- Opowiadanie: wojtas10 - Skok w Gnieździe

Skok w Gnieździe

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Skok w Gnieździe

Kiedy Kos pojawił się we wspólnej sali i ruszył, utykając, prosto do jego barłogu, serce Wiórka zamarło. Starszy Skowronków nigdy nie pojawiał się wśród podwładnych bez powodu. I zwykle powód ten nie oznaczał niczego dobrego.

– Wstawaj! – rzucił krótko Kos i natychmiast obrócił się w stronę wyjścia, nie patrząc nawet, czy Wiórek idzie za nim. Zresztą po co miałby patrzeć? Było oczywiste, że chłopak nie ma innego wyboru.

Idąc za starszym, Wiórek gorączkowo rozmyślał nad powodem nagłego wezwania. Czy chodzi o haracz? Chyba nie, przecież co wieczór oddawał należną część wyżebranych lub ukradzionych pieniędzy. Trochę zawsze chował dla siebie, jak wszyscy, ale dbał o to, by oddać Krogulcowi co najmniej wymaganą sztukę srebra. Na ogół zresztą dodawał coś niecoś górką, nie chcąc zwracać na siebie uwagi podejrzanie równą kwotą.

Może zatem chodziło o Perza? Dwa lata starszy i dobre piętnaście kilo cięższy ulicznik próbował przedwczoraj przepędzić Wiórka z jego stałego miejsca pod zajazdem „Skrzyżowane Klucze”. Skowronki często lokowały się w pobliżu tawern i gospód. Oprócz zwyczajowego żebrania często nadarzała się tam okazja do obrobienia kieszeni jakiemuś pijakowi. Bywało, że któryś z gości potrzebował chłopca na posyłki albo przewodnika, a kto umiał się przymilić do obsługi, mógł liczyć na resztki z kuchni. Toteż Wiórek ani myślał ustąpić rywalowi swojego z trudem wywalczonego skrawka terenu. Na ulicy obowiązywało prawo silniejszego i jeśli dałeś się wepchnąć głębiej do rynsztoka, mogłeś winić tylko siebie. Wszystkie chwyty były dozwolone, o czym boleśnie przekonał się Perz. Niespodziewany kopniak między nogi, a potem cios zaciśniętą na rulonie miedziaków pięścią w twarz skutecznie wybiły mu z głowy zapędy na Wiórkowe terytorium.

Niemniej cała sprawa miała miejsce już prawie tydzień temu, a poza tym takie bójki były na porządku dziennym. Stojące najniżej w złodziejskiej hierarchii Gniazda Skowronki musiały same dbać o siebie. Nikt nie przejmował się nieudacznikami. Kto nie dostarczył na koniec dnia sztuki srebra dla Krogulca, ten nie mógł liczyć na łaskę. Nieliczni tylko dostawali szansę awansu do innych kast. Najsilniejsi chłopcy trafiali na ogół do Jastrzębi, łamignatów wymuszających haracz od kupców i porywających dzieci arystokratów dla okupu. Dziewczynki czekał prawie zawsze los Pawi – krzykliwie i kolorowo ubranych prostytutek. Najładniejsze i najcwańsze mogły liczyć na zostanie Łabędziem – luksusową kurtyzaną z własnym kontraktem do wykupienia przez najzamożniejszych mieszkańców Gniazda.

Pochłonięty rozmyślaniami Wiórek dopiero po chwili zorientował się, że minęli komórkę starszego, umieszczoną przy wejściu do starego magazynu, gdzie sypiały Skowronki. Na zewnątrz panowała już noc. Kos podał mu bez słowa worek i Wiórek drżącymi rękoma założył go na głowę. Dokąd mnie prowadzi? Żeby tylko nie oddał mnie do Bażantów, pomyślał ze strachem. Kasta męskich prostytutek była najgorszym koszmarem młodych Skowronków, którzy nie nadążali z dostarczaniem haraczu.

Kos pociągnął go labiryntem zaułków, maszerując szybko mimo kulawej nogi i skręcając co chwila w różnych kierunkach. Zeszli po schodach, skrzypnęły drzwi, owionął ich zapach dymu z pochodni. Starszy ściągnął mu worek z głowy i stanął obok.

Wiórek zamrugał, próbując przyzwyczaić wzrok do światła. Od razu zrozumiał, że siedzący za stołem mężczyzna musi być samym Krogulcem. Bynajmniej nie z powodu wyglądu. Fizjonomia obcego nie charakteryzowała się ani szpiczastym zakrzywionym nosem, ani przenikliwie patrzącymi oczami. Wręcz przeciwnie, było to oblicze całkowicie nijakie, mogące należeć do średnio zamożnego rzemieślnika lub drobnego kupca. Pewność, że siedzi przed nim sam wielki mistrz Gildii Gniazdowników, ogarnęła Wiórka natychmiast, gdy zerknął kątem oka na Kosa. Przed nikim innym starszy Skowronków nie prężyłby się tak sztywno na baczność.

Choć Krogulec był bez wątpienia najważniejszą osobą w pomieszczeniu, całą uwagę Wiórka przykuła druga postać, oparta kształtnymi pośladkami o blat stołu. Co prawda nie widział ich dokładnie, ale patrząc na resztę sylwetki był pewien, że są kształtne.

Dziewczyna była starsza od niego. Mogła mieć siedemnaście lat, wiek w sam raz na początkującą ulicznicę, jednak tezie, że para się najstarszą profesją świata, przeczył jej strój. Nie suknia, ale czarny, aksamitny kubrak i takież spodnie opinały ją ciasno, podkreślając bajeczne kształty. Ciemne włosy przystrzyżone były krótko, jak u chłopaka, ale ta fryzura wcale nie odejmowała dziewczynie uroku. Wręcz przeciwnie.

Sowa, pomyślał Wiórek. To musi być Sowa.

Skowronki, tak jak ptaki, od których wzięły miano, kończyły pracę o zmierzchu. W nocy nie można było liczyć na sposobność do oberżnięcia komuś kiesy w tłoku, a śpiewanie albo granie na fujarce zamiast jałmużny mogły przynieść co najwyżej zawartość urynału wylaną z okna na głowę. Sowy natomiast były stworzeniami mroku. Ciche, niewidoczne, wprawione we wspinaczce, włamywały się do zamkniętych komór, otwierały zatrzaśnięte na kłódki kufry, a czasem dosypywały trucizny do wina albo zatapiały sztylet w sercach tych, którzy weszli w drogę Krogulcowi.

Wiórek jeszcze nigdy żadnej nie spotkał.

– To ma być twój najlepszy chłopak? – Sowa skrzywiła się pogardliwie. Urażona duma starła się w Wiórku z falą zaskoczenia. On, najlepszy?

– Ma palce motyla. – Kos nie patrzył na dziewczynę. Mówiąc, nie spuszczał spojrzenia z Krogulca. – Nawet nie zauważysz, jak ściągnie ci pierścień z dłoni. Obrabia kieszenie z zamkniętymi oczami.

Wiórek słuchał tego w osłupieniu. To prawda, doliniarstwo szło mu nieźle, ale starszy nigdy go nie pochwalił.

– Taki dzieciak? Ile masz lat?

– Trzynaście – burknął wściekle chłopak, ale spojrzenie Kosa osadziło go w miejscu. – To znaczy, chyba trzynaście. Nie wiem dokładnie – dodał już pokorniejszym tonem.

– Wygląda na dziesięć. Chuderlawy jakiś – nie odpuszczała Sowa. Wiórek poczuł, jak napinają mu się mięśnie żuchwy.

– To właśnie dobrze – zripostował spokojnie Kos, wciąż patrząc na nieruchomego Krogulca. – Wygląd dziecka, umysł mężczyzny. Dla złodzieja połączenie idealne. Wśliźnie się tam, gdzie ty się nie zmieścisz.

Sowę zatkało. Chyba jeszcze nikt nigdy nie zasugerował jej, że jest za gruba. Wiórek pozwolił sobie na posłanie jej złośliwego uśmiechu. Puchł z dumy, że Kos nazwał go mężczyzną.

– Nigdzie nie będzie się wślizgiwał – syknęła rozzłoszczona włamywaczka. – Ten pokurcz ma tylko…

– Starczy, Cyna – odezwał się po raz pierwszy Krogulec. Głos miał tak samo nijaki jak wygląd, ale Wiórek, nie wiedzieć czemu, poczuł mrówki na całym ciele. Sowa jednak nie dała za wygraną.

– Po co mi w ogóle jakiś Skowronek? Doskonale dam sobie radę sama. Przecież…

– Zapominasz się – skarcił ją tym samym tonem Krogulec i tym razem Sowa zamarła w pół słowa. – Klucz minimalizuje ryzyko. Chcę mieć ten towar. I nie jest istotne, kto mi go przyniesie. Są inne Sowy… – zawiesił znacząco głos, patrząc dziewczynie w oczy. Cyna wytrzymała spojrzenie krótką chwilę, a potem wymamrotała niechętne przeprosiny.

– Doskonale. – Mężczyzna przeniósł spojrzenie na Wiórka. – Wybiłeś Perzowi ząb. Strasznie jest na ciebie cięty.

– Jak chce stracić kolejne, to zapraszam – odparł Wiórek, choć myśl, że Krogulec wie o takiej błahostce, przyprawiła go o niepokój. Ale jedna z głównych zasad złodziejskiego świata brzmiała: w rozmowie z silniejszym nie okazuj strachu. – Ja z nim zwady nie szukałem.

Cień uśmiechu przewinął się po wargach Mistrza.

– Nada się – powiedział do Sowy i Kosa, a ci skinęli krótko głowami. Ten drugi jakby z ulgą.

 

 

Przez całą drogę powrotną Wiórek ledwo powstrzymywał się przed zasypaniem przewodnika pytaniami. Wytrzymał cierpliwie aż do chwili, gdy Kos ponownie zdjął mu worek z głowy. Ledwo jednak otworzył usta, w brzuch wbiła mu się pięść.

– Słuchaj, szczylu – wycedził starszy. – Widziałem jak się nadymasz, bo szef powiedział do ciebie dwa zdania. Nie wyobrażaj sobie nie wiadomo czego. Poręczyłem za ciebie i jak spieprzysz tę robotę, to będziesz błagał, żeby oddać cię do Bażantów. Jasne?

– Tak – stęknął Wiórek w odpowiedzi. – Ale co mam zrobić?

Kos pociągnął go do swojej komórki. Pomieszczenie było ciasne, zatęchłe. Za całe umeblowanie służyła skrzypiąca prycza, rozklekotany stół i takiż zydel. Starszy popchnął chłopaka na stołek, a sam wyciągnął się z westchnieniem ulgi na pryczy, delikatnie układając kulawą nogę. Wiórek wiedział, że pogruchotali mu ją na torturach siepacze ze Straży Miejskiej.

Mężczyzna wyćwiczonym ruchem sięgnął pod pryczę, wydobywając spod niej spory antałek. Wyszarpnął korek zębami i pociągnął spory łyk. Dopiero wtedy spojrzał na siedzącego bez ruchu chłopaka.

– Za dwa dni jarmark – oznajmił. – W twojej gospodzie staną kupcy z Piaskowego Jęzora.

– Skąd wiadomo? – wyrwał się nieopatrznie Wiórek i zaraz skulił się odruchowo. Nie należało przerywać starszemu. Na szczęście Kosowi nie chciało się zrywać z pryczy, by go skarcić.

– Jak mówię że staną, to staną – prychnął tylko wściekle. – Nie zadawaj głupich pytań. Będą wieźli rzeźbioną skrzynię. Ty zdobędziesz do niej klucz. A właściwie odcisk klucza. Musimy dorobić własny.

– Sowa nie da rady się włamać?

– Da, ale zostawiłaby ślady. Chcemy podmienić towar tak, żeby kupcy nie zorientowali się aż do wyjazdu z Gniazda. Musisz wyśledzić, który z nich nosi przy sobie klucz. Pewnie nie będzie się z nim rozstawał. Twoja głowa, jak go zdobyć.

– Rozumiem. – Wiórek zagryzł wargi, ale nie mógł powstrzymać urażonej dumy. – Mówiłeś, że jestem najlepszy, ale to nieprawda. Po prostu wybrałeś mnie, bo zatrzymają się w mojej gospodzie.

Kos milczał chwilę, mierząc go ciężkim spojrzeniem.

– Nie, idioto – powiedział spokojnie. – Zatrzymają się w twojej gospodzie dlatego, że wybrałem ciebie.

 

Następne dni były najpracowitszymi w całym Wiórkowym życiu. Przyjezdni zawalili „Skrzyżowane Klucze” od piwnic po strych. Przybyli kupcy z Czarnej Perci handlujący minerałami i skalnym olejem; pasterze z Ryczywołu, pędzący stada bydła; tkacze z Jedwabników; żeglarze ze Słonej Przystani; bartnicy z Pszczelego Boru i całe mnóstwo drobnych kramarzy wędrujących od jarmarku do jarmarku. Cały ten tłum pił, krzyczał, kłócił się i kłębił po karczmie, pozostając w nieustanym ruchu i utrudniając Skowronkowi rozeznanie w sytuacji.

Kupców z Piaskowego Jęzora było sześciu. Nosili powłóczyste szaty, a głowy i twarze owijali pasami materiału, tak że trudno było ich rozróżnić. Chociaż przybyli jako jedni z ostatnich, dziwnym trafem znalazł się dla nich osobny alkierz zamiast przepełnionej wspólnej sali, gdzie spała reszta gości. Wiórka to nie dziwiło, w końcu wszystkie gospody w Gnieździe były pod kontrolą Krogulca. Pięciu było konno, ostatni powoził lekką dwukółką, której jedyny ładunek stanowiła niewielka skrzynia. Gdy zaczęli ją ściągać z wozu, Wiórek dyskretnie oddalił się na tyły gospody, po czym błyskawicznie wspiął na dach stajni.

Alkierz miał niewielkie okienko wychodzące na podwórze. Położywszy się płasko chłopak mógł niepostrzeżenie obserwować kupców. Skrzynia została złożona pod ścianą, a jeden z przybyszów zdjął z szyi rzemień z kluczem. Otworzył wieko i wyjął niewielki przedmiot zawinięty w płócienną płachtę. Gdy ją rozwinął, Wiórek sapnął z zachwytu. Kupiec trzymał w ręku złote jajo, wysadzane błyszczącymi rubinami. Mężczyzna oglądał przedmiot ze wszystkich stron, po czym odłożył go na miejsce. Kiwnął na trzech towarzyszy i wyszedł wraz z nimi na zewnątrz. Pozostali dwaj zostali na straży ładunku.

Wiórek ześlizgnął się z dachu i pobiegł z powrotem przed gospodę, w samą porę, by ujrzeć czterech mężczyzn wychodzących na ulicę. Szli w trójkątnym szyku, z przywódcą pośrodku. Skowronek podążył za nimi, myśląc gorączkowo. Sprawa nie była łatwa. Liczył, że w jarmarcznym tłoku będzie mógł odpiąć klucz od pasa właściciela lub wyjąć mu go z kieszeni, zrobić woskowy odcisk, a potem niepostrzeżenie odłożyć na miejsce. Tymczasem zniknięcie ciężaru z szyi z pewnością natychmiast zwróciłoby uwagę okradanego. Kupiec pewnie nigdy nie zdejmuje klucza, a gdyby zasnął…

– Teraz wybiję ci wszystkie zęby. – Wiórek drgnął, wyrwany z rozmyślań. Znajdował się na początku wąskiej uliczki, prowadzącej do Placu Założyciela, śledzeni mężczyźni właśnie dochodzili do jej wylotu. Za jego plecami zaś stał wyszczerzony w grymasie szczerbaty Perz w towarzystwie dwóch innych obdartusów.

– Brać go! – Instynkt Skowronka, wyrobiony przez lata ulicznego życia, zadziałał bezbłędnie. Nim wybrzmiał ostatni dźwięk okrzyku, Wiórek już pędził ile sił w stronę placu. Słyszał tupot goniących, tuż koło ucha świsnął mu kamień, ale zbawcza przestrzeń była tuż, tuż. Po zastawionym straganami placu przewalał się brzęczący, szemrzący tłum, ale chłopak nie zwolnił nawet na chwilę. To było jego naturalne otoczenie, jak woda dla ryby. Zanurkował w grupę trajkoczących kobiet, przepłynął nad dyszlem ciągniętego wózka z sianem, zakręcił się wokół straganu z garnkami. Tamci ugrzęźli na chwilę w ciżbie, ale nie odpuszczali. Wywijając się spod ręki rozzłoszczonego garncarza, Wiórek szybko rozejrzał się dokoła. Jego kupcy właśnie oglądali rzeźbę Założyciela, przedstawiającą rycerza wyciągającego rękę do wychylonego z gniazda orła. Chłopak namacał w kieszeni kostkę wosku i ruszył w ich stronę.

– Ratunku! – wrzasnął, wpadając między mężczyzn. Ochroniarze błyskawicznie dobyli krótkich mieczy, ale Wiórek, szlochając, już wczepiał się całym ciałem w przywódcę. – Ratujcie mnie, dobrzy panowie!

Perz i jego przyboczni wyhamowali tuż przed celującymi w ich stronę ostrzami. Kupiec z trudem oderwał od siebie lamentującego Skowronka i mocnym palnięciem w ucho posłał go na ziemię. Wiórek wykorzystał impet, by przetoczyć się przez bark i płynnie poderwać do dalszego biegu.

– Dzięki wam, panie – krzyknął przez ramię. Perz, odgrodzony obnażonymi ostrzami, pogroził mu pięścią.

– Jeszcze cię dorwę! – wrzasnął ze złością.

 

Wiórek ponownie leżał na dachu stajni w gospodzie. Właśnie minęła północ. Kilka godzin wcześniej dostarczył Kosowi odcisk klucza. Kuternoga nic nie powiedział, ale w jego oczach błysnęło uznanie. Wiórek uznał to za przyzwolenie do wymknięcia się z magazynu na noc. Koniecznie chciał zobaczyć Sowę w akcji.

Przez okienko alkierza widział skrzynię i pilnującego ją strażnika. Pozostali spali na szerokich, zasłanych skórami ławach. Czuwający co jakiś czas wstawał i robił parę kroków po izbie, dorzucając drewna do kominka przy drzwiach. Wiórek omiatał spojrzeniem całą gospodę, ale nigdzie nie mógł wypatrzeć najmniejszego ruchu. Podwórze gospody pogrążone było w ciszy.

Może dziś nie przyjdzie. Zaledwie to pomyślał, dziewczyna wyłoniła się z cienia pod okienkiem. Wyglądało to, jakby mała cząstka ciemności uformowała się nagle w smukłą sylwetkę. Strażnik w alkierzu siedział pod ścianą z przymkniętymi lekko oczami. Cyna przyłożyła do ust coś w rodzaju fletu i dmuchnęła. Mężczyzna klepnął się w szyję, westchnął, broda opadła mu na pierś. Sowa przewinęła się jak wąż przez okienko, wyjęła delikatnie strzałkę z szyi śpiącego. Błyskawicznie znalazła się przy skrzyni. Ruchy miała pewne i szybkie, nie marnowała ani ułamka sekundy. Z małej torby przy pasie wyjęła falsyfikat jaja, zamieniła je z oryginałem, przymknęła wieko i obróciła się do okna.

Wtedy jeden z kupców poruszył się.

Nim jednak jego ciało przekręciło się do końca, Sowa już zniknęła przewrotem pod ławą. Tylko skórzana narzuta kołysała się lekko w miejscu jej kryjówki.

Kupiec podniósł się do pozycji siedzącej, drapiąc w głowę. Opuścił nogi na podłogę, chwilę gapił się tępo w ścianę, a potem sięgnął między nogami pod ławę, tam gdzie przed chwilą zniknęła Cyna. Wiórek wstrzymał oddech.

Ręka mężczyzny wyłoniła się, trzymając urynał. Napełniając naczynie, kupiec zwrócił uwagę na śpiącego strażnika. Zawołał do niego, a gdy tamten nie odpowiedział, pokręcił z niesmakiem głową. Wstał, przeciągnął się, wyjrzał przez okno, wylał zawartość nocnika. Nie wyglądało na to, by miał się położyć z powrotem.

Wiórek zsunął się na drugą stronę dachu i zgięty wpół pobiegł najciszej jak mógł do krawędzi przylegającej do gospody. Różnica poziomów była niewielka, z łatwością wspiął się więc na poszycie wyższego budynku i stąpając ostrożnie podążył w stronę komina, wychodzącego z alkierza kupców. Tworzące go cegły były spękane, zaprawa zwietrzała. Wiórek wybrał najbardziej pokruszony fragment i ostrożnie wyjął dwa luźne kawałki. Rzucił jeden w głąb komina i szybko wycofał się na stajnię, w samą porę, by zobaczyć, jak Sowa wyskakuje bezszelestnie przez okno w ciemność podwórza. Kupiec, odwrócony do niej plecami, podejrzliwie grzebał w palenisku.

Zadowolony z siebie Wiórek zeskoczył w zaułek na tyłach stajni. Gdy tylko się wyprostował, poczuł nacisk wąskiego ostrza na gardle.

– Co tu robisz, Skowroneczku? – Szept w uchu zjeżył mu włosy na karku. Uczucie nie było do końca nieprzyjemne. Zwłaszcza gdy wyobraził sobie, o jaką część ciała dziewczyny opiera się właśnie jego głowa. – To nie twoja pora.

– Ubezpieczam cię – wymamrotał. Cyna parsknęła rozbawiona.

– Ty mnie?

– A myślisz, że kto odwrócił uwagę tego strażnika?

– Mogłeś wszystko spieprzyć. A jakbyś pobudził pozostałych?

– Gdyby nie ja, jeszcze wąchałabyś ich nocniki.

– Czekałam na okazję. Doskonale panowałam nad sytuacją.

– No, widać było.

– Dosyć! – Cyna odepchnęła go ze złością. – Trzymaj się ode mnie z daleka. Następnym razem poderżnę ci gardło.

Urażony Wiórek patrzył za odchodzącą dziewczyną. Jej biodra kołysały się uwodzicielsko.

– Należy mi się połowa doli! – zawołał. W odpowiedzi doleciał go tylko szyderczy śmiech.

 

Wiórek wiedział dokładnie, dokąd iść. Gniazdo było jego miastem, znał je jak własną kieszeń i żaden kaptur na głowie nie mógł utrudnić mu orientacji. Pchnął drzwi do siedziby Krogulca w momencie, gdy Cyna powiedziała:

– Nie rozumiem.

Osłupiała wpatrywała się w kamień, wyciągnięty z torby na biodrze. Wyglądał jak kawałek cegły. Takiej z komina.

– Nie rozumiem – powtórzyła żałośnie, jakby nie widząc wchodzącego do sali Skowronka. Siedzący przed nią Krogulec trzymał w dłoniach sztylet. Czubkami palców ujmował ostrze jak przed rzutem. W odróżnieniu od Cyny, uważnie patrzył na podchodzącego powoli Wiórka. Chłopak sięgnął za pazuchę i położył na stole złote, wysadzane rubinami jajo.

– Nieważne, kto ci je przyniesie? – zapytał. Mistrz odłożył broń i wziął łup do ręki. Obejrzał go dokładnie pod światło.

– Zjeżdżaj – rzucił z pogardą, nie patrząc na Cynę. W oczach dziewczyny zabłysły łzy, warga jej drżała. Odwróciła się i wyszła w milczeniu. Wyglądała, jakby ktoś przetrącił jej kręgosłup. Wiórkowi zrobiło się nieswojo.

Krogulec pchnął w jego stronę pobrzękujący mieszek.

– Masz talent, chłopcze. Po odpowiednim szkoleniu mogłaby być z ciebie niezła Sowa. Chcesz?

Wiórek zważył mieszek w dłoni i uśmiechnął się.

– Chcę. Ale mam jedną prośbę.

 

– Wstawaj, robota czeka – Lewar, starszy Sów otworzył bez pukania drzwi do jej pokoju. Cyna zerwała się z pościeli, trąc zapuchnięte oczy.

– Jaka robota?

– Trening. Za pięć minut masz być na torze.

– Mam trenować jak jakiś żółtodziób? – Jęknęła, ale Lewar już zniknął. O mało się nie rozpłakała. Zbudowany z różnych rodzajów podłoża tor służył początkującym adeptom do szkolenia się w sztuce skradania. To tak Krogulec chce mnie upokorzyć, myślała rozżalona. To niesprawiedliwe.

Lewar czekał na nią w towarzystwie jakiegoś dzieciaka.

– No, jesteś. To twój adept.

– Mój… co?

– Adept.

– Ale ja nigdy nikogo nie szkoliłam…

– Krogulec skierował go specjalnie do ciebie. Do roboty.

Lewar odszedł. Dopiero teraz Cyna rozpoznała Wiórka. Umyty, porządnie ubrany, zmienił się nie do poznania. Chłopak wyszczerzył się do niej w uśmiechu.

– To kiedy zaczynamy… partnerko?

Koniec

Komentarze

I niemal nigdy powód ten nie oznaczał niczego dobrego.

Nie wiem, czy jest tu jakiś konkretny błąd, ale tyle zaprzeczeń jednocześnie kiepsko brzmi. 

 

Interpunkcji się nie czepiam, bo nie chcę namieszać – sam nie jestem w tym najlepszy. W ogóle nie ma co się specjalnie czepiać, bo styl wciąga, jest przyjemny, lekko zadziorny – świetnie współgra z treścią. 

Fabularnie nic tu dupy nie urywa – raczej typowa historia awanturniczo-fantasy, choć mimo że poruszasz się po mocno udeptanych drogach, ba, autostradach nawet, to wszystko – i świat i postacie – wydają się być żywe i naturalne. No i najważniejsze w fantasy – tekst jest w zasadzie zamknięty, ale równie dobrze może być pierwszym rozdziałem powieści. 

Udane opowiadanie. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki za komentarz. Zdanie poprawiłem. 

 

EDIT: Dziękuję za punkt :)

Mr. Maras, dzięki za drugi punkt.

Przyjemnie się czyta, wszystko pięknie, tylko gdzie tu fantastyka?

Podobało mi się dopasowanie ptasich nazw do szemranych “zawodów”. Ładny detal. A dzięki temu do konkursu się nieźle nadaje. Gdyby jeszcze jakieś elementy fantastyczne się pojawiły…

Babska logika rządzi!

Aż się prosiło o takie podejście do tematu. W klimatach fantasy spodziewałem się podobnej historii właśnie od Ciebie, Wojtasie, lub Arnubisa czy El Lobo. Niby pomysł wyjściowy nie powala oryginalnością – żebracze czy złodziejskie gildie/szajki uliczne, to w fantasy standard i obowiązkowy element miejski. Ogólnie wszystko wydaje się w tym opowiadaniu bardzo sztampowe, jednak w żaden sposób nie umniejsza to przyjemności z lektury. Przede wszystkim dlatego, że jest to napisane na bardzo wysokim poziomie. Naprawdę wszystko idzie płynnie i zgrabnie, zdania są gładkie i okrągłe, tekst sam się czyta. Za to wielkie brawa, Wojtasie. Tak napisane opowiadania widuje się na papierze.

Dodam jeszcze, że w tej sympatycznej opowieści, pomimo jej przewidywalności, znalazłeś pomysł na fabułę i sympatycznego twiścika. I tylko fantastyki brak, jak już zauważyła Finkla. Świat umownie fantasy, ale objawia się to tylko w wymyślonych naprawdę zgrabnie nazwach.

 

Sugestie:

 

Mężczyzna przeniósł teraz spojrzenie na Wiórka. – po co to teraz?

 

Bły­ska­wicz­nie zna­la­zła przy skrzy­ni. – się?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję za komentarze, miło mi, że się podobało. Niestety ostatnie kilkanaście godzin spędziłem w samolocie odcięty od netu i termin poprawek minął, ale po rozstrzygnięciu konkursu na pewno poprawię.

Brak elementów fantastycznych… hmmm… przyznam, że możliwość takiego zarzutu nie przyszła mi do głowy. Podczas pisania widziałem Gniazdo ( która to nazwa wraz z rzeźbą założyciela miała sugerować alternatywną wersję legendarnego Gniezna) w swojej głowie i było ono dla mnie miastem umieszczonym w świecie fantasy. Chyba podświadomie założyłem, że czytelnicy też je tak zobaczą, sugerując się właśnie nazwami i imionami. A że pomysł mało oryginalny i sztampą trąci – no cóż, ja właśnie takie lubię najbardziej ;)

No, a teraz pora zacząć czytać konkurencję.

 

 

Nie ma się co obrażać na sztampowość. Ta sztampa fantasy w niczym nie przeszkadza w powyższym tekście. Ja bardzo lubię Feista i Eddingsa (wybiórczo), a to jest napisane w ich duchu, i taką klasyczną, awanturniczą fantasy bardzo sobie cenię.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Absolutnie się nie obraziłem ;)

Wojtas10 – oni wszyscy chodzą z brzytwą i na dodatek opatentował ją jakiś Lem ;)

I zwykle powód ten nie oznaczał niczego dobrego.

Hmm. Trochę jakby anglicyzm. Wycinalny bez szkody dla tekstu, jak sądzę. I uważaj na "się"! W pierwszym akapicie są trzy.

 Wiórek za nim podąża

Anglicyzm. Czy Wiórek idzie za nim.

 Idąc za starszym, Wiórek gorączkowo rozmyślał nad powodem nagłego wezwania.

Dałoby się skrócić i zdynamizować.

część dla Krogulca wynosiła co najmniej wymaganą sztukę srebra

Trochę nie teges. Może: żeby zanieść Krogulcowi przynajmniej sztukę srebra?

przymilić do obsługi,

Raczej obsłudze, albo służbie.

 awansu do innych kast

W zasadzie kasty są na całe życie, ale jeśli to metafora, to niech będzie.

 czekał prawie wyłącznie los

Raczej: prawie zawsze. Bo chyba nie bywały jednocześnie Pawiami i np. Jastrzębiami, nie?

 służącego za salę sypialną Skowronków

Skróciłabym, np.: gdzie spały Skowronki.

 była najgorszym koszmarem

To nie do końca jednoznaczne – z kontekstu owszem, ale nie gramatycznie.

 musi być samym Krogulcem

Anglicyzm, ale znośny.

 Fizjonomia obcego nie charakteryzowała się

Nie wiem, czy tak by myślał dzieciak z ulicy.

 druga postać

"Postać" tylko, jeśli to niewiadomoco. A tu wiadomo, co.

 tezie, że para się najstarszą profesją świata, przeczył jej strój

Znowu ciut za wyszukane jak na Twojego bohatera.

 zaprawione we wspinaczce

Zaprawione?

 nie spuszczał spojrzenia

Hmm. Aliteracja trochę przeszkadza.

 poczuł jak

Poczuł, jak.

 I nie jest istotne kto

I nie jest istotne, kto.

 niechętne przeprosiny

To ona jest niechętna przeprosinom, a nie przeprosiny jej.

 Wybiłeś Perzowi zęba.

Wybiłeś kogo, co? Ząb.

 Jak chce stracić kolejne to zapraszam

Jak chce stracić kolejne, to zapraszam.

 Cień uśmiechu przewinął się po wargach

Czy cienie się przewijają?

 nie chciało się zrywać z pryczy, by go skarcić.

Skarcić może go słownie.

 wieźli ze sobą

Wystarczy "wieźli".

 skalnym olejami

Chyba: olejem skalnym?

 osobny alkierz zamiast przepełnionej wspólnej sali

Hmm.

 dyskretnie oddalił się na tyły gospody, po czym błyskawicznie wspiął

Trochę się gryzą dwa przysłówki w jednym zdaniu.

 Alkierz posiadał

Nie będąc osobą, nie mógł posiadać niczego. Miał.

 nasadzane błyszczącymi rubinami

Wysadzane.

 umieściwszy przywódcę pośrodku

Hmm. Może jednak: z przywódcą pośrodku?

 wybrzmiał ostatni dźwięk okrzyku

Chyba za bardzo rozwlekasz.

 wystarczające przyzwolenie

Przyzwolenie nie może być niewystarczające.

 zniknęła przewrotem pod ławą

Ten przewrót psuje rytm. Wycięłabym.

w miejscu jej kryjówki

W miejscu, gdzie się ukryła.

 w pół

Łącznie.

 na poszycie wyższego budynku

Poszycie?

dokładnie dokąd iść

Dokładnie, dokąd iść.

 Nieważne kto

Nieważne, kto.

 Tor, zbudowany z różnych rodzajów podłoża

Bardzo dziwnie to brzmi.

 

Mrr, i to jest dobry kawałek. Nic nowatorskiego, ale odrobione porządnie. Bardzo porządnie. Ze wskazaniem na ciąg dalszy.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Choć pomysł nie powala świeżością, historyjka została opowiedziana w sposób zajmujący i niezwykle barwny. Spodobała mi się scena na targu, kiedy to ścigany Wiórek zachował przytomność umysłu i wykorzystał posiadaną kostkę wosku. ;) Widok Cyny osłupiałej na widok kawałka gruzu – bezcenny. ;)

Mam nadzieję, Wojtasie, że poprawisz usterki, bo chciałabym móc kliknąć Bibliotekę. ;)

 

Kiedy Kos po­ja­wił się we wspól­nej sali i skie­ro­wał się, uty­ka­jąc, pro­sto do jego bar­ło­gu… –> Może wystarczy: Kiedy Kos po­ja­wił się we wspól­nej sali i ruszył, uty­ka­jąc, pro­sto do jego bar­ło­gu

 

pod za­jaz­dem „Skrzy­żo­wa­ne klu­cze”. –> …pod za­jaz­dem „Skrzy­żo­wa­ne Klu­cze.

 

Naj­ład­niej­sze i naj­cwań­sze mogły li­czyć na zo­sta­nie Ła­bę­dziem – eks­klu­zyw­ną, luk­su­so­wą kur­ty­za­ną… –> Ekskluzywnyluksusowy to synonimy.

 

Wió­rek po­zwo­lił sobie na zło­śli­wy uśmiech w jej stro­nę. –> Nie bardzo wiem, jak można uśmiechać się w jakąś stronę…

Może: Wió­rek po­zwo­lił sobie na posłanie jej zło­śli­wego uśmiechu.

 

– Wy­bi­łeś Perzo­wi zęba. –> – Wy­bi­łeś Perzo­wi ząb.

 

wy­do­by­wa­jąc spod niej spory an­ta­łek. Wy­szarp­nął korek zę­ba­mi i po­cią­gnął spory łyk. –> Powtórzenie.

 

Przy­jezd­ni za­wa­li­li „Skrzy­żo­wa­ne klu­cze… –> Przy­jezd­ni za­wa­li­li „Skrzy­żo­wa­ne Klu­cze

 

Przy­by­li kupcy z Czar­nej Perci han­dlu­ją­cy mi­ne­ra­ła­mi i skal­nym ole­ja­mi… –> …skalnym olejem

 

Ku­piec trzy­mał w ręku złote jajo, na­sa­dza­ne błysz­czą­cy­mi ru­bi­na­mi. –> Ku­piec trzy­mał w ręku złote jajo, wysa­dza­ne błysz­czą­cy­mi ru­bi­na­mi.

 

Za jego ple­ca­mi zaś stał wy­szcze­rzo­ny szczer­ba­tym gry­ma­sem Perz… –> Szczerbaty był Perz, nie jego grymas.

Proponuję: Za jego ple­ca­mi zaś stał wy­szcze­rzo­ny w grymasie szczer­ba­ty Perz

 

Bły­ska­wicz­nie zna­la­zła przy skrzy­ni. –> Pewnie miało być: Bły­ska­wicz­nie zna­la­zła się przy skrzy­ni.

 

po­ło­żył na stole złote, na­sa­dza­ne ru­bi­na­mi jajo. –> …po­ło­żył na stole złote, wy­sa­dza­ne ru­bi­na­mi jajo.

 

zgię­ty w pół po­biegł naj­ci­szej jak mógł… –> …zgię­ty wpół po­biegł naj­ci­szej jak mógł

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przykro mi, ale tekst po prostu wymaga skrócenia. Początek, wprowadzający w fabułę, jest naprawdę za długi. Ja rozumiem, że chodziło o opisanie przedstawianego świata, ale trzeba było to zrobić partiami, a nie dać na wstępie blok nużącego opisu bez akcji.

Chyba tekst do przepracowania, ergo do skrócenia i udramatyzowania. Może podział na rozdzialiki ułatwiłby odbiór.

Pozdrówka.

Fiu, fiu, a to się posypało z komentarzami :)

Dziękuję wszystkim za odwiedziny, a Reg Tarninie za wnikliwą korektę. Ileż to jednak daje spojrzenie innej osoby. Poprawki oczywiście naniosę po wynikach. “Ząb” i “wpół”… ech…

RogerRedeye – skrócić, powiadasz? A mnie się wydawało, że opisów było właśnie za mało. Ktoś jeszcze ma podobne wrażenia do Rogera?

 

 

 

Wojtasie, skoro obiecujesz, że poprawisz usterki, wierzę Ci na słowo i klikam. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za zaufanie. Nie zawiodę.

Wiem, Wojtasie. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mr. Maras zachwalał na shoutboksie, że jakiś dobry heist się szykuje, to wpadłem. No i w sumie dobrze, że wpadłem, bo to całkiem przyjemny tekst. Lekki, przygodowy, choć niezbyt oryginalny. Nawet było jakieś zaskoczenie pod koniec. Także popieram bibliotekę.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

O, dziękuję bardzo. Shoutboks? Co to? Jestem gdzieś promowany? Mr Maras, dzięki za zachwalanie, nie miałem o tym pojęcia.

Najedź kursorem na ikonkę ołówka (z prawej, między książką a kopertą), to zobaczysz. Jak klikniesz na ikonkę, będziesz mógł przeczytać ostatnie 500 komentarzy.

Babska logika rządzi!

Ok, już widzę, dzięki.

Mnie też tu “przysłał” Mr Maras no i nie żałuję;) Bardzo fajne opowiadanko napisane prosto, ale wciągająco. Co do “nieobecności fantastyki” to pewnie nie zdążyłeś pokazać jakiegoś maga chociaż mag w Gnieźnie? ;) Tak że, wychodzę stąd usatysfakcjonowany lekturą.

A jeszcze jedno, faktycznie sowy i skowronki doskonale się kojarzą ze złodziejskim fachem ;) 

Też przybywam z polecenia pana Marasa. I cóż, miał rację, bo bardzo przyjemnie spędziłem czas. Porządnie napisane, wciągająco, z satysfakcjonującym finałem i paroma zaskoczeniami. Tylko fantastyki brak, co myślę, że może być problematyczne jeśli chodzi o osiągnięcie sukcesu w konkursie. Szkoda, bo temat potraktowałeś oryginalnie.

Abstrahując od tego, lektura bardzo przyjemna. Może kogoś jeszcze zachęcą nawoływania Marasa? ;)

Dziękuję bardzo temu, kto dał mi piąty punkt. Niestety nie umiem odszukać kto to.

Enderek – a to ciekawe, że wspominasz o magu. Pierwotnie właśnie kupcy z Piaszczystego Jęzora mieli być magami, cała kradzież miała się nie udać, a Wiórek i Cyna mieli potem uciekać przed Krogulcem, magami, strażą miejską i konkurencyjnymi złodziejami ( coś jak “Przekręt” Guya Ritchie, gdzie złote jajo przechodziłoby rąk do rąk). Ale limit nie pozwolił, może kiedyś…

Mr Marasie, agenci biorą chyba dwadzieścia procent, więc jeden klik jest Twój ;) Wielkie dzięki za reklamę.

Eee tam, ja tylko szepnąłem wśród krzyków na shoutboxie. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo przyjemny tekst do obiadu. Niby bowiem standard – gildia złodziei w jakimś zapomnianym mieście fantasy. Duży jednak plus za zastosowanie nazewnictwa ptaków, a i historia na swój sposób wciąga.

Jednak te wszystkie plusy mają też swoją ciemną stronę – to tak dobry tekst, że aż nie bardzo dobry. Fajnie się to czyta, ale nie ma tu nic, co wpadłoby mi mocno w pamięć. Bohaterowie ani na jotę nie wychodzą ze swoi ról, podobnie wydarzenia idą pewnym utartym przez opowieści przygodowe schematem. Stąd to idealny wyluzowywacz do obiadu, do przeczytania i raczej zapomnienia.

Podsumowując: dobry koncert fajerwerków, ale nic ponadto. Trochę szkoda, ale i tak lektura to przyjemna :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za przeczytanie i komentarz.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo fajne opowiadanie, Wojtasie. :) Bardzo fajna nazwa potoczna miasta – Gniazdo. W ogóle sam pomysł na podział zorganizowanej grupy przestępczej na sowy i skowronki też niezły. :) Jednak najlepsza jest sama akcja – szybka, płynna, z dobrze rozbudowanymi bohaterami. Gładko wplatasz w tekst opisy poszczególnych osób, dzięki temu opowiadanie czyta się szybko i przyjemnie, zupełnie jak książkę. To jest dla mnie słowo drukowane, taka typowa przygodówka, którą się pochłania na parę posiedzeń. No nie ma się do czego przyczepić. :)

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dziękuję za budujący komentarz :)

Choć Krogulec był bez wątpienia najważniejszą osobą w pomieszczeniu, całą uwagę Wiórka przykuła druga postać, oparta kształtnymi pośladkami o blat stołu. Co prawda nie widział ich dokładnie, ale patrząc na resztę sylwetki był pewien, że są kształtne.

Niepotrzebne powtórzenie, wyrzuciłabym pierwsze.

I nie jest istotne[+,] kto mi go przyniesie.

– Jak chce stracić kolejne[+,] to zapraszam

Fajne opowiadanie, przyjemne takie. Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Bardzo mi miło. Dziękuję za wizytę.

I would prefer not to.

Ho ho, ale się osowiło. Czyżby wyniki jeszcze w tym roku?

Nic nie wygrałeś, ale Twój pomysł bardzo mi się podobał, tak samo jak fabuła. :) Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

O, dziękuję bardzo. No cóż, raz na podium, a raz pod ;)

To ja już pokonkursowo, skoro udało mi się przeczytać. Opowiadanie mi się podobało. Przypadł mi do gustu pomysł i fajnie go zrealizowałeś. Jedyne, na czym cierpiał tekst to pewna przewidywalność. Przy takiej ilości znaków, łatwo było się domyślić, jak potoczy się akcja. Zwłaszcza w momencie, w którym Wiórek został napadnięty przez koleszków miałam takie: “acha, teraz pojawi się przeszkoda, ale on wykorzysta ją, żeby wykonać swoje zlecenie”. Tak właśnie było. Jedyny element minimalnego zaskoczenia pojawił się wtedy, gdy okazało się, że zwinął Cynie jajo. Niemniej jednak wydaje mi się, że pewne gatunki mają to do siebie, że posługują się pewnymi schematami i jeżeli pomysł na świat jest dobry i tekst sam się czyta, nie odbiera to przyjemności z lektury. Takie też były moje odczucia odnośnie Twojego opowiadania. 

Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz. Cieszę się, że opowiadanie się podobało.

Napisałeś aż/tylko fajną przygodówkę, bo choć czytało się przyjemnie to nic z tego nie zostanie ze mną na dłużej – ot, pobiegali i pokradli i w sumie, to ciekawsze rzeczy dopiero zaczynają się dziać. Wrażenie podbija opisywanie poszczególnych grup – jak skowronek myśli, że nie chce zostać bażantem, to sam sobie nie musi tłumaczyć, kim są bażanty, nie? Więc robi się trochę tłumaczenie świata dla czytelnika.

I would prefer not to.

Dzięki za komentarz, choć nie bardzo rozumiem co masz na mysli. Skowronek myśli sobie "żeby tylko nie oddał mnie do Bażantów" i to koniec jego myśli. Kolejne zdanie to rzeczywiście wyjaśnienie dla czytelnika ale już narracyjne.

Jest jeszcze wiecej? :) 

Nie ma :) Na razie…

Dobrze mi się czytało, ale bez efektu łał. Dobry pomysł z tymi ptasimi określeniami, historyjka zgrabna, choć bez fabularnego szaleństwa, bohaterowie okej, całkiem ich polubiłam. Z fantastyką krucho, ale czytadełko przyjemne. Wykonanie w porządku.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przy tym opowiadaniu żałowałam, że nie można nagrodzić więcej tekstów. Lekka opowieść z bardzo zgrabnymi twistami. Gdy Sowa wyjęła cegłę byłam w pierwszej chwili równie zdezorientowana, jak ona ;) Bohater, mimo swej profesji, budzi sympatię. Jest rezolutny, sprytny i zamiast użalać się nad sobą (w końcu Sowa mu serce prawie złamała;)), przechodzi do działania. Bardzo mi się podobał pomysł z przypisaniem nazw ptaków do ich profesji. Trafne i pomysłowe. Bażanty szczególnie mnie rozwaliły ;) Dobrze utrzymane tempo opowieści, wszystko dzieje się bez zbędnych dłużyzn, przyjemnie się czytało. Bardzo spodobało mi się zdanie: “– Nie, idioto – powiedział spokojnie. – Zatrzymają się w twojej gospodzie dlatego, że wybrałem ciebie.” – też na początku pomyślałam tak, jak Wiórek. Chętnie poczytam, jeśli wrzucisz opowieść o dalszych losach Wiórka i Cyny.

Dzięki za komentarze. Co do dalszych losów bohaterów, to nie wykluczam, że Cyna będzie teraz musiała jakoś odzyskać twarz ;)

Niech odzyskuje. buzia podobnież piękna, więc warto. Tylko tym razem nie zapomnij o fantastyce, co? Bo szkoda fajnego tekstu…

Babska logika rządzi!

Zrobi się co się da ;)

Nowa Fantastyka