- Opowiadanie: Issander - Opowieść wiatru

Opowieść wiatru

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Opowieść wiatru

W głębi lasu, zza pnia rozłożystego dębu wyłoniła się driada. Piękna i naga, ziewnięciem przywitała poranek. Odpowiedział jej trel przelatującego tuż obok skowronka.

– Witaj, skowronku – odśpiewała driada. – Co cię tak wcześnie do mnie sprowadza?

– Dzień dobry, driado. Leciałem jak zwykle pożywić się owocami twego drzewa – wyjaśnił ptaszek, przysiadłszy na ziemi – lecz po drodze spostrzegłem, że do lasu zbliża się człowiek. Popędziłem ile sił w skrzydłach, by cię uprzedzić.

– Dziękuję, skowronku, za twoją troskę. – Driada uśmiechnęła się. – Lecz nie musisz się martwić. To miejsce znajduje się daleko od ścieżek, którymi chadzają ludzie. Masz, posil się owocami dębu, by starczyło ci sił na drogę powrotną ku łąkom i polom.

Chmury zasłoniły firmament i zesłały na las życiodajną wodę. W podzięce za dar deszczu driada tańczyła wokół dębu, biorąc prysznic w lecącej wprost z nieba mżawce i w skapujących z liści grubych kroplach. Następnie poprosiła wiatr, by na chwileczkę rozgonił chmury i położyła się w przebijających korony drzew promykach, by się wysuszyć. Jej odpoczynek przerwał głośny trzepot skrzydeł.

– Witaj, kruku – powiedziała, naśladując krakanie. – Co cię tu sprowadza wcześniej niż zwykle?

– Dzień dobry, driado. Leciałem jak co dzień, by pożywić się owocami twego drzewa – wyjaśnił ptak, przysiadłszy na gałęzi – lecz po drodze spostrzegłem w lesie człowieka. Natychmiast pospieszyłem, by cię ostrzec.

– Dziękuję, kruku, za twoją troskę – powiedziała życzliwie driada – ale to miejsce ukryte jest w samym sercu kniei, z dala od ludzkich szlaków.

– Driado najmilsza – strapił się kruk – człowiek ten zboczył ze ścieżki i na moich oczach skierował się w tę stronę.

Po driadzie wcale nie widać było oznak przejęcia.

– Aby tu dotrzeć, musiałby przedrzeć się przez najgęstsze poszycie i najciemniejsze moczary – oznajmiła. – Nie troskaj się, kruku. Masz, posil się owocami mojego dębu, byś znalazł dość sił na powrót do stada.

Driada spędziła popołudnie obchodząc wiekowe drzewo. Sprawdziła, czy deszcz nie zniszczył pająkowi jego srebrzystego domu, czy grzyb na powalonym pniu zdążył wchłonąć dość wilgoci i czy pobliskie mrowisko uniknęło powodzi. Gdy pomagała w podróży ślimakowi, delikatnie odgarniając przed nim trawę, usłyszała nad głową naglące pohukiwanie.

– Witaj, sowo. Widzę, że i ty zjawiłaś się wcześniej niż zwykle – zauważyła driada. – Słońce jeszcze nawet nie zaszło.

– Dobry wieczór, driado. Właśnie szykowałam się do podróży, gdy zobaczyłam człowieka rozbijającego obóz niedaleko stąd. Postanowiłam jak najszybciej cię powiadomić.

– Niedaleko? – zdziwiła się driada. W mateczniku nie było nic, czego obcy mógł szukać, a droga prowadziła przez gęstwiny i mokradła.

– Owszem. W istocie tak blisko, że nawet teraz, z gałęzi wysokiego dębu, moje bystre oczy widzą, jak szykuje się do snu.

Driada powiodła oczami za spojrzeniem sowy.

– Nie widać łuny – stwierdziła. – Nie rozpalił ognia, więc jestem pewna, że nie ma złych zamiarów i odejdzie jutro. Masz, posil się owocami mojego dębu. Noce są już chłodne i będziesz potrzebować energii.

Driada przytuliła ostatni promyk, który przebił się przez chmury i korony drzew, dziękując słońcu za kolejny dzień, po czym udała się na spoczynek.

Nazajutrz udała się w kierunku wskazanym przez sowę, łaskotana w stopy przez wilgotne źdźbła trawy. Skryta za krzakiem malin obserwowała człowieka. Zamierzała zaczekać, aż odejdzie, by sprawdzić, czy mieszkańcom lasu nie zaszkodziła jego obecność. On jednak nie pakował się i nie zbierał do marszu, co zaczynało ją nieco irytować. Z drugiej strony nie rąbał drzew i nie mordował zwierząt. Driada zabawiała się, próbując odgadnąć przeznaczenie rozmaitych przedmiotów, które miał ze sobą. O zwyczajach ludzi wiedziała tyle, ile wiedział sam las.

Słońce wzeszło wysoko, a mężczyzna nie ruszał z miejsca, jakby planował zadomowić się w mateczniku. W pewnym momencie sięgnął po jeden z przedmiotów i zbliżył go do ust. Driada usłyszała melodię podobną do pieśni słowika. Podparła się ręką i wychyliła, by mieć lepszy widok, lecz zapomniawszy o krzaku malin ukłuła się w palec i straciła równowagę.

Mężczyzna natychmiast przestał grać na instrumencie i zerwał się na nogi, jakby spodziewał się ataku. Jednak gdy zobaczył leżącą na ziemi niewiastę o brązowej skórze i zielonych włosach, jego strach przeszedł w zdziwienie oraz zachwyt.

– Nic ci się nie stało? – zapytał, podając jej rękę. – Kim jesteś?

Spojrzała na niego oczami koloru burzowej chmury, bojąc się poruszyć niczym przerażone zwierze. Mężczyźnie przyszło do głowy, że istota może nie mówić ludzkim językiem.

Driada odskoczyła, otrzepała kolana z ziemi i wyprostowała się.

– Jestem duchem tego lasu. Powiedz, człowieku, po co tu przybyłeś?

Driada włożyła sporo wysiłku w to, by zabrzmieć władczo i wyniośle. Liczyła, że onieśmieli przybysza i odzyska kontrolę nad sytuacją, ale efekt przerósł jej oczekiwania. Mężczyzna odwrócił wzrok, jakby bał się na nią nawet spojrzeć.

– Nie mam złych zamiarów – wyjaśnił, skrywając zaczerwienione lico. – Do niedawna mieszkałem w mieście, lecz pożyczyłem pieniądze, których nie byłem w stanie oddać. Pragnę uciec daleko, gdzie będę bezpieczny, ale postanowiłem najpierw ukryć się głęboko w lesie na kilka dni, by uniknąć zatrzymania w podróży. Gdy tylko pomyślą, że zniknąłem, i przestaną mnie szukać, wyruszę dalej.

– Rozumiem – rzekła driada, choć w istocie niewiele zrozumiała, gdyż nie wiedziała, co to pieniądze i jak wygląda życie ludzi w mieście. – Jeśli obiecasz, że nikomu o mnie nie powiesz i że pozostawisz to miejsce takim, jakim je zastałeś, pozwolę ci zostać.

Przybysz obiecał i driada oddaliła się. Wciąż jednak nie mógł oderwać od niej myśli. Co jakiś czas spoglądał w kierunku wysokiego dębu. Przeważnie nic nie dostrzegał. Czasami jednak mignął mu gdzieś fragment brązowej skóry i zawstydzony mężczyzna pośpiesznie odwracał wzrok, by niedługo znowu przyłapać się na zerkaniu w tę samą stronę.

Choć driada wróciła do drzewa i zaczęła odprawiać swoje rytuały, jej myśli krążyły gdzie indziej. Jeszcze nigdy nie miała okazji, by poznać człowieka. Wszystko, co o nich wiedziała, zasłyszała od leśnych zwierząt. Miała wiele pytań.

Pod wieczór zebrała ze sobą garść owoców i udała się do przybysza. Zastała go w trakcie oszczędnego mycia się wodą z pojemnika.

– Niedaleko stąd znajduje się źródło – zagaiła. – Pokażę ci, jeśli chcesz. Mam też dla ciebie owoce dębu, byś mógł się posilić, nie kradnąc przy tym pożywienia zwierzętom.

Mężczyzna podziękował, a driada wykorzystała okazję, by zapytać o dziwny przedmiot, z którego wydobyła się piękna melodia. Zafascynowana słuchała wyjaśnień przybysza, a każda odpowiedź rodziła kolejne pytania. Nim się zorientowała, zrobiło się ciemno.

Stopniowo zaczęli spędzać ze sobą coraz więcej czasu. Driada pokazała mężczyźnie, jak dbać o matecznik i wszystkich jego mieszkańców, zaś on uczył ją o zwyczajach ludzi i przeznaczeniu produkowanych przez nich przedmiotów.

Przybysz wielokrotnie odkładał swoje odejście na nieco później, aż zrozumiał, że wcale nie chce odchodzić.

Jednego z tych dni zauważył drobne zmiany, jakie zaszły w driadzie. Stała się pulchniejsza, jej skóra lekko pomarszczona, a we włosach zaczęły pobłyskiwać szarość oraz brąz.

– Taka jest kolej rzeczy – oznajmiła, gdy zwrócił na to uwagę. – Co roku kładę się spać w korzeniach dębu i co roku budzę się na nowo spod śnieżnego kożucha. Co zamierzasz zrobić? Wkrótce nie będę już mogła cię karmić. Czy odejdziesz daleko, tak jak planowałeś?

Mężczyzna nie miał wątpliwości co do odpowiedzi.

– Nie. Udam się na jakiś czas z powrotem do miasta. Ukryję się u mojej rodziny, by nie mieć problemów, i powrócę, gdy stopnieją śniegi. Razem przywitamy wiosnę.

 

***

 

Dni stawały się coraz krótsze, a noce dłuższe, aż pewnego poranka driada oznajmiła:

– Brak mi już sił, by obrodzić owocem. Nie pierwszy to raz, lecz pierwszy tak smutny. Wkrótce nadejdzie pora naszego rozstania.

Spędzili te ostatnie parę dni ciesząc się każdą chwilą spędzoną razem. Ona nauczyła go ukołysać borsuka do snu zimowego i rozpylać zarodniki borowika o brązowym kapeluszu. On nauczył ją, jak miękki jest mech pod plecami i jak daleko niesie się głos w gęstwinach.

Płakała, kiedy odchodził.

– Przestań – zaoponowała miękko, gdy spróbował otrzeć jej łzy. – Tylko ujmiesz tej chwili.

– Nie chcę, byś smutna przespała całą zimę.

– Nie będę, obiecuję. Teraz jestem smutna, gdyż odchodzisz. Położę się radosna, bo wiem, że znajdę cię przy mnie, kiedy się obudzę. Ty też obiecaj.

– Obiecuję.

Gdy znalazł się daleko, a po łzach pozostała już tylko cienka warstwa soli na policzkach, driada poprosiła wiatr, by przywołał skowronka, kruka i sowę.

– Mam do was prośbę, drogie ptaszki – zwróciła się do nich miękkim głosem. – Zaopiekujcie się moim ukochanym. Zadbajcie, by nie stała się mu krzywda, gdy będę spała w korzeniach dębu.

– Oczywiście – zahukała sowa.

– Karmisz i dbasz o nas, odkąd sięgam pamięcią – zakrakał kruk. – Z chęcią się odwdzięczymy.

– Obiecujemy! – zaświergotał skowronek.

Gdy ptaki również zniknęły driadzie z oczu, obeszła drzewo po raz ostatni, dziękując rozmaitym istotom za kolejny rok razem i żegnając się z tymi, które miały obumrzeć zimą, by zrobić miejsce nowym.

Z uśmiechem wniknęła w pień dębu i ułożyła się do snu w jego korzeniach.

 

***

 

Obudziła się wciąż z uśmiechem na ustach. Wybiegła na świat w swoim pierwszym, powitalnym tańcu. Drobna i o dziecięcych rysach, przyozdobiona krótkimi zielonymi włosami, z łatwością mogłaby zostać wzięta za elfa bądź skrzata, lecz w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby ją z nimi pomylić.

Nie mogąc znaleźć swojego ukochanego pod drzewem, zataczała coraz większe kręgi, a gdy i to nie pomogło, zaczęła za nim wołać.

– Na próżno szukasz – odezwał się skowronek tak cicho, że niemal go nie usłyszała. – Nie ma go tu.

– Czemu? – spytała driada. – Co się stało, skowronku?

– Wybacz, driado. Poleciałem za nim i pilnowałem go z parapetów, dachów i latarni. Widziałem, jak odnalazł swoją rodzinę. Lecz w mieście nie było dość jedzenia. Musiałem odlecieć ku polom i łąkom, gdzie ludzie trzymają zapasy ziarna, by przetrwać srogie mrozy. Być może kruk i sowa powiedzą ci coś więcej.

Driadzie zrobiło się przykro, że ptaszek nie dotrzymał słowa. Chciała wrócić do dębu, by w samotności dalej czekać na mężczyznę, gdy skowronek powiedział:

– Jestem słaby i głodny po zimie. Proszę, nakarm mnie owocami twojego drzewa, bym mógł odzyskać siły.

Driada zgodziła się, choć co innego zaprzątało jej myśli. Lecz ze zgryzoty owoce pokryły się twardą skorupą, tak że mały dziób skowronka nie był w stanie przebić się do pożywnego miąższu, i ptaszek odleciał z pustym żołądkiem.

Nie musiała długo czekać na zjawienie się kruka.

– Niestety i ode mnie nie dowiesz się wiele – zakrakał w odpowiedzi na jej pytania. – Poleciałem za nim do miasta, jak chciałaś. Słuchałem, jak kłócił się z krewnymi. Ludzie, od których pożyczył pieniądze, ze złości przemocą odebrali je jego rodzinie, kiedy przebywał z tobą w lesie. I gdy nadeszła zima, pojawiły się problemy. Lecz i mnie zabrakło jedzenia. Musiałem ukryć się na strychu i czerpać ciepło z komina, za posiłek mając jedynie padniętego z zimna gołębia.

Driada zaszlochała, gdy okazało się, że i kruk nie dotrzymał słowa. Chciała ukryć się w dębie, gdy ptak powiedział:

– Jestem słaby i głodny po zimie. Proszę, nakarm mnie owocami swojego drzewa, bym mógł wrócić do stada.

Driada zgodziła się niechętnie. Lecz ze zgryzoty owoce stały się suche jak wiór, i choć jego silny dziób poradził sobie z twardą skorupą, to i kruk musiał obejść się smakiem.

Wkrótce z gracją i w zupełnej ciszy zjawiła się sowa.

– Mów, sowo, co z moim ukochanym! – zawołała driada. – Chociaż ty jedna miej dla mnie jakieś dobre wieści!

– Poleciałam za nim do miasta, tak jak przykazałaś. Patrzyłam, jak wychodzi przed świtem i wraca po zmroku. Imał się najgorszych prac, a gdy nie było pracy, szedł żebrać. Wszystko po to, by rodzina, przez niego w tragicznej sytuacji się znajdująca, miała czym się pożywić. Aby odpokutować swe winy oddawał im wszystko, co zarobił. Lecz w mieście zbyt wiele jest ogni i lamp jak dla moich oczu. Musiałam kryć się po szopach i nie wiem, co ostatecznie stało się z twoim ukochanym.

Straciwszy wiarę w swoich ptasich przyjaciół, driada pragnęła znaleźć się od nich jak najdalej, lecz sowa, zamiast odlecieć, powiedziała:

– Zima i na mnie odcisnęła swe piętno. Proszę, nakarm mnie owocami swego dębu, bym bez przeszkód przetrwała noc.

Driada zgodziła się resztką cierpliwości. Lecz ze zgryzoty owoce stały się gorzkie i cierpkie. I choć sowa nie miała problemu ani z twardą skorupą, ani z suchością posiłku, to również odleciała głodna.

Gdy driada została sama, przywołała do siebie wiatr.

– Wietrze mój, wietrze! Może choć ty przyjdziesz mi na ratunek i powiesz, gdzie mój ukochany?

Wiatr zawył i zaszeleścił.

– Nie znam dokładnej historii. Nie byłem w domach i na ulicach – powiedział. – Ludzie zbudowali ściany z kamienia i drewna, które są dla mnie przeszkodą. Lecz pędziłem przez pola i widziałem, że nie obrodziły w tym roku. I wiałem wzdłuż murów miasta, tam gdzie ci, dla których zabrakło żywności i ciepła, czekają na pochówek, aż do końca rozmarznie i wyschnie ziemia.

Zdruzgotana driada nie mogła się zebrać, by cokolwiek odpowiedzieć.

– To niestety nie wszystko. Skowronek powrócił do miasta jakiś czas temu. Widziałem, jak wyjada czerwie z ciała tego, którego miał pilnować. Kruk także tam był. Widziałem, jak wydziobuje oczy z jego głowy. Sowa zjawiła się nocą. Widziałem, jak pożywia się mogilnym szczurem wprost z jego trzewi.

Serce driady pękło, gdy to usłyszała.

– Skoro tak – rzekła chłodno – niech ich kłamstwo i wiarołomstwo należytą otrzyma nagrodę. Niech skowronek je czerwie, kruk padlinę, a sowa szczury. Nie dla nich od teraz są moje owoce. Na zawsze zostaną gorzkie, twarde i suche! I już nigdy nie obrodzą poza jesienią, na pamiątkę czasu, który spędziłam ze swoim ukochanym!

Wiatr, przejęty historią, której był świadkiem, zerwał się i opowiedział ją każdemu drzewu, które chciało słuchać. Robi to po dziś dzień, szepcząc w ich koronach, a one oburzone szeleszczą liśćmi i spełniają życzenie driady.

Koniec

Komentarze

Poproszę na razie o nie wypisywanie błędów :)

 

Na razie :)

Całkiem ładna baśń (albo mit).

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Smutne, ale ładne. Taka alegoria o przyjaźni, kłamstwie, miłości, karze, przeznaczeniu, życiu… Plastycznie, obrazowo napisane. Na pewno warte kliczka :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Miłe, sympatyczne i ciepłe. No i wreszcie okazało się, że ludzie też są coś warci, choć według mnie największą bestią jaką stworzył Bóg, jest człowiek. No i proszę okazuje się że miłe zwierzątka tez potrafią być niewdzięczne i kłamliwe. Pięknie to napisane. 

Bardzo udane pomieszanie baśniowo-leśnego świata i współczesnej miejskiej rzeczywistości, z należytym wykorzystaniem skowronka i sowy, że o zgrabnie wplecionym uczuciu, któremu zima nie posłużyła, nie wspomnę.

Opowieści wiatru powędrowały do Biblioteki. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo ładna, wręcz klasyczna bajka. Podoba mi się zwłaszcza zakończenie, które trochę łamie pozytywny nastrój tekstu i podobnie jak przy wielu mitach, wyjaśnia zachodzące w przyrodzie zjawiska.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dziękuję za pozytywne komentarze oraz błyskawiczną bibliotekę. Przyznam, że nie spodziewałem się tak szybko nominacji i odłożyłem na potem wybranie reprezentatywnego fragmentu, więc nie będzie tym razem notki na głównej – bywa :)

 

ironiczny podpis

Ładna bajka, sympatyczna.

Ech, czyli to przez wiarołomne ptaki nie można jeść żołędzi, jak kasztanów? Gdzie ja miałam procę… ;-)

Babska logika rządzi!

O ile mi wiadomo, żołędzie jeść można, bo trujące nie są, tylko mają tyle garbników, że są paskudne. Trzeba się nieźle namęczyć, by jako-tako smakowały.

ironiczny podpis

Wszystko można jeść, ale niektóre rzeczy tylko raz. ;-)

No właśnie – są paskudne. A widać kiedyś były pyszne… Ale w sumie, mogła driada od razu posłuchać znajomych ptaszków i ewakuować się na z góry upatrzone pozycje… ;-)

Babska logika rządzi!

Jak na mój gust, bardzo dobrze napisana baśń. Jest pewien bezczas, jednowymiarowe postacie, których przeżycia jednak stają się dla czytelnika ważna oraz ciekawi zwierzęcy bohaterowie. Ptaki były kapitalne i ich wyliczanka wraz późniejszymi losami spodobała mi się. Jak to w dobrej baśni, jest coś okrutnego mimo sielankowych elementów.

Nie będę ukrywać, że tutaj nie użyję słowa sympatyczne opowiadanie, bo dla mnie jest bardzo smutne i ma swój mrok ;)

tylko mają tyle garbników, że są paskudne

Noo, nadmiar garbników też szkodzi (patrzy na pustą filiżankę… zaraz zrobi więcej herbaty). Trzeba wygotować, a razem z garbnikami wylezie cała wartość odżywcza. Dla ludzi żołądź to ostatnia deska ratunku, kiedy orda tatarska spali sioło a resztki zeżre szarańcza.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Smutne ale ładne :)

Hmm, wartości kalorycznych posiłków, nisz biocenotycznych zajmowanych przez wymienione ptaki pewnie nie ma co wywlekać ;) Lekko się czytało, interesująca puenta, zasłużona biblioteka ;)

A to dwulicowe ptaszyska ;) 

Czytało się przyjemnie, końcówka smutna i dla mnie nieco zaskakująca. Super bajka :) 

Jak ptaszyska, to pewnie dwudziobowe… ;-)

Babska logika rządzi!

Ha! Racja, Finkla. Ewidentnie dwudziobowe ;D 

Dąb ma owoce a ptaki to wegetarianie. Strasznie mnie to mierziło, ale ostatecznie końcówa wszystko wyjaśniła. Ładna baśń. Niewydumana, ale wcale jej to nie szkodzi. Daję 4.9/6 i zaokrąglam w górę. Czy kruki żyją w stadach?

Jest wiele gatunków kruków, ale przynajmniej spora część, w tym kruk zwyczajny, żyje w stadach.

ironiczny podpis

O proszę, nie wiedziałem. Ma więc opowiadanie i wartość edukacyjną.

Jako wierna czytelniczka baśni Andersena, Grimmów i Perraulta mogę powiedzieć, że jest to bardzo udana stylizacja. Twojej opowieści nie można nazwać jednak baśnią ludową, nie da się bowiem przepuścić jej przez Proppowski „system”. Najbliżej jej zatem do baśni literackiej, czyli gatunku, którego prekursorem był właśnie Andersen. Podczas lektury przypomniała mi się jego baśń „Ostatni sen starego dębu”. 

Świetne. Owoce dębu na początku rażą, a po przeczytaniu zakończenia jest to przecież oczywiste. Piękna bajka, dobra zamknięta kompozycja, rewelacja.

Marudzicie. Czy żołędzie w sensie biologicznym nie są owocami?

Babska logika rządzi!

Są. Specjalnie dla Chrościska: wierszyk.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Tarnino, najpierw "Ptaszęciem" zostałem nazwany, a teraz jeszcze wierszyk z dedykacją. Czuję się wyróżniony :)

 Nie powiem żebym był wielkim fanem baśni, ale tą przeczytałem z zaciekawieniem. Tekst napisany z sensem, udana baśniowa stylizacja. Morał jest. Zgodzę się z opinią, że autor zręcznie połączył bajkowe klimaty z prozą życia.

Ciekawa, dobrze napisana historia. Według mnie, największym plusem jest baśniowy klimat opowieści, zestawione z naturalistycznym zakończeniem. Zaskakuje i wzbudza emocje.

Ładna baśń, dobrze napisana i nietrudna w odbiorze. Duży plus za zakończenie, naturalne i niesłodzone. Wielkim znawcą takowej formy nie jestem, ale dla mnie ten koncert fajerwerków jak najbardziej na plus :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dobry pomysł i wdzięcznie napisane.

Miałem się czepić tego jedzenia żołędzi, a tutaj wszystko wskoczyło na swoje miejsce.

Zgrzytnęły mi te “zarodniki” i zdanie “Tylko ujmiesz tej chwili”.

O, popatrz. To było moje ulubione zdanie w trakcie pisania, byłem z niego strasznie zadowolony :)

ironiczny podpis

Ująć można czegoś.

Coboldzie, nic Ci nie ujmując, czemuś lub komuś też można.

Babska logika rządzi!

Ujmuje mnie Twoja logika, niemniej jestem ciekaw, ujęcia czego chciał uniknąć bohater.

Uroku, niepowtarzalności, magii tej chwili?

:-)

Ładnie to ująłeś.

Babska logika rządzi!

“…moje bystre oczy widzą, jak szykuje się do snu.

Driada powiodła oczami za spojrzeniem sowy.”

 

Czytałam z konsternacją, co to za dąb, którego owocami wszyscy tak się dobrze karmią, ale pod koniec zagadka się wyjaśniła ;) Generalnie baśń bardzo mi się podoba, ma wszystkie niezbędne elementy, ma pomysł, na koniec wszystko się domyka, i to dość zaskakująco (przynajmniej dla mnie). Frapuje mnie tylko niezmiernie, czemu ptaki okłamały driadę? Czy to z premedytacją, bo nie chciały jej sprawiać przykrości, czy z podłości? Nie umiem rozstrzygnąć, a wydaje mi się to ważne.

W sumie po namyśle mam jedną uwagę – oczywiście, że wiatr wieje też w miastach. Tłumaczenie, że nie wleciał do środka wydaje mi się zbędne, zgrzytające i nie ma wielkiego wpływu na fabułę – wszak ważna jest tylko konkluzja, że zobaczył mężczyznę pod murami.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Na początek chciałbym napisać, że to nie jest komentarz zwrotny, ale często czytam “konkurencję” z konkursów, w których biorę udział. :)

Podobała mi się bajka, a najbardziej morał. Zanim przejdę do treści, przywołam kilka zdań, które nie podobały mi się stylistycznie.

Piękna i naga, ziewnięciem przywitała poranek.

Może tylko mnie, ale przez częste ostatnio przywoływanie “ziewu” w komentarzach, kojarzy mi te słowo z lenistwem.

Leciałem jak zwykle pożywić się owocami twego drzewa

Nie wiem dlaczego nie lubię tych typowych stwierdzeń, powtórzeń (czynności), które pojawiają się w tekstach, tym bardziej, że często z dalszej części tekstu to wynika. Znacznie bardziej wolę użyty później zwrot “jak co dzień”.

On jednak nie pakował się i nie zbierał do marszu, co zaczynało ją nieco irytować. Z drugiej strony nie rąbał drzew i nie mordował zwierząt. Driada zabawiała się, próbując odgadnąć przeznaczenie rozmaitych przedmiotów, które miał ze sobą.

Nie podobają mi się całe zdania, nie pasują mi do przyjętej konwencji. Wydaje mi się, że rzadko widuję w bajkach takie słowa jak irytować, rozdrażniać, mordować. Są “twarde” i nieprzyjemne, a w bajkach wszystko opisane jest łagodnie, a może przesadzam? Jeśli dorosła osoba “zabawia się”, to kojarzy mi się to tylko z jednym.

Za to zaraz po tych, jest jedno z ładniejszych zdań. :)

O zwyczajach ludzi wiedziała tyle, ile wiedział sam las.

Jak widzisz, moje uwagi są mało istotne. To raczej drobiazgi. Chociaż drugą część czytałem płynniej, już zupełnie, jak bajkę. Powitanie ptaków i człowieka trochę mi zgrzytało. Co nie zmienia faktu, że ciekawy byłem dalszej historii i jak to się wszystko skończy. :) Morał zdecydowanie na plus, w ogóle cały fragment:

Zdruzgotana driada nie mogła się zebrać, by cokolwiek odpowiedzieć.

– To niestety nie wszystko. Skowronek powrócił do miasta jakiś czas temu. Widziałem, jak wyjada czerwie z ciała tego, którego miał pilnować. Kruk także tam był. Widziałem, jak wydziobuje oczy z jego głowy. Sowa zjawiła się nocą. Widziałem, jak pożywia się mogilnym szczurem wprost z jego trzewi.

Serce driady pękło, gdy to usłyszała.

– Skoro tak – rzekła chłodno – niech ich kłamstwo i wiarołomstwo należytą otrzyma nagrodę. Niech skowronek je czerwie, kruk padlinę, a sowa szczury. Nie dla nich od teraz są moje owoce. Na zawsze zostaną gorzkie, twarde i suche! I już nigdy nie obrodzą poza jesienią, na pamiątkę czasu, który spędziłam ze swoim ukochanym!

Wiatr, przejęty historią, której był świadkiem, zerwał się i opowiedział ją każdemu drzewu, które chciało słuchać. Robi to po dziś dzień, szepcząc w ich koronach, a one oburzone szeleszczą liśćmi i spełniają życzenie driady.

Zrobiło się tak złowieszczo i smutno. Bardzo ładnie, bardzo ładnie. :)

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Joseheim, raczej nie z podłości, tylko z chęci uniknięcia odpowiedzialności za niedotrzymanie słowa.

A co do wiatru, to wiadomo, że wieje na ulicach dzisiaj, ale wyobraź sobie takie miasteczko otoczone murami, z wąskimi, krętymi ulicami, z wysokimi budynkami, które dodatkowo są szersze powyżej parteru (nie mogę znaleźć na to słowa po polsku, chodzi mi o “​jettying“)… Wiadomo, że jakiś wiatr tam wieje, ale ma bardzo utrudniony dostęp.

Pisząc to, miałem w głowie coś w rodzaju starego miasta Genoi, jednak nie miałem za bardzo możliwości opisania miasta z historii. Czy potrafisz sobie wyobrazić wiatr wiejący w takim miejscu na tyle mocno, żeby był odczuwalny? W taką uliczkę o szerokości jednego metra to może wlecieć wiaterek, ale nie Wiatr :)

Oprócz tego, gdyby nie to wyjaśnienie, miałbym lukę w fabule, mianowicie jeśli nie było przeszkód, by Wiatr, będący przyjacielem Driady, znalazł się w mieście, to czemu poprosiła ptaki o pomoc, zamiast niego?

Darconie, z tym ziewnięciem chodziło mi bardziej o coś takiego, jak ziewają zwierzęta, ale po polsku nie ma na to dobrego słowa (po angielsku jest “to pandiculate”). Ale oczywiście skojarzenia skojarzeniami.

Resztę uwag przemyślę, będę robił jeszcze ostateczne poprawki w tekście przed upływem terminu zgłaszania prac.

ironiczny podpis

Zgodnie z życzeniem z przedmowy nie wypisywałem błędów, ale nie oznacza to, że ich nie widziałem. Powtórzenia, błąd ortograficzny (!), czy używanie słów niepasujących do realiów quasiśredniowiecza – to mnie ukłuło najbardziej.

Co do konwencji baśni, to mogę chyba skomentować to popularnym stwierdzeniem, że w literaturze wszystko już było. Nie do końca się z nim zgadzam, ale tutaj nie sposób zaprzeczyć, że takich historyjek o naiwnej, romantycznej miłości postaci z różnych światów powstało już mnóstwo, mnóstwo baśni spisano już lata temu. I gdy każdy przytaknie, że klonowanie high fantasy Tolkiena to nonsens, tak nie rozumiem, czemu podobnej awersji nie wywołuje porywanie się na odtwarzanie Andersena czy braci Grimm. Konwencję baśni można potraktować bardzo nowocześnie, zdekonstruować znane motywy, stworzyć z nich coś świeżego, niekoniecznie osadzonego w tym quasiśredniowieczu. Taka próba odwzorowania 1:1 klasyki rzadko kiedy ma prawo się udać i dlatego niestety “Opowieść wiatru” nie rzuciła mnie na kolana.

Niemniej samą lekturę uznaję za przyjemną. Podobał mi się motyw przełamania sielankowości tragicznym finałem. Mało kto pamięta, że oryginalne baśni były bardziej brutalne niż ich obecne wersje. Do przeczytania – tak, ale szczególnej wyjątkowości tutaj, niestety, nie dostrzegam.

MrBrightside, zapomniałem usunąć przedmowy, miałem to zrobić wcześniej. Dzięki za zwrócenie uwagi.

Nie rozumiem twojego podejścia. Czy moja baśń jest odwzorowaniem jakiejś konretnej, klasycznej baśni, tak jak wynikałoby z twojego porównania do twórczości Tolkiena? Czy też, jak rozumiem, sam fakt napisania baśni uważasz za wtórny? Czemu pisanie baśni miałoby być z założenia kopiowaniem przeszłych baśni, a pisanie opowiadań nie być kopiowaniem przeszłych opowiadań? To tylko gatunek literacki, nic mniej, nic więcej.

ironiczny podpis

Tak, to tylko gatunek. Dość skostniały w moich oczach. Twoje opowiadanie odgrzewa już mocno nieświeży motyw naiwnego, bezkrytycznego uczucia, a to już było w Kopciuszku, w Śnieżce i pewnie gdzieś jeszcze. Mój główny zarzut do tego tekstu to wtórność i nie ma to związku z gatunkiem, który wybrałeś.

Nastrojowa i smutna opowieść. Wolałabym pozytywne zakończenie, ale to na pewno lepiej pasuje do baśni. Poczułam sympatię to opisanego przez Ciebie człowieka i czytałam, ciekawa jego dalszych losów.

Zgrabnie wplotłeś w to ptaki. Podoba mi się również, że do konkursowych sów i skowronków dodałeś kruka.

Dzięki. Z tym krukiem to zasada trójek, standardowy element baśni.

ironiczny podpis

Powracam z komentarzem piórkowym.

Drugi twój tekst, dla mnie trudniejszy w ocenie. To baśń, do tego z ciekawym pomysłem i dobrym wykonaniem. I tu mam problem, bo spełnia wszystkie kryteria tego gatunku – ale mnie nie rzuca na kolana. Za bardzo to standardowe, za bardzo ocierające się o znane formuły i nie dodające nic od siebie. Muszę więc przemyśleć ocenę.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Błysnęła mi gwiazdka na żółto to zajrzałem i ostatnie komentarze zarzucające wtórność Twojej baśni Issanderze to lekka przesada. Nie kojarzę żebym się gdzieś spotkał z tak wytłumaczoną ptasią dietą i jak dla mnie jest to nowość. Interesująca nowość. Natomiast to co zarzucił Ci MrBrightside:

Twoje opowiadanie odgrzewa już mocno nieświeży motyw naiwnego, bezkrytycznego uczucia, a to już było w Kopciuszku, w Śnieżce i pewnie gdzieś jeszcze.

to jak zarzucanie fantasy, że jest fantasy, i bohaterowie idą, szkolą się, zbierają drużynę, walczą magią i mieczem, i w końcu wrzucają pierścień… Baśń to baśń, a Twoja nie jest niczym odgrzewanym ;)

Nie rozumiem Twojej puenty, Enderku. Gdyby zamiast baśni w tym opowiadaniu pojawił się klon Władcy pierścieni, w którym bohaterowie idą, szkolą się, zbierają drużynę i wrzucają pierścień, miałbym dokładnie takie same zarzuty. Po prostu cenię sobie świeżość. Uważasz, że każde fantasy oparte jest na takich samych motywach? Zajrzyj, proszę, na przykład do dowolnego opowiadania Ochy o kapitanie Sidorcie, a myślę, że zmienisz zdanie.

Ok, zajrzę w wolnej chwili. Może za bardzo spłyciłem komentarz. Nie twierdzę że każda fantasy jest o tym samym, ale operuje tymi samymi elementami. Czyli każdej można w ten sposób zarzucić wtórność. A przecież co książka to inna historia, co autor to inna opowieść (pomijając oczywiste plagiaty i naśladownictwa).

Wracając do “Opowieści wiatru”, wykorzystanie wątku romantycznego który występuje w mniejszym lub większym stopniu w wielu innych historiach, nie powinno być zarzutem dominującym. Ale to jest oczywiście tylko moje zdanie ;) 

Ładna baśń. Może ciut przydługa. Niezbyt wiem, czego mógłbym się przyczepić, oceniając to w kategoriach baśni. Trudno mi też wyrokować, czy pisanie takich klasycznych baśni ma obecnie sens. Na pewno to dobre ćwiczenie.

Miałem napisać, że gdybyś składał kiedyś zbiór opowiadań, powyższe mogłoby się tam znaleźć, jako przyjemny przerywnik, przykład, że potrafisz też w taki sposób snuć historie. Potem pomyślałem o Gaimanie i jego zbiorkach. Zadałem sobie pytanie: co zrobiłby Gaiman? Pewnie poszedłby trochę w postmodernizm. Albo formalnie, albo treściowo. 

Wolałbym odważniejszą, może nieco nowocześniejszą baśń. Coś świeżego. Niech będzie klasycznie, ale z domieszką czegoś zaskakującego. Może wtedy mógłbym zagłosować za piórkiem. 

Z dużą przyjemnością przeczytałam – a do tej przyjemności sporo dołożyły mnie wspomniane już przez wcześniejszych komentatorów drobne zaskoczenia (sowa jedząca owoce dębu!), wyjaśnione na końcu w baśniowej formule.

Czuję się wyrośnięta z baśni, ale swoją napisałeś, Issanderze, w sposób, który do mnie przemówił. Po przeczytaniu dałam sobie kilka dni na komentarz i decyzję. I przez ten czas ani nie zapomniałam niczego z opowieści, ani nie przestała mi się podobać. A czytałam z przyjemnością i lekko zaintrygowana, głównie chyba przez te jadalne przez różne stworzenia owoce dębu. Zakończenie eleganckie, chociaż ociupinkę zabrakło mi odpowiedzi na pytanie, dlaczego ptaki nie przyznały się do tego, co widziały i co robiły. Jednak – przynajmniej dla mnie – to niedopowiedzenie jest na tyle małe, że pomijalne. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Sorry, Winnetou, jestem na NIE.

To nie jest zły tekst, ma wiele zalet. Nieźle się sprawdza jako tekst na konkurs o sowach i skowronkach z ograniczeniem do 20k. Sympatyczna bajeczka, na wzór mitów wyjaśniająca, dlaczego kawałek naszego świata wygląda właśnie tak.

Ale to nie jest format piórkowy. I nie chodzi mi o długość opowiadania.

Brakło mi jakichś cech szczególnych, które pozwoliłyby na długo zapamiętać historyjkę. Ot, zakochana ona, nieco mniej zakochany on, poszukiwania faceta, który nie wrócił… Para tak stereotypowa, że nawet imion nie mają. Wiem, taka konwencja często występuje w bajkach.

Porywającej historii też tu nie widzę. Ani zaskakującego twistu.

Miła bajka, ładne wyjaśnienie żołędzi, ale na tym koniec.

Babska logika rządzi!

Kurczę no, taki tragiczny finał. A liczyłem, że jednak będzie szczęśliwe zakończenie. :)

Poza tym podobało mi się, świetna bajka z dobrym klimatem. Zachowałeś również typową dla baśni strukturę trzech elementów.

Niektóre słowa psuły klimat, nie pasując do reszty tekstu, np. energia, kontrola itp.

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Bardzo mocny zwrot na końcu. Ale to nie on tu jest najważniejszy. Przecież tu obok “baśni tłumaczącej świat” jest też  ukryty morał. Co ciekawe, z tego co widzę po jednym z Twoich komentarzy, morał zupełnie niezamierzony. Co nie zmienia faktu, że solidnie dający do myślenia.

O czym mowa? Z tego, co widzę, uwagę przyciąga kłamstwo skowronka, kruka i sowy. A teraz prześledźmy historię jeszcze raz. kiedy doszło do zdarzeń, które rozgniewały driadę? Po powrocie ptaków do miasta. Gdy po zimie nie znalazły w lesie pokarmu, a owoce, którymi zostały poczęstowane, dane im były z wielką niechęcią. Czy przed wcześniejszym lotem do lasu wiedziały o losie obserwowanego? Niekoniecznie, to nie wynika z opowieści.

No właśnie… mi się ta bajka jawi jako opowieść o tym, jak łatwo emocje mogę zmienić perspektywę i zmienić sposób oceny sytuacji. Jak sympatyzowanie z jedną stroną może wpłynąć na postrzeganie innych. Wreszcie jak w sumie prawda, ale widziana tylko z jednej strony, nie musi odzwierciedlać całej sytuacji i przekazana dalej, może prowadzić do stałych i mocnych konsekwencji.

 

Heh, nie pierwszy raz okazuje się, ze skupiam uwagę na innych wątkach opowiadań, niż większość i znajduję coś innego, niż powinienem znaleźć  :-) Ale… gdyby to była bajka tłumacząca i zarazem edukacyjna, to bardzo ładnie mogłaby służyć to zobrazowania właśnie tego opisanego powyżej problemu. No i mimo braku intencji tego wątku, tekst na tym sporo zyskuje.

 

 

Przyznam, że nie do końca wiem, jak należycie się ustawić do komentowania tego tekstu i samej jego interpretacji, ponieważ spodziewałam się opowiadania, a mamy tu legalną baśń. Z całym dobrodziejstwem inwentarza. 

Na początku dało się odnieść wrażenie, że taka romantyczna, senno-archaiczna narracja to wprowadzenie do właściwej historii, po którym zmienisz styl i wskoczysz w formę bardziej właściwą opowiadaniom. W pewnym momencie przeszedłeś do czegoś na wzór “formy pośredniej” (bardziej jednak przechyloną w stronę baśni), co wywoływało lekką konsternację. Jak już zauważono, operujesz tutaj klimatem i zawartym w opowieści morałem. Postawa i postępowanie mężczyzny mogą jawić się jako co najmniej nielogiczne: 1) Zrozumiałe, że po narobieniu sobie długów uciekał, zwłaszcza lasem, by być niewidocznym, ale skąd zakładał, że lasem pościg za nim nie pójdzie? Przecież to pierwsza rzecz, jaka ewentualnej pogoni przyszłaby do głowy. 2) Skoro już uciekał, to dlaczego tak po prostu sobie w tym lesie został? 3) Skoro w mieście był spalony, to dlaczego do niego wracał? I jeszcze szukał ratunku u rodziny? Przecież niczym dziwnym nie było ściąganie jego długów od krewnych. 

Te aspekty byłyby zapewne wadą opowiadania… ale to jest baśń. 

Ładnie zastosowana operacja tłumaczenia baśnią pewnych zjawisk przyrodniczych (pokarmów spożywanych przez wymienione gatunki ptaków oraz budowa żołędzi). Morał jest wyczuwalny i trafia do serduszka. Język jest typowy dla baśni (choć, jak zauważono wyżej, zdarzyło się kilka zgrzytów), co ma swoje dobre i złe strony.

Niemniej był to całkiem udany kawałek tekstu. ;) Powodzenia!

Driada przytuliła ostatni promyk, który przebił się przez chmury i korony drzew, dziękując słońcu za kolejny dzień, po czym udała się na spoczynek.

Nazajutrz udała się w kierunku wskazanym przez sowę,

 

Nie jestem maniakiem unikania powtórzeń, ale to zwróciło uwagę.

A poza tym technicznie nic tekstowi nie dolega, miałeś dużo czasu na wypolerowanie wszystkiego. 

Natomiast nietechnicznie… No baśń to jest, bardzo ładna, mądra i klimatyczna, tak jak baśń powinna. Świetne to umrocznienie na końcu. Bardzo dobry morał. Postanowiłem, że przeczytam wszystkie ornitologiczne teksty, Twój jest pierwszy w kolejności i proszę – od razu perełka. 

Czy jestem zachwycony? Bo ja wiem… Podobało mi się, nawet bardzo. Jednak to tylko (może aż – to zależy od punktu widzenia) baśń. Świetna jako baśń i właściwe niewiele więcej. Nie powalił mnie pomysł, nie rzuciła na kolana fabuła, wykonanie – bardzo dobre i należycie baśniowe – nie wywołało zachwytu. 

Cóż, lektura sprawiła mi przyjemność, a tekst zapamiętam. Do piórka jednak bym nie nominował. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

I would prefer not to.

Koniec pohukiwania, konkrety :)

 

Cóż, jak dla mnie było to opowiadanie bezwzględnie na pierwsze miejsce wśród regulaminowo dodanych, ale i z drugiego się cieszę :) A że nie umiem obszernie uzasadniać ocen bardzo dobrych, kiedy nie mam żywcem nic do zarzucenia, to po prostu powiem tyle: kawał dobrej roboty, piękna, niebanalna historia, piękne wykonanie. Najbardziej pasuje mi tu określenie: śliczne. Mam nadzieję, że autor nie poczuje się nim urażony…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pierwsze opowiadanie w konkursie i od razu wysoko zawieszona poprzeczka. Klasyczna baśń, ze wszystkimi cechami gatunku: motyw dobra i zła, przenikanie się świata rzeczywistego z nadprzyrodzonym, antropomorfizacja zwierząt, wkomponowanie naturalnych zjawisk przyrodniczych z magicznym wyjaśnieniem. Konkursowe ptaki wykorzystane oba, w taki sposób, że stanowią integralną oś fabuły. To, co najbardziej urzekło mnie w tym tekście, to w tej baśniowej stylizacji jednoczesne przełamanie baśniowego schematu – wszak zarówno driada jak i ptaki nie były “dobre” ani “złe”. Driada, początkowo stylizowana na tą dobrą i wrażliwą, de facto chroniła przestępcę i gdy dotknęło ją cierpienie, zachowała się egoistycznie. Ciekawa jest motywacja ptaków – czy kłamały, bo chciały ochronić się przed gniewem driady, czy po prostu chciały jej zaoszczędzić makabrycznych szczegółów. Baśń nie daje odpowiedzi na to pytanie – i bardzo dobrze, bo dzięki temu skłania do myślenia. Bardzo doceniam motyw “żołędzi” – dałam się na początku złapać w tok myślenia “dlaczego skowronek je żołędzie?” – i odpowiedź w końcówce mnie usatysfakcjonowała.

Gratuluję, bardzo dobry tekst.

Cóż, myślałem, że wygrasz Ty, albo Światowider, ale drugie miejsce to i tak nieźle. Gratulacje.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Kawał klasycznej baśni z odpowiednio mrocznym zakończeniem – bardzo podobało mi się odwołanie do cyklu wegetacji w życiu driady – to, jak się starzała i budziła jako dziewczynka.

I would prefer not to.

To opowiadanie podoba mi się o wiele bardziej niż Arecibo. Generalnie i po prostu: podoba mi się. I choć sprawozdanie z dawno minionego głosowania mówi jasno, że tekst nie jest, według mnie, na miarę Piórka, to jednak, szczerze mówiąc, jakoś bardzo dużo mu nie zabrakło. Jest tu bowiem właściwie wszystko, co wpisuje się w moją definicję dobrego opowiadania: Szczury, robactwo, padlina, zdrada, gorycz, śmierć, nędza i, oczywiście, goła baba.^^

Ponadto jest też solidny warsztat; jest kunszt literacki na poziomie, który może i nie wprawia mnie, jako pisarza, w niemy zachwyt przy jednoczesnym wpędzaniu w kompleksy i zawiść, ale który daje mi, jako czytelnikowi, całkiem sporo radochy już na poziomie obcowania z literkami; jest fajna historia z jeszcze fajniejszym pomysłem na baśń/mit/legendę, i to na dwóch co najmniej poziomach: na pierwszym mamy genezę żołędzi, a na drugim – ptasiej diety. I jakkolwiek ta druga podoba mi się bardziej, zdecydowanie najwięcej wygrywają właśnie jako zestaw. A całość okraszona przyjemnym, baśniowym klimatem.

Czego tu natomiast nie ma? Przede wszystkim nie ma tu zbędnego kombinowania, zarówno z formą jak i treścią, dzięki czemu całe opowiadanie jest przyjemnie klarowne i nie zapuszcza się na tak modne ostatnio pogranicze zrozumienia i własnej czytelniczej interpretacji. To chyba jeszcze nie ten etap, by powiedzieć: „Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak mi tego brakowało”, ale i tak cieszy sam fakt.

Baśnie i legendy już na wstępie mają niebagatelną moc specjalną: Ignorowanie logiki, poziom: Ekspert.

Tak więc nawet, gdybym chciał się tutaj doszukiwać jakichś dziur albo czepiać uproszczeń i skrótów myślowych, to nie mogę. Albo inaczej – mogę, ale nie miałoby to żadnego sensu. A takich totalnych zgrzytów, na które wrodzoną odporność mają chyba tylko bajki i teksty z tutejszej grafomanii (ignorowanie logiki, poziom: Mistrz), na szczęście nie dostrzegłem.

Jednakże – bo moje NIE wypadałoby pewnie uzasadnić, skoro już zostało zaprotokołowane – jednakże… jednakże… no właśnie: jednakże.

Ujmując rzecz najuczciwiej, jak się tylko da… Jest dobrze, nawet bardzo dobrze, ale no – wciąż jednak nie dość dobrze: „Opowieść wiatru” to ładny, bardzo (powiedzmy) przyjemny tekst, ale chyba na żadnym poziomie (choć „prawie” – na każdym. Tyle że „prawie” robi… zresztą sam pewnie wiesz, co robi „prawie” ;) nie wybija się na tyle, by mnie naprawdę zachwycić i, tym samym, uczciwie do siebie przekonać. Inaczej Ci tego nie uzasadnię, przykro mi.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka