- Opowiadanie: Realuc - Portret panny Róży

Portret panny Róży

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Darcon, NoWhereMan

Oceny

Portret panny Róży

Skręć w lewo.

– Już skręcałam tutaj dwa razy, durny telefonie! Co za GPS! Co za pustkowie!

Za sto metrów, zawróć.

– A niech cię szlag!

Róża przyciszyła telefon i dalej jechała licząc na jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności, znak, cokolwiek. Prowadzony przez nią czarny mercedes błądził już dobre dwie godziny, wijąc się wąskimi, zniszczonymi drogami, które biegły wśród lasu.

Zaczęła żałować swojego pomysłu.

Zbliżała się pięćdziesiąta rocznica ślubu rodziców, prezent więc musiał być wyjątkowy. Róża przypomniała sobie, jak matka jeszcze lata temu wspominała, że marzy jej się portret ukochanej córki nad kominkiem. Stwierdziła, że będzie to dobry podarunek na taką okazję. Grzebiąc w internecie natrafiła na stronę pewnego malarza, który przykuł jej uwagę. A dokładnie jego obrazy. W większości portrety kobiet. Jedyny szkopuł, że ów artysta przyjmuje wyłącznie w swoim domu, gdzieś na odludziu. I to gdzieś Róża starała się znaleźć, co nie szło jej najlepiej. Przez moment, w obliczu zbliżającej się nocy, kończącego się paliwa i faktu, że w pobliżu nie widać żadnej żywej duszy, pomyślała, że może lepiej było kupić wycieczkę dookoła świata. Właścicielkę znanej sieci sklepów kosmetycznych było na to stać.

Niebo zaczęło szarzeć.

Róża ujrzała jakiś znak przybity do drzewa, dodała gazu. Kątem oka dostrzegła, że wyświetlacz rzuconego na fotel pasażera telefonu zaczął migać. Spojrzała i przeczytała:

 

Miya dzwoni.

 

Odebrała, jednocześnie zatrzymała się na poboczu, tuż przy drzewie ze znakiem.

– Halo? Nie mogę teraz kochana, oddzwonię…

– Chciałam tylko zapytać, czy wszystko ok. Nie zmieniłaś zdania?

– Już ci mó…

– Zamieszkasz sama u nieznajomego mężczyzny, gdzieś na jakimś zadupiu! A jak to psychopata? Gwałciciel? Wiem, że uważasz się za silną i niezależną kobietę ale…

– Muszę kończyć. Odezwę się jak będę na miejscu, buziaki, papa!

Róża szybko przerwała rozmowę. Miya jest jej najlepszą przyjaciółką, ale w tym wypadku zagubiona nie miała zamiaru słuchać jej wywodów. Ma w torbie wiele akcesoriów przeciw nachalnym panom jak również sześć lat kursu kick boxingu za sobą. Nie jest strachliwą kobietą.

W końcu skupia się na drewnianej tabliczce przybitej do drzewa. Namalowany czarną farbą napis głosił:

 

 

Jeśli jesteś umówiona do pana Zaszko, wykrzycz trzy razy swoje imię.

 

 

– Że co…? – zapytała Róża samą siebie.

Po chwili namysłu wyszła ostrożnie z auta, rozejrzała się. Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć, las. Pusto i cicho. Najwyżej zrobię z siebie debilkę przed sarnami i wiewiórkami, co mi tam, pomyślała i krzyknęła pierwszy raz:

– Róża!

Odpowiedziała cisza.

– Róża!

Odpowiedziały ptaki, które zerwały się z pobliskich drzew.

– Róża!

Znowu cisza. Odwraca się zrezygnowana w stronę auta…

– Powitać dobrą panią.

Przed kobietą kłania się goblin. Sięgające jej do pasa stworzenie o szarym odcieniu skóry, zwisających uszach i wielkich jak na tak małą głowę oczach. Istoty te były niegdyś często wykorzystywane przez ludzi jako pomoc domowa. Teraz jednak są raczej zapomniane lub pozamykane w rezerwatach. Ten osobnik był na dodatek goblinem irlandzkim. Niezwykle rzadkim i bardzo cennym. Kiedyś.

– Dzień… dobry – odpowiedziała Róża niepewnie.

Goblin uśmiechnął się i wskazał białą karocę, która nie wiadomo jak pojawiła się w lesie.

– Mój pan już czeka na szlachetną panią. Proszę za mną.

– Zaraz, zaraz. A co z moim autem? I jak mamy jechać tym… czymś?

Goblin wskoczył na kozioł i wyciągnął do kobiety krótką rączkę.

– Proszę się nie martwić. Pojazd szlachetnej pani będzie czekał w bezpiecznym miejscu. A o drogę nie trzeba się trapić. Wiksony znają ją na pamięć.

– Wiks…co?

– A, to takie jakby konie, tylko z trzema głowami. Widzą je tylko istoty magiczne, w tym gobliny. To jak, ruszamy?

Karoca sprzed kilkuset lat, goblin, niewidzialne konie. Cofnęłam się w czasie? – zadała sobie pytanie Róża. Z drugiej strony pomyślała, że artyści bywają przecież dziwni. Na świecie mało już zostało stworzeń magicznych jak i samej magii więc może uznać to za pewnego rodzaju niepowtarzalną przygodę. Zatem…

– Jedźmy – rzekła Róża i wsiadła do karocy.

Goblin trzasnął dwa razy biczem. Ciągnięty przez wiksony, których kobieta ani nie widziała, ani nie słyszała, pojazd ruszył przez las. Obróciła się jeszcze, aby spojrzeć na swojego mercedesa, ale przy drzewie z tabliczką nie było już żadnego samochodu.

 

 

*

 

 

Do dworu dotarli tuż przed zmrokiem.

Budynek rzeczywiście wyglądał, jakby pochodził co najmniej z osiemnastego wieku. Białe mury gęsto obrastał bluszcz. Karoca zatrzymała się nagle, goblin pogłaskał powietrze, zeskoczył na trawę i pomógł Róży wyjść z tego jakże archaicznego środka transportu. Kobieta dostrzegła, że jej mercedes stoi na wyłożonym brukową kostką placu, tuż przy wielkiej fontannie. Nie dowierzała. Jedyna magia, z jaką się do tej pory spotkała na żywo, to przywoływanie blisko znajdujących się przedmiotów. Na dodatek robili to mnisi z Indii, którzy ćwiczą tego typu umiejętności przez całe lata. W zasadzie wtedy i tak uznała to za zwykłą sztuczkę.

U progu wielkich, brązowych drzwi, pod portykiem składającym się z czterech kolumn i wyłożonego czerwoną dachówką dachu, stał mężczyzna. A obok niego goblin. Bliźniaczo podobny do tego, który prowadził Różę. Kiedy byli już blisko, kobieta dokładnie zbadała wzrokiem artystę, któremu miała zamiar powierzyć wykonanie swojego portretu. Miał siwe, długie włosy, jednak twarz wyglądała na młodą. Nie dałaby mu czterdziestki. Nawet całkiem przystojny, pomyślała. Długa koszula w czerwono-białą kratę była splamiona dziesiątkami innych kolorów. Ręce też miał całe pomazane. Prawdziwy artysta…

– Witaj w mych skromnych progach, panno Różo – przywitał ją, kiedy stanęła przed schodami.

– Dzień dobry. A raczej… dobry wieczór. Gdyby nie twój… – Spojrzała na goblina.

– Ach, przepraszam za te utrudnienia. Taka osoba jak ja musi mieć spokój i ciszę, wiesz. Dlatego odwiedzają mnie wyłącznie klienci i nikt nam nie przeszkadza w pracy. To jest Bogi, a to Gogi. – Wskazał gobliny. – Gogi to ten, który cię sprowadził. Ma ciemną, czerwoną plamę pod lewym okiem. Tak ich rozróżnisz. Jeśli podczas pobytu będziesz sobie czegoś życzyć, wystarczy, że im powiesz.

– Dobrze, dziękuję.

Mężczyzna otworzył wielkie drzwi na oścież i rzekł:

– Pewnie jesteś zmęczona podróżą. Pokażę ci pokój. W moim dworze czuj się jak u siebie. Dziś odpoczniesz, a jutro zaczniemy pracę nad portretem. Zapraszam.

Weszła do środka.

Wystrój wcale jej nie zaskoczył. Dziesiątki obrazów wiszących na ścianach, przedstawiających głównie krajobrazy. Stare, drewniane meble. Wielkie, srebrne żyrandole. Dwór z prawdziwego zdarzenia, pomyślała Róża.

W drodze do pokoju mijali wiele innych pomieszczeń. Naliczyła chyba z tuzin drzwi, w tym jedne zamknięte wielką kłódką. Kiedy wychodzili po schodach, kobieta obejrzała się za siebie. Gobliny gdzieś się ulotniły. Prowadzący ją mężczyzna, tak jakby czytał w myślach, rzekł:

– Weź to. Gdy zadzwonisz, zjawią się natychmiast. – Wręczył Róży mały dzwoneczek.

Artysta zatrzymał się przed pięknie zdobionymi drzwiami z ciemnego drewna, otworzył i gestem zaprosił kobietę do środka.

Łoże z baldachimem, kącik z szafką, lampką oraz lustrem, miękki, zielony dywan, szerokie okno z widokiem na las. Róża była pozytywnie zaskoczona.

– Mów mi Zaszko – odezwał się niespodziewanie gospodarz.

Kobieta skinęła tylko głową i położyła torbę z bagażem na dywanie. Czuła się nieco dziwnie i niezręcznie. Ciszę przerwał jednak na szczęście artysta, który skierował się już w stronę wyjścia:

– Życzę miłego pobytu. Jutro zabieramy się do pracy, panno Różo. Dobrej nocy.

Zamknął drzwi. Róża padła na łoże. Było bardzo wygodne. Chciała wiele jeszcze zrobić. Skorzystać z łazienki, o którą zapomniała się dopytać i nie wiedziała gdzie jej szukać. Wezwać gobliny i poprosić o coś do jedzenia, gdyż pusty żołądek dawał się uporczywie we znaki. Zadzwonić do Miyi, bo przecież jej obiecała. Ale nie zrobiła nic z tych rzeczy, gdyż zwyczajnie, zmęczona podróżą i przejęta niecodziennymi wydarzeniami, zasnęła.

 

 

*

 

 

– Proszę wstawać! Trzeba uciekać!

Obudził ją krzyk goblina. Nie wiedziała, czy to Bogi, czy Gogi, gdyż jego twarz była cała osmolona.

– Co się dzieje? – zapytała Róża i zerwała się z łoża.

– Las! Las płonie! Trzeba uciekać!

Kobieta obróciła się w stronę okna i… ujrzała wielki pożar. Wszystkie drzewa oplatały ogniste jęzory, niebo było czerwone.

Zbiegła po schodach. W głównym korytarzu wpadła na gospodarza, który zamykał akurat jedne z drzwi na kłódkę.

– Pożar! – krzyczała Róża.

Artysta obrócił się w jej stronę, uśmiechnął i rzekł spokojnie:

– To nic takiego. Nie musisz się obawiać.

Patrzyła na jego umazaną farbami twarz, na której widniał tylko łagodny uśmiech.

– Wariat! – wykrzyczała i pobiegła w stronę wyjścia z dworu.

Gdy znalazła się na zewnątrz, zrozumiała, że jest za późno. Płomienie utworzyły ognisty krąg wokół budynku, zbliżały się z każdym trzaskiem palących się drzew. Nagle coś dostrzegła. Na wprost, wśród ognistej pożogi. Z ognia wyłoniła się karoca, za nią druga, a potem kolejne. Ciągnęły je trójgłowe konie, których grzywy płonęły jak trawa pod kopytami. Prowadzące pojazdy gobliny były całe poparzone i poranione. Nie zwracając jednak na to uwagi, ślepo zmierzały w stronę dworu. W karocach był ktoś jeszcze. Kobiety, w różnym wieku i o różnej urodzie. Były nieruchome i milczące. Suknie pasażerek trawił ogień.

– Panno Różo! – krzyczał goblin z najbliższej karocy.

Ujrzała ciemną plamę pod okiem stworzenia.

– Panno Różo!

 

 

*

 

 

Zerwała się z łoża. Serce waliło w piersi jak oszalałe. Gogi stał przy niej, trzymając srebrną tacę pełną jedzenia. Spojrzała w stronę okna. Słońce wschodziło i wychylało się zza koron drzew, wlewając do pokoju pierwsze pomarańczowe promienie.

– Przepraszam, szlachetna pani, ale pan Zaszko nakazał obudzić. Lubi pracować wczesnym rankiem.

Goblin wręczył kobiecie tacę i pokłonił się nisko.

– Gdy już zjesz i będziesz gotowa, pan czeka na ciebie na dole.

– Dziękuję, Gogi.

Magiczne stworzenie pochyliło się jeszcze raz i ruszyło do wyjścia.

– Zaczekaj! – zatrzymała goblina Róża. – Czy… twój pan ma tutaj wiele klientów?

Gogi podrapał się po głowie i odrzekł:

– O, tak. Wiele kobiet u nas bywa. Muszę iść.

Opuścił pokój szybkim krokiem.

Gdy została sama, zorientowała się, że jest cała spocona. Otarła pot z czoła, spojrzała na tacę. Banany oblane musem czekoladowym, świeżo pachnące bułki, jakaś konfitura, plastry szynki i sera, kiść winogrona, sałatka z bakaliami i trzy kubki. Z kawą, herbatą oraz sokiem. Na bogato, pomyślała. Przecież mógł wcześniej zapytać co jadam i piję. Ciekawe ile doliczy do ceny portretu…

Choć sen z najbliższej nocy był przerażający i niezwykle realny, szybko wyleciał jej z głowy. Zjadła co nieco, wypiła kawę, zaliczyła toaletę, która okazała się być naprzeciw jej pokoju, i zeszła na dół.

Czekał już na nią przy wyjściu. Siedział na skórzanej, ciemnej kanapie. Włosy miał spięte w kucyk, a za uchem cienki pędzel.

– Dzień dobry. Przepraszam za tak wczesną porę, ale…

– Nic nie szkodzi, Gogi już mi powiedział. Jestem gotowa.

Wyszli na zewnątrz. Tuż przy fontannie, przed okalającym ją marmurowym murkiem, stała już sztaluga z białym płótnem. Na stoliku widniały malarskie akcesoria, w tym oczywiście farby oraz pędzle. Róża dostrzegła oba gobliny, które przycinały żywopłot.

– Widzę, że też pracują od świtu. Są bezgranicznie posłuszne? – zapytała z ciekawości.

– Magiczne stworzenia nie są już niewolnikami, jak kiedyś. Są wolne. Jednak, fakt, szybko przywiązują się do swojego pana. Poza tym, dobrze im tutaj. Więc nikt nikogo do niczego nie zmusza.

– Rozumiem.

Niebo było bezchmurne. Słońce całkiem wyłoniło się już zza koron drzew. Ptaki witały dzień donośnym śpiewem. Zaszko wskazał fontannę i rzekł:

– Choć to takie oczywiste miejsce, wyobraź sobie, że jeszcze nie malowałem nikogo na tle tej fontanny. Zawsze staram się wybierać inną scenerię. Aby każde z dzieł było wyjątkowe i niepowtarzalne. Dopasowując… tło do osoby. Twa uroda, panno Różo, oraz twe błękitne oczy, będą się idealnie komponowały z wodą i kamieniem. W dalszym tle będą również drzewa.

– Świetnie. Nie znam się na tym, pozostaje mi tylko panu zaufać.

– Zaszko. Jestem Zaszko.

– Zaufać ci, Zaszko – poprawiła Róża.

Usiadła na murku, w miejscu, które wskazał jej artysta. Polecił wyprostować plecy, dał parę wskazówek, ułożył głowę Róży, aby była odpowiednio skierowana. Rozburzył włosy, przytknął kciuk do kącika jej ust, sugerując, aby się uśmiechała. Wszystko to robił nad wyraz delikatnie, czule. Kobieta poczuła mrowienie między udami. Nie pamiętała kiedy ostatnio, i czy w ogóle kiedykolwiek, tak zwyczajne gesty mężczyzny podziałały na nią w taki sposób. Kątem oka dostrzegła, że Gogi i Bogi patrzą na nią. Kiedy jednak minimalnie ruszyła głową w ich kierunku, zaraz powrócili do pracy.

– Nie ruszamy się, panno Różo. Zaczynamy.

Zaszko uniósł pędzel, zanurzył włosie w farbie i…

 

 

 

*

 

 

Malował całym sercem. Róża doskonale to widziała. Był skupiony, przeżywał każdy ruch pędzla. Wyglądał łagodnie i… pięknie.

 

 

*

 

 

Szczupła, młoda twarz. Szerokie, błękitne oczy. Lekki, zadziorny uśmiech. Czarne, rozburzone włosy. Zaszko był bardzo zadowolony z tego, co dotychczas stworzył. Popatrzył na słońce nad głową i rzekł:

– Przerwa na obiad, panno Różo.

Ruszyli w stronę dworu.

– To będzie piękny obraz – rzekł artysta, kiedy siadali przy stole.

Gobliny przyniosły srebrne tace zastawione po brzegi różnorakim jedzeniem. Zaszko nalał wina i podał Róży lampkę. Czuła się dziwnie, nieśmiała i zakłopotana. Jakby miała dwadzieścia lat mniej i znów była dziewczynką. Sama jego bliska obecność sprawiała, że nie była sobą. Zanurzyła usta w czerwonym trunku po czym zabrała się do posiłku.

 

 

*

 

 

Późnym popołudniem na obrazie widniała już piękna kobieta, idealnie podobna do pozującej, oraz kontury fontanny i lasu, zabarwione pierwszymi kolorami.

– Na dzisiaj wystarczy, panno Różo. To był udany dzień.

– Mogę zobacz…

– Nie. Zobaczysz dopiero skończone dzieło – zarządził stanowczo Zaszko.

Kiedy byli już we dworze, zatrzymali się przy drzwiach zamkniętych na kłódkę. Gospodarz wyjaśnił, że to jego pracownia i jego świat, tam poprawia i udoskonala swoje dzieła i nikt nie ma tam wstępu, nawet gobliny.

– Dobrej nocy. Jutro o tej samej porze – powiedział Zaszko.

W tamtej chwili Róża zrobiła coś, czego nigdy by się po sobie nie spodziewała. Rzuciła się na zbryzganego farbami artystę, zaplotła dłonie na jego karku, pocałowała w wąskie usta. Przez pierwszą chwilę przyjął pocałunek, zaraz potem jednak stanowczo, acz delikatnie, złapał kobietę za ręce i odsunął od siebie. Było jej tak głupio, że miała ochotę zapaść się pod ziemię. 

– Nie zrozum mnie źle, panno Różo. Jesteś piękną kobietą. Ale nie mogę. Jeszcze nie dziś. Jeszcze nie teraz.

Skinęła tylko głową i patrząc w podłogę udała się do swojego pokoju.

Co miał na myśli…

Róża usiadła na łożu, spojrzała na telefon. Dwanaście nieodebranych połączeń od Miyi. Oddzwoniła. Przyjaciółka odebrała po pierwszym sygnale:

– Nareszcie! Czyś ty oszalała!? Ja tu od zmysłów odchodzę! Miałaś zadzwonić jak…

– Dobra, uspokój się już. Przepraszam. Dużo się działo.

– Dużo się działo, tak? To wspaniale, szkoda tylko…

– Miya, przepraszam. Wszystko jest dobrze.

– Jaki on jest?

– Kto?

– Święty mikołaj! No jak to kto? Ten cały artysta, który maluje twój portret. Dobierał się już do ciebie?

– Nie. Jest wręcz… odwrotnie. Jest kulturalny, subtelny i wychowany. Wykonuje tylko swoją pracę, nic więcej.

Róża siadła przed lustrem toaletki i wbiła wzrok we własne odbicie. Zastanawiała się, jak będzie wyglądać na portrecie…

– Halo, słyszysz co do ciebie mówię!? – krzyknęła przez telefon Miya.

– Przepraszam, zamyśliłam się. Możesz powtórzyć?

– Mogę, a nawet muszę. Słuchaj, poszperałam trochę na jego temat w internecie i dowiedziałam się… co nieco.

– Co takiego?

– Miał żonę i dwie córki. Wszystkie zginęły w pożarze, już dobre parę lat temu.

– To okropne…

– Może i okropne, ale na pewno komuś, kto stracił w ten sposób całą rodzinę, bliżej do psychola.

– Oj, Miya, skończ już z tym. Mówiłam, że jest w porządku. Idę pod prysznic. Za dwa, trzy dni wszystko będzie gotowe i będę wracać. Odwiedzę cię przy pierwszej sposobności. Pa pa, całusy!

– Pa. Będę jęczeć jak stara baba, ale uważaj na siebie.

– Będę, pa.

Ale nie mogę. Jeszcze nie dziś. Jeszcze nie teraz.

Przypomniała sobie słowa Zaszko. Po rozmowie z przyjaciółką poczuła się w zasadzie spokojniej. Pomyślała, że pewnie nie pogodził się jeszcze z tymi tragicznymi wydarzeniami. A ona, głupia, zrobiła coś takiego…

 

 

*

 

Nastał czwarty dzień pobytu, w którym Zaszko miał ostatecznie zakończyć dzieło. Róża wstała, tym razem sama, o świcie, przekąsiła coś i ruszyła na dół, jak co dzień. Na schodach minął ją Bogi. Rzadko widywała gobliny, choć gdy tylko zadzwoniła, rzeczywiście pojawiały się natychmiast. Nie były zbyt rozmowne, jednak tym razem Róża postanowiła zadać jeszcze jedno pytanie.

– Jaki jest Zaszko? – zapytała wprost.

Bogi popatrzył na nią wielkimi ślepiami i odpowiedział dziwnym tonem:

– Pan Zaszko jest dobrym człowiekiem. Tylko jest samotny. A samotność zmienia ludzi. Każdy na swój sposób próbuje sobie z nią poradzić.

Goblin pobiegł na górę. Róża spotkała się z gospodarzem przy fontannie. Obraz był zakryty białą płachtą, aby go nie zobaczyła przed ukończeniem. Przez dwa ostatnie dni niewiele rozmawiali. Róży było głupio po tym, co zrobiła, choć artysta nie zmienił się przez to ani trochę. Wciąż był miły, kulturalny i oddany bez reszty swojej pracy.

Róża usiadła, Zaszko zrzucił płachtę i zabrał się do ostatnich poprawek.

Walczyła ze sobą. Miała nieodpartą chęć rzucić mu się w ramiona. Tutaj i teraz. Patrzyła jak zgrabnie manewruje pędzlem, jak przymyka powieki w skupieniu, jak krople farby obryzgują jego piękną twarz.

Siedziała tak ponad dwie godziny, bez ruchu, wpatrzona w artystę. Nie zwróciła nawet uwagi na wibrujący w kieszeni telefon. Gdy Zaszko skończył, ponownie zakrył obraz białą płachtą. Dopiero wtedy Róża powróciła do rzeczywistości.

– Skończone? – zapytała uśmiechnięta.

Gospodarz podał jej rękę i pomógł wstać z murku.

– Skończone. Możesz się spakować i za godzinę przyjdź do mojej pracowni. Jestem pewien, że ci się spodoba.

– Wspaniale! Dziękuję.

– Jeszcze nie masz za co.

– A, i chciałam cię przeprosić za…

– To nic. Idź już, panno Różo. Nie mogę się doczekać, kiedy… zobaczysz to, co stworzyłem.

Podekscytowana poszła do dworu, wbiegła na schody, gdzie niemal potrąciła obładowanego pościelą i poduszkami goblina. To był Gogi. Pochylił się na tyle, na ile był w stanie i poszedł dalej ze spuszczoną głową i smutną miną. Ciekawe co gnębi tego biednego goblina, pomyślała Róża.

Wpadła do pokoju. To z jej łoża zniknęła już pościel, a torba leżała spakowana. Podeszła do okna, spojrzała na las. A może jeszcze kiedyś tu wróci? Może odwiedzi Zaszka? Żal było go opuszczać. Czuła do niego coś, czego nie doznała nigdy wcześniej. Telefon ponownie zaczął wibrować w kieszeni. Wyciągnęła, spojrzała na wyświetlacz:

 

Miya dzwoni.

 

Odrzuciła połączenie. Oddzwonię, jak już wyjadę. Teraz muszę jak najszybciej zobaczyć swój portret, pomyślała, zarzuciła torbę na ramię i pobiegła na dół. Nie zorientowała się, że telefon został na parapecie w pokoju. Nie miała więc szansy przeczytać wiadomości, która przyszła od Miyi:

 

 

Uciekaj stamtąd! Znalazłam artykuł, w którym piszą, że w tamtej okolicy kobiety regularnie przepadają bez wieści! Podejrzewany jest Iwan Laszkowicz, pseudonim artystyczny Zaszko! Szukają go od paru lat. Odezwij się i uciekaj, proszę!

 

 

*

 

 

Drzwi, które do tej pory zawsze były zamknięte na kłódkę, tym razem były lekko uchylone. Róża przeszła przez próg i znalazła się w długim korytarzu. Ruszyła przed siebie. Na ścianach paliły się pochodnie. Czuła zapach farb. Na drugim końcu korytarza były kolejne drzwi. Stalowe, z okuciami, niczym wyjęte z zamkowego lochu. Były otwarte.

Weszła do pracowni Zaszko.

Otaczały ją obrazy. Dziesiątki portretów. Na każdym widniały kobiety, w różnym wieku.

I wszystkie się poruszały.

Wydawały się szczęśliwe. Były uśmiechnięte, otwierały usta, jakby chciały coś powiedzieć Róży, jednak w pomieszczeniu panowała całkowita cisza. Zapraszały ją gestami. Na środku, na drewnianym stojaku, stał jedyny przykryty białą płachtą obraz. Róża podeszła do niego, mijając machające w jej stronę kobiety. Nie czuła żadnych emocji. Strachu, żalu, nic. Jakby wszystko, co może odczuwać człowiek, gdzieś się ulotniło.

Zrzuciła zasłonę.

Ujrzała to, czego się spodziewała. Lecz nie myślała, że obraz będzie aż tak piękny. Jej wizerunek wyglądał… idealnie. Jakby patrzyła nie na obraz, lecz na lustrzane odbicie.

– Zaszko… – wyszeptała, kiedy poczuła dłoń na ramieniu. Delikatny i czuły dotyk. Jak zawsze.

– Witaj w rodzinie, panno Różo.

Opuściła powieki. Mimowolnie. Kiedy otworzyła, po dłuższej chwili, zobaczyła przed sobą artystę. Słyszała szum wody z fontanny. Czuła zapach lasu. Nie mogła nic powiedzieć ani podnieść się z chłodnego murku.

Ale była szczęśliwa.

 

Koniec

Komentarze

No cóż, Realucu, nie kupuję tej opowieści. Nijak nie mogę uwierzyć, że dorosła kobieta przesiada się z mercedesa do karocy, powożonej przez goblina, a którą ciągną niewidzialne trzygłowe konie i przyjmuje to za rzecz dość naturalną, bo przecież indyjscy mnisi też pokazują różne sztuczki.

Malowanie portretu i dalsze wypadki zaledwie takie sobie, a zakończenie historii jest dość łatwe do przewidzenia. Jeśli dodać do tego wykonanie pozostawiające bardzo wiele do życzenia, lektury, niestety, nie mogę uznać za satysfakcjonującą.

 

Co za gps! Co za pust­ko­wia! –> Co za GPS! Co za pust­ko­wie!

Chyba że było tam wiele pustkowi.

 

Ro­dzi­com zbli­ża­ła się pięć­dzie­sią­ta rocz­ni­ca ślubu… –> Zbliżała się pięć­dzie­sią­ta rocz­ni­ca ślubu rodziców

 

Po­ma­lo­wa­ny czar­ną farbą napis głosi: –> Na­ma­lo­wa­ny czar­ną farbą napis głosił:

 

Go­blin uśmiech­nął się i wska­zał na białą ka­ro­ce… –> Go­blin uśmiech­nął się i wska­zał białą ka­ro­cę

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

Go­blin wsko­czył na ka­ro­ce i wy­cią­gnął… –> Go­blin wsko­czył na kozioł i wy­cią­gnął

 

Po­jazd szla­chet­nej Pani bę­dzie cze­kał… –> Po­jazd szla­chet­nej pani bę­dzie cze­kał

Formy grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Białe mury gęsto ob­ra­stał bluszcz. –> Skoro bluszcz gęsto obrastał mury, to skąd wiadomo, że były białe?

 

Na do­da­tek ro­bi­li to mnisi z Indii, któ­rzy ćwi­czą tego typu rze­czy przez całe lata. –> Raczej: …któ­rzy ćwi­czą tego typu umiejętności przez całe lata.

 

pod por­ty­kiem skła­da­ją­cym się z czte­rech ko­lumn i wy­ło­żo­ne­go czer­wo­ną kost­ką dachu… –> O ile mi wiadomo, dachu nie wykłada się kostką. Dach pokrywa się dachówkami.

 

Wska­zał na go­bli­ny. –> Wska­zał go­bli­ny.

 

Pro­wa­dzą­cy męż­czy­zna, tak jakby czy­tał jej w my­ślach… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Łoże z bal­da­chi­mem, ko­bie­cy kącik z szaf­ką, lamp­ką oraz lu­strem… –> Co to jest kobiecy kącik?

Jeśli opisujesz sypialnię przeznaczoną dla damy, to całe pomieszczenie jest kobiece, nie tylko jego fragment z toaletką.

 

Na ka­ro­cach był ktoś jesz­cze. –> W ka­ro­cach był ktoś jesz­cze.

 

Ko­bie­ty, w róż­nym wieku i o róż­nych uro­dach. –> Ko­bie­ty, w róż­nym wieku i o różnej urodzie.

Uroda nie ma liczby mnogiej.

 

zo­rien­to­wa­ła się, że jest cała spo­co­na. Otar­ła pot z czoła… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

i trzy fi­li­żan­ki. Z kawą, her­ba­tą oraz so­kiem. –> Soku nie podaje się w filiżankach.

 

przed oka­la­ją­cym ją mar­mu­ro­wym mur­kiem… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

stał już drew­nia­ny sto­jak z białą, czy­stą kartą. Na ziemi wid­nia­ły ma­lar­skie ak­ce­so­ria, w tym oczy­wi­ście farby oraz pędz­le. –> Brakuje stolika. Jakoś trudno sobie wyobrazić, że malarz musiałby po to, co potrzebne schylać się do ziemi, zamiast mieś wszystko pod ręką.

 

Za­szko wska­zał na fon­tan­nę i rzekł… –> Za­szko wska­zał fon­tan­nę i rzekł

 

Za­wsze sta­ram się wy­bie­rać inne otocz­ki. –> Raczej: Za­wsze sta­ram się wy­bie­rać inne tło/ inną scenerię.

 

Go­bli­ny przy­nio­sły srebr­ne tace wy­pcha­ne po brze­gi róż­no­ra­kim je­dze­niem. –> Tace można zastawić różnorakim jedzeniem, ale nie wydaje mi się, by można je wypchać czymkolwiek, szczególnie po brzegi, z reguły niziutkie.  

 

Za­nu­rzy­ła usta w czer­wo­nym trun­ku po czym za­bra­ła się za po­si­łek. –> Za­nu­rzy­ła usta w czer­wo­nym trun­ku, po czym za­bra­ła się do posiłku.

 

tam po­pra­wia i udo­sko­na­la swoje dzie­ła i nikt nie ma tam wstę­pu… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Róża sia­dła przy szaf­ce z lu­ster­kiem… –> Róża sia­dła przed lustrem toaletki

 

-Pa. Będę ję­czeć jak stara baba… –> Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Rzad­ko wi­dy­wa­ła go­bli­ny, choć gdy za­dzwo­ni­ła w dzwo­ne­czek, rze­czy­wi­ście po­ja­wia­ły się na­tych­miast. –> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: …gdy tylko poruszyła dzwo­ne­czek, rze­czy­wi­ście po­ja­wia­ły się na­tych­miast. Lub: …gdy tylko za­dzwo­ni­ła, rze­czy­wi­ście po­ja­wia­ły się na­tych­miast.

 

Róży było głu­pio za to, co zro­bi­ła… –> Róży było głu­pio po tym/ z powodu tego, co zro­bi­ła

 

Za­szko zrzu­cił płach­tę i za­brał się za ostat­nie po­praw­ki. –> Za­szko zrzu­cił płach­tę i za­brał się do ostatnich poprawek.

 

jak kro­ple farby obry­zgu­ją jego pięk­ną twarz. –> Czym i jak Zaszko malował, że farba obryzgiwała mu twarz?

 

A, i chcia­łem cię prze­pro­sić za… –> Literówka, czy Róża zmieniła płeć?

 

Pod­eks­cy­to­wa­na po­bie­gła wręcz do dworu, wbie­gła na scho­dy, gdzie nie­mal po­trą­ci­ła go­bli­na, który scho­dził ob­ła­do­wa­ny… –> Powtórzenia.

Na czym polega biegnięcie wręcz?

 

Po­chy­lił się na tyle, na ile był wsta­nie… –> Po­chy­lił się na tyle, na ile był w sta­nie

 

Cie­ka­we co gnę­bi­ło tego bied­ne­go go­bli­na, po­my­śla­ła Róża. –> Cie­ka­we, co gnę­bi­ tego bied­ne­go go­bli­na, po­my­śla­ła Róża.

 

I wszyst­kie się po­ru­sza­ły. Wy­da­wa­ły się być szczę­śli­we. Były uśmiech­nię­te, po­ru­sza­ły usta­mi… –> Powtórzenia.

 

Uj­rza­ła to, czego się spo­dzie­wa­ła. Lecz nie spo­dzie­wa­ła się, że obraz… –> Czy to celowe powtórzenie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Piękne, piękne, panie Realuc. :)

Dobrze, że mogę klikać bez rozpisywania się w komentarzu, czasami po prostu nie potrzeba. Będą tacy, którym bardzo się spodoba i tacy, którym spodoba się mniej. Dla mnie dobre jest każde zdanie, historia trwa tyle, ile powinna, nie przeciągasz, nie skracasz. Sentymentalnie, romantycznie i zmysłowo. Brawo!

Reg:

Błędy ładnie poprawione. Nie trafiło tym razem, cóż, zdarza się… Może następnym razem :) Troszeczkę będę polemizował z:

Nijak nie mogę uwierzyć…

Na świecie mało już zostało stworzeń magicznych jak i samej magii więc może uznać to za pewnego rodzaju niepowtarzalną przygodę. – wspomnianych mnichów widziała na żywo, z inną magią nie miała do czynienia, ale jest zaznaczone, że w tym świecie występuje, bądź kiedyś występowała i jest to pewne. Gobliny są faktem, na pewno o nich słyszała zanim się tam zjawiła.

 

Skoro bluszcz gęsto obrastał mury, to skąd wiadomo, że były białe?

Według mnie jest mała różnica między całkowitym a gęstym zakryciem. To, że mam gęstą brodę, nie oznacza, że nie widać jaki mam kolor skóry na twarzy. Przecież nie porasta każdego jej skrawka.

 

Czym i jak Zaszko malował, że farba obryzgiwała mu twarz?

Malował farbami, a jakżeby inaczej. Obryzgać = ochlapać. Według mnie jak malował z zawzięciem, niczym w transie, mógł się ochlapać farbą…

 

Z resztą raczej się zgadzam i dziękuję jak zawsze za tak piękną łapankę. Przepraszam za ilość błędów, idę do kąta :( Pozdrawiam ;)

 

Darcon:

Ojej, to ja też nie będę się rozpisywał i napiszę tylko: dziękuję! Zdaję sobie sprawę, że każdy ma swoje gusta i cieszę się, że w Twoje trafiłem :)

Pozdrawiam ;)

Ja z tych pośrodku. Nie jest źle, ale i nie zachwyciło.

OK, jest magia, więc karoca nie szokuje. Niech będzie. Ale dorosła baba rzuca się nagle na szyję obcemu facetowi? A skoro rodzice mają pięćdziesiątą rocznicę ślubu, to Róża nie jest już nastolatką. Do tego szefowa firmy, a zachowuje się mało odpowiedzialnie. Telefonu nie odbiera, w ogóle o nim zapomina… No, nie przekonała mnie ta postać.

Reszta w miarę w porządku.

Wykonanie. Przeszkadzało mi przeskakiwanie między przeszłością i teraźniejszością.

Prowadzony przez nią czarny mercedes błądził już dobre dwie godziny, wijąc się wąskimi,

Zgrzytnął mi wijący się samochód. Wić się może coś giętkiego, w ostateczności poskręcanego (jak droga czy rzeka).

Ciągnięty przez Wiksony,

Dlaczego dużą?

plastry szynki i sera, kiść winogronu, sałatka z bakaliami

O ile mi wiadomo, winogrono jest rodzaju nijakiego i odmienia się inaczej.

Babska logika rządzi!

Na świecie mało już zostało stworzeń magicznych jak i samej magii więc może uznać to za pewnego rodzaju niepowtarzalną przygodę.

Rozumiem to, tyle że dziejąca się współcześnie opowieść, w której występują gobliny i magia, jest dla mnie mało wiarygodna.

 

Według mnie jest mała różnica między całkowitym a gęstym zakryciem.

I ja się z tym zgadzam, ale przeczytałam, że bluszcz gęsto obrastał mury i wyobraziłam sobie budynek cały gęsto porośnięty bluszczem.

 

Malował farbami, a jakżeby inaczej. Obryzgać = ochlapać. Według mnie jak malował z zawzięciem, niczym w transie, mógł się ochlapać farbą…

Obryzgać się/ ochlapać się można jakimś płynem lub paćką, np. błotem. Dlatego zdziwiłam się, że farby, którymi malował Zyszko były tak rzadkie, że się nimi obryzgiwał.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finklo:

Niech będzie. Ale dorosła baba rzuca się nagle na szyję obcemu facetowi? A skoro rodzice mają pięćdziesiątą rocznicę ślubu, to Róża nie jest już nastolatką. Do tego szefowa firmy, a zachowuje się mało odpowiedzialnie. Telefonu nie odbiera, w ogóle o nim zapomina…

Finklo, wszystko o czym piszesz, nie wzięło się z niczego. To nie wynika z jej głupiego, dziewczęcego zachowania. Więc tłumaczę [SPOILER]: mamy magię i mamy malowanie portretu, który, jak wynika z końcówki, też jest w jakiś sposób magiczny, skoro główna bohaterka w niego wsiąka. Gdy obraz jest malowany automatycznie zostaje wytworzona więź między Różą a Zaszko. Coś, co wpływa na jej zachowania. Przecież sama mówi, że nigdy się tak nie zachowywała. Zaczyna działać w ten sposób właśnie dlatego, a nie, że jest jak nastolatka.

Dzięki za wypatrzone jeszcze kruczki, poprawiłem :)

 

Reg:

Rozumiem to, tyle że dziejąca się współcześnie opowieść, w której występują gobliny i magia, jest dla mnie mało wiarygodna.

Harry Potter rozumiem też jest mało wiarygodny? To świat alternatywny/ równoległa rzeczywistość czy jak zwał tak zwał.

Co do bluszczu, skoro się zgadzasz, że jest różnica między całkowitym a gęstym, to nie wiem czemu nie dopuszczasz myśli, że przez tę gęstość jednak coś widać, nawet jakby jednak dwór był cały porośnięty.

Co do farby. Myślałem, że farba to też jednak jest jakiś płyn. I czegoś nie rozumiem. Skoro można ochlapać się wodą, to czemu nie farbą, skoro, jak piszesz, jest RZADKA? Błoto jest raczej gęste… 

Pozdrówka ;)

 

 

 

Realucu, to Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane. Zadałeś mi kilka pytań, a ja na nie odpowiedziałam. Nie wiem, co jeszcze mogłabym dodać.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze, nie będę już dalej brnął. 

Wszystkiego dobrego ;)

Dziękuję i wzajemnie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Aha, ona zmienia się stopniowo… Tego nie zajarzyłam. Myślałam, że szlag trafia wszystko w momencie spojrzenia na obraz.

Babska logika rządzi!

Wiem, że fantastyka, ale mimo wszystko – dużo rzeczy wydaje mi się naciąganych. Połączenie bogatej właścicielki sieci drogerii, która zostawia w środku lasu swojego mercedesa (nie martwiąc się, że ktoś ukradnie – a podejrzewam, że tani nie był:P) i wsiada do karocy ciągniętej przez niewidzialne konie na zaproszenie goblina mi od razu zgrzytnęło. Telefony od przyjaciółki, a w szczególności sms z informacją, że to poszukiwany – no proszę, skoro wiadomości dochodzą, to jest zasięg – skoro jest zasięg to wiedząc, że Róża jest u Zaszko – powinna natychmiast udać się na policję i powiadomić, że jak chcą go znaleźć, to jest do namierzenia działający telefon. Trzy – Róża znalazła stronę internetową Zaszko i nie sprawdziła co to za jeden? Nie natknęła się na informację, że jest poszukiwany? Żadnego artykułu o pożarze? Niestety, trudno było mi wczuć się, niuanse tego typu mnie wybijały z tej historii. W szczególności przeszkadzała mi postać samej Róży – niby business woman a zachowuje się jak owieczka prowadzona na rzeź. Dopracowałabym tu parę rzeczy :)

Niestety specjalnie zachwycony nie jestem. Przede wszystkim mam wrażenie, że Twoje poprzednie teksty były nieco lepiej napisane i wykonane. 

Mieszanie nowoczesności i magii jest jak najbardziej okej, chociaż… Dwie sprawy. Po pierwsze, Róża jednak zbyt lekko i ufnie podchodzi do manifestacji owej magii w środku lasu, nawet jeśli zdaje sobie sprawę z tego, że magia w zasadzie istnieje, a kiedyś była całkiem popularna. Na przykładzie – wiem, że kiedyś były wielgachne sterowce, ba, teraz też buduje się sterowce ciśnieniowe, ale co innego oglądać stuletniego zeppelina na zdjęciach, a co innego zobaczyć coś takiego, gdy przelatuje nad lasem. 

Po drugie, mam wrażenie, że magia pełni tu rolę kropelki sklejającej logicznie rozłażące się elementy. Policja poszukuje malarza i nie może znaleźć, mimo że facet ogłasza się w internecie – przecież jego dwór jest magicznie ukryty. Inteligentna pani prezes daje się omotać jak nierozgarnięte dziecko – przecież malarz posługuje się magią. I tak dalej. 

Choć muszę przyznać, że scena snu była świetna :-) 

Cóż, tekst nie przypadł mi do gustu. Zwłaszcza, że czytałem dużo lepsze teksty Twojego autorstwa. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Mam bardzo mieszane uczucia. Pomysł, choć o magii i obrazach pisano już wiele (mój ostatni tekst tutaj też jest o tym :)), jest całkiem całkiem, ale jak dla mnie zabija go bardzo słabe wykonanie.

 

Bohaterka wydała mi się kompletnie niewiarygodna, chyba że ma być stereotypem głupiej bizneswoman w suvie. Przedpiścy już pisali o jej zachowaniu i zgadzam się z nimi. Do tego jeszcze ten prawie pusty bak. Skądinąd to wszystko jest strzelbą, która nie wypala, bo Róża nawet nie próbuje uciekać i informacja o kończącej się benzynie jest bez znaczenia, podobnie zresztą jak o kickboxingu – po co dajesz tę informację, skoro do niczego nie służy? Bohaterka o tym wszystkim zapomina, bo urzeka ją jakieś magiczne długowłose wcielenie Greya?

I ten brak wątpliwości co do pustkowia, dziwacznej tabliczki? Dałbyś tej bohaterce choć trochę życia i rozumu… Wtedy paradoksalnie jej decyzja, że jest tam szczęśliwa, byłaby ciekawsza.

 

Fabuła jest szczątkowa, a jednocześnie tekst jest rozwleczony. Brakło mi tu zaskoczenia, niepewności, niepokoju. Za brak przejęcia się losem bohaterki odpowiada niestety kreacja tejże.

 

Nie klei mi się ta strona w necie z magią i ekskluzywnością malarza, ale ok, może tak wabi klientki. Ale nie ogląda ich nijak wcześniej? Nie dobiera?

 

Nie rozumiem zabiegu z wymiennie stosowanym czasem przeszłym i teraźniejszym – na mnie sprawia wrażenie niedbałości i nieprzemyślenia.

 

“Przed kobietą kłania się goblin. Sięgające jej do pasa stworzenie o szarym odcieniu skóry, zwisających uszach i wielkich jak na tak małą głowę oczach. Istoty te były niegdyś często wykorzystywane przez ludzi jako pomoc domowa. Teraz jednak są raczej zapomniane lub pozamykane w rezerwatach. Ten osobnik był na dodatek goblinem irlandzkim. Niezwykle rzadkim i bardzo cennym. Kiedyś.”

Po co taki infodump? Róża nie ma o tym wszystkim pojęcia, więc taki wyskakujący jak filip z konopi narrator wszechwiedzący i dzielący się swą wiedzą z czytelnikiem jest trochę od czapy.

 

“Może odwiedzi Zaszko?” – a tego się nie powinno odmieniać? Odwiedzi Zaszka?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bellatrix, thargone, drakaina:

Napiszę krótko: Naprawdę dziękuję za tak obszerne opinie. Mógłbym z niektórymi aspektami dyskutować, ale chyba nie ma sensu, bo z większością bo dłuższym zastanowieniu się zgadzam… 

Cóż, czasem tak jest, jak się coś robi na szybko i nie przemyśli pewnych rzeczy… Raz teksty są lepsze, a raz trafią się gorsze…

Nie porzucę całkiem tego opka i jak będę miał czas i moc to przemyśle dokładnie wasze uwagi i postaram się go poddać konkretnej edycji.

Dzięki raz jeszcze za poświęcony czas, każdy komentarz wiele mi daje! ;)

Nie porzucę całkiem tego opka i jak będę miał czas i moc to przemyśle dokładnie wasze uwagi i postaram się go poddać konkretnej edycji

Cieszę się :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

stał już drewniany stojak z białą, czystą kartą.

Skoro to malarz, czy to nie powinno być płótno?

 

Nie jest źle. Minusy wymienili przedpiśccy, więc nie będę powtarzał. Jest jakiś pomysł, niezbyt oryginalny, zakończenie przewidywalne, ale ogólnie napisane sprawnie i do przeczytania bez bólu. Są całkiem niezłe fragmenty.

stał już drewniany stojak z białą, czystą kartą.

Skoro to malarz, czy to nie powinno być płótno?

 

jakoś mi to umknęło z uwag: powinna być sztaluga (lub sztalugi, obie formy dopuszczalne) i płótno rozpięte na blejtramie ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

ac, cieszę się, że opowiadanie nie sprawiło Ci bólu i, że znalazłeś w nim fajne fragmenty, dzięki za komentarz ;)

P.S. Już jest sztaluga z płótnem :D

W końcu skupia się na drewnianej tabliczce przybitej do drzewa. Namalowany czarną farbą napis głosił:

Po co ta zmiana czasu na teraźniejszy? Potem też się to powtarza.

Zanurzyła usta w czerwonym trunku[+,] po czym zabrała się do posiłku.

Rzeczywiście bohaterka wychodzi na baaardzo naiwną, ale podobało mi się :)

Dziwnie się mi czytało ten tekst. Mam wrażenie, że za dużo tu baśni, by traktować tę opowieść na poważnie, a zarazem za dużo tu rzeczywistych spraw, bym potraktował to jak baśń. Stąd gryzie się dla mnie początkowo reakcja Róży na gobliny i karocę, a późniejsze zachowanie z kolei jakoś nie chce się skleić z obrazem nowoczesnej i ułożonej kobiety.

Jednak sam pomysł przypadł mi do gustu. Motyw artysty mieszkającego w magicznej krainie brzmi całkiem ciekawie :) A i przedstawienie jego uczuć wypadło dobrze.

Językowo czasem chrzęściło, ale oglądało się bez większych problemów ten koncert fajerwerków. Stąd i nawet pokuszę się o klika :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Anet, NoWhereMan, ciesze się, że mimo wad się podobało :) Przyznam się, że tym razem poleciałem trochę za szybko, opierając się na ogólnej koncepcji, nie przemyślałem pewnych spraw i wątków. Stąd zapewne te różne odczucia. Teraz będzie mała przerwa w publikowaniu bo muszę przewietrzyć umysł i za następny tekst zabrać się na spokojnie. Więc do następnego! Pozdrowionka :)

Niedoceniony tekst widzę, nie pierwszy i nie ostatni tutaj. 

Nowa Fantastyka