- Opowiadanie: Oskar Szomburg - Szpital pod wezwaniem Największego Władcy

Szpital pod wezwaniem Największego Władcy

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Szpital pod wezwaniem Największego Władcy

Na rozłożystym dziedzińcu otoczonym od trzech stron wysokim płotem, a od czwartej gmachem Szpitala Najświętszej Przysięgi Hipokratesa, leżały flaki w systematycznych odstępach. W płocie po lewej stronie Szpitala ziała ogromna dziura, zwana przez tutejszych wjazdem. Natomiast po prawej stronie wielkie połacie terenu (jakieś 233 m2) zajmował staromodny las. Na wprost budynku także były małe, zielone mankamenty miejskiego giganta. Szpeciły jego obraz jak asymetria w budowie niecodziennych, dzisiejszych mieszkań. Miasto nie mogło pozwolić sobie na zieloną wadę, lecz mimo burz i zawiei przeprowadzanych przez Rewolucje Miast, nadal tam stały, oddzielając powierzchnię szpitalną od bloków, a co za tym idzie, od żyjącego miasta.

Marek stał przed zamkniętym szlabanem i tylko on oddzielał go od krwawego dziedzińca Szpitala. Zastanawiał się nad możliwościami wejścia do budynku, a miał ich kilka, za to możliwość wyjścia była tylko jedna, ale o niej nie chciał myśleć. Możliwości były trzy:

1) Pokazanie paszportu oraz karty umożliwiającej chwilowy pobyt na terenie Szpitala. Jedyną zaletą tego było nienarażanie swojego życia na ogrom niebezpieczeństw związanych z dwoma innymi metodami. Wad za to był multum; od stania w kilkuset metrowej kolejce, po zaginięcie paszportu i karty w wirze Szpitalnej pracy.

2) Po prostu bycie chorym. Na niekorzyść tego wpływały posiadane przez Szpitale w całym kraju urządzenia, umożliwiające potwierdzenie czy petent jest rzeczywiście chory. W 93% przypadków maszyna stwierdzała zdrowotność u badanych, przez co rząd szczycił się „najzdrowszym krajem na kontynencie”, utajając, że urządzenie jest wadliwe (a może specjalnie tak zaprojektowane) i nawet u ciężko chorych pokazuje świetną formę ich organizmu.

3) Włamanie przez otwarte okno na pierwszym piętrze. Zawsze było otwarte i zawsze koło okna stało malutkie rusztowanie. Wchodząc na nie, łapałeś parapet, podciągałeś, a tym samym znalazłeś się na terenie budynku.

Marek spojrzał na kolejkę, jednak jej końca nie ujrzał. Ludzie stojący w rzędzie ciągnęli się aż za budynek i było wielce prawdopodobne, że ten wąż otaczał Szpital kilka razy, dusząc go, sprawiał wydalanie przez niego treści żołądka, którą stanowili wyschli pacjenci. Przetarł swoje okulary szmatką zwykle zamkniętą w kieszeni, odłożył ją na miejsce, założył okulary i jeszcze raz spojrzał na kolejkę, która w jego oczach zmieniła się w pytona, sunącego w jego kierunku z zamiarem skonsumowania wątłego ciała posiadanego przez Mareczka. Wiedział już, że pierwsza metoda nadaje się do śmieci; nie dość, że dostanie się w przyszłym stuleciu, to jeszcze będzie musiał użerać się z tym pieprzonym pytonem.

Przeszedł przez drogę w niedozwolonym miejscu i idąc chodnikiem koło sklepów z: odzieżą, miedzianymi naczyniami, czy rzeczami interesującymi wędkarzy, skręcił w lewo. Znalazł się w malowniczym zakątku miasta, gdzie największym przewinieniem była stara babka sprzedająca nielegalnie warzywa i owoce. Innej przestępczości tutaj nie zarejestrowano. Babka była miłą osobą, więc policja nie miała powodów, żeby najechać na jej interes. Czasami nawet komendant wysyłał na jej stragan swoich chłopców po owoce. Marek mijał właśnie działalność starszej kobiety. Poszedł dalej, a zza pleców doleciał do niego jakby głos babki: „trawa pięćdziesiąt złoty za gram”, ale zignorował go. Może mu się przesłyszało.

Przeszedł już pół kilometra. Za sobą zostawił pięknie zdobione parapety i kolumnady najbogatszej dzielnicy miasta. Spoglądał na mieszkania średnio zamożnych obywateli. „To miało być tutaj” usłyszał w głowie swoją myśl. Wydobył z kieszeni mapę, dość pogniecioną i zżółkniętą oraz telefon, na którym włączył nawigacje. Po zabawieniu się w geografa miasta zdał sobie sprawę, że stoi przed drzwiami poszukiwanego miejsca. Nad pokiereszowanymi wrotami prawdopodobnie sklepu, widniał wytłuszczony napis – CHOROBY. Poszukiwania odniosły sukces, ale miał sobie za złe, że stał jak dureń przed szukanym miejscem i wodził palcem po mapie.

Otwierając drzwi, rozległ się charakterystyczny dźwięk: pinggg. Zapach jakby starych, zbutwiałych książek szczypał niemiłosiernie w nozdrza pełne czarniawych Markowych włosów. Wzrok skupił się na zawartościach półek z czarnego drzewa. Obok zwyczajnych choróbsk jak: grypa, astma, połamane kości (w środku zamiast pigułek znajdował się pokaźnych rozmiarów młot), leżały białe kruki przemysłu chorobotwórczego, takie jak: dżuma, ebola, czy nawet wąglik w postaci zwykłych pigułek lub już zapakowany w kopertę. Za ladą na rozpadającym się bujanym krześle siedział stary mężczyzna z siwą brodą sięgającą mu do pasa. Bujał się prosto, w tył, prosto – złapał nogami podłogi – i mocno w tył.

Marek był troszkę przestraszony zawartością sklepu, bo wodząc oczyma po półkach, nie natknął się na w miarę łagodne choroby. Podszedł do lady. Sprzedawca zatrzymał swoje dzikie bujanie i spojrzał w górę na klienta. Marek ukłonił się i spytał:

– Czy ma pan może jakieś łagodniejsze choroby?

Starzec powstał z krzesła z miną, jakby słyszał to pytanie kilka razy dziennie i musiał znów odpowiedzieć to samo.

– Synu – Marek był z domu dziecka i przez ułamek sekundy w jego głowie pojawiła się myśl, że ten stary dziadyga mógłby być jego, dawno w umyślę wyblakłym ojcem. – Przez daną mi z łaski Autora mądrość, wiem, po co przychodzisz.

(o jakiego cholernego Autora jemu chodzi)

Niestety nie mam tego. Transport został okradziony, a kierowca trafił pod wojskową opiekę, bo bredził coś o sarnich, czy jelenich partyzantach. Nie ważne. Mam coś innego. Coś, co wiem, że ci się przyda – uwierz mi, zapewnia Autor.

Schylił się i zajrzał pod ladę. Grzebał tam swoimi tłustymi rękoma, przesuwał, przewracał, aż wreszcie wyjął małe zawiniątko. Trzymał je starannie, tak, żeby chusta się nie odwinęła.

– Proszę, oto Tajemnicze Coś. Pod żadnym pozorem tego nie odwijaj, ale gdy będziesz w niebezpiecznej sytuacji, daj atakującemu, on będzie zmuszony do otwarcia, no, chyba że będzie potężny, w takim wypadku odrzuci.

Dał mu je z wielką uwagą na swoje ruchy, a gdy już Marek to trzymał, patrzył z niepokojem na ręce Marka. Bał się, że może nie podołać brzemieniu tego, ale kiedy zauważył, że Marek wcale nie odczuwa atmosfery panującej wokół przedmiotu, powiedział:

– Tak, to ty jesteś wybrańcem. Ty zniszczysz panujący chory system chorych ludzi.

Starzec usiadłby nigdy więcej nie powstać; jego rola się skończyła i może łykać tak upragniony spokój. Marek wyszedł powolnym krokiem ze sklepu. Gdy był już za magiczną kontrolą Starca, przez jego głowę przeleciał pocisk z napisem: „odwiń”. Lubił czytać książki, a najbardziej kochał momenty, kiedy główny bohater staje przed trudnym wyborem, takim z rodzaju, jaki on teraz miał. Oczywiście, Markowi było daleko do jakiegokolwiek bohatera. Był zwykłym, niewyróżniającym się człowiekiem, a jedyne trudne wybory ma, jak wybiera żarcie (chińczyk czy pizza? A może kebab?). Zignorował dziurę zostawioną mu przez pocisk, jak i zignorował sam pocisk, który utknął w odmętach jego mózgu. Poszedł w stronę Szpitala, przy akompaniamencie mew w godach. Na niebie się zaciąga. Może zaraz zacznie padać i całą letnią pogodę szlag trafi! Minął babkę, która teraz patrzyła na niego morderczym spojrzeniem. Marek mógłby przysiąść, że z ust babki słyszał słowa obelgi: „cały system chce rozwalić i mnie jeszcze do piachu posłać. Debil”. Ostatnia sylaba to „bil” utknęła mu w głowie, jak niechciana piosenka disco polo, którą chcąc się pozbyć, trzeba odsłuchać jeszcze raz. Więc powtarzał cicho: „Debil. Ale ze mnie debil”. Tak, ta kobieta miała rację. W pewnym momencie mówił to tak głośno, że ktoś się na niego spojrzał, a zdezorientowany Marek krzyknął:

– No co?! Lekarz stwierdził u mnie zaniżoną samoocenę.

Mężczyzna poczuł się zaszczycony przez zwrócenie mu uwagi, bo już myślał, że popadł w niewidzialność, podczas gdy Marek zniknął za rogiem budynku.

Znów stał przed usłanym w czerwoność dziedzińcem Szpitalnym, a jego głowę co jakiś czas porażały nowe pomysły włamu. Może tamtym oknem? Lepiej wyrwą w ścianie, którą nikt nie chce zalepić. Przecież w Szpitalu jest gips. Tylko skąd pewność, że dziura nie jest strzeżona przez pielęgniarki z igłami? Och nie… igł… y. Marek panicznie bał się igieł. Ich ostrych końców, sond przebijających się do żył, wysłanników do żylnej cywilizacji, zostawiających tam minerały ze swego świata nieżyjących wirusów. Gdyby zobaczył wrogą pielęgniarkę biegnącą na niego z igłą dzierżoną pewnie w łapie, nie byłoby mowy o żadnej ucieczce. Stałby w miejscu i czekał na swój szybki koniec. Nienawidził szczepień. W czasach dziecinady zawsze płakał po zabiegu, a rówieśnicy z jego klasy śmiali się na głos i przezywali go „wirusowy chłopak”. Nie miało to sensu, bo Mareczek przyjmował szczepionki, ale kto bierze na poważnie dzieci. Chyba tylko John Watson. Mimo wszystko, od tamtego momentu Marek nie znosił gatunku ludzkiego.

Przeszedł koło kolejki. Zdecydował się na próbę przejścia przez wyrwę. Oczywiście kolejka otaczała cały budynek, więc ludzie zobaczą jego starania na wejście do środka i zaczną oceniać, a być może ktoś pobiegnie powiadomić personel. Przy oknie też stali, lecz była większa szansa na spotkanie władz Szpitalnych. Koło dziury o ścianę opierał się chłopak w wieku prawie maturalnym, ubrany w jasną koszulkę i krótkie spodenki z uwagi na panujące letnie upały. Na głowie zgrabnie zaciskała się biała czapka z daszkiem z zielonym napisem: „EST 67”. W ustach miał papierosa marlboro. Wydychany przez niego dym robił zawijasy w powietrzu tylko po to, by po chwili wyparować. Stał tam jak Charon. Jakby zaraz miał wpuścić Marka do Hadesu. Oczami wyobraźni widział pielęgniarkę ze swoich koszmarów, która wyszła na szluga, by trochę odsapnąć. Odegnał od siebie wizje ruchem prawej ręki; w lewej trzymał zawiniątko. Pewnym krokiem ruszył w stronę wyrwy, a w momencie stawiania pierwszego kroku, chłopak wyrzucił kiepa, mrugnął okiem, zdawałoby się w stronę Marka i zwyczajnie w świecie poszedł z miejsca zdarzenia. Mareczek ogarnął swój układ nerwowy i szybko – być może za szybko – ruszył w stronę dziury. Kilka osób z kolejki odwróciło się w jego stronę. Myślał o konfidencie, który już biega, by powiadomić odpowiednie służby. Wskoczył do dziury, a gdy się obejrzał, zauważył, że kolejka stoi tak jak stała. Żadna zmiana nie nastąpiła, tylko ta stworzona przez ludzi figura zdawała się szara, jakby była za oddzielającą ścianą mgły.

* * *

Wkroczyłem w ciemności, gdzie nawet oczy kota miałyby trudności w pokazaniu rysów przedmiotów i przeszkód. Światło dziury, przez którą wszedłem do tego przedziwnego świata, gasło z każdym moim krokiem w stronę, jak mi się zdaję, najsłuszniejszą. Czułem drgania budynku. Czasami wibracje były tak potężne, jakby lunął deszcz z rodzaju nagłych i mocnych tak, że trzeba pozamykać okna, by woda nie wdarła się do pokoju. Dzisiejszy dzień był słoneczny, ale widziałem, jak na niebie powstają czarne molochy deszczowych chmur i wszystko wskazywało na rozpętanie się ulewy. Z każdym przeszłym metrem, czucie wibracji narasta, jakbym znajdował się w wielkim bębnie, który bity jest przez niewidzialne ręce Służby nie-Zdrowia. Prawą ręką badałem lewą ścianę, a mój łeb pulsował jak naciągnięta gumka. Podświadomość wiedziała, że coś jest nie tak w tym wywróconym od wszelkich praw korytarzu, lecz nie mogła nic powiedzieć. Usta od zawsze podlegają rzeczą świadomym i nie ma w nich miejsca na mistyczne pojmowanie rzeczywistości. Nagle prawa ręka natrafiła na coś wyłamującego się z tutejszych reguł czucia tylko ściany. Miałem dwa wybory: albo był to zwykły stół, albo metalowy stolik na kółkach. Próbowałem poruszyć stolikiem. Poszorował skrzypiącymi nogami po podłodze, co świadczyło o prawdziwości pierwszej opcji. Wyczułem okrągły uchwyt szafki pod blatem stołu; na stole leżał tylko kurz, mający pewnie więcej lat ode mnie.

Leciutką pociągnąłem kulistą klamkę szafki. Otworzyła się z charakterystycznym dźwiękiem babcinych szafek lub najzwyczajniej, z przestarzałymi i zaniedbanymi rolkami na suwakach, o których świat zapomniał. Kiedy zrobiła się mała przerwa między blatem a górą ścianki szafki, puściłem uchwyt i włożyłem palce w przerwę. Pociągnąłem, tym razem mocniej, tak, że szafka prawie wypadła z szyn. Na dnie coś chrząknęło o ściankę, a więc jakaś rzecz jest w środku. Włożyłem dłoń do szafki; palce wymacały dno, lecz nic poza tym. Zacząłem szurać palcami po wnętrzu, z nadzieją natrafienia na przedmiot, który uderzył ścianę. Mały palec poczuł walec, a za tym tropem ruszyła reszta palców, zachłannych na nieznane. Długi szklany walec zakończony… i-i-igłą! Wyjąłem dłoń z szafki tak nonszalancko i z taką gracją, że pociągnąłem ją za sobą. Podczas kiedy ja straciłem równowagę i wylądowałem na podłodze, szafka rozbiła się na małe kawałki, natomiast te, na wióry, a dźwięk rozbijania przypominał pęknięcie szkła (jakby wielu strzykawek!) i rozniósł się po korytarzu w jedną i drugą stronę, zawodząc o wielkiej tragedii, jaka nastąpiła.

Z nagłą dozą przestrachu spostrzegłem, że na ścianie za mną, jakieś kilka dobrych metrów ode mnie, pojawiło się światło. Wielki prostokąt oświetlał podłogę przed sobą, a po chwili w podłogowym złocie zamajaczyła ciemna sylwetka rosłego mężczyzny. Podświadomość moja już w tym momencie rozpoczęła poszukiwania kryjówki; świadomości zajęło to nieco dłużej. Cień powoli się powiększał i wychodziło na to, że za kilka chwil ktoś wyjdzie z obramowania drzwi. Nie wiem jak to możliwe, ale mój wzrok przeniósł się na tył głowy i spostrzegłem na ścianie za mną wystającą prostokątną kolumnę, która jest chyba najodpowiedniejszą kryjówką w tej chwili. Szurając dupą po podłodze, przeniosłem się za kolumnę. Buty na obcasie – pewnie glany – uderzały o podłogę, wybijając diabelny rytm mojego bliskiego końca, a każdy krok rozbrzmiewał coraz mocniej w mych uszach tak, że musiałem złapać się za głowę i malałem… malałem… malałem, aż do rozmiarów gumki do wymazywania dużych błędów. Koło mnie (czy na pewno jestem to ja?) przeszła olbrzymich rozmiarów pielęgniarka w białym kitlu, przesiąkniętym czerwoną farbą, a być może była to zaschnięta krew. Zmysły mi wariują w tym pogrążonym w ciemnościach miejscu.

Być może tak właśnie było, bo nagle zobaczyłem, że mam normalny rozmiar i tylko Coś W Środku kazało trzymać się tezy, że jeszcze przed chwilą byłem mikroskopijny. Szpitalny rzeźnik przeszedł koło szafki, jakby jej tam nie było i ruszył w głąb czeluści mroków korytarza, podczas gdy drzwi wysyłały z pokoju na korytarz porozumiewawcze świetliki i zdawać by się mogło, że w środku nikogo nie było. Zdecydowanym ruchem wstałem i podszedłem do ramy drzwi. W środku zobaczyłem królestwo dymu papierosowego, podtrzymywanego co jakiś czas przez pielęgniarki, kiedy tylko go zabrakło, jednak w tej chwili miały przerwę od tego zajęcia; pokój stał pusty. Całe szczęście, bo muszę go przeszukać. Regał ze strzykawkami ominąłem szeroką cięciwą, bądź łukiem. Wolałem przejrzeć listę pacjentów, a może raczej więźniów Szpitala, z ich położeniem. Szpitale wyglądały jak niechciane pamiątki poprzedniego ustroju, ale w środku panowała prawie że pełna komputeryzacja i tak było też z listą. Aktualizowała się za każdym „zwolnieniem się” chorego oraz z zajęciem miejsca przez nowego delikwenta. Przedzierając się przez dym, w którym latały sobie nowotwory (starałem się unikać ich torów lotu), zobaczyłem czarny kwadrat zawieszony na ścianie – telewizor – a pod nim stół kontrolny pełen przycisków o niezbadanym przez nikogo działaniu. Moim najgorszym wrogiem nie będą, jak mogłoby się zdawać, guziczki, ale wielkich rozmiarów skaner linii papilarnych, umiejscowiony pośrodku biurka niczym ostatni strażnik dawno zapomnianych tajemnic. Skanery Szpitalne pozytywnie odczytują tylko linie pielęgniarek lub naczelnego dyrektora. Wszystko jest w bazie. W przypadku, gdy linia nie zgadza się z danymi, włączany jest alarm rozrywający uszy swym wyciem, a włamywacz może pożegnać się z wolnością. Koniec. Klamka wystrzeliła.

Rozkładająca się równomiernie tajemnica dokazywała dymowi, który uciekał pod naporem zbyt silnego przeciwnika. Ten dym papierosowy… dym… No właśnie! Po prawej stronie biurka zobaczyłem stojącą na warcie popielniczkę. Ustawiona była na metalowym pręcie, a w środku leżało kilka martwych filtrów po: Rothmansach, Chesterfieldach czy innych, tanich ścierwach. Mogłem odtrącić od siebie krwawą wizję urżnięcia dłoni pielęgniarce i skupić się na delikatnym wyjęciu za koniuszek, filtra pozostawionego w popielnym dole na pastwę losu, przez tak zachłanną kobietę, że spaliła jego połowę, nim wyrzuciła truchło do grobu.

Położyłem „klucz” na skanerze i leciutko poturlałem po błyszczącej czernią powierzchni. Doleciał do mnie dźwięk syku, jakby uwalnianego gazu z pustego dezodorantu, który napełnił mnie przeczuciem, że misja nie udała się i będę do końca krótkiego życia zamknięty w pudle z napisem: „nieudany”. Koniec. Klamka wy… Ku mojemu zdziwieniu na ekranie pojawiła się lista pacjentów ośrodka, a koło imion, nazwisk i schorzeń, numery pięter oraz pokoi. Z ateistycznego poletka przejdę chyba na wiarę w Autora, który robi z tekstem to, na co ma ochotę, bo należy to do niego i on stworzył to. Klikałem przycisk w dół z bardzo dużą częstotliwością, bo to, czego szukam (a raczej kogo), znajduję się pod literą Z-et. Przeleciałem od Anków, po Derybów, Koweckich, Terczaków, Wińskich i wreszcie. Jadwiga Z-et, osoba, którą szukam, piętro drugie, pokój czternasty. Z tego, co pamiętam, gruz przed wyrwą prowadził w górę, a sama dziura powstała na pierwszym piętrze. Co za tym idzie, mój cel jest nade mną. Teraz tylko muszę znaleźć windę lub schody, by dowiedzieć się prawdy.

Glany. W korytarzu słychać tupot obcasów. Był coraz głośniejszy. Jak wyłączyć to ustrojstwo! Przyciski: „MENU”, „STATUS”, „HOME”, a żadnego „EXIT”. Schyliłem się, by zobaczyć, co jest pod biurkiem. Na przedłużaczu, w którym każde gniazdko było zajęte kablem, połyskiwał przełącznik on/off. Bez namysłu przycisnąłem go. Naścienny telewizor wyłączył się; kontrolki pogasły. Po lewej były kolejne drzwi. Nie miałem pojęcia, gdzie prowadziły, ale morderczy obcas był coraz bliżej i mogło wydawać się, że już za chwile z rogu drzwi wyjrzy owłosiona twarz pielęgniarki ze spojrzeniem pełnym wścieklizny. Jednym susem podskoczyłem do drzwi, chwyciłem za klamkę – przez ułamek sekundy ogarnął mną strach o to, że klamka nie spełni swoich wymagań albo drzwi będą zakluczone, natomiast mnie czeka śmierć, której nikt, nawet Największy Uczony Kraju nie potrafi sobie wyobrazić – i energicznie pociągnąłem. Drzwi odskoczyły od ramy, a ja wpadłem do środka, zatrzaskując tak samo energicznie, drogę wejścia.

Tym razem korytarz był oświetlony. Mogłem dostrzec stoliki rozstawione w regularnych odległościach od siebie, a między nimi drzwi z numerami sal, jednak żywej (nawet martwej) duszy nie spostrzegłem. Trzymałem w zaciśniętych rękach zawiniątko, przyciskając je do piersi, jakby było moim świeżo upieczonym dzieckiem, które wyskoczyło z pochwy i akurat wpadło w moje łapy. Skręciłem w prawo. Metalowe wrota windy rozsunęły się tak nagle, że aż odskoczyłem na środek korytarza. Po prawej ziała do mnie, wysyłając zielonkawe światła zaproszenia. Przypominała mi bezzębnego potwora lub muchołówkę, kiedy to ja byłem bezbronną i łatwą do zwabienia ofiarą. Winda dominowała w starciu, a zielone światła otaczały moje ciało, wpychając je do jamy, z której wyjść nie sposób. Uczucie to w takiej formie nigdy w historii naszego gatunku nie wystąpi, ale mogę porównać je do powolnego wpadania w czarną dziurę; jednoczesny strach i ekscytacje wypełniającą wolną przestrzeń mojego ciała. Zrządzeniem losu, czy dobrą wolą Autora, moja głowa lekko się obróciła. Wystarczyło to dla narządu wzroku, który zauważył klatkę schodową po lewej; moje jedyne wybawienie. Informacja chwile dochodziła przez nerwy do nóg, a kiedy tam zawitała, stopy zaczęły przesuwać się w lewo i tip-topami mknąć naprzód. Kiedy koniuszki palców dotknęły pierwszego stopnia, zgniło-zielone światło puściło moje ramiona. Wbiegłem po schodach na pół piętro i pożegnałem szpony strachu na dobre.

Spojrzałem w górę. Drugie piętro nie wydawało żadnych morderczych sygnałów, a przynajmniej takie nie dotarły do mojej mózgownicy. Stąpałem po stopniach schodów powoli i z uwagą wypatrywałem – tak na wszelki wypadek – nadchodzącego z góry niebezpieczeństwa. Wychylając się zza winkla, zobaczyłem zielone światło wylatujące z miejsca, gdzie powinna być winda, lecz samej windy nie chciałem widzieć przez strach, jaki mi napędziła piętro niżej. Mam nadzieje, że sala, którą szukam, jest po prawej i nie będę musiał przechodzić obok windowej jamy. Na ścianie naprzeciwko windy stały otworem drzwi. Odchyliłem lekko moje ciało i na plakietce przyklejonej do drewna odczytałem numer dwanaście. Znów wychyliłem się zza rogu. Przez zielone światła nie widziałem dalszych rejonów korytarza, więc wyostrzyłem wzrok na miejsce, gdzie powinno być wejście do kolejnego pokoju. Oczy wyginały mi się pod okularami, ale zarys drzwi zobaczyłem. Teraz tylko odczytać numer na plakietce. Gałki tworzyły męczarnie sięgającą aż do kory mózgowej, lecz my tu nie po to, by przegrać. Cała nagromadzona przez dzień adrenalina została zamieniona w energie, która strumieniami popłynęła do oczodołów. Ogarnęło mnie szczęście, kiedy na zardzewiałym od wielu lat prostokącie powoli pojawił się numer dziesięć. Drogą krótkiej analizy, doszedłem do wniosku, że sala czternasta będzie w prawym korytarzu, na ścianie naprzeciwko mnie. Klatka schodowa przechodziła zapaść z każdym moim oddechem, przez co niedługo będzie w niej więcej dwutlenku węgla niż tlenu, a na dodatkowe nieszczęście tworzyły się kraty nie do przejścia. Jeśli zostanę tutaj choć dłużej, nie wyjdę stąd.

Nastąpiła moja przemiana w królika kicającego w jakieś odległe, wyimaginowane cele. Przemknąłem przez korytarz, nie pozwalając, by wzrok, choć na chwile doznał widoku przerażenia zamkniętego w windzie. Wpadłem wprost na drzwi. Podniosłem głowę do góry i spojrzałem w miejsce, gdzie powinna być plakietka. Nie ma jej tam! Falami wyobraźni wylewającej się z mojego mózgu, próbowałem przypomnieć sobie obraz korytarza widziany jeszcze kilka sekund temu. Coś podpowiadało mi, że zostałem ofiarą głupoty prześcigającej nawet światową scenę rozrywki. Drewno, deski, rygle, zawiasy… Drzwi! Farba, tynk, ściana, fałsz… Przypomniano mi o pewnym fakcie, który wyleciał mi z głowy, zanim zacząłem kicać. Koło realnych drzwi, ktoś, niewątpliwie najokazalszy przykład malarza żartownisia, namalował brązowy prostokąt wyglądający z daleka, jakby można było przez niego przejść w krainę magii i obłudy. Prawdziwe były po prawej, a jak zauważyłem kontem oka, na plakietce napisano markerem numer czternaście. Chwyciłem klamkę i pociągnąłem, nie zwracając uwagi na kwestie bezpieczeństwa, gdyby w środku stała złowieszcza pielęgniarka z i… i… głami!

W sali na moje szczęście nie było pielęgniarek, za to powstała nowa kwestia; nie mogłem nie zwrócić na nią uwagi. Mianowicie wyposażenie tej sali i prawdopodobnie innych sal, wołające o pomstę do obywateli. Oprócz szesnastu łóżek bez materaców, gdzie pościel występowała, w co drugim stanowisku, było… nic. Tylko tyle wystarczy choremu. Po co dawać coś więcej, gdy za kilka dni i tak sczeźnie? Z bardziej architektonicznych spraw, to jedno zakratowane zawsze zamknięte okno, a pod nim otwór, do którego wrzucano zwłoki pędzące na tył Szpitala w rurze, jakby był to aquapark dla martwych, gdzie żywi mogą jedynie pływać w basenach własnej krwi. Ruszyłem naprzód, patrząc na twarze suchotniczych osób, którym zostało kilka dni życia, a także na szczęściarzy z grypą, dla których lekarze przewidzieli tydzień, może dwa pochlipywania i pokasływania na Szpitalnych pryczach zrobionych z metalu słabej jakości, niezapewniających wygodnego ułożenia przez ostatnie godziny zdychania. Żarówka w kloszu wypalała się wolnym rytmem i minie jeszcze wiele lat, nim ostatnie promienie sztucznego światła wypłyną z wnętrza szklanej kulki wypełnionej gazem. Wyciągnąłem z kieszeni zdjęcie przedstawiające z lekka otyłą osobę. Powinna leżeć w tej sali. Zauważyłem na ostatnim łóżku, zaraz przy oknie – lub patrząc inaczej: dziurze na zwłoki – nienaturalnie wybrzuszoną kołdrę, jakby ktoś przykrył nią głaz, z którego wystawały nogi i fruwały w powietrzu przepełnionym wyczekiwaniem na koniec. Myślałem, że jak ktoś ma taką tuszę, nie dostanie kołdry. Może sam się ogrzać, ale jak widać pościele, nie są przyznawane według poziomu tkanki tłuszczowej. Podszedłem do łóżka. Osoba ze zdjęcia, teraz w świecie rzeczywistym, właśnie ucinała sobie drzemkę. Stuknąłem palcami w metalowe pręty. Sekundowy dotyk wywołał fale, która przechodząc wewnątrz rurki, na pewno wywoła rozbudzenie pacjentki. Nie myliłem się. Kobieta z wolna otwierała oczy. Kiedy mnie zobaczyła, twarz jej przybrała wyraz zdziwienia, by następnie przepoczwarzyć się w czyste zakłopotanie, jakby dawno zmarły mąż (lub syn) wstał z ostatniego snu i spotkał ją z nowym partnerem.

– C-co-co ty tutaj robisz? Kim w ogóle jesteś?

Pierwsze pytanie brzmiało, jakby mnie znała, a drugie było słabą sztuczką ukrycia tego faktu.

– Mam do ciebie tylko kilka pytań. Za jakiś czas pielęgniarki zauważą, że coś jest nie tak.

Jej ręka powędrowała po fałdach koca w kierunku pilota do wzywania pielęgniarek. Co za nieszczęście; w każdej sali jest jedno łóżko wyposażone w ten pilot i akurat trafiła na to. Najwyraźniej los tak chciał, a z losem się nie dyskutuje. Będę musiał zmienić charakter pytań i jakoś obejść barierę niewygody. Gdybym je zadał, na pewno zadzwoniłaby po poli… pielęgniarki.

– No dobra. Możesz pytać. – Odpowiedziała, łapiąc dłonią pilot. Nabrałem cennego powietrza w płuca.

– Czy miałaś kiedykolwiek dziecko?

Jej źrenice się rozszerzyły. Zacisnęła dłoń na pilocie do przyzywania demonów i z pozoru sytuacja wyglądała na przegraną, jednak czułem, że może odpowie mi na to pytanie.

– Może. Kiedyś. Nie do końca pamiętam, w końcu mam czterdzieści jeden lat.

Rzeczywiście była z niej staruszka i to nie podlegało dyskusji. Nawet na tej fotografii sprzed dziesięciu lat widziałem jej pierwsze zmarszczki i powoli podkrążające się oczy. Muszę przyjąć, że kiedyś urodziła.

– Pamiętasz, jak wyglądało to dziecko, albo gdzie teraz jest?

Tym razem pewność odpowiedzi nie była tak wysoka, a nawet zdawało mi się, że może być to moje ostatnie pytanie i kobieta zaraz naciśnie przycisk.

– Nie wiem, jak wyglądało i ciekawi mnie, dlaczego tym się interesujesz?

Zdecydowałem na ostateczny ruch. Czas przejść do konkretów, a nie igrać w podszytą bujdę.

– Czy dałaś to dziecko do Państwowego Domu Adopcyjnego?

Rozdziawiła gębę w tonie niedowierzania, natomiast w jej mózgu otworzyły się przegrody zalewające przestrzeń podczaszkową sokiem soczystej pamięci, która teraz pokazywała dawno minione obrazy sytuacji sprzed wielu lat. Musiała zrozumieć, że to mnie dała do miejsca, gdzie wychowali mnie na państwowo zaprogramowanego niewolnika. Ucieczka z tego stanu nie była łatwa, ale zdeterminowanemu mnie i w dodatku z kilkoma tajemnicami do odkrycia, udało się to. Jedna z wielu tajemnic właśnie niknie. Moja biedna matka. Pocisk zaskoczenia ranił ją tak mocno w bark, że upuściła pilot. Spadał teraz powoli na podłogę; tak jak kanapka zawsze ląduję na stronie posmarowanej masłem, tak pilot wyląduję na stronie z przyciskiem. Czerwona powłoka przyciska, dotknęła powierzchni i w tym samym momencie, gdzieś w pokręconych korytarzach Szpitala rozległo się brzęczenie, zwiastujące nadejście demonów. Kroki były coraz głośniejsze.

– To prawda, że jesteś moją matką?!

Kobieta milczała ze wzrokiem wbitym w ścianę naprzeciwko jak gwoździk pilnujący poprawnego ułożenia tego majestatycznego obrazu spotkania syna z matką po latach. Przerzuciła spojrzenie na mnie i wyszeptała: „tak”, kiedy do sali wkroczyła z buta, niczym nazistowski generał, naczelna pielęgniarka, a za nią jej trzy podwładne. Wyprostowanymi nogami kroczyła w moją stronę; cały ten zabieg stworzyła po to, by stąpnięcia odbijały się bolącym echem po sali (tortur). Cofając, złapałem wolną ręką brzeg parapetu. Wolną ręką? To oznacza, że druga jest zajęta trzymaniem czegoś. Przypomniałem sobie! Miałem użyć tego w sytuacji niebezpieczeństwa, która teraz zapukała w moją skroń. Bez zastanowienia rzuciłem Pomoc w generałową pielęgniarek i wczołgałem się do szybu na zwłoki.

– Synu! Przepraszam i proszę. Odnajdź ojca. Zawsze wiedzieliśmy, że będziesz wyjątkowy. – Doleciały do mnie słowa matki. Mojej prawdziwej matki.

Zobaczyłem, jak naczelna odrzuca zawiniątko do jednej ze swych wojowniczek, a ta, odwijając je z chust, wykrzywia twarz w grymas wielkiego bólu i pożogi, kiedy ze środka rozwiniętych papierów wypływa czerwona moc, pogrążająca nikczemnych ludzi w świetle odrażających czynów, których dokonali, a za które nie spotkała ich zasłużona kara.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Tekst nie w moim stylu. Męczył mnie oniryzm świata, w którym nic nie wydawało się stałe ani racjonalne.

Nie sprawiało mi przyjemności grzebanie w doznaniach bohatera.

Dlaczego właściwie zmienia się narracja z trzecioosobowej na pierwszoosobową?

Z wykonaniem tak sobie. Trochę literówek, kilka poważniejszych błędów, niekiedy słowa użyte niezgodnie z instrukcją obsługi.

leżały flaki w systematycznych odstępach.

Czy odstępy mogą być systematyczne?

Wad za to był multum; od stania w kilkuset metrowej kolejce,

Literówka. Kilkusetmetrowa łącznie.

Otwierając drzwi, rozległ się charakterystyczny dźwięk: pinggg.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to dźwięk otwierał drzwi.

więc ludzie zobaczą jego starania na wejście do środka

Można się starać o coś, ale chyba nie na coś. No, nie w tym znaczeniu.

Usta od zawsze podlegają rzeczą świadomym

Jest różnica między “rzeczą” a “rzeczom”.

Na dnie coś chrząknęło o ściankę,

Chrząknęło? To odgłos wydawany raczej przez istoty żywe.

Babska logika rządzi!

Przykro mi, Oskarze, ale opowiadanie zupełnie nie przypadło mi do gustu. Czytało się fatalnie, a miejscami przestawałam się orientować o czym piszesz. Owszem, zaznaczyłeś że to groteska, ale cóż – ta groteskowość przerosła mnie.

Opowiadanie jest napisane bardzo źle, mnóstwo w nim błędów, niefortunnych sformułowań, źle skonstruowanych zdań, że o zwartych blokach tekstu i nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę.

Tym razem powstrzymałam się od zrobienia łapanki, bo zauważyłam, że ta pod poprzednim opowiadaniem nie była Ci do niczego potrzebna.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Starałam się podejść do tego tekstu z maksimum wyrozumiałości, ale w sumie “Fabryka” była lepsza, bo fabularnie składniejsza i nieco lepiej wykonana. Tu ani nie chwytam, co chciałeś opowiedzieć, bo niby groteska, ale w zakończeniu przechodzisz do zupełnie innej historii, po czym ją zostawiasz…

 

Masz problemy z frazeologią, np. rozłożyste są drzewa, ale nie dziedzińce, te bywają np. rozległe, przestronne itp. Również, kiedy usiłujesz tworzyć metafory, coś się sypie: “Na wprost budynku także były małe, zielone mankamenty miejskiego giganta.“, “Marek mijał właśnie działalność starszej kobiety.”, bo ani to śmieszne, ani szczególnie obrazowe. Z kolei tu: “do sali wkroczyła z buta, niczym nazistowski generał“ mieszasz metafory, bo jakkolwiek wyguglałam, że obecnie “z buta” może znaczyć “na piechotę”, to nijak się to nie ma do porównania, które sugeruje, że jednak używasz “z buta” niepoprawnie…

 

Kilka przykładów fatalnych zdań, które z różnych powodów sprawiają, że tekst jest bardzo trudny w lekturze:

“Otwierając drzwi, rozległ się charakterystyczny dźwięk” – zmiana podmiotów w obrębie jednego zdania jest wyższym poziomem wtajemniczenia językowego i trzeba bardzo na nią uważać. To przecież nie dźwięk otworzył drzwi, prawda?

 

“Z każdym przeszłym metrem, czucie wibracji narasta” – przeszły odnosi się do chronologii, nie przestrzeni, nawet jeśli ktoś przez coś przechodził…

 

“Leciutką pociągnąłem kulistą klamkę szafki.” – mistrz Yoda się kłania? czy może ma być “leciutko”?

 

Więcej błędów wytykać nie będę, ponieważ, jak zauważyła Reg, nie masz zwyczaju ich poprawiać ani też, jak pokazuje ten tekst, nie uczysz się na tym, co Ci pokazano, tylko powielasz te same błędy.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Pogubiłem się. Początek jakiś jest, choć ta wyliczanka sposobów wejścia mnie wybiła z imersji. Potem wchodzą bardzo dziwne wstawki, które przebijają czwartą ścianę i zacząłem tracić poczucie tego, o czym jest ten tekst. Po połowie nie miałem już do końca pojęcia, czy to jakiś sen, czy coś innego.

Podsumowując: dziwny koncert fajerwerków, najeżony też błędami językowymi. Pomysł może i był, ale wykonanie nie czyni mu zadość.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

“Kątem oka”, a nie “kontem oka” ;-).

 

Stworzyłeś miejsce z wielkim potencjałem oddziaływania na wyobraźnię. W moim odczuciu szpitale dla osób niezwiązanych z służbą zdrowia mogą wywoływać poczucie lęku, zagubienia itd. Od tej strony, historia, którą chciałeś opowiedzieć ma tzw. klimat, łatwo byłoby się w nią wczuć i pogrążyć w niepokoju obcowania z tajemnicami życia i śmierci.

Niestety, twój warsztat językowy wymaga jeszcze sporo pracy i tu muszę przyznać rację innym czytelnikom.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nowa Fantastyka