- Opowiadanie: ac - Złodziej snów

Złodziej snów

Poniższe opowiadanie startowało w wilczym konkursie W głębi snu w ścieżce B, ale jako że się nie zakwalifikowało do drugiego etapu, to udostępniam. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i podzielicie się ze mną swoimi opiniami.

Enjoy!

 

Co prawda nie ta ścieżka, ale skoro brało udział, to na pewno nie zaszkodzi dodać:

Opowiadanie uczestniczy(-ło) w konkursie „W głębi snów”.

Jeśli podoba Ci się ten temat, przekaż darowiznę na fundację Synapsis: http://synapsis.org.pl/ (przycisk „Przekaż darowiznę” na stronie fundacji).

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla, wybranietz, Użytkownicy

Oceny

Złodziej snów

Gdy dzieje się coś złego, nie ma nic gorszego niż rodzina.

– Wstawaj, małolat. – Ciągnę za kołdrę. Brat podnosi się razem z nią. Nieprzytomnym spojrzeniem toczy po ciemnym pokoju.

– Co jest, człowieku?

– Ojciec nie wrócił z pasterki – mówię, szarpiąc. Jakbym przeciągał linę.

– I co w tym dziwnego? – pyta, a ja czuję jak niewiele dzieli mnie od tego, by go uderzyć. – Próbowałeś do niego zadzwonić?

– O, faktycznie. Nie pomyślałem o tym, dzięki.

Małolat chowa się pod kołdrą jak spłoszone zwierzę. Nic go nie martwi, nie ma w nim krzty zmartwienia. Za to ja się martwię. Po matce. Zawsze taki byłem.

– Wstawaj, cymbale. – Zrzucam kołdrę na podłogę. Brat patrzy na mnie spod skołtunionych włosów. – Zostawił telefon. Idziemy go szukać.

Zaczyna do niego docierać, że mówię poważnie. Wstaje niepewnie i szuka spodni. Ubiera się szybciej niż się spodziewałem, ale wolniej niż tego potrzebuję. Spoglądam niespokojnie przez ramię.

– Rusz się – głośno szepczę do niego niczym najgorszy konspirator. – Nie obudź mamy.

Kiwa głową i wciąga na siebie bluzę.

 

*

 

– Może poszedł gdzieś na wódę.

– Ojciec? – pytam małolata i czuję jak mróz wpycha mi się pod kurtkę. – W wigilię?

– Nie wiem, człowieku. – Człowieku, jego nowa odzywka. Kończy tym niemal każde zdanie. Na początku było nawet zabawnie. Teraz dostaję tików nerwowych. Chociaż może nie od tego.

Idziemy szeroką ulicą, po której obu stronach w ostatnich latach wyrosły paskudne, kwadratowe domy.

– Zamknij się i szukaj.

Małolat zamyka się. Wyciąga z kieszeni spłowiałych dżinsów paczkę papierosów i wkłada sobie jednego do ust.

– Ty palisz? – pytam zupełnie zaskoczony.

– Nie, tak sobie potrzymam w mordzie.

Nie odpowiadam. Mogłem się tego spodziewać. Nie komentuję. Jedyne, co dzięki temu osiągnie to smród i krótszy oddech. W najlepszym wypadku. Nie moja sprawa.

Mijamy te klockowate paskudy, które łypią na nas ślepiami okien. Gdzieniegdzie pali się światło. Post pasterka. Post adwent. Post post.

– Nie obudziłeś matki?

– Nie.

– Dobrze.

Śnieg złośliwie skrzypi nam pod butami. Jakby chciał nam coś powiedzieć. Jakby się śmiał.

Powoli dochodzimy do kościoła. Bezkształtna bryła czerwonej cegły. Wielka czarna dziura w środku panoramy miasta. Stoimy pod pobazgranym graffiti murem i zastanawiamy się, co robić. Niedaleko miga mi szyld całodobowej apteki. Rozglądam się nerwowo wokół.

– Tam! – rzuca razem z kiepem małolat.

Wskazuje palcem drzewo rosnące na pobliskim parkingu, upstrzone białymi fałdami śniegu. Nie ono mnie interesuje. Nie śnieg. Nie mróz wciskający się przez każdą szczelinę ubrania.

Pod drzewem ktoś leży. Rozpoznaję szary płaszcz.

Podbiegamy, wypuszczając z ust kłęby pary. Brat klnie, panikuje. Ma to po matce. Wszyscy mamy. Dobrze, że najstarszy pojechał do teściów, bo byśmy tu zwariowali.

– Tato? To on? Tato? – Głupie pytania wypadają z ust małolata jak naboje z karabinu. Nie odpowiadam.

Przewracam ojca na plecy. Byłem pewien, że to on, ale teraz świadomość uderza mnie ze zdwojoną siłą. Kurwa, pasterka, a mój ojciec leży pod drzewem. Zabiję.

Jego głowa bezwładnie opada na ramię, odsłaniając pomarszczoną szyję. Sine żyły przebijają się przez cienką jak papier skórę. Dostrzegam dwie zaschnięte krople krwi. No nie.

Zębami ściągam z dłoni rękawiczkę. Przykładam palce do jego twarzy. Dobrze, nie jest lodowata. Nie ciepła, nie gorąca, ale letnia. Jest w porządku. Biorę głęboki oddech, a mróz wbija mi w płuca lodowe igiełki. Czuję jak maluje wewnątrz mnie jeden ze swoich mroźnych obrazów. Jak na szybach.

– Dawaj płaszcz – mówię do małolata, a ten patrzy na mnie, jakbym właśnie wylądował tu statkiem kosmicznym. – Dawaj płaszcz – powtarzam.

Podaje mi go oszołomiony. Przykrywam ojca, po chwili dokładam swoją kurtkę. Zasłaniam swetrem wystający zza paska pistolet. Brat nie musi go widzieć. Zaciskam palce na szorstkiej pięści ojca. Zostawiam na niej blade ślady. Jest niedobrze, jest bardzo niedobrze.

– Na co ty się patrzysz? – warczę na brata. Wiem, że to nie jego wina, ale jestem wściekły. Gniew szarpie mi wnętrzności, nie pozwala skupić myśli. – Dzwoń po karetkę i jedź z nim do szpitala.

– A ty co? – pyta mnie, podnosząc oczy znad ekranu smartfona.

– Muszę coś sprawdzić – rzucam na odchodne i znikam w ciemności.

 

*

 

Wiem, co zostawia takie ślady.

Biegnę po oblodzonym chodniku, ryzykując utratą zębów. Ulice są puste. Mijam park, którego przebudowę zaczęli latem. Połowa drzew jest już wyrwana, kostka brukowa czeka na paletach, by zająć miejsce trawy. Czarne, poskręcane drzewa milczą.

Ten park jest jak ranne, drapieżne zwierzę. Odstrzelono mu pół ciała, ale wciąż tu jest. Patrzy i szczerzy na mnie swoje kły.

Przyspieszam.

Kłęby pary wiją mi się wokół głowy.

Takie ślady na szyi zostawiają wyłącznie złodzieje snów. A w moim mieście jest tylko jeden. Wiem, bo to moje miasto. I nic tu się nie dzieje bez mojej wiedzy. Prawie nic.

Dobiegam do znajomej, starej kamienicy. W jednym oknie jest zapalone światło. Dobrze. Kontrastuje z nocą i czarnym niebem, jak brak zęba w promiennym uśmiechu. Tylko zupełnie na odwrót.

Wpadam na klatkę, dysząc ciężko.

Skaczę po dwa, trzy stopnie.

Jestem. Właściwe piętro, właściwe mieszkanie.

Nie pukam, walę pięścią tuż obok wizjera aż sypie się tynk.

– Co jest, kurwa, spokojnie… – Dobiega mnie z wewnątrz. Uspokajam oddech. Słyszę zbliżające się kroki. Drzwi otwierają się do wewnątrz. Stoi w nich smukły chłopak o małych oczach i orlim nosie.

Nie czekam. Trzaskam go pięścią w otwarte usta i czuję jak coś pęka. Zanim upadnie poprawiam drugą ręką. Rozpoznaję znajome chrupnięcie.

– W co ty się bawisz?! – krzyczę, zamykając za sobą drzwi. Przekręcam klucz. Chłopak wciąż siedzi, trzymając się za twarz, pomiędzy palcami ścieka mu krew. Dużo. Robię kilka szybkich kroków. Ucieka ode mnie, nieporadnie, na czworaka.

– Co się… o co ci chodzi? – mówi niewyraźnie. Jest przestraszony.

Coś mi tu nie pasuje. Coś mi mocno nie pasuje. Stare mieszkanie, boazeria straszy ze ścian. W pokoju obok miga olbrzymi telewizor. Zajmuje niemal pół ściany. Na blacie w aneksowej kuchni leżą usypane kreski.

– Co jest, Damian? Zwariowałeś? – pyta mnie. Wstaje niepewnie, podpierając się o ścianę.

Na stoliku pod telewizorem leży kartonowe pudło pełne małych czarnych czipów, z których wystają dwa krótkie kabelki, przewody iniekcyjne. Katalizatory snu. Urządzenia pozwalające niemal natychmiastowo usypiać i ingerować w sny. Pokazuje mu ten karton ruchem głowy.

– Mojego ojca? Komendanta policji? – Patrzę mu w oczy. Rozszerza je w kiepsko udawanym zdziwieniu. – Czy tobie się coś nie pojebało?

Reflektuje się szybko. Prostuje. Podchodzi do mnie, choć ukradkiem zerka na moje zaciśnięte pięści.

– Było zlecenie.

Bezczelnie kładzie mi dłoń na karku. Strącam ją z obrzydzeniem.

– Bury wyrwie ci nogi z dupy – informuję go. – Ale mamy tu jeszcze czas dla siebie.

Uśmiecha się, wykrzywiając swoją ptasią twarz. Coś mi tu nie gra. Coś mi tu cholernie nie gra.

Pokój rozmazuje się w bezkształtną plamę.

– Bury mi to zlecił – mówi. Jego głos dociera wprost do mózgu. Wszystko wokół staje się nieczytelne. Jak we śnie. Kurwa. Przykładam palce do szyi. Wyciągam dłoń przed siebie i widzę dwie ciemno czerwone kropki. Ależ ja jestem głupi.

– Niemożliwe – odpowiadam, a czarne bohomazy wirują mi przed oczami.

– Skończyło się, cwaniaczku. – Kładzie mi dłoń na głowie. Jest niesamowicie ciężka. – A teraz śpij.

Upadam, a paskudny peerelowski dywan przyjmuje mnie swoje objęcia.

 

*

 

Gdy dzieje się coś złego, czasem nie ma nic innego niż rodzina.

– Ej, człowieku! – Małolat klepie mnie po twarzy. Samymi czubkami palców. Jak dziewczyna. – Żyjesz?

– Filip?

– Nie, kurwa, święty Mikołaj. Wstawaj, grubasie.

Chwyta mnie za ręce i pomaga się podnieść. Świat wciąż wiruje mi przed oczami. Wściekłość rozsadza żołądek. Nie mogę tylko sobie przypomnieć czemu jestem tak zły. I na kogo.

– Skąd wiedziałeś? – pytam go, przypominając sobie złodzieja snów, widząc jego mieszkanie. Uśpiony ojciec, czipy, Bury. O co tu chodzi?

– Mama kazała mi zainstalować nam aplikacje lokalizujące. – Wzrusza ramionami. – Tak na wszelki wypadek.

Macham ręką. Nieważne. Pewnie złaził wszystkich sąsiadów. Może wzięli go za kolędnika. Podchodzę do kartonu z czipami. Szukam właściwego. Jest oznaczony kółkiem. Dwie diody wygaszone, trzecia miga na zielono. To ten. Chyba. Czip wybudzający. Wrzucam go do kieszeni.

– Ej! – Filip krzyczy do mnie, kiedy stoję już w drzwiach. – A ty dokąd?

– Siedź tu – odpowiadam. – I bądź pod telefonem.

Żegna mnie rozłożonymi ramionami i pretensją w oczach.

 

*

 

Całą drogę do szpitala biegnę.

Wpadam na korytarz. Jarzeniówki oślepiają mnie na chwilę.

– Gdzie jest mój ojciec? – zaczepiam pierwszą z brzegu pielęgniarkę. Jej pomarszczona twarz mówi mi, że jest zmęczona, że spodziewała się mnie i się boi. Szkoda mi jej, naprawdę.

– Pod czternastką na piętrze – mówi, chowając głowę w ramionach, jakby temperatura spadła przynajmniej o dziesięć stopni.

Puszczam się biegiem po schodach.

Drzwi otwierają się z hukiem. Staję w nich oniemiały. Ojciec leży pod cienką kołdrą, jest tylko niewielkim wybrzuszeniem na starym materacu. Na poręczy przy jego nogach zaciskają się grube paluchy Burego.

Wielki, nabrzmiały czerwony pysk, świńskie oczka, wąs, którym można by zamiatać ten szpital. Brzuch, który ostrzega świat, że zawał jest tylko kwestią czasu. Pies. Stary esbek.

– Bury? – pytam. – Co ty tu, kurwa, robisz?

– Dla ciebie wujku lub proszę pana.

Krzywię się, jakby podsunął mi coś obrzydliwego pod nos. Ostatni raz nazwałem go wujkiem na mojej komunii. Potem widziałem, jak próbował złapać moją matkę za tyłek. Nigdy nie mogłem pojąć, jakie zrządzenie losu sprawiło, że jesteśmy rodziną.

Dopiero po chwili dostrzegam w kącie wątłą postać. Złodziej. Zrywam się, ale Bury uspokaja mnie uniesioną dłonią.

– Czego tu chcesz? – pyta mnie. Jest wypity. Czerwone plamy rozlewają się na jego niedokładnie ogolonej mordzie.

– Więc to prawda? Nasyłasz złodzieja snów na własnego brata?

Trzęsą mi się ręce. Nie skończy się tylko na słowach. Muszę coś zrobić. Muszę w coś uderzyć.

– Twojemu ojczulkowi zachciało się cudzych pieniędzy – odzywa się Karolek. Przypominam sobie jak na niego wołają, nie Karol, Karolek.

Nie wytrzymuję. Wyciągam broń zza paska i strzelam. Huk rozdziera nam uszy. Karolek łapie się za nogę, krzyczy. Chyba drasnąłem go w udo. Celowałem w kolano. Trzeba będzie poćwiczyć.

Bury przewraca oczami i unosi ręce w teatralnym geście zrezygnowania.

– O czym on mówi? – pytam, patrząc w te nabiegłe krwią świńskie oczka.

– Opuść broń, Damian.

Przypomniał sobie jak mam na imię. Wujaszek, kurwa jego mać. Przyciskam dłoń z pistoletem do uda. Strzeliłem w szpitalu. Niedobrze. Zaraz zbiegnie się tu cały personel. Mama się dowie. Zmartwi się. Niedobrze.

Nogą zamykam drzwi. Kiwam głową do Burego, by mówił. Mam zaciśniętą krtań. Nie dam rady się odezwać. Strach i gniew skręcają mi wnętrzności. Karolek piszczy pod kaloryferem.

– Hajs się nie zgadzał.

Mam ochotę go uderzyć. Nie ruszam się. Gdybym to zrobił, jutro przyszłoby do mnie paru smutnych panów, by połamać mi ręce. Coś tu nie gra. Złoty łańcuch Karolka błyska spod brudnej koszuli. Coś tu nie gra, znowu.

– Czy nie przestał się zgadzać, odkąd kręci się koło ciebie ten mały skurwiel?

– Co? – Bury nie rozumie. Karolek przestaje piszczeć. Jest blady jak papier.

Podchodzę do Burego i łapię go za spocony kark. Jest zbyt zaskoczony, by zareagować. Są. Ślady wkłuć.

– Coś ci się przyśniło, Bury – mówię i podchodzę do śpiącego ojca. – Ale mam coś, co obudzi nas wszystkich.

Wyciągam czip wybudzający. Karolek, jeżeli to możliwe, zbladł jeszcze bardziej.

Już wiem co mi nie grało. W tej samej chwili dzwoni mój telefon.

– Co jest, małolat?

– Człowieku – zaczyna podekscytowany Filip – tu jest z pół kilo koksu. Nowa konsola, telewizor, skąd ona ma tyle siana?

– Dokładnie, młody – rozłączam się. To mi się nie zgadzało. Ktoś tu nagle się wzbogacił bez pytania mnie o zgodę.

Bury chyba zaczyna rozumieć. Zaczyna łączyć fakty, że ktoś go wyślizgał, że zrzucił winę na mojego ojca. Karolek też rozumie, bo cichaczem próbuje dostać się do drzwi, które otwierają się z hukiem, znowu.

– Obudź go, Damian – cedzi moja mama. Jest zmartwiona. Pielęgniarki musiały po nią zadzwonić. – A ty, Władek, trzymaj swojego kundla przy nodze. Nie skończyliśmy.

Przykładam czip do szarej skóry. Ktoś ma grubo przejebane.

Koniec

Komentarze

. – kropka dla atencji!

Niestety opowiadanie nie przypadło mi do gustu. Tym dłużej czytałem, tym więcej miałem zastrzeżeń co do spójności fabuły, ale mam nadzieję, że to tylko moje subiektywne odczucia :/

 

A w moim mieście jest tylko jeden. Wiem, bo to moje miasto. I nic tu się nie dzieje bez mojej wiedzy.

Jej pomarszczona twarz mówi mi, że jest zmęczona, że spodziewała się mnie i się boi. Szkoda mi jej, naprawdę.

Brakuje lepszego określenia wieku bohaterów, na początku całkiem mnie zbiło z tropu to określenia młodszego brata jako “małolata”. Chętnie bym się dowiedział dlaczego główny bohater nadal mieszka z rodzicami, trochę za mało informacji.

 

– Twojemu ojczulkowi zachciało się cudzych pieniędzy – odzywa się Karolek. Przypominam sobie jak na niego wołają, nie Karol, Karolek.

Nie lepiej byłoby podać imienia tego chłopaka wcześniej, gdy Damian wpadł do jego mieszkania?

 

Krikos, podzielam Twoje nadzieje! ;) Niestety limit cisnął i uwierał, więc niektórych elementów nie dało się upchnąć, z lepszym lub gorszym efektem.

Nie lepiej byłoby podać imienia tego chłopaka wcześniej, gdy Damian wpadł do jego mieszkania?

Pytanie nieco filozoficzne, i mówiąc szczerze, to nie wiem. Rzecz gustu, chyba. Wg mnie te zdanie jest tam, gdzie być powinno.

 

Dzięki za poświęcony czas i uwagi. :) Może kolejne bardziej przypadnie Ci do gustu.

Dzięki za pokonkursowe wprowadzenie z wstawką konkursową – doceniam bardzo :-)

Nie ma sprawy, możesz odwdzięczyć się opinią o opowiadaniu. ;)

Cześć, ac!

 

Przeczytałam, ale to nie jest mój ulubiony typ literatury. Nie mogłam się skupić na fabule, bo ciągle drażniła mnie narracja w czasie teraźniejszym :D. Nie lubię.

 

Na co ty się patrzysz?

Brrr… to tak specjalnie z tym “się”? Walczę z tym w moim otoczeniu jak cholera, ale to jak walka z wiatrakami.

 

Pokój  rozmazuje się w bezkształtną plamę.

połamać mi ręce.  Coś tu nie gra.

a tu masz podwójne spacje :).

 

Do momentu znalezienia ojca przez braci wszystko jest zrozumiałe, natomiast później… cóż, chyba nie wszystko załapałam.

Co to za koleś w tym mieszkaniu? Rozumiem, że to wuj głównego bohatera (brat ojca) zlecił… ale co? Zamontowanie czipa? A ten czip to do czego służy? :<. W końcówce obecność matki jest dla mnie już kompletnie niezrozumiała. Będę wdzięczna za łopatologiczne wyjaśnienie zakończenia :3.

 

Pozdrawiam!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Brrr… to tak specjalnie z tym “się”? Walczę z tym w moim otoczeniu jak cholera, ale to jak walka z wiatrakami.

Cóż… mogę zostać Twoim Sancho Pansą. :p

a tu masz podwójne spacje :).

Efekt kolejnych korekt. Już poprawiam.

 

A więc jednak nie jest do końca zrozumiałe. ;)

Koleś w mieszkaniu to tytułowy złodziej snów. Potrafi za pomocą czipa kogoś uśpić i wprowadzić wcześniej spreparowany sen, który ululany delikwent uzna za prawdziwe wydarzenia. Mama zaś jest szefem wszystkich szefów i zawiadomiona przez personel szpitala pojawia się, by rozgonić imprezę. Dlatego tak się jej wszyscy boją. Mam nadzieję, że wyjaśniłem.

Dziękuję, sy, i również pozdrawiam!

 

ja czuję jak niewiele

Czuję, jak niewiele.

 od tego, by go uderzyć

Powtórzony dźwięk. Ja przeformułowałabym całe zdanie: a ja mam wielką ochotę go uderzyć.

 nie ma w nim krzty zmartwienia

Czy zmartwienie jest w kimś?

 szepczę do niego niczym

Przeczytaj na głos.

 czuję jak mróz

Czuję, jak mróz. Niezły ten mróz.

 W wigilię?

Wigilia dużą literą, jeśli chodzi o Boże Narodzenie ("wigilia" to rzeczownik pospolity, oznacza "przeddzień").

 Teraz dostaję tików nerwowych.

Jakieś to niekonkretne.

 stronach w ostatnich latach

Powtórzony dźwięk.

 Jedyne, co dzięki temu osiągnie to smród

Jedyne, co dzięki temu osiągnie, to smród. "Krótszy oddech" jakoś mi angielsko pachnie, ale mogę się mylić.

 pod pobazgranym

Powtórzony dźwięk. Może: zabazgranym?

 rzuca razem z kiepem małolat

Eh? Dwa poziomy abstrakcji (rzuca jednocześnie słowa i peta).

 upstrzone białymi fałdami śniegu

Fałdy nie pstrzą – pstrzą kropeczki, rozbryzgi itp. (wyobraź sobie konfetti).

 świadomość uderza mnie ze zdwojoną siłą

No, nie wiem, jakoś mi to nie brzmi.

 żyły przebijają się przez cienką jak papier skórę

Przebijają przez skórę, czyli są przez nią widoczne. Jeśli przebijają się, to została naruszona integralność powłok cielesnych.

 Czuję jak maluje

Czuję, jak maluje. Rym, ale obraz niezły.

 ryzykując utratą zębów

Utratę zębów.

 Czarne, poskręcane drzewa milczą.

Hmm.

 Takie ślady na szyi zostawiają wyłącznie złodzieje snów.

Albo wampiry. Zobaczymy, jak to pogodzisz, bo ssanie krwi jest dość jednoznaczne.

 znajomej, starej kamienicy

Ten przecinek jest Ci potrzebny?

 wizjera aż

Wizjera, aż.

 Zanim upadnie poprawiam

Zanim upadnie, poprawiam.

 Robię kilka szybkich kroków. Ucieka ode mnie, nieporadnie, na czworaka.

Jak oni to robią? To znaczy, tamten nie bardzo może uciekać, nie? Twój narrator na niego nie wpadnie?

 pół ściany

Powtórzona "ściana".

 niemal natychmiastowo usypiać

Natychmiast.

 Pokazuje mu

Literówka?

Rozszerza je w kiepsko udawanym zdziwieniu.

Nie da się tak, o ile wiem. Można najwyżej zrobić minę a'la Spock.

 Podchodzi do mnie, choć ukradkiem zerka na moje zaciśnięte pięści.

Jak to się wyklucza?

 przyjmuje mnie swoje objęcia

Zgubiło się "w".

 czasem nie ma nic innego niż rodzina

Czasem nie ma nic innego, niż rodzina. Hmm.

 przypomnieć czemu jestem tak zły

Przypomnieć, czemu jestem taki zły.

 Co? – Bury nie rozumie.

Za bystry to on nie jest, jak na "mafioza".

 

Fajne porównania – akurat Tobie metaforyka wychodzi. Ale całość wydaje się trochę nieprzemyślana. Może winę za to ponosi ograniczenie objętości i krótki termin, może nie. Przydałoby się wyraźniej zarysować świat, bo na przykład to, że

 Mama zaś jest szefem wszystkich szefów

to zupełna niespodzianka. Spada z tak zwanego sufitu.

 Brrr… to tak specjalnie z tym “się”? Walczę z tym w moim otoczeniu jak cholera, ale to jak walka z wiatrakami.

Ja też. Tres amigos? :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Koleś w mieszkaniu to tytułowy złodziej snów. Potrafi za pomocą czipa kogoś uśpić i wprowadzić wcześniej spreparowany sen, który ululany delikwent uzna za prawdziwe wydarzenia. Mama zaś jest szefem wszystkich szefów i zawiadomiona przez personel szpitala pojawia się, by rozgonić imprezę. Dlatego tak się jej wszyscy boją.

Ojej. Nawet bardzo ojej. W takim razie nie zrozumiałam kompletnie roli matki w tym opowiadaniu. Czyli złodziej snów bierze zlecenie od Burego na ojca głównego bohatera, pomimo tego, że jego żona jest bossem? A Buremu czemu tak zależało na załatwieniu brata?

 

Cóż… mogę zostać Twoim Sancho Pansą. :p

nadal widzę to nieszczęsne “się” :<

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Ja też. Tres amigos? :)

Tarnino, zapraszam. Acos, Sytos i Tarninis. ;) Nie ta historia, ale co tam. Postaram się siąść do tych poprawek dzisiaj.

A Buremu czemu tak zależało na załatwieniu brata?

Na Twoje pytanie odpowiada ten fragment:

– Czy nie przestał się zgadzać, odkąd kręci się koło ciebie ten mały skurwiel?

– Co? – Bury nie rozumie. Karolek przestaje piszczeć. Jest blady jak papier.

Podchodzę do Burego i łapię go za spocony kark. Jest zbyt zaskoczony, by zareagować. Są. Ślady wkłuć.

– Coś ci się przyśniło, Bury

Oczywiście nie wprost. Betujący wskazywali co prawda, że niektóre elementy mogłyby być bardziej opisane, ale powinno być zrozumiale. Tak to jest, jak się chce mieć opowiadanie z niedopowiedzeniami. ;)

W takim razie nie zrozumiałam kompletnie roli matki

To jest właśnie kolejna z takich rzeczy, których można się domyślić. Ale rozumiem skonfundowanie i wrażenie, że spada z sufitu. Muszę to przemyśleć i znaleźć jakiś złoty środek między niedopowiedzeniami, a łopatologią.

Cóż… mogę zostać Twoim Sancho Pansą. :p

nadal widzę to nieszczęsne “się” :<

Poprawię, sy, poprawię, zbiorczo jak się wezmę też za uwagi Tarniny, ale muszę sobie wygospodarować na to dłuższą chwilę. Nie zapomnę. :)

Ja też. Tres amigos? :)

Si, señorita ❤

 

Poprawię, sy, poprawię

wpadnę sprawdzić 8). Nie no, żartuję, to w końcu ty decydujesz o kształcie własnego tekstu, nikt inny :).

Niedopowiedzenia są okej, ale jak zostawiasz dla czytelnika wskazówki po drodze. Kurczę, czy można było się domyślić, że madre jest bossem? Chyba nie. Po fragmentach, w których narrator mówi, że w mieście nie dzieje się nic bez jego wiedzy raczej bym zgadywała, że to on rządzi, albo też nieszczęsny Bury. W końcu byli rodziną.

Nie jest to zły szort, ale szału nie ma, niestety :<

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Biegnę po oblodzonym chodniku ryzykując utratą zębów.

Dodałbym słowo – ślizgać – gdyż, biegnąc nawet po suchym chodniku jak się wywalisz to też zęby możesz stracić ;), 

Opowiadanie przypadło mi do gustu, przeczytałem z zaciekawieniem, dzięki za podzielenie się o/

Ac, przeczytałam opowiadanie i nie udało mi się pojąć, o co tu chodzi. Potem przeczytałam Twoje wyjaśnienia, coś się rozjaśniło, ale sens ciągu opisanych zdarzeń nadal pozostał mało czytelny. :(

 

Pa­trzy i szcze­rzy na mnie swoje kły. –> Zbędny zaimek.

 

Wsta­je nie­pew­nie, pod­pie­ra­jąc się o ścia­nę. –> Wsta­je nie­pew­nie, opie­ra­jąc się o ścia­nę.

Podpieramy się czymś, np. laską, nie o coś.

 

Po­ka­zu­je mu ten kar­ton ru­chem głowy. –> Literówka.

 

Wy­cią­gam dłoń przed sie­bie i widzę dwie ciem­no czer­wo­ne krop­ki. –> Wy­cią­gam dłoń przed sie­bie i widzę dwie ciem­noczer­wo­ne krop­ki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne. Spodobał mi się pomysł na czipowe kradzieże snów. Wprawdzie też nie załapałam rzeczy, które wyjaśniasz w komentarzu, ale miałam poczucie, że zapoznałam się z sensowną historią.

To, że bohater widzi kropki na szyi Burego, jeszcze nie oznacza, że Bury mu wierzy – on ich nie widzi. A matki w takiej sytuacji można nie chcieć budzić z różnych powodów – może jest słabego zdrowia i lekarz zabronił jej denerwować.

Babska logika rządzi!

Ja zrozumiałam wszystko poza rolą matki. Myślałam, że jest słaba psychicznie albo chorowita, nie radzi sobie z emocjami. Dlatego bardzo spodobało mi się jej wejście, chciałabym zobaczyć, jak doprowadza wszystko do porządku.

Kobiety rządzą! :D

Sam pomysł czipów i kontrolowanych snów bardzo mi się podoba. Popracowałabym jedynie nad wyrazistością głównych bohaterów i w sumie tyle. 

W przeciwieństwie do poprzednich komentujących, nie wydaje mi się, żeby nie były tu wyjaśnione jakieś ważne aspekty utworu, a ze względu na – preferowane zresztą na tym portalu – krótkie formy, nie wszystko trzeba wyjaśniać dobitnie. Logika logiką, oczywiście, ale czasami musimy po prostu przyjąć do wiadomości zasady wymyślonego przez autora świata. 

Jeszcze zanim zacznę pisać komentarze do ścieżki B…

czasami musimy po prostu przyjąć do wiadomości zasady wymyślonego przez autora świata

O jak ja się cieszę, że ktoś to napisał. Co prawda nie w kontekście tego opowiadania, bo tu zastrzeżenia mam, ale w skali ogólnego podejścia do tekstów. Czasem zapominamy, że świat alternatywny jest… światem alternatywnym.

 

Trochę trzeba przyjąć, ale bez przesady. Świat, w którym bohaterowie mówią z błędami ortograficznymi, będzie miał u mnie bardzo pod górkę. Podobnie z zasadami fizyki. OK, może wyłączyć tę czy tamtą regułę, ale trzeba to pokazać w tekście.

Babska logika rządzi!

mówią z błędami ortograficznymi

Kiedy ostatni raz słyszałaś ludzi, u których w wymowie słychać różnice miedzy “ch” a samym “h”? Bo wbrew pozorom pierwotnie różnica była (takie lekkowyczuwalne “k” w “ch”) ;-)

 

No właśnie. Byki ortograficzne są bez sensu (co innego w liście pisanym przez dyslektyka lub Jasia z dowcipów) i nie ma co tego zwalać na świat. Trzeba odróżniać niedoróbki autora od oryginalnych koncepcji.

Ja tego nigdy nie słyszałam, ale mnie słoń na ucho nadepnął.

Za to widziałam w jakimś tekście, że bezzębny bohater seplenił (OK, to zrozumiałe) i zamieniał “rz” na “ż” (a to już bez sensu).

Babska logika rządzi!

Mnie nadepnął, a jednak miałem okazję u niektórych starszych ludzi słyszeć (zwłaszcza w przypadku zbitki “chrz”). A rz i ż też podobno kiedyś różnie wymawiano (rz jako coś zbliżonego do rż).

“Dobiega mnie z wewnątrz. Uspokajam oddech. Słyszę zbliżające się kroki. Drzwi otwierają się do wewnątrz.”

 

“paskudny peerelowski dywan przyjmuje mnie swoje objęcia.” – w objęcia

 

Są tu elementy, które mi się podobają, przede wszystkim spodobał mi się początek (naprawdę fajny wstęp!), ale potem im dłużej czytałam, tym mniej mi się podobała i fabuła, i główny bohater. Podoba mi się sam pomysł na elektroniczne mieszanie w snach, oraz początkowa sugestia wampiryzmu, który okazuje się czymś innym, ale intryga jest taka mocno naciągana i chaotyczna. Co może nawet jakoś bym przełknęła, gdyby nie to, że bohater im dalej w wydarzenia, tym bardziej agresywnie, nerwowo i neurotycznie się zachowywał. Budził przez to coraz mniej sympatii, przynajmniej w moich oczach.

Myślę, że całości zaszkodził limit. Wprowadzasz kilkoro bohaterów, którzy nie są zbyt dobrze zarysowani, a przez to ich przygody przyjęłam… no, raczej obojętnie. Szkoda, bo po początku spodziewałam się czegoś fajnego, hm, obyczajowo, z elementem fantastyki, a zmieniło się to w jakąś niezbyt porywającą rozróbę. Może spróbujesz napisać coś bardziej obyczajowego? Bo wciąż wracam myślami do tego jakie fajne jest otwarcie, zarysowanie relacji między braćmi itp. ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ciekawy pomysł na świat, choć mam wrażenie, że limit trochę zaszkodził fabule. Dobry jest pierwszy twist – z obyczajówki w fantastykę i to, kim jest ojciec. Potem troszkę się rozłazi, a zakończenie urywa się. No i za dużo nakomplikowałeś: postacie mnożą się, a limit ucieka, więc w sumie byłam skołowana kto, kogo, dlaczego, po co.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Skuul, bardzo się cieszę. To ja dziękuję za przeczytanie!

Reg, cóż mogę powiedzieć? Moja wina. Niestety trochę się rozpędziłem i nie udało mi się zmieścić wszystkiego w limicie. Ale dzięki za przeczytanie i łapankę!

Finkla, super, że fajne! Niezmiernie cieszy mnie Twoje zaufanie, że pomimo braku wszystkich informacji uznałaś, że w tekście jest jakaś logika i sens. ;) Może lekarz zabronił mamie się denerwować ze względu na innych, a nie na nią. ;)

Firiel, dziękuję! W końcu ktoś uznał, że nawet kiedy nie wszystko jest wyłożone na tacy i na swoim miejscu, to nadal można odczuć jakąś przyjemność z lektury! Bardzo mi miło, że Ci się podobało i że przyjęłaś zasady tego świata!

wilku, to już wiem skąd jest ten piękny wiejski krzan!

jose, przykro mi niezmiernie, że rozczarowałem, ale przynajmniej początek podobał Ci się na tyle, by dać się rozczarować do końca. ;) No nie ukrywam, że mamy tu raczej przykład antybohatera, który taki miał być od samego początku. Limit mnie przydusił bezlitośnie, ale postanowiłem z nim walczyć i… wyszło, co wyszło. ;) Obyczajówkę, taką nie do końca, ale zdecydowanie bliżej niż to, napisałem (”Nie budź mnie, gdy zasnę”). Może bardziej przypadnie Ci do gustu. Jak znajdziesz czas, to zapraszam, chętnie przeczytam co myślisz. A opowiadanie o braciach? W sumie ma to potencjał. :)

drakaino, mnie te limity ogólnie coś szkodzą. ;) Ale miło, że chociaż początek Ci się podobał i uznałaś za ciekawy. Potem, no cóż. Może gdybym napisał w przedmowie, że tekst wymaga trochę więcej uwagi i dopowiedzenia sobie pewnych rzeczy, odbiór mógłby być lepszy. A tak, to cóż. Może następnym razem (nie wiem, który już raz to piszę na tym forum)!

 

Bardzo Wam wszystkim dziękuję! Wezmę się za te poprawki, naprawdę! Jak tylko znajdę dłuższą, wolną chwilę…

Jeden z pierwszych tekstów ze ścieżki B.

Fantastyka: jest. Motyw snu: jest.

 

Powiem szczerze, że o ile „Niedokończona sprawa Poltera Gaista” bardzo mi się podobała, to „Złodziej snów” już niekoniecznie. A gdybym nie wiedział, ze Ty to Ty, to w życiu bym nie powiedział, ze oba teksty są jednego autora.

Na plus jest początek opowiadania. Taka jakaś atmosfera małego, późnoprlowego miasteczka. A potem wszystko zaczyna się rozsypywać, zarówno treścią, jak i formą. Fabuła momentami sprawia wrażenie, jakby wyszarpano z niej spore fragmenty, niektóre rzeczy nie bardzo wiadomo z czego wynikają – i bynajmniej nie są to zagadki do rozwikłania, czy niedopowiedzenia pozwalające na interpretację. Widać, że był pomysł, ale wyszły z tego jakby wyszarpane fragmenty filmu. Nie wiem, mam wrażenie, że to się nie trzyma całości.

 

W komentarzach pod „Niezałatwioną sprawą” napisałeś, ze nie służą Ci limity. „Niezałatwiona sprawa” jako szort sprawdza się znakomicie. „Złodziej snów” w ogóle nie powinien być szortem – może wtedy byłoby spójne.

 

Myślę, że kiedyś wrócę do podobnego klimatu i sposobu narracji, ale zwrócę większą uwagę, by czytelnik miał szansę zrozumieć, co mu chcę przekazać. Dzięki, wilku!

Dobre, dobre, dobre. :) Fajny klimat, aż trochę żałuję tych telefonów, bo pasuje mi świetnie do końca lat osiemdziesiątych. Trafione w punkt dialogi pomiędzy braćmi, spodobały mi się. Dobre otwierające zdanie. :)

Gdy dzieje się coś złego, nie ma nic gorszego niż rodzina.

Ale poniższe podobało mi się najbardziej. :)

Wstaje niepewnie i szuka spodni. Ubiera się szybciej niż się spodziewałem, ale wolniej niż tego potrzebuję.

Dynamiczna akcja, ciekawy pomysł, fajni bohaterowie, także drugoplanowi. Widać, że w obyczajówce czujesz się mocny. :)

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Opinie pozostałej dwójki jurorów trafiły na e-maila.

Przypomniał sobie[+,] jak mam na imię.

Mnie się podobało.

Fajny motyw ze złodziejem snów, choć przyznaję, że nieco zmylił mnie ten fragment:

Dostrzegam dwie zaschnięte krople krwi.

Tym lepiej, że rozwiązanie zagadki nie okazało się tak oczywiste. Gdyby poszło w kierunku wampirów, byłabym rozczarowana.

Nie zrozumiałam też roli matki, tutaj też udało Ci się mnie zaskoczyć, więc kolejny plus.

I czytało mi się bardzo dobrze.

Fajne :)

Nowa Fantastyka