- Opowiadanie: Realuc - Kruszka

Kruszka

Długo leżakowane, najdłuższe opowiadanie jakie kiedykolwiek wypociłem. Mam jednak nadzieję, że zachęci na tyle, aby dobrnąć do końca. 

:)

P.S. Miałem tego nie robić ale to uczynię: Dziękuję Ci bardzo Asylum za poświęcony czas! Odwdzięczę się niebawem ;) 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Kruszka

Kruszka chwyciła oburącz gałąź i podciągnęła się z całych sił. Poszukała stopami stabilnego oparcia, odetchnęła głęboko.

Była na szczycie wysokiego, starego buku.

Wynurzyła głowę ponad koronę drzewa, strącając jesienne, wielobarwne liście. Wiatr smagał jej kruczoczarne, krótko przystrzyżone włosy.

Rozejrzała się.

Na wprost widniała gęsta puszcza, której kresu nie mogła dostrzec. Daleko za plecami rozciągały się niezmierzone dzikie stepy, zamieszkałe przez koczownicze ludy. Gdy obróciła głowę w prawą stronę, ujrzała pasmo gór o ośnieżonych wierzchołkach. W lewo zaś, w oddali, widziała kontury palisady okalającej wioskę, w której mieszkała. Nie chciała tam wracać. Już nigdy.

Nikt ani nic mnie już nie trzyma w tym miejscu. Nienawidzę tej wiedźmy! I tak bardzo tęsknię za rodzicami…

Jedyne, co lubiła w życiu robić, to wspinaczka na drzewa. Czuła się wtedy wolna od wszelkich myśli. Sprawiało jej to niezwykłą radość, choć sama nie wiedziała do końca, dlaczego tak jest. Ale i tym razem, mimo wewnętrznego buntu, wściekłości i bezradności, jakie ją ogarniały, widząc promienie zachodzącego słońca (które przypominały, że zaraz ma stawić się w rodzinnej chacie), zgrabnie, gałąź po gałęzi, zaczęła schodzić ku ziemi. Kiedy była zaledwie parę stóp od leśnego pokrycia, skoczyła. Jedna z dolnych, niewielkich gałęzi przecięła jej skórę wzdłuż prawego uda, rozrywając przy tym lniane, brązowe gacie.

Będzie zła. Oj, będzie zła. Stłucze mnie na kwaśne jabłko. Nie wrócę…

Ale, biegnąc prędko przez leśne zarośla, ledwo zdążywszy przed zmrokiem, wróciła.

I szybko tego pożałowała.

Złasława stała na progu chaty, w ręku trzymała długi kij. Była bardzo szczupłą kobietą, o długich, jasnych włosach i wydatnych piersiach. Twarz wydawała się łagodna i miła, co jednak było pozorem.

– Do środka, ale już! – rzuciła, gdy tylko ujrzała dziewczynę.

Kruszka weszła posłusznie do chaty, która niegdyś należała do jej rodziców. Stanęła na środku głównej izby, czekając na to, co się wydarzy. A dobrze wiedziała, czego może się spodziewać. Złasława biła ją regularnie, używając do tej czynności różnorakich przedmiotów. Dziewczyna próbowała się stawiać, nie raz i nie dwa, ale brakowało jej siły i uporu. Po śmierci rodziców stała się cieniem, który błądzi w ciemnych zakamarkach nie mogąc odnaleźć drogi. Nie widząc sensu w swoim istnieniu. Miewała różne myśli. Nawet te najgorsze…

– Zdejmuj ubranie – rzekła stanowczo Złasława.

Kruszka wykonała polecenie bez słowa. Wiedziała, że wszystko co powie tylko pogorszy sprawę. Izbę wypełniał zapach ziół i pieczonego mięsa. Dziewczyna obróciła się, naga, w stronę swej opiekunki i czekała. Chciała tylko jak najszybciej znaleźć się w swoim łóżku i tam przemyśleć plan ucieczki.

Choćby na koniec świata.

– Kolejny raz zapuściłaś się do lasu i łaziłaś po tych przeklętych drzewach. Mylę się? – zapytała kobieta patrząc na ranę na udzie Kruszki.

– I co ci do tego? – odpowiedziała dziewczyna, choć wiedziała, że tego pożałuje.

Złasława podeszła do niej na wyciągnięcie ręki.

– A to, że już tyle razy ci powtarzałam, że masz tego nie robić! Mam cię chronić, a skacząc po gałęziach jak jakiś dziki zwierz, narażasz swój kark, głupia! Dałam słowo twemu ojcu, zanim wyruszył na wojnę z tą głupią suką, i mam zamiar go dotrzymać.

Kruszka cała poczerwieniała, zacisnęła pięści, wysyczała przez zęby:

– Nie obrażaj mojej matki!

– Gdyby nie ona, to ja byłabym z twoim ojcem! Nie, zaraz. Gdyby nie ty, to byłabym z twoim ojcem! Zawsze mnie kochał, ale zanim mnie poznał, sypiał z twoją matką. Urodziła cię, a Wielodar był zbyt szlachetnym i honorowym człowiekiem, żeby ją wtedy zostawić.

– Nieprawda! Ojciec kochał mamę, a ty jesteś zwykłą…

Padło pierwsze uderzenie. Kij trafił prosto w zranione udo, Kruszka zwaliła się na kolana. Drugi cios trafił w plecy. Zawyła z bólu, choć starała się jak mogła tłumić wszelkie odgłosy słabości. Trzeci raz kij zdzielił ją prosto w potylicę. W oczach pojawiły się łzy a w głowie myśli:

Przeklęta!

Złasława biła Kruszkę, cios za ciosem, aż dziewczyna nie straciła przytomności, leżąc naga na drewnianej posadzce. Czerwone wstęgi na ciele dziewczyny dołączyły do innych, zabliźnionych już ran. Mimo braku reakcji ze strony ofiary, Złasława postanowiła zadać ostatnie trzy uderzenia. Skierowała je prosto w palce u dłoni Kruszki.

– Nie będziesz więcej…

Pierwszy cios.

– Łazić…

Drugi.

– Po drzewach!

Trzeci, zadany z całych sił.

Gdzieś w lesie, tuż za osadą, wataha wilków przywitała zbliżającą się noc.

 

 

*

 

Od czasu ostatniej wyprawy Kruszki poza palisadę minął prawie miesiąc.

Powinien pojawić się już pierwszy śnieg, jednak ten rok był wyjątkowo ciepły, a jesień nadal nie chciała ustąpić miejsca zimie. Na drzewach wciąż tańczyły złote liście, a słońce przyjemnie ogrzewało pracujących w osadzie mieszkańców. Kruszka większość czasu spędzała w swojej chacie. Leżała, czując nadal poobijane palce i rany na plecach, i patrzyła w ścianę. Opuszczała dom jedynie wtedy, kiedy było to naprawdę konieczne. Każdego dnia miała inne myśli.

Raz chciała poderżnąć gardło śpiącej Złasławie, ale była jeszcze wstanie myśleć na tyle racjonalnie, żeby wiedzieć, iż prócz osobistej satysfakcji nie przyniesie to żadnych dobrych skutków.

Innym razem biernie przyjmowała każdy dzień. Nie chciała widzieć żadnych ludzi, pragnęła tylko znowu położyć się spać. Z nadzieją, że może jutro wszystko samo się rozwiąże.

Kiedy zaś miewała lepsze dni, planowała ucieczkę. Ucieczkę na zawsze. Jednak planów i map, które chowała w swoim kufrze, przybywało, a na ostateczną decyzję zawsze zabrakło odwagi.

Bywały też te najgorsze chwile i myśli. Myśli o wspinaczce na drzewo, ale w innym celu, niż dotychczas.

Był słoneczny, ciepły jesienny dzień, a Kruszka czekała na swojego nauczyciela. Był nim kapłan Smerowita, Zniewko, w dawnych latach przyjaciel ojca dziewczyny. Przychodził rzadko, jednak Kruszka go uwielbiała. W zasadzie był jedyną osobą, z którą chciało jej się rozmawiać. Nie był jak większość kapłanów, wyniosłych i nudnych. Zawsze opowiadał coś ciekawego, a ona słuchała go jak zaczarowana. Nie mogąc się doczekać tej wizyty, chodziła po izbie w tę i we w tę, rozmyślając, czy nie zdradzić mu swoich planów ucieczki.

Może mógłby mi jakoś pomóc? Na pewno by mnie nie zdradził…

Łuup! Łuup!

Ktoś mocno załomotał w drzwi, a następnie bez czekania na reakcję, wszedł do środka. Kruszka rozpromieniała, kiedy ujrzała blade oblicze kapłana. Ściągnął kaptur odsłaniając glacę. Miał podkrążone oczy i zapadnięte policzki. Czarna, kozia bródka sięgała mu klatki piersiowej.

– Sama? – zapytał donośnym głosem.

– Tak – odpowiedziała Kruszka, radując się, że Złasława wróci dopiero po zmroku, gdyż ma pełno pracy w zagrodach.

Zniewko podwinął długą, czerwoną szatę i usiadł przy stole. Dziewczyna usadowiła się po drugiej stronie, czekając z niecierpliwością na kolejną opowieść.

– Dziś nie będzie żadnej opowieści.

Uśmiech na twarzy Kruszki zniknął w mgnieniu oka.

– Ale mam za to dla ciebie coś innego. Gdzie ja to… – Kapłan zaczął grzebać w skórzanej torbie. – No gdzie ja to kurw… Och, przepraszam, wciąż zapominam, że jesteś jeszcze dzieckiem. O, mam!

– Nie jestem już dzieckiem! I znam więcej przekleństw, niż ci się wydaje – oburzyła się Kruszka.

– Tak, tak, oczywiście kruszynko. A Smerowit słucha i czyta w twoich myślach, więc bacz na to, aby owe przekleństwa pozostały jedynie w sferze wiedzy.

– Ach, przestań tak prawić, to do ciebie nie pasuje.

– Chyba masz rację, na wszystkie biesy tego świata. Mała mądralo. Spójrz na to!

Zniewko rzucił na stół grubą, starą księgę w skórzanej oprawie. Dziewczyna spojrzała na okładkę. Dąb. Widniał na niej dąb. Nie pomyliłaby tego drzewa z żadnym innym. Były najlepsze do wspinaczki.

– Przyniosłeś mi książkę o drzewach? Myślałem, że bardziej mnie zasko…

– Nie mądruj się! Pierw mnie wysłuchaj, potem ujadaj.

Kapłan zaplótł ręce udając obrażonego.

– No dobra, słucham zatem – powiedziała zniecierpliwiona Kruszka.

Stuknął palcem w księgę i rzekł:

– To prezent od twojego ojca. Dla ciebie.

– Od… ale… czemu dajesz mi to dopiero dziś?

Zniewko pochmurniał.

– Miałem ci dać tę księgę w dniu, kiedy ziszczą się przewidywania Wielodara. A, na wszystkie chędożone biesy tego świata, niestety twój ojczulek miał nosa.

– Nie rozumiem…

– Ku naszym ziemiom zbliżają Herneci, barbarzyńcy, którzy przeszli przez góry, a celem ich jest jedynie zniszczenie. Jest ich tak wielu, że nawet, jeśli połączymy siły ze wszystkich osad, szanse na stawienie oporu są nikłe. Wielodar przewidział, że kiedyś na nas napadną. A teraz się to dzieje. Zeszli już z gór, więc to tylko kwestia czasu.

– Więc… co teraz z nami będzie? Co zarządził nasz…

– To nieistotne, młoda niewiasto. Nie dla ciebie, przynajmniej. Twoją rolą jest przejąć tę księgę i dobrze ją przestudiować. Nie wiem, co miał na myśli twój ojciec, gdyż nic mi nie zdradził. Wiem, że lubisz skakać po drzewach, ale to raczej chodzi o coś więcej. Rzekł tylko coś w tym rodzaju: Nie mogę nic powiedzieć nawet tobie, gdyż Kruszka musi odkryć prawdę sama. Tylko wtedy będzie to miało znaczenie.

Milczeli przez dłuższy czas. Dziewczyna przyciągnęła do siebie ciężką książkę, wpatrując się w ilustrację dębu.

– Jeśli tego życzył sobie mój ojciec, tak uczynię.

– Dobrze, że nauczyłem cię czytać, co nie, kruszyno? Ej, coś tak spochmurniała? Barbarzyńcy to jeszcze nie koniec świata, wszystko się ułoży.

– Nie chodzi o nich. Po prostu… Gdy w głowie pojawiają się rodzice…

– Wiem, wiem. Też nie mogę pogodzić się z ich śmiercią. Ale pieprzona wojna nie zna litości. Wytrzebiła połowę naszej ludności, i pech chciał, że twoi rodzice znaleźli się w tej połowie.

Zniewko wstał, narzucił kaptur i położył dłoń na ramieniu Kruszki. Dodał, ściszając głos:

– Nie wiem, czy jeszcze się kiedyś spotkamy. W najbliższym czasie wiele się zmieni. Ale wiedz, że jesteś kurews… że jesteś bardzo mądrą i zdolną dziewuchą.

– Dziękuję, Zniewko. Dziękuję za wszystko. Byłeś najlepszym nauczycielem.

– Ach, przestań tak prawić. To do ciebie nie pasuje.

Kruszka uśmiechnęła się, wyskoczyła zza stołu i przytuliła się do kapłana, odpowiadając ze łzami w oczach:

– Chyba masz rację, na wszystkie biesy tego świata.

 

 

*

 

Gdy minęła polanę, na środku której leżał omszały głaz, z wyrytym wizerunkiem przedstawiającym trzy głowy Smerowita, była bardzo podekscytowana.

Pierwszy raz w życiu zapuściła się tak głęboko w puszczę, zostawiając osadę daleko za sobą.

I czuła, że w końcu żyje.

Miała na sobie skórzane, połatane spodnie, których nogawki włożyła do wysokich, męskich buciorów. Ukradła je chłopcu, którego nigdy nie lubiła (nie lubiła prawie nikogo, ale jego akurat wybitnie). Uznała, że będą idealne na tą wyprawę. Na lnianą koszulę narzuciła uszytą kiedyś dla niej przez matkę ciemnozieloną tunikę, a barki dziewczyny oplatało srebrne, lisie futro. Wielki wór, który dźwigała na plecach, zaczął dawać się we znaki przy każdym kolejnym kroku, gdyż zwędziła swojej prześladowczyni sporą część zapasów. Ale w końcu musiała się spakować na daleką podróż.

Studiowanie księgi zajęło jej zaledwie trzy dni (i w zasadzie trzy noce). Okazało się, że nie musiała wertować każdej strony. Ktoś, a miała nadzieję, że to ojciec, zaznaczył ochrą strony, które powinny ją interesować. A dokładnie rozdział o Obłokostrzelu, drzewie, które według księgi było sercem natury całego świata. Było też ponoć najwyższym i najstarszym drzewem, jakie kiedykolwiek wyrosło. Ta informacja sprawiła, że Kruszka nie zwlekała ani chwili. Kto jak kto, ale ona musiała wspiąć się na najwyższe drzewo świata. Nadal nie wiedziała, co chciał jej przekazać ojciec, ale stwierdziła, że może przekona się na miejscu. Jeśli nic nie znajdzie i nic się nie wydarzy, ruszy na północ, szukając nowego życia. W księdze, prócz opisu i pięknego malowidła drzewa, była też mapa. Kruszka z łatwością ją rozgryzła, zresztą zawsze była całkiem dobra w docieraniu do wyznaczonego celu. Tym razem ów cel miał znajdywać się tuż przy granicy ze stepami koczowników. Nieopodal rzeki Zagrzuchy.

W rozdziale o Obłokostrzelu było coś jeszcze. Jakaś przepowiednia, której dziewczyna nie potrafiła dokładnie zrozumieć, gdyż była napisana w starym języku. Kruszka rozumiała może co piąte słowo. Zdecydowanie za mało, aby skleić z tego jakąś sensowną całość. Zniewko gdzieś wyjechał a nie miała się do kogo zwrócić, nie chciała też wpaść ze swoimi planami, dlatego mimo i tak już ciężkiego wora zabrała księgę ze sobą. Na wszelki wypadek.

Jest!

Szeroka rzeka wiła się między trawiastymi zboczami. Kruszka zbiegła, napełniła róg mętną wodą i ruszyła dalej, wzdłuż Zagrzuchy. Po długim marszu krajobraz nieco się zmienił. Drzewa nie rosły już tak gęsto obok siebie. Były też o wiele niższe. Za to wszędzie walały się różnej wielkości głazy, które otaczała wysoka trawa. Nagle rzeka zaczęła ostro zakręcać na wschód. Dziewczyna zdjęła z obolałych ramion wór, zawieszony na linie i zaczęła szukać mapy. Nim jednak się do niej dogrzebała, usłyszała warknięcie. Podniosła głowę.

Tuż przed nią stał wilk.

Był na tyle blisko, że nawet nie próbowała sięgnąć po schowany w bucie sztylet. Nie miałaby szans. Serce biło jej tak głośno, że musiał je słyszeć sam zwierz, ale jedyne, co zrobił, to odwrócił się i zaczął się oddalać, wolno powłócząc łapami.

Nagle przystanął. I czekał bez ruchu. Kruszka podniosła się na drżących nogach, zarzuciła wór na plecy i bardzo powoli ruszyła w stronę zwierzęcia. Kiedy była jedynie parę kroków od srebrnego, dorosłego wilka, ten w końcu również się ruszył. Szedł na wprost, zostawiając za sobą Zagrzuchę. Kruszka, nieco już pewniej, choć nadal pełna strachu, poszła za nim. Nie trwało to długo. Wielkie drzewo widoczne było już z daleka. Kiedy tylko dziewczyna je dostrzegła, zwierz czmychnął w zarośla. Kruszka pobiegła przed siebie na tyle szybko, na ile pozwalały jej siły po całodniowym marszu z niemałym obciążeniem. Zanim jednak zdążyła się porządnie spocić, stanęła przed drzewem, jakiego nie widziała jeszcze nigdy w życiu.

Olbrzymi dąb rzeczywiście wyglądał tak, jak przedstawiało go malowidło z księgi. Kora przypominała skórę pomarszczonego starca, a wysokość i rozpiętość mówiły o jego długim i bogatym w doświadczenia życiu.

Podeszła bliżej. Mając pień przed nosem stwierdziła, że trzeba by co najmniej pół tuzina rosłych mężczyzn, aby go objąć. Nie zastanawiając się długo, rzuciła swój ekwipunek na ziemię i złapała pierwszą gałąź. Potem kolejną, następną, i jeszcze jedną. Wspinaczka okazała się dziecinnie prosta. Ramiona staruszka były grube, solidne, i gęsto rozłożone. I tak, bez większych problemów, z paroma przerwami, przedarła się do korony drzewa. Gdy wystawiła głowę nad ostatnie, kolorowe liście dębu, uderzył w nią silny podmuch wiatru. Słońce chyliło się już ku horyzontowi. Niebo było krwistoczerwone. Stado wron zerwało się gwałtownie, nurkując i zostawiając dziewczynę samą na szczycie najwyższego drzewa (przynajmniej w okolicy). Przycisnęła otwartą dłoń do czoła i spojrzała przed siebie. Usta same rozchyliły się w wyrazie zachwytu.

Nigdy nie widziałam czegoś podobnego.

Mniejsze drzewa rozpościerały się jeszcze daleko, z czasem jednak przechodziły w mniejsze, aby w końcu ustąpić miejsca niekończącej się równinie, której kresu nie było widać. Mimo, że nie mogła tego dostrzec, widziała oczami wyobraźni jak brązowe trawy falują na wietrze, a drobny pył tańczy nad wyschniętą ziemią.

Co jest dalej? Czy po drugiej stronie, za suchymi stepami, znowu są drzewa?

Kruszka chciała się obrócić, aby spojrzeć w stronę, z której przybyła.

Może zobaczę małą jak mrówka osadę?

Zaraz po tych myślach poczuła przeszywający, palący ból nad kolanem. Noga natychmiast jej zdrętwiała, jakby ukąsił ją silnie jadowity wąż. Następnie poczuła, że paraliż przechodzi na drugą nogę, a potem wyżej. Zanim zaczęła bezwładnie obijać się o gałęzie, tłukąc wszystkie części ciała, zobaczyła wbitą w udo strzałkę z krwistym piórem na zakończeniu. Obijanie się o gałęzie sprawiało ogromny ból, jednak wszystko szybko się urwało, kiedy drobna głowa dziewczyny uderzyła o jedną z nich. Resztką świadomości była w stanie stwierdzić, że już nie spada. Miała wrażenie, jakby jakaś niewidzialna siła, powoli i delikatnie, położyła ją na ziemię. Zamglony obraz ukazał gołe, owłosione stopy, a wypowiadane podnieconym, charczącym głosem, niezrozumiałe słowa, były kołysanką do głębokiego snu.

 

 

*

 

 

Łysa głowa kapłana błyszczała w świetle świecy niczym wypolerowana stal.

Siedział na niskim stołku, ze skrzyżowanymi nogami i dłońmi schowanymi w rękawach czerwonej szaty. 

– Tego wieczoru przybliżę ci nieco sztukę czytania, kruszynko.

Dziewczynka, która leżała tuż obok kapłana, na wyścielonym skórami łożu, zaprotestowała głośno:

– Nuda! Chcę posłuchać o wielkich bitwach albo o wielkich bohaterach!

Spodziewający się takiej odpowiedzi kapłan rzucił starą, zakurzoną księgę w kąt i wyszczerzył swoje wybrakowane, żółte zębiska.

– Ale zaraz potem przeczytasz mi chociaż jedną stronę! No dobra, O kim ci jeszcze nie opowiadałem… Może chcesz posłuchać o największym kurwiarzu w cał… ekhm, przepraszam. O największym babiarzu w całej Loandii zwanym Jeden Ruch, albo o najmocniejszej głowie…

– A mógłbyś mi opowiedzieć… o… o… o tym, jak zginęli… jak zginęli moi rodzice?

Dziewczynka wypowiedziała to z trudem, przykryła się skórą po sam czubek nosa i czekała na odpowiedź.

– Niech będzie. W zasadzie jest to opowieść zarówno o wielkiej bitwie, jak i o wielkich bohaterach, którymi twoi rodzice niewątpliwie byli.

– To było na rzeką, prawda? Nad Pirdawą?

– Pizdawą, dziecko, PIZDAWĄ. Uwierz mi, że ta niewielka rzeczka odmroziła by ci twój malutki tyłeczek jeszcze zanim byś go w niej zanurzyła. No dobrze, a więc…

Kapłan usadowił się wygodniej i utkwił wzrok w ogniu świecy, stojącej na niewielkim stoliczku pod oknem.

– Wiedz, że nasza kraina jest podzielona granicami, grodami, murami i władcami. Ale to, co jest w niej piękne, czego nie spotkasz w innych zakątkach świata to to, że w razie zagrożenia wszyscy potrafimy się zjednoczyć. Stawić opór wspólnemu złu, mimo osobistych zwad i utarczek. Zapamiętaj to, kruszynko. Możesz nie przepadać za wszystkimi, ale rodak, to rodak. Twoi rodzice oddali życie w walce nie tylko za ciebie, wasz dom, ten gród, ale za całą krainę i wszystkich braci krwi. To bardzo ważne.

Dziewczynka usiadła na łóżku ze skrzyżowanymi nogami wpatrując się w swojego nauczyciela. Przez chwilę miała wrażenie, że poczuła jakieś wstrząsy, jakby ziemia pod nimi zadrżała. Szybko jednak wróciła myślami do opowieści. W pokoju unosił się zapach niedojedzonej kolacji w postaci nadgryzionych pieczonych jabłek i przepiórczych skrzydełek.

– Nasze ziemie zaatakowali Atmici. Na czele z tym skurw… Hogonem. Ale bez zanudzania, przejdźmy do samej bitwy, nad Pizdawę!

Ziemia znowu zadrżała?

– Twoi rodzice byli tarczownikami, i to najlepszymi. Chronili boki samego Szczypka, naszego legendarnego przywódcy. Atmici mieli konie. Ich kawaleria rozgromiła nasze pierwsze szeregi, ale Szczypka miał plan w zapasie. Upozorował odwrót i rozpaczliwą ucieczkę w stronę lasu. I stało się dokładnie tak, jak to przewidział. Wroga kawaleria nie wycinała naszych od tyłu, lecz minęła ich bokami, usiłując zastąpić drogę przed lasem. Aby armia nie mogła rozproszyć się w zaroślach i cieniu. Z tyłu zaś podążali Atmici bez wierzchowców, ze swoimi małymi toporkami i drewnianymi tarczami. Więc mieliśmy znaleźć się w pułapce bez wyjścia…

– I co było dalej, co dalej!? – przerwała podekscytowana dziewczynka.

– To oni wpadli w pułapkę! Szczypka nakazał dzień przed bitwą przygotować wilcze doły wzdłuż linii lasu, tak w razie czego. Rozpędzona atmicka kawaleria wpadła w najeżone naostrzonymi palami doły! Następnie Szczypka szybko rozkazał zmienić kierunek, i ucieczka zamieniła się w atak na tych, którzy jeszcze chwilę wcześniej nas gonili. Bitwa oczywiście była dla nas zwycięska, niestety… gdy Atmici domyślili się, że przegrają, za ostatni punkt honoru uznali zabicie Szczypki. Wszyscy rzucili się tylko na niego, a tarczownicy bronili naszego dowódcę, poświęcając własne życie. Wielu wtedy zginęło, broniąc go, w tym twoi rodzice.

Kapłan splunął na ziemię. Dokładnie tam, gdzie chwilę wcześniej po kolejnym wstrząsie wylądował talerz z resztkami jedzenia. Nauczyciel wydawał się tego nie zauważyć, a dziewczynka, mimo, że zaczęła odczuwać lęk, nadal wsłuchiwała się w opowieść jak zaczarowana.

– Bitwa wygrana, Szczypka przeżył. Jest naszym bohaterem, ale wcale nie większym niż twoi rodzice, niż inni, którzy go bronili i niż wszyscy, którzy walczyli w obronie naszych ziem. Na wielkiej tarczy w sanktuarium Smerowita wyryto imiona najbardziej oddanych tarczowników. Są tam imiona twoich rodziców. Pamiętaj, za co zginęli. Pamiętaj, że…

Tym razem ziemia zatrzęsła się tak, że dziewczynka aż krzyknęła, chowając się pod skórą. Wyściubiła tylko nos, nie mogąc uwierzyć w to, co się działo. Przez okno zaczęły wdzierać się do wnętrza gałęzie drzew, wszystko spadało i wywracało się do góry nogami. Kapłan miotał się na siedzisku, próbując się na nim utrzymać mimo mocnych wstrząsów. Uśmiechał się. Szczerzył zęby. Gałęzie zaczęły oplatać mu nogi. Dziewczynka zobaczyła, jak wspinają się po łóżku podążając w jej stronę.

– Jeszcze śpi? – Usłyszała zza okna słowa wypowiedziane w jakimś dziwnym języku, których znaczenie, nie wiedząc jak, zrozumiała.

– Chyba się przebudza. Mówiłem, żeby dać jej mniej żabiego snu. To jeszcze dziecko. – odpowiedział kapłan w stronę okna.

– Trzeba było ją zabić! – wykrzyczał ktoś z zewnątrz.

– Posiadasz oczy, a nie potrafisz patrzeć? Przecież chcieliśmy to uczynić, jak tylko zobaczyliśmy, że ktoś bezcześci święte drzewo. Ale duchy ją uratowały, wszyscy to widzieliśmy. Nie możemy sprzeciwiać się ich woli. Możliwe, że to ona jest…

Dziewczynka krzyczała teraz tak głośno, jak tylko potrafiła. Na łysej czaszce kapłana wyrosły długie, siwe kręcone włosy opadające na nagie ramiona. Ramiona, które jeszcze chwilę przedtem przykrywała szata. Wśród włosów pojawiły się zaplecione z nimi rzemyki i sznurki o różnych barwach. Na nagim torsie ukazało się malowidło skrzyżowanych ze sobą dzid. Postać wstała, stołek huknął o podłogę. Gałęzie rozstąpiły się przed mężczyzną, aby mógł bez problemu nachylić się nad dziewczynką. Był bardzo stary, chyba starszy od jej nauczyciela. Usta miał pomalowane ochrą, tak jak czoło i policzki. Przemówił spokojnym głosem:

– Jesteś już z nami, Chodząca po Drzewach?

Gdy otworzyła oczy, światło dnia gwałtownie ją oślepiło. Uchyliwszy lekko powieki ujrzała białe, pojedyncze obłoki oraz korony niskich drzew, które cofały się w równym tempie. Poczuła dziwny smród, spróbowała wstać.

Nic z tego.

– Spokojnie, Chodząca po Drzewach. Przywiązaliśmy cię, abyś nie spadła podczas snu. Mam nadzieję, że ten był lekki i spokojny, gdyż różnie z tym bywa… Żabi sen często przynosi ze sobą wspomnienia, ale niejednokrotnie miesza je w dziwaczny sposób z rzeczywistością.

– Ggdzz… gdzie ja jestem? – zaczęła przerażona i spanikowana, ale kiedy spostrzegła, że pod jej głową i plecioną z trawy matą, porusza się rytmicznie kuper wielkiego ptaka o szarawych piórach, do którego była przywiązana, wpadła w szał. – Zostawcie mnie, dzikusy! Mój… ojciec jest wielkim wojownikiem! Przyjdzie po mnie ze swoją armią i wtedy zobaczycie!

Było to jedyne, co udało jej się na szybko wymyślić.

W rzeczywistości przecież nikt nie będzie mnie szukał. Bo nigdy kto miałby to zrobić?

Próbowała rzucać się na wszystkie strony, jednak była związana na tyle mocno, że mogła poruszać jedynie głową. Wzięła w zęby sznur, którym była przywiązana od stóp do szyi i zobaczyła przy okazji tańczącą szyję ptaka, która była o wiele dłuższa od samej Kruszki. Kiedy ptaszysko przekręciło na moment łeb, ukazało zakrzywiony, czerwony dziób o wielkości katowskiego topora.

– Nie trudź się… – zaczął idący szybkim krokiem tuż obok starzec, którego widziała w swoim śnie. Burza siwych loków wraz z zaplecionymi w nie rzemykami skakała na wietrze. – To włókno kamiennej trawy, z którego robimy też cięciwy do łuków. Nie przegryzą go takie młode ząbki.

Kruszka szybko sama się o tym przekonała i odpuściła, kładąc bezradnie głowę na zadzie ptaszyska. Był on lekko uniesiony w stosunku do reszty tułowia, co pozwalało przyjąć nawet całkiem wygodną pozycję.

Gdyby nie wstrząsy, można by przespać się na nim i bez pomocy żabiego snu. -Pomyślała, ale kiedy wróciła do rzeczywistości poczuła, że zaraz się rozpłacze. Nie w taki sposób chciała uciec z domu… Mężczyzna klepnął otwartą dłonią w bok ptaka.

– To stepowy biegacz. Lepszy od waszych koni i wszelkich innych czworonożnych wierzchowców. Ma jedynie dwie kończyny, a jest szybszy i zwinniejszy. I o wiele wierniejszy.

– Nie obchodzi mnie to! Uwolnijcie mnie!

Pociągnęła nosem, w oczach zbierały się łzy.

– Wszystko sobie wyjaśnimy, Chodząca po Drzewach. W swoim czasie i miejscu. A teraz prześpij się jeszcze. Biegacze narowią się, gdy ktoś się złości.

Zanim zdążyła jakkolwiek zareagować poczuła mocne ukłucie w ramię.

– Spokojnie, tym razem to tylko jad szelestnika. Po nim nic ci się nie przyśni.

Przesuwające się obłoki zasłoniły opadające powieki.

 

*

 

Kiedy znów otworzyła oczy ujrzała nad sobą nocne niebo. Nie czuła pod plecami miękkiego ciała stepowego biegacza lecz twardą ziemię, a smród zwierzęcia zastąpił zapach dymu.

Cała się trzęsła.

Deszcz sączył się leniwie rzadkimi kroplami. Wystarczyło to jednak, żeby dziewczyna przemokła i zziębła do szpiku kości. Leżała skulona na splecionej z trawy macie, niczym nie przykryta. Skórzane spodnie, długa, lniana koszula, tunika oraz buty – wszystko doszczętnie przemokło. Sparaliżowana strachem i zimnem nie była w stanie się poruszyć. Przewróciła się tylko na drugą stronę, po której mroczną noc rozjaśniało jakieś światło. Ognisko było wielkie. Płomienie buchały rytmicznie, a trzaski drewna mieszały się z zawodzeniem dziesiątki głosów:

– Mmmhhhmmm…

Siedzieli w dużym kręgu, wokół ognia. Wszyscy mieli długie włosy i nagie torsy z wymalowanymi przecinającymi się włóczniami.

– Mmmhhhmmm…

Dłonie opierali na kolanach skrzyżowanych nóg, oczy nieruchomo utkwili w tańczących płomieniach. Kruszka powstrzymała na moment skaczącą z zimna szczękę i obijające się o siebie zęby i krzyknęła:

– Zostawcie mnie! Nic wam nie zrobiłam!

– Mmmhhhmmm… – Usłyszała w odpowiedzi.

Siedzący w kręgu ani drgnęli, nie zwrócili na nią żadnej uwagi. Łzy mimowolnie popłynęły po sinych policzkach. Podskoczyła, kiedy po ciele przeszła kolejna fala lodowatych dreszczy.

Bądź dzielna. Przecież to nie może się tak skończyć…

Spięła wszystkie mięśnie, dygocząc wstała i otrzepała się niczym zmoczony pies.

– Sama sobie poradzę! A wy pożałujecie, odpowiecie za wszystko! Wy… wy…

Nie znalazła odpowiednich słów na określenie swoich prześladowców i widząc, że nadal nie darzą jej nawet najmniejszym zainteresowaniem, obróciła się i pobiegła w nieznanym sobie kierunku. Zza pleców dobiegło ją jeszcze jednostajne zawodzenie:

– Mmmhhhmmm…

Była pewna, że nawet jeśli będą ją ścigać, w lesie zgubi ich bez problemu. Była szybka i doskonale wspinała się na drzewa, potrafiąc chować się w ich koronach. Jednak coś było nie tak.

Nigdzie nie było drzew.

Biegła przed siebie w ciemności nocy, a wysokie, mokre, gęsto rosnące trawy chłostały ją po twarzy.

Byle jak najdalej od tej bandy dzikusów. Resztą będę się martwić później.

Zatrzymała się dopiero wtedy, kiedy zabrakło jej tchu. Kucnęła, łapczywie wciągając powietrze. Poczuła, że żołądek ma przyklejony do kręgosłupa, jakby od dawna nic nie jadła. Stopy miała zesztywniałe, zanurzone w kałużach, które powstały w przemoczonych butach. Zaniosła się straszliwym płaczem.

To koniec… koniec. Umrę tutaj. Sama, wygłodzona, zmarznięta…

Opadła z resztek sił i położyła się na zimnej i mokrej ziemi.

 

 

*

 

Otworzyła oczy. Żółtawe trawy falowały na lekkim wietrze wśród jaskrawych promieni poranka. Krople wody lśniły na czubkach źdźbeł niczym kryształki. Deszcz ustał. Mimo przesiąkniętego na wskroś ubrania, Kruszka czuła dziwne ciepło, które ją otulało.

Leżała obłożona miękkim, brązowym futrem, które poruszało się w rytm oddechu. Łapy zakończone ostrymi pazurami spoczywały na jej młodzieńczych piersiach. Puszyste ogony oplatały nogi. Trzy otwarte pyski z wywalonymi jęzorami i obnażonymi kłami sapały i charczały, tuż przy głowie dziewczyny.

Wilki…

Ten, którego widziała niedawno przy rzece jak i te, na które natknęła się kiedyś z matką w lesie miały co prawda srebrną sierść, jednak pomijając barwę, reszta się zgadzała. Zwierzęta spały spokojnie, ruszając co jakiś czas szpiczastymi uszami. Zanim Kruszka zdążyła otrząsnąć się z przeszywającego strachu i podjąć jakąkolwiek decyzję, usłyszała szelest wśród traw, który zbliżał się w jej kierunku. Wstrzymała oddech. Ciszę przerwały niezrozumiałe dla niej słowa, wypowiadane chłopięcym głosem:

– Atyr, atyr!

Kij uderzył grzbiety trawiastych grzyw. Wilki poderwały łby, zbadały chłopca, i po chwili zniknęły gdzieś w żółtawym gąszczu.

– Sark ti nak? Ko rak, ko. – rzekł chłopiec, wyciągając dłoń w kierunku leżącej dziewczyny.

Był niski i niewiele starszy od Kruszki, jak sama stwierdziła. Dziewczyna miała za sobą piętnaście wiosen, choć już od dawna nie czuła się dzieckiem. Przybysz miał włosy koloru otaczających ich traw, spięte w krótki, koński ogonek, który dyndał trochę ponad karkiem. Od pasa w górę był nagi, nic prócz pierwszych włosków nie zdobiło jednak jego klatki piersiowej. Nogi osłonięte miał szarymi piórami, takimi samymi jakie posiadał stepowy biegacz. Nagie stopy chłopca zatapiały się w miękkiej ziemi. Kiedy mówił, pomalowane ochrą usta otwierały się nadzwyczajnie szeroko:

– Ko rak, Sark ti nak?

Kruszka nie miała pojęcia, o co ją pyta, ale po przeżyciach ostatniej nocy był pierwszą istotą, przed którą nie czuła strachu. Wyciągnęła rękę, a chłopiec uchwycił ją mocno i pewnie pociągnął ku sobie.

– Ko rak, Sark ti nak.

Powiedział i pobiegł, torując sobie drogę kijem. Kruszka podążyła za nim bez chwili zawahania. W końcu co innego mogła uczynić?

Kiedy wybiegli na otwartą przestrzeń, zrozumiała, że wróciła do miejsca, od którego tak rozpaczliwie uciekała. Ognisko wygasło, a wokół niego, na trawiastych matach, spali ludzie, których tak się bała. Teraz dopiero dostrzegła, że ich długie włosy nie należały tylko do mężczyzn. Kobiety zamiast pierzastych spodni miały krótkie opaski osłaniające biodra, z tego samego materiału. Ciało zdobiło malowidło przedstawiające dwie skrzyżowane włócznie, których koniec grotu był na sterczących w chłodzie poranka sutkach nagich piersi. Chłopiec nagle gdzieś zniknął, za to tuż przed dziewczyną stanął pachnący dymem, znany jej już starzec.

– Byłem pewien, że sama do nas powrócisz. Prędzej czy później. Myr ma jednak nadal zbyt miękkie, chłopięce serce.

– Myr… to ten chłopiec?

Kruszka rozejrzała się dookoła. Nagle poczuła falę napływającego gniewu. Przemoczone ubranie przywierało do skóry.

– Jak mogłeś! Jak mogliście mnie tak zostawić! Zresztą, niczego nie rozumiem. I skąd znasz mój język? I gdzie jesteśmy!?

– Pytania należy zadawać z rozwagą, Chodząca po Drzewach. Odpowiem więc jedynie na ostatnie. Witaj na koczowniczych stepach.

Stojąc wśród korony prastarego dębu dziewczynie wydawało się, że widzi w oddali malejące drzewa, które ustępowały miejsca morzu traw. Było to jednak wtedy tak odległe, nieosiągalne miejsce…

– Ale… ale przecież dopiero co byliśmy w lasach przy granicy…

– Przespałaś wiele dni. Jady, które wykorzystujemy, skrywają jeszcze w…

– Co!? Dlaczego mi to robicie, odpowiedz!

Zatupała jak mała dziewczynka. Przy wygasłym ognisku koczownicy zaczęli się już budzić i wstawać.

– Proszę, zjedz to. Jesteś bardzo wygłodzona, a będziesz potrzebować sił.

Kruszka uchwyciła w obie dłonie jakieś podłużne warzywo, a może owoc koloru jej tuniki. Bez zastanowienia wgryzła się w twardą skórkę, gdyż głód nieznośnie dawał się we znaki.

– Fuujjj…

Cierpki i gorzki posmak nie przypominał żadnego znanego jej pożywienia.

– Będziesz musiała się przyzwyczaić, Chodząca po Drzewach, gdyż to najlepsze co rośnie w tych jałowych ziemiach. Teraz są jeszcze młode i niedojrzałe. Poczekaj, aż wyrosną. Gorycz jest wtedy o wiele silniejsza. Polubisz je.

– Wcale nie. To jest obrzydliwe.

Przypomniała sobie zapach pieczonych jabłek i przepiórczych skrzydełek ze swojego snu.

Czy kiedykolwiek jeszcze skosztuję coś takiego?

– Zjedz całą bulwę i odpocznij trochę. Niedługo wyruszysz na swoje pierwsze polowanie. A, i jeszcze jedno. Na przyszłość nie zakłócaj naszych obrzędów, podczas których rozmawiamy z duchami natury. Nie jest łatwo się z nimi porozumieć, a są bardzo płochliwe.

– Rozmawiacie z czym? Jakie polowanie? I kim ty w ogóle jesteś i czego ode mnie chcesz?

Starzec pokręcił głową i powiedział cicho, jakby sam do siebie:

– Dobrze, że duchy nigdy mnie nie zawiodły, inaczej chyba właśnie bym w nie zwątpił.

Przyklęknął na jedno kolano, zniżając się do poziomu dziewczyny.

– Jestem Wan Ychmar, zwany Szeptem Traw. A teraz zabieraj się do jedzenia, chyba, że chcesz tym przeraźliwym burczeniem brzucha odstraszyć wszelką zwierzynę, którą mamy zamiar dziś pochwycić.

 

 

*

 

Mięso kaguna było nawet całkiem smaczne. Przypominało nieco pieczonego dzika, którym zajadali się czasami mieszkańcy osady, w której niegdyś mieszkała Kruszka. Przyzwyczajała się też do goryczy bulwiastego warzywa, które można było wykopać chyba w pierwszym lepszym miejscu, choć cierpki smak nadal wykrzywiał jej usta.

– To twój rik kogun, Sark ti Nak?

– Eee… tak, zabiłam go… hm… – Pokazała na słońce machając rękami, usiłując jakoś przekazać słowo wczoraj.

Chłopiec o imieniu Myr kiwnięciem głowy dał znać, że rozumie.

– Sama – dodała Kruszka nieśmiało.

W osadzie nie pozwalano jej jeszcze uczestniczyć w polowaniach, była bowiem za młoda. U koczowników jednak dzieci o wiele wcześniej stawały się dorosłymi członkami swej społeczności. Chłopiec, który uczył dziewczynę języka ludzi stepu i stał się jedyną osobą, którą polubiła, miał niedługo przejść przez próby Traw, Wiatru i Ziemi, aby stać się dorosłym koczownikiem. Jeśli przejdzie je pomyślnie, malowidła dzid ozdobią jego pierś i będzie mógł posiąść wybraną przez siebie kobietę.

– Ja upolowałem już chyba tikrika.

Myr otworzył i zamknął obie dłonie trzy razy.

– Uważaj, bo ja cię dogonić! – rzekła niezgrabnie Kruszka lecz obydwoje zanieśli się śmiechem.

Uśmiech szybko jednak opuścił twarz dziewczyny. Chłopiec widząc to zapytał:

– Czemu smutna?

– Tęsknię za domem. Jeszcze jakiś czas temu chciałam z niego uciec i nigdy nie wrócić. Ale teraz coś się zmieniło… coś zrozumiałam – odpowiedziała w swoim języku, może nawet bardziej do siebie niż do młodego koczownika.

– Tu jest teraz twój dom – powiedział Myr chcąc położyć dłoń na jej ramieniu, ale Kruszka wstała pośpiesznie i odeszła.

To nigdy nie będzie mój dom.

Powiedziała sobie, że zostanie na stepach do czasu, aż nauczy się polować i pozna tutejszy teren. Gdy już będzie gotowa, aby samotnie przetrwać długą wędrówkę, ucieknie i wróci do swej osady. Zacznie się szkolić, zostanie Tarczowniczką, tak jak matka. Wan Ychmar co prawda przekonuje ją, że nie jest tu bez powodu i wkrótce, kiedy nadejdzie czas, sama się o tym przekona. Nie interesowało ją to jednak. Chciała tylko wrócić do domu. Do nauczyciela Zniewko. I nawet do tej jędzy. Choć sama do końca, jeszcze, nie wiedziała dlaczego.

Teraz, kiedy nauczyłam się posługiwać włócznią, mogłabym jej nieźle odpłacić, kiedy podniosłaby na mnie kij.

Słońce już zaszło za morzem traw i poczuła lekkie dreszcze na nieosłoniętej niczym w większości skórze. Nie chciała chodzić prawie naga, tak jak reszta, więc prócz przepaski na biodrach, nosiła też osłaniającą piersi plecionkę z mieszaniny piór i traw, wykonaną specjalnie dla niej przez jedną z kobiet . Czasami narzucała na to swoją długą koszulę, chociaż zazwyczaj dzień na stepach był bardzo ciepły.

Położyła się przy niewielkim głazie i zasnęła zanim nastała noc.

Kolejny raz przyśnił jej się ten sam sen. Sen, który był zarazem mglistym wspomnieniem z dzieciństwa. Kiedy żyli jeszcze rodzice Kruszki. Szła z matką przez las, zbierając jeżyny i grzyby. Dziewczynka została nieco z tyłu, goniąc zajączka.

Usłyszała krzyk.

Matka stała pod drzewem z wyciągniętym nożem, a przed nią trzech zbirów z toporami w rękach. Zawartość koszyka, do którego zbierały dary lasu, wysypała się u ich stóp. Kruszka zamknęła powieki i krzyczała najgłośniej, jak tylko potrafiła. Kiedy je otworzyła, zobaczyła trzy rozszarpane ludzkie ciała i stado srebrnych wilków z zakrwawionymi pyskami. Wataha podeszła do Kruszki, zwierzęta opuściły łby niczym w pokłonie, a następnie odeszły w las. Od tamtego dnia matkę dziewczyny nazywano Panią Wilków. Po tym śnie przyszedł kolejny, krótki. Również był wspomnieniem, całkiem niedawnym. Dziewczyna czuła na sobie oddech wilczych pysków, widziała ich ciemnobrązową sierść, czuła zapach dzikiego zwierza. I ciepło, jakim ją obdarowały…

– Wstawaj, Chodząca po Drzewach. Dzisiaj twój dzień na polowanie.

Wan Ychmar stał nad nią. Siwe loki błyszczały w świetle przygasającego księżyca.

– Ostatnio ciągle jest mój dzień – odburczała ziewając.

– Powinnaś się radować. Chłopcy w twoim wieku tylko odliczają czas na swoją kolej i patrzą na ciebie z zazdrością. Dla ciebie nie mamy jednak całego roku, a tym bardziej lat.

– Yhy.

Usiadła, wiedząc, że nie ma nic do gadania.

– Dlaczego jesteś dziś taka posępna, młoda łowczyni?

– Wilki mnie prześladują – odpowiedziała wstając.

Podniosła swoją lekko zakrzywioną, krótką włócznię z kamiennym, naostrzonym grotem. Wan uśmiechnął się tylko i rzekł:

– Idź po swojego biegacza. Czas wyruszać, zaraz będzie świtać. Będziemy tu na ciebie czekać, aż wrócisz.

– Jak to czekać?

– Dzisiaj zapolujesz sama, sama też możesz wybrać swoją zdobycz. Pokaż, czego się nauczyłaś, Chodząca po Drzewach.

Lepszej okazji mogę już nie dostać. Przez pewien czas nie będą myśleć o tym, że uciekłam, co pozwoli mi znacznie się oddalić. Wielkie ptaszysko jeszcze nie zawsze mnie słucha, ale potrafię już jeździć na nim na tyle dobrze, aby dać sobie radę.

Przeszła po cichu między śpiącymi jeszcze koczownikami. Minęła wypalone ognisko, wciągnęła mocno powietrze. Noce były już coraz chłodniejsze. Kruszka zastanawiała się, jak daleko jest od domu i czy lasy przy osadzie przykrył już pierwszy śnieg. Mimo zimna, które wkraczało na stepy, mężczyźni spali osobno. Kobiety miały bowiem własną przestrzeń. Dziewczyna tego nie rozumiała, w osadzie ojciec zawsze spędzał noc z matką w jednym łożu, nawet w gorące lato.

Ale zawsze zamykali drzwi, a oni nie mają nawet głupich namiotów. Może po prostu się wstydzą?

Stepowy biegacz, którego Kruszka dostała już podczas pierwszego polowania, był jeszcze młodym okazem. O wiele mniejszym od tego, który niósł ją związaną wiele dni temu. Miał brudne, szarawe pióra, krwisty, zakrzywiony dziób i nogi zakończone długimi pazurami. Dziewczyna podciągnęła się na siodło wykonane, a jakże by inaczej, z trawy. Pogłaskała długą szyję, która potrafiła wyginać się we wszystkich kierunkach, albo przeciwnie, gdy biegacz wyczuwał zagrożenie, być twarda jak stal.

Kopniakiem, jak na koniu, dała znać ptaszysku, że czas ruszać. Ponad trawami wystawał tylko łeb stepowego biegacza i głowa Kruszki, z pomalowaną ochrą twarzą i poplątanymi, byle jak związanymi rzemykiem włosami.

Koczownicy, z którymi przebywała już jakiś czasu (sama nie wiedziała, jak długo), zmieniali miejsce koczowiska co parę dni. Każde wyglądało jednak tam samo: Ziemia wolna od wysokich traw, bowiem niebo musiało być dobrze widoczne podczas ich dziwnych rytuałów. Początkowo dziewczyna starała się zapamiętywać coś odznaczającego się od reszty, jak dziwnie wykręcone karłowate drzewko czy wysoka skała, wystająca ponad trawy. Wszystko jednak było tam na tyle podobne, że szybko się w tym pogubiła. W ten dzień może i nie wiedziała do końca, gdzie się znajduje, ale nauczyła się wyznaczać kierunki świata i potrafiła obrać odpowiednią drogę. Nauczył ją tego Myr.

Wiedziała, że osada, do której chce powrócić, znajduje się gdzieś w kierunku wschodzącego słońca i jakie gwiazdy wskazują tam drogę. Potrafiła też wspomóc się wszędzie obecnymi trawami, które były całkiem dobrym przewodnikiem, jeśli tylko miało się wiedzę, na co zwracać uwagę. Póki co gnała tylko przed siebie, aby zostawić dzikich koczowników jak najdalej za sobą. Przecięty wpół księżyc bladł po jednej stronie nieba, po drugiej zaś pierwsze promienie nadchodzącego poranka rozświetlały mrok nocy niczym płonące strzały.

Co mam czynić… czy jestem pewna tego, czego chcę? Głupia wracam do miejsca, z którego chciałam uciec raz na zawsze! Ale przecież…

Coś sprawiało, że podjęcie decyzji nie było dla Kruszki takie oczywiste. Zrozumiała pewne rzeczy. Choćby to, dlaczego i za kogo zginęli jej rodzice. Ojciec z pewnością nie wysłał jej pod granicę, aby resztę życia spędziła na stepach. Choć powoli wsiąkała w życie koczowników. Wan Ychmar był czasami irytujący i szorstki, aczkolwiek bywał też miły. Denerwowała ją jednak ciągła tajemnica wszystkiego. Inni koczownicy nie byli zbyt rozmowni, nawet między sobą. Najczęściej można było ich usłyszeć podczas nocnych rytuałów, kiedy to ponoć rozmawiają z duchami. Parę razy dziewczynie udało się podsłuchać, jak Wan z kimś rozmawiał i zrozumieć nieco słów. Dowiedziała się, że zwierząt na stepach jest coraz mniej, a co za tym idzie, polowania są coraz trudniejsze i coraz częściej trzeba przenosić koczowisko. Tego akurat nie musiała słyszeć, żeby wiedzieć jak wygląda sytuacja, gdyż bywało, że jeździli od świtu do zmierzchu nie znajdując nawet najmniejszego kaguna – podobnego do dzika zwierza ze śmiesznym, zwisającym nosem. Niedobre bulwy z kolei, które można wykopać niemal wszędzie, rozsiały ponoć duchy natury w postaci orłów i innych ptaków, zrzucając nasiona warzyw, które pochodzą z odległych krain. Podsłuchała też coś o wielkiej armii, która przekroczyła góry. Nie wiedziała jednak, czy Wan się ich obawiał, bowiem rzadko zdradzał emocje, kiedy coś mówił.

A jeśli to wrogowie? Ci sami, o których mówił Zniewko? I mają zamiar ich zabić? Są tacy bezbronni. Mają tylko te swoje prymitywne włócznie. Nie schowają się za żadną palisadą. Ale zaraz, co mnie to obchodzi!? Są zwykłymi dzikusami, którzy chcieli mnie zabić, a potem porwali. Dlaczego miałoby mi być ich żal?

Żal było jej jedynie chłopca o imieniu Myr, którego zdążyła polubić. Gdyby mogła, zabrałaby go ze sobą.

Zatrzymała biegacza, mrużąc oczy popatrzyła w stronę wschodzącego słońca. Potem spojrzała na trawy, głaszcząc ich czubki dłońmi. Kopnęła wielkiego ptaka i ruszyła ponownie.

Jechała najszybciej, jak potrafiła.

Nie ma odwrotu, wracam do domu. Wracam do domu!

Ryk był tak nagły i głośny, że ptaszysko aż podskoczyło ze skrzekiem, zrzucając Kruszkę na ziemię. Nabiła sobie solidnego siniaka na biodrze, ale teraz było to nieistotne. Ryk rozbrzmiał raz jeszcze, niosąc się złowrogo po cichych i pustych stepach. Dziewczyna znała ten dźwięk…

Nie będę wstawać, to może mnie nie znajdzie. Poleżę tak w tych wysokich trawach dopóki nie odejdzie.

Ciężkie kroki zbliżały się jednak w jej kierunku. Zwalczyła obezwładniający ją strach i stając na palcach wynurzyła głowę nad żółtawe źdźbła. Zobaczyła tylko kudłaty, czarny grzbiet i strzygące powietrze uszy, lecz nie miała już wątpliwości.

Niedźwiedź. Czarny jak noc, niedźwiedź.

Skąd się tutaj wziął!?

Kruszka pamiętała, co ojciec mówił, gdy uczył ją jeździć konno i zobaczyli brązowego zwierza po drugiej stronie rzeki. Żyją w lasach, mają swoje jaskinie i lubią bliskość strumyków. A na stepach nie było niczego z tych rzeczy.

Kiedy niedźwiedź stanął na dwóch łapach i znalazł dziewczynę wzrokiem, wpatrując się w nią małymi, czerwonymi ślepiami, zamarła jak zamrożona. Zwierz zaryczał raz jeszcze, runął z powrotem na przednie łapy i ruszył w stronę Kruszki. Chciała zamknąć oczy i zacząć krzyczeć, tak jak w swoim śnie, przypomniała sobie jednak, że nie jest już taką małą dziewczynką i ma ze sobą włócznię.

Trzęsącymi rękami wyciągnęła broń przed siebie i czekała na to, co się wydarzy. A wydarzyło się coś, czego najmniej się spodziewała. Jej dwunogi wierzchowiec, o którego istnieniu zdążyła już zapomnieć, skoczył na czarnego zwierza niczym gigantyczna żaba. Wbił długie pazury w grzbiet, a wielkim dziobem zaczął walić w kark. Stepowy biegacz był naprawdę silny i groźny, przez chwilę wydawało się nawet, że bezradny niedźwiedź przegra tę walkę, gdyż krwawił już porządnie i zataczał się na boki. Wystarczył jednak jeden moment, kiedy wierzchowiec odczepił się od czarnego cielska, aby dosięgnęła go kudłata łapa, przygniatając do ziemi. Następnie w ruch poszedł pysk i rozbrzmiał dźwięk łamanych kości oraz skrzek podobny temu, który towarzyszy ubijanemu kurczakowi.

Niedźwiedź był mocno poraniony, kark miał jak spod brzytwy, ale w oczach nadal widniała siła i złość, które niosły śmierć. Kruszka próbowała uciekać, ale kiedy potknęła się na trzęsących się nogach, odpuściła.

Nie mając innego wyboru, rzuciła się na zwierzę z wyciągniętą przed siebie włócznią.

– Aaarrrggghhh! – wycharczała wymachując mizerną bronią, stojąc tuż przed bestią.

Skakała, tupała i krzyczała, nie mając najmniejszego pojęcia, co najlepszego wyczynia. Trawy łaskotały niedźwiedzi pysk, z którego wystawały fragmenty piór i mięsa.

– Aaarrr… – urwała ze szlochem.

Łzy popłynęły po pomarańczowych od ochry policzkach. Wiara w cokolwiek opuściła Kruszkę. Czarny zwierz wypuścił ze świstem powietrze z nozdrzy, spuścił nisko łeb i…

Położył się u stóp dziewczyny.

 

 

*

 

 

– Zjedz, to ci pomoże. – Myr wetknął do ust dziewczyny skruszony liść jakiegoś ziela.

Nie poruszyła nawet wargami. Wpatrywała się w szare, zaciągnięte chmurami niebo. Co chwile przechodziła ją fala okropnego bólu, wywołana przez liczne rany. Najgorzej było na twarzy. Dwa głębokie ślady po pazurach ciągnęły się od skroni, rozrywając po drodze odrobinę nosa, aby na końcu rozszarpać połowę wargi. Rany natychmiast zszyto i obłożono specjalnym wywarem, ból był jednak nadal nie do zniesienia.

– To już nie zniknąć, prawda? – zapytała niezgrabnie Kruszka klęczącego obok niej chłopca.

– Tak, nie zniknie! Wspaniale, prawda?

Myr uśmiechnął się, patrząc na nią pełen entuzjazmu.

No tak, mali chłopcy zawsze chcą dorobić się swojej blizny aby chełpić się nią jak starzy wojownicy. Ale ja nie jestem… Kim ja właściwie teraz jestem?

Dziewczyna pomyślała też, że nieprędko odważy się popatrzeć w taflę wody. I nie chodziło jedynie o szkaradne blizny, na które była skazana.

– Idę na polowanie. Dziś mój dzień, może też zostanę bohaterem. Do zobaczenia, Chodząca po Drzewach.

Myr wstał, otrzepał zakurzone kolana i zniknął w trawach.

Jaki znowu bohater? Straciłam wierzchowca, ledwo przeżyłam…

– Przeżyłaś. A tylko nielicznym udaje się przetrwać spotkanie z czarnym niedźwiedziem.

Wan Ychmar pojawił się znikąd i tak nagle, że Kruszka połknęła przez przypadek zmielone, suszone liście, które miała zamiar wypluć.

– Skąd ty… ty czytasz w moich myślach?

Stary koczownik usiadł obok niej, uśmiechnął się ciepło i odrzekł:

– Nie, Chodząca po Drzewach, nie mam takich zdolności. Mam jednak całkowicie naturalną zdolność patrzenia na ludzkie serca. I wiem, co czujesz.

– Nic nie wiesz!

– Ależ oczywiście, że wiem. Tak przewidziałem twój plan. Wysłałem twym śladem paru braci. I dobrze, bo miał cię kto znaleźć i tutaj sprowadzić, zanim się wykrwawiłaś. Ślady stepowego biegacza mówiły o tym, że gnałaś jak najszybciej. Kierunek wskazywał na północ. Więc czy się myliłem? Czy nie chciałaś nas opuścić?

– A dziwisz się, starcze!? Przecież mnie porwałeś, i wciąż nie chcesz powiedzieć, dlacz… aaa… – urwała, kiedy piekący ból przeszył całą lewą część twarzy.

– Wkrótce się…

– Nie! Ciągle to powtarzasz! Zaczynam żałować, że ten niedźwiedź mnie nie pożarł… mam tego wszystkiego dość.

Wan oparł łokcie na kolanach, zgarbił się i położył brodę na splecionych dłoniach. Jego głos cały czas był tak samo spokojny.

– Właśnie, co do niedźwiedzia. Kiedy ocknęłaś się po raz pierwszy, mówiłaś coś o tym, że go dosiadłaś. Tak właśnie było?

Kruszka otworzyła szeroko oczy, jakby właśnie sobie o tym przypomniała.

– Nie wiem już, co było prawdą… ale… wydaje mi się, że tak było. Położył się przede mną, pozwolił na siebie wejść. Przez pewien czas dosiadałam… prawdziwego niedźwiedzia. Czułam coś… niesamowitego, niezwykłą siłę i moc. I nagle wszystko prysło. Zwalił mnie na ziemię z rykiem, prawie zabił i odszedł. I tak po prostu odszedł…

Zakończyła zamyślona. Wszystko to było dla niej niezrozumiałe i dziwne.

– Teraz jestem już pewny, Chodząca po Drzewach. Tak jak myślałem, nie obejdzie się bez pomocy Duchów Natury. Kiedy nieco dojdziesz do siebie, porozmawiasz sobie z nimi.

Odszedł, nie czekając na żadną odpowiedź. Chwilę później poczuła się bardzo dziwnie. W głowie zaczęło wirować jak niegdyś, po wypitym ukradkiem rogu piwa, a ciało stało się lekkie i jakby pozbawione kości. Pomyślała przez chwilę o wciśniętym jej przez Myra zielu i zasnęła.

 

 

*

 

Wiele razy budziła się zlana potem, krzycząc lub szlochając. Rany na twarzy bolały, jakby wpadła głową do ogniska. Zawsze wtedy przybiegał Myr, kruszył suszone liście w kształcie gwiazdy i wsypywał jej do ust. Przeżuwała, połykała bez zastanowienia i po chwili znowu zasypiała.

Kiedy za którymś razem obudził ją żar ognia, nie był w końcu spowodowany setkami rozżarzonych węgielków na twarzy. Pochodził z prawdziwego, wielkiego ogniska. Gałęzie karłowatych drzew trzaskały i syczały, trawione płomieniami. Tysiące iskier wzbijało się ku nocnemu, pełnemu gwiazd niebu. Widziała skaczące, ogniste jęzory, czuła ich ciepło. Podparła się poranionymi rękami, którymi starała się zasłaniać przed ciosami niedźwiedzia, i wstała z trudem. W głowie tak się jej zakotłowało, że prawie upadła. Kiedy świat przestał wirować, zobaczyła całe ognisko palące się na wolnym od traw skrawku ziemi, wokół którego siedziało wielu mężczyzn.

Zaraz poznała Wana, na którego plecy opadały siwe loki z zaplątanymi w nie rzemykami. Dotknęła swoich włosów, które były tak skołtunione i zmierzwione, że wątpiła, czy kiedykolwiek je jeszcze rozczesze. Zanim zdążyła postanowić co z sobą począć, Wan Ychmar obrócił głowę i rzekł głośno:

– Najwyższa pora, Chodząca po Drzewach. Czekamy tu wszyscy na ciebie.

Nie myśląc za wiele, zrobiła parę chwiejnych kroków i stanęła za plecami starego koczownika. Ten wskazał jej wolne miejsce tuż po swojej lewej stronie. Usiadła, krzyżując nogi jak reszta, i czekała na to, co się wydarzy. Koczownik przy jej lewym ramieniu był młody i umięśniony, zamknięte powieki miał pomalowane ochrą, tak samo jak pozostali. Wan Ychmar z kolei wpatrywał się w płomienie, jakby starał się w nich coś znaleźć. Po dłuższej chwili ciszy uniósł otwarte dłonie i zaczął wydawać z siebie znane już dziewczynie jęki:

– Mmmhhhmmm…

W ślad za nim poszli wszyscy pozostali:

– Mmmhhhmmm…

Żar od ogniska drażnił pokaleczoną skórę, jednak dawny ból już się gdzieś ulotnił. Koczownicy podnieśli głowy i wpatrywali się w końce ognistych biczów strzelających w stronę nieba. Zawodzili coraz głośniej. Kruszka dostrzegła puste, gliniane kubki, które walały się pod ich nogami. Pomyślała od razu, że pewnie wypili wywar z ziół, podobnych do tych, które dawał jej Myr, i że ich rozmowy z duchami to zwykłe halucynacje. Niemal zaczęła się śmiać, kiedy w końcu wydarzyło się coś, czego doświadczyła i ona.

Tańczące chaotycznie płomienie zamarły, jakby ktoś zatrzymał czas, po czym stworzyły jeden wielki, ognisty jęzor. Ogień wznosił się do góry niczym płonąca kolumna. Wan mamrotał coś pod nosem. W końcu ogień buchnął ze zdwojoną siłą. Stary koczownik powiedział cicho:

– Nie zobaczysz ich, ale możesz usłyszeć. Wypij prędko. Ten jeden raz. W przyszłości wywar nie powinien być ci już potrzebny.

Dopiero teraz dostrzegła, że kubek stojący tuż przed nią jest pełen jakiejś ciemnej cieczy. Przełykając z trudem, wypiła do dna. Odrzuciła gliniane naczynie i patrzyła z wyczekiwaniem w ognisty słup. Płomienie zaczęły opadać, wracać do swojej pierwotnej formy, kiedy nagle…

Tysiące wilczych pysków, łap niedźwiedzi setka. Pieśń kłów i pazurów. Dźwięki ryków i wycia. Potomkini Erni, przybądź i zadmij w Róg Obłokostrzela…

Wszystko to zarazem usłyszała, widziała i poczuła.

Sparaliżowało Kruszkę, kiedy jakaś niewidzialna dłoń dotknęła jej głowy. Nie wiedziała już, co jest prawdą, a tego co się wydarzyło nie potrafiła nawet odtworzyć, nazwać ani powtórnie sobie wyobrazić. Wan Ychmar wstał, pokłonił się nisko i rzekł:

– Dziękujemy wam, opiekunowie świata. W końcu jest ta, która ponownie uniesie cząstkę waszego daru.

Tym razem była pewna, że usłyszała ludzkie głosy. Tysiące głosów mówiących jednymi ustami. Słowa niosły się echem daleko ku gwiazdom:

Nadchodzą. Już czas.

 

 

*

 

Po raz kolejny dręczył ją ten sam sen. Była z matką w lesie, pojawiły się zbiry. Znowu ocaliły je wilki, tak jak to stało się w rzeczywistości.

Gdy się przebudziła, głowa pękała od natrętnie wirujących w niej myśli.

Co to wszystko oznacza?

Dzicy koczownicy, którzy ją porwali, rzeczywiście potrafili rozmawiać z duchami, czego była świadkiem. Jeden przemówił nawet do niej samej, choć nadal miała wątpliwości, czy to wszystko było prawdą, czy tylko działaniem odurzającego płynu. Pewna była jedynie tego, że od tamtej nocy coś się zmieniło.

A może…? Nie, niemożliwe…

Zgarnęła dłońmi poranną rosę z traw i przemyła twarz. Poczuła, jak żołądek daje o sobie znać, więc zabrała się do gorzkniaka, niedobrą bulwę do której smaku wcale a wcale nie przywykła. Zaczęła rozmyślać o ostatnich wydarzeniach…

Przeżyłam spotkanie z niedźwiedziem. Z jednej strony dał się dosiąść, z drugiej chciał zabić. Mimo to jednak żyję. Gdyby tylko żył tata i mógł się dowiedzieć, że jego córka jeździła na prawdziwym królu lasu…

Zabrała się do kolejnej bulwy.

Nadchodzą.

Rzekła wtedy zjawa.

Ku naszym ziemiom zmierzają Herneci, barbarzyńcy, którzy przeszli przez góry, a celem ich jest jedynie zniszczenie. Jest ich tak wielu, że nawet, jeśli połączymy siły ze wszystkich osad, szanse na stawienie oporu są nikłe. Wielodar przewidział, że kiedyś na nas napadną.

Przypomniała sobie słowa kapłana. Czy to o nich mówił duch?

Nagle usłyszała pomrukiwanie dobiegające z pobliskich traw. Zaraz potem wyłonił się z nich brunatny wilk, zwany przez koczowników stepowym psem. Ten był jednak większy od wszystkich psów, jakie kiedykolwiek widziała, a nawet od szarych wilków, które spotkała w znanych sobie lasach. Nie bała się, gdyż nie raz te zwierzęta już ją odwiedzały. Myr powiedział jej kiedyś, że koczownicy próbowali je oswoić, jednak nigdy się to nie udało. Mówił też, że przez wiele dni wszyscy mówili tylko o tym, jak stepowe psy ochroniły ją i ogrzały.

– Czego ode mnie chcecie, psiaki?

Spróbowała pogłaskać wilka, jednak zwierz cofnął się gwałtownie. Patrzył na Kruszkę jeszcze przez chwilę po czym zniknął w trawie.

Może jednak? Stepowy biegacz, który ratował mi życie, niedźwiedź, stepowe psy, wilki, sen… Sen!

Pobiegła jak szalona w stronę obozu, gdzie koczownicy powinni się już budzić. Na miejscu zastała jednak inny widok. Mężczyźni, kobiety i dzieci stali obwieszeni trawiastymi worami. Podpierali się włóczniami tuż przy stepowych biegaczach, na grzbietach których przytroczono mnóstwo tobołów. Kiedy Wan Ychmar dostrzegł Kruszkę, podszedł do niej prowadząc chyba równie sędziwe co on ptaszysko. Kruszka zaczęła, nie mając świadomości, że krzyczy:

– Co wy robicie? Przecież przybyliśmy tutaj dopiero wczoraj. Wysłuchaj mnie! Ja już wiem, wiem! Przynajmniej tak myślę… Ten sen… Ten dzień, w którym byłam z matką w lesie. Opowiadałam ci o tym. To nie mamie wilki przyszły na pomoc, prawda?

Stary koczownik uśmiechnął się jak nigdy dotąd.

– Prawda.

– Tylko tyle mi powiesz? I tak po prostu sobie idziecie? Dokąd, o co chodzi?

Wan klęknął na jedno kolano, aby zrównać się z twarzą dziewczyny.

– Zawsze musisz zadawać tyle pytań, Chodząca po Drzewach? Odkryłaś w sobie to, co miałaś odkryć. Zrozumiałaś to, co miałaś zrozumieć. Ja i duchy natury tylko trochę ci pomogliśmy. Możesz iść w swoją stronę, którą dobrze już znasz. A my pójdziemy w przeciwnym kierunku, na południe, gdyż nic już tu po nas. Stepy od dawna stały się trudnym miejscem do życia.

Kruszka miała w głowie tyle pytań, mimo to nie zadała żadnego. Po chwili ciszy odezwał się Wan Ychmar:

– Wiesz, że nasza wyprawa do Drzewa Świata była ostatnią przed wędrówką na południe? To nie przypadek, że cię tam spotkaliśmy, młoda łowczyni. Duchy natury tkają nasze losy, czy tego chcemy, czy nie. A tak przy okazji drzew, wiesz, że wiele razy już je spotkałaś?

– Co, drzewa?

Wan popatrzył w niebo.

– Nie, duchy natury. Uwielbiają spoczywać w koronach drzew. Z nich najlepiej widzą świat i to, co go czeka. Nie bez powodu od zawsze lubiłaś wspinaczki. Duchy wołały cię, mówiły do ciebie, choć będąc tego nieświadoma, nie mogłaś ich usłyszeć.

– Jakiś czas temu odpowiedziałabym, że bredzisz. Dziś nie wiem już jednak, w co wierzyć.

– Uwierz w siebie, Chodząca po Drzewach. Tylko to ci teraz potrzebne.

Stary koczownik wstał, zagwizdał, i zaraz pojawił się przy nich drugi stepowy biegacz, z przywiązanymi do trawiastego siedzenia bulwami i zatkanymi, glinianymi dzbanami z wodą. Wan musnął jedno z warzyw i powiedział wesoło:

– To tak na drogę, abyś za szybko o nas nie zapomniała.

Kruszka szczerze się uśmiechnęła.

– Wracaj do domu. Jednak po drodze musisz zrobić jeszcze jedną rzecz, to bardzo ważne. Pamiętasz wielki dąb, przy którym spotkaliśmy się po raz pierwszy? Drzewo Świata, zwane też Obłokostrzelem? Kiedy wrócisz na granicę, wejdź na niego raz jeszcze. Obiecuję, że nikt już cię nie postrzeli.

– I co mam zrobić, kiedy będę już na szczycie?

– To już powie ci ktoś inny. Ktoś, kto żyje w jego koronie.

– Znowu jakiś duch?

Wan Ychmar pochylił się.

– Zrób to. Obiecujesz?

– No… obiecuję.

Koczownik pokiwał głową, wyprostował się i wskoczył na swego wierzchowca. Miał już odjechać, kiedy rzekł:

– A, zapomniałbym. Kiedy zobaczysz się z tym łysym kapłanem waszego boga, pozdrów go ode mnie.

– Ty znasz Zniew…

Odjechał już jednak za daleko, żeby usłyszeć Kruszkę. Wsiadła na stepowego biegacza, który został jej podarowany. Miała wielki mętlik w głowie. Jedna z tysiąca myśli przekrzyczała w tamtej chwili wszystkie inne.

Myr.

Jedyna osoba, z którą chciała się pożegnać. Prawdopodobnie przecież już nigdy się nie spotkają. Pognała ptaka wzdłuż kolumny koczowników, która ruszyła już na południe. Szybko wyłapała w tłumie chłopca, który dosiadał własnego ptaka. Kiedy zrównała się z nim, zobaczyła, że młodzieńczy tors zdobi malowidło przecinających się dzid.

– O rany! Kiedy przeszedłeś próby?

Myr wyraźnie ucieszył się na jej widok.

– Och, jakieś parę dni temu. Wan zabronił ci o tym mówić i z tobą rozmawiać. Twierdził, że nic nie może cię teraz rozpraszać, czy coś takiego.

– Gratuluję! Jesteś teraz prawdziwym koczownikiem, mężczyzną!

– No, tak. Gdybyś z nami została mógłbym cię nawet wziąć jako swoją kobietę. Zajmowałabyś się zwierzętami i przyrządzała pożywienie, a ja bym polował. A wieczorem wspólnie przesiadywalibyśmy przy ognisku, rozmawiając z duchami.

Kruszka zaśmiała się głośno, ale zarazem zrobiło jej się smutno.

– Co wy macie z tymi duchami. Gdybym została to może nawet pozwoliłabym ci mnie wziąć, jak to nazwałeś, ale… muszę wracać.

– Nie miałabyś wyjścia, Chodząca po Drzewach. Koczownicy wybierają swe kobiety niezależnie od ich woli.

– Och, przekonałbyś się, że ja mam swoją wolę!

Roześmiali się oboje. Wraz ze swymi stepowymi biegaczami zostali z tyłu, za resztą kolumny.

– Naprawdę musisz nas opuścić, Chodząca po Drzewach?

Myr zwiesił głowę, głaszcząc ptasią szyję.

– Sark ti nak musi was opuścić. Ty idziesz ze swoją rodziną, a ja muszę wrócić w miejsce, za które moja oddała życie. Tym bardziej, że zbliża się zagrożenie. Może wasze duchy i nasi bogowie sprawią, że kiedyś się jeszcze spotkamy…

Chłopiec wygrzebał coś ze splecionej z traw torby zawieszonej u boku ptaszyska, po czym wyciągnął rękę, mówiąc:

– Weź to. To turi turi.

Dziewczyna zabrała krąg z rzemyka, który zdobiły różnej maści i wielkości kły.

– Co to takiego? – zapytała.

– Amulet, który zrobiła dla mnie moja babka. Chroni przed groźnymi stworzeniami i złem, które czai się wszędzie.

– Ale to twój…

– Nie przejmuj się. Babka jeszcze żyje, zrobi mi drugi.

– Dziękuję.

Kruszka od razu zawiązała amulet na szyi, ciesząc się z podarunku jak małe dziecko. Chciała jeszcze tyle powiedzieć, jednak język odmówił posłuszeństwa. Myr odczuwał chyba to samo, kiwnęli więc tylko głowami i ruszyli w oddzielne strony świata w milczeniu. Kruszka, nie oglądając się za siebie, gnała.

Gnała na północ.

 

 

Epilog

 

 

Po paru dniach drogi natrafiła na pierwsze połacie śniegu. Dobrze, że w swoich tobołach, przywiązanych do stepowego biegacza, miała ubranie sprzed wycieczki na stepy. Jednak mimo tuniki, spodni, butów czy nawet lisiego futra, wraz z coraz gęściej pojawiającymi się drzewami i coraz wyraźniejszą zimą, było jej okropnie zimno. Nie wiedziała, ile czasu spędziła na dzikich ziemiach koczowników, ale z pewnością wystarczająco, by przywyknąć do tamtejszej pogody.

Zatrzymywała się tylko w razie konieczności i na noc. Pędziła stepowego biegacza, wyciągając z niego wszelkie siły. Nie spodziewała się, że była aż tak daleko od granicy. Że od znanych lasów dzieli ją aż tyle dni szybkiej jazdy.

Ale w końcu je zobaczyła.

Wielkie, wyrastające ponad wszystkie inne w okolicy, drzewo. Obłokostrzel. Drzewo Świata. Dąb z księgi.

Zeskoczyła ze swego wierzchowca, który przyjął to z wielką ulgą. Wielkie ptaszysko wypuściło ze świstem parę z dzioba. Kruszka poklepała biegacza po kuprze i bez zastanowienia ani zwlekania, zaczęła wspinać się na pradawny dąb. Gałęzie były oprószone śniegiem, śliskie i zmrożone. Obłokostrzel pozbył się już wszystkich liści.

Dziewczyna nie wyszła z wprawy. Parę razy ręka jej się ześlizgnęła lub stopa zjechała, ale nie spowolniło to za bardzo szaleńczej wspinaczki.

Zdobyła koronę drzewa.

Oparła się wygodnie o jedną z najwyższych gałęzi i rozejrzała. Las i góry. Prócz białego puchu, który zastąpił kolory jesieni, nic się nie zmieniło. Obejrzała się. W niknące w oddali drzewa. Gdzieś tam, już bardzo daleko, szła karawana ludzi stepu.

A może znaleźli już swoje miejsce? Teraz ja chciałabym znaleźć swoje…

Potarła zmarznięte dłonie, wzięła głęboki oddech i…

Witaj, Kruszko, potomkini Erni. Cieszę się, że w końcu możemy porozmawiać.

Zdawało jej się, że słyszy to w swojej głowie. Rozejrzała się, ale niczego ani nikogo nie zobaczyła.

Jestem tuż obok. Nie musisz nic mówić, wystarczy, że pomyślisz.

Eee…

Kruszka nie bardzo wiedziała, co ma pomyśleć. Kobiecy głos wyręczył ją jednak.

Przychodzisz w odpowiednim czasie. Te święte ziemie ocaleć mogą wyłącznie dzięki twej pomocy.

Dziewczyna przełknęła ślinę. I pomyślała:

Co to znaczy, że jestem potomkinią Erni? Słyszałam kiedyś jakąś legendę o niej, ale niewiele z niej pamiętam.

Erni była matką lasu i wszystkich istot, które w nim żyły. Tysiąc lat temu posadziła drzewo, na szczycie którego teraz rozmawiamy. Było jej domem. Zwierzęta zaś jej poddanymi. Broniła swego boru i ludzi, którzy w nim zamieszkali. Kochała ich, jak matka kocha swe dzieci. Jednak pewnego dnia musiała odejść, jak każdy. Zostawiła po sobie jedynie Róg, wyrzeźbiony z fragmentu pnia Drzewa Świata, oraz krótką przepowiednię, która dziś się spełnia.

Co to za przepowiednia?

Otwórz księgę, którą masz pod tuniką.

Kruszka nie wiedziała, jakim cudem księga znalazła się wraz z nią na szczycie, gdyż była przekonana, że została schowana wraz z innymi rzeczami do worka, który był przywiązany do stepowego biegacza. Wyjęła księgę i otworzyła na stronie z malowidłem drzewa. Spojrzała na zapisany w starym języku tekst, którego wcześniej nie potrafiła przeczytać. W tym momencie jednak był dla niej całkowicie zrozumiały. Przeczytała na głos:

– Tysiąc zim i tysiąc wiosen minie, nim zjawi się ma następczyni. Kiedy nauczy się kochać swych braci i siostry, mimo wszystko, wtedy las da jej siłę. Gdy zrozumie, jak niezastąpiona jest ziemia, na której stawiała pierwsze kroki, wtedy będzie mogła po niej stąpać jak bogini. A kiedy w końcu dostrzeże w swym sercu, jak ważną jest osobą, obudzi w sobie mą moc. Strzeżcie się wtedy wrogowie! Tysiące wilczych pysków, łap niedźwiedzi setka. Pieśń kłów i pazurów. Dźwięki ryków i wycia. Potomkini Erni, przybądź i zadmij w Róg Obłokostrzela!

Teraz rozumiesz? Twój ojciec domyślał się, kim jesteś. Ale nie mógł ci tego powiedzieć. Musiałaś sama przejść przez drogę poznania. Nic, co się wydarzyło, nie było przypadkiem.

Kruszka miała taki mętlik w głowie, że przez chwilę zapomniała, że jest na szczycie wielkiego drzewa i niewiele brakowało, a spadłaby z niego po raz drugi. Wlepiła raz jeszcze wzrok w tekst przepowiedni.

To chyba pomyłka…

Dlaczego tak sądzisz? Za mało przesłanek doświadczyłaś?

Ten niedźwiedź… przecież chciał mnie zabić.

Pojawił się tam, aby zagrodzić ci drogę. Nie byłaś jeszcze w pełni gotowa. My, duchy natury, nie potrafimy w pełni panować na zwierzyną. Możemy dać jej tylko impuls, proste zadania. Ale nie zwalczymy ich instynktu. Gdy siedziałaś na jego grzbiecie, działał za noszą wolą. Kiedy zaś cię zaatakował, przestał nas słuchać. Tylko Erni, a teraz ty, miała moc całkowitego władania nad zwierzętami.

Czyli… czyli… zwierzęta będą mi posłuszne? Dzięki nim ocalę moją osadę?

A tego właśnie pragniesz, Kruszko? Szczerze i z serca? Mimo wrogów, których tam masz, i ludzi, których nienawidzisz?

Nie zastanawiała się nad odpowiedzią. Nie tym razem.

Tak, tego właśnie pragnę. Za to zginęli moi rodzice, za to i ja jestem gotowa poświęcić swoje.

Tuż przed dziewczyną pojawił się błękitny ognik, który oślepił ją swym blaskiem. Kobiecy głos w jej głowie przemówił raz jeszcze:

Potomkini Erni, zadmij zatem w Róg Obłokostrzelu i czyń, co zostało ci zapisane!

Nagle z błękitnego światła wyłonił się pięknie rzeźbiony, drewniany róg. Kruszka chwyciła go pewnie i przytknęła do ust.

Oby nie był popsuty.

Pomyślała jeszcze, nabrała powietrza w płuca i dmuchnęła z całych sił.

Ptaki zerwały się z pobliskich drzew. Las się zatrząsł. Ziemia zadrżała.

Nie zauważyła nawet lecącego w jej stronę stada wielkich orłów. Dwa podniebne drapieżniki pochwyciły ją pazurami za nogi i ręce, i zaniosły na ziemię. Następnie usiadły na gałęziach wielkiego dębu, wpatrując się w dziewczynę. A ta spojrzała przed siebie. I zamarła.

Dziesiątki, jak nie setki srebrnych wilków, stały nieruchomo przed Kruszką ze spuszczonymi łbami. I ciągle nadchodziły kolejne drapieżniki. Obok tej wielkiej watahy były również ogromne stada jeleni, dzików, i innej leśnej zwierzyny. Poczuła ciepły oddech na karku. Obróciła się powoli i…

– Witaj, przyjacielu – wyszeptała ze strachem.

Czarny niedźwiedź z bliznami na pysku i karku mrugnął przyjaźnie. Tuż za nim stała cała niedźwiedzia gromada. Kruszka poczuła nagle napływającą odwagę.

Mam tylko nadzieję, że tym razem nie jest to sen po jakimś przeklętym zielu.

Wskoczyła na grzbiet czarnego zwierza i ruszyła w las. A za nią cała armia natury, wspierana przez ukryte w koronach drzew duchy.

– Tylko tym razem mnie nie zrzuć i nie próbuj zabić, dobra? – rzekła jeszcze do niedźwiedziego ucha, nim ten zaczął pędzić.

Koniec

Komentarze

Widzę duży potencjał, ciekawy świat z wieloma elementami. Te elementy wymagają dalszej pracy, mam wrażenie, że zarys wielu z nich został zrobiony niewprawnie i wg mnie wymaga dopracowania. Ogólnie im dalej tym lepiej mi się czytało :) Co do sensu całej historii – jak na takie opowiadanie o dojrzewaniu, dorastaniu do swojego przeznaczenia, nie znalazłem tutaj takich elementów jak zdobywanie doświadczenia, uczenia się , rozumienia siebie. Z drugiej strony historia bitwy, w której zginęli rodzice Kruszki czy legenda o bogini Erni aż proszę się o rozwinięcie w dłuższy fragment. No i na koniec – podobają mi się silne postacie, a tutaj mam poczucie, że Kruszce brakuje zdecydowania i po prostu poweru (po polsku mocy). Liczyłem bardzo, że chociaż na koniec zrobi porządek ze Złąsławą, ale nawet tego zabrakło.

 

Poniżej moje uwagi do tekstu:

 

Kruszka – tytuł jak imię bohaterki do mnie nie przemawia

Złasława – imię aż nazbyt znaczące

Dziewczyna próbowała się stawiać, nie raz i nie dwa, ale brakowało jej siły i zaparcia – może raczej "bronić" zamiast "stawiać", a jeśli chodzi o zaparcia – to skojarzenie mam raczej żołądkowe ;) zamieniłbym na "konsekwencję".

Po śmierci rodziców stała się cieniem, który błądzi w ciemnych zakamarkach nie mogąc odnaleźć drogi – cień znika w ciemności, może nie być widoczny, choć można też to zgrabnie wykorzystać w tym fragmencie.

aż dziewczyna nie straciła przytomności – aż dziewczyna straciła przytomność

ale była jeszcze wstanie myśleć na tyle racjonalnie – literówka: w stanie

Kruszka rozpromieniała – rozpromieniła się

Ku naszym ziemiom zbliżają Herneci – zbliżają się Herneci

Gdy minęła polanę, na środku której stał wielki, omszały głaz, z wyrytym wizerunkiem przedstawiającym trzy głowy Smerowita, była bardzo podekscytowana.Pierwszy raz w życiu zapuściła się tak głęboko w puszczę, zostawiając osadę daleko za sobą. – zamieniłbym te dwa zdania miejscami, przecież minęła polanę, gdy zapuściła się w puszczę.

Wielki wór, który dźwigała na plecach, zaczął dawać się we znaki na każdym kolejnym kroku – przy każdym kolejnym kroku.

Kiedy była jedynie parę kroków od srebrnego, dorosłego wilka, ten w końcu również się ruszył – skąd wiadomo, że był dorosły? Zresztą to słowo kłóci mi się z wilkiem – nie ma raczej wilków nastoletnich, dorosłych i seniorów. Dodałbym raczej jakieś opisowe zdanie w rodzaju, "to był piękny okaz samca, wyglądał na zaprawionego w bojach przewodnika stada, o czym mogły świadczyć drobne blizny wokół pyska"

Wulgaryzmy nieco monotonne – same "kurwy". A jak sama Kruszka stwierdziła, jest całkiem sporo innych i bardziej dosadnych wulgaryzmów.

W pokoju unosił się zapach niedojedzonej kolacji w postaci nadgryzionych pieczonych jabłek i przepiórczych skrzydełek. – językowo: czy zapach miał postać nadgryzionych jabłek i skrzydełek czy kolacja? ;)

Szczypka nakazał dzień przed bitwą przygotować wilcze doły wzdłuż linii lasu, tak w razie czego. – w razie czego, czyli był to przypadek, czy był to jednak plan przewidujący szarżę konnicy? Wcześniej piszesz: ale Szczypka miał plan w zapasie.

Następnie Szczypka szybko rozkazał zmienić kierunek, i ucieczka zamieniła się w szarżę na tych, którzy jeszcze chwilę wcześniej nas gonili – piechota nie szarżuje ;)

Z jednej strony dał się dosiąść, z drugiej chciał zabić – jeżeli już to z drugiej chciał mnie zabić, ale pamiętaj też, że można też dosiadać zwierząt z różnych stron – tak czysto dosłownie, więc może w ogóle zrezygnować z tego słowa.

Tak, tego właśnie pragnę. Za to zginęli moi rodzice, za to i ja jestem gotowa poświęcić swoje. – Bardzo kiepski argument :(

 

Exit light

BasementKey

Dzięki za komentarz i wszelkie uwagi. Błędy poprawię po weekendzie a tymczasem odniosę się tylko do:

 

Co do sensu całej historii – jak na takie opowiadanie o dojrzewaniu, dorastaniu do swojego przeznaczenia, nie znalazłem tutaj takich elementów jak zdobywanie doświadczenia, uczenia się , rozumienia siebie. 

A mi się wydaję, choć może jestem w błędzie, że właśnie wymienione przez Ciebie elementy występują. Ba, na nich opiera się opowiadanie. Trafiając do koczowników nie zdobywała żadnych doświadczeń, niczego się nie uczyła? Nie zrozumiała siebie? Przecież wszystko właśnie to jest głównymi elementami fabuły…

A co do poweru tytułowej bohaterki – Taką miałem na nią wizję. Miała być niezdecydowana do samego końca, pełna wątpliwości, trochę nieporadna, a nie nagle wielka wojowniczka, która na koniec w doniosły sposób pozbywa się swych dawnych wrogów. Czasami nie wszystko musi być opisane. Zakończenie jest zamknięte, ale i otwarte zarazem. Można więc sobie dopowiedzieć/wyobrazić, co czeka Złąsławę, kiedy Kruszka wpadnie do wioski z armią wygłodniałych wilków. A może właśnie nie, może okaże się łaskawa dla swej dawnej prześladowczyni? Podsumowując, nie chciałem z głównej bohaterki zrobić mścicielki ani super wojowniczki. Kluczowym elementem była walka w jej głowie. 

Pozdrawiam serdecznie :)

Wynurzyła głowę ponad koronę drzewa, strącając jesienne, wielobarwne liście.

No i to byłoby na tyle… Ze względu na fakt, że jestem zaciekłym przeciwnikiem fantasy, a licznik opka pokazuje ponad 60 000 znaków, to postanowiłem czytać do pierwszego niewymuszonego błędu w logice świata (bo założenia fantasy, to generalnie jedno wielkie nieprawdopodobieństwo w tworzeniu uniwersum, na które wszyscy się zgadzają;) ). Ile musi ważyć człowiek/elf/krasnolud, aby wspiąć się po gałęziach drzewa buk, tak, aby wyjrzeć ponad koronę tegoż drzewa i po drodze nie spaść z garścią patyczków w dłoniach na ziemię?

Uszy do góry! Znajdą się pasjonaci, którzy doczytają do końca :)

Czwartkowy Dyżurny :)

Blacktom, z całym szacunkiem, ale opieranie swojej opinii na jednym zdaniu, w dodatku zaznaczając, że jesteś przeciwnikiem fantasy, jest mało konstruktywne i profesjonalne… zaskoczę Cię, ale nie jest to stereotypowe fantasy z elfami i krasnoludami, bo też takowych nie lubię. Czytając jedno zdanie nie miałeś też okazji dowiedzieć się, że na drzewo wspinała się drobna dziewczyna, która robiła to od małego, gdyż była to jej pasja. Więc jak najbardziej fakt wyjścia na drzewo jest realny w tym wypadku i nie ma nic wspólnego z tak znienawidzonym przez Ciebie fantasy. Nie rozumiem zatem opierania swej opinii na jednym zdaniu nie znając dalszego ciągu. Ale każdy może mieć oczywiście własne zdanie. Pozdrawiam.

Czyli utrzymujesz, że można wyjrzeć za koronę drzewa wspinając się po gałęziach?

Ach ta buta fantasty :D

 

Wyobraź sobie, że sam tak uczyniłem niejednokrotnie łażąc po drzewach ( różnego rodzaju ) w celu obcięcia górnych gałęzi. I owszem, wyłoniłem czerep nad koronę, zaświadczam zatem własnym doświadczeniem, a nie żadnym widzimisie fantasty. Może spróbuj ;) P.s. drzewo drzewu nie równe, każde jest inne. Ale to chyba jest oczywiste…

Mnie nigdy ta sztuka się nie udała :)Co prawda, można było w prześwicie korony drzewa podziwiać okolicę, ale to nie to samo, co wystawić głowę nad granicę listowia ;)

No widzisz, a gdyby była to Twoja pasja, tak jak u Kruszki, i szkolił byś się w tym od małego, to może nie było by tematu. Ale zakończmy tę dysputę i drzewach. Mam gdzieś zdjęcie swojej własnej osoby w połowie wystającej nad koronę, które potwierdza moje przekonania. Jak Ci zależy to wygrzebię i wyślę na priv. Pozdrawiam!

Nie zależy :) Broniłeś swoich racji tak zajadle, że uznam rację i będę czytał dalej. I może niczego nie znajdę ;)

Zagorzały przeciwnik fantasy z pewnością coś znajdzie, ale i tak bardzo się cieszę, że jednak podejmiesz tę próbę ;)

Hmm… szkoda, że nie ma odzewu, trochę temu opowiadaniu poświęciłem :( Może w zły czas trafiłem albo 60k+ znaków odstrasza. No cóż, kończę dialog ze sobą i biorę się za kolejny tekst :D

Norma. Popełnij 15 tysi i zobaczysz różnicę. Większy odbiór. Będzie dobre, to zadowoleni znajdą siłę nawet na 80 tysi :)

Wiem wiem, nie jestem debiutantem, trochę opków już tutaj wstawiłem, a i biblioteczne się znajdą ;) Na 20 opowiadań w granicach 10-30 tys. to jest pierwsze tak długie. No ale nic tam, po raz pierwszy spróbuję sił w konkursowym temacie i kolejny tekst będzie z pewnością o wiele krótszy.

Nie może mnie zabraknąć pod opowiadaniem o Kruszce. Jak wiesz, Kruszkę pokochałam, ponieważ rezolutna z niej dziewczynka, nastolatka, a takiej zawsze kibicuję. Na drzewa też się wdrapywałam, więc wystawianie głowy ponad koronę mnie nie zdziwiło. Jej przygody mnie uwiodły, ponieważ umożliwiały dorastanie Kruszki, a momenty przejścia są wyraźne. Uniwersum, które stworzyłeś jest ciekawe, dla mnie nawet warte dalszego domyślania i wykorzystania. Tajemnica zabójcza.

Opowiadasz w sposób szczególny, lecz dla mnie spójny, zwłaszcza że historia powyżej 67k. To jest całość.

Wszystkie moje zastanowienia już poznałeś w becie. W tym momencie, po publikacji, dwa nabrały mocy: pierwszą scenę należałoby „skoncentrować”, nie rozbijać, pisać „blokiem”, a nie „rozstrzeleniem” oraz jednak odchudzić tekst i ciąć, to co zbędne (wiśta wio, pytanie co:>).

Mam również inne przemyślenia, z obszaru technikaliów. Chyba tekst z bety warto wstawiać ponownie jako nowy, gdyż w przeciwnym razie komentarzy widocznych jest dużo :(, co nie odzwierciedla ich rzeczywistej liczby po publikacji. Inna sprawa to liczba znaków, cóż większa wymaga czasu na przeczytanie, a z tym chyba nie jest najlepiej. Musiałabym sprawdzić, z zegarkiem w ręku, ile czasu potrzeba.

Pisz na konkurs.:D

PS. Chciałabym, aby chociaż nieobecne bety się wypowiedziały. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dzięki Asylum za tą ostatnią chyba już z Twojej strony recenzję tego opowiadania :D ( W sobotę biorę się za Twój tekst – ostatecznie! ).

PS. Chciałabym, aby chociaż nieobecne bety się wypowiedziały. 

Też był chciał, ale pożyjemy zobaczymy ;)

Pozdrowionka! 

Ja przebrnęłam :) I chętnie się wypowiem! :) 

Nie skupiałam się na znalezieniu błędów stylistycznych, gdyż są tu osoby które znacznie lepiej sobie z tym radzą a i ja nie widziałam nic rażącego. 

Najpierw plusy :) Nie ulega wątpliwości, że tekst ma duży potencjał, a przede wszystkim – dla mnie najważniejsze! – to bardzo dobry pomysł. Na długie opowiadanie, może nawet na powieść. Na pierwszy tom. Piszesz przyjemnie, dobrze się “Ciebie czyta”. Świat jest ciekawy, postacie dość wyraźne, mamy bohatera, mamy przewodników, mamy tragedię głównej postaci i motywacje. Podstawa jest super :) 

Jeśli chodzi o uwagi… Dla mnie krzywdą dla tego tekstu jest jego długość. Nie, nie jest za długi. Jest za krótki. Jeśli chcesz zachować wszystkie elementy, tekst wymaga o wiele więcej treści. Postacie powinny być bardziej rozbudowane. Lwią część powinieneś poświęcić na przemianę głównej bohaterki na stepach. Podkreślić codzienne prace, myśli, rozmowy, obserwacje i postępy, których krok po kroku dokonuje. Osobiście dodałabym też więcej przygód ze zwierzętami, różnego gatunku. Rozumiem, że do końca miała się wahać co do swojej roli, to w porządku, ale lepiej byłoby pokazać jak z narwanego kotka (przepraszam, ale tak mi się kojarzy:)) przemienia się w piękną, pewną siebie boginię, gotową prowadzić watahę wilków do akcji. Dla mnie Kruszka nie zmieniła się przez cały czas trwania utworu i jako czytelnik nie wierzę, że udźwignie brzemię walki oraz poradzi sobie z dowodzeniem zwierzętami. Właściwie to ona mnie denerwuje. Jak takie trochę rozbuchane, a nie skrzywdzone i walczące o siebie dziecko.

Wan Ychmar powinien odgrywać większą rolę. Wcale nie dziwię się, że drażni Kruszkę – zrób z niego prawdziwego przewodnika, tajemniczego, ale jednak przewodnika, prowadzącego główną bohaterkę przez przemianę. Jego rola jest bardzo ograniczona i w sumie jakby go nie było, to tekst bardzo by nie ucierpiał, a to chyba nie tak powinno być. W końcu ją porwał z drzewa, na litość boską, no jakieś wyjaśnienia się dziewczynie należą:).

No i Myr … Też go lubię :) Jako jedyny się w sumie przejął Kruszką, uczył ją języka, tłumaczył ich zasady i świat. To już moje osobiste, ale jeśli Kruszka miała piętnaście lat, to trochę brakuje mi tu pierwszej miłości… ale takiej niezgrabnej, niepewnej i krępującej. Żeby kolejna była już pełna :) 

No i trochę logicznie mi się rozpada tekst na końcu… Popraw mnie jeśli się mylę, Kruszka jako potomkini Erni, kochająca cały świat, faunę i florę, gotowa bronić jej przed tajemniczymi najeźdźcami (no własnie, Herneci! W sumie tekst nie wyjaśnia dlaczego są takim zagrożeniem dla… mhm, no własnie. reszty świata? Świata? Świata za górą? Wioski? Stepów?) nawet za cenę własnego życia. Ale cały tekst udowadniałeś, że Kruszka nienawidzi ludzi. Nienawidzi macochy, to wiadomo, Ychmar ją drażni, mnie też, ok, rozumiem. Ale nie nawiązuje żadnej więzi poza Myrem. Nie szanuje ludzi u których żyje na stepach, na początku pisałeś, że nienawidzi wszystkich w wiosce poza swoim nauczycielem. I nagle pojawia się w niej taka nieuzasadniona przez cały tekst przemiana… To wg mnie duży błąd logiczny, przemyśl to. Jej wewnętrzna chęć powrotu też od razu zyskałaby wyjaśnienie, gdyby kochała ludzi w wiosce, albo chociaż była jakoś z nimi związana i jej wewnętrzna magia i trwająca przemiana “namawiały” ją do powrotu, ochrony… Bo w sumie kogo ona chce chronić? Wilki które pewnie dałyby radę przetrwać czy macochę która lała ją kijem? 

(Matko, jak ja nienawidzę tej kobiety…)

I ostatnia uwaga. Tajemnicza księga pod koszulą i skaczące literki… Nie, nie. Po prostu nie. Nie krzywdź dobrego tekstu, nie rób z czytelnika idioty. Nie, proszę. Tekst i pomysł jest na to za dobry. Nie. 

 

Bardzo jestem ciekawa… w sumie dalszej części :). Zamierzasz coś jeszcze pisać w tym świecie, myślałeś o tym? A może masz gdzieś rozbudowany tekst? Chętnie bym na niego rzuciła okiem :)

Chyba nie, niereformowalną gadułą jestem ;) 

Nie mam nadziei, że będzie poprawiony. No chyba, że zdarzy się cud, na co liczyć stojąc czterema kończynami na ziemi nie mogę;)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Firiel, tak na wstępie powiem: Cześć sąsiadko! Bo po Twoim profilu widzę Bielsko Biała, a ja, choć często w Krakowie, akurat urzęduję w Kętach, więc całkiem niedaleko :D A tak już odnosząc się do Twojego komentarza:

Dziękuję, że tak obszernie się wypowiedziałaś! Nie będę się tutaj rozwodził nad wszystkimi aspektami, które poruszyłaś, ale z pewnością je przemyślę. No ale:

Po pierwsze, widzę, że tekst cię zaangażował, że poszczególni bohaterowie wzbudzili w Tobie różne emocje itp. i nawet nie wiesz, jak fakt ten mnie raduje :)

Co do długości i tego, że droga przemiany nie jest idealnie nakreślona, zgadzam się. Nie jesteś pierwsza, która to zauważyła. Ale właśnie owa długość jest przeklętym problemem. Nie chciałem już więcej wydłużać, bo lada moment tekst przestał by się kwalifikować jako opowiadanie, a z kolei w tej ilości znaków może rzeczywiście nie zawarłem wszystkiego tak, jakbym chciał. Choć poświęciłem na ten tekst naprawdę sporo czasu i pracy.

Co do dziewczynki i Wan Ychmara – efekt był nieco zamierzony. Tzn. nie chciałem z tych postaci zrobić schematy: Kruszka – od zera do bohatera, a staruszek idealny przewodnik. Kruszka ma wzbudzać skrajne emocje, i widząc po Twoim wpisie, takie wzbudza. Można ją polubić, ale może też drażnić.  

Co do romansu między chłopcem a dziewczyną – masz rację, nie zaszkodziłby :D Jednak zostanę przy koleżeństwie, chociaż ten jeden raz :P

Co do Hernetów:

– Ku naszym ziemiom zbliżają Herneci, barbarzyńcy, którzy przeszli przez góry, a celem ich jest jedynie zniszczenie. Jest ich tak wielu, że nawet, jeśli połączymy siły ze wszystkich osad, szanse na stawienie oporu są nikłe. Wielodar przewidział, że kiedyś na nas napadną. A teraz się to dzieje. Zeszli już z gór, więc to tylko kwestia czasu.

Na początku tekstu, słowa Zniewko. Wiem, że ogólnikowe, ale nie chciałem bardziej rozbudowywać ich wątku właśnie ze względu na objętość tekstu. Dowiadujemy się, że są okrutni i co planują. Że ojciec dziewczynki przewidział, iż napadną na ich ziemie, i że ciężko będzie się przed nimi obronić. Barbarzyńcy, jak to barbarzyńcy – napadają by łupić i gwałcić. A wybrali sobie krainę, w której żyła główna bohaterka.

Co do przemiany Kruszki, która to prawie wszystkich nienawidziła:

Kluczem są rodzice i ich śmierć. Nie bez powodu tyle miejsca zajmuje opowieść o ich losach. Kruszka zaczyna rozumieć, dlaczego i za co oddali życie, i bez względu na swoje własne przekonania (to nie jest tak, że nagle pokochała wszystkich ludzi) chce podążyć ich drogą. No a dodać można, że jakbyś Ty się dowiedziała, że jesteś potomkinią jakiejś bogini, to też pewnie czułabyś się w jakimś stopniu zobowiązana, w mniejszym lub większym stopniu.

Co do księgi i literek… Nie jest to przecież księga z kosmosu, Kruszka miała ją od początku i od początku wiadomo było, że jest tam coś, czego nie potrafi odczytać. Duchy natury ją tylko przyniosły, aby nie musiała po nią złazić i ponownie włazić na drzewo :p Jest istotnym elementem i basta!

 

Bardzo jestem ciekawa… w sumie dalszej części :). Zamierzasz coś jeszcze pisać w tym świecie, myślałeś o tym? A może masz gdzieś rozbudowany tekst? Chętnie bym na niego rzuciła okiem :)

Nie mam nic więcej, gdyż miało to być wyłącznie zamknięte opowiadanie. Ale powiem Ci szczerze, że niczego nie wykluczam. Związałem się w jakiś sposób z tym opowiadaniem i nawet parę dni temu myślałem, że mógłbym na podstawie tego tekstu stworzyć w przyszłości coś więcej. Wtedy może i pojawił by się nawet romans :D Gdyby coś kiedyś to dam znać ;)

Pozdrawiam!

 

 

Hej, przeczytałem ale muszę powiedzieć, że MUSZĘ przeczytać raz jeszcze, bo mnie tak wciągnęło, że zacząłem przeskakiwać teks, aby tylko dowiedzieć się co będzie dalej, super i dzięki za podzielenie się, 

Tylko to mi się wydało przekombinowane

“Mięso kaguna było nawet całkiem smaczne. [Kruszce] Przypominało nieco smak pieczonego dzika, którym zajadali się czasami mieszkańcy osady, w której niegdyś mieszkała Kruszka.” niegdyś nie jest aż tak dawno, to tylko taka moja opinia ;)

Skuul, bardzo się cieszę, że cię wciągnęło :) Przeczytaj zatem raz jeszcze na spokojnie :D I dzięki za uwagę, chyba rzeczywiście to zmienię :)

Ładna opowieść. Trochę mocno ogrywa schemat “nastolatka ratuje świat, bo jest wyjątkowa i tak zostało wywróżone”, ale niech będzie.

Interesujące imiona. Chociaż tak wyraźnie mówią o nosicielach, że aż skłaniają do namysłu. Kto nazwałby własne dziecko “Złasława”? Chyba że imię dostaje się już po ukształtowaniu charakteru, w jakimś rytuale przejścia.

Zgadzam się z przedpiścami – warto by dopisać więcej o przemianie bohaterki. No, ale tekstu to nie skróci, a wtedy jeszcze trudniej będzie Ci znaleźć chętnych do czytania.

Zastanowiłabym się nad poszarzeniem bohaterów. W tej chwili dobrzy murem stoją za protagonistką. Ona ich lubi, są mądrzy, szlachetni… A z drugiej strony ta suka Złasława… W efekcie dość infantylnie wychodzi. Zastanawiałam się, jakim cudem dziewczyna nadal łazi po drzewach, chociaż baba musiała jej połamać palce i nie wygląda, żeby zostały dobrze nastawione. Ale to sugestia do rozważenia.

Z tymi przestawiającymi się literkami też trochę słaba sztuczka. Może część przepowiedni byłaby napisana w języku plemion ze stepu? Albo atramentem sympatycznym, widocznym dopiero po potarciu sokiem z liści Obłokostrzela?

Ale ogólnie bardzo na plus.

Gałęzie były oprószone śniegiem, śliskie i zmrożone. Obłokostrzel pozbył się już wszystkich liści.

A dęby zrzucają liście na zimę? No, niby niektóre tak…

Nie zauważyła nawet lecącego w jej stronę stada wielkich orłów, które pochwyciły ją pazurami za nogi i ręce, po czym zaniosły na ziemię.

Nie przeszkadzały sobie nawzajem? Orzeł ma niezłą rozpiętość skrzydeł.

Babska logika rządzi!

Ale ogólnie bardzo na plus.

Miód płynie z Twych ust, Finklo :) Dziękuję, że poświęciłaś czas na przeczytanie tego niekrótkiego opowiadania i za wszelkie rady. Niech będzie, że przemyślę te literki :D Edit: zmieniłem na wersję tajemniczą :o

 

A dęby zrzucają liście na zimę? No, niby niektóre tak…

Toż to Drzewo Świata, może robić na co ma ochotę :P

 

Nie przeszkadzały sobie nawzajem? Orzeł ma niezłą rozpiętość skrzydeł.

Racja, zmienię, że pochwyciły ją dwa, powinny unieść taką kruszynkę, a reszta asekurowała ;)

Pozdrawiam :)

Realuc, dziękuję za odpowiedź :) Cieszę się, że to, co wydaje się niedociągnięciem wynika z twojej próby skracania tekstu. Rozumiem twój ból i ciężkie decyzje – nie wiem jak w twojej głowie, ale mi zawsze wszystko wydaje się ważne. Też będę teraz walczyć ze skróceniem tekstu i nie wiem, jak sobie z tym poradzę… Łączę się w bólu.:) 

Owszem, postacie wzbudzają emocje. Zastanawia mnie jednak wciąż przemiana Kruszki, to w sumie ciekawy temat do szerszej dyskusji. Piszesz: 

Kluczem są rodzice i ich śmierć. Nie bez powodu tyle miejsca zajmuje opowieść o ich losach. Kruszka zaczyna rozumieć, dlaczego i za co oddali życie, i bez względu na swoje własne przekonania (to nie jest tak, że nagle pokochała wszystkich ludzi) chce podążyć ich drogą. No a dodać można, że jakbyś Ty się dowiedziała, że jesteś potomkinią jakiejś bogini, to też pewnie czułabyś się w jakimś stopniu zobowiązana, w mniejszym lub większym stopniu.

No właśnie, zrozumienie i chęć bycia jak rodzice jest jak najbardziej zrozumiała i logiczna w rozwoju bohatera. Kluczem wydaje się być tu słowo zobowiązana. Czy sama chęć zmiany i zobowiązanie wystarczy, by udźwignąć tak duże brzemię? Czy bohater musi zawsze czuć i chcieć, czy wystarczy zobowiązanie wynikające z dobrego serca i martyrologizm? Czy to zawsze jest to samo i czy bohater bohaterowi równy? :D 

 

I trochę poza tematem… Witaj sąsiedzie! :D Kęty niedaleko, chociaż dzisiaj dzięki tej śnieżycy co u nas panuje (mieszkam dokładnie w Buczkowicach) droga gwałtownie się wydłuża :) Zima prawie jak z opowiadania @kam_mod :) 

Firiel,

Czy sama chęć zmiany i zobowiązanie wystarczy, by udźwignąć tak duże brzemię? Czy bohater musi zawsze czuć i chcieć, czy wystarczy zobowiązanie wynikające z dobrego serca i martyrologizm? Czy to zawsze jest to samo i czy bohater bohaterowi równy?

Myślę, przede wszystkim, że bohater bohaterowi nierówny. Mocnemu charakterowi wystarczą pewnie same chęci. Inny będzie potrzebował również zobowiązania jak i innych czynników. Ale, tak dyskutując już konkretnie na temat mojego tekstu, to: W zasadzie nie wiemy, czy Kruszka dźwignie brzemię. Większość, albo prawie wszyscy założą, że tak. Bo przecież zakończenie jest takim pozytywnym początkiem czegoś nowego. Początkiem. Ale z drugiej strony, jest otwarte. Dziewczyna pod wpływem emocji prowadzi armię zwierząt, ale czy w przyszłości podoła? Tego nie wiemy, dlatego lubię nieco otwarte zakończenia, które nie dają nam jasnego: i żyli długo i szczęśliwie. No chyba, że piszę baśń albo coś dla młodszych :)

No to powodzenia w odśnieżaniu auta, podwórka, czy co tam trzeba :D 

Pozdrawiam ;)

Otwarte zakończenia rządzą :P 

Realucu, znalazłam tu niezły pomysł na świat, zaludniony ciekawymi postaciami i bohaterkę o dość typowej dla fantasy przeszłości, ale zajmująco przedstawionych przygodach, dziejących się aktualnie. Aż szkoda, że opowieść kończy się w momencie, kiedy mogłyby zacząć dziać się wydarzenia, w pełni ukazujące możliwości i moc Kruszki.

Myślę że gdyby opowiadanie odpowiednio dopracować, rozwinąć niektóre wątki, dodać parę niebanalnych rozwiązań i bardziej konkretne zakończenie, to mogłaby z tego powstać całkiem fajna powieść dla młodzieży. :)

Wykonanie, niestety, pozostawia sporo do życzenia, ale mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym móc kliknąć Bibliotekę.

 

…co jed­nak było je­dy­nie po­zo­rem. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …co jed­nak było po­zo­rem. Lub: …co było jedynie/ tylko po­zo­rem.

 

ale bra­ko­wa­ło jej siły i za­par­cia. –> Raczej: …ale bra­ko­wa­ło jej siły i uporu.

 

– Zdej­muj ubra­nia – rze­kła sta­now­czo Zła­sła­wa. –> – Zdej­muj ubra­nie – rze­kła sta­now­czo Zła­sła­wa.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie, to ubranie.

 

Za­wsze opo­wia­dał jej coś cie­ka­we­go, a ona słu­cha­ła go jak za­cza­ro­wa­na. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

cho­dzi­ła po izbie w te i we wte… –> …cho­dzi­ła po izbie w tę i we w tę

 

grubą, starą księ­gę o skó­rza­nej opra­wie. –> …grubą, starą księ­gę w skó­rza­nej opra­wie.

 

Rzekł tylko coś w stylu: –> To brzmi zbyt współcześnie.

Proponuję: Rzekł tylko coś takiego/ coś w tym rodzaju:

 

Gdy mi­nę­ła po­la­nę, na środ­ku któ­rej stał wiel­ki, omsza­ły głaz… –> Wydaje mi się, że głazy/ kamienia raczej leżą, nie stoją.

Wielki głaz to masło maślane. Głazy są wielkie z definicji.

Proponuję: Gdy mi­nę­ła po­la­nę, na środ­ku któ­rej leżał/ tkwił omsza­ły głaz

 

Dziew­czy­na zdję­ła za­wie­szo­ny na linie wór z obo­la­łych ra­mion… –> Czy dobrze rozumiem, że to był wór z ramion?

Proponuję: Dziew­czy­na zdję­ła z obo­la­łych ra­mion wór, za­wie­szo­ny na linie

 

za­czął się od­da­lać, po­wol­nie włó­cząc ła­pa­mi. –> Pewnie miało być: …za­czął się od­da­lać, wol­no powłó­cząc ła­pa­mi.

 

rzu­ci­ła swój ekwi­pu­nek na zie­mię i zła­pa­ła za pierw­szą gałąź. Potem za ko­lej­ną… –> …rzu­ci­ła swój ekwi­pu­nek na zie­mię i zła­pa­ła pierw­szą gałąź. Potem ko­lej­ną

http://portalwiedzy.onet.pl/140056,,,,brac_sie_wziac_sie_do_czegos_brac_sie_wziac_sie_za_cos,haslo.html

 

Stado wron ze­rwa­ło się gwał­tow­nie, nur­ku­jąc w dół… –> Masło maślane. Czy można nurkować w górę?

 

Usta same roz­chy­li­ły się w ge­ście za­chwy­tu. –> Gesty wykonuje się rękami, nie ustami, więc: Usta same roz­chy­li­ły się w wyrazie za­chwy­tu.

 

Mniej­sze drze­wa roz­po­ście­ra­ły się jesz­cze da­le­ko, z cza­sem jed­nak prze­cho­dzi­ły w jesz­cze mniej­sze… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Może zo­ba­czę małą jak mrów­kę osadę? –> Może zo­ba­czę małą jak mrów­ka osadę?

 

wy­po­wia­da­ne pod­nie­co­nym, char­czą­cym gło­sem, nie­zro­zu­mia­łe słowa, były ko­ły­ską do głę­bo­kie­go snu. –> Chyba miało być: …były ko­ły­sanką do głę­bo­kie­go snu.

 

Sie­dział na ni­skim stoł­ku, z za­ło­żo­ny­mi no­ga­mi… –> Można siedzieć z założonymi rękami, czyli nic nie robić, ale jak siedzi się z założonymi nogami?

Proponuję: Sie­dział na ni­skim stoł­ku, z nogą założoną na nogę… Albo: Sie­dział na ni­skim stoł­ku, ze skrzyżowanymi nogami

 

i scho­wa­ny­mi w rę­ka­wy czer­wo­nej szaty dłoń­mi. –> Raczej: …i dłońmi scho­wa­ny­mi w rękawach czer­wo­nej szaty.

 

– A mógł­byś mi opo­wie­dzieć… o… o… o tym, jak zgi­nę­li… jak zgi­nę­li moi ro­dzi­ce. –> Kruszka zadała pytanie, więc zdanie powinien kończyć pytajnik, a nie kropka.

 

– Wiedz, że nasza kra­ina jest po­dzie­lo­na gra­ni­ca­mi, gro­da­mi, mu­ra­mi i wład­ca­mi. –> Granice czego dzielą krainę? W jaki sposób krainę mogą dzielić grody i władcy?

 

Ka­płan mio­tał się na sie­dzi­sku, pró­bu­jąc usie­dzieć… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Ka­płan mio­tał się na sie­dzi­sku, pró­bu­jąc się na nim utrzymać

 

– Ggdzz…gdzie ja je­stem? –> Brak spacji po wielokropku.

 

była przy­wią­za­na od stóp do szyi i zo­ba­czy­ła przy oka­zji tań­czą­cą szyję ptaka… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

co da­wa­ło nawet cał­kiem wy­god­ną po­zy­cję. –> Opisany ptak, tak jak kanapa, nie daje pozycji.

Proponuję: …co pozwalało przyjąć nawet cał­kiem wy­god­ną po­zy­cję.

 

Gdyby nie wstrzą­sy, można by prze­spać się na nim i bez po­mo­cy ża­bie­go snu.

Po­my­śla­ła, ale kiedy wró­ci­ła my­śla­mi do rze­czy­wi­sto­ści… – Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby nie wstrzą­sy, można by prze­spać się na nim i bez po­mo­cy ża­bie­go snu. – Po­my­śla­ła, ale kiedy wró­ci­ła do rze­czy­wi­sto­ści…

Tu znajdziesz poradnik, jak zapisywać myśli bohaterów:

http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

Bie­ga­cze stre­su­ją się, gdy ktoś się zło­ści. –> To słowo nie powinno znaleźć się w tym opowiadaniu.

Proponuję: Bie­ga­cze narowią się, gdy ktoś się zło­ści.

 

Cała się trzę­słady­go­ta­ła. –> Trząść siędygotać to synonimy.

 

Wy­star­czy­ło to jed­nak, żeby prze­mo­czyć i za­zię­bić dziew­czy­nę do szpi­ku kości. –> Zaziębić się, to tyle, co zachorować.

Pewnie miało być: Wy­star­czy­ło to jed­nak, żeby dziewczyna przemokła i zziębła/ zmarzła do szpiku kości.

 

 …mrocz­ną noc oświe­tla­ło ja­kieś świa­tło. –> Brzmi to fatalnie.

Proponuje: …mrocz­ną noc rozjaśniało ja­kieś świa­tło.

 

Pło­mień bu­chał ryt­micz­nie… –> Jeden płomień? Czy może: Pło­mienie bu­chały ryt­micz­nie

 

Sie­dzie­li w sze­ro­kim kręgu… –> Raczej: Sie­dzie­li w dużym kręgu

Czy krąg może być szeroki?

 

Spię­ła wszyst­kie mię­śnie, wsta­ła na dy­go­czą­ce nogi… –> Czy mogła wstać inaczej, nie na nogi?

Proponuję: Spię­ła wszyst­kie mię­śnie, dy­go­czą­c wstała

 

i po­bie­gła w nie­zna­ny przez sie­bie kie­ru­nek. –> Raczej: …i po­bie­gła w nie­zna­nym sobie kie­ru­nku.

 

a wy­so­kie, mokre, gęsto po­ro­śnię­te trawy… –> Trawy nie są gęsto porośnięte. Gęsto porośnięta nimi może być np. łąka.

Proponuję: …a wy­so­kie, mokre, gęsto rosnące trawy… Lub: …a wy­so­kie, mokre i gęste trawy

 

jakby nie jadła nic od dawna. –> Raczej: …jakby od dawna nic nie jadła.

 

Mimo prze­siąk­nię­tych na wskroś ubrań… –> Mimo przesiąkniętego na wskroś ubrania

 

Ciszę prze­rwa­ły nie­zro­zu­mia­łe dla niej słowa chło­pię­ce­go głosu: –> Raczej: Ciszę prze­rwa­ły nie­zro­zu­mia­łe dla niej słowa, wypowiadane chło­pię­cym głosem:

 

Drew­nia­ny kij ude­rzył grzbie­ty tra­wia­stych grzyw. –> Czy istniała możliwość, aby chłopiec miał inny kij, nie drewniany?

Czy grzywy mają grzbiety?

 

miały krót­kie opa­ski prze­pa­sa­ją­ce bio­dra… –> Brzmi to fatalnie.

Biodra można opasać, ale nie wiem jak je przepasać.

Może: …miały krót­kie opa­ski/ spódniczki, osłaniające bio­dra

 

Zwień­cze­niem dwóch gro­tów włócz­ni były ster­czą­ce w chło­dzie po­ran­ka sutki na­gich pier­si. –> Zachodzę w głowę, Realucu, co miałeś nadzieję wyrazić tym zdaniem…

 

Prze­mo­czo­ne ubra­nia przy­wie­ra­ły do skóry. –> Prze­mo­czo­ne ubra­nie przy­wie­ra­ło do skóry.

 

Za­tu­pa­ła no­ga­mi jak mała dziew­czyn­ka. –> Masło maślane. Czy mogła zatupać inaczej, nie nogami?

Wystarczy: Za­tu­pa­ła jak mała dziew­czyn­ka.

 

nie przy­po­mi­nał żad­ne­go ze zna­ne­go jej po­ży­wie­nia. –> …nie przy­po­mi­nał żad­ne­go zna­ne­go jej po­ży­wie­nia.

 

Za nie­dłu­go wy­ru­szysz na swoje pierw­sze po­lo­wa­nie. –> Nie­dłu­go/ Niezadługo wy­ru­szysz na swoje pierw­sze po­lo­wa­nie.

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/za-niedlugo;12783.html

 

A teraz za­bie­raj się za je­dze­nie… –> A teraz za­bie­raj się do je­dze­nia

 

Mięso ka­gu­na było nawet cał­kiem smacz­ne. Przy­po­mi­na­ło nieco smak pie­czo­ne­go dzika… –> Nie brzmi to najlepiej.

Może w drugim zdaniu wystarczy: Przy­po­mi­na­ło nieco pie­czo­ne­go dzika

 

miał za nie­dłu­go przejść przez próby… –> …miał nie­dłu­go/ niezadługo przejść przez próby

 

prócz prze­pa­ski z piór na bio­drach no­si­ła jesz­cze za­kry­cie na pier­siach wy­ko­na­ne dla niej spe­cjal­nie przez jedną z ko­biet z mie­sza­ni­ny piór i traw. –> Nie najlepiej brzmi noszenie zakrycia.

Proponuję: …prócz prze­pa­ski na bio­drach, nosiła też osłaniającą  pier­si plecionkę z mie­sza­ni­ny piór i traw, wy­ko­na­ną spe­cjal­nie dla niej przez jedną z ko­biet.

 

Dziew­czyn­ka zo­sta­ła nieco z tyłu, go­niąc ma­łe­go za­jącz­ka. –> Dziew­czyn­ka zo­sta­ła nieco z tyłu, go­niąc za­jącz­ka.

Zajączek jest mały z definicji.

 

zwie­rzę­ta opu­ści­ły łby ni­czym w ge­ście po­kło­nu… –> …zwie­rzę­ta opu­ści­ły łby, ni­czym w po­kło­nie

 

Wan Ych­mar stał na nią. –> Literówka.

 

Przez pe­wien czas nie będą my­śleć o tym, że ucie­kłam, co da mi sporo czasu, aby od­da­lić się jak naj­da­lej. –> Powtórzenia.

Proponuję: Przez pe­wien czas nie będą my­śleć o tym, że ucie­kłam, co pozwoli mi znacznie się oddalić.

 

Noce był już coraz chłod­niej­sze. –> Literówka.

 

Ko­czow­ni­cy, z któ­ry­mi prze­by­wa­ła już tro­chę czasu (sama nie wie­dzia­ła do­kład­nie ile)… –> Raczej: Ko­czow­ni­cy, z któ­ry­mi prze­by­wa­ła już jakiś czas (sama nie wie­dzia­ła do­kład­nie, jak długo)

 

zmie­nia­li miej­sce ,,obozu" co parę dni. –> Zbędny cudzysłów.

A może, skoro to koczownicy: …zmie­nia­li miej­sce koczowiska co parę dni.

 

Każde wy­glą­da­ło jed­nak tam samo: Po­la­na wolna od wy­so­kich traw… –> Skoro koczownicy przemierzali trawiaste i bezdrzewne równiny, nie można mówić o polanie, albowiem polana to miejsce w lesie.

Za SJP PWN: polana «niezadrzewione, porośnięte trawą miejsce w lesie»

 

Prze­cię­ty w pół księ­życ bladł… –> Prze­cię­ty wpół księ­życ bladł

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Kiedy-w-pol-a-kiedy-wpol;18619.html

 

Naj­czę­ściej można było ich usły­szeć pod­czas noc­nych ry­tu­ałów, pod­czas któ­rych to ponoć roz­ma­wia­ją z du­cha­mi. –> Powtórzenie.

Proponuję: Naj­czę­ściej można było ich usły­szeć pod­czas noc­nych ry­tu­ałów, kiedy to ponoć roz­ma­wia­li z du­cha­mi.

 

coraz czę­ściej trze­ba prze­no­sić ,,obo­zo­wi­sko". –> Zbędny cudzysłów.

 

Kop­nę­ła wiel­kie­go ptaka i ru­szy­ła po­now­nie. Je­cha­ła na pół­noc. –> Wcześniej napisałeś: Nie ma od­wro­tu, wra­cam do domu. Wie­dzia­ła, że osada, do któ­rej chce po­wró­cić, znaj­du­je się gdzieś w kie­run­ku wscho­dzą­ce­go słoń­ca… –> Czy, aby wrócić do osady, z której uciekła, Kruszka powinna jechać na północ, czy na wschód?

 

zrzu­ca­jąc Krusz­kę na zie­mię. Na­bi­ła sobie so­lid­ne­go si­nia­ka na bio­drze, ale wtedy było to nie­istot­ne. –> Rzecz dzieje się aktualnie, więc: …ale teraz było to nie­istot­ne.

 

Po­ło­żył się pod sto­pa­mi dziew­czy­ny. –> Raczej: Po­ło­żył się u stóp dziew­czy­ny.

 

…po kłach i pa­zu­rach. Naj­go­rzej było na twa­rzy. Dwa głę­bo­kie ślady po pa­zu­rach… –> Powtórzenie.

 

Nie wiem już, co było praw­dą… ale… wy­da­ję mi się… –> Literówka.

 

Ty­sią­ce iskier wzbi­ja­ło się ku noc­ne­mu, peł­ne­go gwiazd niebu. –> Ty­sią­ce iskier wzbi­ja­ło się ku noc­ne­mu, peł­ne­mu gwiazd niebu.

 

wiel­ki, ogni­sty jęzor. Ogień wzno­sił się do góry ni­czym pło­ną­ca ko­lum­na. Wan mam­ro­tał coś pod nosem. W końcu ogień buch­nął… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

więc za­bra­ła się za gorzk­nia­ka… –> …więc za­bra­ła się do gorzk­nia­ka

 

Za­bra­ła się za ko­lej­ną bulwę. –> Za­bra­ła się do ko­lej­nej bulwy.

 

Ku na­szym zie­miom zbli­ża­ją Her­ne­ci… –> Ku na­szym zie­miom zbli­ża­ją się Her­ne­ci… Lub: Ku na­szym zie­miom zmierzają Her­ne­ci

 

sza­rych wil­ków, które spo­tka­ła w zna­nych jej la­sach. –> …sza­rych wil­ków, które spo­tka­ła w zna­nych sobie la­sach.

 

Po­bie­gła jak sza­lo­na w stro­nę po­la­ny, na któ­rej ko­czow­ni­cy po­win­ni się już bu­dzić. –> To nie byłą polana.

 

Na miej­scu za­stał ją jed­nak inny widok. –> Na miej­scu za­stała jed­nak inny widok.

 

tuż przy ste­po­wych bie­ga­czach, które dzier­ży­ły na grzbie­tach mnó­stwo to­bo­łów. –> Dzierżyć to inaczej trzymać coś w ręce. Nie wydaje mi się, aby stepowe biegacze mogły trzymać coś na grzbietach.

Proponuję: …tuż przy ste­po­wych bie­ga­czach, na grzbietach których przytroczono mnó­stwo to­bo­łów.

 

Wan za­bro­nił mi ci o tym mówić i z tobą roz­ma­wiać. –> Coś się tutaj zaplątało.

 

Weź to, To turi turi. –> Czy zamiast przecinka nie powinna być kropka?

 

miała ubra­nia sprzed wy­ciecz­ki na stepy. –> …miała ubra­nie sprzed wy­ciecz­ki na stepy.

 

Obej­rza­ła się za sie­bie. –> Masło maślane. Czy mogła obejrzeć się przed siebie?

Proponuję: Obej­rza­ła się. Lub Spojrzała za sie­bie.

 

ale nie wiele z niej pa­mię­tam. –> …ale niewiele z niej pa­mię­tam.

 

– Ty­siąc zim i ty­sią­ce wio­sen minie, nim zjawi się ma na­stęp­czy­ni. –> – Ty­siąc zim i ty­sią­c wio­sen minie, nim zjawi się ma na­stęp­czy­ni.

To niemożliwe, aby w czasie kiedy minie tysiąc zim, mogły minąć tysiące wiosen. W czasie jednego milenium będzie bowiem tyle samo wiosen i zim.

 

Czar­ny niedź­wiedź z bli­zna­mi na pysku i karku mru­gnął przy­jaź­nie śle­pia­mi. –> Mrugają powieki, nie ślepia/ oczy, więc wystarczy: Czar­ny niedź­wiedź z bli­zna­mi na pysku i karku mru­gnął przy­jaź­nie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, jakże się cieszę, że spodobały Ci się przygody-droga Kruszki i że wpadłaś z redakcją. Dla mnie pomysły są niebanalne i chociaż nie przepadam za fantasy, to  chciałam dowiedzieć się, jak sobie poradzi i o co chodzi. 

Edit: po wizycie Reg (wiem, że poprawisz) – klikam bibliotekę, ponieważ już chyba mogę??? Mam nadzieję.

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, cieszę się Twoją radością. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kibicowałam Kruszce, gdyż i błądzimy, i jesteśmy odważni, a w gruncie rzeczy o tylu sprawach decyduje przypadek, no Edison – nie zgodziłby się ze mną (powiedzenie).

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej, dziewczyny, jestem! :D

Reg, ja również niezmiernie się raduję, że zajrzałaś do tego opowiadania!

I jedno jest pewne: Zapamiętam te przeklęte ubrania/ubranie już na zawsze :P

Melduję równocześnie, że wszyściutko poprawiłem! :)

No, Realucu, szybko się uwinąłeś. :)

Cieszę się ogromnie, że uznałeś uwagi za przydatne, a niektóre obiecujesz zapamiętać na zawsze. ;)

Obiecany klik został kliknięty. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:)

Jest tu sporo osób o odpowiedniej wiedzy i wyczuciu do tekstów. Każda z nich na pewno udzieli ci (bądź już to zrobiła) odpowiednich wskazówek i rad odnośnie tego opowiadania. Ode mnie mnie dostaniesz dla odmiany komentarz przeciętnego czytelnika. Laika, który ocenia opowiadania według najbardziej prymitywnych kryteriów, typu:

– wciąga/nie wciąga

– ciekawi/nudzi

– fajne/ niezbyt fajne

 

Tego typu komentarz nie da ci pewnie zbyt wiele, ale możesz go potraktować jako, swego rodzaju, materiał poglądowy. W końcu laicy również lubią czytać. Inna sprawa, czy akurat do nich kierujesz swoje teksty. To jednak zostawiam wyłącznie Twojej ocenie.

 

Na początku (co za zaskoczenie!) zwróciłem uwagę na liczbę znaków. Pomyślałem wtedy, że początek opowiadania musi zaciekawić. Nie jest to żaden przymus czy wymóg. Staram się raczej zasygnalizować pewien (dosyć prymitywny) odruch części czytających, by po kilku ledwie zdaniach zniechęcić się do tekstu wyłącznie ze względu na jego długość. Ma to związek z obawą, że być może w połowie tekstu dalej nie znajdą w nim nic godnego uwagi, więc lepiej od razu dać sobie spokój i poszukać innego opowiadania. Jest to tendencja raczej głupia, ale sam zapewne wiesz, że jednak czasem (często nawet mimowolnie) obecna.

U ciebie na szczęście tekst “zaskoczył” od razu.

 

Później zwróciłem uwagę na imiona. W mojej (i być może tylko mojej) opinii lekko baśniowe. Nie jest to oczywiście złe, pod warunkiem, że dobierzesz do tych imion odpowiedni świat/otoczenie/fabułę (niepotrzebne skreślić). Jeśli o tym zapomnisz, schrzanisz tekst (znów tylko moje zdanie).

Ty nie zapomniałeś.

 

Dalej pozwoliłem, by niósł mnie bieg wydarzeń. Czytało się naprawdę nieźle. Czasem pojawiała się chęć przeskoczenia jednego czy dwóch zdań, celem sprawdzenia, co też wydarzy się dalej. Chęci tej nie uważam za nic złego. Wyraża w końcu zaciekawienie tekstem. Nawet jeśli jest ona trochę nieuczciwa wobec autora.

 

Zakończenie przyszło… za szybko. Po ostatnim zdaniu naprawdę trudno było mi uwierzyć, że opowiadanie liczy blisko 70 000 znaków. To tylko pokazuje, że napisałeś je niezwykle sprawnie. Może nie zapadnie mi w pamięć na jakoś szczególnie długo, ale też spędziłem przy nim przyjemnie czas.

 

Czepię się tylko jednego.

 

No gdzie ja to kurw…

Może chcesz posłuchać o największym kurwiarzu w cał… ekhm, przepraszam.

Podkreśliłem niepotrzebne (moim zdaniem) słowa. Zastąpiłbym je innymi.

Możesz jednak zignorować tą sugestię, bo czepiam się tego zawsze i przy każdej okazji. Jestem wielkim przeciwnikiem używania w literaturze jakichkolwiek słów powszechnie uznawanych za nieurodziwe. :)

 

Pozdrawiam.

CM, nawet nie wiesz jak przyjemnie jest przeczytać taki komentarz jak Twój :) Właśnie nie od strony profesjonalisty, który szuka, mniej lub bardziej na siłę, błędów, nieścisłości itp. tylko od zwykłego czytelnika. Bo przecież tworząc nie piszemy (przynajmniej ja) dla elity, tylko dla zwykłych ludzi, którzy chcą się wciągnąć w lekturę i nią zaciekawić. 

I wielkie dzięki za taki właśnie komentarz, bo ich tutaj jest najmniej, a dają bardzo wiele. Czyli jak odbiera tekst ktoś, kto nie skupia się na łapankach i wychwytywaniu różnorakich różności, a zwyczajnie podąża według Twojego prostego, trzystopniowego kryterium.

I bardzo się cieszę, że czas spędzony przy tym tekście okazał się przyjemny :)

Pozdrawiam!

Właśnie nie od strony profesjonalisty, który szuka, mniej lub bardziej na siłę, błędów, nieścisłości itp. tylko od zwykłego czytelnika.

Czyli jak odbiera tekst ktoś, kto nie skupia się na łapankach i wychwytywaniu różnorakich różności…

Przykro mi to czytać, Realucu.

Nie jestem żadną profesjonalistką i nie szukam niczego na siłę, nie skupiam się na łapankach. Ot, kiedy widzę błąd, usterkę czy inną niedoskonałość, to po prostu wypisuję je. Byłam przekonana, że w ten sposób pomagam, bo zdawało mi się, że piszącemu zależy, aby jego opowiadanie prezentowało się jak najlepiej. Twoje słowa uświadomiły mi, że dla Ciebie to nie jest istotne.

Mogę Ci obiecać, że czytając Twoje przyszłe opowiadania, na pewno powstrzymam się od robienia łapanek.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ojej, spokojnie Reg :o Nie wiem czemu tak personalnie odebrałaś mój komentarz… Nie był skierowany ani do Ciebie, ani do nikogo konkretnego. Nie mówi też o tym, że nie doceniam łapanek i takich komentarz, ba, doceniam ogromnie i dzięki nim się rozwijam!!!! Dzięki Tobie między innymi!!! Chodziło mi wyłącznie o to, że czasami fajnie też dostać komentarz odmienny. W którym czytelnik skupi się na innych aspektach. I jeszcze raz powtórzę: Zupełnie źle mnie odebrałaś, jetem wdzięczny za każdą korektę i pomoc i nie zaniechaj jej proszę w przyszłości przez złe zrozumienie mojej wypowiedzi…

W ogóle nie wiem jak Mogłaś pomyśleć, że tego nie doceniam… zawsze dziękuję i wszystko poprawiam, to znaczy, że uważam to za cenne. Nawet nie wiesz jak bardzo. Powiedzmy, że Twoje komentarze to pizza (którą bardzo lubię). Jedząc co dzień pizze czasami mamy ochotę na coś zupełnie innego, co nie wyklucza tego, że przestaje lubić i doceniać pizzę. O to mi chodziło w tamtym komentarzu. Może głupie porównania ale mam nadzieję, że zrozumiałaś…

Nie wiem czemu tak per­so­nal­nie ode­bra­łaś mój ko­men­tarz… Nie był skie­ro­wa­ny ani do Cie­bie, ani do ni­ko­go kon­kret­ne­go.

Ale tak to zabrzmiało i nic nie poradzę, że poczułam się palcem wskazana, jako ta, która szuka, mniej lub bar­dziej na siłę, błę­dów, nie­ści­sło­ści itp. Zrozumiałam też, że nie jestem zwykłą czytelniczką, która postanowiła przeczytać Kruszkę, tylko kimś, kto skupia się na łapankach i wychwytywaniu różnych różności. I nie była to miła konstatacja.

Cieszę się jednak, że opacznie zrozumiałam Twoją wypowiedź i Twoje intencje.

A skoro porównałeś moje łapankowe komentarze do pizzy, to już wiem, dlaczego wolisz zjeść coś innego – na mojej pizzy w ogóle nie ma sera. ;D

No i skoro sam o to prosisz, łapanki będą. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Och, cieszę się, że się zrozumieliśmy (chyba). Ale pizza bez sera? :O Da się tak? :O I powtórzę raz ostatni: Nie, nie wolę coś innego, tylko we wszystkich dziedzinach trzeba sobie czasami urozmaicać. Dlatego doceniłem komentarz trochę inny niż większość zazwyczaj. I rzeknę raz jeszcze: Twoja pomoc jest nieoceniona i nawet nie wiesz jak bardzo dzięki Twoim łapanką na przestrzeni ostatnich miesięcy/lat się rozwinąłem. I jestem Ci za to, jak i również innym osobom, bardzo wdzięczny, więc już nigdy nie śmiej w to wątpić!

 

No, teraz, Realucu, zaczynam się rumienić. Dziękuję. ;D

A pizzę bez sera da się, da, zwłaszcza że w ogóle nie jadam serów. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajnie, że uznałeś mój komentarz za przydatny. Wbrew pozorom, wcale nie tak łatwo ubrać odczucia w odpowiednie słowa. A i odbiór takiej opinii mocno niepewny… :)

Maatko, tak długo nie mogłam się zebrać? Normalnie mi wstyd :(

 Wiatr smagał jej kruczoczarne, krótko przystrzyżone włosy.

Hmm. Kurczę, niby dobrze, ale… sama nie wiem, co mi tu nie gra. Fałszywy alarm?

 Na wprost widniała gęsta puszcza, której kresu nie mogła dostrzec.

Na wprost? Wahałabym się przed traktowaniem puszczy jako obrazu – taką interpretację narzucają mi użyte tutaj słowa.

 widziała kontury palisady

Same kontury? Ponadto – trochę ta topografia wygląda jak z "Osadników z Katanu". Nie wiem, jak to jest w rzeczywistości, ale las chyba się tak nagle nie zaczyna.

 Sprawiało jej to niezwykłą radość

Co dokładnie?

 mimo wewnętrznego buntu, wściekłości i bezradności, jakie ją ogarniały

Show, don't tell. Zapewniasz, zamiast pokazywać.

 (które przypominały, że zaraz ma stawić się w rodzinnej chacie)

Nie wiem, czy ten nawias jest potrzebny – w końcu nietrudno się połapać, że kiedy słońce zachodzi, jest już późno i pora do domu.

 leśnego pokrycia

Poszycia.

 Jedna z dolnych, niewielkich gałęzi przecięła jej skórę wzdłuż prawego uda,

No, i widzisz, to jest zupełnie beznamiętne. Ciągle zapewniasz, zamiast pokazywać – objawia się to między innymi tak, że dajesz sporo przymiotników, moim zdaniem trochę za dużo. Ponadto strasznie dawno nie łaziłam po drzewach, ale nie wiem, czy mała gałązka skaleczyłaby nogę – raczej sama by pękła. Większa, tak, zwłaszcza ułamana na ostro.

 brązowe gacie

To jednak mnie rozśmieszyło.

 Ale, biegnąc prędko przez leśne zarośla, ledwo zdążywszy przed zmrokiem, wróciła.

Dużo informacji w tym jednym zdaniu – myślę, że ja bym dała kilka.

 Złasława

Ktoś tak by nazwał córkę? Patologiczna rodzina…

 Twarz wydawała się łagodna i miła, co jednak było pozorem.

Pozór to właśnie wydawanie się, więc masło maślane.

 używając do tej czynności różnorakich przedmiotów

Jakoś mnie to odrywa od sedna i dynda zawieszeniem niewiary.

 błądzi w ciemnych zakamarkach nie mogąc

Błądzi w ciemnych zakamarkach, nie mogąc.

 rzekła stanowczo Złasława

Rzekła – czy rozkazała?

 wszystko co powie tylko pogorszy

Wszystko, co powie, tylko pogorszy. Ja dałabym: cokolwiek powie, tylko pogorszy.

 Kruszka cała poczerwieniała, zacisnęła pięści

Dałabym tu kropkę – te czynności się wiążą, ale nie aż tak ściśle. A długie zdania spowalniają akcję.

 Gdyby nie ona…

Cały ten dialog, ale ta wypowiedź zwłaszcza, wydaje mi się mało naturalny, czysto ekspozycyjny. Czy wzgardzona (? Czemu powierzyli jej dziecko, na litość boską?) kochanka tłumaczyłaby się w ten sposób? Dziecku znienawidzonej rywalki?

 starała się jak mogła tłumić wszelkie odgłosy słabości

Starała się, jak mogła. Abstrakcyjne – więc słabo oddziałuje. Może spróbuj to pokazać? Zagryzanie warg i te pe?

 aż dziewczyna nie straciła przytomności

Raczej: dopóki dziewczyna… (albo: aż dziewczyna straciła przytomność).

 drewnianej posadzce

PWN by się nie czepiał, ale mnie posadzka kojarzy się bardziej z kamieniem czy betonem.

 Czerwone wstęgi na ciele

Trochę to jednak kiczowate, to i następne zdanie. Mam wrażenie typowej aż do bólu nastoletniej fantazji.

 Powinien pojawić się już pierwszy śnieg

Aliteracja i nienaturalny szyk: Powinien się już pojawić pierwszy śnieg. (Mógłby też spaść.)

 Na drzewach wciąż tańczyły złote liście

Tańczyły? Nie wiem, czy tak bym to nazwała.

 czując nadal poobijane palce i rany na plecach

Skonsultuj się z Wiktorią, bo ja naprawdę nie wiem, jak długo co się goi. Ale połamanych palców dziewczę nie miało.

 Każdego dnia miała inne myśli.

Jak wszyscy, nie?

 wstanie

W stanie.

 Innym razem biernie przyjmowała każdy dzień.

Zaraz, to ile było tych dni – jeden, czy wiele? Bo to niejasne. Ponadto – jakaś ta obyczajowość nowoczesna. Dziewczyna nie ma żadnej innej rodziny, do której mogłaby iść? Jakby mieszkała w którymś z naszych, betonowych miast.

 Przychodził rzadko, jednak Kruszka go uwielbiała

Jak to się wyklucza?

 a następnie bez czekania na reakcję, wszedł

Raczej: a następnie, bez czekania na reakcję, wszedł.

rozpromieniała

Rozpromieniła się.

 odsłaniając glacę

"Glaca" to kolokwializm, ma zastosowanie właściwie tylko ironiczno-dowcipowe, a Ty próbujesz go użyć na poważnie.

 kozia bródka sięgała mu klatki piersiowej

Kozia bródka to zazwyczaj bródka krótka (XD).

 radując się, że Złasława wróci dopiero po zmroku, gdyż ma pełno pracy w zagrodach.

Ekspozycja dość niezgrabnie wciśnięta (to znaczy, że wyraźnie widać, że ją robisz) i dobita tym "gdyż".

podwinął długą, czerwoną szatę

Eee… po co?

 No gdzie ja to kurw

No, gdzie ja to, kurw…

 bacz na to, aby

Bacz, aby.

 Ach, przestań tak prawić, to do ciebie nie pasuje.

No, właśnie. Najpierw k…, teraz "prawić" – jaką dokładnie chcesz mieć stylizację?

rzucił na stół grubą, starą księgę w skórzanej oprawie

Przyznaję, zdarza mi się szukać w torebce dowodu, portmonetki, sznurka, latarki, kombinerek – ale dużej książki? Zrób eksperyment.

 Nie mądruj się! Pierw mnie wysłuchaj, potem ujadaj.

Nagła mocna stylizacja. Zgrzyta.

 zaplótł ręce udając

Zaplótł ręce, udając.

 Zniewko pochmurniał.

Rozumiem, że był to powolny proces i trochę trwało, zanim spochmurniał?

 połączymy siły ze wszystkich osad

Dziwnie to brzmi.

A teraz się to dzieje

Jesteś pewien tego szyku?

 Nie dla ciebie, przynajmniej

Anglicyzm. Nie dla ciebie, w każdym razie.

 gdyż nic mi nie zdradził

Nienaturalne. Bo niczego mi nie zdradził.

 Barbarzyńcy to jeszcze nie koniec świata

Przed chwilą mówił co innego…

 Gdy w głowie pojawiają się rodzice

Nienaturalne.

 omszały głaz, z wyrytym wizerunkiem

Bez przecinka, wyryty wizerunek dookreśla głaz.

zapuściła się tak głęboko w puszczę, zostawiając osadę daleko za sobą.

Czyli kiedy wcześniej się zapuszczała, to nie zostawiała?

 nogawki włożyła

Raczej wepchnęła, ale niech tam.

 na tą wyprawę

Tę.

 lnianą koszulę narzuciła uszytą kiedyś dla niej przez matkę ciemnozieloną tunikę

Ciężko się czyta, wciskasz informację na sztywno, nie zmieniając szyku zdania, i potem nie widać, czy tunika była uszyta dla koszuli, czy dla dziewczyny. Troszkę dalej masz to samo z tym worem zapasów.

 barki dziewczyny oplatało srebrne, lisie futro

Oplatało? W jaki sposób, u licha? "Srebrne lisie" dałabym bez przecinka, bo "lisie futro" jest tak mocno związane, że to właściwie jeden rzeczownik.

 Okazało się, że nie musiała wertować

Że nie musi (c.t.).

 nie potrafiła dokładnie zrozumieć

Anglicyzm. Nie zrozumiała dokładnie.

 Zniewko gdzieś wyjechał a nie miała

Zniewko dokądś wyjechał i nie miała.

nie chciała też wpaść ze swoimi planami

Kolokwializm. I zostawiłbyś taką księgę?

 wór, zawieszony na linie

Jak to, zawieszony? Nie widzę tego.

 że musiał je słyszeć sam zwierz

Dlaczego "sam"? Czy nie miałeś na myśli: że zwierz musiał je słyszeć?

 podniosła się na drżących nogach

A siedziała?

 była jedynie parę kroków od srebrnego, dorosłego wilka

"Jedynie" nie gra mi tutaj. Może "zaledwie"? "Srebrny dorosły" – jw.

 Szedł na wprost

Na wprost czego?

 pobiegła przed siebie na tyle szybko, na ile pozwalały jej siły po całodniowym marszu z niemałym obciążeniem

Czyli niezbyt szybko.

 wysokość i rozpiętość mówiły o jego długim i bogatym w doświadczenia życiu.

Oj, purpurowe to.

 Mając pień przed nosem stwierdziła, że trzeba by co najmniej pół tuzina rosłych mężczyzn, aby go objąć.

Dopiero wtedy?

 Ramiona staruszka były grube

Kurczę, podoba mi się ten obraz uosobionego drzewa.

 bez większych problemów, z paroma przerwami

Coś Ci się tu poziomy abstrakcji rozjechały. I – aliterujesz.

 Przycisnęła otwartą dłoń do czoła

Wyobraziłam sobie plaśnięcie, nie "daszek".

 drzewa rozpościerały się

Drzewa raczej się nie rozpościerały – pojedyncze drzewo, może, ale wiele? Nigdy nie widziałam takiej konstrukcji. Ponadto – mniejsze przechodziły w mniejsze? Hmm?

 zobaczę małą jak mrówka osadę

Dziwna myśl.

 po tych myślach poczuła

Czuła myśli?

 piórem na zakończeniu

Wystarczy "z piórem", każdy wie, gdzie ono tkwi w strzałce.

 Obijanie się o gałęzie sprawiało ogromny ból

Nie zapewniaj mnie. Pokaż. Zwłaszcza, że to, o czym zapewniasz, nie wydaje mi się wiarygodne.

 Resztką świadomości była w stanie

Głowa? I po co zapewniasz, że była drobna?

 położyła ją na ziemię

Na ziemi.

 Zamglony obraz ukazał

Bardzo źle to wygląda – lepiej opisz, co zobaczyła jak przez mgłę.

 wypowiadane podnieconym, charczącym głosem, niezrozumiałe słowa, były kołysanką

Poplątały się przecinki. To raz. Dwa, głos nie jest podniecony. Trzy – czy charkot może być kołysanką? Rozumiem, o co Ci chodzi, ale to daje wrażenie oksymoronu.

 

Wrócę później z dalszym ciągiem, bo tekst jest długi i, niestety, ciężko się go czyta. Wnioski z dotychczasowej lektury: za dużo zapewniasz, za mało pokazujesz. Styl sztywny, ciężki, mało obrazowy. O kompozycji na razie nic nie mogę powiedzieć – zobaczymy dalej.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Oj tam od razu sztywny, wypij lampkę wina przed czytaniem to będzie bardziej giętki :P

A tak serio, to poczekam na Twoje wrażenia co do całości ;)

Ha, ha, ha :) Wyszorowana i odświeżona powracam.

 która leżała tuż obok kapłana, na wyścielonym skórami łożu

Nie jest to nieprawidłowe, ale się potknęłam na "tuż obok" – topografia wydaje mi się trochę mętna.

 wyszczerzył swoje wybrakowane, żółte zębiska

A co to, zły wilk? XD "Wybrakowane" to defektowne – zęby nie są defektowne, tylko ich paru brakuje. "WYszczerzył WYbrakowane" to aliteracja, której lepiej unikać. No, i czyje miał wyszczerzyć, jak nie swoje?

 Ale zaraz potem przeczytasz mi chociaż jedną stronę!

Hmm. Ale miał ją dopiero uczyć czytać?

 No dobra, O kim

No, dobra, o kim.

 wypowiedziała to z trudem

To widać po samej wypowiedzi – zaufaj nam. Domyślimy się. Poza tym powtarzasz dźwięk: wypowiedziała-odpowiedź.

 na rzeką

Literówka.

 Pizdawą

Ale teraz to sobie jaja robisz? :P

 odmroziła by

Łącznie. Gdybyś stawiał partykułę z przodu, to by było osobno ;) Poza tym – nie jestem przekonana, że rzeka odmraża, raczej tyłek się odmraża w rzece.

 tyłeczek jeszcze

Tyłeczek, jeszcze.

w ogniu świecy

Zwykle mówi się "w płomieniu świecy".

 kraina jest podzielona (…) władcami.

Seriously?

 wspólnemu złu

Czym, u licha, jest wspólne zło? Chyba złu, które wszystkim nam zagraża?

 usiadła na łóżku ze skrzyżowanymi nogami wpatrując się

Kto miał skrzyżowane nogi, i dlaczego łóżko? Rozdzieliłabym siadanie i wpatrywanie na dwa zdania, żeby było składniej.

 miała wrażenie, że poczuła jakieś wstrząsy, jakby ziemia pod nimi zadrżała

Dziwne to jakieś.

 zapach niedojedzonej kolacji w postaci nadgryzionych pieczonych jabłek

Zapach w postaci jabłek?

 Na czele z tym skurw… Hogonem

Szyk: z tym s… na czele. Bo tak, jak jest, wychodzi, że to przede wszystkim Hogon zaatakował.

 Ziemia znowu zadrżała?

Nie wiem, czy to dobry pomysł, żeby to robić pytaniem. To znaczy, widzę, o co chodzi, ale…

 I co było dalej, co dalej!?

Przecież mówił :)

 Bitwa oczywiście była dla nas zwycięska

Lepiej unikać strony biernej – niepotrzebnie przedłuża i rozmywa treść. Po prostu: Zwyciężyliśmy, oczywiście.

 bronili naszego dowódcę

Bronili kogo? dowódcy.

 broniąc go

Nie widzę zasadności w tym powtórzeniu. Nie podkreśla specjalnie.

 po kolejnym wstrząsie wylądował talerz

No, to wstrząsy są odczuwalne i wzrokiem widoczne. To czemu ona wątpi?

 mimo, że zaczęła odczuwać lęk

Bardzo wymyślne. Uprościłabym: choć się bała. Poza tym – trudno się wsłuchiwać i bać jednocześnie. To kwestia psychologii.

 nie mogąc uwierzyć w to, co się działo

Zapewniasz, zamiast pokazywać – to przeszkadza zawieszeniu niewiary. Ten fragment w ogóle bym wycięła (cut to the chase!).

 Przez okno zaczęły wdzierać się do wnętrza gałęzie drzew, wszystko spadało i wywracało się do góry nogami.

Pokaż mi to. Rzuć jakieś szczegóły – niech coś się roztrzaska (a szyba? Czy tu była szyba, czy błona? Błona może się rozedrzeć).

 zaczęły oplatać mu nogi

Naturalniej byłoby: zaczęły mu oplatać nogi.

 znaczenie, nie wiedząc jak, zrozumiała

Dziwne. Trudno mi to w tej chwili przeformułować, ale dziwne.

 Chyba się przebudza

Nienaturalne. "Przebudzić się" to czasownik dokonany, czyli opisuje czynności zakończone. Można napisać "rozbudza", ale najlepiej po prostu "chyba się budzi".

 Posiadasz oczy,

Dobry Swarożycu, on nie może po prostu mieć oczu?

 uczynić, jak tylko

Ostre zderzenie tonów – z jednej strony książkowe "uczynić", z drugiej kolokwialne "jak tylko". To źle wygląda.

 długie, siwe kręcone włosy

A tu akurat oddzieliłabym "siwe" od "kręconych" – ale to ja.

 Wśród włosów pojawiły się zaplecione z nimi rzemyki

Splecione. A lepiej "wplecione w nie", choć trochę już dużo tych "w". Ponadto: już zobaczyłam fryzurę a'la Alex Kingston, a Ty się wycofujesz i mówisz "nie, nie, to Winnetou". Ładnie to tak? XD

 malowidło skrzyżowanych ze sobą dzid

Od kiedy dzidy malują? ;)

 Postać wstała

Uch, postać.

 przed mężczyzną, aby mógł bez problemu nachylić się nad dziewczynką.

Nie widzę, po co zaznaczasz, że bez problemu. I schemat się powtarza: przed xą, nad yą.

 Usta miał pomalowane ochrą, tak jak czoło i policzki.

Nie bardzo to widzę. Masz kłopot z organizacją opisu – trzeba zaczynać od tego, co najpierw jest widoczne.

 Jesteś już z nami,

Mam wrażenie, że to anglicyzm – nie jestem pewna.

 Uchyliwszy lekko powieki ujrzała białe, pojedyncze obłoki oraz korony niskich drzew, które cofały się w równym tempie.

Będąc oślepiona? I jak korony drzew się cofają? Masz na myśli, że ona jest na wozie? Bo to wygląda abstrakcyjnie.

 przerażona i spanikowana

A także wystraszona i zalękniona. Zapewniasz, zamiast pokazywać. Opisz jej reakcję – jak reaguje ktoś przestraszony?

 spostrzegła, że pod jej głową i plecioną z trawy matą, porusza się rytmicznie kuper

Jak, u licha, ona to zobaczyła, i to leżąc na macie?

 Było to jedyne, co udało jej się na szybko wymyślić.

Po co mnie o tym zapewniasz?

 W rzeczywistości przecież nikt nie będzie mnie szukał. Bo nigdy kto miałby to zrobić?

I o tym? I: niby kto.

 była związana na tyle mocno, że mogła poruszać jedynie głową. Wzięła w zęby sznur, którym była przywiązana od stóp do szyi

Ekwilibrystyczne. Wygniesz szyję tak, żeby złapać w zęby sznur, nawet zwisający? Samą szyję, bez innych kawałków?

 zobaczyła przy okazji tańczącą szyję ptaka, która była o wiele dłuższa od samej Kruszki.

Znowu – opis chaotyczny, abstrakcyjny. Skąd ona wie, jak długa jest ta szyja? Połóż się na podłodze i spróbuj z tej pozycji ocenić wielkość rzeczy (nawet bez trzęsącego galopu chocobo to nie jest łatwe).

 dziób o wielkości

Lepiej: dziób wielkości.

 zaczął idący szybkim krokiem tuż obok starzec

Chaos. Ona to widzi?

 Burza siwych loków wraz z zaplecionymi w nie rzemykami

Wplecionymi, ale trudno wpleść coś we włosy, nie zaplatając ich w warkoczyki.

 skakała na wietrze

Eee? Dziwny obraz.

 odpuściła, kładąc bezradnie głowę

Powtarzasz informację. Opisz, co zrobiła, a wnioski wyciągniemy sami.

 Był on lekko uniesiony w stosunku do reszty tułowia,

Anatomia chocobo :) trochę na siłę wciśnięta.

 -Pomyślała

Ale czemu z myślnikiem?

 kiedy wróciła do rzeczywistości poczuła

Kiedy wróciła do rzeczywistości, poczuła. A kiedy od niej odeszła?

 Ma jedynie dwie kończyny

"Jedynie" nie bardzo tu pasuje, "tylko" byłoby lepsze.

 narowią się, gdy ktoś się złości.

Dwa "się".

 Zanim zdążyła jakkolwiek zareagować poczuła

Zanim zdążyła jakkolwiek zareagować, poczuła. Mało fantastyczne słownictwo, "jakkolwiek" jest zbędne, chociaż przełamuje rytm tych "z", ale można by to przeformułować i obejść się bez niego.

 Przesuwające się obłoki zasłoniły opadające powieki.

Obłoki zasłoniły powieki?

 Nie czuła pod plecami miękkiego ciała stepowego biegacza lecz twardą ziemię

Abstrakcyjne. Przed "lecz" przecinek.

 sączył się leniwie rzadkimi kroplami

Sączył się? Deszcz?

 wszystko doszczętnie przemokło

Tak, wierzę.

 nie była w stanie się poruszyć. Przewróciła się tylko na drugą stronę

Czyli się poruszyła…

stronę, po której mroczną noc rozjaśniało jakieś światło

Nie podoba mi się :(

 dużym kręgu, wokół ognia

Możesz wyciąć przecinek.

powstrzymała na moment skaczącą z zimna szczękę

I to jest niezły szczegół, choć mógłbyś użyć konkretniejszego czasownika.

 Łzy mimowolnie popłynęły po sinych policzkach.

W przeciwieństwie do takich zdecydowanych łez? I – czy ona widzi, że ma sine policzki, czy jednak czuje, że przemarznięte?

 Podskoczyła, kiedy po ciele przeszła kolejna fala lodowatych dreszczy.

Skróciłabym to. Mogłoby być bardziej obrazowe.

 dygocząc wstała

Nie jest już związana?

 Sama sobie poradzę!

Yyy… ale z czym?

 Nie znalazła odpowiednich słów na określenie swoich prześladowców

To widać z dialogu. Możesz wyciąć.

 widząc, że nadal nie darzą jej nawet najmniejszym zainteresowaniem

Takie okrągłe i długie – w takiej sytuacji?

pobiegła w nieznanym sobie kierunku

A w komu nieznanym, jak tylko ona tu jest?

wspinała się na drzewa, potrafiąc chować się

Anglicyzm – imiesłów tutaj sprawia bardzo dziwne wrażenie.

 Jednak coś było nie tak.

Czemu "jednak"?

 wysokie, mokre, gęsto rosnące trawy chłostały ją po twarzy.

Trudno tak biec (spróbuj, jak będzie roślinność) – poza tym opisujesz abstrakcyjnie, nie z punktu widzenia bohaterki.

 żołądek ma przyklejony do kręgosłupa, jakby od dawna nic nie jadła

Ale to właśnie oznacza ten idiom, więc powtarzasz informację.

 zanurzone w kałużach,

Powtórzony dźwięk. Przeczytaj na głos. I – nie miałeś nigdy przemoczonych butów? Czasem w nich chlupie, ale kałużami bym tego nie nazwała.

 wśród jaskrawych promieni poranka

Poranne światło raczej nie jest takie ostre – ponadto tylko Smok Wawelski trafił na dotykalne promienie słońca :)

 lśniły na czubkach źdźbeł niczym kryształki

Ładne.

 Mimo przesiąkniętego na wskroś ubrania

Wystarczy "przesiąkniętego", "na wskroś" dubluje informację, chyba niepotrzebnie.

 obłożona miękkim, brązowym futrem, które poruszało się w rytm oddechu

Eee? Co to jest?

 spoczywały na jej młodzieńczych piersiach

Brzmi to z lekka pornobrutalnie. Bardziej porno.

 pyski (…) sapały i charczały, tuż przy głowie

Pyski charczały? I – bez przecinka.

 przy rzece jak i te

W zasadzie przed "jak" dałabym przecinek, ale samo "jak" chyba bym wycięła.

 miały co prawda srebrną

Wtrącenie: miały, co prawda, srebrną.

 reszta się zgadzała

Nie zna ich chyba na tyle dobrze?

 zdążyła otrząsnąć się z przeszywającego

Powtórzony dźwięk.

 szelest wśród traw, który zbliżał się w jej kierunku

Składnia: wśród traw szelest, który. I "zbliżał się w jej kierunku" to masło maślane.

 Ciszę przerwały

Oj, takie wytarte sformułowanie. Ja już nie potrafię go wziąć na poważnie :(

 grzbiety trawiastych grzyw.

Mieszana metafora i powtórzony dźwięk. Grzbiety grzyw?

 zbadały chłopca

Bada się zwykle bardziej z bliska. Może przyjrzały mu się?

 jak sama stwierdziła

A jest tu ktoś inny, kto mógłby to stwierdzić? Nie widzę powodu, żeby nas o tym zapewniać.

 krótki, koński ogonek

Bez przecinka, grupa nominalna. I ten "ogonek" jest rozkoszny – nie wiem, czy o to Ci chodziło.

nie zdobiło jednak jego klatki piersiowej

To opowiadanie, czy podręcznik anatomii? I dlaczego "jednak"?

 Nogi osłonięte miał szarymi piórami

Znaczy, miał spodnie z piór?

 takimi samymi jakie posiadał stepowy biegacz

Takimi samymi, jakie miał…

 Nagie stopy chłopca zatapiały się w miękkiej ziemi.

Zwykle stopy są bose, ale może być. "Zatapiały się" bardziej mi zgrzyta. Może: zapadały się? Grzęzły?

 przed którą nie czuła strachu

Wydumane to trochę – już mówiłam o nadmiernie wymyślnym stylu? Otóż on daje wrażenie komizmu.

 pobiegł, torując sobie drogę kijem

Jakim sposobem?

 bez chwili zawahania

Wahania – aspekt czasownika (od którego tu akurat tworzysz rzeczownik, ale aspekt pozostaje) ma znaczenie.

 do miejsca, od którego

Raczej z którego – to nie miejsca się bała.

 na trawiastych matach

Matach z trawy – one nie są porośnięte trawą, tylko z niej zrobione.

 dopiero dostrzegła

Aliteracja.

 długie włosy nie należały tylko do mężczyzn

Bardzo dziwne sformułowanie.

 Ciało zdobiło malowidło

Jedno ciało – czy wszystkie ciała?

 włócznie, których koniec grotu był na sterczących w chłodzie poranka sutkach nagich piersi

Oj, chaos. Może podziel te zdania?

 pachnący dymem, znany jej już starzec.

Jeśli go opiszesz, domyślimy się, że go zna.

 Jak mogliście mnie tak zostawić! Zresztą, niczego nie rozumiem.

To się nazywa huśtawka nastrojów.

 Stojąc wśród korony prastarego dębu dziewczynie wydawało się,

Kiedy stała w koronie dębu – w ten sposób nie można używać imiesłowu. "Będąc młodą lekarką" dlatego nas śmieszy, że niby to wykształcona osoba, a robi błędy gramatyczne. Kontrast.

 Zatupała jak mała dziewczynka

Śmiesznie to brzmi.

gdyż głód nieznośnie dawał się we znaki.

Znowu – zbyt wysoki ton. Zwłaszcza "gdyż" robi złe wrażenie.

 gdyż to najlepsze co

Jak wyżej. Najlepsze, co.

 skosztuję coś takiego

Czegoś takiego.

 Zjedz całą bulwę

Bulwę? Na surowo? Niedobry pomysł…

I kim ty w ogóle jesteś i czego ode mnie chcesz?

Właśnie… nienaturalne są te dialogi, drewniane i infodumpowe.

 Przyklęknął na jedno kolano, zniżając się do poziomu dziewczyny

Matko, ile on ma wzrostu?

 które można było wykopać chyba w pierwszym lepszym miejscu

Trochę na siłę to wtrącenie.

 słowo wczoraj.

Supozycję materialną zaznaczamy cudzysłowem: słowo "wczoraj".

 rzekła niezgrabnie Kruszka lecz obydwoje

Jakoś to "rzekła" nie pasuje. Za wysokie. I dlaczego "lecz"? To normalne, że się w tej sytuacji śmieją.

 Chłopiec widząc to zapytał

Chłopiec, widząc to, zapytał.

 bardziej do siebie niż

Bardziej do siebie, niż.

 Myr chcąc położyć

Myr, chcąc położyć. Nie czytaj mu w myślach, pokaż, że próbuje.

 Nie interesowało ją to jednak

Zmieniasz czas (wcześniej był teraźniejszy). Nie interesowało jej to.

 Do nauczyciela Zniewko

Imiona odmieniamy: Zniewka.

 nie wiedziała dlaczego

Nie wiedziała, dlaczego.

 mogłabym jej nieźle odpłacić, kiedy podniosłaby na mnie kij.

Powtórzone "kiedy" – może: gdyby podniosła na mnie kij?

 Słońce już zaszło za morzem traw i poczuła lekkie dreszcze

Moja polonistka obniżyłaby Ci ocenę za łączenie w jednym zdaniu spraw tylko odlegle powiązanych :)

 na nieosłoniętej niczym w większości skórze

"W większości" wycięłabym, daje wrażenie pośpiechu, jakbyś zapisywał swoje myśli i nie poprawił tego potem. Źle się parsuje.

 prócz przepaski na biodrach, nosiła

Bez przecinka.

z mieszaniny piór i traw,

To znaczy?

 Położyła się przy niewielkim głazie

Odszedłeś od tematu i potknęłam się tutaj.

 zasnęła zanim nastała noc.

Zasnęła, zanim.

 ciepło, jakim ją obdarowały

Raczej "którym", to konkretne ciepło.

 odburczała

A nie "odburknęła"?

 odliczają czas na swoją kolej

Chyba "odliczają dni, aż przyjdzie ich kolej"? Czas nie jest skwantyfikowany.

 Dla ciebie nie mamy jednak całego roku

Dziwna składnia.

 odpowiedziała wstając

Odpowiedziała, wstając.

lekko zakrzywioną, krótką włócznię z kamiennym, naostrzonym grotem

Nie musisz pchać całego opisu w jedno zdanie.

 wyruszać, zaraz będzie świtać

Rym. I powtarzasz go w następnym zdaniu.

Jak to czekać?

Jak to "czekać"?

 mogę już nie dostać

Trochę to anglicyzm.

 Przez pewien czas nie będą myśleć o tym, że uciekłam, co pozwoli mi znacznie się oddalić.

Niefantastyczny styl.

 zimna, które wkraczało na stepy

No, nie wiem. Purpura.

 krwisty, zakrzywiony dziób

Krwisty jest befsztyk, dziób raczej krwawoczerwony.

 potrafiła wyginać się we wszystkich kierunkach, albo przeciwnie, gdy biegacz wyczuwał zagrożenie, być twarda jak stal.

Rozumiem, ale dziwnie to wygląda.

jak na koniu

Mają tu konie?

 miejsce koczowiska

"Obozowisko" nie powtarzałoby dźwięku.

 Ziemia wolna od wysokich traw, bowiem niebo musiało być dobrze widoczne

Przecież spomiędzy traw je widać?

 coś odznaczającego się od reszty,

Znowu – zrozumiałe, ale dziwnie wykręcone.

 W ten dzień

Tego dnia.

 potrafiła obrać odpowiednią drogę

I co jej to da, skoro nie wie, gdzie jest? Powtórzony dźwięk.

 miało się wiedzę

Dziennik telewizyjny, daję słowo. Jeśli się wiedziało.

 Póki co gnała

Póki co, gnała.

jak najdalej za sobą

Jak najdalej. Kropka. Wiemy, za kim ich zostawia.

 Przecięty wpół księżyc

Mmm… no, nie wiem.

 rozświetlały mrok nocy niczym płonące strzały

Purpura.

 Co mam czynić… czy jestem pewna tego, czego chcę?

Purpura i anglicyzm.

 Choć powoli wsiąkała w życie koczowników.

Nie wiem, czy to dobry pomysł, oddzielać to. I “wsiąkała”? Hmm?

 Denerwowała ją jednak ciągła tajemnica wszystkiego.

To nie po polsku. "Tajemniczość" jeszcze by uszła.

 można było ich usłyszeć podczas nocnych rytuałów, kiedy to ponoć rozmawiają z duchami

Rozmawiali.

jak Wan z kimś rozmawiał

Rozmawia. Zob. consecutio temporum.

 a co za tym idzie

W czym pomaga ten wtręt?

Tego akurat nie musiała słyszeć, żeby wiedzieć jak wygląda sytuacja, gdyż

Przegadane to.

które można wykopać

Można było wykopać – mieszasz czasy.

 czy Wan się ich obawiał

Z gramatyki (związek zgody) wynika, że Wan obawia się gór. Monolog Kruszki jest tak skrótowy, że daje wrażenie huśtawki nastrojów.

 aż podskoczyło ze skrzekiem,

Gdyby był cichszy, podskoczyłoby bez skrzeku?

Nabiła sobie solidnego siniaka

Siniaki widać dopiero po jakimś czasie. Uderzyła się – w tej chwili powinno po prostu boleć.

 Poleżę tak w tych wysokich trawach dopóki

Wycięłabym trawy. Poleżę tak, dopóki.

 wynurzyła głowę nad żółtawe źdźbła

Hmm.

 znalazł dziewczynę wzrokiem, wpatrując się w nią małymi, czerwonymi ślepiami

Może wystarczy, że się w nią wpatrzył?

zamarła jak zamrożona

Aliteracja. Wystarczy: zamarła.

 w ruch poszedł pysk

Dziwnie to brzmi. Nie mogę tego zobaczyć.

 skrzek podobny temu, który towarzyszy ubijanemu kurczakowi

Jak już, to ubojowi kurczaka – ale to i tak nie będzie brzmiało dobrze.

 złość, które niosły śmierć

Złość niosła śmierć?

 ale kiedy potknęła się na trzęsących się nogach, odpuściła.

Facet, postaw się w jej sytuacji. Odpuściła? Machnęła ręką, a niech mnie zeżre? Oj, nie. Poza tym "odpuściła" jest mało fantastyczne.

 wycharczała wymachując

Aliteracja. I obraz jest dość śmieszny.

 nie mając najmniejszego pojęcia, co najlepszego wyczynia.

Rozmyte to-to.

fragmenty piór i mięsa.

Yyy?

 Wiara w cokolwiek opuściła Kruszkę.

Nie jest to moment na filozofowanie…

 

Uch, wykończysz mnie, chłopie. Muszę iść po jakąś spyżę, ale

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Hah, jesteś niemożliwa :O Tak tylko rzeknę, żebyś nie myślała, że na próżno Twój wysiłek idzie, iż czytam i analizuję wszystko co wypisujesz (więcej się nie da?:P) aleee… do edytowania zebrać się nie mogę, choć z pewnością to w końcu uczynię! No, nie ze wszystkim się zgadzam, ale tak czy siak chylę czoło przed Twą wiedzą i łapankową mocą, o Tarnino ;)

więcej się nie da?:P

Powodzenie mają tylko trylogie XD

 skruszony liść jakiegoś ziela

Skruszony tylko, jeśli wcześniej ususzony – i nie bardzo widzę logistykę takiego przedsięwzięcia. Spróbuj sam z oregano (nie, nie z konopiami XD).

fala okropnego bólu, wywołana przez liczne rany

Treściowo znośnie, ale stylistycznie – skrót myślowy.

 obłożono specjalnym wywarem

Jakim cudem? Wywary spływają. Tak, wiem, że to skrót myślowy – o to chodzi, żeby ich nie robić.

 blizny aby

Blizny, aby.

szkaradne blizny, na które była skazana

Dziwne to jakieś.

 zmielone, suszone liście

Bez przecinka (p. wyż.) i – skruszone, a zmielone to nie to samo.

 Tak przewidziałem

Tak, przewidziałem.

 Ślady stepowego biegacza mówiły o tym, że gnałaś

Tak w zasadzie, to jest anglicyzm. U nas ślady świadczą, albo widać po śladach.

 Kierunek wskazywał na północ.

Po co mącisz? Kierowałaś się na północ. Kropka.

 kiedy piekący ból przeszył całą lewą część twarzy

Pokaż to. Niech syczy z bólu, niech się łapie za bolące miejsce i zaraz cofa rękę, bo wtedy boli bardziej. Czujesz bluesa?

 Zaczynam żałować, że ten niedźwiedź mnie nie pożarł… mam tego wszystkiego dość.

Odbija mi się echem mój ulubiony blooper z Peterem Davisonem "God, the melodrama!"

 położył brodę na splecionych dłoniach

Niby wiem, o co chodzi…

 Nie wiem już, co było prawdą

Nie wydaje mi się to naturalne (cała ta wypowiedź).

 Zakończyła zamyślona.

Aliteracja, poza tym dokleiłabym didascale do wypowiedzi.

 Wszystko to było dla niej niezrozumiałe i dziwne.

I co wnosi ten komentarz?

 nie czekając na żadną odpowiedź

Wystarczy: nie czekając na odpowiedź

 wirować jak niegdyś, po wypitym

To wygląda tak, jakby niegdyś cały czas wirowało jej w głowie. Ja postawiłabym przecinek gdzie indziej: wirować, jak niegdyś po wypitym…

 Pomyślała przez chwilę o wciśniętym jej przez Myra zielu

Hmm, no, nie wiem.

 bolały, jakby wpadła głową do ogniska

Dziwne porównanie.

 liście w kształcie gwiazdy

Psychogenne właściwości mają znamiona słupka Cannabis sativa. Z części zielonych, to możesz sznurek zrobić :)

 żar ognia, nie był w końcu spowodowany setkami rozżarzonych węgielków

Zaraz, bo się pogubiłam. Przecież nie pali jej prawdziwy ogień. To zupełnie inne uczucie, być parzonym węgielkami i grzać się przy ognisku.

 Gałęzie karłowatych drzew

Ej. Tu przecież drzew nie było!

 nocnemu, pełnemu gwiazd niebu.

Pokaż mi to niebo.

 Podparła się poranionymi rękami, którymi starała się zasłaniać przed ciosami

Aliteracja i abstrakcja – ręce są poranione od tego, że się nimi zasłaniała, tak? No, to co powiesz na to: Oparła się na rękach, pociętych zaschłymi śladami niedźwiedzich pazurów?

 skrawku ziemi, wokół którego siedziało wielu mężczyzn

Wokół skrawka? Czy jednak ogniska?

 włosów, które były tak skołtunione

Uwolnij swoją gramatykę. Np.: włosów, tak skołtunionych…

 Zanim zdążyła postanowić co z sobą począć

Brak tu przecinków, ale cała fraza jest zbędna – wiemy, że bohaterka myśli o czymś innym, niż chwila obecna.

 Nie myśląc za wiele

Po co teraz zaczynać? Uh, przepraszam, ale ta fraza niewiele wnosi.

 czekała na to, co się wydarzy

A na co innego?

 przy jej lewym ramieniu

Zwykle mówi się "po jej lewej ręce".

 zamknięte powieki miał pomalowane ochrą

Mmm… coś takiego budzi moją niewiarę. Ochra jest chyba zbyt gruboziarnista – ale zapytaj jakąś kosmetyczkę (bez ironii – ja się po prostu nie znam).

tak samo jak

Tak samo, jak.

 z kolei

Nie jest to niezbędne.

 jakby starał się w nich coś znaleźć

Skróciłabym: jakby w nich czegoś szukał.

zaczął wydawać z siebie znane już dziewczynie jęki:

Coś mi to niepoważnie wygląda.

 W ślad za nim poszli wszyscy pozostali:

Hmm.

 Żar od ogniska

Żar ogniska. Nie pchaj naszego języka w stronę tych izolujących – fleksja jest piękna! :) Przy okazji – czy ciepło na pewno drażni pokaleczoną skórę? Nie jestem tego taka pewna.

ognistych biczów strzelających w stronę nieba

Mieszana metafora (i używasz odmiany wariantywnej, aż mnie świerzbi, żeby wytknąć błąd, ale PWN na nią zezwala, wiec wrr…) – czy strzelanie z bicza naprawdę wydaje Ci się podobne do strzelania płomieni? Mnie nie bardzo.

puste, gliniane kubki

Bez przecinka (grupa nominalna). Całe zdanie dałoby się skrócić i ogładzić.

 kiedy w końcu wydarzyło się coś, czego doświadczyła i ona.

Po co to zapowiadasz, skoro za chwilę się zdarzy? Sam sobie utrudniasz pracę.

 Tańczące chaotycznie płomienie

Taniec implikuje porządek, nie chaos. Dlatego to porównanie wychodzi nieczytelne.

 stworzyły jeden wielki, ognisty jęzor

Strasznie spowalniasz. Długie zdanie, widzę, że ma być obrazowe, ale jakoś nie jest.

 Ogień wznosił się do góry niczym płonąca kolumna.

Kolumny nie wznoszą się do góry.

 W końcu

To sugeruje czekanie, zniecierpliwienie ("no, w końcu"). Na pewno o to Ci chodzi?

 buchnął ze zdwojoną siłą

Czyli co zrobił?

 jest pełen jakiejś ciemnej cieczy

Neil Gaiman called, he wants his disgusting stuff back :P

 patrzyła z wyczekiwaniem

To źle brzmi, zwłaszcza, że powtarza schemat (xnęła z ym).

 łap niedźwiedzi setka.

Ten szyk kazał mi się spodziewać rymu. Jestem rozczarowana :)

 zarazem usłyszała, widziała i poczuła.

Jeśli wszystko naraz, to albo wszystkie trzy czasowniki dokonane, albo wszystkie niedokonane.

 Sparaliżowało Kruszkę, kiedy jakaś niewidzialna dłoń

Skrótowe to jakieś…

 tego co się wydarzyło nie potrafiła

Tego, co się wydarzyło, nie potrafiła.

 W końcu jest ta, która ponownie uniesie cząstkę waszego daru.

Trochę przesadziłeś z tą mistyką, bo nie do końca wiem, o co chodzi.

 natrętnie wirujących w niej myśli

Mieszana metafora. Czy wirowanie może być natrętne?

 było prawdą, czy tylko działaniem odurzającego płynu

Różne poziomy abstrakcji.

 Zgarnęła dłońmi poranną rosę z traw

Szyk: Zgarnęła z trawy poranną rosę… (wiadomo, że dłońmi, każdy by tak zrobił).

 Poczuła, jak żołądek daje o sobie znać,

To… dwuznaczne.

 zabrała się do gorzkniaka, niedobrą bulwę

Albo: zabrała się za gorzkniaka, niedobrą bulwę; ALBO: zabrała się do gorzkniaka, niedobrej bulwy.

 Zaczęła rozmyślać o ostatnich wydarzeniach…

Znowu – zapowiadasz to, co zaraz zrobisz. Nie ma potrzeby.

 Z jednej strony dał się dosiąść, z drugiej chciał zabić.

Ah, symbolika.

 Gdyby tylko żył tata

Naturalniej: gdyby tylko tata żył.

 Rzekła wtedy zjawa.

"Rzekła" na początku zdania trochę mnie zbiło z tropu.

 gdyż nie raz te zwierzęta już ją odwiedzały

Kolokwialne, mimo "gdyż": bo te zwierzęta nieraz już ją odwiedzały.

przez chwilę po czym

Przez chwilę, po czym.

 obwieszeni trawiastymi worami

Brzmi to śmiesznie. I worami z trawy – już to mówiłam.

 Podpierali się włóczniami tuż przy stepowych biegaczach

Dziwne to. A ci, co stali dalej, się nie podpierali?

równie sędziwe co on

Równie sędziwe, jak on.

miała w głowie tyle pytań, mimo to nie zadała żadnego.

Kolokwialne.

 Dziś nie wiem już jednak, w co wierzyć.

Może: Ale dziś sama nie wiem, w co wierzyć.

 zatkanymi, glinianymi dzbanami

Grupa nominalna, więc bez przecinka.

 Ktoś, kto żyje w jego koronie.

Anglicyzm. Mieszka.

 Jedna z tysiąca myśli przekrzyczała w tamtej chwili wszystkie inne.

Oj, trochę purpurowe.

 chłopca, który dosiadał własnego ptaka.

A teraz przeczytaj to głośno…

 kolumny koczowników

Aliteracja. I nie rusza się tak natychmiast, z bagażami i w ogóle. Spróbuj to sobie wyobrazić.

 została mógłbym

Została, mógłbym. Rozkoszna wizja.

 ale zarazem zrobiło jej się smutno.

"Zarazem" nie gra tutaj, jest zbyt wysokie.

 Koczownicy wybierają swe kobiety niezależnie od ich woli.

Nie jestem specjalistką, ale to w społeczeństwach, w których (wolno urodzone) kobiety nie pracują, nierówność jest chyba zwykle największa. U koczowników – raczej nie.

 głaszcząc ptasią szyję.

O szczebelek lepsze od "szyi ptaka", ale trochę jeszcze niezgrabne.

 w miejsce, za które moja oddała życie

Za miejsce – czy za ludzi?

 różnej maści i wielkości kły

"Maść" ma koń (to kolor sierści). Takie użycie, jak tutaj, jest z zasady ironiczne, ale wydaje mi się, że nie to miałeś na myśli.

 Babka jeszcze żyje, zrobi mi drugi.

Nie ma to, jak emocjonalna głębia.

 jednak język

Aliteracja.

 oddzielne strony świata

Różne. To nie to samo, co oddzielne.

 Epilog

Już? Dopiero zawiązałeś akcję!

 pierwsze połacie śniegu

Czy śnieg występuje w połaciach? Ponadto – tylko parę dni ze stepu do strefy ze śnieżną zimą? To jak z Almerii do Gdańska, mniej więcej (zob. tu).

w swoich tobołach, przywiązanych

W tobołach na grzbiecie biegacza (bo w czyich?).

wraz z coraz gęściej pojawiającymi się drzewami i coraz wyraźniejszą zimą, było jej okropnie zimno

To nie jest prawidłowe gramatycznie.

 wyciągając z niego wszelkie siły

Hmm.

 dzieli ją aż tyle dni szybkiej jazdy

To w końcu jak daleko jest?

 Wielkie, wyrastające ponad wszystkie inne w okolicy, drzewo.

Nie wiem, czy dawałabym to jako wtrącenie, trochę niewygodnie się czyta.

 który przyjął to z wielką ulgą.

Pokaż to.

 wypuściło ze świstem parę z dzioba

Ale nie tak. To ptak, nie czajnik.

 zaczęła wspinać się

Naturalniej: zaczęła się wspinać.

 nie spowolniło to za bardzo szaleńczej wspinaczki

Źle się to parsuje – wspinaczka była bardzo szaleńcza? Hmm?

 W niknące w oddali drzewa.

Ale co w drzewa? Mogła się obejrzeć na drzewa, jak już. Poza tym nie widzę powodu wydzielania takich fraz (mówiłam to już? Chyba zapomniałam, więc teraz mówię), powinny być częścią zdań.

 słyszy to w swojej głowie

A w czyjej?

 Było jej domem. Zwierzęta zaś

O, to też bym połączyła.

 gdyż była przekonana, że została schowana

Przedłużasz i wciskasz na siłę stronę bierną. Nic się nie stanie, jeśli zdradzisz, kto schował książkę do torby :)

 swych braci i siostry, mimo wszystko, wtedy las da jej siłę

Te przecinki trochę mylą – kochać ich mimo wszystko, czy las da jej siłę mimo wszystko?

 niewiele brakowało, a spadłaby z niego po raz drugi

Pokaż to.

 Za mało przesłanek doświadczyłaś?

Nie.

moc całkowitego władania nad zwierzętami.

Władania zwierzętami. A lepiej: pełną władzę nad zwierzętami.

 Tak, tego właśnie pragnę.

To dobre przesłanie – ale nie pokazałeś wyraźnie, jak do tego doszła.

 wyłonił się pięknie rzeźbiony, drewniany róg

Przecież jest oślepiona?

 Oby nie był popsuty. Pomyślała jeszcze,

Trochę mnie myli sposób, w jaki zapisujesz myśli, ale to może być mój problem (mnie mówiono to samo).

 Nie zauważyła nawet

Kto nie zauważył, i dlaczego ziemia?

 podniebne drapieżniki pochwyciły ją pazurami

POdniebne POchwyciły. "Pochwyciły" jest raczej pretensjonalne. Może prościej: chwyciły w pazury?

 I zamarła.

Znowu?

 nagle napływającą odwagę.

A może "nagły przypływ odwagi"? Hmm?

 tym razem nie jest to sen po jakimś przeklętym zielu.

Ona ma jeszcze wątpliwości?

 niedźwiedziego ucha, nim ten zaczął pędzić.

Ten ucho?

 

Uff. Zdajesz sobie, naturalnie, sprawę, że w sześćdziesięciu kilku tysiącach znaków napisałeś pierwszy tom cyklu siedmiu powieści?

Ale czy to jest dobra powieść, hmm. Wytłukłam Cię już po głowie niezręcznościami, przedłużaniem na siłę i ogólną sztywnością stylu, więc weź aspirynę i przejdźmy dalej.

Czytałam kiedyś coś opartego na zbliżonym pomyśle (bohaterka wybrana do wielkich rzeczy podróżuje po coraz pobieżniej opisanych krainach, mozolnie odkrywając, co to za wielkie rzeczy) – w zasadzie Twój świat ma wszelkie dane na bestseller young adult. Nie jest oryginalny, ale najbardziej podobają nam się znane melodie. Styl zdecydowanie nie śpiewa, obrazy nie obrazują, ale to jest do wyćwiczenia.

Moje wątpliwości budzi nie tyle oklepana filozofia – "uwierz w siebie" (szpitale psychiatryczne pełne są ludzi wierzących w siebie), co sposób jej przekazania w ekspozycji i dialogach, zamiast w fabule. Żeby nie było – to, czego tu od Ciebie wymagam, jest trudne. Czasem bardzo. Ale starać się trzeba.

Mógłbyś zacząć od mocniejszego zarysowania postaci, bo na razie widzę tu raczej stereotypy otaczające bohaterkę, z którą czytelnik ma się identyfikować, a nie obserwować jej przygody.

No, i kończysz akurat w chwili, kiedy panna zaczyna wreszcie brać życie w swoje ręce (zahaczka na drugą część, co?)

Powodzenia.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Rzadko czytam młodzieżową fantastykę. Po pierwsze nie moja grupa wiekowa, a po drugie coraz głupsze są te książki. Autorzy starają się schlebiać nastolatkom, fundując im wspaniałych bohaterów, którzy już wszystko wiedzą, wszystkiego się nauczyli i w ogóle pozjadali wszystkie rozumy. Twoja Kruszka jest inna i pewnie dlatego tak bardzo mi się spodobała. Przedstawiasz ją jako dziecko, psocącego urwisa i stopniowo pokazujesz, jak się zmienia, jak się miota pomiędzy dzieciństwem, a dorosłością, między własnymi pragnieniami swobody, a swoim przeznaczeniem.

Zgadzam się z przedpiścami, że to materiał na coś większego; fajnie by było, gdybyś jeszcze bardziej rozwinął postać Kruszki, a żeby to zrobić, musisz niestety rozwinąć też inne postacie. A to oznacza jeszcze więcej znaków. Poza tym, rzeczywiście przydałby się ciąg dalszy.

Jedyne, co mi trochę przeszkadzało, to postać Złejsławy. Wydaje mi się trochę sztampowa, zbyt jednoznacznie zła. W końcu coś ojcu Kruszki obiecała i, jeśli rzeczywiście go kochała, to powinna starać się tej obietnicy dotrzymać. Może ona zwyczajnie nie umie, może nie wie, co zrobić z dzieckiem, które stale jej się wymyka i nawet specjalnie jej nie lubi. Rzuciło mi się w oczy, że Kruszka właściwie nic nie robi, nie ma żadnych obowiązków, a twoje uniwersum nie wygląda mi na XXI, ani nawet XX wiek. Wcześniej dzieciaki miały swoją robotę do wykonania. Poza tym, siniaki widać. Czy nikt w osadzie nie przejął się losem sieroty, córki bohaterów, którzy własną piersią bronili wodza?

Tarnina, dziękuję ostatecznie za wszelką pomoc, Irka_luz, cieszę się bardzo, że Ci się spodobało mimo niektórych przeszkadzających aspektów :)

Odpowiem, że po przeanalizowaniu wszystkich komentarzy i opinii postanowiłem nie porzucać tego opowiadania. Z pewnością z czasem go rozbuduję, dopiszę to i owo, a jak będzie moc to i może spróbuję zrobić z tego jakąś większą całość, może nawet powieść. I wtedy będę miał na uwadze wszystkie uwagi i wskazówki, więc może dzięki Waszej pomocy wyjdzie z tego coś całkiem całkiem…

Pozdrawiam :)

Wracam do tego opowiadania, bo widzę, że utknęło w poczekalni. A jest przecież całkiem niezłe. Ponieważ mam już taką możliwość, spróbuję polecić je do biblioteki. Tobie pozostaje mi życzyć powodzenia w polowaniu na piątego klika. :)

CM, polowanie zakończone sukcesem! :D Bardzo Ci dziękuję, że wróciłeś i poleciłeś. Kiedy skończę konkursowe opowiadanie mam zamiar zabrać się właśnie za rozbudowanie Kruszki, a teraz trafia do biblioteki, co jeszcze bardziej motywuje :)

– Tak, tak, oczywiście[+,] kruszynko.

Gdy minęła polanę, na środku której leżał omszały głaz[-,] z wyrytym wizerunkiem przedstawiającym trzy głowy Smerowita, była bardzo podekscytowana.

Mniejsze drzewa rozpościerały się jeszcze daleko, z czasem jednak przechodziły w mniejsze,

Bo nigdy kto miałby to zrobić?

Gdyby nie wstrząsy, można by przespać się na nim i bez pomocy żabiego snu. -Pomyślała, ale kiedy wróciła do rzeczywistości poczuła, że zaraz się rozpłacze.

Gdzieś jeszcze mignął mi jakiś zagubiony przecinek, ale już nie chciałam się odrywać. Fajne opowiadanie :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki Anet, że jeszcze wypatrzyłaś babole w tym 100 razy edytowanym opku :o I cieszę się, że okazało się fajne :)

Podejrzewam, że nawet w edytowanym tysiąc razy coś by się znalazło, to jakaś tajemnicza sprawa, klątwa autorska czy coś w tym stylu – jeśli autor nie przepuści choćby jednej usterki, opowiadanie się nie liczy ;P

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka