- Opowiadanie: Crucis - Siedem Kelwinów

Siedem Kelwinów

Kolejne opowiadanie, które wydobyłem z odmętów dysku. Niby dziecko błądzące we mgle szukałem kogoś do betowania, lecz się nie udało, zapewne z powodu braku rozeznania na forum i trochę z braku czasu.

Przychodzę z opowiadaniem science-fiction, które w założeniu miało skłaniać się raczej ku problemom egzystencjalnym i psychologicznym. Trudno mi ocenić jak wyszło w praktyce, więc przybywam z pytaniem do szanownego grona! :)

Proszę o wszelkiej maści uwagi, wytknięcia błędów, krytykę i wskazanie tego, co gra, co nie gra, czego unikać, a którą drogą iść. I oczywiście, mam nadzieję, miłej lektury!

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Finkla, NoWhereMan, regulatorzy, Użytkownicy II

Oceny

Siedem Kelwinów

Pukanie do drzwi. Nieznośny dźwięk, dobywający się ze świata realnego, żądający rychłego powrotu do rzeczywistości.

– Admirale Rosenthall! – dobył się przygłuszony głos zza grubej, metalowej ściany. – Admirale!

Mężczyzna przekręcił się na drugi bok i przykrył głowę poduszką, by stłumić nachalny harmider.

– Admirale! – Pukanie się nasiliło. – Niosę ważne wieści!

Metaliczne dźwięki nieznośnie wypełniały kabinę.

Westchnął.

Podniósł się leniwie, usiadł na krawędzi łóżka i włożył czarne spodnie. Spał tylko cztery godziny.

– Oby to było coś ważnego – mruknął pod nosem i nacisnął dwa wystające ze ściany przyciski.

Pomieszczenie rozświetliły wbudowane w sufit lampy i jednocześnie rozsunęły się metalowe drzwi. W wejściu stał młody, gładko ogolony mężczyzna. Lekko chłopięce rysy twarzy ozdobiła zdziwiona mina, wywołana nagłym rozsunięciem drzwi, którego przecież oczekiwał. Niski stopień. Wyglądał jakby chciał znów zacząć wydawać za pomocą swojej pięści nieznośny, metaliczny łomot, ale niespodziewany brak drzwi mu to uniemożliwił. Zasalutował do czapki, wyraźnie przejęty.

– Admirale! – powiedział tak głośno, że Rosenthall zwątpił, czy wpuszczenie go do środka było dobrym pomysłem. Aż zmrużył oczy od natężenia dźwięku. – Musi pan pójść na mostek!

Mężczyzna spojrzał na młodzika bez entuzjazmu. Kolejny błahy powód, który, w imię świętych formalności i procedur wymagał jego obecności. Znowu jakiś durny raport, którego wcale nie miał ochoty czytać, durne pytania arcyksięcia, albo cokolwiek innego, równie durnego, z czym nie chciał mieć do czynienia.

– Co takiego się stało, że potrzebujecie na mostku admirała? – spytał, przecierając oko – który właśnie odpoczywa, przypominam.

Przybysz nieco się zmieszał, ale po chwili wyjawił powód swojej wizyty.

– Panie admirale, znaleźliśmy ją!

– Znaleźliśmy kogo? – dopytał, z nutą narastającej irytycji.

– SP273-d! – powiedział drżącym głosem młodzik. – Jerusalem!

Zmęczenie, na dźwięk zlepka tych kilku liter i cyfr, odeszło w niepamięć. Cała sprawa nabrała teraz zupełnie nowego znaczenia.

– Gdzie?

– Dokładne dane ma profesor, panie admirale.

Admirał gwałtownie wstał, założył kurtkę mundury, zarzucił długi płaszcz i minął w drzwiach swojego rozmówcę.

– Idź powiadomić arcyksięcia – rozkazał. – Będę na mostku.

 

Na miejscu panowało ożywienie. Dane zalewały holograficzne ekrany ustawione pośrodku dużego pomieszczenia. W ogromnej części dane dotyczące planety SP273-d. Profesor stał w samym środku tego wszystkiego przed głównym ekranem, słuchając raportu asystenta i popijając kawę z dużego kubka. Gwar, cyfry, litery. Chaos prawie wymykał się spod kontroli. Tak właśnie wyglądał mostek, miejsce zazwyczaj spokojne, gdzie panowała atmosfera dyscypliny i skupienia. Najważniejsze miejsce na statku i chyba to, którego Rosenthall najbardziej nie znosił.

Admirał wszedł i od razu nakazał gestem, by nie salutowali. Głosy przycichły i wszystko, co wcześniej starało się wyrwać ze swojego miejsca, teraz przysiadło poskromione. Mężczyzna od razu podszedł do profesora, stojącego przy centralnym komputerze.

– Admirale Rosenthall. – Profesor przywitał go skinieniem głowy.

– Profesorze – odpowiedział, witając go w ten sam sposób. – Przejdźmy od razu do rzeczy.

Mężczyzna zwrócił się w stronę komputera, odstawiając kubek z kawą na stolik. Wpisał kilka komend i po chwili hologram wyświetlił najważniejsze dane.

– Dzień dwa tysiące pięćset trzydziesty szósty rejsu, godzina siódma pięćdziesiąt siedem. W odległości nieco ponad dwudziestu jeden jednostek astronomicznych zarejestrowano obecność samotnej planety. Wszystko wskazuje na SP273-d, zwaną potocznie „Jerusalem”.

– To niedaleko. Skierować Arkę w stronę planety! – rozkazał Rosenthall. – Czemu wykryliśmy ją tak późno?

– Jest dosyć zimna – odpowiedział profesor. – Szacujemy, że temperatura powierzchni wynosi około siedmiu kelwinów.

– Cholernie zimna! Co ze schronem? Będzie działał?

Naukowiec milczał przez chwilę.

– Nie mamy co do tego pewności – przyznał. – Bazę budowano dawno temu, kiedy przeciętna temperatura na powierzchni sięgała nawet dziewięćdziesięciu kelwinów. Obawiamy się, że podpowierzchniowy ocean mógł zamarznąć, a razem z nim cały kompleks. Oznaczałoby to, że schrony są niezdatne do zamieszkania.

Admirał zaklął w myślach. Prawie siedem lat poszukiwań mogło pójść na marne. Wolał by arcyksiążę nie dostał znów ataku paniki. Nie tylko przez samą kłopotliwość sytuacji, ale przez wiek i wątłe zdrowie monarchy. Postanowił, że nie będzie mu wspominał o komplikacjach.

– Rozumiem, że w takim wypadku będziemy skazani na dalsze dryfowanie? – spytał Rosenthall, chociaż doskonale znał odpowiedź.

– Tak – odpowiedział profesor. – Nie wystarczyłoby nam energii, by jednocześnie podtrzymywać życie na statku i przebić się przez lód do samego dna. Chociaż, kto wie, ale sam pan rozumie, że to nie jest najlepszy pomysł.

– Jakieś inne propozycje?

– Jest jedna opcja, ale zdaje się zbyt ryzykowna, by wcielić ją w życie.

– Zamieniam się w słuch.

– Na pokładzie mamy trzy batyskafy. Myślę, że dałyby radę przebić się nawet na dno. Moglibyśmy wysłać tam zespół, który przywróciłby bazę do życia. Tyle wystarczyłoby na początek, ale problemem jest czas. Zajęłoby to dwa miesiące. Co najmniej.

– A to oznacza, że statek musiałby przez cały ten czas zostać w pobliżu – dokończył admirał. – Namierzyliby nas, zanim byśmy się obejrzeli. Musimy w miarę możliwości pozostać w ruchu. Dwa miesiące to zdecydowanie za długo.

– Przepraszam, źle się wyraziłem – powiedział. – Jeszcze należałoby przetransportować na dół wszystkich mieszkańców, gdyby okazało się, że główny właz nie działa. W sumie mogłyby minąć nawet trzy miesiące, zanim bylibyśmy bezpieczni. Nawet używając batyskafów z Jerusalem.

Sytuacja przedstawiała się beznadziejnie. Czekając na powierzchni byliby jeszcze bardziej odsłonięci, niż przemieszczając się w przestrzeni międzygwiazdowej. Teraz cały czas zmieniali pozycje, przez co namierzenie statku stawało się niezwykle trudne.

Na mostek przybył arcyksiążę. Wyglądał na zaspanego. Czerwono-złote ubranie wyróżniało się spośród granatowych mundurów. Włosy bardziej szare, niż siwe sterczały na wszystkie strony w nieładzie. Wąsy za to jak zawsze zakręcone do góry i wyglądające perfekcyjnie. Nieco wyłupiaste, błękitne oczy skanowały wszystko, co działo się wokół. Całości dopełniał niewielki wzrost możnowładcy. Sięgał Admirałowi jedynie do ramienia.

– Jaśnie panie. – Rosenthall ukłonił się nisko.

– Witaj, Greg – przywitał się z dozą niepokoju arcyksiążę. – Cóż takiego się wydarzyło, że musiałem przerwać mój odpoczynek? Znaleźli nas?

– Nie, panie. Wszystko jest w porządku.

Profesor drgnął lekko, ale suweren nawet nie zwracał na niego uwagi.

– Więc? – dopytał.

– Znaleźliśmy planetę, której szukamy.

– Jerusalem!? – Nagle rozpromieniał. – Po tylu latach… W końcu bezpieczeństwo. Chwila wytchnienia dla starych, zmęczonych ucieczką kości.

– Niewątpliwie jest to powód do radości. Niedługo tam dotrzemy.

– Wspaniałe wieści, naprawdę wspaniałe… Dziękuję admirale, świetna robota. A, że tak zapytam… Jakieś wiadomości z frontu? Wygrywamy?

Już dawno przegraliśmy.

– Odcięliśmy wszelką komunikację, żeby było trudniej nas namierzyć – powiedział szczerze admirał. – Tak naprawdę nic nie wiemy, ale najważniejsze, że możemy w końcu przestać uciekać.

Arcyksiążę nie wyglądał na przekonanego.

– Niedługo wszyscy będziemy bezpieczni, to tylko dwadzieścia jeden jednostek astronomicznych od nas – dodał po chwili, okraszając wypowiedź przyjaznym uśmiechem, wiedząc, że monarcha wcale nie wie, czym jest jednostka astronomiczna.

– Dobrze… – powiedział możnowładca. – W takim razie, przekażę wieści rodzinie… Z Bogiem Greg.

– Jaśnie panie – admirał ukłonił się, a wraz z nim reszta sali i arcyksiążę wrócił do siebie.

Drzwi zamknęły się za arystokratą, a wszystkie oczy zwróciły się na Rosenthalla.

– W takim razie co robimy, admirale? – spytał po długiej chwili profesor.

– Mam pewien plan – odpowiedział. – Poślijcie po kapitana Harvena i przygotujcie transportowiec do startu.

 

Batyskafy zostały załadowane do statku transportowego, który stał już gotowy do wylotu. Rosenthall czekał tuż obok, aż załoga, składająca się z dziesięciu inżynierów, pięciu komandosów, trzech naukowców, trzech pilotów i medyka wejdzie na pokład. Wszystko czego potrzebowali już znajdowało się wewnątrz. Potężny zestaw baterii grafenowych, dwa małe reaktory fuzji jądrowej, zapasy jedzenia i wody na trzy miesiące i inne niezbędne rzeczy.

Admirał rozmawiał z kapitanem Harvenem, tłumacząc mu szczegóły misji. Mężczyzna stojący jeszcze jedną nogą w młodości, drugą zaś nieśmiało stawiając krok w poważniejszy wiek, słuchał ze ściągniętymi brwiami słów dowódcy. W końcu zdobył się na komentarz, jako, że Rosenthall zawsze cenił sobie jego zdanie i wiedział, że może sobie na to pozwolić.

– Według obliczeń profesora Slicka zajęłoby to dwa miesiące. Z całym szacunkiem panie admirale, ale dokonać tego w miesiąc wydaje się nierealne.

– Nie mamy wyjścia. Zresztą naukowcy zawsze zakładają ten cholerny margines ostrożności. Dokonywałeś już kiedyś podobnie szalonych rzeczy, Carl. Wierzę, że dasz radę.

– A ludzie? – dopytał kapitan. – Myśli pan, że zgodzą się na hibernację, gdyby musieli czekać? Tylko w ten sposób zdołamy podtrzymać ich przy życiu, gdybyśmy wygasili większość funkcji statku. Chodzi mi o to, że w tej sytuacji, nawet żołnierze tacy jak ja, mogliby mieć poczucie, że zapadają w swój ostatni sen. Nie obawia się pan buntu?

– Obyśmy nie musieli iść tak daleko. Poza tym myślę, że wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że, gdy pozostaniemy w bezruchu, będziemy o wiele łatwiejszym celem do namierzenia.

– Panie admirale. Ludzie będą kurczowo trzymać się życia, nawet ze świadomością, że ten krok to tylko odroczenie wyroku.

– Masz absolutną rację, kapitanie – przyznał Rosenthall. – Ale póki nie przyjdzie do ostateczności, nie muszą o tym wiedzieć. Najważniejsze, by udało wam się uruchomić główny właz, by statek mógł wlecieć do wnętrza planety. Zrozumiano?

– Tak jest! – odparł, wcale nieprzekonany Harven.

W końcu przyszedł czas, kiedy mieli wyruszyć. Kapitan wszedł na pokład, a klapa zamknęła się za nim z metalicznym uderzeniem.

Uruchomili silniki, a przed ich oczami ruszyły potężne wrota hangaru. Statek wzleciał parę metrów nad podłogę i posunął powoli ku czarnej pustce rozciągającej się poza statkiem.

Po chwili opuścili hangar i zostawili za sobą Arkę.

– Kurs na SP273-d. Koordynaty w komputerze pokładowym.

Odbili w prawo i zaczęli przyspieszać, co dało się mocno odczuć. Światło w kabinie przygasło. Wewnątrz kokpitu migotały różnokolorowe przyciski, a ekrany informowały o różnorakich rzeczach dotyczących statku: poziomu paliwa, mocy i innych ważnych sprawach. Teraz mogli dostrzec przyprószoną gwiazdami sferę przed nimi. Gdzieniegdzie widać było słabo żarzące się rozmytym światłem mgławice i galaktyki

– W razie komplikacji będę w swojej kajucie – oznajmił kapitan i udał się na spoczynek. Mimo, że nie dawał po sobie tego zazwyczaj poznać, Harven w głębi duszy czuł ogromne podekscytowanie. Zadanie zdawało się niewykonalne, a takie wykonywać lubił chyba najbardziej, chociaż pełen sukces w podobnych przypadkach należał do rzadkości. Mimo wszystko, była to dla niego chwila podniosła, wypełniona poczuciem celu i sensu. I jeszcze wokół ziała nieprzebrana pustka, nieskończoność możliwości, które mogły się zrealizować.

Dryfowali jeszcze przez kilka dni. Wszyscy zachowywali się raczej cicho. Czas upływał im na grze w karty, przygotowywaniu sprzętu i snuciu się po pokładzie. Harven spędzał wolne chwile w kajucie, studiując prace traktujące o ich celu, lub wpatrując się gwiazdy za oknem. Na mostku zawsze znajdował się pilot i naukowiec, którzy oczekiwali wykrycia zimnej planety.

 

Piąta doba, ósma godzina, czternasta minuta rejsu.

Wykryto duży obiekt o temperaturze powierzchni około siedmiu kelwinów, wszystko zgodnie z wyliczeniami centralnego komputera Arki.

Kapitan Carl Harven czekał na mostku. Z początku nie mogli dostrzec niczego, poza gwiazdami wokół, później w ich polu widzenia pojawiła się planeta. SP273-d wyglądała po prostu jak czarne, powoli rosnące koło, które zasłaniało coraz większą część strefy niebieskiej. Planeta nie była praktycznie wcale oświetlona, więc nikt się nie dziwił takiej postaci.

Czarne koło rosło, aż zajęło praktycznie całe pole widzenia. Wpadli w sidła grawitacyjne planety. Zeszli pod kątem, stopniowo zmniejszając wysokość, by później zacząć wytracać prędkość. Pod ich stopami mknęła martwa lodowa kraina. Całkowicie pusta, ciemna i zimna, oderwana od jakiegokolwiek układu gwiezdnego. Planeta, która była ich jedyną nadzieją.

Powierzchnia zbliżała się coraz bardziej i bardziej. Statek zwalniał. W końcu zawisł i zaczął powoli opadać.

Wszyscy poczuli zetknięcie się z powierzchnią.

Dotarli.

 

Pierwsze dni przyniosły niewiele.

Stworzyli tymczasową bazę w okolicy głównego włazu, który mieli za zadanie uruchomić, przygotowywali batyskafy, dzielili się na załogi poszukiwawcze. Zajmowały ich rzeczy niezbędne do dalszych działań. Ze względu na rozkaz ograniczenia aktywności radiowej i jakiejkolwiek innej, która generowała niepotrzebne promieniowanie, mogące zdradzić ich położenie, wszystko szło o wiele wolniej, niż by mogło. Krok po kroku, dzień po dniu zbierali coraz więcej informacji na temat planety i warunków na niej panujących. Środowisko było skrajnie nieprzyjazne dla jakiegokolwiek życia na powierzchni, znaleźli co prawda ślady bytności ekstremofili, ale to akurat nie miało w tym momencie prawie żadnego znaczenia. Stała temperatura siedmiu kelwinów, powoli spadała w kierunku około dwóch przecinek siedmiu. Planeta znajdowała się w jednej z pustek, wystrzelona miliardy lat temu z orbity rodzimej gwiazdy, pewnie na skutek jakiejś ogromnej, kosmicznej katastrofy i wedle obliczeń, miała w tej pustce pozostać przez jeszcze niesamowicie długi czas.

Dwa dni po lądowaniu zaczęli wiercić. Ich celem było dobić się do podpowierzchniowego oceanu, na którego dnie znajdował się ogromny schron.

Kapitan Harven, wracając z rekonesansu, objechał jeszcze dookoła pokryty lodowymi guzami, ogromny właz, który w zasadzie przypominał bardziej krater, niż to, czym naprawdę był. Musieli liczyć, że twarda, zamarznięta skorupa pęknie pod siłą otwierających się wrót. Obkuwanie tego wszystkiego mogło zająć kilka miesięcy, nawet licząc, że mieliby cały sprzęt z Arki. Skierował łazik w stronę grupy przygotowującej batyskaf. Znajdowali się całkiem niedaleko. Według planów podziemnego kompleksu obok głównego wejścia było drugie, awaryjne.

Zimne światła rozjaśniały ciemną, zimną krainę. Harven dotarł do grupy. Wjechał specjalną bramą pod niewielkich rozmiarów kopułę, złożoną z ekranów, pochłaniających promieniowanie elektromagnetyczne i wydał należyte polecenia. Rozpoczął się żmudny proces przebijania się przez skorupę.

W końcu potężny strumień promienia kruszącego, zasilanego małym reaktorem fuzji jądrowej, wbił się pionowo w powierzchnię planety. Jasnobłękitne światło przez chwilę rozjaśniło otoczenie, ale batyskaf, wgryzłszy się w powierzchnię planety, zabrał je ze sobą. Pulsujący błysk dobywający się z wielkiego tunelu powoli gasł. Batyskaf schodził coraz głębiej.

Minęło nieco ponad pięć godzin od rozpoczęcia kopania. Maszyna wróciła na powierzchnię i została zastąpiona przez kolejną. Osprzęt się przegrzał i musiał ostygnąć.

Drugi batyskaf skończył podobnie. Dopiero trzeci w końcu przebił się przez skorupę planety i dogrzebał się do podziemnego oceanu. Harven, nie tracąc cennego czasu, zwołał ludzi, utworzył trzy grupy i popłynął z nimi na dno, zostawiając niewielką część załogi na powierzchni.

Tutaj, pod powierzchnią, mogli w końcu używać pełni dostępnych im środków technicznych. Nie musieli obawiać się, że wyemitują promieniowanie, które przypadkiem mogłoby zdradzić ich położenie w przestrzeni. Wszystko pochłaniała gruba skorupa planety i bezdenny, mogło się wydawać, ocean.

Reflektory ujawniały w zasadzie niewiele. Trzy batyskafy brnęły w głąb dziwnej krainy, równie pustej, co na powierzchni. Wrażenie było nawet podobne do dryfowania w przestrzeni kosmicznej, chociaż tutaj panował niepokojący brak gwiazd. Tylko pusta przestrzeń, wypełniona tak powszechną we wszechświecie materią, która zdawała się być zupełnie tajemnicza i obca. Światło niknęło gdzieś daleko w głębi.

Płynęli tak przez czas, zdający się ciągnąć nader długo. Kapitan Harven, stojący ciągle tuż przy szybie, wypatrujący jakiegokolwiek znaku, że dotarli na miejsce, wbijający wzrok to w radar, to w pustkę za szybą, w końcu odkrył, że cel jest niedaleko. Na radarze wyraźnie widać było ogromną, metalową konstrukcję, niedostrzegalną gołym okiem przez szybę.

W końcu przed ich oczami pojawiło się ogromne, stalowe miasto, ciemne i martwe. Batyskaf kapitana prowadził pozostałe, zaś sam Harven, studiował w towarzystwie jednego naukowca i jednego inżyniera plany schronu, poszukując odpowiedniego włazu. Znaleźli go o wiele szybciej, niż mieli nadzieję i od razu skierowali się w jego stronę, pośród czarnych wież, budynków i korytarzy.

 

Raport z pierwszej ekspedycji do bazy na dnie wszechoceanu planety SP273-d.

 

Od razu po przebiciu się przez skorupę planety, popłynęliśmy na samo dno, do kompleksu schronów. Po znalezieniu odpowiedniego włazu, i zaskakującym braku problemów przy dostaniu się do środka weszliśmy na teren podwodnej bazy. Jakie nasze zdziwienie było, gdy spotkaliśmy tam ludzi. Zwyczajnych przedstawicieli naszego gatunku, trochę bladych i wychudłych, zupełnie nie umiejących obsługiwać znacznej części aparatury schronu. Szybko zostaliśmy doprowadzeni do obecnego zarządcy „Jerusalem” imieniem Seph Severill i przedstawiliśmy powody naszego przybycia. Dowiedzieliśmy się jedynie, że ludzi zamieszkujących kompleks wcale nie obchodzi żaden arcyksiążę, żadna arka, ani żadna wojna, że mieszkają tutaj od pięciu pokoleń i wyrażają pragnienie, by pozostawić ich w spokoju. Niemniej udało nam się przedstawić kilka rozsądnych argumentów, które najwyraźniej przemówiły do zarządcy kompleksu. Rozmowy negocjacyjne mają zostać przeprowadzone w przeciągu kilku następnych dób. Lepiej będzie nie uciekać się do używania siły, ze względów zarówno etycznych, jak i ekonomicznych. Następnego dnia, wraz z kilkoma inżynierami, naukowcami i komandosami, będziemy próbować przywrócić kompleksowi dawną świetność, co, mamy nadzieję, przekona obecnego zarządcę o korzyściach wpuszczenia nas na teren bazy.

 

Kapitan Carl Harven

Dzień ósmy wyprawy, godzina 13:21

 

Podwodny schron nieco odżył po interwencji wykwalifikowanych inżynierów. Reaktory fuzji jądrowej ruszyły, światło zapłonęło jaśniej, szklarnie rozgrzały się do właściwej temperatury, a wrota do dotychczas niedostępnych części kompleksu otworzyły się. Długie i puste korytarze ciągnęły się kilometrami, wypełnione światłem wbudowanych w sufit lamp.

Sceptycyzm Sepha Severilla – starego człowieka o żylastym ciele i bystrym umyśle – powoli topniał. Na własne oczy przekonywał się, jak przybysze mogą zmienić oblicze bazy. Harvenowi w końcu opowiedział, jak to się stało, że do schronu trafili ludzie. Byli najzwyczajniej w świecie uchodźcami wojennymi, a przypadek chciał, że natknęli się akurat na tę planetę i dziwnym sposobem odkryli jak dostać się do podwodnego kompleksu. Właśnie w ten sposób, pięć pokoleń temu prapradziadek Severilla zamieszkał wraz z rodziną i kilkunastoma innymi na planecie SP273-d.

Kilku naukowców zostało na powierzchni, badając planetę i możliwości otwarcia włazu. Większość załogi znajdowała się w podwodnym kompleksie, pożytkując czas na przywracanie bazy do życia i uzdatnianie jej do zamieszkania. Teraz dopiero zaczynała przytłaczać swoim ogromem, ale też i pustką. Zdecydowanie brakowało tam ludzi, rozmów, wypełniających korytarze, dzieci śpiących w łóżkach i starców grywających w szachy.

Kapitan Harven, uruchomiwszy pełnię swoich umiejętności retorycznych otrzymał w końcu od Severilla oficjalną zgodę na wpuszczenie załogi Arki na teren kompleksu. Starzec, z początku zupełnie przeciwny, złagodniał, zobaczywszy ile dobrego może ten zabieg przynieść miejscu. Zresztą doskonale wiedział, że nie ma żadnego wyboru. Bo co niby mógł zrobić? Stanąć do walki z okrętem flagowym arcyksięcia wypełnionym żołnierzami?

– Co z głównym włazem? – zapytał Harven, podczas jednej z długich przechadzek pustymi korytarzami kompleksu. – Otworzy się?

– Nie wydaje mi się – odpowiedział Seph Severill. – To znaczy my nigdy nie próbowaliśmy, bo i po co? Ale sam widzisz, w jakim tu wszystko jest stanie. Ten właz to ogromna machina. Do tego cała powierzchnia jest zamarznięta na amen. Lód może okazać się silniejszy od silników włazu.

To faktycznie stanowiło problem. Mogliby z łatwością oczyścić górną część włazu z pokrywy lodowej, ale to wiązałoby się z wyemitowaniem ogromnej ilości promieniowania w przestrzeń kosmiczną. A na to nie mogli pozwolić sobie w żadnym wypadku.

– Coś wymyślimy – stwierdził kapitan. – Najwyżej będziemy musieli przewieźć wszystkich za pomocą batyskafów.

Szli przez chwilę w milczeniu.

– A ta cała załoga – zagadnął znów Seph. – Kiedy u nas zawita?

– Powinni się zjawić za niedługo ponad tydzień. Schron jest już prawie gotowy, by ich przyjąć.

 

Dzięki temu dziwnemu zrządzeniu losu, że w schronach Jerusalem znaleźli ludzi, uruchomienie wszystkich niezbędnych funkcji kompleksu zajęło o wiele mniej czasu, niż przewidywali naukowcy z Arki. Na trzy dni przed planowanym przybyciem statku wszystko było w zasadzie gotowe. Wszystko, nie licząc głównego włazu, który za nic nie chciał się otworzyć. Wygenerowali wystarczająco dużo energii, ale ten ani drgnął. Naukowcy, którzy przylecieli z Harvenem na SP273-d twierdzili, że to wina skorupy, że zbyt dużo lodu zebrało się na zewnątrz. Użyli wszelkich dostępnych środków, zachowując maksymalną ostrożność, generując jak najmniej hałasu elektromagnetycznego. Kapitan podjął decyzję, by skruszyć jak najwięcej skorupy przykrywającej właz, ale tylko pod osłonami, wygłuszającymi promieniowanie. Za każdym razem, gdy prace ustawały, próbowano wejście uruchomić, ale zdało się to na nic. Może gdyby zadziałali z pełną siłą, nie mając na uwadze hałasu, to udałoby im się. Mimo wszystko, postanowiono nie podejmować ryzyka.

Po kilku dobach intensywnej, bezowocnej pracy nadleciała Arka.

Kapitan Harven stał na powierzchni i patrzył przez szybkę hełmu na rosnące z sekundy na sekundę czarne cielsko statku. Admirał Rosenthall zdecydowanie nie będzie pocieszony. Nie było jednak aż tak źle, w końcu dokonali połowy niemożliwego.

Statek osiadł na powierzchni, a Harven od razu został wpuszczony do środka i udał się na mostek.

 

– Jak to nie działa!? – zadał pytanie admirał, ściągając brwi. – Właz miał być uruchomiony zanim przybędziemy.

– Za dużo lodu – odparł zdawkowo kapitan. – Zdecydowałem, że nie będziemy kruszyć pełną mocą, przez wzgląd na promieniowanie.

Rosenthall wbijał w niego jeszcze przez chwilę gniewne spojrzenie, po czym trochę odpuścił.

– Cholera, masz rację. – Rozluźnił nieco spięte mięśnie ramion i podszedł do biurka, by zerknąć na leżące tam raporty. – Teraz będziemy musieli poddać hibernacji większość załogi. Tego się obawiałem. Co z batyskafami?

– Przy bazie pozostał jeden, w razie gdyby ludzie z dołu potrzebowali nagle popłynąć na powierzchnię. Dwa pozostałe są gotowe do działania, do tego wyprowadziliśmy dwadzieścia kolejnych, należących do kompleksu.

– W jednym zmieści się nie więcej niż dwadzieścia osób. Dwadzieścia dwa razy dwadzieścia – czterysta czterdzieści. Licząc nawet dwa transporty na dobę, zejdzie nam zdecydowanie zbyt długo. Maszyny też nie mogą pracować cały czas. W takim razie pozostaje hibernacja.

– Admirale, jest jeszcze jedna rzecz – dodał Harven. – Kiedy dotarliśmy na dół, zastaliśmy tam ludzi. Przed naszym przybyciem ktoś już tam zdążył zamieszkać.

– Co…?

– Ich dowódca, imieniem Seph Severill, oświadczył, że w żaden sposób nie będą sprawiać kłopotów, żądają tylko, aby pozwolić im spokojnie egzystować w bazie – dodał naprędce. – Wyraził chęć rozmawiania z panem.

– Ilu ich tam mieszka? – zapytał po chwili Rosenthall.

– Jedynie parudziesięciu. Gdyby nie oni, za nic w świecie nie udałoby nam się przywrócić kompleksu.

Admirał znów milczał, a Harven jak zwykle nie był w stanie odgadnąć, co też kryje się w głowie przełożonego.

– Porozmawiam z nim – powiedział – ale to w swoim czasie. Na ten moment mamy ważniejsze sprawy.

 

Rozkaz obowiązkowej hibernacji dziewięćdziesięciu procent populacji statku wzbudził, jak się spodziewano, silne protesty. Niektórzy kategorycznie odmawiali, inni zaczynali szeptać między sobą o buncie, a jeszcze inni przyjęli tę wiadomość ze strachem, ale i z godnością. Koniec końców żaden bunt nie wybuchł, gdyż akcja została przeprowadzona nader sprawnie i szybko. Żołnierze wprowadzali z bronią w dłoni tych bardziej opornych do komór hibernacyjnych. Głosy sprzeciwu cichły w objęciach chłodu. Tych, którzy nie zostali poddani hibernacji od razu przewieziono na dół, do schronów, gdzie pomagali przygotowywać wszystko na przybycie pozostałych.

Dziwne uczucia obudziło to w kapitanie Carlu Harvenie. Codziennie widział blade twarze ludzi w elektronicznych sarkofagach, pogrążonych w dziwny stan, będącym czymś więcej niż sen, czymś, co niebezpiecznie zbliża się w stronę śmierci.

Arka została wyciszona i w dodatku pokryta siatką maskującą pole elektromagnetyczne. Arcyksiążę został przetransportowany do schronu w pierwszej kolejności, Admirał Rosenthall zawarł umowę z Sephem Severillem. Cała ich grupa miała otrzymać osobną przestrzeń do życia, w którą wojsko miało nie ingerować, ale być pod jego jurysdykcją i przyjąć prawa panujące w pozostałych częściach kompleksu. Żadna ze stron nie była do końca zadowolona, ale takie rozwiązanie musiało wystarczyć. Przynajmniej na razie. Zresztą ludzie Sepha szybko przyzwyczaili się do nowej sytuacji, a przybysze z Arki nie mieli większych sprzeciwów co do obecności obcych. Wszyscy jechali na jednym wózku.

Korytarze i pomieszczenia schronów na planecie SP273-d zaczynały powoli ożywać. Ludzie krzątali się, rozmawiali, oddawali rozrywkom, pracowali, spali, jedli i robili te wszystkie inne czynności, które towarzyszyły im przez całe życie, z tą jedną różnicą – teraz nie uciekali. W powietrzu zaczynało z wolna wisieć poczucie bezpieczeństwa, beztroski. Śmiech dzieci, pomniejsze targowiska, obiekty religijne – wszystko zaczęło wyrastać jak grzyby po deszczu. W tle gdzieś jeszcze grała kontrowersyjna decyzja Rosenthalla o przymusowej hibernacji, ale to powoli odchodziło w niepamięć, w obliczu nowych, dobrych czasów. Wyglądało na to, że ludzkość w końcu znalazła swoje miejsce.

Arcyksiążę rzadko się pokazywał. Czasem rozmawiał z poddanymi, uśmiechając się, gładząc wąsy, czasem wzywał admirała, czyli jedną z niewielu osób, których zdanie faktycznie brał sobie do serca i dzielił się z nim własnymi, paranoicznymi obawami. A to bał się, że baza, pod naporem wielkiego ciśnienia zawali się i wszyscy zginą, a to potrzebował potwierdzenia, że na pewno jesteśmy bezpieczni na tej planecie, czasem nawet wzywał admirała, z powodu bólu brzucha. W tym okresie Rosenthall zyskiwał coraz więcej realnej władzy w kompleksie. Miał ogromny udział w decyzjach arcyksięcia. Władzy wcale nie pragnął, nie zabiegał nawet o nią, ale czuł, że tak będzie rozsądniej dla całego kompleksu i nie ingerował w ów proces. Zresztą mało kto mógł tak naprawdę to zauważyć. Wszystko działo się pod płaszczykiem tajemnicy.

Do bazy dotarł w końcu ostatni transport. Blade twarze powędrowały do specjalnie przeznaczonego pomieszczenia, gdzie zostać miały wybudzone ze stanu hibernacji. Ostatni zbawieni dobili do bezpiecznej przystani.

 

Minęły trzy lata. Życie w „Jerusalem” kwitło w najlepsze. Ludzie Sepha Severilla zintegrowali się ze społecznością Arki, Rosenthall dalej piastował swoje stanowisko i praktycznie przejął całą władzę w kompleksie. Arcyksięcia nieco przestały męczyć niepokoje, za to kapitan Carl Harven zaczął czuć się w podwodnej bazie coraz dziwniej. Ogrom pustki, pośród której się znajdowali powodował u niego pewnego rodzaju lęk, którego nie potrafił sobie do końca wytłumaczyć. Cała reszta społeczeństwa zdawała się wcale tej przypadłości nie wykazywać i prosperowała nadzwyczaj dobrze. Pewnego razu, natrafiwszy na holograficzny ekran, nadający schronową telewizję w przestrzeni publicznej, stanął jak wryty i wpatrywał się w niego przez dobrą godzinę. Wszystko tam zdawało się naśladować normalne życie, które ludzie wiedli kiedyś, gdzieś daleko stąd. W końcu odszedł z gulą w gardle do swojego pokoju. Wiele dni spędzał w bibliotece, gdzie czytał książki przywiezione na Arce. To dawało mu chwile wytchnienia, ale wcale nie tak długo. Gdziekolwiek spojrzał, widział jakąś dziwną parodię zwyczajnego życia. Schronowe media podszyte wojskową propagandą szczęśliwości i bezpieczeństwa, ludzie, którzy zachowywali się, jak gdyby wcale nic się nie stało – wszystko tak bardzo kontrastowało z całokształtem ich sytuacji, że Carl Harven doznawał wyjątkowo mieszanych uczuć. Z drugiej strony nie mógł przecież winić tych wszystkich ludzi za to, że próbują żyć w normalny sposób.

Harven w końcu wystąpił o przeniesienie go do bazy na powierzchni. Tam prowadzono badania naukowe i nasłuchiwano sygnałów z kosmosu. Zgodę rzecz jasna otrzymał.

Z początku poczuł się lepiej. Może to wszechocean planety przestał ciążyć mu nad głową, może zaczął mieć poczucie, że robi coś bardziej istotnego niż na dole, gdzie zajmował się wyłącznie sprawami wojskowymi, jawiącymi się mu obecnie jako zupełnie bezużyteczne. Albo po prostu przez to, że mógł z powrotem patrzeć w ten bezkres, z którego przybyli i do którego cały czas go ciągnęło. Do poczucia celu, jakiegoś kierunku, chociaż przewidzenia czegokolwiek, co mogłoby być następne. Znajdowali się w stanie bezwładnego dryfowania, gdzieś po pustce, stanie boleśnie statycznym. Mimo tego, że życie w podwodnej bazie toczyło się w najlepsze i tworzyło mnóstwo możliwości. Wiele razy zdarzało się, że wyjeżdżał z małej powierzchniowej bazy, stawał pośrodku lodowej pustyni i wbijał wzrok w rozgwieżdżone niebo. Niewytłumaczalny lęk z wolna powracał.

Wiele czasu spędzał też nasłuchując sygnałów z kosmosu. Docierały do nich czasem różnego rodzaju szumy, urywki słów i zdań. Kiedy udało im się usprawnić działanie anten, wtedy zaczęły docierać do nich rzeczy zupełnie niesamowite. Fragmenty programów, meczów sportowych, wiadomości, nabożeństw, bajek dla dzieci, felietonów na tematy przeróżne. Carl Harven słuchał tego wszystkiego jednocześnie z ogromną radością, ale też bezmierną nostalgią. Oczywiście na dół, do bazy te sygnały nie docierały. Tam istniało przecież osobne radio, osobna telewizja. Wszystko zamknięte pod skorupą planety, pod bezkresnym oceanem.

 

Pewnego dnia odebrano wiadomość, której się zupełnie nie spodziewano.

Z szumu zaczęły przebijać się słowa o wiele bardziej wyraźne, jak gdyby sygnał był skierowany raczej w ich stronę, niż czystym zrządzeniem losu wyemitowany przez satelitę i odebrany przez nich na SP273-d. Kapitan Harven, który nasłuchiwał bezkresu usłyszał to pierwszy. Najpierw otworzył oczy trochę szerzej. Później coś go ukłuło w brzuchu. Serce zaczęło tłuc, jak gdyby chciało wyskoczyć, a włosy zjeżyły się na całym ciele. Wyskoczył jak oparzony ze stacji, całe szczęście nie zapominając założyć skafandra, puścił się pędem do łazika, pojechał w stronę batyskafów i przerębla i popłynął prosto na dno, by zaraz wpaść do gabinetu Rosenthalla.

– Admirale! – krzyknął już w progu, otwarłszy drzwi nawet nie pukając.

– Harven, do jasnej cholery! – Tamten skoczył za biurkiem, wystraszony. – Puka się!

– Panie admirale, przepraszam, ja… – zaczął, ale wiadomość, którą niósł była dla niego zdecydowanie ważniejsza, niż formułki grzecznościowe. – Stacja odebrała sygnał!

– A to ci nowość! – odpowiedział. – Co tym razem? Kolejny program kulinarny, zwycięzca genoriańskiego talent show, czy powódź na jednej z planet układu Atlantydy?

– Panie admirale – powtórzył się, ale tym razem już miał przygotowane całe zdanie – odebraliśmy sygnał, skierowany prosto do nas, w tę pustkę, w której się znajdujemy, jak gdyby wiedzieli, że tu jesteśmy!

Rosenthall zmarszczył brwi.

– O czym pan opowiada, kapitanie?

– Wiadomość. – Złapał oddech. – Dotyczyła końca wojny. Wzywają wszystkie ukrywające się jednostki do powrotu! Rząd zawarł pokój z wrogiem. Wojna się skończyła. Walki zaprzestane. – Powtarzał treść komunikatu między własnymi słowami. – Wszystko przesłane z rządowym kluczem, nie ma mowy o pomyłce!

Admirał milczał.

– Będzie trzeba wysłać ekipę badawczą – stwierdził Harven. – To oczywiste, że nie możemy im ot tak odpowiedzieć po tym wszystkim… po tym wszystkim, co się działo. Przecież może być tak, że to wróg ostatecznie przejął stolicę. Że próbują w ten sposób wywabić z nor tych, którym udało się przetrwać. Ale nie myśleliby, że jesteśmy tak głupi, by się na coś takiego nabrać, jak durne dzieci.

Rosenthall wbijał w niego zamyślone spojrzenie.

– Panie admirale, jakie rozkazy? – zapytał w końcu, po długiej chwili.

– Harven, gorączkujecie się zanadto – odpowiedział.

– Wcale się nie gorączkuję. Tylko stwierdzam, że właściwe byłoby podjęcie jakichś działań.

– Nie możemy nic zrobić.

– Dlaczego nie!? – zapytał, poirytowany.

– Ponieważ jakakolwiek reakcja naraża nas na ryzyko ujawnienia lokalizacji schronu – odparł admirał. – Przecież wiecie, kapitanie, że człowiek odpowiednio do tego przygotowany mógłby z pewną dokładnością przybliżyć położenie miejsca, z którego statek przyleciał. A jak byśmy mieli niby otrzymać informację zwrotną? Sygnałem radiowym? Czy po prostu mały statek bez potężnych mózgów elektronowych miałby znaleźć z powrotem tę planetę? A nawet jeśli by to się udało – co gdyby ktoś ów statek namierzał?

– Panie admirale, wie pan, że jest wielu, którzy mogliby lecieć bez włączonego komputera pokładowego, chociażby ktoś taki właśnie stoi przed panem. To znacznie zmniejszyłoby ryzyko. A ile moglibyśmy odzyskać! Wszystko prawie!

– Wiem, że nie takich rzeczy już dokonywaliście w swojej karierze, Harven, ale nie mogę na to wyrazić zgody. Zbyt was tam ciągnie.

Kapitan zmarszczył brwi.

– Co pan chce przez to powiedzieć, admirale?

– Tylko tyle, że zauważyłem pewną rzecz i właśnie z jej powodu zgodziłem się na przeniesienie ciebie, kapitanie, na powierzchnię. Nie tylko ty się dusisz w tym miejscu. Nie tylko ty widzisz co utraciliśmy. Tylko ludzie podobni tobie muszą uciekać gdzieś w ten bezkres przestrzeni, niewyobrażalne liczby planet, nieskończoność możliwości. Ale to już nie jest dla nas, bo jesteśmy tutaj uwięzieni. Tak, Harven, nie wytrzeszczaj oczu, uwięzieni, przez to, że nie ma dla nas innego, bezpiecznego miejsca i przez zobowiązanie, wobec tych wszystkich ludzi, że będziemy ich chronić. Tutaj jest ostatnia przystań, znaleźliśmy się w miejscu, które jest celem, a poza nim nie ma już nic.

– Więc w takim razie pozostaje nam siedzieć tutaj, zamknięci głęboko pod powierzchnią planety na wieczność? To ma być cena, którą przyszło nam zapłacić?

– Nie może być inaczej, kapitanie. Przysięgaliśmy. Tutaj dokonamy żywota, tutaj umrą nasze dzieci, wnuki, prawnuki i może jeszcze dalsi potomkowie. I nawet może będą szczęśliwi. Może zapomną o wszechświecie i skupią się na tym, co jest tutaj i teraz. I pewnie tak dla nich będzie lepiej. Chyba, że pewnego dnia przyjdzie komuś na tyle szalony pomysł, by postawić na szali życie tych wszystkich ludzi, po to byśmy mogli jeszcze raz z dumą stawić czoła wszechświatowi i wszystkiemu, co się w nim czai.

Carl Harven stał, zaciskając pięści, emanując niemym buntem wobec losu. Nie patrzył już na Rosenthalla, tylko wbijał wzrok w biurko przed sobą. Wiedział, że ta rozmowa poszła za daleko. Z admirałem nie wchodziło się w dyskusję. Na pewno nie, kiedy miało się stopień kapitana. Mimo, że myśl ta wyjątkowo mu się nie podobała, to argumenty Rosenthalla wydawały mu się całkowicie rozsądne.

– Przyjąłem, panie admirale – powiedział i znów spojrzał w oczy przełożonemu.

– Cieszę się, że rozumiecie, Harven – odparł. – Możecie odejść.

Zasalutował, odwrócił się niespiesznie i ruszył w stronę drzwi.

– Jeszcze jedno – zatrzymał go głos dowódcy, na dźwięk którego znów się odwrócił. – Nasłuchuj tego głosu z nieba. I informuj mnie, o czym mówi. To wszystko.

– Tak jest – odpowiedział w ramach pożegnania, dostrzegając coś dziwnego w oczach admirała. Coś, co istniało ponad stopniami wojskowymi i ponad rangą społeczną. Ale zapomniał zaraz o tym, kiedy tylko wyszedł, a zaczął znów się nad tym dziwnym błyskiem zastanawiać dopiero kilka dni później.

Kapitan Carl Harven wrócił na powierzchnię i zasiadł samotnie z powrotem w radiostacji. Nałożył słuchawki i przez jakiś czas słuchał zapętlonego komunikatu, wzywającego do powrotu, mówiącego o kresie wojny. Później włączył nagrywanie, gdyby coś miało się zmienić i przełączył kanał. Wsłuchał się w szum, z którego wycinały się, raz bardziej, raz mniej wyraźnie, słowa jakiejś audycji. Później grała muzyka. Potem wiadomości, informacje pogodowe i znów muzyka. Rzucił mimochodem spojrzenie w stronę jednego z ekranów komputera. Temperatura powierzchni, jak za każdym razem, wynosiła siedem kelwinów.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Tekst bez szaleństw, ale dość porządny.

Spodobał mi się motyw bezpiecznego miejsca, które staje się więzieniem. Dodatkowo pogłębionym przez decyzje ludzi.

Pewnie przydałby się jakiś wystrzałowo nowatorski pomysł, jednak od czegoś trzeba zacząć.

Wykonanie nie najgorsze, chociaż widywałam lepszą interpunkcję.

Arcyksiąże mógł znów dostać ataku paniki, a do czego wolał nie dopuścić.

Arcyksiążę. W innych miejscach też. Raczej “do tego” niż “do czego”. Kto jest podmiotem w drugiej części zdania i dlaczego arcyksiążę?

który stał już gotowy do wylotu. Rosenthall stał tuż obok i czekał aż załoga

Czy to celowe powtórzenie? BTW, przecinek po “czekał”.

Wszyscy ciągnęli na jednym wózku.

Raczej jedzie się na jednym wózku niż ciągnie.

Później w coś go ukuło w brzuchu.

Sprawdź w słowniku, co znaczy “ukuć”. Możesz się zdziwić. ;-)

Babska logika rządzi!

Dziękuję za komentarz!

Przytoczone błędy umknęły mi przy czytaniu, zlokalizuję je i zlikwiduję. :)

Niezła space opera, ze wszystkimi zaletami i wadami tego gatunku.

Najsilniejszą stroną jest ukazanie przez Ciebie ludzkiej sytuacji. Godzenia się z losem, w końcu paranoję admirała, wolącego pozostać w ukryciu niż wyjść ku wolności. Choć wyraźna jest tylko jego postać jak i kapitana – reszta to tło. Choćby sam arcyksiążę, którego imienia nawet nie poznajmy. Co nie do końca musi być złe, takie postacie też są potrzebne. Jednak w przypadku przywódcy oryginalnych mieszkańców czy profesora, ich opis jest zdecydowanie za mały. Zwłaszcza ten pierwszy mocno kole – opisując spotkania z nimi za pomocą streszczeń pozbawiasz ich jakiejkolwiek osobowości, a kontakty napięcia i potencjalnego konfliktu. Gdyby ich nie było lub byliby robotami, tekst nic by nie stracił.

Podoba mi się też motyw samej zagubionej planety. Temperatura siedmiu stopni Kelwina to niezły mróz – tym bardziej dziwi mnie, że skupiając się na opisie, jak to uciekinierzy nie maskują emisji elektromagnetycznej (za co wielki plus), nawet pół słowa nie poświęciłeś, jak chronią się przed prawie trzystu stopniowym obniżeniem temperatury. Trochę mi tu zgrzytał ten brak przy obecności innych opisów.

Największą wadą tekstu jest kompletne olanie tła. Bohaterowie uciekają – przed kim, Bóg raczy wiedzieć. Mają arcyksięcia, znaczy jakąś formę monarchii, może feudalizmu – ale to tylko przypuszczenia. Uciekają, czyli pewnie przegrywają – ale znów to tylko domysły. Generalnie nie chodzi o to, by z kronikarską precyzją zapodać daty, nazwy, kto i z kim się bije, ale przedstawić tło na tyle wyraźnie, by same akcje czy zachowania mówiły wszystko czytelnikowi. Dodatkowo to podkreśliłoby mocniej końcówkę. Odmowa admirała byłaby bardziej zrozumiała, gdyby ich poprzednią planetę zniszczyła np. wysłana przez wroga “szara maź”. Tęsknota kapitana mogłaby być podparta jego wspomnieniami zielonych pól. Arcyksiążę mógłby się winić za wywołanie konfliktu, stąd niechętnie podejmuje decyzje. To przeszłość definiuje ludzi. Odcinając ją, tracisz pole do charakteryzacji.

Od strony technicznej – masz czasem tendencję do budowania nadmiernie skomplikowanych zdań. Też tak robię, więc wiem, że należy się tego wystrzegać. Generalnie przyglądaj się zdaniom, gdzie stawiasz więcej niż jeden przecinek.

Podsumowując: niezły koncert fajerwerków. Jeszcze jednak trochę jest do szlifowania.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za komentarz!

Z góry założyłem, żeby nie rysować tła owego konfliktu, być może błędnie. Krytykę niedociągnięć przy kreacji postaci pobocznych również przyjmuję i zauważam błąd. :) Jeśli chodzi o temperaturę, to też założyłem z góry, że cywilizacja zdolna do podróży międzygwiezdnych dysponuje technologią, która pozwala im działać nawet w takim mrozie. Być może jednak winienem był choć trochę wyjaśnić, że działania w ekstremalnych warunkach są dla ludzi owego świata chlebem powszednim.

Podoba mi się opowieść o uchodźcach od siedmiu lat błąkających się w kosmosie i usiłujących dotrzeć do planety, na której znajdą warunki do życia. Szkoda jednak, że liczbę bohaterów ograniczyłeś praktycznie do admirała i kapitana. Reszta postaci stanowi zaledwie tło. Brakło mi też informacji, co to była za wojna i kim są podróżujący ludzie.

Zastanawiam się też, jak na tę trudną do znalezienia planetę trafili przodkowie Sepha Severilla i to już pięć pokoleń wcześniej? Żałuję, że pominąłeś opisy stalowego miasta, bo poza wzmianką o niezwykle długich korytarzach, nic o nim nie wiem.

Osobliwą postacią wydaje mi się arcyksiążę – ot, taka nieciekawa figura ku ozdobie, która o niczym nie decyduje i od której nic nie zależy. Czy opowiadanie nie mogłoby obejść się bez niego?

Mam nadzieję, Crusisie, że poprawisz usterki, bo chciałabym móc kliknąć bibliotekę.

 

Męż­czy­zna wręcz wy­sko­czył z łóżka, za­ło­żył mun­dur do końca… – Nie wydaje mi się, aby wyskoczył. Skoro wcześniej włożył spodnie, to pewnie siedział na łóżku. Co to znaczy założyć mundur do końca?

Skoro wcześniej włożył spodnie, może wystarczy dodać: Męż­czy­zna gwałtownie wstał z łóżka, za­ło­żył kurtkę munduru

 

Ad­mi­rał wszedł i od razu uczy­nił ręką gest, na­ka­zu­ją­cy, by nie sa­lu­to­wa­li. –> Masło maślane. Gesty wykonuję się rękami.

Proponuję: Ad­mi­rał wszedł i od razu nakazał gestem, by nie sa­lu­to­wa­li.

 

Męż­czy­zna zwró­cił się w stro­nę kom­pu­te­ra, od­kła­da­jąc kubek z kawą na sto­lik. –> Męż­czy­zna zwró­cił się w stro­nę kom­pu­te­ra, odstawiając kubek z kawą na sto­lik.

Gdyby odłożył kubek, wylałaby się zeń cała kawa.

 

Pra­wie sie­dem lat po­szu­ki­wań mogło pójść na marne. Ar­cy­ksią­że mógł znów do­stać… –> Powtórzenie. Literówka

 

W sumie mo­gło­by minąć nawet trzy mie­sią­ce… –> Miesiące są rodzaju męskiego, więc: W sumie mo­gły­by minąć nawet trzy mie­sią­ce

 

Na mo­stek przy­był ar­cy­ksią­że. –> Literówka.

 

przy­wi­tał się z dozą nie­po­ko­ju ar­cy­ksią­że. –> Literówka.

 

Ar­cy­ksią­że nie wy­glą­dał na prze­ko­na­ne­go. –> Literówka.

 

ar­cy­ksią­że wró­cił do sie­bie. –> Literówka.

 

– Tak jest! – od­parł, wcale nie prze­ko­na­ny Ha­rven. –> – Tak jest! – od­parł, wcale nieprze­ko­na­ny Ha­rven.

 

za­mknę­ła się za nim z me­ta­licz­nym ude­rze­niem. Uru­cho­mi­li sil­ni­ki, a przed ich ocza­mi roz­su­nę­ły się po­tęż­ne wrota han­ga­ru. Kiedy te cał­ko­wi­cie się otwo­rzy­ły, sta­tek uniósł się lekko i po­su­nął po­wo­li ku czar­nej pu­st­ce roz­cią­ga­ją­cej się poza stat­kiem. –> Siękoza.

 

Świa­tło w ka­bi­nie przy­ga­sło. We­wnątrz kok­pi­tu mi­go­ta­ły róż­no­ko­lo­ro­we świa­teł­ka, a na ekra­nach wy­świe­tla­ły się ko­mu­ni­ka­ty. Teraz mogli do­strzec przy­pró­szo­ną punk­to­wym świa­tłem gwiazd sferę przed nimi. Gdzie­nie­gdzie widać było słabo ża­rzą­ce się roz­my­tym świa­tłem mgła­wi­ce… –> Powtórzenia.

 

W końcu za­wisł w jed­nym miej­scu i za­czął po­wo­li opa­dać. –> Czy istniała możliwość, by zawisł w dwóch miejscach?

Może wystarczy: W końcu za­wisł i za­czął po­wo­li opa­dać.

 

która ge­ne­ro­wa­ła nie­po­trzeb­ne pro­mie­nio­wa­nie, które mo­gło­by zdra­dzić ich po­ło­że­nie… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …która ge­ne­ro­wa­ła nie­po­trzeb­ne pro­mie­nio­wa­nie, mogące zdra­dzić ich po­ło­że­nie.

 

Zimne świa­tła roz­świe­tla­ły ciem­ną, zimną kra­inę. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuje: Zimne świa­tła rozjaśniały ciem­ną, zimną kra­inę.

 

Pły­nę­li tak przez czas, zda­ją­cy się cią­gnąć nader długo. Ka­pi­tan Ha­rven, sto­ją­cy cały czas tuż… –> Powtórzenie.

 

wcale nie ob­cho­dzi żaden ar­cy­ksią­że–> Literówka.

 

pra­pra­dzia­dek Se­ve­ril­la za­miesz­kał wraz z ro­dzi­ną i kil­ku­na­sto­ma in­ny­mi ro­dzi­na­mi… –> Powtórzenie.

Proponuję: …pra­pra­dzia­dek Se­ve­ril­la za­miesz­kał ze swoją ro­dzi­ną i jeszcze kil­ku­na­sto­ma in­ny­mi

 

i star­ców po­gry­wa­ją­cych w sza­chy. –> Raczej: …i star­ców gry­wa­ją­cych w sza­chy.

 

Dwa po­zo­sta­łe są go­to­we dzia­ła­nia… –> Chyba miało być: Dwa po­zo­sta­łe są go­to­we do dzia­ła­nia

 

– Kiedy do­tar­li­śmy tam na dół za­sta­li­śmy ludzi. –> Raczej: – Kiedy do­tar­li­śmy na dół, za­sta­li­śmy tam ludzi.

 

a jesz­cze inni przy­ję­li tę wia­do­mość ze stra­chem, ale god­no­ścią. –> Chyba miało by: …a jesz­cze inni przy­ję­li tę wia­do­mość ze stra­chem, ale i z god­no­ścią.

 

po­grą­żo­nych w dziw­ny stan, bę­dą­cym czymś więk­szym niż sen… –> …po­grą­żo­nych w dziw­nym stanie, bę­dą­cym czymś więcej niż sen

 

Ar­cy­ksią­że zo­stał prze­trans­por­to­wa­ny… –> Literówka.

 

Ar­cy­ksią­że rzad­ko się po­ka­zy­wał. –> Literówka.

 

a to po­trze­bo­wał upew­nie­nia, że na pewno je­ste­śmy bez­piecz­ni… –> Nie brzmi to najlepiej.

a to po­trze­bo­wał potwierdzenia, że na pewno je­ste­śmy bez­piecz­ni

 

wszyst­ko tak strasz­nie kon­tra­sto­wa­ło z ca­ło­kształ­tem ich sy­tu­acji, że Carl Ha­rven od­czu­wał strasz­nie mie­sza­ne uczu­cia. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …wszyst­ko tak strasznie/ bardzo kon­tra­sto­wa­ło z ca­ło­kształ­tem ich sy­tu­acji, że Carl Ha­rven doznawał wyjątkowo mie­sza­nych uczu­ć.

 

Do po­czu­cia celu, ja­kie­goś kie­run­ku, cho­ciaż prze­czu­cia cze­go­kol­wiek… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Do po­czu­cia celu, ja­kie­goś kie­run­ku, cho­ciaż przewidzenia cze­go­kol­wiek

 

Wiele czasu spę­dzał też na­słu­chu­jąc sy­gna­łów z ko­smo­su. –> Literówka.

 

wia­do­mo­ści, na­bo­żeństw re­li­gij­nych, bajek dla dzie­ci… –> Masło maślane. Czy bywają nabożeństwa inne niż religijne?

 

jed­no­cze­śnie z ogrom­ną ra­do­ścią, ale też okrop­ną no­stal­gią. –> Raczej: …jed­no­cze­śnie z ogrom­ną ra­do­ścią, ale też wielką/ bezmierną no­stal­gią.

 

Póź­niej w coś go ukłu­ło w brzu­chu. –> Literówka.

 

po­pły­nął pro­sto na dno, tylko by zaraz wpaść do ga­bi­ne­tu Ro­sen­thal­la. –> …po­pły­nął pro­sto na dno, by zaraz wpaść do ga­bi­ne­tu Ro­sen­thal­la.

 

– Po­nie­waż ja­ka­kol­wiek re­ak­cja z na­szej stro­ny na­ra­ża nas na ry­zy­ko ujaw­nie­nia na­szej lo­ka­li­za­cji… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za komentarz!

Usterki oczywiście poprawię w najbliższej wolnej chwili.

Zastanawiam się, czy może nieco nie rozwinąć postaci arcyksięcia, nawet w postaci kilku akapitów wtrąconych między poczynaniami kapitana Harvena. To mogłoby załatwić kwestię nieokreślonego konfliktu, dziejącego się gdzieś daleko w tle. Nie chciałem przesadzić z długością opowiadania, dlatego dążyłem do uproszczenia postaci pobocznych, ale może to nie było właściwe rozwiązanie. Chyba faktycznie lepiej byłoby, gdyby niektóre kwestie mocniej wybrzmiały. :)

Tak czy inaczej skoryguję wymienione usterki.

Skoro uważasz, że z arcyksięcia da się wycisnąć coś, co poprawi tekst, spróbuj. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobry arcyksiążę to i wojnę światową może wywołać… Ale trzeba cisnąć naprawdę mocno. ;-)

Babska logika rządzi!

Opowiadanie czytało mi się nawet przyzwoicie (pomijając te momenty, kiedy potykałem się o przydługie zdania i zbędne przecinki). Boli mnie jednak – i to strasznie – fakt, że tekst jest istnym cmentarzyskiem niewykorzystanych, niedopowiedzianych i porzuconych bez rozwinięcia wątków, motywów i możliwości…

Przede wszystkim, moim zdaniem wyrzuciłeś do kosza 90% zagadnień z postapokaliptyczno-socjologicznej SF.

Lud Sepha wziął się od garstki uchodźców, którzy jakimś cudem znaleźli planetę i byli przez pięć pokoleń kompletnie odizolowani od reszty galaktyki, od imperium, od reszty ludzkości krótko mówiąc. Żyli zamknięci w dziwnym miejscu, budując swoje społeczeństwo prawie od zera (z prawami, tradycjami, administracją, przesądami, WSZYSTKIM). Najprawdopodobniej byli też pozbawieni większości dzieł kultury (jasne, mogli mieć trochę filmów i książek, ale w końcu to uchodźcy, więc pewnie mieli tylko to, co było pod ręką – a jeśli jednak przygotowali sobie odpowiednią bibliotekę, to Ty o tym nie wspominasz). Nie wiadomo, oczywiście, ilu tych “autochtonów” jest (chyba że mi to umknęło), ale podejrzewam, że przyrost naturalny mieli dość wysoki z powodu braku antykoncepcji oraz rozrywek innych niż radosna kopulacja, a także dzięki dostępności miejsca i zasobów (wszak Jerusalem miało służyć za schronienie ogromnej liczbie ludzi). Można więc założyć, że po pięciu pokoleniach jest ich całkiem sporo. Do tego dochodzi kwestia religii (ani “cywilizowani”, ani “odcięci” nie są całkowicie zsekularyzowani), która też powinna ulec jakiejś przemianie na przestrzeni tylu lat i odgrywać w ich życiu dużą rolę. I tak dalej, i tak dalej… W każdym razie – moim zdaniem ich kultura powinna stać się BARDZO odmienna.

I dlatego dziwi fakt, że nie było żadnego szoku kulturowego po zetknięciu tych dwóch kompletnie różnych społeczeństw, a Seph tak łatwo wpuścił tamtych, zamiast np. ogłosić krucjatę przeciwko intruzom albo wymagać od wszystkich nowo przybyłych przyjęcia ich wiary poprzez rytualne samookaleczenie (ok, to dość ekstremalne przykłady, ale chyba pokazują, co mam na myśli). Wydaje mi się, że większość ludzi po tak długim czasie mogłaby nawet zacząć powątpiewać w istnienie jakichkolwiek innych planet (zwłaszcza jeśli np. trzy pokolenia temu jakiś fanatyk religijny wykasował z bazy danych wszystkie dowody na ich istnienie)…

No po prostu nie kupuję tego, że potomkowie uchodźców tak długo siedzieli pod lodem, a potem na pierwszą grupę przybyszów zareagowali na zasadzie “okej, spoko, wchodźcie i pomajstrujcie przy naszych bezcennych reaktorach i szklarniach”.

Abstrahując już od tego zmarnowanego potencjału (i psującego ogólne wrażenie braku tła fabularnego, o którym już wspomniał NoWhereMan), parę kwestii pozostaje zwyczajnie niewyjaśnionych albo niedopowiedzianych. Nie wiadomo na przykład, o co chodzi z tymi pustkami. A motyw błysku w oku admirała istnieje chyba tylko jako zmyłka.

 

 

Dziękuję za komentarz i lekturę!

Cóż mogę powiedzieć, prócz tego, co napisałem wyżej? Pośpiech jest zgubny. :) Coraz bardziej się utwierdzam w przekonaniu, że opowiadanie będę musiał dogłębnie przeredagować i rozwinąć kilka wątków. Z drugiej strony obawiam się trochę, że wyjdzie z tego coś o wiele bardziej obszernego, niż z początku zakładałem. Chociaż wcale nie musi to być złe.

Wezmę sobie komentarze do serca i popracuję nad tekstem, kiedy tylko odrobina wolnego czasu na to pozwoli. ;)

Trochę zwlekałam z komentarzem, ale przybywam. Nie da się ukryć, że zgadzam się w 100% z opinią master-of-orion. Miałeś pomysł, który mógł zaintrygować, a że space opery uwielbiam, byłam gotowa na coś ciekawego. Jednak brak tła mocno mnie raził – chociaż jedno zdanie, jakieś wspomnienie bohatera bardzo dużo by dało. Z niemałym zaskoczeniem też przyjęłam, że koloniści pod lodem tak bez problemu poradzili sobie z nową grupą – idealny moment na konflikt, a u Ciebie to poszło tak gładko jakby to nic nie było. 

Potencjał jest, bo masz ciekawe pomysły. Tylko jeszcze bardziej je rozwiń :)

Dziękuję za komentarz!

Błędy dostrzegam, postaram się ich unikać na przyszłość. :)

Nie do końca pamiętam, jak trafiłem na “Siedem Kelwinów”. Ale wciągnęło mnie na tyle, że przeczytałem; daję znać. Zostawię te kilka słów, nawet jeśli o kilkanaście miesięcy za późno. :)

Bardzo podobał mi się koncept świata, w którym kosmiczna karawana szuka swojego miejsca. Mam wręcz niedosyt, że tak mało tekstu mówiło o życiu w takich warunkach, przez tyle lat. Doceniam wiarygodne wyjaśnienie technologii; dlaczego powrót byłby tak ryzykowny. Ciekawe, jak mało autorytarny i decyzyjny był w tym wszystkim arcyksiążę!

Nie do końca przemówiło do mnie zakończenie. Rozumiem konflikt wartości i wagę decyzji, niczego innego nie proponuję. Ale spojrzenie admirała zostawiło niedosyt i masę wątpliwości. Chyba gdzieś zabrakło mi dookreślenia (albo wyobraźni), jaka to nić porozumienia się nawiązała.

Będę śledził, ale tym razem skomentuję trochę nowsze opowiadania :)

Dzień dobry, nano! Nie spodziewałem się, że ktoś jeszcze do tego opowiadania zawędruje, bardzo mi miło. :D

Z perspektywy czasu widzę, że wiele wątków można by tutaj rozwinąć, podciągnąć, poprawić… Ostatnio jednak czasy i nawał pracy – mimo panującej kwarantanny – ledwie pozwala mi na czytanie książek, na pisanie czasu praktycznie nie ma, a z poprawianiem staroci jest jeszcze gorzej. Niemniej cieszę się, że tu jakoś dotarłeś i dziękuję za komentarz. :)

W takim razie[-,] przekażę wieści rodzinie… Z Bogiem[+,] Greg.

Gdzieniegdzie widać było słabo żarzące się rozmytym światłem mgławice i galaktyki[+.]

Gdzieś mignęły mi jakieś przecinki, ale nie chciałam się odrywać, a teraz je zgubiłam, wiadomo.

Mnie się podoba pomysł na schronienie-pułapkę. Może rzeczywiście trochę za łatwo tubylcy przyjęli przybyszów, ale nie przeszkadzało mi to. Podoba mi się zakończenie.

Dobrze mi się czytało.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Nowa Fantastyka