- Opowiadanie: VisMecenat - Mechanik

Mechanik

Drugie opowiadanie. Czekam na kolejną rzeź w komentarzach :D 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Mechanik

„Mechanik”

 

Jego życie wiele razy wywracało się do góry nogami. Miewał wzloty i upadki, każdy je miewa. Jednak ostatnie dziesięć lat życia Karola przyćmiło wszelkie dobre chwile, rzucając na jego przeszłość i przyszłość mroczną aurę bólu, strachu, niepewności i zła. Był mechanikiem. Całkiem dobrym w swoim fachu, od zawsze interesowała go elektronika, komputery i programowanie. Tytuł inżyniera otrzymał w roku 2025. Były to czasy, w których klasyczne silniki spalinowe pojawiały się w motoryzacji coraz rzadziej na rzecz alternatywnych napędów. Coraz częstsza hybryda, silnik elektryczny z generatorem, bądź bez niego. Napędy wodorowe, które dopiero pojawiały się na rynku komercyjnym czy wreszcie skomplikowane i równie niebezpieczne napędy atomowe, te ostatnie bardziej na rynek wojskowy. Jego umysł nie bał się niczego, a on zawsze dawał radę, nawet gdy inni się poddawali on zawsze potrafił wszystko przeprogramować, naprawić, skalibrować i oddać do ponownego użytku w stanie niemal idealnym.

Była też inna rzecz, w której nie miał sobie równych, ale ta druga była o wiele mniej szlachetna. Była alkoholikiem. Gruntowna pozycja, stabilne zarobki i prestiż, którym go darzono jeszcze bardziej implikowały życiowy komfort, który odczuwał, i przez który chciał żyć samochodami, whisky i kobietami. Często zabawiał się ze swoimi klientkami na zapleczach warsztatu, gdy te chciały, aby ich samochody były naprawiane w pierwszej kolejności.

Życie mechanika go wciągnęło i to na dobre. Zaczął łączyć przygodny seks z coraz większymi ilościami alkoholu i prędkościami. Rząd wprowadził blokady komputerowe, każdy producent samochodów musiał dostarczać na rynek samochody, które były seryjnie poblokowane, był to rok 2030. Był jedynym mechanikiem w całym kraju, który potrafił te blokady łamać. Stał się jedną z czołowych postaci dla całego świata nielegalnych wyścigów.

Szybkie samochody, szybkie kobiety i alkohol. To nie mogło się dobrze skończyć i nie skończyło. Używając języka jurystów można powiedzieć, że spowodował wypadek w ruchu drogowym w stanie nietrzeźwości. Używając jednak języka ludzkiego nie można tego nazwać inaczej jak spowodowaniem feralnej katastrofy i tragedii, która niosła za sobą jedynie ból i cierpienie.

Jego ojciec powiedział mu po wszystkim, że żałuje, iż to właśnie on przeżył wypadek. Miał we krwi trzy i pół promila alkoholu. Wjechał w matkę z córką, która przechodziła na przejściu dla pieszych, miała zielone światło. Według biegłych w chwili zderzenia, na terenie zabudowanym, miał więcej niż sto osiemdziesiąt kilometrów na godzinę na zegarze. Córka była w wózku, miała dwa latka, matka dwadzieścia osiem, wracały z placu zabaw. Zginęły na miejscu, a ich zwłoki były porozrzucane na odległość dwudziestu metrów.

Jego komputer był tak skrupulatnie i szczelnie zakodowany, że nawet kryminalni nie potrafili go rozszyfrować. Sąd oparł zatem wyrok na opinii biegłych.

Osiem lat pozbawienia wolności i piętnaście lat zakazu prowadzenia urządzeń mechanicznych a na końcu pakietu dożywotnia komputerowa blokada na silniku do stu kilometrów na godzinę.

– Obiecuję, obiecuję, że będziesz cierpiał… – wyszeptał z nienawiścią i żądzą zemsty ojciec świętej pamięci Zuzi i mąż Joanny. – Obiecuję, że będziesz cierpiał tak jak ja – wygrażał po zakończeniu rozprawy i obwieszczeniu wyroku. – Zabrałeś mi wszystko, i wszystko stracisz… – zagroził i przetrzymał zimnie i surowe spojrzenie. Oczy ojca Zuzi były czerwone i suche. Jego dusza wyła z bólu, mimo że na jego policzkach nie było łez. Jego zęby się trzęsły, ręce również. Były zabrudzone od smaru, który wcisnął się pod paznokcie. Próbował to ukrywać przez większość pobytu w sądzie, widocznie musiał się wstydzić.

Nie tylko pogrążony w żałobie po jedynej córce i żonie nie zgodził się z wyrokiem. Dziennikarze, media społecznościowe, ludzie – wszyscy okrzyknęli wyrok haniebnym.

Ale taka była górna granica sankcji przewidzianej w kodeksie karnym. Nic więcej nie mogłem zrobić, ustawodawca związał mi ręce ­– tłumaczył się telewizji przewodniczący składu orzekającego. Nawet sędzia chciał ostrzejszej kary, ale tylko na taką pozwalał mu kodeks karny.

Gdy go wyprowadzali z sali sądowej ludzie obrzucili go jajkami, pluli na niego, wyzywali. W trakcie wypadku był pijany do tego stopnia, że nic nie pamiętał, był w szoku, myślał, że to wszystko dzieje się tak jakby przez mgłę.

 

 

***

 

W więzieniu miał wystarczająco dużo czasu, aby się nad sobą zastanowić. Zaczął ćwiczyć, czytać, chodzić na terapię, najpierw jako ten, który potrzebował pomocy, a z czasem jako ten, który zaczął jej udzielać innym. Pogodził się z matką, ojciec nadal nie utrzymywał z nim kontaktu, z czasem nawet i z tym się oswoił. Próbował nawet nawiązać kontakt z ojcem i mężem kobiet, które zabił. Nie udało mu się, ale ciągle próbował. W końcu wyszedł na prostą. Po ośmiu latach więzienia wyszedł na wolność.

Kontynuował pracę, którą rozpoczął jeszcze za kratkami. Pomagał alkoholikom, angażował się w prace fundacji, która resocjalizowała więźniów. Miał jeszcze sporo środków, które zgromadził na koncie, gdy jego pozycja była bardzo silna.

Jego życie wyglądało zupełnie inaczej, coraz bardziej się do niego przyzwyczajał. Chociaż spotkał się z ogromną falą nienawiści, krytyki czy zwykłego szydzenia to wszystko brał na siebie. Dojrzał do tego, żeby wiedzieć, że jest to zasłużona pokuta. Nie było lekko, łatwo i przyjemnie. W końcu zabiłeś dwie niewinne kobiety – często to sobie przypominał w myślach. Musiał żyć dalej i wychodziło mu to bardzo dobrze. Przełomem okazała się przeprowadzka.

Na południu ludzie żyli trochę inaczej. Przykładali mniejszą wagę do pracy, a większą do rodziny i przyjaciół. Spodobała mu się ta namiastka stabilizacji. Po jakimś czasie poznał dziewczynę o imieniu Róża. Była wolontariuszką w fundacji udzielającej psychicznego wsparcia ofiarom wypadków samochodowych. Miała długie blond włosy i ciemnoniebieskie oczy, zawsze gdy w nie patrzył nerwowo przełykał ślinę. Kawa, potem obiad, potem bezalkoholowy drink, później wspólny kurs salsy, poszło mu szybko. Po ośmiu miesiącach związku powiedziała „tak”. Dwa lata później się pobrali, rok po ślubie na świat przyszły dzieci – dwie córeczki. Nazwał je na część kobiet, które potrącił. Była to namiastka życia, które mógł im dać w innej postaci – Zuzanna i Joanna.

Dostał nową ofertę handlową, była bardzo korzystna, ale zakładała zmianę adresu. Po raz ostatni podjął decyzję o następnej przeprowadzce, aby w pełni zacząć nowe życie i odciąć się od starego, raz na zawsze. Przeprowadzili się na nad morze, tam chcieli osiąść już na stałe, zaś on sam zmienił też imię z Karola stał się Jackiem.

 

***

 

– Kochanie, spóźnimy się – powiedział Róży.

– Już idę! Nie poganiaj mnie – odgrażała się lekko poddenerwowana kobieta, szukając kluczy do biura.

– Czegoś szukasz? – dopytywał.

– Wszystko mam! – odpowiedziała ze złością, przed chwilą spojrzała na zegarek, było jeszcze trochę zapasu, ale Jacek zawsze ponaglał dzięki czemu nigdy się nie spóźniali, prawie nigdy.

– To idę do samochodu słonko, jak coś to wołaj – rzucił śmiejąc się i opuścił dom. Po paru minutach Róża wbiegła do samochodu i zasiadła na fotelu kierowcy, była wyraźnie wkurzona.

– Mama! – rzuciły chórem bliźniaczki, gdy zobaczyły mamę.

– W końcu mama! – rzucił żartem Jacek, by potem spróbować pocałować w policzek żonę, ta jednak w porę zareagowała i przyhamowała jego usta.

– Rozmażesz mnie!

Jacek mimo oporu uszczypnął wargami żonę w policzek. Róża w końcu się uśmiechnęła, spodobało jej się, lecz po chwili przymrużyła oczy. Odwieźli najpierw bliźniaczki, później Róża podrzuciła Jacka pod salę konferencyjną, w której przeprowadzał warsztat dla alkoholików, a na końcu udała się do biura. Powrotna droga była identyczna, najpierw mąż, potem dzieci, potem dom, a czasem jeszcze drobne sprawy na mieście lub małe zakupy. Po dwóch latach była coraz bardziej zmęczona, postanowiła w końcu porozmawiać z Jackiem.

– Kochanie, ja wiem, że to po wypadku, wiem że masz uraz, wszystko rozumiem. Ale naprawdę nie daję rady, muszę wszędzie jeździć, wszystko załatwiać, odwozić i podwozić cię w różne miejsca…

– Czego ode mnie chcesz? – spytał wprost.

– Uważam, że powinieneś zacząć jeździć, powinniśmy kupić drugie auto. Sąd zniósł karę zakazu prowadzenia przez ciebie pojazdów mechanicznych ze względu na dobre sprawowanie i wzorową resocjalizację. Jest mi ciężko i trudno. Czasem nie daję rady…

– Wiesz?

– Wiem… – odpowiedziała. Rozumieli się bez słów. Odkąd Jacek wyszedł z więzienia, ani razu nie prowadził samochodu, był również skrajnym abstynentem.

– Wiesz, że ja też o tym myślałem, minęło w końcu tyle czasu – odpowiedział niespodziewanie.

Róża przytuliła męża mówiąc, że nie musi i nie chce go zmuszać, ale już wcześniej zdążyła to uczynić. Po tylu latach Jacek odważył się usiąść za kółkiem.

 

 

***

 

Potrzebowali drugiego samochodu. Wybrali się do salonu Tesli. Wybór padł na Teslę model 12. Niezawodna rodzinna konstrukcja, przepełniona systemami bezpieczeństwa.

– Kwota się zgadza, tak jak mówiliśmy trzydzieści procent płatne z góry, a reszta w ratach na piętnaście lat. Jest jeszcze jedna rzecz, panie…

– Jacku, mam na imię Jacek. – Wtrącił się przerywając salonowemu sprzedawcy Jacek. Wiedział, że ten ma przed sobą orzeczenie o dożywotniej komputerowej blokadzie silnika. Na orzeczeniu widniało jednak jego stare imię – Karol, ale Jacek miał odpowiednie dokumenty z urzędu stanu cywilnego potwierdzające administracyjną zmianę imienia.

– Panie Jacku, musimy wezwać naszego mechanika żeby założył wspomnianą blokadę, sam pan rozumie. – Przekonywał uśmiechnięty sprzedawca.

– Jasne, w takim razie kiedy Tesla będzie gotowa od odbioru?

– Proszę przyjść w następną środę, załatwimy wszystko – zapewnił mężczyzna w grafitowym garniturze.

Po powrocie do domu był lekko poddenerwowany. Walczył ze sobą, na początku patrzył refleksyjnie przez okno, później zaczynał przechadzać się po pokoju, na końcu denerwował się z byle powodu. To o niesprzątniętą zabawkę, to przez niezmyty talerz, czy też źle odwieszony ręcznik. Róża wiedziała, że coś jest nie tak, przeczuwała to odkąd tylko wyszli z salonu. Wiedziała, że to nie wizyta w salonie samochodowym, ale fakt, że musiał przed kimś się przyznać, że ma sądową blokadę, lęk przed tym, że ludzie dobrze wiedzą za co takie blokady się daje i z jakiego powodu, to właśnie obawa ponownego, skrajnego ostracyzmu nie pozwalała mu funkcjonować.

Nazajutrz było lepiej, o wiele lepiej, chociaż pewne obawy zostały. Po tygodniu zniknęły niemal całkowicie pod warstwą opieki, którą otrzymał od żony i córek. Znaleźli się ponownie w salonie. Dopięli formalności, Jacek podpisał wszystkie kwitki, świstki i papierki, wiedząc że przez następne piętnaście lat ma z głowy wakacje, podróże, wypady do teatru i wszystkie inne przyjemności. Stanęli nad nowym samochodem, który pachniał nowością, a zapach ten jest tak samo przez mężczyzn lubiany, jak przed kobiety nierozumiany. Sprzedawca otworzył bezalkoholowego szampana, korek huknął i poleciał na podłogę. Przeturlał się po szarych kafelkach, a pienisty płyn trafił do wysokich kieliszków. Porozmawiali jeszcze przez chwilę w bardzo miłej i sympatycznej, aczkolwiek nieco napompowanej atmosferze, którą tworzył sprzedawca cieszący się z premii, którą otrzyma za sprzedaż samochodu.

Po wyjechaniu z salonu czuł się niemal zupełnie tak, jak gdy odebrał prawo jazdy i jego dziadek dał mu jechać całą drogą z egzaminu do domu. Zawsze jechał co najmniej pięć kilometrów poniżej dozwolonej prędkości. Zatrzymywał się na każdym przejściu dla pieszych i każdym pomarańczowym świetle. Róża nic nie mówiła, wiedziała, że to dla niego bardzo ważna chwila, chociaż podświadomie dawała znaki, że jedzie jakby chciał, lecz nie mógł.

Po kilku długich i ciągnących się w ciszy chwilach zaparkował przed domem.

 

 

***

 

Gdy po tylu zawodach jego życie było przepełnione miłością i szczęściem z dnia na dzień wszystko zaczęło się sypać. Chodziło o Różę. Najpierw kaszel, później coraz częstsze duszności, bóle głowy, spadek wagi, chrypka, aż do plucia krwią. Symptomy się nasilały bardzo szybko, niespodziewanie, z dnia na dzień rosły na sile.

Rak oskrzela.

Hipoteka na dom i kredyt na samochód w połączeniu z opłatami za życie, leczenie i porzuceniem pracy przez Róże sprawiły, że Jacek pracował non stop. Wyjeżdżał o świcie i wracał po zmroku. Pracował w weekendy, prowadził warsztaty, szkolenia, odwiedzał więzienia, zależało mu na każdym groszu.

Po jakimś czasie stwierdził, że przeszkadza mu blokada w samochodzie. Pokonywał coraz dalsze odległości, coraz częściej jeździł autostradami i drogami ekspresowymi. Parę razy zdarzyło mu się prowadzić warsztaty za granicą, gdzie jeździł na zlecenie ministerstwa spraw zagranicznych.

Wyżalił się o tym znajomemu. Ten doradził mu mechanika, który niedawno otworzył warsztat parę ulic od jego domu. Dał mu wizytówkę, sam wymieniał tam opony i robił przegląd.

– Można mu zaufać? – dopytywał znajomego.

– A komu teraz można? – odparł z sarkazmem znajomy Jacka.

– Komu, no właśnie, komu? Dzięki za wizytówkę. Muszę się z tym przespać.

 

***

 

Jacek udał się po paru tygodniach do polecanego warsztatu, zrobił to w tajemnicy, nie pisnął żonie ani słowa. Wahał się i nie był do końca pewien, ale stan Róży się pogarszał z dnia na dzień, przestała już chodzić, teraz tylko leżała. Nie zgodziła się też na hospitalizację, koniecznie chciała być w domu. Pieniądze były potrzebne.

– Dzień dobry – przywitał się.

– Na dzisiaj nie da rady – odparł mechanik nie odwracając w jego stronę nawet wzroku.

– Na wczoraj pewnie też?

– Raczej też – odparł mechanik. – Czego trzeba?

– Blokada.

– Założyć?

– Nie.

– No to na wczoraj na pewno nie da rady. Jaki samochód? – dopytywał mechanik.

– Mam na imię Jacek – rzekł po czym wyciągnął rękę w stronę mechanika. Ten uścisnął jego dłoń. Była wyjątkowo zimna.

– Kornel, miło mi.

– Tesla model 12.

– Trzy dni, wcześniej nie da rady – oznajmił mechanik sięgając po papierosa.

– A co przez te trzy dni z samochodem? Będzie tutaj? – dopytywał Jacek.

– Panie kierowniku, inaczej nie da rady.

– Ile drobnych mam przygotować? – spytał Jacek wpadając w szorstki, obojętny ton, niczym u poznańskiego taksówkarza.

– Raczej nie drobnych i raczej dużo – refutował Kornel. – Za blokadę biorę osiem tysięcy.

– Osiem tysięcy?! Ale w jakiej walucie? Dam pięć tysięcy, więcej nie mam.

– Potargujemy się za trzy dni, jeszcze w dwunastkach po lifcie tego nie robiłem, zobaczymy jak mi sprawnie pójdzie.

– Ale nie będzie żadnych śladów? – dopytywał Jacek.

– Żadnych.

– Zgoda – rzekł Jacek wyciągając rękę w kierunku nowo poznanego mechanika.

 

***

Te trzy dni wbrew nerwom i niepokoju minęły mu sympatycznie. Jacek wziął urlop, na który od dawna nalegała Róża. Pojechali razem z córkami na wycieczkę, chociaż mama została w łóżku, robili razem pierniki i oglądali nagrania z domowej kamery. Było dużo hałasu, bałaganu i czułości. Odpoczął fizycznie i psychicznie, podobnie jak i Róża, a dziewczynki w końcu nacieszyły się ojcem. Po tych trzech dniach powrócił do warsztatu samochodowego, gdzie przywitał go głodny utargu mechanik.

– A dzień dobry panie Jacku!

– Cześć.

– Jak tam, wypoczęty?

– Nie jest źle – odparł szorstko, był poddenerwowany.

– Coś pan nerwowy, ale spokojnie. Wszystko się udało. Blokada zdjęta, ale musiałem się trochę namęczyć. Musiałem dużo pogrzebać w historii tras i prześledzić je z systemem monitorowania pracy silnika, chodziło o te fragmenty gdzie zmieniał się kąt nachylenia nawierzchni i było pagórkowato. Wtedy załącza się dodatkowy system, który reguluje olej w hamulcach i pilnuje temperatury, a dodatkowo dane ze zworek, coś z nimi jest, ale to już wada fabryczna.

– Do tej pory mi to nie przeszkadzało. – Wtrącił Jacek.

– I nie będzie, ale przez to miałem trochę trudności, do rzeczy, pewnie ciekawi pana cena, to będzie pięć tysięcy pięćset złotych. Może być? – spytał.

– Pięć tysięcy – odparł Jacek.

– Pięć czterysta.

– Dobrze – rzekł. Widać po nim było, że chciał już stąd jak najszybciej wyjechać. I tak też uczynił.

 

***

 

Blokada nie działała. Żaden czujnik nie reagował, gdy przekraczał dozwoloną prędkość. Przejechał kawałek autostradą, chciał wszystko sprawdzić, tak, aby nie narażać rodziny na ewentualny wypadek. Kornel poradził sobie bez zarzutów. Jacek po powrocie podpiął się pod komputer, prześledził trasę oraz zebrał wszelkie dane. Przejrzał też historię programowania i rzeczywiście Kornel sprawdził trasy sprzed ostatniego roku a następnie dokonał porządnej analizy. Kawał fachowca – pomyślał Jacek.

Powrócił do poprzedniej rutyny. Stan Róży bywał zmienny. Raz lepiej, raz remisja. Poddała się hospitalizacji, po niej efekty były o wiele lepsze. Z czasem nabierała sił, była coraz mocniejsza. Postanowili odwiedzić rodziców Róży. Jej stan pozwalał na podróż i powrót po dwóch dniach spokojnego wypoczynku w domu rodziców. Postanowili, że pojadą całą rodziną. Od początku tego dnia było mnóstwo zamieszania, ostatni raz jechali razem samochodem jeszcze przed chorobą Róży. Po wielu ponagleniach i krzykach wszystkie drzwi się zamknęły. Była Róża, Zuzia oraz Joasia. Były bagaże, lekarstwa i wiele niepotrzebnych rzeczy.

Nim ruszył zauważył, że mignęła czerwona lampka na desce rozdzielczej. Zdziwił się, nigdy wcześniej nie migała. Komputer jednak nie pokazywał żadnego błędu, nie zapaliła się dioda check engine. W systemie nie było żadnej awarii. Zignorował to i jechali dalej. Po drodze śpiewali, grali w zapamiętywanie, państwa-miasta i opowiadali dziewczynkom anegdotki z życia. Zuzię najbardziej zaciekawiła historia ich poznania się, z kolei Joanna bardziej interesowała się młodością taty, o której nie wiedziała zbyt wiele.

Po intensywnej zabawie nastała chwila ciszy. Jechali, a Jacek delektował się trasą. W samochodzie robiło się jednak coraz głośniej. Poczuł wibracje na kierownicy, dodatkowo nagle nerwowo zerwała się Róża, która zaczynała przeczuwać, że coś jest nie tak. Samochód przyspieszył, wystrzelił po pasie i wyparował przed inne pojazdy. Przekroczyli prędkość, która znacznie odbiegała od limitu narzuconego przez elektroniczną blokadę. Poczuł, że traci panowanie nad kółkiem, słyszał najpierw zgrzyt, potem przerażający skowyt wszelkich kontrolek. Dziewczynki zaczęły płakać, Róża krzyczała, on szarpał się z kierownicą i z całej siły naciskał pedał hamulca. Poczuł przeciążenie, które sprawiało, że jego ciało przesunęło się w stronę drzwi. Po raz ostatni wgniotło go w fotel.

Usłyszał tępy huk.

Poczuł bolesne ukłucie okolicach uda. 

Pisk wypełnił jego uszy, czuł że po jego ciele kapie krew.

Nie dał rady obrócić głową, czuł dym.

 

***

 

Obudził się w szpitalu, leżał w śpiączce. Zebrało się nad nim kilka osób, w tym sam ordynator. Krzyczał, wiercił się, wyrywał, był przypięty pasami do łóżka. Po chwili ordynator  wyszedł razem z asystentem. Zostało troje nieznajomych w białych fartuchach. Jeden facet i dwie kobiety. Usiadły potulnie na jego łóżku, miały przejęte miny. Wiedział, że coś się szykuje, ale nie wiedział do końca co.

– Pana dzieci oraz żona nie żyją.

Życie z niego uszło. Było to pytanie, które chciał im zadać odkąd się ocknął, dopiero odzyskał przytomność, a tu taki cios. Całe jego drugie życie, cały sens, który nadała mu rodzina, dwie córki i żona. Wszystko legło w gruzach. Nie było już niczego. Róża zaczynała dochodzić już do siebie po siedmiu chemioterapiach, dziewczynki miały świetne wyniki w szkole, on dużo zarabiał. Mydlana bańka pękła. Zaczął wrzeszczeć, krzyczeć, pluć i przeklinać.

Nie czuł niczego. Ogromna wściekłość i skrajna nienawiść połączona z chęcią zabijania. Odezwały się w nim złe instynkty, które pamiętał jeszcze z czasów, gdy upijał się do nieprzytomności i czerpał z tego największą satysfakcję. Po jakimś czasie uspokoił się, zaczął płakać. Jego pomieszczenie wypełniła cisza.

Nie na długo.

Ujrzał postać w czarnym płaszczu i kapeluszu. Zdziwił się, przecież był środek lata. Dopiero po chwili do niego dotarło, że musiał w śpiączce przeleżeć kilka miesięcy, a sądząc po płaszczu nieznajomego był już środek zimy.

– To nie jest dobry moment! – Stanowczo zareagował psycholog w białym fartuchu.

– Odsuń się pan, to jest dobry moment – rzekł mężczyzna w płaszczu odpychając psychologa.

– Nie zgadzam się! – Psycholog stawił opór i nie dał się przepchnąć.

– Tu jest zgoda ordynatora, proszę się nie błaźnić, to dla dobra śledztwa – rzekł mężczyzna w płaszczu i osiadł na krześle obok pacjenta.

– Kim pan jest? – Oburzył się Jacek. Jego oczy były czerwone i suche od płaczu.

– Jestem prokuratorem, nazywam się Weiss, Janusz Weiss. Wie pan dlaczego tu jestem?

– Nie – odrzekł sucho.

– Pana rodzina zginęła w wypadku samochodowym. Miał pan blokadę za to, co stało się dobrych naście lat temu. Przekroczył pan dozwoloną prędkość o sto kilometrów, po wypadku w pana ciele znaleziono wysokie stężenie heroiny.

Poczuł ogromny ból, który zintensyfikował się w głowie. Znowu zapiszczało mu w uszach, miał zaszklone oczy, opadł bezwładnie na łóżko.

– Wynocha, to udar! – krzyknęła pielęgniarka. Prokuratora jednak to nie wzruszyło. Kąciki jego ust uniosły się, ten zaś sięgnął po lizaka i z obrzydliwą pokusą wsadził go do ust, spoglądając na pielęgniarkę.

– Won! – krzyknął psycholog i wypchnął prokuratora za drzwi. Dosłownie sekundy później do sali wparowali lekarze i jeden ratownik.

 

***

 

Był słaby. Zarówno psychicznie, jak i fizycznie, chociaż to głównie z tym pierwszym miał ogromne problemy. Nie odzywał się do nikogo, nie przyjmował regularnie posiłków, zamknął się w swoim świecie. Był już po kilku rozprawach sądowych. Ponowny ostracyzm, ponownie okrzyki śmierć dla zwyrodnialca spod sądowego okna i wrogie spojrzenia każdego dookoła. Orzeknięto wobec niego nadzwyczajny środek zapobiegawczy w postaci umiejscowienia w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym o wzmożonym poziomie bezpieczeństwa. Przez całą rozprawę nie odezwał się żadnym słowem.

Na początku był krnąbrny. Miał w dupie lekarzy i pielęgniarki. Pracownicy ośrodka szybko sprowadzili go na ziemię. Bicie, elektrowstrząsy i zamykanie w zimnej izolatce szybko sprawiły, że zaczął współpracować. Oczywiście jedynie w tak wąskim zakresie, na jaki był zmuszony, a sprowadzało się to do brania leków, jedzenia i chodzenia na spacery.

Z czasem zaczął czytać, rozmawiać, dochodzić do siebie. Trafił po jakimś czasie do zakładu o normalnym poziomie zabezpieczeń, tam było trochę lepiej. Poprzednio jego koledzy z sali rozmawiali z Napoleonem Boanaprte i przyjaźnili się z Angelą Merkel. Tutaj ludzie potrafili porozmawiać o prostych rzeczach, czasem jednak tylko mieli remisję choroby i zamykali się w sobie.

Po wnikliwej obserwacji kierownik placówki zabrał go do siebie.

– Jak się pan czuje, panie Jacku? – pytał bawiąc się papierosem.

– Jest już lepiej – odpowiedział Jacek.

– Mam pewne podstawy – ciągnął kierownik, strącając co chwilę popiół do popielniczki. – Aby pana stąd wydostać.

Jacek miał obojętną minę.

– Ale żeby pana stąd wydostać, muszę też mieć zapewnienie, że pan stąd chce wyjść – powiedział, po czym wziął potężny haust piekielnie mocnej kawy.

– Nie ma to dla mnie znaczenia, raz już straciłem wszystko, co miałem. Teraz stało się to po raz drugi. Ponownie okrzyknięto mnie mordercą, nawet ci, których wyjmowałem z dwudziestoletniego cugu alkoholowego się na mnie wypięli. Czy chcę wyjść? Chcę. Czy mam po co? Nie – odpowiedział Jacek.

Kierownik zakładu nerwowo pstrykał palcami o nadgryziony filtr papierosa. Wziął kolejny haust kawy i zgasił papierosa w wypełnionej po brzegi popielniczce.

– Rozumiem, rozumiem. Pan nie jest chory psychicznie. To była głęboka depresja, teraz już jest dobrze. Pan po prostu się boi.

– Nie boje się, nie mam już czego się bać. Ja po prostu nie mam już po co żyć – wtrącił się Jacek

– Brałeś heroinę, czy nie brałeś? – spytał wprost kierownik zakładu psychiatrycznego.

– Nie brałem – odrzekł błyskawicznie Jacek.

– To kto cię wrobił?

– Nie wiem, nie mam pojęcia…

– Dobrze, to wszystko, co chciałem wiedzieć. Może już pan wrócić do swoich obowiązków, do widzenia – rzekł oschle kierownik i poprawiając okulary, które zsuwały mu się z nosa, zanurkował w stercie papierów.

 

***

 

Minął miesiąc odkąd Jacek wyszedł z gabinetu kierownika zakładu. Po jakimś czasie został wezwany na badanie, często kontrolowano jego stan zdrowia i przeprowadzano wywiad. Tym razem trafił na trzech lekarzy. Wywiad był przeprowadzony skrupulatnie, szczegółowo, było mnóstwo pytań i analiza jego kartoteki. Po trzech godzinach wrócił do swojej sali i wrócił do czytania książki. Po tygodniu otrzymał opinię biegłych. Dwóch psychiatrów i jeden psycholog orzekli, że jest on w pełni poczytalny i może wyjść z zamkniętego zakładu leczniczego.

Zdenerwował się. Wiedział, że zmieniły się przepisy i że po wyjściu z zakładu leczniczego znowu trafi do sądu. Wiedział, że będzie musiał się zmierzyć od nowa. Niczego nie rozumiał, dalej nie wiedział, co się stało. Postanowił walczyć o swoje.

 

***

 

Ani sądu, ani dziennikarzy, ani rodziny i pozostałych osób jego historie o całkowitym braku zażywaniu narkotyków, alkoholu, czy awarii elektroniki w samochodzie, nie przekonały. Widziano w nim bestię, która zagraża społeczeństwu. On sam zaś nie wiedział, co się dzieje i dlaczego znajduje się w tak złej sytuacji.

Został skazany na osiem lat pozbawienia wolności z uwzględnieniem półrocznego pobytu w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Załamał się. Bolało go to, że tym razem naprawdę nie czuł się winny. Sąd w uzasadnieniu mówił o jego wysokim poziomie demoralizacji, o braku człowieczeństwa i złych nawykach, które nad nim panują, i z których nie wyjdzie do końca życia.

Trafił do celi, gdzie wszyscy buczeli na jego widok. Na spacerniak wychodził, gdy inni więźniowie byli pozamykani w celach, bezpośrednia konfrontacja mogła dla niego skończyć się pobiciem.

Pewnego dnia został zawołany na widzenie. Nie wiedział o nim wcześniej. Był niechętny, przestraszony, nie miał ochoty nikogo widzieć. Strażnicy jednak przekonali go do tego, aby grzecznie pójść za nimi. Nie chwycili po pałki, ale zaczynali już je wydobywać. Przypomniał sobie chłód izolatki z pierwszego zakładu psychiatrycznego o zwiększonym poziomie bezpieczeństwa i na samą myśl wstał.

Szedł niechętnym krokiem, był skuty w kajdany, widział zawieszony na nim wzrok, z którego biło obrzydzenie, wrogość i chęć zemsty. W końcu trafił do pomieszczenia, w którym można było się kontaktować ze znajomymi, rodziną i każdym, kto potrafił uzasadnić chęć spotkania z osadzonym.

Wielki panel pokryty pancernym szkłem i słuchawka telefoniczna obok. Powydzielane boksy były odgrodzone od pozostałych drewnianymi deskami, które odbite były panelami chłonącymi dźwięk. Usiadł na krześle, chwycił za słuchawkę i spojrzał się przed siebie. Ujrzał twarz, której nie kojarzył. Była podobna zupełnie do nikogo. Potrzebował chwili, żeby zacząć coś kojarzyć. Po udarze miał poważne luki w pamięci.

– Cześć – odezwał się ogolony mężczyzna.

Rozpoznał głos, ale nie potrafił go zidentyfikować.

– Spełniłem swoją obietnicę. – Kontynuował nieznajomy mężczyzna.

– Kim ty jesteś? – spytał z oburzeniem Jacek.

– Obiecałem ci, że zabiorę ci wszystko, co będziesz posiadał i będziesz cierpiał jak ja. Jestem mechanikiem. – Mężczyzna odrzucił słuchawkę i pośpiesznie odszedł.

Jacek jeszcze przez chwilę trzymał słuchawkę. To był ojciec Zuzi i mąż Joanny. Ten sam, którego spotkał przed rozprawą, ten sam, który miał brudne od smaru ręce. Ten sam, który zdjął mu blokadę w samochodową. Ten sam, który obiecał mu cierpienie. Tak samo jak Jacek, on mechanikiem.

Słuchawka, którą nerwowo ściskał w dłoni, uderzyła o podłogę. Podbiegł do niego strażnik, który sprawdził, co się dzieje. Nie działo się nic niepokojącego. A przynajmniej do nocy. Wtedy Jacek odzyskał pamięć, luki które miał nagle zostały wypełnione obrazami. Były bolesne i niesprawiedliwe. Zdjęcie blokady było czymś powszechnym, pamiętał jak jego ojciec opowiadał mu o zdejmowaniu blokad w skuterach. Później zdejmowano je z samochodów. Ale to nie było zwykłe zdjęcie blokady. To był plan poprzedzony dokładnymi oględzinami tras, które Jacek pokonywał z rodziną. Heroina we krwi? Skojarzył ten fakt z ukłuciem w udzie. Odłączone zworki systemu bezpieczeństwa sprawiły, że pasy zadziałały tylko u niego. Jego żona i dwie córki wyleciały z samochodu i zginęły na miejscu. Impet uderzenia był potężny.

 Przypomniał sobie, co czuł, gdy sąd orzekł po raz pierwszy wyrok. Wstyd i hańba. Obrazy sprzed jego życia przeleciały mu przed oczami. Czuł bliskość, ciepło i miłość. Teraz już ich nie było. Był jeszcze większy wstyd, jeszcze większa hańba i jeszcze większa nienawiść w stosunku do niego.

 Strażnik zajrzał przez judasza w głąb celi Jacka. Przeklął pod nosem i wbiegł do środka. Było jednak za późno. Ciało mężczyzny zwisało zawieszone nad prowizorycznie uformowanym sznurem, zlepionym z prześcieradeł i poszewek, który rozciągał się nad postawionym pionowo metalowym łóżkiem.

Jacek popełnił samobójstwo.  

Koniec

Komentarze

Hmmm. Zakończenie w dużej części przewidywalne. Wiadomo, kto obiecał zemstę i jaką. Z niewiadomych zostają tylko drobiazgi.

Fantastyki nie ma za dużo – to głównie opowieść obyczajowa o facecie, który po pijaku zniszczył komuś życie. To prawda, że te blokady na samochody stanowią istotną część fabuły, ale pewnie dałoby się znaleźć jakieś realne odpowiedniki.

Czasami wydawało mi się, że masz nadmiar zaimków. Niekiedy ucieka podmiot. Zdarzają się literówki.

Jacek podpisał wszystkie kwitki, świstki i papierki, wiedząc że przez następne piętnaście lat ma z głowy wakacje, podróże, wypady do teatru i wszystkie inne przyjemności.

A po co kupował taki drogi samochód?

którą tworzył sprzedawca cieszący się z premii, którą otrzyma za sprzedaż samochodu.

Po wyjechaniu z salonu czuł się niemal zupełnie tak,

Powtórzenie. Kto jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego sprzedawca?

Była podobna zupełnie do nikogo.

Wydaje mi się, że to zdanie nie jest po polsku.

Babska logika rządzi!

Dość banalna historia o zemście. Szkoda, że pozbawiona fantastyki – bo nie uważam, aby umieszczenie akcji opowiadania w drugiej ćwiartce XXI wieku przydało jej czegoś fantastycznego.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia, ale powstrzymałam się od zrobienia łapanki, bo zauważyłam, że ta pod pierwszym opowiadaniem do niczego Ci się nie przydała.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ojej, co się tu stało? Bardzo liniowa akcja, mimo dramatycznych wydarzeń, pozbawiona jakiejkolwiek ikry. Oklepany motyw zemsty da się opisać w sposób porywający, ale wymaga to o wiele więcej gimnastykowania. Główny bohater jest bardzo “papierowy” – jego emocje nie są wyraźne, a łatwość z jaką wszedł w nowe życie, aż się prosi o opisanie więcej. Znam takie dramatyczne “nawrócenia”, a w Twoim opisie brakuje autentyczności.

Z takiej historii można wycisnąć dobry horror czy thriller, ale niestety skończyło się na dość nudnej obyczajówce. Zero napięcia, nieciekawie poprowadzona narracja, stylistycznie czterech liter też nie urywa (mówiąc oględnie, bo chwilami jest wręcz źle), więc nie ma na czym oka zatrzymać. Na dodatek zbieg okoliczności z dwoma mechanikami bardzo naciągany. No i brakło fantastyki, a gdybyś poszedł w horror, byłaby.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pomysł jest, ale mam wrażenie, że nie za bardzo pomyślałeś o formie. Stąd wychodzi dosyć nudno – jak bohater coś robi, to opisujesz to jak nieciekawą relację. Przez to zabrakło mi chemii z bohaterem opowiadania. Jak u Deirdriu wydał mi się on taki skrojony na miarę, płaski wręcz. Stąd nawet opisane “nawrócenie” wychodzi nierealnie, pomimo że słyszałem o ludziach, co mieli bardziej zwichrowane życiorysy.

No brak tutaj fajerwerków. Poczytaj książki, które wzbudziły w Tobie emocje przy opisach czy zachowaniach i przeanalizuj, co takiego robi autor, by to osiągnąć.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Wiadomo o co chodzi w historii, ale nie wzbudza ona większych emocji i rzeczywiście warto nad tym popracować. Na plus sposób w jaki zemścił się mechanik. 

Nowa Fantastyka