- Opowiadanie: Madej90 - Sen o elektryczności

Sen o elektryczności

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Sen o elektryczności

Przez oplecione trzeszczącymi kablami drzwi snów powracam do tamtego dnia. Znów i znów, zlany potem, duszony kołdrą, wciskany głębiej i głębiej w twarde siedzenie na peronie. Nade mną słońce w powodzi czarnych chmur; pociąg już nadjeżdża, już niesie się skrzypienie kół na szynach. Skąd odjeżdżam? Dokąd jadę? Nie pamiętam.

Mój przedział jest pusty, jak cały wagon. Pomiędzy spękanymi panelami panuje cisza. Siadam na swoim miejscu, skulony w kącie przy oknie – chudy cień owinięty czarnym płaszczem.

Rozciągane minuty postoju prują się jedna po drugiej, a dalej nikt nie przychodzi. Za szybą wciąż ten sam, nieruchomy pejzaż: ulice lśnią od deszczu, z mokrego betonu wyrastają mokre, szare budynki. Nagły zgrzyt otwieranych drzwi wyciąga mnie z przemyśleń. Wysoki mężczyzna cały w bandażach, o kulach, z nogą w gipsie i ręką na temblaku zajmuje miejsce naprzeciwko mnie. Może się uśmiecha, ale nie sposób określić, co właściwie kryje się pod zwojami białego materiału. Gdy tylko zanurzam z powrotem głowę w toni moich myśli, kolejne skrzypnięcie oznajmia przybycie jeszcze jednego pasażera – też w bandażach, też o kulach, a jednak wygląda, że się nie znają.

Drzwi nie chcą się zamknąć, odbijają się od framugi, raz za razem, nigdy nie tracąc impetu, jeden skrzyp za drugim. Za ich porysowaną szybą przesuwają się kolejne sylwetki w bieli. Nagle pociąg nie jest pusty, nagle nie jest cichy – jest ulem pełnym śnieżnego miodu, a zamiast tajnego tańca, językiem są stukoty lasek i gesty kończyn unieruchomionych w łupkach.

Pociąg już gwiżdże, już odjeżdża, a jednak pasażerów wciąż przybywa. W moim przedziale nie ma już wolnych miejsc, tylko chrapiący kalecy. Ostatnia wkuśtykuje matka z dzieckiem, nawet jego miś ma opatrunki i ciągle tylko odgrywa ten sam dźwięk w koło i w koło: „Ko-ko-kocham cię!”; brakuje mu jednej ręki, macha tylko plastikowym kikutem.

Nie wiem już gdzie jestem, miasto za oknem kurczy się i znika, ustępując pustym polom. Jestem w pustce.

– Która-a-a-a godzina-a-a-a? – odzywa się do mnie mężczyzna z naprzeciwka. Ma chropowaty głos, odbijający się jakby echem.

– Odjeżdżamy na czas, proszę pana – mówię, po spojrzeniu na zegarek.

– Czyli-i-i-i?

– Trzynasta czterdzieści.

Mężczyzna patrzy na siedzącą przy wyjściu kobietę, a ta podnosi spomiędzy nóg klatkę. W środku leży martwy kanarek. Patrzą na niego przez chwilę, a później wracają do siedzenia w ciszy.

Teraz zewsząd dobiegają głosy. Tak wiele głosów. Rozmowy o niczym płynące przez powietrze, jak kolejne echa.

– Słyszałem jak o tym mówiła. Naprawdę to powiedziała.

– Nie wkładaj tego do buzi!

– Byłeś kiedyś na tym szczycie?

– Tym mam się zamiar zajmować.

– Ko-ko-kocham cię!

Ktoś wyciągnął przenośne radio, które nadaje tylko martwy szum i niskie brzęczenie. Wszystko wydaje się zgrzytać, albo iskrzyć, dodając do ogłuszającej ściany dźwięku przygniatającej mnie do mojego kąta.

– Mogę dotknąć twoich włosów?

– Co to właściwie ma znaczyć?

– Ko-ko-kocham cię!

– Daleko jeszcze? Spieszę się na rozmowę.

Drzwi dalej zgrzytają nie mogąc się domknąć, ciągle tylko zgrzyt i stuk, zgrzyt i stuk.

– Nie może, jest uczulona.

– Nie, on tylko ciągle powtarza to samo. Nie wiem.

Wyładowanie pali powietrze tuż koło mojego ucha, a jednak gdy podrywam głowę niczego tam nie. Niczego oprócz twarzy zakrytej bandażami.

– Ko-ko-kocham cię!

– Co za świat!

– Która-a-a-a godzina-a-a-a?

Podnoszę wzrok, zdezorientowany. Mężczyzna z naprzeciwka znów patrzy na mnie wyczekująco. Spoglądam na zegarek. Minęły dopiero dwie minuty. Parskam tylko. Nie mam siły, żeby mu odpowiadać, żeby bawić się w jakieś głupie gry, żeby dłużej znosić to wszystko wokół.

– Która-a-a-a godzina-a-a-a?

– Żeby to… Trzynasta czterdzieści dwie!

Kobieta podnosi klatkę. Kanarek w środku podskakuje i ćwierka.

Drzwi zamykają się z nikłym sykiem. Rozmowy milkną. Radio się wyłącza. Wagon nieruchomieje. Zapada lepka, namacalna cisza, od której krew szumi w uszach, przerażająca cisza, którą strach złamać i strach wytrzymać. Czuję pot spływający po plecach, czole, całym ciele. Kiedy wjechaliśmy do tunelu?

– W-w-widziałem… – Głos mężczyzny smaga mnie prosto po mózgu. – Prawdę za świstem i grzmotem.

Włosy na rękach i głowie podnoszą się, jakby przez moje ciało przeszedł prąd.

– Z-z-z-za odpływem i przypływem chmur. Zeszliśmy z powietrza-a-a-a. Powietrza. Z wodopoju, gdzie wiją się korzenie wszystkich tajemnic.

Czuję, jak krew odpływa mi z twarzy. Czuję zimno. Czuję, że chyba mdleję, osuwając się w siedzeniu, błądząc oczami przez czerń.

– Przekazujesz. Transmitujesz. Frekwencje wyją. – Przerywa mu kolejny śpiew kanarka. – Już czas.

Kiedy zapalają się światła, dostrzegam, że na korytarzu pojawił się konduktor – przygarbiony ze starości, łysy pod czapką. Stoi ze ściągniętymi brwiami, skanując wzrokiem otoczenie. W końcu zauważa mnie. Chyba tylko mnie i nikogo innego. Żarówka zaczyna mrugać, gdy wchodzi do przedziału.

Ciemność. W ciemności rozlega się wycie, bzyczenie, rwanie elektryczności. Światło. W gwałtownym błysku widać zdziwienie konduktora wciąż kierującego się w moją stronę. Ciemność. W ciemności błyski pod bandażami, burze i sztormy pod szorstką bielą, przechodzące jak fala od jednej osoby do drugiej. Potężne gromy niosące się, aż w światło. Kanarek zaczyna ćwierkać, jak porysowana płyta na gramofonie. Pasażerowie wyciągają ręce w stronę konduktora. Wciąż nie wiem czy ich widzi, a może nie chce zobaczyć.

Żarówka wybucha, sypiąc iskrami i odłamkami. Kiedy otwieram oczy, jestem sam. Pociąg wyjechał z tunelu, jedzie przez otwarte pole, z żadnej strony nie mając ani góry, ani nawet wzniesienia przez które mógłby przed chwilą przejechać.

Odrzucam kołdrę, mokry od potu. Siadam na skraju łóżka z twarzą ukrytą w dłoniach. W zamkniętej na kłódkę szufladzie biurka, do której nigdy nie zaglądam leży samotnie wycinek z gazety, artykuł o straszliwym wypadku: pociąg wykoleił się na skraju miasta, zginęli wszyscy pasażerowie z wyjątkiem jednego konduktora. Jechałem pierwszym pociągiem, w którym miał sprawdzać bilety po rekonwalescencji. Ostatnim pociągiem, w którym miał sprawdzać bilety.

Zostało po nim tylko stłuczone szkło pod siedzeniami oraz sypiące iskrami sny, wypalone w mej pamięci już na zawsze.

Koniec

Komentarze

Cóż, nigdy nie potrafiłam wczuć się w opisy czyichś snów. Tak jest i tym razem – szort z pewnością nie zostanie w mojej pamięci.

 

zaj­mu­je miej­sce na prze­ciw­ko mnie. –> …zaj­mu­je miej­sce naprze­ciw­ko mnie.

 

gesty koń­czyn unie­ru­cho­mio­nych w łup­kach. –> Skoro kończyny są unieruchomione, to czy mogą gestykulować?

 

Męż­czy­zna z na­prze­ciw­ka znów pa­trzy na mnie z wy­cze­ki­wa­niem. –> Raczej: Męż­czy­zna z na­prze­ciw­ka znów pa­trzy na mnie wy­cze­kująco.

 

Trzy­na­sta czter­dzie­ści dwa! –> Piszesz o minutach, a te są rodzaju żeńskiego, więc: Trzy­na­sta czter­dzie­ści dwie!

 

leży sa­mot­nie wy­ci­nek z ga­ze­ty o strasz­li­wym wy­pad­ku… –> Czy dobrze rozumiem, że gazeta była o straszliwym wypadku.

Może: …leży sa­mot­nie wy­ci­nek z ga­ze­ty, opisujący strasz­li­wy wy­pad­ek

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie mogę powiedzieć, by tekst zrobił na mnie wrażenie. Napisane umiejętnie, ładnie zbudowałeś nastrój, ale to chyba tyle z pozytywów. Nie umiałam zaangażować się w akcję, wiedząc, że to sen. Cóż, przynajmniej otwarcie informujesz o tym na początku, zamiast potem robić czytelnikowi (nie)miłą niespodziankę, ale wciąż żadna z tych opcji nie jest dla mnie dobra w opowiadaniach. Z doczepek technicznych to w przedostatnim akapicie po słowie "zaglądam" zabrakło przecinka (nie mogę zacytować, bo piszę z telefonu).

Jestem wam obu bardzo wdzięczny za przeczytanie i opinie :)

Pomogły mi wreszcie w pełni zrozumieć pewne rzeczy o mojej prozie, przynajmniej gdy piszę historie bardziej nastrojowe. Pisząc je posługuję się raczej senną logiką i atmosferą koszmaru i w ten sposób, jak ostatni głupek, strzeliłem sobie tym razem w stopę. Ten szort nie miał być opisem snu, sen miał stanowić tylko klamrę dla wspomnienia, ale tylko ja mógłbym pomyśleć, że nie zostanie tak odebrany.

No nic… będę musiał jakoś to przerobić, żeby tekst był czytelny jako opowieść o duchach, a nie oniryczne wynurzenia.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Madeju, też mi się wydaje, że to kwestia przerobienia tekstu (tego czy innego) i często wymaga to niewielkich nawet zmian. Ogólnie nie widzę nic złego w sennych czy jakichś surrealistycznych motywach, można w ten sposób pokazać ciekawe obrazy, tylko według mnie lepiej wyraźniej wpleść to w fabułę, wrzucić jako elementy rzeczywistości. W końcu i tak piszemy fantastykę :)

Madeju, czytelnikowi raczej trudno zorientować się w twórczych zamiarach piszącego, nie zawsze też potrafi odgadnąć jego intencje. Mam nadzieję, że w przyszłych opowiadaniach, Twoje intencje będą czytelniejsze i przedstawione w sposób nie budzący wątpliwości. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst nie jest zły, ale dla mnie nie chwyta temat. Oniryzm nie należy do moich koników – zawsze czuję, że bohaterowi nic się nie staje (nawet, jeśli tak do końca nie jest). W miarę umiejętnie budujesz zdania, choć masz tendencję do robienia zbyt wyszukane porównania (z wierzchu: “jest ulem pełnym śnieżnego miodu”). Ale czytało się nieźle. Tylko temat nie na miarę dobrego koncertu fajerwerków. Bywa.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Myślę że minimalne wydłużenie i dodanie na początku kilku bardziej rzeczywistych momentów powinno załatwić sprawę. I przepisanie zakończenia. I pozbycie się snu z tytułu. I może z opowiadania, żeby było jasne, że to co się dzieje, rzeczywiście się bohaterowi przydarzyło.

 

@NoWhereMan

Ten ul to zasadniczo nawet nie jest porównanie, tylko chyba analogia zawierająca metonimię. Nigdy nie umiem ocenić, kiedy takie barokowe ozdobniki, które bardzo lubię, zaczynają być zbyt barokowe. Tutaj chyba rzeczywiście masz rację, że jest to zbędne.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Hmmm. Mnie też nie uwiodło. Opisywane wydarzenie były zbyt odlotowe, żeby mogły być czymś innym niż snem. Tłumy ludzi w jednym przedziale, zmartwychwstający kanarek… A jak tylko mój mózg dojdzie do wniosku, że clou opowieści stanowi sen, to przechodzi w tryb jałowy. Nie ma co się przejmować, nie ma co liczyć na walory poznawcze…

Babska logika rządzi!

Nie przeszkadzają mi opisy snów, ale rzeczywiście, jakoś nie zawsze do mnie trafia. Świetnie opisałeś nastrój i napięcie, ale myślę, że koszmar byłby o wiele lepszy gdyby jednak ocierał się o prawdę. A tak we śnie czujemy się bezpieczni, a czy główny bohater się naprawdę obudzi? ;)

Mam tak samo jak pierwsze czytelniczki – opisy snów bardzo rzadko do mnie trafiają. Właściwie wyłącznie, jak są wplecione w dłuższą narrację i mają jakieś znaczenie albo dla fabuły, albo dla charakterystyki bohatera. Napisane sprawnie, ale to właściwie wszystko…

Edit: przeczytałam komentarz autora. No, niestety za mało tej klamry, no i nie bardzo wiem, jak jej niewielkie zwiększenie miałoby zmienić odbiór tekstu :(

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@Finkla

Dzięki za przeczytanie. Widzę, że opisy snów mają bardzo złą reputację, a mój tekst z pewnością jej nie polepszy… W odniesieniu do odlotowości wydarzenia – myślę, że mogłoby być czymś innym, po prostu wystąpił po mojej stronie problem w komunikacji i zasugerowany czytelnik widzi zdarzenia senne, tam gdzie miał widzieć zdarzenia paranormalne.

@Deirdriu

Dzięki za przeczytanie i za to tą pochwałę – w czasie poprawek trochę się bałem właśnie, że to napięcie jest może zbyt mało odczuwalne.

@drakaina

Dzięki za opinię :)

Nie wiem czy zmieni odbiór tekst, prawie na pewno nie zmieni niczyjej opinii, ale czuję, że zmiany są konieczne, ponieważ w tej chwili opowiadanie nie komunikuje tego, co chciałem, żeby komunikowało. W zamierzeniu chciałem, żeby to była opowieść o tym, jak facet jest świadkiem tego, jak duchy ofiar wykolejenia przybywają po duszę jedynego ocalałego. Chciałem, głównie dla ozdobienia i ładnego początku, żeby bohater przypomniał sobie to wydarzenie w trakcie snu, ale – przynajmniej w zamiarze – nic nie miało sugerować, że wszystkie opisane rzeczy się bohaterowi nie przydarzyły. No, ale wyszło jak wyszło, bo za mało to przemyślałem.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Pomysł jest całkiem fajny, szkoda psuć go oprawą snu, zwłaszcza pozbawionego dalszego kontekstu. Walcz :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Śnieżny miód faktycznie trochę przekombinowany, ale nawiązanie do pszczelego tańca zaintrygowało. Natomiast nastrój niesamowitości, choć początkowo mnie wciągnął, jeszcze przed końcem zaczął męczyć – a nie da się ukryć, że opowiadanie długie nie jest.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nastrojowy ten szorcik :) Ewidentnie ukierunkowany na wywoływanie wrażeń u czytelnika. Niestety sam klimat bez wystarczająco świeżej i ciekawej zawartości zniknie w tlumie jednakowych zabandazowanych twarzy… opowiadań ;) Ale jako ćwiczenie to tekst jest ok :)

Nowa Fantastyka