniali misy owocami, korzeniami i prażonymi owadami. Nie było wśród nich takiego, który nie chciałby na własne oczy ujrzeć gwiazdy.

Las zaszeleścił ich krokami. Drzewa ustępowały im z drogi, nie przestając wznosić smukłych rąk ku niebu. Przez rzedniejący gąszcz przesączał się coraz gęstszy dym. Wkrótce zamiast po chłodnej, sypkiej ziemi stąpali po gorącym, zwęglonym gruncie; tak dotarli do obszernego zagłębienia, które natychmiast otoczyli myśliwi. Spomiędzy poprzewracanych i połamanych pni wyłoniła się upadła gwiazda, rozbita na kawałki i ciężko dysząca szarymi oparami.

Tiva zatrzymała się na skraju gęstwiny. Pierwszym, na co zwróciła uwagę, nie była wcale gwiazda, ale zniszczenie, jakie przyniosła natychmiast po swoim lądowaniu. To nie mógł być dar od bogów. I wcale na niego nie wyglądał. Przyjrzała mu się dokładniej – przypominał gigantycznego insekta o długich odnóżach, płaskiej jak talerz głowie i sztywnym pancerzu, zmatowiałym od lotu przez zaświaty. Pobliski strumień wypełniała oleista, tęczowa ciecz. Myśliwi na znak wodza zeszli niżej, przypatrując się odłamkom, które oderwały się od korpusu ogromnego chrząszcza. Pół cienkiego odnóża, przygaszone oko o nieruchomym spojrzeniu, płaty skorupy, pogruchotane srebrzyste wnętrzności, splątane pnącza kolorowych arterii. Gdzieś z głębi masywnego cielska wydobywał się niski szum.

– Co chce nam powiedzieć ta istota? – zapytał ze zniecierpliwieniem wódz. – Czy przyjmie naszą ofiarę?

– To zły duch – zmrużyła oczy Tiva. – Zaraz po przybyciu na ziemię wypił życie z dziesiątek drzew. Jego obecność tutaj jest obrazą dla Władcy Zwierząt.

– Taka musiała być wola Władcy – odpowiedział, ogarniając spojrzeniem pogorzelisko. – On umiera, Tivo. Upadek z nieba musiał odebrać mu wszystkie siły. Prędko, zapytaj go, czy jeszcze możemy mu pomóc.

Szamanka przeszła kilka kroków w głąb krateru i ostrożnie wysunęła dłoń w stronę rannego insekta. Przyłożyła dłoń do zimnego, metalicznego pancerza, pod którym słabo pulsowało życie. Jak miała przemówić do tej nieznanej istoty przybyłej spoza ich świata? Jakie zioła miała uwarzyć, jaką pieśń zaśpiewać? Jej poprzedniczka nauczyła ją rozmawiać z duchami zwierząt i zachowywać milczenie wobec bogów Słońca i Księżyca; nikt nie przygotował jej na spotkanie z kimś, kto przecież według tradycji nawet nie istniał.

Jej uszu dobiegł nagle przerywany, rytmiczny stukot. Czy to właśnie był wyczekiwany znak? Usiadła na ziemi, postawiła przed sobą bęben i zaczęła powtarzać rytm za upadłą gwiazdą w nikłej nadziei na porozumienie.

Wybrzmiało ostatnie uderzenie. Tiva w zamyśleniu zacisnęła palce na krawędzi instrumentu.

– Ta istota nie chce z nami rozmawiać. Jej wygłodniały duch pragnie tylko naszych sił życiowych. – Podniosła się z ziemi i spojrzała z góry na nieruchome, powarkujące cicho stworzenie. – Wierzę, że uda mi się odesłać go z powrotem, ale to miejsce jeszcze na długo pozostanie zanieczyszczone. A teraz czas stąd odejść. Potrzebuję, żeby wszyscy przygotowali się do jutrzejszego rytuału.

Pewnym krokiem przestąpiła leżące na ziemi szczątki i spokojnie przeszła przez zdziwiony tłum, wkrótce znikając w szeleście drzew. Cha’tima zerwał się z miejsca i pobiegł za nią.

– Babciu Tivo – dobiegło ich stłumione wołanie – czy ta istota mogła pożreć duszę mojego ojca?

Nikt nie usłyszał odpowiedzi.

 

*

 

Tańczyli wokół krateru w rytm uderzeń bębna. Rozgarniali rękami powietrze, żeby oczyścić je z trujących oparów, wydeptywali bosymi stopami spieczoną ziemię, żeby przywrócić jej siłę do wydawania roślin. Śpiewali, żeby razem związać słowami zaklęć złego ducha i wytyczyć dla niego powrotną drogę w zaświaty. Stojący na straży myśliwi, wspierając się na włóczniach, w milczeniu wyczekiwali końca rytuału.

Wódz z założonymi rękami wpatrywał się w upadłą gwiazdę. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że Tiva oceniła ją zbyt szybko i surowo. Bogowie nieba na pewno zesłali ją tu w jakimś celu, nawet jeśli ten cel nie został jeszcze ujawniony. Sama bogini Słońca ogrzewała promieniami spękaną skorupę; a czy i Władca Zwierząt nie ugościł gwiazdy w swoim leśnym królestwie? Niebiański rozbitek wyglądał zresztą zupełnie jak jeden z jego podopiecznych. Gdyby zdołali zgłębić jego naturę, gdyby zdołali go okiełznać, mogliby stać się naprawdę potężni.

Głośny zgrzyt wyrwał go z zamyślenia. Tancerze w jednej chwili przerwali rytuał.

Ogromny insekt wolno rozłożył skrzydła oblane słonecznym blaskiem. Wysunął parę długich, cienkich słupków, na których były osadzone jego oczy – teraz już jedyne oko, drugie wszakże leżało ślepe pośród sterty gruzu. Rozejrzał się po okolicy i skupił zaciekawiony wzrok na stojącej naprzeciwko niego szamance.

Tiva pospiesznie wycofała się ze skraju krateru. Niemal wszyscy natychmiast podążyli jej śladem. Tylko Ayewa, kilkuletnia córka zbieraczy, została na swoim miejscu; nie wiedzieli, czy spogląda w owadzie oko przejęta zachwytem, czy sparaliżowana strachem.

Oko mrugnęło oślepiającym światłem.

W powietrzu nad grzbietem insekta zawirowała w piruecie półprzezroczysta sylwetka. Z początku blada i niewyraźna, szybko nabrała ostrych konturów i nasyciła się kolorami. Była to Ayewa; teraz dokładnie widzieli wypisane na jej niematerialnej twarzy zaaferowanie. Chwilę później obraz zniknął.

– Porwał ją! – krzyknął ktoś z tłumu. – Porwał jej duszę!

Ayewa osunęła się na ziemię. Jej rodzice przedarli się przez tłum i przypadli do niej; matka wzięła ją na ręce, bezskutecznie próbując ocucić.

Stojący najbliżej myśliwy z wściekłością zacisnął dłoń na drzewcu włóczni. Nie czekając na niczyje rozkazy, wycelował ostrze w oko wielkiego insekta. Nie zdążył. Światło błysnęło, a duch pochwycony w powietrzną pułapkę mignął wszystkim przed oczami, po czym zniknął w brzuchu owada. Myśliwy wypuścił broń z drżącej ręki i zdezorientowany rzucił się do lasu.

Podniosła się głośna wrzawa. Rozbiegali się na wszystkie strony, przepychając i tratując. Rodzice Ayewy nie uciekli. Padli na kolana i zaczęli błagać przybysza z zaświatów, żeby uwolnił ducha ich córki. Kilku zbieraczy przyłączyło się do nich.

– Wstawajcie – zawołała ostro szamanka. – Zły duch za nic ma wasze prośby.

Nie wstawali. Insekt leniwie obracał jedynym okiem, rozgrzebywał nadłamanymi odnóżami ziemię i połykał duchy okolicznych drzew.

 

*

 

Ayewa usiadła w hamaku i przetarła oczy. Zaspanym wzrokiem przyjrzała się skomplikowanej siatce amuletów ochronnych, którą oplotła ją szamanka. Tiva cały czas zapewniała ją, że wszystko skończy się dobrze, jeśli tylko założy ten naszyjnik albo wypije tamten napój, ale w drodze przez las doskonale słyszała, co poszeptywali między sobą dorośli. Mówili, że porwał ją zły duch. Mówili, że nie ma już dla niej ratunku.

– Czy moi rodzice wrócili ze zbiorów?

– Nie zaprzątaj sobie tym głowy, drogie dziecko. Zobaczysz ich, jak tylko wyzdrowiejesz.

Tiva odwróciła głowę ku wejściu, nasłuchując przytłumionych okrzyków. Ktoś wzywał wodza. Wzywał go tak natarczywie, jakby całej wiosce groziło niebezpieczeństwo. Szamanka odłożyła misę i tłuczek na podłogę i wyjrzała z chaty.

– To szaleńcy – mówił myśliwy, wskazując włócznią na dwoje ludzi klęczących na ziemi. – Zamiast przynieść zbiory do wioski, oddali je złemu duchowi.

– Nie osądzaj nas surowo – usłyszała głos matki Ayewy. – Chcieliśmy tylko odzyskać ducha naszej córki. Obiecujemy, że jutro zbierzemy nawet dwa razy tyle jagód. Trzy razy tyle. Przyniesiemy pełną misę tłustych larw.

– Nie musiałoby do tego dojść, gdyby Tiva pomogła jej na czas – dodał ojciec Ayewy. – Teraz może być już za późno. To ją powinieneś ukarać, wodzu. Nie potrafiła nawet przegnać złego ducha!

– Milczeć! – uciszył go wódz.

– Nie potrafiłam przegnać złego ducha – przytaknęła Tiva, podchodząc bliżej – bo i nie jest to zwykły duch. To ziejąca czarna pustka, która nie ma dna. Nasza tradycja nie słyszała o takich potworach.

– A co się stanie z naszą córką? – jęknął zbieracz. – Musimy natychmiast ją zobaczyć.

Myśliwy zagrodził mu drogę drzewcem włóczni. Zbieracze wymienili porozumiewawcze spojrzenia; kobieta zerwała się na nogi i kilkoma susami pognała do chaty szamanki.

– Nie ma jej! – poniósł się okrzyk. – Naszej Ayewy tutaj nie ma!

 

*

 

Nahuel bezszelestnie zbliżył się do krawędzi krateru i podniósł pozostawioną w pośpiechu włócznię. W drugiej, zakrwawionej ręce ściskał garść wiewiórczych ogonów. Nie był pierwszym, który pomyślał o takim rozwiązaniu. Kilka kroków dalej w trawie leżały dwie misy pełne jagód; garść wysypała się na ziemię i potoczyła do wnętrza gruzowiska, aż pod odnóża niebiańskiego insekta. Myśliwy uklęknął i złożył wiewiórki tuż przed sobą.

– Nie musisz tego robić – powiedział z rozbawieniem dziewczęcy głos.

Nahuel spojrzał w górę i zobaczył córkę zbieraczy, siedzącą na wielkim skrzydle owada i beztrosko machającą nogami.

– On wcale nie jest taki zły, jak wszyscy mówią – zapewniła z dziecięcą pewnością, poklepując płaską głowę stwora. – Chciał tylko nas bliżej poznać. Sam boi się nas bardziej niż my jego. Wystarczy, że go poprosisz, a odda ci to, co zabrał.

Myśliwy pozwolił nieludzkiemu oku zlustrować się od stóp do głów. We wnętrzu stworzenia coś zgrzytnęło i w powietrzu rozwinął się jak kwiat świetlisty, eteryczny obraz.

– Widzisz? – uśmiechnęła się Ayewa. – Wcale nie chciał zrobić nam krzywdy.

– A jednak nie czuję się tak jak przedtem – odpowiedział w zamyśleniu Nahuel. – Coś zmieniło się przez ten czas, kiedy znajdowaliśmy się w jego brzuchu.

– Przemówił do mnie we śnie – szepnęła, jakby obawiała się wyjawić tajemnicę. – Chciał pokazać mi swój dom na niebie. Czy ty też śniłeś o nim tej nocy?

– O tak. Trzymał w odnóżach moją włócznię i ścigał mnie jak zwierzynę.

Ayewa zakryła usta dłonią i zmierzyła insekta groźnym spojrzeniem, które jednak zaraz złagodniało.

– To dlatego, że ciągle jest ranny. Kiedy go wyleczymy, na pewno uda nam się go oswoić.

Lekko zeskoczyła na ziemię i kucnęła w samym środku gruzowiska. Ze stosu skorup, rurek i splątanych linek wydobyła obtłuczoną bryłę. Nienaturalnie gładkie, ścięte na wierzchołkach ściany pokrywały zawiłe mozaiki rozgałęziające się w nieskończoność na niewielkiej powierzchni. Bryła wyglądała na ciężką niczym odłupany kawałek skały, a jednak Ayewa z łatwością obracała ją w dłoniach.

– Ale oni nie będą chcieli go wyleczyć, prawda?

– Wracajmy do wioski, Ayewo.

 

*

 

– Matko, to oni!

– Nie zbliżaj się do nich, to niebezpieczne. Upadła gwiazda porwała ich dusze.

– Gdzie jest Tiva? Trzeba powiedzieć o nich Tivie.

Kilka osób oderwało się od pracy i zaciągnęło zaciekawione dzieci do chat. Wyglądały teraz przez czarne prostokąty wejść, z ukrycia śledząc rozradowaną Ayewę poszukującą swoich rodziców. Wcale nie wydawała się chora; wręcz odwrotnie, była jakby przepełniona nową energią.

– Wszędzie cię szukaliśmy, dziecko – powiedziała szamanka, kręcąc głową z dezaprobatą. – Wracaj zaraz do mojej chaty, będę musiała podać ci napój. A ty, Nahuelu, zaczekaj przy ognisku i nigdzie się nie oddalaj.

– Nic mi nie jest, babciu Tivo – roześmiała się Ayewa. – Wielki owad zabrał mnie w podróż do gwiazd, a potem wypuścił mnie ze swojej skorupy.

– O czym ty mówisz, drogie dziecko?

– On chce nam coś powiedzieć. Coś bardzo ważnego. Ale najpierw musimy go wyleczyć, teraz jest zbyt osłabiony.

Szamanka chwyciła ją za ramię i odwróciła się do ciekawskiego tłumu.

– Zły duch przemawia przez to dziecko! Miejcie się na baczności i nie słuchajcie niczego, co mówi, dopóki nie uwolnię jej z uścisku tego potwora.

– Nie! – zaprotestowała Ayewa, usiłując się wyrwać. – On przyszedł do nas od samych bogów nieba, potrzebuje naszych ziół i naszych pieśni. Nie możemy go tak zostawić.

– Pozwól jej odejść, Tivo – poprosiła jej matka. – Sama dobrze widzisz, że jest zupełnie zdrowa. Duch przyjął naszą ofiarę.

– Gdyby była zdrowa, nie wzbraniałaby się tak przed rytuałem!

– Jest opętana!

– Sprowadzi zgubę na naszą wioskę!

Drzewce włóczni uderzyło o ziemię.

– Co to za kłótnie? – ryknął wódz. – Nie tak dawno opłakiwaliśmy naszego brata, przejście do zaświatów jeszcze na dobre się nie zasklepiło, a wam tak spieszno do zakłócania jego spokoju.

– To zły duch zakłócił nasz spokój – odpowiedziała szamanka. – Poprzedniej nocy rozmawiałam z Władcą Zwierząt. Był rozwścieczony jak nigdy dotąd i rzucił klątwę na tamto miejsce. Lepiej byłoby nam stąd odejść, zanim upadła gwiazda zatruje całą ziemię.

– Nie chcę o tym słyszeć, Tivo. Tu jest nasz dom i tu spoczywają ciała naszych przodków.

– Wysłuchajcie go – nalegała Ayewa, pociągając nosem. – Jeśli on przemawia przeze mnie, to przez niego mówi sama bogini Słońca.

– Nie nam rozmawiać z potężnymi bogami nieba; ich wolą jest czuwać nad nami w milczeniu.

– A jeśli teraz postanowili przemówić do nas po raz pierwszy? – zastanowił się głośno wódz. – To byłby dla nas prawdziwy zaszczyt i prawdziwa radość.

Tiva szeroko otworzyła oczy ze zdumienia.

– Czyżbyś chciał sprzeciwić się Władcy Zwierząt?

– Władca nie nakazał nam stąd odejść, a i on sam stąd nie odejdzie. Cały ten las, ziemia pod naszymi stopami i niebo nad nami są jego domem.

Rozeszli się do chat. Para zbieraczy pospiesznie się oddaliła, wbrew namowom szamanki zabierając córkę ze sobą. Nahuel jako jedyny został przy ognisku, szukając odpowiedzi w trzasku płomieni.

O świcie Tiva usiadła samotnie przed swoją chatą. Obserwowała z oddali myśliwych strugającym z drewna strzały, przyglądała się zbieraczom niosącym w głąb lasu misy i kosze. Naczynia nie były puste; znad brzegów wystawały przycięte gałązki, piramidki owoców i pęczki liści. Wódz wyszedł ze swojej chaty, na krótko obrócił w ich stronę ozdobioną piórami głowę, po czym spokojnie zwrócił się do myśliwych.

Wioska, jak co dzień, powoli pustoszała. Tiva zabrała okarynę i bezszelestnie wymknęła się do lasu za cichym głosem strumienia. Któregoś dnia dołączył do niej Cha’tima; o zmroku z ożywieniem opowiadał krewnym przy ognisku o opuszczonej wiosce, na którą natrafili po drodze. Nazajutrz wybrali się tam całą grupą – i tym razem nie wrócili.

 

*

 

Robili, co tylko mogli. Przywiązali urwane oko do cienkiego słupka, przytwierdzili żywicą ułamany kawałek odnóża, przykryli nagi korpus leżącymi na ziemi płatami skorupy.

Z początku Nahuel przychodził tam tylko na chwilę, jeszcze przed wyjściem na łowy, i słuchał opowieści Ayewy. Raz zastał ją śpiącą na grzbiecie wielkiego insekta. Jedną dłoń wciąż zaciskała na kościanym amulecie Tivy; druga ręka, luźno zwieszona, była obwiązana kawałkami różnobarwnych drucików wygrzebanych z gruzowiska. Nahuel uklęknął przed upadłą gwiazdą i wsłuchał się w jej niski, jednostajny szum. Potem gwiazda do niego przemówiła. Mówiła sennymi obrazami – choć wcale nie zasnął ani nie pogrążył się w transie – odległych słońc, świetlistych wirów, kolorowych chmur pyłu, odłamków skał dryfujących przez noc i pełnego monumentalnych struktur obcego lądu, nad którym wisiały trzy księżyce.

Składający ofiary także słuchali. Oddawali dusze dziwnemu przybyszowi z niebios, otrzymywali je z powrotem nieuchwytnie odmienione i uczyli się śnić.

Nawet gdy gwiazda na zawsze zamilkła, nie przestawali słuchać jej głosu. Pokłonili się jej po raz ostatni i z Ayewą na czele opuścili wioskę, by wyruszyć w nieznane.

 

*

 

Nahuel nie wierzył własnym oczom. Wódz zatrzymał się obok niego, zakładając ręce na piersi, i rozejrzał się po pustym gruzowisku. Nad ofiarnymi koszami pełnymi zgniłych owoców unosiły się chmary much, a złożone na kawałkach tkanin gryzonie roztaczały wokół siebie woń rozkładu.

Wódz odszukał spojrzeniem dwóch myśliwych, którzy przybyli na miejsce razem z nimi, i wskazał głową ścieżkę wydeptaną w gęstwinie.

– Znajdźcie ich.

Wkroczył do wnętrza krateru i wejrzał w nieruchome tafle oczu wielkiego insekta.  Potem jego uwagę przykuło coś innego. Pochylił się i podniósł z ziemi obtłuczoną kostkę zdobną w przyprawiające o zawroty głowy spiralne wzory. Przez dłuższą chwilę w zamyśleniu obracał ją w dłoniach, by wreszcie rzucić ją z powrotem na stos.

Nie znaleźli ich – wydeptana ścieżka kończyła się przy rzece. Ostatnimi śladami, na jakie natrafili, były kikuty wyciętych naprędce drzew wystające z ogołoconej z roślin ziemi.

Wódz odłożył włócznię i chwycił oburącz płytę skorupy martwego insekta. Wystarczyło lekko pociągnąć, by oderwała się od reszty ciała.

– Ach, to będzie doskonale nadawać się na tarczę – stwierdził z satysfakcją. – Co o tym sądzisz, Nahuelu? Te rurki będą wprost idealnymi dmuchawkami; a na tamtych długich kijkach wzniesiemy nowe chaty.

– Wodzu, jak możemy obchodzić się w taki sposób z posłańcem niebios?

– Ten przerośnięty owad wyzionął ducha, a jego bogowie znowu milczą. Władca Zwierząt także zostawił nas samych sobie i ukrył się przed naszym wzrokiem.

– Posłaniec nie odszedł, dopóki nie przekazał nam całej swojej wiedzy – nie zgodził się Nahuel.

– Więc czego mamy się obawiać? Bogowie pozostawili nam tak wiele darów, a nasi przodkowie ciągle nad nami czuwają. – Odwrócił się do myśliwych, zasłaniając upadłą gwiazdę. – Być może teraz to nam przyjdzie stać się bogami.

 

Koniec

Komentarze

Przeczytane :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Też fajne. Choć myślałem, że zakończy się jakoś bardziej spektakularnie. Ale cała ta “plemienność” fajnie przedstawiona, do tego językowo nie bardzo jest się do czego przyczepić.

Mam tylko dwie uwagi:

– “pośród sterty gruzu” – skąd tam gruz? żadnych budynków wszak na miejscu katastrofy nie było?; 

– “struktur” – takiego słowa tubylec nie mógłby użyć.

 

Bardzo ładne! I jeśli nawet więcej obiecujesz, niż w końcu dajesz, to i tak czyta się z przyjemnością :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki za bardzo miłe słowa i uważną lekturę! :) Rzeczywiście ‘gruz’ to w tym kontekście trochę niefortunne określenie, a i ze ‘strukturami’ można by pokombinować. Cieszę się, że mimo paru zastrzeżeń w ogólnym rozrachunku wrażenia są jednak pozytywne.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Przeczytałem i podobało się :) Fajny pomysł na połączenie Ufo z wioską w stylu indiańskim. Końcóweczka faktycznie troszeczkę rozczarowuje. Mogłabyś czymś tutaj zaskoczyć ;) Nie obraziłbym się też na nieco więcej wyjaśnień o “insekcie”, ale to już pierdółka.

Napisane całkiem przyjemnie :) 

 

Następnego dnia owinęli ciało Shizhe’e w tkaniny i skóry i złożyli je w namiocie za wioską wraz z jego łukiem, włócznią i nożem.

 

Trochę się na tym drugim “i” zaciąłem. Może warto by je zamienić np. na “po czym” ? 

 

 

Dzięki! Takie słowa są naprawdę motywujące, a uwagi bardzo mi pomogą na przyszłość.

 

Szczerze mówiąc, nie wiem, jak wygląda sprawa z takimi drobnymi poprawkami (typu spójniki, literówki), można je jeszcze wprowadzać po zakończeniu konkursu?

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Pewien nie jestem, ale chyba lepiej się z tym wstrzymać do ogłoszenia wyników ;) 

Interesujący pomysł – zderzenie UFO i łowców-zbieraczy. Prawdziwa egzotyka. Ładna próba połączenia obiektu z nieba ze starą, znaną wiarą.

Trochę niejasna końcówka – oni jednak opuścili wioskę, a potem wrócili i zastali syf z malarią?

płaskiej jak talerz głowie

Czy szamanka Tiva używała talerzy? No, jeszcze w jakieś miski na zupę mogłabym uwierzyć, ale w talerze – niechętnie.

Babska logika rządzi!

@Ospały Leniwiec

Tak, tak, chodziło mi o to, jak to wygląda po ogłoszeniu wyników. Na razie nic nie ruszam. :P

 

@Finkla

Dzięki za wizytę i miłe słowa! Po katastrofie wyodrębniają się stopniowo trzy frakcje, a pod koniec wioskę opuszczają ci, którzy uznali UFO za posłańca od bogów (z Ayewą jako nową szamanką). Wódz z najbliższym otoczeniem wraca w tamte okolice gdzieś między jednym polowaniem a drugim i ocenia całą sytuację czysto pragmatycznie. Hm, rzeczywiście rozróżnienie między takimi pełnoprawnymi kultystami i otoczeniem wodza może być niejasne, dzięki za uwagę.

Z tym talerzem chodziło mi po prostu o płaskie naczynie, niekoniecznie rytualne.

 

Dziękuję też Wam wszystkim za punkty do biblioteki! :)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

A mnie chodzi o to, czy szamanka (bo to z jej punktu widzenia było) potrafi nazwać takie przedmioty. Czy je w ogóle widziała? Czy używają płaskich naczyń? Bo różnie to z tym bywa – w mało cywilizowanych kulturach raczej wykorzystuje się w tym celu liście bananowca, płaskie placki zastępujące chleb itd.

Babska logika rządzi!

Hmm. Myślę, że tak czy inaczej znalazłoby się zastosowanie dla bardziej płaskich naczyń, które można by podciągnąć pod “talerz” (choćby jako tace czy podstawki). Może najbezpieczniej byłoby to przeformułować na “płytę/kamień do pieczenia” albo coś podobnego? W każdym razie dzięki za czujność.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Podzielam zadowolenie wcześniej komentujących, bo i mnie spodobał się mariaż UFO z malowniczymi mieszkańcami wioski. Wykonanie bardzo porządne, więc i lektura była przyjemnością. ;)

 

i potoczyła do wnętrza gruzowiska… –> Proponuję zastąpić gruzowisko rumowiskiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, regulatorzy. :)

Cieszę się, że się podobało – bardzo dziękuję za miłe słowa, uwagi i klika. To dla mnie naprawdę motywujące. :)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Bardzo proszę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo przyjemna lektura. Trochę nie przekonują mnie zbyt “nowoczesne”dialogi, w takich wspólnotach plemiennych wyobrażałbym je sobie inaczej. Ale nie pytaj jak, bo nie wiem ;) Zakończenie, choć mało dramatyczne, trzyma się konsekwentnie pomysłu na całą historię. Dziękuję za umilenie mi tym tekstem wczorajszego powrotu z pracy. Stałem w korku i czas szybciej minął :)

Nie daję punktu do BiB, bo jeszcze nie mogę. Rozważyłbym poważnie jednakowoż. 

Hej, Łosiot, bardzo mi miło! :) Dziękuję za kolejne cenne uwagi.

Jeszcze krótko o wspomnianym w tym i wcześniejszych komentarzach zakończeniu – ogólnie przede wszystkim zależało mi na ukazaniu różnych postaw wobec nieznanego i stawiałam na ich stopniowy rozwój, stąd być może ten niedobór zwrotów akcji. Ostatnia scena miała też raczej oscylować bliżej absurdu niż dramatu. Ale oczywiście wszelkie tego typu spostrzeżenia są dla mnie ważne i na pewno na przyszłość wezmę je pod uwagę.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Przeczytane;) Bardzo mi się podobało. Ciekawe połączenie, czyta się lekko, nawet nie zauważyłem kiedy pojawił się koniec. Jedyny minus to trochę za mało;) Chciałoby się dostać trochę więcej wyjaśnień albo wydarzeń. Minus, który jest równocześnie plusem, bo intrygujesz i tworzysz ciekawy świat, który można rozwijać.

Moja książka i artykuły naukowe (też o fantastyce), jakby ktoś miał ochotę zerknąć: https://uni-wroc.academia.edu/MarcinBorowski/Papers

Ależ to jest ładne!

Bardzo lubię takie połączenia, na początku spodziewałam się, że “kosmita” to po prostu statek z ludźmi w środku, ale fajnie, że nie poszłaś tą drogą. Wyszedł dzięki temu świetny, zaskakujący mix. Historię przedstawiłaś niezwykle płynnie i choć czytałam to jakoś w okolicach 4:00, to wcale mnie nie znużyła, wręcz, podobnie jak Marcin_Maksymilian, trochę smutno mi było, że “to już”. Może nie ma tutaj akcji rodem z Conana, ale jest jest wystarczająco dużo, a opisy są fajnie wplecione w fabułę – uzupełniają i “malują” świat w wyobraźni czytelnika. Dobra robota!

Troszkę wywiodłaś mnie w pole z bohaterami, bo w początkowej części obok Tivy na pierwszy plan wysuwa się syn zabitego wojownika, ale potem nagle gdzieś znika, ustępując miejsca dziewczynce.

Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to właśnie ta końcówka. Po zakończeniu konkursu przemyśl sobie temat, bo moim zdaniem warto by było to podrasować, dodać smaczku, albo wręcz big badaboom :)

Jeśli chciałaś zaznaczyć wytworzenie się różnych postaw wobec nieznanego zjawiska i to miało być głównym wątkiem opowiadania, to odrobinkę za słabo to zaznaczyłaś, choć generalnie zamysł zacny.

Dobra robota, podobało mi się bardzo, lecę klikać, zanim mnie ktoś ubiegnie :)

 

P.S. Zajrzałam na Twój profil użytkownika. Planescape: Torment <3 <3 <3

<3!

Marcin_Maksymilian, Iluzja, bardzo dziękuję za ciepłe słowa i cieszę się, że dobrze Wam się czytało. Doceniam konstruktywną krytykę – teraz lepiej widzę, jakie są mocniejsze i słabsze strony opowiadania. Chętnie jeszcze pokombinuję z zakończeniem, jeśli będzie taka możliwość.

 

Dziękuję też za klika! ;) Jestem tu jeszcze nowa, więc tym bardziej czuję się mile zaskoczona takim wyróżnieniem.

 

P.S. Zajrzałam na Twój profil użytkownika. Planescape: Torment <3 <3 <3

Pozdrawiam Cię, dzierżąca miecz! Niech cień Pani zawsze Cię omija. <3

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Fajne :)

Bardzo dziękuję, Anet. :)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

dotarłam tu wreszcie! :D. 

 

świetne opowiadanie napisane sprawnym językiem – czytałam z prawdziwą przyjemnością :). Ciekawy pomysł na połączenie UFO z wioską a’la indiańską. Zakończenie faktycznie trochę rozczarowujące, pasowałby tu większy “przytup”, ale nie ma tragedii. Jedynie co, to popracowałabym jeszcze nad bohaterami – zauważyłam to co Iluzja: “chowasz” pewnych bohaterów i ci co byli na pierwszym planie, z czasem pojawiają się tylko sporadycznie, co trochę psuje rytm.

 

Tak czy owak, opowiadanie jest bardzo fajne i cieszę się, że tak szybko trafiło do biblio, bo na to zasługiwało :). 

 

Pozdrawiam, b_c!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Dziękuję za wizytę i bardzo cenny komentarz, sy! Zakończenie najpewniej w najbliższym czasie wzbogacę o dodatkową scenę (lub kilka). Jeśli chodzi o postacie – prawdopodobnie za bardzo skupiłam się na ukazaniu przekroju postaw, które miały reprezentować, i stąd to eksponowanie konkretnych bohaterów w konkretnych momentach fabuły. Dzięki, że to zasygnalizowałaś.

 

Pozdrawiam! ;)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Przeczytane.

Bardzo, bardzo. :)

Opowiadanie przypomina mi czasy plemienne na długo przed europejską cywilizacją. Pięknie ujęłaś środowisko tubylców, a niełatwo jest napisać przekonujące dialogi osadzone w zacofanych czasach. Jednak i dla mnie końcówka jest trochę niejasna. Nie byłem pewny, co się dokładnie stało. Przyznaję też, że liczyłem na lepszy wydźwięk finału. 

Ale to drobiazgi, generalnie to bardzo dobre opowiadanie, niewątpliwe ma swój klimat.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Bardzo dziękuję, Darconie! :)

Cieszę się, że przekonała Cię atmosfera opowiadania. Rzeczywiście celowałam raczej w odległą przeszłość, ale przede wszystkim chodziło mi o taki mistyczny i zarazem zamknięty obraz świata, który z pozoru wydaje się niezmienny i niepodlegający kwestionowaniu. Uwagi na temat zakończenia też są dla mnie bardzo ważne, bo rzeczywiście pozostało nieco na takim symbolicznym poziomie. W pewnym sensie tak miało to wyglądać, bo chciałam głównie zarysować poszczególne postawy i nowe odłamy wierzeń, które wyodrębniły się pod wpływem UFO. To jest właśnie to, co dzieje się pod koniec – każda z trzech grup wybiera własną ścieżkę (dawni bogowie, nowi bogowie, kult przodków). Niemniej zgadzam się, że ostatnie sceny prawdopodobnie powinny mieć bardziej ekspresyjny i szczegółowy charakter.

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Melduję przeczytanie.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

.

Tylko nie "Tęcza"!

Cześć, nieznajoma, wszyscy tu wiedzą, jak mi idzie z komentowaniem opowiadań konkursowych (marnie), ale przybiegłam do ciebie powiedzieć, że to jedyny tekst w konkursie, któremu dałam 10, w moim rankingu nikt nie namalował lepszej historii. Może mi się uda twój tekst redagować… ;_; 

Dziękuję za niego! Wszystko tu jest kunsztowne, łącznie z wizjami, a do tego doskonała kompozycja i język.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Wow, Naz, nawet nie wiem, co powiedzieć. Nie spodziewałam się takiego wyróżnienia, a tutaj jeszcze Twoja ogromnie budująca ocena.

Bardzo, bardzo dziękuję i cieszę się, że tak pozytywnie oceniasz “Schizmę”. Dla takich komentarzy warto siedzieć po nocach w rytualnym transie i doszlifowywać tekst. ;)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Fabuła: Dość ciekawie opowiedziana historia o tym, jak ludzie w różny sposób reagują na niewyjaśnione zjawiska. Momentami utwór jest trochę przegadany. Szkoda też, że zabrakło mocniejszych zwrotów fabularnych; przekonanie się wąskiej społeczności co do niewrogich intencji nowego przybysza mimo początkowej niechęci jest już znanym chwytem.

 

Oryginalność: Kreacja świata mnie zawiodła, opis religii mocno powiela klisze z innych dzieł fantasy. Bohaterom brakuje głębi, często ich osobowość jest ograniczona do funkcji, którą pełnią. Kosmita sam w sobie również niezbyt wyszukany, choć spodobał mi się motyw z pochłanianiem dusz i ze śnieniem.

 

Język: Na dobrym poziomie, aczkolwiek wypowiedzi postaci mogłyby być bardziej naturalne.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dziękuję i Tobie, Wicked G! ;)

Cieszę się, że to, co najistotniejsze, było wystarczająco czytelne, a uwagi biorę sobie do serca. Chociaż akurat do poetyzowania wypowiedzi mam dużą słabość. ;)

Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste.

Nowa Fantastyka