- Opowiadanie: Lupus90Gno - Odejście Mędrca

Odejście Mędrca

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Odejście Mędrca

Odejście Mędrca

Przemysław Wilk

 

I. Oblężenie

Joachim usiadł ciężko pod najbliższym drzewem. Zmęczone ciało przywarło do jasnego pnia. Mokra od potu i krwi twarz skryła się na moment w poszarpanym płaszczu. Wytchnienie trwało tak krótko. Trzeba było szybko opuścić zasłonę i unieść pobrużdżone zmarszczkami oblicze. Mędrzec zmuszał się do patrzenia. Ponad sto lat służył królestwu jako Koronny Sędzia. Czuł się zobowiązany, aby te płonące budowle Entirionu zachować w pamięci. Smoliste kłęby dymu nadal rosły nad, stojącymi jeszcze, wieżami i murami stolicy.

Sędziwy mężczyzna spoczywał w cieniu buku i czekał. Od strony miasta cały czas nadciągały zielono-srebrne sylwetki wojowników. Żołnierze zmierzali ku zagajnikowi pojedynczo i gromadnie, na koniach, a także pieszo. Wśród jęków, przekleństw, lamentów, chrzęstu oręża i rżenia koni wybił się krzyk jednego z nielicznych, pozostałych przy życiu oficerów. Dowódca próbował zapanować nad niedobitkami oddziału. Nad resztkami odsieczy, która nie zdołała przerwać oblężniczego pierścienia.

Joachim nie poruszał się. Rozkazy setnika docierały do jego uszu, ale nie do serca. Nie potrafił oderwać pleców od drzewa. Miał wrażenie, iż nieznana siła każe mu jeszcze poczekać. Odpocząć, zanim wyruszy w dalszą drogę. Zanim wraz z innymi ucieknie na północ. W stronę ostatnich wolnych jeszcze miast Królestwa Ortis.

Trwał jednak w gotowości, w oczekiwaniu na znak. Jego żylaste dłonie mocno ściskały jasnobrązowy, gładki kostur.

– Czcigodny, napij się, proszę.

Sędzia spojrzał na wyciągnięty w jego stronę bukłak. Następnie zaś przeniósł wzrok na młodzieńca, który ów skórzany worek trzymał. Śniady, może dwunastoletni chłopiec wpatrywał się w starca dużymi, ciemnymi oczyma.

– Nie chcę, Abias – odpowiedział Joachim, po czym ponownie skupił się na wysokich płomieniach i ciężkich, czarnych kłębach dymu.

Chłopiec usiadł obok Mędrca. Jego długie, kręcone włosy musnęły ramię Sędziego.

– Co się z nimi stanie? – spytał po chwili milczenia Abias. – Z waszym królem i mieszkańcami stolicy?

Mędrzec drgnął. Coś w nim pękło. Tama został przerwana.

– Kiedyś uratowałem życie pewnemu młodzieńcowi… – zaczął Sędzia. – Był wówczas może w twoim wieku… Zaopiekowałem się nim, wziąłem go na pomocnika…

Potężny huk, niczym burzowy grzmot przewalił się nad polami. Ziemia zatrzęsła się. Większa część murów zamkowych utonęła w chmurze popiołu. Żołnierze, którzy widzieli to zdarzenie z daleka, krzyczeli z bezsilności i rozpaczy, klękali na ziemi i płakali. Królewski Sędzia z niezmienionym wyrazem twarzy kontynuował swoją opowieść, nieznacznie tylko podnosząc głos.

– On był wybrańcem… Wyznaczonym do zatrzymania inwazji Niepodzielnych. Księga, sny, gwiazdy… Objawiły mi to. Widziałem jego znamię… To wszystko wiedziałem, zanim obudzili się ci, którzy mieli spać przez wieki.

Kilku konnych galopowało w stronę zagajnika. Wśród jeźdźców znajdował się także ciężko ranny rycerz, podtrzymywany na siodle przez innego wojownika. Na jego widok wszyscy zerwali się na równe nogi, by żwawo przygotować się do dalszej podróży. Tylko Joachim i Abias siedzieli pod drzewem w bezruchu.

– Namaściłem go. Przekonałem Króla i Radę. Tomas dowodził naszymi siłami, wchodzącymi w skład armii ludzi Zachodu… Ponieśliśmy klęskę. Tomas zginął. Los zadrwił z nas okrutnie.

Wszyscy byli już gotowi do dalszej drogi. Abias wstał również. Spojrzenia żołnierzy zogniskowały się teraz na Joachimie. Jeden ze zbrojnych przyprowadził Mędrcowi gniadą klacz.

– Czcigodny Sędzio, wycofujemy się do Arrasi.

Strużka krwi niespiesznie meandrowała po twarzy Mędrca i wsiąkała w długą, potarganą brodę. Gdzieś pomiędzy czerwienią ukryła się samotna przeźroczysta łza. Joachim w końcu podniósł się na kosturze, uchwycił wodze wierzchowca i sprawnie na niego wskoczył. Pomógł Abiasowi usadowić się przed sobą w siodle. Następnie zaś razem z mocno przetrzebioną kompanią wyruszył na północ.

II. Narada w Arrasi

Zebranie najważniejszych dostojników Królestwa Ortis trwało już drugą godzinę. Elita państwa zgromadziła się na, zamkniętej spadzistym dachem, loggii, wieńczącej jedną z zamkowych wież. Srebrne i zielone płaszcze otulały siedzące pod filarami postacie. Chłodny wiatr przyniósł do pomieszczenia kilka żółtych liści. Te kolorowe zwiastuny jesieni osiadły przez chwilę na posadzce, lecz zaraz znów wzbiły się, zamiecione energicznym ruchem płaszcza Ursuli, burmistrza Arrasi.

– Król i królowa są w niewoli. Królewicz jest za młody. Nie stanie na czele upadającego Ortis – stwierdziła gospodarz miejsca. – Nie ma już komu rządzić, nie ma kim walczyć ani czego bronić.

– Darion, Entiris i twoje Arrasi to jest nic? – wtrącił margrabia Luciano. – Zgromadźmy wszystkich mężczyzn zdolnych nosić broń, wszystkie chętne niewiasty i zaatakujmy ich. Teraz się tego nie spodziewają.

Ursula spojrzała na niego z politowaniem.

– Luciano, naprawdę żałujesz, że nie zginąłeś pod Entirionem? Marzy ci się zbiorowe samobójstwo? Tak chcesz zakończyć historię tego kraju?

Margrabia sapnął gniewnie niczym byk. Czerwone rumieńce wstąpiły na jego poprzecinaną bliznami twarz.

– Wolę, żeby śpiewali pieśni o mojej chwalebnej śmierci, a nie o tym, jak się zesrałem ze strachu, siedząc zamknięty w wieży.

– Nie będzie komu śpiewać pieśni, gdy wszyscy zginą – odezwał się książę Benedito. – Zima kupi nam pół roku. W tym czasie musimy poszukać pomocy z zewnątrz. Zostaje nam tylko uciec się pod opiekę Porfiru, naszego odwiecznego wroga.

Burmistrz Arrasi prychnęła głośno.

– Zamienić jedną niewolę na drugą? Tyle lat broniliśmy kraju przed najeźdźcami z Północy, aby teraz podać im go na tacy? To już chyba wolę Taurię. Ciężkie pod nimi jarzmo, a jednak… – wyraz twarzy i ton głosu Ursuli uległy zmianie. Kobieta wypowiadała kolejne słowa ostrożnie, powoli i cicho. – Oni poznali sekret wiecznej młodości. Podobno chcą, w przyszłości, obdarować tą magią wszystkich ludzi.

– Nie wiesz, co mówisz, niewiasto – rzekł Joachim.

Wszyscy zebrani spojrzeli na Koronnego Sędziego. Ursula uśmiechnęła się nieznacznie. Jej wzrok był jednak zimny jak lód.

– Powiadasz czcigodny, że nie wiem. No to mnie oświeć, abym dłużej nie pozostawała w mroku niewiedzy.

Mędrzec wstał i odchrząknął.

– Prawdą jest, iż Monotai pragną cofnięcia Drugiego Oddzielenia. Jeżeli uda im się ta sztuka, wówczas wszyscy staniemy się młodzi, piękni, zdrowi i będziemy żyć po trzysta lat. I na tym koniec. Rezygnując z Drugiego Oddzielenia, stracimy męskość i kobiecość. Stracimy płodność. Także dzieci i naszą przyszłość. Tak, kochani. Lepiej już nawet wybrać niewolę u Porfiru, niż sprzymierzyć się z Niepodzielnymi.

Ursula ściągnęła brwi, jej oczy zwęziła się w szparki. Postąpiła krok w stronę Sędziego. Różnica wzrostu między nimi była znaczna. Obserwujący mieli wrażenie, iż oglądają pojedynek wściekłej kocicy z sędziwym wilkiem.

– Powtarzasz się, mędrcze. Mówiłeś nam to przed klęską twojego Wybrańca i zaraz też po niej. Opowiadasz bajki o przepowiedniach i bohaterach. Mylisz się jednak za każdym razem. Porażka Tomasa…

– Wiem, była moją winą – Sędzia przerwał jej zdecydowanie. – Co nie znaczy, że możecie popełniać głupstwa, byle tylko zrobić mi na złość. Pertraktujcie z Porfirem. Od Monotai trzymajcie się z daleka. To ostatnia prośba i rada, której wam udzielam przed moim odejściem.

– Przed odejściem? – zdziwił się Benedito. – Opuszczasz nas czcigodny? Teraz? W dniu naszej żałoby i klęski? Dokąd się udajesz? Na północ?

– Nie, szlachetny książę – odrzekł spokojnie Joachim. – Idę na zachód. Do Toros, stolicy Nowej Wspólnoty Taurii. Mam tam rachunki do wyrównania.

– Zuchwały to plan – stwierdził margrabia. – Rzekłbym, że nawet bezczelny. Dlatego też będę ci towarzyszył w wyprawie. Musimy szybko ogłosić mobilizację i rozpocząć zaciągi.

Mędrzec pokiwał przecząco głową.

– Dziękuję Luciano za twój zapał, ale w tę drogę wyruszę tylko z Abiasem. Ty zostań i broń tych ziem. To również jest ważne.

– Czcigodny sędzio… – zaczęła zakłopotana Ursula. – Nie chciałam cię wyganiać z Królestwa. Zaniechaj tej misji. Na nic nie zda się twoja śmierć.

Starzec uśmiechnął się szczerze.

– Nie mam ci tego za złe, pani burmistrz. Mówiłaś to, co miałaś w sercu.

– Kim jest ten Abias? – dopytywał Benedito. – Czy jest on nowym Czempionem? Wiążesz z nim jakieś nadzieje? Uratuje nas?

– To tylko chłopiec. Biorę go ze sobą, aby nie wędrować samemu. Dobrze mieć towarzystwo podczas długiej podróży.

– Nie byliśmy w stanie ich przemóc wszystkimi siłami. A teraz oznajmiasz, iż dokonasz tego w pojedynkę. Jakim cudem? Co się zmieniło? – dziwił się Luciano.

Joachim nie odpowiedział na pytanie margrabiego. Zamiast tego obdarzył każdego ze zgromadzonych serdecznym uśmiechem, choć w oczach Mędrca tliła się również odrobina smutku.

– Bywajcie zdrowi.

Po tych słowach Koronny Sędzia ruszył w stronę schodów, tym samym opuszczając pomieszczenie.

III. Święte Jezioro

Ostatni kamienny stopień został pokonany. Joachim odetchnął głęboko chłodnym powietrzem, po czym zlustrował okolicę. Niewielka, pokryta kosodrzewiną dolina była zamknięta z trzech stron wysokimi górami, których wierzchołki tonęły w chmurach. W samym jej centrum znajdowało się lazurowe jezioro. Mędrzec spojrzał na staw i już wiedział, że dobrze trafił. Pośrodku zbiornika wodnego, na cztery łokcie powyżej tafli wody, sterczał, płaski u góry, szeroki głaz. Tuż przy brzegu stał krótki drewniany pomost. Obok konstrukcji kołysała się jednomasztowa łódka z zielonym żaglem i dwoma wiosłami. Abias, który wyprzedził Mędrca na trasie, czekał już na przystani.

Sędzia zszedł nieco w dół, w stronę wąskiej plaży. Gdy dotarł na miejsce, poklepał chłopaka po ramieniu, po czym spoczął na kamieniu i pociągnął kilka łyków z bukłaka. Następnie zaś wyjął z sakwy cztery suszone morele. Połowę owoców dał chłopcu. Gdy spożyli posiłek, Abias zabrał głos.

– Tam jest to jezioro, o którym opowiadałeś, czcigodny. Łódka aż zaprasza, żeby popłynąć na tę maleńką wysepkę.

Sędzia spojrzał na spłaszczoną u góry skałę. Pokiwał głową.

– Już raz na niej byłem. Dwa lata temu. Nie sądziłem, iż tak szybko tu wrócę. Prawdę mówiąc… – głos mu zadrżał. – Nie sądziłem, że w ogóle tu wrócę.

Abias przechylił głowę.

– Dlaczego więc tu jesteś?

Joachim przymknął oczy. Sceny sprzed dwóch lat momentalnie pojawiły się w jego głowie.

– Jako Koronny Sędzia mam obowiązek, aby w razie zagrożenia Królestwa powołać Bohatera. Odbywa się to pośrodku Świętego Jeziora. Wskazany przez Niebiosa Wybraniec zostaje przeze mnie namaszczony na Czempiona. Obdarzony siłą i mądrością jest w stanie pokonać zło…

Abias przyglądał się intensywnie Mędrcowi.

– Czy ostatni Czempion pokonał zło?

Joachim wstał, podpierając się kosturem.

– Nie, nie pokonał. Muszę wyznaczyć kolejnego. Dlatego tu przybyłem.

Sędzia podszedł do łódki. Złożył w niej swój tobołek i kij.

– Płyniemy na wysepkę, czcigodny?

– Nie, Abiasie. Ty zostań i rozpal ognisko. Nie musisz bać się dzikich zwierząt. Tutaj nie przyjdą.

– Będziesz na tej wyspie sam? – dziwił się chłopak.

Joachim pochylił się nad swoim towarzyszem. Położył mu obie ręce na barkach i spojrzał prosto w oczy.

– To, co teraz ci powiem, jest bardzo ważne. Nie powinienem zamarudzić tam dłużej, niż jedną noc. Gdyby coś jednak poszło nie tak, gdybym nie wrócił, nie podnosił się, był nieprzytomny, czy… wówczas odejdź stąd jak najszybciej i udaj się do Arassi.

Spodziewał się ujrzeć strach. Jednak w jego brązowych oczach dostrzegł tylko smutek.

– Nie chcę, żebyś umarł.

Joachim uśmiechnął się delikatnie.

– Mądry z ciebie chłopak. I dobry. Przypominasz mi… kogoś.

Abias zarumienił się lekko, lecz po chwili zmarszczył czoło.

– Czcigodny, kogo namaścisz na Czempiona?

Sędzia wyprostował się i spojrzał w bok.

– Siebie.

Chłopak przez dłuższą chwilę stał w milczeniu, oszołomiony tą deklaracją.

– Nie wiedziałem, że możesz sam siebie namaścić.

Spojrzenie Joachima było przepełnione żalem i gniewem.

– A ja nie wiedziałem, że proroctwo może się nie spełnić.

Młodzieniec cofnął się przestraszony. Gniew szybko zniknął z oblicza Sędziego.

– Nie bój się, Abiasie. Zamierzam tutaj wrócić. Chcę wszystko naprawić. I raz na zawsze zakończyć wojnę.

Sędzia jeszcze raz położył dłoń na ramieniu chłopaka i uśmiechnął się do niego serdecznie. Chłopiec odpowiedział tym samym.

– Będę na ciebie czekał, czcigodny.

Joachim skinął głową. Następnie zaś odwrócił się i pomaszerował w stronę łódki.

Po kilku godzinach trwania w skupieniu Sędzia otworzył oczy. Zaczęło zmierzchać. Panującą szarość kończącego się dnia rozświetlał nieco blask bijący od brzegu. Ognisko rozpalone przez Abiasa płonęło nadal. Joachim przez moment skupił się na łódce, którą przywiązał do solidnego pala, znajdującego się tuż obok wysepki. Nie było wiatru, lecz mimo to drewniany kadłub kołysał się na falach.

Mędrzec uśmiechnął się do siebie. Przestał obserwować łódkę i powędrował wzrokiem w dół. Skupił się teraz na księdze i zwojach, rozłożonych przed jego kolanami.

– Przyjdźcie – wyszeptał. – Jestem gotów.

Czekał jeszcze dobrą godzinę. Czarny atrament, wypełniający stronice księgi w końcu zalśnił na czerwono. Zupełnie tak samo, jak dwa lata wcześniej.

– To nie ten czas, Joachimie.

Mędrzec drgnął. Śpiewny, powabny głos zaskoczył go. Sędzia podniósł wzrok. Serce zakołatało mu w piersi. Był stary, widział już wiele. Jednak w tej chwili czuł się jak podrostek. Piękno onieśmieliło go. Poznał ją już wcześniej, ale nie w takiej postaci. Faliste, kasztanowe włosy spływały na jej ramiona. Brązowe, duże oczy spoglądały na niego z oliwkowej twarzy. Jej smukłe ciało otulała biała, jedwabna sukienka, przypominająca nocną koszulę. Było ciemno, lecz widział ją bardzo dokładnie, zupełnie jak w południe.

– Dlaczego nas przywołujesz Mędrcze? Czy ujrzałeś coś, czego my nie widzimy?

Joachim dopiero teraz zorientował się, że kobieta nie stoi na skale. Jej bose stopy unosiły się kilka cali nad kamieniami.

– Ujrzałem koniec naszego świata – odpowiedział w końcu Sędzia. – Czyż ty tego nie dostrzegłaś, Ventirio?

Pojawiły się kolejne postacie. Mężczyźni oraz kobiety. Osoby odziane na biało, bądź też okryte pozłacanymi płytowymi zbrojami. Każda z tych istot emanowała jasną aurą.

– Kogo chcesz namaścić, Joachimie? Przypłynąłeś sam.

Sędzia sięgnął ręką po kostur. Mocno ścisnął drewnianą laskę. To zawsze wpływało na niego uspokajająco.

– I też sam pragnę dźwigać to brzemię.

– Wiesz, że to niemożliwe – rzekł męski głos. – Księga ci tego zabrania.

Joachim przełknął ślinę.

– Nie ma już Czempiona, który by nas ocalił. Entirion padł.

– Dwa lata temu wyznaczyłeś Tomasa – odezwał się inny głos.

– Tomas poległ – odpowiedział Joachim. – Ktoś musi go zastąpić. Ktoś musi w końcu zatrzymać Monotai.

– Nie wiemy, co się stało z Tomasem. Jego misja jest niezakończona.

– I to ma być usprawiedliwienie naszej bierności?! – Wykrzyknął poirytowany Sędzia. – Niepodzielni rozpanoszą się od Gór Lodowych po pustynię, a my nadal będziemy czekać?

Ventiria usiadła przed Mędrcem. Uważnie mu się przyjrzała. Zadrżał po raz kolejny, gdy dotknęła swoją delikatną dłonią jego pomarszczonej twarzy i gęstej, białej brody. Spojrzał jej w oczy. Dostrzegł w nich wieloletnią mądrość oraz doświadczenie życia znacznie dłuższe i bogatsze, niż u niego samego.

– Przepełnia cię gniew i gorycz. Czy Mędrzec pozwoli, aby żądza zemsty zatruła mu serce?

Sędzia uśmiechnął się smutno.

– Wydaje mi się, iż nie rozmawiasz już z Mędrcem, pani.

Kobieta westchnęła cicho.

– Kim teraz jesteś? – spytała.

– Jestem głosem wielu tysięcy zniewolonych mieszkańców Zachodnich Krain.

Mężczyzna w złotej zbroi usiadł obok Joachima.

– Nie wiemy, co się stanie, gdy przekażemy ci swą wiedzę i moc. Nie jesteśmy władcami tego świata. Chyba nas przeceniasz Joachimie.

Sędzia spojrzał na siedzącego obok Immamentai.

– Ja też nie wiem, co się stanie, Ferisinie. Mimo to gotów jestem zapłacić każdą cenę za powstrzymanie Monotai.

– Nie wiesz, co mówisz, Widzący Dalej – rzekła smutno Ventiria.

Obrócił twarz w jej stronę. Przez moment patrzył w zatroskane brązowe oczy. Po chwili jednak widział tylko ciemność. Zamrugał. Postacie zniknęły tak samo nagle, jak się pojawiły. Sędzia ponownie usłyszał szum wody. Zerknął w kierunku dogasającego ogniska. Abiasa nigdzie nie było widać. Musiał już zasnąć w namiocie.

Obudził go ból. Niezbyt silne, ale nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej, w okolicach serca. Nie wiedział kiedy zasnął ani ile spał. Gwieździsta noc nadal panowała nad światem. Siedział na skale, pośrodku jeziora. Górski staw zmienił się. Przybierający, z każdą chwilą, na sile wiatr, burzył spokojne wcześniej wody.

Joachim wstał ostrożnie i rozejrzał się wokół. Nie było już obok niego Księgi, zwojów ani laski. Ognisko również zgasło. Starzec nie potrafił dostrzec, co się dzieje na brzegu. Wicher przybierał na sile. Sędzia wymówił zaklęcie. Otoczyła go bladoniebieska poświata. Chwilowo zyskał ochronę przed gniewem żywiołu. Ta nienaturalna burza nie miała jednak najmniejszego zamiaru odpuścić. Wokół wysepki utworzyło się coś na kształt wiru wodnego. Fale dochodziły do wysokości kilku stóp. Stawały się coraz większe. Joachim próbował wypatrzyć jakiś ruch na plaży.

– Abias! Uciekaj! Ucieeekaj!!!

Mędrzec nie krzyczał długo. Głos szybko ugrzęzł mu w gardle. Ogromny ból poraził jego zmysły. Czuł, jakby niewidzialna ręka ścisnęła go za żebra, głowę i serce. Zachwiał się i upadł na kolana. Wiatr i woda nie zdołały go wciągnąć w głębiny jeziora, lecz i tak był cały mokry. Ból nie odpuszczał. Nikła poświata wokół Mędrca zgasła. Joachim próbował się skoncentrować. Skupić wszystkie swoje siły. Napiąć wolę do granic możliwości. Odciąć się od bólu, uciec wewnątrz siebie.

Przewrócił się na bok, oparł na łokciu. Zakaszlał kilka razy i wypluł krew. Potem upadł na plecy. Ujrzał ogromne ściany wody wirujące w powietrzu. Zupełnie, jakby trąba powietrzna przechodziła przez środek jeziora. Nic już nie słyszał. Ból powoli gasł. Razem ze świadomością. Sędzia z trudem wymówił bezgłośnie trzy słowa.

– Uratujcie Abiasa, proszę.

Pośród ciemności rozbłysło światło. Mały z początku punkcik stawał się coraz większy. Zbliżał się do wysepki. Sędzia nie zdążył ujrzeć, czy źródło złotego blasku dotarło do jeziora. Zamknął oczy. Zanim odpłynął do krainy snu, poczuł delikatny dotyk czyjeś dłoni na twarzy.

***

Rozbudzał się powoli. Stopniowo odzyskiwał panowanie nad zmysłami. Brak bólu przyjął z ulgą, ale też i lekkim niepokojem. Był jednak bardzo osłabiony, niczym po ciężkiej chorobie. Słyszał szum liści, szmer wody, czuł zimne uszczypnięcie górskiego powietrza. W końcu odważył się unieść powieki. Jego oczy zostały zalane strumieniami słońca.

Po pewnym czasie wzrok przyzwyczaił się do ogromnej porcji światła. Joachim ujrzał pochylającego się nad nim Abiasa. Gdy chłopiec zobaczył uśmiechnięte oblicze Sędziego, wtulił się w jego białą brodę.

– Jak długo? – zapytał ochryple Joachim.

– Trzeci dzień – odpowiedział młodzian, który zdążył się już podnieść. – Proszę, nie mów za dużo, czcigodny. Musisz wypoczywać. Napij się teraz.

Z pomocą Abiasa Joachim opróżnił połowę zawartości bukłaka. Przyjemne ciepło powoli rozchodziło się po całym ciele. Młodzieniec poprawił koc starszemu towarzyszowi podróży. Ten zaś ponownie zapadł w ozdrowieńczy sen.

Gdy następnego dnia Abias rozpalał ognisko, Joachim usiadł koło niego, na kamieniu. Chłopak przerwał wykonywaną czynność i spojrzał z zaciekawieniem na starca. Sędzia wydawał się być zdrów. Na jego twarzy malował się spokój. W prawej ręce pewnie trzymał kostur. Jego oczy były niemal radosne.

– Jestem pod wrażeniem – rzekł Joachim. – Bałem się, że zginiesz. Ty jednak nie tylko przetrwałeś burzę, ale na dodatek zaopiekowałeś się mną. Uratowałeś mi życie. Dziękuję Abiasie.

Chłopak cały czas uważnie przyglądał się Sędziemu.

– Schowałem się przed burzą. Huragan wyrzucił cię na brzeg, czcigodny. Nie byłeś ranny… Czy to się udało? Zdobyłeś błogosławieństwo Niebios?

Joachim obdarzył go przenikliwym spojrzeniem.

– Dwa lata temu faktycznie sądziłem, iż kluczem jest wola Niebios. Dzisiaj, prawdę mówiąc, dokonałem czegoś na kształt uzurpacji i kradzieży. Nie wiem, czy to się Niebiosom spodobało.

Abias wyglądał na skołowanego. Joachim uśmiechnął się do niego serdecznie.

– Nie martw się, mój młody przyjacielu. Osiągnąłem to, co zamierzałem. Zdobyłem potrzebną wiedzę i siłę.

Oczy młodzieńca rozszerzyły się z wrażenia. Abias głośno wciągnął powietrze.

– Co nas teraz czeka?

– Podróż do Toros, stolicy Nowej Wspólnoty Taurii.

– Będziemy z nimi walczyć?

Joachim sposępniał wyraźnie.

– I walczyć i zabijać. Do Toros będziemy jednak szli w ukryciu. Chcę używać siły tylko w razie konieczności. Naszym celem jest dotarcie do ich przywódcy. Wówczas starcie będzie już nieuniknione.

– Czy mamy szanse go pokonać?

– Większe niż kiedykolwiek. Teraz jednak dokończ rozpalanie ogniska. Głodni daleko nie dojdziemy.

Abias miał jeszcze wiele pytań, ale posłuszny rozkazom Mędrca ponownie wziął do ręki hubkę i krzesiwo. Joachim zaś spojrzał jeszcze raz na skalistą wysepkę pośrodku Świętego Jeziora. W głębi serca miał nadzieję, iż ogląda ją po raz ostatni.

IV. Toros

Kapitan straży wszedł do barbakanu. Na dziedzińcu budowli czekały na niego cztery osoby. Dwóch przybyszów i tyluż samo gwardzistów. Oficer wiedział także o cichej obecności przynajmniej jednego wartownika, ukrytego na ganku strzelniczym. Kapitan krótko zlustrował obcych. Białobrody staruszek wspierający się na drewnianej lasce oraz chłopiec w wieku jedenastu, może dwunastu lat. Podróżni byli okryci szarozielonymi płaszczami. Nie wyglądali na potężnych, choć jeden z nich piastował wysokie, dawniej, stanowisko.

– Prosiłeś o audiencję – kapitan zwrócił się bezpośrednio do staruszka. – Mów zatem.

Joachim przyjrzał się oficerowi. Klasyczny, pozapłciowy przedstawiciel rasy Monotai. Złote włosy, błękitne oczy, jasna cera, a także młoda, szczupła, zupełnie pozbawiona zarostu twarz. Sylwetka przywodziła na myśl mężczyznę, natomiast głos był raczej kobiecy. Ciało Niepodzielnego zdobił pozłacany napierśnik, a także karwasze i nagolenniki, które idealnie komponowały się ze szkarłatną tuniką oraz płaszczem. U pasa wisiał przytroczony miecz.

– Jak już wcześniej wspomniałem jestem Koronnym Sędzią Królestwa Ortis. Przybywam z misją dyplomatyczną. Pragnę pertraktować z waszym przywódcą.

Monotai nieco teatralnie przekrzywił głowę na bok i cmoknął.

– To co nazywasz „królestwem” jest obecnie prowincją. Nie ma już takiej godności jak „koronny sędzia”.

Mędrzec z namaszczeniem wydobył spod fałd szaty srebrną ośmioramienną gwiazdę, zawieszoną na łańcuszku.

– Kim jestem według ciebie? – spytał kapitana.

Wydawało się, iż gwiazda zamigotała przez moment. Niepodzielny spoważniał. Jego twarz przybrała srogi wyraz.

– Twój czas przeminął starcze. Nie masz już żadnej władzy. Powinienem wydać rozkaz, aby was skuto i wysłano do namiestnika Ortis. Chociaż, chyba szkoda na to czasu…

Joachim uśmiechnął się niemal pogodnie. Jego bystre oczy wpatrywały się w rozmówcę z przenikliwością.

– Widzę, iż straciłeś nie tylko pamięć, ale też i wzrok. Nie potrafisz rozpoznać, z kim rozmawiasz.

Gwardziści z zaciekawieniem spoglądali to na Joachima, to na swego dowódcę. Obecnie skupili wzrok na Niepodzielnym, którego najwyraźniej zszokowały słowa przybysza.

– Skąd ta myśl, iż straciłem pamięć?

– Te rzeczy, które przed innymi pozostają zakryte, dla mnie są znane. Wiem, że po przemianie wasze wspomnienia zanikają.

Monotai dziwił się tylko przez chwilę. Uśmiech zrozumienia szybko pojawił się na jego twarzy.

– Jesteś Videretai. Widzący Dalej. Nie spodziewałem się tego… No, no, no. Prawie jestem zaszczycony, bracie.

Ostatnie słowo wypowiedział w taki sposób, żeby nikt nie miał wątpliwości, iż Joachim żadnym bratem dla niego nie jest.

– Sierżancie – podjął po chwili milczenia kapitan. – Pospiesz do marszałka i oznajmij mu o przybyciu Videretai.

Tauryjczyk skinął głową i w pośpiechu pognał ku bramie. Monotai spoglądał na Mędrca zmrużonymi oczyma.

– Zanim sierżant wróci, minie trochę czasu. Może chcecie, abym was oprowadził po Toros?

– Znam Toros. Bywałem tu – odpowiedział Joachim. – Poczekamy na powrót sierżanta. Mam nadzieję na rychłe spotkanie z Princepsem.

Monotai przeniósł wzrok na Abiasa. Młodzieniec dzielnie wytrzymał świdrujące spojrzenie Niepodzielnego.

– A twój młody przyjaciel? Może on ma ochotę na przechadzkę po tym pięknym mieście? Jak masz na imię chłopcze?

– Abias, proszę pana. Zostanę tutaj razem z czcigodnym. Jestem jego sługą.

– Aha, a więc pan Sędzia WYBRAŁ ciebie jako sługę? Na czym polega twoja służba? Gotujesz starcowi strawę? Czyścisz mu buty?

– Wszystko, co czcigodny uzna za słuszne.– Odpowiedział pewnym głosem młodzieniec.

– Twoje dociekania są bezcelowe – wtrącił Joachim. – Nie będziemy się zwierzać. Tylko przed Princepsem odpowiem na wszystkie pytania.

Trwali w ciszy przez dobry kwadrans. Joachim i Abias spoczęli na murku, natomiast gwardzista i kapitan stali w pewnym oddaleniu, co jakiś czas zerkając podejrzliwie na przybyszów. Kiedy otwarły się drzwi prowadzące ku miastu, pozorny spokój definitywnie dobiegł końca. Z pozostawionych na oścież wrót wysypali się opancerzeni i uzbrojeni w berdysze strażnicy. Na ich czele szedł Monotai, bliźniaczo podobny do kapitana straży. Jedynie włosy miał nieco dłuższe.

– Zaczęło się – szepnął Abias.

Niepodzielni wymienili ze sobą ukłony. Mędrzec niespiesznie podniósł się na kosturze. Abias stał już u jego boku. Tuzin żołnierzy otoczył ich błyskawicznie. Nowo przybyły Monotai wszedł do utworzonego przez gwardzistów koła. Jego błękitne oczy z zaciekawienie lustrowały gości.

– Jestem Vearin, marszałek nadworny na zamku w Toros.

– Zaprowadzisz nas do Princepsa? – spytał bez ogródek Joachim.

– Tak, chodźcie za mną – oznajmił marszałek.

Opuścili barbakan i przez wąską szyję murów dotarli do wieży bramnej. Następnie zaś pokonując liczne schody znaleźli się na otwartym chodniku obronnym, zwieńczonym z jednej strony krenelażem. Nie mieli czasu na podziwianie widoków. Wymuszony pośpiech oraz ciasny kordon strażników skutecznie im to utrudniał. Przechodzili przez kolejne mury i baszty, zmierzali wprost do potężnego zamku, górującego nad miastem. Znajdowali się coraz bliżej morza. Po pewnym czasie przestali wynurzać się na powierzchnię i szli już tylko pod osłoną kamiennych bądź ceglanych stropów. Wydawało się, iż schodzą coraz bardziej w dół.

Gdy znaleźli się w zimnej, wilgotnej komnacie Joachim znieruchomiał nagle. Tylna straż stanęła wraz z nim. Jeden z gwardzistów głośno wydał komendę i cały pochód zatrzymał się. Marszałek obrócił się w stronę Mędrca i rzucił mu pytające spojrzenie. Joachim rzekł ze spokojem.

– Nieładnie jest oszukiwać królewskiego wysłannika w taki sposób.

Wyraz twarzy Monotai pozostawał nieodgadniony.

– Gdzie tu się dopatrujesz oszustwa, Widzący Dalej?

– Nie prowadzicie mnie do Princepsa. Schodzimy do lochów, prawda?

Vearin uśmiechnął się szyderczo.

– Princeps przyjmie was, kiedy będzie chciał. Do tego czasu cierpliwie poczekacie, w uprzednio przygotowanej kwaterze.

Joachim nie poruszał się. Gwardziści unieśli wyżej żeleźce berdyszów. Abias mocno ścisnął ramię Sędziego. Monotai cały czas wpatrywał się w Mędrca. W pomieszczeniu zrobiło się duszno, ciasno i bardzo cicho. Niemal wszyscy odczuwali to nieznośne napięcie. Joachim pozostawał jednak niewzruszony.

– Ruszycie się, czy mamy wam pomóc? – spytał marszałek.

– Na ziemię – powiedział głośno Joachim.

W pierwszej chwili Tauryjczycy oraz Monotai nie pojęli słów Sędziego. Zrozumieli je dopiero, gdy zobaczyli leżącego Abiasa. Vearin błyskawicznie wyciągnął miecz, a gwardziści ruszyli do ataku. Było już jednak za późno.

Tylna straż nie zdążyła nawet zadać ciosu. Gwałtowne, niespodziewane uderzenie zmiotło ich z nóg i odrzuciło do tyłu. Ciosy gwardzistów, którzy atakowali Joachima od frontu trafiły w pustkę. Dwóch żołnierzy nie zdołało ponownie wznieść broni do ataku. Coś, co przypominało wirującą ścianę powietrza połamało im kości i żebra, za nic mając doskonałe kolcze pancerze. Pozostali Tauryjczycy, nie widząc dobrze celu, tłukli przed sobą na oślep, mając nadzieję, iż szerokie brody berdyszów dosięgną przeciwnika. Niektóre ataki odbijały się od zasłony, a inne z kolei chybiały celu. Wojacy ze zgrozą obserwowali, jak szarozielona plama pojawia się znikąd i kładzie ich oddział pokotem.

Spośród walczący jedynie Vearin potrafił dostrzec, co się naprawdę dzieje. Videretai poruszał się z wręcz niewyobrażalną prędkością. Zwykła drewniana laska przemieniła się w jego rękach w narzędzie zagłady. Kostur obracał się w takim tempie, iż niemal stał się wirującym dyskiem. Monotai zrozumiał, że Tauryjczycy nie mają z nim żadnych szans. Postawił więc wszystko na jedną kartę. Wykorzystując zaangażowanie Videretai w walce z gwardzistami, skoczył za plecy Mędrca i wyprowadził gwałtowne pchnięcie, z zamiarem przebicia przeciwnika na wylot. W coś trafił, gdyż poczuł delikatny opór i usłyszał syk rozdzieranej tkaniny. Wiedział, iż nie zadał decydującego ciosu, więc zamachnął się ponownie. Nie ujrzał jednak efektów swojej pracy. Ból spadł na niego wraz z potężnym uderzeniem kostura. A po następnym ciosie nastała ciemność.

Gdy wszyscy przeciwnicy zostali pokonani, Abias wstał i z trwogą rozejrzał się po pobojowisku. Niektórzy gwardziści jęczeli i zwijali się z bólu, inni natomiast leżeli nieruchomo. Joachim odrzucił resztki podartego płaszcza. Jego twarz nadal przywodziła na myśl starca. Wysoki, chudy i żylasty nie wyglądał jak atleta. Jednak ta mordercza walka nawet go nie zmęczyła. Sędzia odpiął od pasa nieprzytomnego gwardzisty pęk kluczy i podszedł szybkim krokiem do chłopca.

– Chodź, za chwilę rozpęta się tu piekło. Nie mamy czasu do stracenia.

Zawrócili i pomknęli schodami w górę. Przechodzili przez kolejne pomieszczenia. Mijali zdezorientowanych strażników, służbę i dworzan. Abias pędził za Joachimem, który nie zatrzymywał się ani na moment. Usłyszeli krzyki i pospieszyli jeszcze bardziej. Gdy weszli do kolejnego pomieszczenia, czwórka kuszników czekała już na nich, przyszykowana do walki. Za plecami strzelców czaił się kolejny Monotai. Sędzia uderzył kosturem o ziemię. Laska momentalnie zalśniła niebieskim światłem. Gwardziści cofnęli się o krok.

– Strzelać! – rozkazał oficer.

Bełty świsnęły w powietrzu. Choć odległość nie była duża, a żołnierze dobrze mierzyli, żaden z pocisków nie dosięgnął celu. Bełty minęły Joachima i Abiasa przynajmniej o dwie stopy. Kusznicy, ujrzawszy to dziwne zjawisko, uciekli natychmiast z pomieszczenia. Monotai pozostał na miejscu. Ujął błyszczący miecz w obie ręce. Sztych wycelował w stronę przeciwników. Wydawał się być gotowy do walki, choć strach rósł w jego oczach z każdą chwilą.

– Nie potrzeba nam więcej ofiar. Zaprowadź mnie do Princepsa – powiedział Sędzia.

Niepodzielny zadrżał.

– Schodami w dół i w prawo. Na dziedzińcu.

Joachim zerknął na Abiasa.

– Cały czas trzymaj się blisko mnie.

Po tych słowach podróżni wyminęli oficera, który, przerażony, ciągle tkwił w tym samym miejscu. Gdy zeszli na dół i otworzyli drzwi, ich oczom ukazał się skąpany w blasku słońca ogród.

Princeps już na nich czekał. Stał kilka kroków przed fontanną. Mimo iż należał do rasy Monotai, wyróżniał się na tle pobratymców, którzy go otaczali. Pięciu z lewej i pięciu z prawej. Każdy z nich był okryty pozłacaną zbroją. Jedynie Princeps nosił biały pancerz. Na jego głowie skrzył się platynowy diadem, z umieszczonym weń, sporych rozmiarów, szafirem.

Wszyscy Monotai ustawili się w rzędzie. Dumni, z pogardą patrzący na gości. Nie wyglądali na zaskoczonych. Przybysze z Ortisu niespiesznie podeszli do nich. Niepodzielni nie wykonywali żadnych ruchów. Nie było napięcia ani nerwów, chociaż Sędzia zatrzymał się w odległości kilku łokci od nich.

W odróżnieniu od innych Monotai, w złotych włosach Princepsa pojawiały się białe pasemka. Oczy nie były błękitne, lecz zielone. Wygląd Pierwszego Senatora zdradzał, iż jego przemiana nastąpiła niedawno i jeszcze się w pełni nie dokonała. Z jakiegoś powodu ten fakt zaniepokoił Mędrca. Uśmiech władcy Taurii również go zafrasował. Niepodzielny najwyraźniej cieszył się ze spotkania z Sędzią.

– Możecie zostawić nas samych – rzekł Princeps.

Joachim znał ten głos. Nie potrafił sobie przypomnieć do kogo należy, ale był pewien, że już go kiedyś słyszał.

– To niezbyt rozsądne, bracie. On jest niebezpieczny.

Pierwszy Senator spojrzał na pobratymca.

– To jest rozkaz.

Monotai nie wyglądali na zadowolonych, lecz spełnili prośbę zwierzchnika. Jeden po drugim kłaniali się przed Władcą Taurii i odchodzili wysadzoną cyprysami alejką, prowadzącą w stronę zamkowych komnat. Gdy zostali tylko we trójkę Mędrzec postanowił jako pierwszy zabrać głos.

– Joachim, Koronny Sędzia Kólestwa Ortis. Przybywam, w imieniu wszystkich ludzi Zachodnich Krain. Pragnę pertraktować z władcą Monotai.

– Wiem, kim jesteś, wujku.

Dopiero teraz go poznał. Z wyglądu bardzo się zmienił. Coś w nim jednak zostało z tego młodzieńca, który niespełna dwa lata temu wyruszał w bój na czele ortisyjskiej armii.

Ciałem Mędrca wstrząsnęły dreszcze. Joachim cofnął się o krok i omal nie upadł. Abias chwycił go w ostatnim momencie. Sędzia kręcił głową z niedowierzaniem. Z ledwością zdołał wydobyć z siebie kilka słów.

– Tomas… Jak to możliwe?

Dawny uczeń spojrzał na mistrza z wyrzutem.

– Nie cieszysz się?

Joachim zamrugał. Tomas nie zniknął. To nie był sen.

– Dlaczego ty jesteś Princepsem? Co się stało? Dlaczego nie dawałeś znaku życia?

Niepodzielny spojrzał z zaciekawieniem na Abiasa.

– Chcesz o tym rozmawiać w towarzystwie swojego sługi? Kim w ogóle jesteś chłopcze?

– Abias, panie. Pochodzę z Południa. Towarzyszę czcigodnemu od początku wojny o Ortis. Brałem udział w bitwie pod Entirionem. Byłem z Mędrcem także przy Świętym Jeziorze…

– Powołałeś nowego Czempiona? – Tomas zwrócił się bezpośrednio do Videretai. – Dlaczego? Przecież moja misja trwa nadal.

Joachim spojrzał dawnemu uczniowi prosto w oczy. Nie ujrzał w nich niczego, czego by o nim nie wiedział. I to go bardzo zaniepokoiło.

– Dlaczego z nimi nie walczysz?

Tomas pokiwał głową i uśmiechnął się szeroko.

– Pozwól mistrzu, że przejdziemy się po ogrodzie. Wszystko ci opowiem.

Princeps odwrócił się i powolnym krokiem poszedł przed siebie w głąb dziedzińca. Sędzia nie wyglądał na przekonanego. Jednak po chwili wahania podążył, razem z Abiasem, za swoim dawnym uczniem.

Spacerowali między piniami, magnoliami i wawrzynami. Teren wokół nich usiany był pojedynczymi głazami. Wokół skał meandrowała rzeczka, nad którą zostało przerzuconych z pół tuzina mostków. Ogród zajmował olbrzymi obszar, zdecydowanie większy, niż powinien, sądząc po rozmiarach zamku. Sędzia dostrzegł, iż nie jest to jedynie prosta iluzja.

– Zakrzywienie rzeczywistości – stwierdził Mędrzec. – Widzę, iż w Toros uprawia się magię na wielką skalę.

– Niepodzielni przynieśli ze sobą wielką wiedzę – odpowiedział Tomas. – Nie widziałeś jeszcze wszystkiego. Dopiero zaczynamy pracować nad światem.

Sędzia zatrzymał się gwałtownie. Krew odpłynęła z jego twarzy.

– Co ty w ogóle mówisz? Jak to „zaczynacie pracować”? Jesteś bohaterem z przepowiedni! Wybrałem cię do tego zadania, zanim się wszystko zaczęło! Osiem lat przygotowań, byś mógł pokonać Niepodzielnych!

Tomas uśmiechnął się lekko. Jego wzrok zaszedł mgłą. Wydawał się nieobecny.

– Miałem pokonać trawiące świat zło. Natomiast Niepodzielni niosą ze sobą wiedzę, witalność, siłę. Wszystkim chcą się podzielić z całą ludzkością.

– Nad całą ludzkością to oni chcą przejąć panowanie. Monotai znaczą swe podboje krwią. Czy ty wiesz ilu twoich ziomków poległo, gdy Tauria sforsowała granice? Ilu zginęło w czasie rzezi Entirionu?

Princeps spojrzał na niego ze zdziwieniem.

– Ale dlaczego oni walczą? Nacje, które idą na współpracę żyją w pokoju.

Joachim zdołał zapanować nad gniewem. W obecnej chwili przypatrywał się Pierwszemu Senatorowi ze smutkiem.

– Naprawdę chcesz być taki jak oni?

Na te słowa Tomas ożywił się zdecydowanie.

– Mistrzu, ja pragnę, aby każdy mógł tego dostąpić! Wieczna młodość, świat bez chorób! Czy to nie brzmi wspaniale?

– A to, z czego musiałbyś zrezygnować?

Princeps zawahał się przed udzieleniem odpowiedzi.

– Masz na myśli dawne ciało?

– Nie. Chodziło mi o tożsamość. A także o szczęście.

– Względne szczęście. Każdy może znaleźć nowe.

Sędzia westchnął ciężko.

– U Monotai słowo „móc” nie funkcjonuje. Niepodzielni znają tylko przymus. Za pięć lat nie będziesz posiadał już własnych pragnień.

– Nie martw się o to, mistrzu. Przemiana nie naruszy mojej wolności. Zobaczysz, gdy spotkamy się za pięć, czy dziesięć lat.

Mędrzec opuścił wzrok.

– Za dziesięć lat nie będziesz mnie nawet pamiętał. Twoje wspomnienia rozpłyną się w niebycie.

W ciszy, jaka nastała po tych słowach słychać było śpiew ptaków, gnieżdżących się w koronie najbliższej akacji.

– Mistrzu – podjął Tomas. – Dwa lata temu doszliśmy na przedpole Toros. Nazajutrz mieliśmy oblegać miasto. Wtedy to, w nocy… dostałem widzenie. Wszedłem do miasta, gdzie otrzymałem dar. Poznanie przyszłości. Tylko w ten sposób, korzystając z wiedzy i potęgi Monotai możemy osiągnąć pokój na świecie.

Joachim patrzył na Tomasa z politowaniem.

– Okłamali cię. Gdybyś pozostał z naszymi wojskami w czasie tej bitwy, wówczas byśmy nie przegrali. A tak wróciły niedobitki, niosąc wieść o twoim zaginięciu. Myślałem, że nie żyjesz.

Princeps poruszył się niespokojnie.

– Byłeś dla mnie jak ojciec. Przykro mi, że nie rozumiesz przepowiedni.

– Po prostu nie godzę się na taką interpretację, Tomasie. Stałeś się tym, z kim miałeś walczyć.

Przez moment połączyli się pełnymi żalu spojrzeniami. Nie trwało to długo. Princeps pierwszy odwrócił oblicze.

– Czcigodny! – zawołał Abias. – Niepodzielni wrócili.

Cała dziesiątka Monotai, którą ujrzeli już wcześniej, zmierzała teraz z wolna w ich stronę. Sędzia nawet na nich nie spojrzał.

– Dlaczego chciałeś nas wtrącić do lochu?

Princeps wykonał przeczący ruch ręką.

– To nie ja, to bracia. Oni… nie we wszystkim się ze mną zgadzają.

Dziesiątka Monotai powoli otaczała trójkę rozmawiających. Wszyscy dzierżyli w rękach imponujące miecze.

– Dołącz do nas, mistrzu. Pomóż nam odnowić ten świat. Naprawić to, co zniszczyło Drugie Oddzielenie – przekonywał Tomas.

Sędzia położył swoją dłoń na barku dawnego ucznia. Jego twarz przybrała błagalny wyraz.

– Nie naprawisz niczego, zamieniając wszystkich w Niepodzielnych. Zgotujesz nam odłożoną w czasie zagładę. Ufasz istotom pozbawionym pamięci? Wyzwól się spod ich wpływu. Tomas…

Usta Princepsa złożyły się do uśmiechu. Jego oczy były jednak bardzo smutne.

– Odejdź mistrzu, proszę. Jeżeli się ze mną nie zgadzasz, to proszę odejdź. Nie zapewnię ci bezpieczeństwa.

Niepodzielni zatrzymali się. Każdy z Monotai był oddalony od Joachima i Abiasa nie więcej, niż dziesięć łokci. Sędzia cofnął rękę. Czuł, że młodzieniec mocno przywarł plecami do jego boku. Videretai cały czas wpatrywał się w oczy Tomasa. Przed chwilą jeszcze zielone, ale teraz już błękitne.

– Nie jesteś w stanie tego zakończyć? Wobec tego ja muszę to zrobić za ciebie – powiedział Sędzia.

Princeps cofnął się o kilka kroków. Jego spojrzenie na powrót stało się nieobecne.

– Proszę cię tylko, abyś nie krzywdził Abiasa. To przecież dziecko – dodał szybko Joachim.

Tomas powoli pokręcił przecząco głową.

– Bracia…

Uderzyli jednocześnie z trzech stron. Joachim zdołał jeszcze pchnąć Abiasa na ziemię, nim jego kostur sparował uderzenia dwóch mieczy. Przed trzecim pchnięciem Mędrzec zdołał się uchylić. Ciosy oburęcznych mieczy były potężne, choć trudniej się nimi szermowało. Sędzia starał się wykorzystać ten fakt. Jednak mimo swej nadzwyczajnej szybkości nie potrafił przejść do kontrataku. Trzech walczących z nim Monotai dorównywało mu w prędkości wyprowadzania akcji. Joachim musiał ograniczyć się jedynie do parowania kolejnych cięć i pchnięć. Zamknęli go w pułapce. Sędzia zdawał sobie sprawę, iż nie pokona ich w walce wręcz. Musiał sięgnąć głębiej. zaczerpnąć z zapasu niewykorzystywanych dotychczas mocy.

Tomas na moment oderwał wzrok od walczących. Starał się dostrzec Abiasa. Nigdzie go jednak nie znalazł. Spojrzał na Monotai, którzy nie brali udziału w bitwie. Oni również nie wiedzieli, co się stało z chłopakiem. Princeps poczuł lekką irytację. Młodzieniec nie wydawał się groźny, lecz jego niespodziewane zniknięcie było niepokojącym wydarzeniem.

Gwałtowny huk wyrwał Pierwszego Senatora z zamyślenia. Trzech Niepodzielnych zaryło plecami w ziemię. Silna eksplozja odrzuciła ich do tyłu, każdego w innym kierunku. Złota, wyraźna poświata w kształcie półkuli, szeroka na kilka łokci, otaczała teraz Joachima. Sędzia stał wyprostowany i rozgniewany. W prawej ręce pewnie dzierżył kostur. Jego broda i włosy przybrały złotawy kolor.

Powaleni Monotai powstali i ponownie chwycili za miecze. Princeps, nieco zaskoczony, z uznaniem pokiwał głową.

– Nigdy nie dysponowałeś taką mocą, mistrzu – rzekł spokojnie. – Wiele skrywasz sekretów. Ale my także…

Miecze całej dziesiątki Monotai rozbłysły złotym blaskiem. Princeps dał znak. Nastąpiło pierwsze uderzenie. Jeden z Niepodzielnych zaatakował ochronną półkulę, stworzoną przez Joachima. Uderzenie odbiło się od powierzchni aury. Sędzia jednak odczuł wstrząs i lekkie ukłucie. Po chwili nadszedł kolejny cios, ze strony drugiego Monotai. Potem następny i następny. Joachim poczuł, jakby wielokrotne uderzenia rzemiennych pasków bądź też ukąszenia dziesiątek komarów. Ból nie był wielki, lecz wzmagał się z każdą chwilą. Sędzia wiedział, iż nie będzie w stanie odpierać tych ataków przez wieczność. Musiał w końcu przejść do kontry. Postarał się choć przez chwilę zignorować ból i napiąć całą swoją wolę, aż do granic możliwości.

Udało mu się na moment zapomnieć o teraźniejszości i przenieść w przeszłość. Nad Święte Jezioro. Ponownie ujrzał wszystkie twarze Immamentai i Videretai. Usłyszał ich słowa. Zaczerpnął ze skarbnicy ich wiedzy i siły. Czuł, jak w jego piersiach pojawia się, nieznane wcześniej, kojące ciepło. Po chwili całe ciało zostało zalane tą niezwykłą energią. Joachim czuł się wspaniale. Zapragnął śmiać się, ile sił w płucach. Wpadł w euforię. Gdy uznał, że jest gotowy, otworzył oczy. Znów znajdował się na dziedzińcu zamkowym w Toros.

Światło rozbłysło z taką mocą, jakby eksplodowała gwiazda. Princeps zakrył oczy ręką. Gdy sytuacja uspokoiła się nieco, Tomas opuścił ramię i spojrzał na pole bitwy. Cała dziesiątka Niepodzielnych leżała na zielonej murawie. Byli nieprzytomni, choć nie mieli żadnych śladów obrażeń. Mędrzec przeszedł między ciałami i stanął kilka stóp przed Pierwszym Senatorem. Zmienił się. Jego broda była dużo krótsza i miała nienaturalny, złotawy kolor. Podobnie też i włosy. Z twarzy zniknęły wszystkie zmarszczki. Wyglądał teraz o kilkadziesiąt lat młodziej. Jego zielone oczy spoglądały na Princepsa z wyrzutem.

Tomas nie potrafił już zapanować nad narastającą frustracją. Zacisnął dłonie w pięści. Ziemia zaczęła drżeć. Wicher pojawił się nie wiadomo skąd. Mędrzec nie spodziewał się tego. Trąba powietrzna porwała go i uniosła na kilkanaście stóp. Sędzia starał się wyprostować rękę, w której cały czas ściskał kostur. Żywioł nie pozwolił mu na to. Niespodziewanie doświadczył też ogromnego ucisku na całym ciele. Czuł się tak, jakby monstrualna, niewidzialna łapa próbowała go rozgnieść. Krzyknął z bólu. Wicher przestał wyć, ale nacisk nie zelżał.

Tomas pojawił się nagle tuż przed twarzą Joachima. Unosił się swobodnie w powietrzu. Jego dłonie i oczy jarzyły się błękitnymi ogniami.

– Nie dajesz mi wyboru, wujaszku. Przykro mi, że to się tak potoczyło. Gdybyś tylko mógł doświadczyć tego, czego ja doświadczyłem…

Mędrzec zamknął oczy i krzyknął po raz kolejny. Nie z bólu. Desperacko pragnął wydostać się z tego klinczu. Gwałtowna wściekłość zalała serce Sędziego. Furia dodała mu siły, a odjęła bólu. Nacisk szybko zelżał, Joachim odzyskał swobodę ruchu. Jego postać ponownie zaczęła się zmieniać. Włosy stały się krótsze i zupełnie złote. Twarz wygładziła się, a zarost zniknął całkowicie. Obecnie wyglądał jak dwudziestolatek.

Tomas był przerażony. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Gwałtownie zacisnął ręce, próbując zwiększyć nacisk na żebra i kończyny Sędziego. Joachim jednak przestał krzyczeć. Otworzył oczy i uśmiechnął się dziwnie. Jego oblicze już w niczym nie przypominało dawnego Mędrca.

– Witaj, bracie – powiedział Sędzia, po czym przyłożył otwartą dłoń do piersi Tomasa.

Princeps wydarł się na całe gardło. Nigdy w życiu tak nie cierpiał.

Nie do końca zdając sobie z tego sprawę, upadł na ziemię. A raczej się w nią wbił. Ból częściowo minął. Gdy opadł kurz, Tomas ujrzał stojącego nad nim Joachima. Nowy Monotai z satysfakcją oglądał swoje dłonie.

– Stałeś się taki jak ja – wypowiedział z trudem Princeps.

Sędzia spojrzał na niego rozbawiony. Jego nowe, błękitne oczy pełne były chorobliwej fascynacji.

– Taki jak ty? Nie, ja stałem się jeszcze lepszy. Spójrz tylko na to.

Laska Joachima rozbłysła błękitnym światłem. Sędzia uderzył kosturem o ziemię. Otoczyła ich mgła, która rozwiała się zaledwie po kilku uderzeniach serca. Tomas poczuł na plecach podmuch wiatru. Przewrócił się na bok i spojrzał w dół. Wisiał w powietrzu. Jakieś pół mili nad Toros. Z tej wysokości mógł ogarnąć jednym spojrzeniem całe miasto, zamek oraz część linii brzegowej. Widział dokładnie zarys murów, a także przedmieścia oraz porty. Zbiorowisko ludzi było niczym grupa mrówek w marszu.

Gdy usłyszał syk, obrócił głowę w stronę Sędziego. Joachim lewitował, spoglądając poważnym wzrokiem na miasto. Jedną ręką trzymał laskę, natomiast drugą unosił w górę. Kilka cali nad jego otwartą dłonią zmaterializowała się ognista kula. Mała, z początku wielkości pomarańczy. Jednak cały czas rosła. Po chwili stała się większa niż arbuz. Następnie zaś prześcignęła najdorodniejsze dynie.

– Co ty wyprawiasz?! – krzyknął Tomas.

Joachim spojrzał na niego z determinacją.

– Rozwiążę problem Niepodzielnych raz na zawsze.

Ognista kula miała już kilkanaście stóp średnicy.

– Chcesz spalić całe miasto?

– To jedyna możliwość, aby ocalić Zachodnie Krainy.

Princeps chciał podpłynąć w powietrzu do Sędziego. Był jednak tak słaby, iż z ledwością mógł poruszyć kończyną.

– Na jednego Monotai przypada stu Tauryjczyków! Na wszystkich chcesz wydać równy wyrok?! – rozpaczał Tomas. – Na kobiety i dzieci też?

Joachim spojrzał na niego ze złością.

– A wy mieliście wzgląd na ortisyjskie kobiety i dzieci?

Ognista kula przestała rosnąć. Jej średnica mogła osiągnąć nawet trzydzieści stóp.

– Jako Czempion mam obowiązek chronić swoje królestwo. Czynię to, co do mnie należy – oznajmił Joachim.

Drobny ruch ręki miał przesądzić o losie Toros. Sędzia wstrzymał powietrze w płucach. Podjął ostateczną decyzję. Miał już rzucić ognistą kulę, lecz niespodziewany głos wstrzymał jego zamiary.

– Czy to dlatego uratowałem cię nad Świętym Jeziorem?

Joachim spojrzał w prawo, na osobę która wypowiedziała to zdanie. Jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia, gdy ujrzał lewitującego Abiasa. Chłopiec stał pośród chmur, oddalony o kilka łokci od Joachima. Oczy młodzieńca były pełne troski i smutku.

– Abias… Co ty tutaj robisz?

Odpowiedziało mu milczenie.

– Kim… jesteś? – wydusił z siebie Sędzia.

– Przyjacielem Mędrca – odrzekł chłopiec.

Po tych słowach Abias zniknął. Na próżno Joachim rozglądał się wokół siebie. Nigdzie nie znalazł młodzieńca. Płomienne emocje zgasły. Buzująca w żyłach krew płynęła już wolniej. Sędzia odczuł w sercu pustkę. Spojrzał jeszcze raz na wiszącego w powietrzu Tomasa, a następnie na miasto. Usłyszał łoskot fal, rozbijających się o klify, a także skrzeczenie mew.

– Tak, zdecydowanie czegoś mi zabrakło – powiedział na głos.

Opuścił rękę. Zasyczało. Ognista kula zgasła. Zastąpił ją kłąb dymu, który szybko rozwiał się na wietrze. Kostur Sędziego rozbłysł niebieskim światłem. Joachim i Tomas z powrotem znaleźli się na dziedzińcu, w samym środku ogrodu. Dziesięciu Monotai zdołało już powstać, choć wyglądali na mocno osłabionych. Joachim nie patrzył ani na nich, ani na Princepsa. Ujął laskę w obie ręce i wyciągnął ją przed siebie. Następnie zaś złamał ją jednym, szybkim ruchem, niczym suchy patyk.

Ciało Sędziego zaczęło się zmieniać. Włosy ponownie stały się białe, długie i potargane. Broda znów opadała na piersi. Twarz na powrót pokryła się siecią zmarszczek. Oczy przybrały kolor ciemnozielony. Joachim spojrzał na Princepsa. Uśmiechnął się pogodnie, tak jak za dawnych lat.

– Jednak cię nie zastąpię.

Po tych słowach upadł na jedno kolano. W głowie mu się zakręciło, zaszumiało w uszach. Ogromne zmęczenie przyszło na niego znienacka. Nie mogąc zapanować nad wycieńczonym ciałem, upadł twarzą na ziemię. Rzeczywistość zniknęła za zasłoną snu.

V. Nowa droga

Wydarzenia toczyły się, jakby poza jego świadomością. Szedł nieprzytomnie tam, gdzie mu kazali. Pamiętał zimną, wilgotną komnatę. Nikły poblask pochodni. Strażników, którzy przewiązywali go liną. Obracający się kołowrót, powolne opuszczanie się sznura. Wylądował na zawilgoconym sianie. Razem z resztą uciętej liny. Zanim klapa w suficie zatrzasnęła się z trzaskiem, zdołał jeszcze dostrzec nagi szkielet, leżący obok barłogu. Zastanawiał się, czy wpierw wykończy go głód, czy przenikliwe zimno. Poza biodrową przepaską nie miał na sobie nic.

Wydawało mu się, iż minęło wiele dni, zanim ponownie otworzył oczy. Był słaby, lecz czuł się o wiele lepiej, niż przed utratą przytomności. Trzęsło nim trochę, ale to dlatego, że jechał na wozie. Podniósł się lekko na łokciach i spojrzał na współpasażera. Z radością stwierdził, że zna tę twarz. Jego kompan uśmiechał się życzliwie.

– W końcu się obudziłeś, wujaszku.

– Witaj… Tomasie. – wychrypiał Mędrzec. – Gdzie…?

– W drodze do Ortis. – pospieszył z odpowiedzią Princeps. – Musimy pomóc tym miastom, które się jeszcze bronią.

Joachim chciał go o wszystko wypytać. O to, dlaczego zmienił zdanie, jaki ma plan i kto kieruje ich wozem. Nie miał jednak jeszcze na to siły. Mimo licznych trosk uspokoił się, gdy spojrzał prosto w zielone oczy Tomasa. Radosne i bystre. Takie, jak dawniej. Sędzia uśmiechnął się w duchu i zapadł w błogi sen. Nadzieja ponownie zagościła w jego sercu.

Koniec

Komentarze

Hm. Weszłam z intencją przeczytania przynajmniej dwóch rozdziałów, zakończyłam na jednym. Nie wciągnęło mnie. Scena, mimo że mogłaby nieść dużo informacji i jeszcze więcej emocji, jest opisana chaotycznie i beznamiętnie, czyli polega na obu frontach: i wprowadzenia w świat, i zainteresowania czytelnika. 

Czemu chaotycznie? Po przeczytaniu trudno było mi wyobrazić sobie przedstawione wydarzenia; 

 

“Zmęczone ciało przywarło do jasnego pnia.“ – Czyli starzec przylgnął/przytulił się do pnia? Po co?

 

“Mokra od potu i krwi twarz skryła się na moment w poszarpanym płaszczu.” – W jakim miejscu? Rękawie, kapturze, za połą?

 

“Sędziwy mężczyzna spoczywał w cieniu buku [buka] i czekał. Od strony miasta cały czas nadciągały zielono-srebrne sylwetki wojowników. Żołnierze zmierzali ku zagajnikowi pojedynczo i gromadnie, na koniach, a także pieszo. Wśród jęków, przekleństw, lamentów, chrzęstu oręża i rżenia koni wybił się krzyk jednego z nielicznych, pozostałych przy życiu oficerów. Dowódca próbował zapanować nad niedobitkami oddziału. Nad resztkami odsieczy, która szła z pomocą oblężonemu miastu.” – Na podstawie tego opisu ciężko ustalić, czy żołnierze idą od miasta ("Od strony miasta cały czas nadciągały zielono-srebrne sylwetki wojowników."), czy do miasta ("…resztkami odsieczy, która szła z pomocą oblężonemu miastu."), przez co nie wiem, co się właściwie dzieje.

 

Na jego widok wszyscy zerwali się na równe nogi, by żwawo przygotować się do dalszej podróży. Tylko Joachim i Abias siedzieli pod drzewem w bezruchu. – Jacy "wszyscy"? Z tego jak opisałeś scenę nie wynika, by ktokolwiek poza Joachimem i Abiasem siedział ("Żołnierze zmierzali ku zagajnikowi pojedynczo i gromadnie, na koniach, a także pieszo.").

 

Czemu “beznamiętnie”? Bo zamiast skupić się na uczuciach, przeżyciach i czynach głównego bohatera (to pozwala ustosunkować się do niego i zacząć mu kibicować, czy chociaż zainteresować się jego losem) serwujesz nam prawie same suche informacje; imiona, nazwy miast, tytuły i fakty historyczne ze świata, którego nie znamy. Wiem, że konwencja fantasy kusi, by od razu rozpocząć opisy własnego świata, lecz niestety – to świetny sposób by zanudzić czytelnika na samym starcie i zniechęcić do dalszej lektury.

 

Dla mnie całość jest do poprawki. Pomysł jakiś jest, ale musisz inaczej poprowadzić narrację, by nabrała cojones i by czytało się ją przyjemnie.

Zgadzam się z przedpiśczynią. Bardzo trudno jest śledzić akcję, a nawet ocenić jej sensowność, przez bardzo niedobre wykonanie. Też dokładnie przeczytałam pierwszy rozdział, resztę przeskanowałam, żeby mieć pojęcie o fabule, która niestety nie jest na tyle fascynująco oryginalna, żeby odkupić wykonanie. Świat jest mało spójny – masz mnóstwo nazw urzędów, mało szczegółów wyjaśniasz, opisujesz za to detalicznie niekoniecznie to, co potrzebne…

Przecinki wołają o pomstę do nieba, więc nawet w pierwszym rozdziale nie wypisywałam błędów.

Na dodatek zakończenie jest takie, że całość sprawia wrażenie fragmentu, a nie opowiadania.

 

Parę problemów z pierwszego rozdziału:

 

Zaraz po dwóch zdaniach już wypunktowanych masz błąd ortograficzny: “Miał wrażenie, iż nieznana siła karze mu jeszcze poczekać.” – kazać/każe, karać/karze

 

“Kilku konnych galopowało w stronę zagajnika. Wśród jeźdźców znajdował się także ciężko ranny rycerz, podtrzymywany na siodle przez innego wojownika.” – czegoś tu nie chwytam. Jechali na tym samym koniu? Bo podtrzymywanie z drugiego konia w galopie – co najmniej ryzykowne, jeśli w ogóle wykonalne dla kogoś innego niż zawodowy cyrkowy woltyżer.

 

“Joachim w końcu podniósł się na kosturze, uchwycił lejce wierzchowca i sprawnie na niego wskoczył.” – ktoś, kto musi podnosić się za pomocą laski (skądinąd na kosturze mógł się wesprzeć, wstając, ale nie podnieść), raczej sprawnie nie wskoczy na siodło, bo to wymaga zarówno siły, jak i zwinności. [Gdybyś pisał o przełomie XVIII i XIX w., to widziałabym jednego jedynego kandydata na coś takiego, akurat o imieniu Joachim, ale on nie dożył wspierania się na kosturze.]

 

A tak poza tym – co wybuchło w mieście??? Ten świat nie wygląda na taki, w którym znane są materiały wybuchowe, zwłaszcza o takiej sile rażenia, żeby rozwalić mury zamku. A o magii chyba nie wspominasz.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Klasyczne fantasy wzbogacone o kilka interesujących pomysłów. Spodobali mi się monotai.

Niestety, pomysły zostały skrzywdzone przez wykonanie.

Błędy w zapisie dialogów, trochę literówek, słowa użyte niezgodnie z instrukcją obsługi, trafił się ortograf… Szczególnie na początku jest słabo, potem się poprawia.

Ponad sto lat w służbie Królestwa Ortis, jako Koronny Sędzia, wycisnęło na nim piętno.

Sto lat jako sędzia wycisnęło? To się nie klei.

Jego długie, lokowane włosy musnęły ramię Sędziego.

Lokowane?

Elita państwa zgromadziła się na, zamkniętym spadzistym dachem, tarasie, wieńczącym jedną z zamkowych wież.

Czy taras może być zadaszony?

Na jego głowie skrzył się platynowy diadem, z umieszczonym weń, sporych rozmiarów, szafirem.

weń = w niego

Babska logika rządzi!

Tak, żeby nie wyjść na totalną malkontentkę, przyznam, że niepodzielni to najciekawszy element tekstu, szkoda tylko, że za mało o nich wiemy.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałam z trudem, albowiem, moim zdaniem, opowiadanie okazało się mało ciekawe, by nie rzec, nudne. Historia skupia się na wędrówce Sędziego i Abiasa, ale poza zdarzeniem na wyspie, nie jest to wędrówka zbyt zajmująca. Walka, którą bohaterowie stoczyli pod koniec też nie była porywająca.

Wykonanie, delikatnie mówiąc, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

prze­niósł wzrok na mło­dzień­ca, który ów skó­rza­ny worek trzy­mał. Śnia­dy, może dwu­na­sto­let­ni chło­piec… –> Dwunastoletniego chłopca nie nazwałabym młodzieńcem, raczej podrostkiem.

 

chło­piec wpa­try­wał się w star­ca swo­imi du­ży­mi, ciem­ny­mi oczy­ma. –> Zbędny zaimek, Czy mógł wpatrywać się cudzymi oczyma?

 

– Nie chcę, Abias. – od­po­wie­dział Jo­achim… –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

Chło­piec usiadł obok Mę­dr­ca. –> Dlaczego wielka litera?

 

Jo­achim w końcu pod­niósł się na ko­stu­rze, uchwy­cił lejce wierz­chow­ca… –> …uchwy­cił wodze wierz­chow­ca

Lejce służą do powożenia zaprzęgiem.

 

II. Na­ra­da w Ar­ra­si. –> Zbędna kropka w tytule rozdziału.

 

lecz zaraz znów wzbi­ły się w górę… –> Masło maślane. Czy mogły wzbić się w dół?

 

wtrą­cił Mar­gra­bia Lu­cia­no. –> Dlaczego wielka litera?

 

Gdzie się uda­jesz? –> Dokąd się uda­jesz?

 

Abias prze­chy­lił głowę i po­dra­pał się po buj­nej czu­pry­nie. –> Można podrapać się po głowie, ale nie po czuprynie.

 

Czi­god­ny, kogo na­ma­ścisz na Czem­pio­na? –> Literówka.

 

Po chwi­li jed­nak wi­dział tylko w ciem­ność. –> Literówka.

 

Jo­achim pró­bo­wał wy­pa­trzyć ja­kie­go ruchu na plaży. –> Jo­achim pró­bo­wał wy­pa­trzyć ja­kiś ruch na plaży.

 

Głos szyb­ko ugrzęzł mu w gar­dle. –> Głos szyb­ko ugrzązł mu w gar­dle.

 

Zanim od­pły­nął do kra­iny snu, po­czuł de­li­kat­ny dotyk czy­jeś dłoni na swo­jej twa­rzy –> Zbędny zaimek. Czy poczułby coś na cudzej twarzy?

Brak kropki na końcu zdania.

 

prze­krzy­wił głowę na bok i cmok­nął usta­mi. –> Masło maślane. Czy można cmoknąć inaczej, nie ustami?

 

prze­sta­li wy­nu­rzać się na po­wierzch­nie… –> Literówka.

 

nie wi­dząc do­brze celu, tłu­kli przed sie­bie na oślep… –> …nie wi­dząc do­brze celu, tłu­kli przed sobą na oślep

 

od­cho­dzi­li oto­czo­ną cy­pry­sa­mi alej­ką… –> Alejka może być wysadzana drzewami, ale nie otoczona nimi.

 

– Byłeś dla mnie oj­ciec. –> Pewnie miało być: – Byłeś dla mnie jak oj­ciec.

 

Prin­ceps wy­ko­nał prze­czą­cy gest ręką. –> Masło maślane. Gest to ruch ręki.

 

Twarz po­zby­ła się zmarsz­czek. –> Raczej: Z twarzy zniknęły zmarszczki.

 

Trąba po­wietrz­na po­rwa­ła go i unio­sła w górę. –> Masło maślane. Czy można coś unieść w dół?

 

Gwał­tow­nie za­ci­snął ręce, pró­bu­jąc zwięk­szyć na­cisk… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Ognista­ kula prze­stał ro­snąć. –> Literówka.

 

Dzie­się­ciu Mo­no­tai zdo­ła­ło już sta­nąć na nogi… –> Czy istniała możliwość, by stanęli inaczej, nie na nogi?

 

po­wol­ne opusz­cza­nie się sznu­ra w dół. –> Masło maślane. Czy można coś opuszczać w górę?

 

Razem zresz­tą ucię­tej liny. –> Razem z resz­tą ucię­tej liny.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Heh, trudno mi oceniać takie teksty, bo w zasadzie posiadają wszystko, co powinny – całkiem ciekawy bohater, interesujący antagoniści, dość złożony świat, misja, wędrówka, walka… Elementy typowe, ale po pierwsze – w tekście fantasy jak najbardziej na miejscu, a po drugie – mimo owej "typowości" i małej oryginalności owych elementów, wszystko zależy od sposobu ich wykorzystania. Z fiatowskich części można złożyć… fiata właśnie. Albo alfę romeo. 

Nie jest mi łatwo przyczepić się do czegoś konkretnego, może rzeczywiście jest trochę beznamiętnie, nieco chaotycznie, wykonanie nienajlepsze… Ale zdarzało mi się czytać teksty, które byly gorzej napisane, a jednak mi się podobały. Z jakichś powodów Twój tekst nie porwał, nie chwycił, wydał się mdły. Jest fiatem, nie alfą. 

Ale katastrofy też nie ma. Może to kwestia doświadczenia, wprawy, szlifu, świeżości pomysłów… Masz solidne podstawy, masz z czego budować. Jestem pewien, że wkrótce przeczytam Twój dużo lepszy tekst. Jeśli go tu umieścisz. 

Sorki, że tak mało konstruktywna to krytyka. Czasami jest tak, że po prostu się nie podoba i tyle :-) 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

On był wybrańcem… Wyznaczonym do zatrzymania inwazji Niepodzielnych. Księga, sny, gwiazdy… Objawiły mi to. Widziałem jego znamię… To wszystko wiedziałem, zanim obudzili się ci, którzy mieli spać przez wieki.

 

Naprawdę? Co to jakaś Belgariada dwa? Oryginalnością nie powalasz.

 

– Czigodny, kogo namaścisz na Czempiona?

Sędzia wyprostował się i spojrzał w bok.

– Siebie.

Ładne

 

Pojawiły się kolejne postacie. Mężczyźni oraz kobiety. Osoby odziane na biało, bądź też okryte pozłacanymi płytowymi zbrojami. Każda z tych istot emanowała jasną aurą.

To zlot Majarów?

 

Zanim odpłynął do krainy snu, poczuł delikatny dotyk czyjeś dłoni na swojej twarzy

Mithrandirze…

 

Opowiedz bliżej jak wygląda walka berdyszami w pomieszczeniu? Bo jak sam sobie to wyobrażam to składam się ze śmiechu. Widzę: strącane drzewcami wazony, zaplątane w drzewca firany, zamaszyste zamachy i strażników którzy nawzajem ścinają sobie głowy. Dobrze pojąłem?

 

Sędzia dostrzegł, iż nie jest to jedynie prosta iluzja.

– Zakrzywienie rzeczywistości – stwierdził Mędrzec. – Widzę, iż w Toros uprawia się magię na wielką skalę.

Ładne

 

Ogólnie jest okej. Może coś z tego będzie.

Ja uważam, że przyzwoite.

Jest tu parę ciekawych motywów. Zwłaszcza podoba mi się motyw wybrańca, który nie spełnia położonych w nim oczekiwań. Zawsze coś takiego lubię :)

Sama historia ni ziębi, ni grzeje. Świat nie wychodzi ponad standardy, natomiast kłopotliwe jest jego przedstawienie. Wbrew pozorom czytelników nie powala mnogość nazw bez znaczenia, wolą “mniej a celniej” – czyli przedstawienie jakiegoś terminu wraz ze skojarzeniem. Niestety tego mi tu zabrakło i wlokło się to do końca za mną, nawet jak w końcu dookreślałeś pewne nazwy.

Pewne sceny też, choć wołają o dramatyzm, są napisane neutralnie. Choćby pierwsza, gdzie widać upadające miasto, ale zakrwawiony sędzia siada pod drzewem. Nie czuć przez to nagłości, nie czuć dramatyzmu. Za mało reakcji: łez, grymasów bólu itd.

Aha i scena z berdyszami w pomieszczeniu mnie też rozbawiła :) A mogłeś to wykorzystać bardziej kreatywnie – niech właśnie broń ociera się o ściany, niech żołnierze łamią drzewce, by ich lepiej używać (choć powinni mieć też krótkie miecze na te okazje). Do dziś pamiętam, jak jednemu z graczy na sesji WFRP, ciachającego wszystko oburakiem, MG dał walkę w ciasnym pomieszczeniu. Oj, było zabawy co niemiara ;)

Podsumowując: przyzwoicie, ale bez większych fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka