- Opowiadanie: ANDO - Ile człowieka w sowie?

Ile człowieka w sowie?

Opowiadanie miało powędrować na konkurs. Z racji awataru, nie wypadało nie skrobnąć czegoś o sowach. Okazało się, że tekst się rozrósł, a deadline minął. Przedstawiam to, co ostatecznie wyszło z pierwotnego pomysłu.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Ile człowieka w sowie?

Konrad spojrzał na podświetlaną tablicę z kursami walut.

„Euro ostatnio słabnie” – pomyślał. – „Teraz odkupiłbym te auta z Niemiec w dobrej cenie. Ech, szkoda”.

Postanowił sprawdzić jeszcze dolary i franki. Przekrzywił głowę, żeby objąć wzrokiem nowy fragment tablicy.

„Bez sensu! I tak niczego nie kupię! Za późno!”

Bezszelestnie wzbił się w górę. Poszybował nad kamienicami pogrążonymi w mroku.

*

Noc dopiero obejmowała we władanie miasto. Otuliła je czarnym płaszczem, ale on widział dokładnie każdy detal. Odgłosy dochodzące z dołu przypominały głośny koncert orkiestry, która zapomniała nastroić instrumenty.

Ssący głód wzmagał się z każdą chwilą. Konrad popatrzył tęsknym wzrokiem na neon włoskiej restauracji, w której do niedawna stołował się niemal codziennie. Od kilku dni miał do wyboru całkiem inne menu: mysz w sosie własnym, szczura prosto z nory, ewentualnie ćmy na surowo. O ile sam je upolował.

Na chwilę zapomniał o jedzeniu, gdy dostrzegł sportowe auto, mknące po głównej ulicy. „Model z 2017 roku”. – Rozpoznał od razu. – „Ciekawe, co się stało z moim nowym BMW?”

Mocne skrzydła bezgłośnie niosły go w dal.

„Wszystko się skończyło” – pomyślał, przelatując nad budynkiem komisu samochodowego, który kiedyś prowadził. Ściskało go w piersiach z rozpaczy, kiedy myślał o wcześniejszym życiu.

Głód stawał się coraz dotkliwszy. Konrad dotarł na przedmieścia, do parku. Leciał nisko nad ziemią. Nie lubił polowań, ale nie miał wyboru. Bez trudu łowił uchem odgłosy nocy, dźwięki docierały z niewiarygodną siłą. Gryzonie chrobotały jak szalone. Nagle Konrad zapikował w dół. Pudło! Obiad zdążył czmychnąć do norki. Trzeba wszystko zaczynać od początku. Przyczajenie się. Nasłuchiwanie. Lokalizacja. Kolejny atak. Znów zabrakło ułamków sekundy. Powrót na pozycję…

Udało się dopiero za czwartym razem. Mysz szamotała się w szponach. Konrad ledwie opanował obrzydzenie. Żołądek rozpaczliwie domagał się posiłku.

Powróciły wspomnienia niedawnych wydarzeń: firmowe przyjęcie, na którym doskonale się bawił, kolorowe drinki z parasolkami i huczące z głośników przeboje dyskotekowe. Dużo rozmawiał z nową sekretarką, ciągle pamiętał zapach jej waniliowych perfum i zgrabne nogi w błyszczących rajstopach. Zaprosił dziewczynę na parkiet. Kiedy zaczęli tańczyć, nagle poczuł palący ból w piersiach. Osunął się na podłogę, w pustkę i ciemność.

Gdy się ocknął, siedział na strychu opuszczonego domu. Z przerażeniem oglądał swoje skrzydła i szpony. Nie miał pojęcia, dlaczego się zmienił. „To tylko sen. Zaraz się obudzę” – myślał. Chciał krzyczeć, ale z jego gardła wydobyło się tylko skrzekliwe „kriii”, niczym skarga na okrutny los. Sam nie wiedział, jak doleciał na cmentarz, do rodzinnego grobu. Kiedy tam dotarł, z wrażenia o mało nie zleciał z gałęzi. Na tablicy, obok imion i nazwiska rodziców, zobaczył własne, razem z datą śmierci. W jego głowie kołatało mnóstwo pytań, na które dotąd nie znalazł odpowiedzi.

Gdy Konrad zaspokoił głód, poleciał do dawnego mieszkania. Chciał jeszcze raz popatrzeć na znajome miejsce. Usiadł na parapecie. Zdziwił się, kiedy zobaczył wewnątrz światło. Nie spodziewał się zastać nikogo, bo od wielu lat mieszkał sam. Jednak ktoś chodził po kuchni. Młoda kobieta. Poznał ją od razu, chociaż minęły blisko dwa lata, odkąd spotkali się ostatni raz.

„Nic się nie zmieniłaś, siostro” – pomyślał.

Patrzył, jak kobieta wyrzuca do worka spleśniałą zawartość chlebaka, a później sprząta lodówkę.

„Ona pozbywa się moich rzeczy. Pewnie dostała mieszkanie w spadku. Na pewno je sprzeda”. Był rozgoryczony. Siostra wtargnęła do jego ukochanego azylu i brutalnie go zmieniała. Nie chciał tego oglądać. Pofrunął w noc, która wydała się jeszcze bardziej pusta i nieprzyjazna niż zwykle.

Doleciał na cmentarz. Kolejny raz próbował porozumieć się z innymi sowami. Szukał takich jak on, dusz zagubionych w ciałach ptaków. Do tej pory nie znalazł ani jednej. Otaczały go zwykłe sowy, które myślały tylko o jedzeniu i składaniu jajek.

Zawiedziony Konrad odfrunął. Głośnym „kriii” wykrzykiwał cały żal. Miotał się od drzewa do drzewa, bez celu, aż przysiadł zmęczony na jakimś pomniku. Spojrzał na tablicę i przeczytał, że pieczara należy do rodziny Łańskich.

„Nie do wiary! Tutaj leży Seweryn!” – pomyślał. Poweselał na wspomnienie ekscentrycznego adwokata. Przypomniał sobie, jak bardzo brakowało mu przyjaciela, odkąd tamten zginął po zderzeniu z TIR-em. A jednak nawet nie znalazł czasu, żeby pójść na pogrzeb.

– Uprasza się nie zanieczyszczać pomnika – powiedział szary puszczyk, strosząc pióra. Głos zabrzmiał znajomo.

– Seweryn? – Nie dowierzał.

– Odpowiedź na to pytanie jest co najmniej skomplikowana. A ty kim jesteś? – Puszczyk podleciał bliżej i usiadł obok, wpatrując się w niego badawczo.

– Konrad Jarcyk. Pamiętasz?

– Oczywiście – odparł puszczyk. – Witaj, druhu! Miło cię widzieć.

– Nie wierzę! Ale numer! – Ucieszył się Konrad. Uściskałby Seweryna, gdyby tylko mógł.

– Wreszcie wolny od orki w komisie, prawda? – zauważył puszczyk.

– Na to wygląda. Od dawna jesteś… tym?

– Od śmierci. Zdążyłem się trochę rozejrzeć. Chodź, pokażę ci dobre strony naszej przemiany.

*

Konrad leciał za przyjacielem, który pokazywał mu, gdzie znajdzie najlepsze tereny łowieckie i kryjówki.

– Uważaj na cmentarzu. Krąży tam ostatnio taki świr ze strzelbą, który poluje na ptaki – tłumaczył puszczyk.

– A może właśnie powinienem dać się zabić? Wtedy byłbym wolny.

– Na to nie licz. Jeśli zginiesz, staniesz się potępiony – stwierdził przyjaciel. – Wiesz, że ludzie boją się sów? Myślą, że przynosimy śmierć. Pokażę ci coś. – Przysiadł na parapecie i zapukał dziobem w okno.

Zza zasłony wyjrzała kobieta w papilotach.

– O matko! Sowa! Zły znak! – zawołała. Wyglądała na przerażoną.

Przyjaciele szybko odlecieli.

– Teraz ja! – Konradowi spodobała się ta zabawa. Zastukał do następnego okna. Przestraszył jakiegoś nastolatka. Później zapukał w szybę mieszkania na poddaszu. Jakaś kobieta krzyknęła, po czym szybko schowała się w głębi domu.

Ptaki śmiały się z dowcipu. Rozlegało się głośne „hu-hu”, przeplatane przeciągłym „kriii”.

– Dawno tak dobrze się nie bawiłem! – stwierdził Seweryn, kiedy usiedli na dachu. – Cały świat mamy u stóp. Taka przenośnia, rozumiesz?

– Przestań – westchnął Konrad. – Wiesz, kto i dlaczego nas zmienił? Widziałeś jakiegoś anioła? Boga?

– Nie. Ale słyszałem co nieco od pewnego polityka, którego spotkało to samo, co nas. Powiedział, że to kara. Spada na tych, którzy nie byli ludźmi za życia. Muszą stać się nimi po śmierci, jako sowy. Wtedy się uwolnią, a ich dusze spokojnie odejdą w zaświaty.

– Co niby musimy zrobić?

– Nie mam pojęcia. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego akurat mnie to spotkało – mówił Seweryn. – Przecież pamiętasz, jak ceniłem uczciwość w pracy.

Konrad miał pewne podejrzenie, dlaczego przyjaciel został sową, ale postanowił to przemilczeć.

– Może po prostu chodzi o pozamykanie starych spraw – stwierdził dyplomatycznie. – Muszę kogoś odwiedzić, wyrównać rachunki. Polecisz ze mną, czy jesteś zajęty?

– Jak by ci tu powiedzieć… Cały notes mam wolny. Dziwne, prawda?

Konrad poprowadził przyjaciela do willi dawnego wspólnika, który akurat wyprawiał przyjęcie w ogrodzie. Ustawione na trawie stoły uginały się od jedzenia i trunków. Goście pochłaniali smakołyki, rozmawiali, śmiali się głośno.

– Widzisz tego faceta w niebieskim garniturze? Oszukał mnie na sporą sumę – powiedział Konrad. – Zamierzam zrobić desant.

– Nie przystoi – stwierdził Seweryn. – Ale zabawa będzie przednia.

Podlecieli blisko eleganckiego mężczyzny, który właśnie podniósł się zza stołu, żeby wznieść toast. Zadzwonił łyżeczką o szklankę.

– Proszę o ciszę! – zawołał. Chwilę trwało, zanim goście umilkli i wszystkie oczy zwróciły się na niego. Wtedy ptaki rozpoczęły bombardowanie.

– O, świnie! – krzyknął mężczyzna, usiłując wyczyścić garnitur i włosy z ptasich odchodów.

Przyjaciele oddalili się szybko, chichocząc po swojemu.

– Tak sobie myślę, może z tą sową w człowieku chodzi o to, żeby zrobić coś dobrego? – zaczął Konrad. – Odkupić jakąś winę z życia, czy coś?

Puszczyk-Seweryn nagle zahamował w locie. Usiadł na dachu kamienicy. Sowa przycupnęła obok przyjaciela.

– A zrobiłeś komuś takie prawdziwe draństwo? – zapytał Seweryn.

– Wiesz, święty nie byłem, ale nic takiego sobie nie przypominam.

– Ja też nie.

– A twoja żona? – wyrwało się Konradowi.

– Przecież Kalina żyje w luksusie za moje pieniądze i pewnie sprowadza kochanków, jak zwykle!

– Coś ty! Ona świata poza tobą nie widziała, od samego początku. A ty ciągle ją podejrzewałeś, śledziłeś – powiedział Konrad, zanim zdążył ugryźć się w język.

Seweryn nastroszył pióra. Wyglądał, jakby chciał go zaatakować.

– Za to ty miałeś wszystkich w nosie. Liczyłeś się tylko ty sam, twoja praca, interesy i pieniądze. Nigdy nikomu nie pomogłeś! Cholerny egoista! – krzyknął.

– A w dziób chcesz?! – zawołał Konrad, przybierając bojową pozę.

Seweryn mierzył go wzrokiem w milczeniu.

– Nie będę się z tobą bił. Żegnam ozięble – powiedział, po czym odfrunął.

Konrad został sam na dachu. Słowa przyjaciela przypomniały mu o pieniądzach.

„Wszystkie karty i dane do kont zostały w ukrytym sejfie, w mieszkaniu. Moja siostra nigdy ich nie znajdzie. W sumie, co mnie to obchodzi…” Przypomniał sobie, jak Kasia poszła do pierwszej klasy. On już wtedy chodził do czwartej. Jako starszy brat, bronił jej przed łobuzami i przyprowadzał ze szkoły.

„Ostatnio nasze drogi zupełnie się rozeszły. Cóż, życie” – pomyślał. Rozglądał się, czy przyjaciel nie wraca, ale nie zobaczył go.

 – Gdybym chociaż mógł znów popracować w komisie – westchnął.

*

Następnej nocy Konrad zaczął szukać przyjaciela. Poleciał do wszystkich miejsc, o których opowiadał mu Seweryn. Odnalazł go na drzewie, przed dawnym domem. Obok puszczyka siedziała niewielka, szara sowa.

 – Mówię ci. Damy radę. – Seweryn przekonywał rozmówcę.

– Nie mogę – odpowiedział nieznajomy, po czym odleciał.

– Poczekaj! Nie zostawiaj mnie tak! – wołał Seweryn, ale szara sowa nie posłuchała.

Konrad przypatrywał się temu z oddali. Kiedy przyjaciel został sam, postanowił z nim porozmawiać.

– Przepraszam – powiedział na powitanie.

– A, to znowu ty – mruknął Seweryn. – Cóż, miałeś dużo racji. To ja powinienem prosić cię o wybaczenie.

– Nie ma o czym mówić. Widziałem, że masz nowego znajomego.

– Ma na imię Robert. Zmienił się wczoraj, trochę się nim opiekuję. Prosiłem go, żeby mi pomógł, ale się bał.

– Może ja dałbym radę – zaproponował Konrad.

– Dobrze. – Seweryn opowiedział mu, co planuje. Zamierzał zostawić żonie list.

– Muszę jej powiedzieć, żeby nie zamartwiała się dłużej i znalazła sobie kogoś. Nie mogę patrzeć, jak ona ciągle płacze – mówił Seweryn. – Niestety, tym nie da się nijak utrzymać długopisu. – Wyciągnął przed siebie szponiastą nogę, mało nie fiknąwszy z gałęzi.

– Pomogę ci – zdecydował Konrad.

Razem pofrunęli bliżej okna. Żona adwokata siedziała w salonie. Przeglądała w laptopie zdjęcia.

– Jeśli jeden z nas odciągnie ją do innego pokoju, drugi zdąży napisać list na komputerze – powiedział Seweryn.

– Dobrze, ja ją zajmę, a ty pisz – zdecydował Konrad. Bał się, ale czuł, że musi pomóc przyjacielowi. Wleciał do kuchni przez otwarte okno. Zepchnął z szafki popielniczkę pełną niedopałków. Dźwięk tłuczonego szkła sprawił, że żona adwokata przybiegła do kuchni. Kiedy zobaczyła, co się stało, złapała ścierkę i zaczęła gonić Konrada. Szamotał się po pomieszczeniu, obijając się o szafki. Kątem oka zobaczył, że w jego stronę skrada się kot. Wyfrunął na zewnątrz dosłownie w ostatniej chwili.

Nieco później z salonu wyleciał Seweryn.

– Ledwo zdążyłem! – zawołał uszczęśliwiony. – Napisałem Kalinie, żeby nie płakała, tylko sobie kogoś znalazła, bo chcę, żeby była szczęśliwa.

– Myślisz, że odkupiłeś swoją winę?

– Raczej nie, podobno wtedy dusza opuszcza ciało sowy. A moja ciągle tu siedzi. Ale wcale nie o to chodziło, żeby się uwolnić. Kalina dużo przeszła ze mną. Powinna zaznać trochę szczęścia.

Tego ranka schronili się we wspólnej kryjówce. Przycupnęli obok siebie na poddaszu starej kamienicy. Zrobiło się jakby trochę cieplej i mniej pusto.

*

Konrad był rozczarowany. Pomysł z winą i odkupieniem nie zadziałał. Minęło sporo dni, a Seweryn nadal pozostał puszczykiem. Razem latali do domu jego żony, ale nic się nie zmieniło, poza tym, że zamykała okna.

– Chodźmy coś zjeść, Kalina i tak śpi – zaproponował Konrad którejś nocy.

– Niech będzie – westchnął Seweryn. Niechętnie odfrunął.

Polecieli na cmentarz. Usiedli na gałęziach, blisko starej kapliczki, gdzie zwykle zbierały się sowy. To miejsce obfitowało w pożywienie. Konrad zaczął nasłuchiwać. Bez trudu zlokalizował kilka gryzoni. Zastygł w bezruchu.

– Zobacz, tam siedzi Robert – powiedział Seweryn.

Słowa przyjaciela sprawiły, że całe skupienie gdzieś uleciało. Konrad spojrzał na szarą sowę, która zajęła miejsce niedaleko nich.

– Ten chłopak jest bardzo samotny. Zginął nagle, ciągle nie rozumie, co się z nim dzieje. Powinniśmy mu pomóc – mówił Seweryn.

– Ciiii – szepnął Konrad. Obiad obchodził go znacznie bardziej niż Robert.

Znów zaczął nasłuchiwać. Mysz chrobotała obiecująco blisko. Nagle usłyszał jeszcze jeden, niepokojący dźwięk.

– Człowiek. Idzie tu. Chodu! – zdążył zawołać, kiedy rozległ się głośny wystrzał, a za nim następny.

Przestraszone ptaki wzbiły się w niebo z głośnym krzykiem. Konrad uciekał na oślep, byle dalej od niebezpieczeństwa. Wtem zorientował się, że nigdzie nie ma Seweryna. Wołał go, ale przyjaciel przepadł. Zawrócił, pełen najgorszych przeczuć. Schował się między gałęziami. Zobaczył, że mężczyzna ze strzelbą podchodzi do nieruchomego ciała sowy z szarymi piórami.

– Seweryn?! – zawołał Konrad. „Przyjacielu, nie możesz mnie teraz zostawić!” Sparaliżowany strachem patrzył, jak myśliwy upycha sowę do plecaka i ucieka.

Dopiero po dłuższej chwili ktoś wylądował obok. To był puszczyk.

– Próbowałem wołać, żeby uciekał – jęknął Seweryn. – Ale nie słuchał. Myśliwy go ustrzelił. Robert będzie potępiony, pewnie pójdzie do piekła. Nie zdołałem go ochronić!

– To straszne, ale może nie tak bardzo jak to, co nas dotknęło – powiedział Konrad. – Nie lituj się nad nim, tylko nad nami!

– Nie przesadzaj. Ty wciąż masz szansę, a on? Biedny chłopak – westchnął Seweryn.

Chwilę później stało się coś dziwnego. Przyjaciel nagle przestał mówić.

– Co ci jest?! – zawołał przestraszony Konrad.

– Kto ty? – zapytał puszczyk.

– Przecież znamy się od dawna! Musisz mnie pamiętać!

– Nie znam. Jeść! – zawołał puszczyk, po czym odleciał.

Konrad nie gonił go. Zrozumiał, że przyjaciel jest już wolny, bo jego dusza opuściła ciało sowy. A on znów został sam.

*

Konrad nie mógł znaleźć sobie miejsca. Szybko przekąsił co nieco, po czym poleciał do dawnego mieszkania. Chciał chociaż popatrzeć na znajome kąty. Wylądował na parapecie. Tęsknym wzrokiem zerkał do środka. Zdziwił się, bo siostra wcale nie usunęła rzeczy po nim. Wszystkie pamiątki zostały. Kasia siedziała w fotelu. Trzymała w rękach jego fotografię. Po policzkach kobiety spływały łzy.

Wleciał do środka przez otwarte okno. Widział zdziwienie siostry. Zanim zdążyła zareagować, nacisnął przycisk ukryty nad regałem. Otworzył sejf za obrazem, po czym ruszył z powrotem.

– Poczekaj! – zawołała kobieta. Nawet nie spojrzała na otwarty schowek.

Konrad usiadł na regale i przekrzywił głowę. Siostra patrzyła na niego. Jego mała Kasia.

– Braciszku – szepnęła. – Czuję, że to ty.

Wiedział, że niebezpiecznie jest zbliżać się do człowieka. Ale nie mógł się powstrzymać. Sfrunął na poręcz krzesła, niedaleko siostry. Żałował, że ona nie rozumie języka sów.

– Szkoda, że nie zdążyliśmy spędzić razem więcej czasu. Pamiętasz, obiecałeś przyjechać w najbliższe święta – powiedziała przez łzy.

On też miał ochotę płakać, ale nie mógł. Miał wrażenie, że za chwilę jego serce rozpadnie się na kawałeczki. Poczuł, jak bardzo zależało mu na siostrze. Nie rozumiał, dlaczego tyle czasu spędził w pracy, z daleka od rodziny. Przypomniał sobie te wszystkie telefony od schorowanych rodziców, a później od Kasi. Chcieli go widzieć, czekali, a on ciągle nie miał czasu. Wciąż odkładał na później moment odwiedzin u siostry, a w końcu nie zdążył wcale jej zobaczyć.

Ogarnęła go rozpacz, że nie zdoła już tego odwrócić. Chciał pocieszyć siostrę, powiedzieć, że żałuje, ale wydobył z siebie tylko smętne „kriii”. Czuł, że brakuje mu tchu w piersiach. Musiał się wydostać na świeże powietrze. Wyleciał na zewnątrz, ale usiadł na parapecie, żeby jeszcze raz zobaczyć siostrę.

– Jeśli jesteś Konradem, odezwij się – powiedziała.

„Nie mogę pozwolić, żeby od tej pory ciągle na mnie czekała. Kasia musi myśleć, że to wszystko stało się przypadkiem. Przynajmniej tyle mogę dla niej zrobić” – pomyślał.

Walczył ze sobą, desperacko chciał zostać z siostrą, pocieszyć ją, albo chociaż popatrzeć na nią jeszcze przez chwilę. Skrzydła ciążyły, jak nigdy dotąd. Ledwie zdołał wzbić się do lotu.

Poczuł, jak ogarnia go spokój. Wspomnienia ludzkiego życia ulatywały w mrok, zacierały się, aż zupełnie zniknęły. Sowa płomykówka krążyła nad dachem kamienicy, a później ruszyła na polowanie.

 

ANDO

Koniec

Komentarze

Ładny tekst. Spodobał mi się pomysł pokutowania w ciele sowy.

Bohaterowie dają radę (chociaż nie rzucają na kolana). Jakoś tam ich charakteryzujesz. Musieli się chłopcy nieźle bawić na balandze. ;-)

Fabuła też w porządku.

I napisane całkiem, całkiem. Misie.

Babska logika rządzi!

Finkla, dziękuję za komentarz. Cieszę się, że spodobał Ci się pomysł z sowami.

Konrad spojrzał na podświetlaną tablicę z kursami walut.

„Euro ostatnio słabnie” – pomyślał. – „Teraz odkupiłbym te auta z Niemiec w dobrej cenie. Ech, szkoda.”

Konrad postanowił sprawdzić jeszcze dolary i franki. Przekrzywił głowę, żeby objąć wzrokiem nowy fragment tablicy.

„Bez sensu! I tak niczego nie kupię! Za późno!”

Konrad bezszelestnie wzbił się w górę.

Niepotrzebnie powtarzasz. Nie zmieniasz podmiotu, więc możesz wyrzucić imię z drugiego zdania.

Głośnym „kriii” wykrzykiwał cały żal.

Takie “kriii” nie wygląda zbyt dobrze. Czemu po prostu nie skrzekiem? Czy co tam sowy robią?

Czuję,że to ty.

Brak spacji po przecinku.

 

Stanowczo za wiele razy pada Konrad. Zabrakło synonimu, innego określenia. Seweryn chociaż został przyjacielem, a Konrad jest Konradem bez przerwy. Poza tym często też zupełnie niepotrzebnie oznaczasz go jako podmiot.

Fabuła nie powala, ale jest całkiem w porządku. Takie szukanie odkupienia. Konsekwentnie wykonany pomysł, napisane w porządku. Bez wodotrysków w fabule i opisach, ale i bez bólu. Seweryn był momentami całkiem zabawny.

Nawet, nawet. ;)

AC, poprawiłam już część usterek. Nie mogę znaleźć żadnego synonimu do Konrada. Właściciel komisu lub bohater brzmiałyby trochę sztucznie. Myślałam też o napisaniu Konrad-sowa, a później zastępowaniu imienia wyrazem sowa, ale też mi zgrzytało. Usunęłam część “Konradów”. 

Odgłosy sów opisałam zgodnie z nagraniami. Płomykówka wydaje z siebie coś podobnego do “kriii”, a puszczyk “hu-hu”. Chciałam, żeby wyszło realistycznie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Sympatyczny tekst. Fabularnie nic nowego, ale przedstawieni sytuacji oraz bohatera jet na tyle ciekawe, że wciąga. Podobnie podoba mi się kombinowanie nad rozwiązaniem sytuacji – bohater i jego wspólnik nie czekają, tylko działają.

Sam język narracji może nie jest jakiś szczególnie wyszukany, ale dobrze się go czytało.

Tak więc niezły koncert fajerwerków, taki akurat do obiadu :) Stąd kliczek.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

drakaina, dzięki za odwiedziny.

 

NoWhereMan, cieszę się, że dostrzegasz pozytywne strony mojego opowiadania. Po komentarzach do ostatniego tekstu gruntownie je przebudowałam. Pewnie jeszcze dużo pracy przede mną. Dziękuję za klik.

Całkiem miła bajka dla dorosłych z wiele mówiącą sugestią, żeby dobre uczucia okazywać za życia, bo potem może być za późno.

Czytało się nieźle, ale zgodzę się z ac – powtórzenia przeszkadzają, zwłaszcza Konrad, pojawiający się grubo ponad pięćdziesiąt razy.

 

Ech, szko­da.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszym ciągu opowiadania.

 

a póź­niej bie­rze się za sprzą­ta­nie lo­dów­ki. –> …a póź­niej zabiera się do sprzą­ta­nia lo­dów­ki.

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

Muszę kogoś od­wie­dzić,wy­rów­nać ra­chun­ki. –> Brak spacji po przecinku.

 

– A twoja żona? – Wy­rwa­ło się Kon­ra­do­wi. –> – A twoja żona? – wy­rwa­ło się Kon­ra­do­wi.

 

Na­zy­wa się Ro­bert. –> Na­ imię ma Ro­bert.

 

– Bra­cisz­ku! – szep­nę­ła. –> Skoro szepnęła, to co tu robi wykrzyknik?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem miłe i sympatyczne opowiadanie. Fajnie się czytało. No i co mi się spodobało, to to że tekst wciąga. Niektóre opowiadania ciągną się jak flaki z olejem zanim nabiorą rozpędu i czasami w połowie rezygnuje z dalszego czytania, a tu wręcz przeciwnie, miło, lekko i wciągająco jak pyszny serniczek po obiedzie.

Tomasz R. Czarny, dziękuję za komentarz. Cieszę się, że serniczek smakował.

 

regulatorzy, od czasu komentarza AC poprawiłam tekst, a teraz drugi raz naniosłam zmiany. Część “Konradów” została, chociaż znacznie mniej w porównaniu z pierwszą wersją. Nie mogę znaleźć innej nazwy dla bohatera poza imieniem. Mogłabym nadać mu pseudonim, ale to by źle brzmiało. Mężczyzna też odpada, bo to ptak. Kilka razy użyłam słowa “sowa”, ale nie pasuje rodzaj. Będę wdzięczna za podpowiedź, jak postąpić w takiej sytuacji.

Niby nic wielkiego, ale tekst jest napisany stylem przejrzystym, klarownym, a sama historia, choć prosta i mało zaskakująca, zupełnie porządna. 

Sympatyczne opowiadanie. Zdecydowanie masz potencjał, bo choć daleko mi do zachwytów (podobnie jak w przypadku tego opowiadania o jasnowidzu, chociaż tam chyba komentarza nie zostawiłem) to jestem pewien, że każdy kolejny tekst będzie lepszy. Fabułę potrafisz prowadzić dobrze, styl masz, jak pisałem wyżej, poprawny i przejrzysty, a to dobrze, bo nie próbujesz na siłę upiększać i udziwniać, nie mając do tego (jeszcze) odpowiednich narzędzi. Stąd tylko krok do rozwinięcia własnego stylu, do pisania naprawdę pięknie i bawienia się słowem, nie tylko opowiadania historii. Jesteś na bardzo dobrej drodze. 

Aha, ten fragment pisany kursywą, to chyba kursywą jest niepotrzebnie. Facet (sowa, znaczy) po prostu wspomina, właściwie nie zmieniając rytmu i rodzaju narracji. Fragment praktycznie nie różni się od głównego, narracyjnego bloku.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ando dopiero teraz zauważyłam Twój post. W wolnej chwili postaram się wpaść tu jeszcze raz i pomyśleć nad Konradem. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

thargone, dziękuję za motywujący komentarz i za klik. Mam pomysł na kolejne opowiadanie, muszę go jeszcze dopracować.

sama historia, choć prosta i mało zaskakująca

Może właśnie nad tym powinnam się teraz skupić.

nie próbujesz na siłę upiększać i udziwniać, nie mając do tego (jeszcze) odpowiednich narzędzi

Czy chodziło o chwyty stylistyczne, czy bardziej o rzeczy typu: zaskoczenie czytelnika, twisty, konstrukcja?

Czytam poradniki kreatywnego pisania, ale bardziej pod kontem powieści.

 

regulatorzy, chętnie zapoznam się z Twoją opinią. Zauważyłam, że problem z nazwaniem bohatera pojawia się też w innych moich tekstach.

Czy chodziło o chwyty stylistyczne, czy bardziej o rzeczy typu: zaskoczenie czytelnika, twisty, konstrukcja?

Właśnie o chwyty stylistyczne, o "ukwiecanie" stylu na siłę, niepotrzebne dążenie do oryginalności. Zawsze podkreślałem, że dobrze jest najpierw nauczyć się pisać prosto, czytelnie i przejrzyście (co już w zasadzie masz) a dopiero potem bawić się formą i próbować czarować czytelnika stylem. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

ANDO, gratuluję bardzo udanego tekstu i… kolejnej nominacji do biblioteki! :D

Podobało się.

Hmmmm… Trafiłaś mnie prosto we wspomnienie. Czasami zastanawiałem się na tym, pewnie jak i wiele innych osób, jak widzą zwierzęta, które, chyba bardzo lubisz. W “nigdy nie ufaj Kotołakom” też poruszyłaś podobny temat.

Teraz już wiem, jak widzą sowy. I interesowała mnie taka transfuzja do ciała zwierzęcia. Przecież ludzka świadomość nie przetrwa w ciele ptaka! I nie rozczarowałaś mnie – w końcu bohaterowi udaje się odnaleźć pokój, a sowa staje się… sową ;)

Lecz nie jest to proces czysty biologiczny a’la sci-fi, lecz mistyczny :)

Językowo i technicznie bez zarzutu.

Tutaj jeszcze takie małe serducho na zachętę: heart

Całkiem ładne (świadome?) wykorzystanie motywu z II części “Dziadów” – kto za życia nie był człowiekiem… Daję za to ostatniego klika na zachętę :)

 

Niemniej powinnaś jeszcze popracować nad warsztatem – warstwa narracyjno-fabularna nie rzuca na kolana, opowieść jest bardzo linearna, choć daje radę. Bohaterów raczej opisujesz niż charakteryzujesz, ale w takiej przypowiastce to od biedy ujdzie.

 

Drobna uwaga: scena tańca i śmierci Konrada zasugerowała mi jakiś horrorowy motyw – dziewczyna jest strzygą itepe. A potem, jak do tego wróciłam, to sobie pomyślałam, że może jednak był to po prostu zawał. Skądinąd obecnie trzeba mieć sporego pecha, żeby w takich okolicznościach umrzeć na pierwszy zawał, może też stąd to niezrozumienie sytuacji i myśl o jakichś nadprzyrodzonych pigułkach gwałtu ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Piotrze, cieszę się, że Ci się spodobało. Napisałam to opowiadanie już jakiś czas temu, nie sądziłam, że ktoś przeczyta właśnie teraz. Rzeczywiście, interesuje mnie temat postrzegania świata przez zwierzęta.

 

Drakaina, wiem, że jeszcze długa droga przede mną. Dobrze, że zyskałam wskazówki, w którym kierunku iść.

Jesteś bardzo spostrzegawcza. Przyznaję, bohater miał zawał. Masz rację, pierwszy zwykle nie bywa śmiertelny. Nie pomyślałam o tym. Jedyne wytłumaczenie, że Konrad miał już wcześniejsze problemy z sercem, ale je zignorował przez pracoholizm.

Nawiązanie do II części “Dziadów” było w pełni świadome.

Ładne, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Anet, cieszę się :)

Nowa Fantastyka