- Opowiadanie: Cerleg - Nie utonie, co ma wisieć

Nie utonie, co ma wisieć

Wiem, że się stęskniliście. Tym bardziej mi przykro, że będziecie rozczarowani tych tekstem.

 

Kilka spraw chciałbym mieć od razu z głowy:

 

“To wygląda jak fragment” – Nie, to nie jest fragment, to całość.

“Nic nie rozumiem!” – Przykro mi.

“Może są tu jakieś nawiązania, ale ja ich nie wychwyciłam” – Nie ma żadnych nawiązań.

“Styl niezły, ale fabuła rozczarowująca” – Dziękuję i przepraszam.

“A gdzie zakończenie?” – Na końcu.

“Miejscami nawet zabawne” – Oj, bez przesady.

EDIT: “A gdzie tu fantastyka?” – WSZĘDZIE.

 

Namawiam do podjęcia próby zaakceptowania tekstu takim, jakim jest i cieszenia się tymi fragmentami – słowami, zdaniami, a może nawet akapitami – które się spodobają, namawiam do nieoczekiwania, że wszystko będzie wiadomo, bo nie będzie i nic na to nie poradzę.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

regulatorzy

Oceny

Nie utonie, co ma wisieć

Historia, którą opowiem, wydarzyła się w listopadzie zeszłego roku – gęsta mgła wypełniła ulice miasta, a ja chodziłem dookoła pomnika Admirała. Jedno okrążenie to dokładnie sto czternaście kroków i nie jest to liczba przypadkowa, bo jedna szósta takiego okrążenia to kroków dziewiętnaście, czyli dokładnie tyle, ilu było kapitanów, którzy w swoim czasie zbuntowali się przeciwko Admirałowi i postanowili go w imię wyższych racji – czyli własnych interesów – powiesić.

Kamienny Admirał stał na wielopiętrowym cokole, ozdobionym złotymi arabeskami, i patrzył wprost przed siebie, w jednej ręce trzymając lunetę, a w drugiej historycznie problematyczną mapę Mórz Północnych. Na ukazanej pod rozchylonymi połami płaszcza kamiennej koszuli, opinającej szeroką pierś, pierś bez orderów i odznaczeń, wprawne oko mogłoby – w dzień mniej mglisty, niż tamtego listopada – dostrzec taką samą lilię, jaką do dziś stempluje się dokumenty portowe.

Ja oczywiście nic nie widziałem – bo mgła, bo liczenie kroków, bo patrzenie pod nogi na szorstkie kamienie brukowe, bo w ogóle cała ta sprawa z Admirałem wtedy akurat interesowała mnie mało. Choć przyznaję, że liczbę sto czternaście i jej podzielność przez dziewiętnaście odnotowałem.

Myślę, że wieszanie admirałów w ogóle jest zajęciem trudnym, głównie dlatego, że najczęściej brakuje ludzi z doświadczeniem w materii. Z technicznego punktu widzenia do powieszenia admirała potrzebne są sznur, reja, oraz admirał. Dziewiętnastu kapitanów, ludzi bądź co bądź nieprzypadkowych, sprawnie poradziło sobie ze znalezieniem sznura i rei, gorzej im poszło z samym admirałem, nie chodziło im bowiem o byle jakiego admirała, ale o Admirała, a ten akurat w tamtych miesiącach spędzał znacznie więcej czasu w swojej okazałej kamienicy przy Placu Admirała, niż w pobliżu rej i sznurów, które upatrzyli sobie kapitanowie. Nie zostaje się jednak kapitanem, jeśli nie potrafi się zdobyć raz na jakiś czas na odrobinę elastyczności, wzięli więc kapitanowie sznur i poszli pod kamienicę, wyciągnęli Admirała w stroju domowym, wersja wieczorna, na plac Admirała i zaczęli szukać odpowiedniego zamiennika dla rei. Po krótkiej dyskusji doszli do wniosku, że najłatwiej będzie powiesić Admirała na pomniku Admirała, tym z lunetą i problematyczną mapą.

Oczywiście, upraszczam historię. Pod kamienicę nie poszli sami kapitanowie, tylko grupa komandorów podporuczników wraz z kadetami. W ludowej historiografii przyjęło się jednak mówić o wieszających kapitanach, bo to jednak brzmi lepiej. Kadeci generalnie nie byli przekonani do wieszania kogokolwiek, ale trzech z nich, kadet Hiu, kadet Guinamp i starszy kadet Lee-Ermorse, wykazało na tyle determinacji i charyzmy, że cała grupa szła pod kamienicę Admirała, a potem wyciągała go na plac, w podziwu godnej dyscyplinie, którą komandorzy podporucznicy obserwowali z, co tu dużo mówić, nieskrywaną dumą – bo choć oni również nie uważali, że wieszanie jest konceptem słusznym i wskazanym (o ile oczywiście nie dotyczy buntowników i dezerterów), to jednak kolektywnie stali na stanowisku, że bez dyscypliny w korpusie podoficerskim cała marynarka runie jak domek z kart.

Prawie nic mnie to nie obchodziło, gdy chodziłem dookoła pomnika. Zrobiłem trzy okrążenia zgodnie z ruchem wskazówek zegara, potem dwa w stronę przeciwną, jedno znowu jak wskazówki i na końcu ponownie dwa odwrotnie i jeszcze trzydzieści osiem kroków, po czym zatrzymałem się i zacząłem czekać.

Pierwszy wyszedł z mgły samotnie, dwóch następnych razem, z drugiej strony. Ten samotny podszedł do mnie, by zignorować moją wyciągniętą na powitanie dłoń. Pozostali stanęli trochę dalej.

– Dokładne instrukcje dostaniesz w swoim czasie – powiedział. Nie widziałem dobrze jego twarzy, schowanej w cieniu ronda kapelusza i wysoko postawionego kołnierza płaszcza, ale słyszałem, że akcent miał nietutejszy, prawdopodobnie południowy. – Na razie zacznij myśleć, jak dostać się do środka w sposób niezauważony i pozostać tam na co najmniej godzinę, w czasie której musisz mieć łatwy dostęp do składu z beczkami w piwnicy.

– Do środka czego? – zapytałem, ale on już odwrócił się i zniknął w mgle. Jego koledzy po chwili zrobili to samo.

W tym samym czasie, którym trwały przygotowania do wieszania Admirała, kapitanowie zrywali pieczęcie w magazynach portowych – to już na pewno robili osobiście, historycy są zgodni, bo w całej marynarce nie było ani jednego kadeta, ani jednego komandora podporucznika, który odważyłby się samodzielnie na taki krok. Pieczęcie pękały jedna po drugiej, a było ich, oczywiście, dziewiętnaście, po jednej na kapitana, w tym względzie plan przygotowany i przemyślany był perfekcyjnie.

Z wieszaniem – z racji wspomnianego braku doświadczenia – szło już dużo gorzej. Sznur okazał się wprawdzie wystarczająco długi i po kilku próbach udało się go przerzucić dookoła szyi kamiennego Admirała, ale pomimo pokrzykiwań Hiu i Lee-Ermorse’a (Guinamp w międzyczasie gdzieś przepadł) nie znalazł się nikt, kto założyłby pętlę na szyję Admirała żywego. Tutaj bowiem wyszedł najsłabszy punkt planu – Admirał miał zostać pierwszym człowiekiem w historii, który zostanie powieszony na swoim własnym pomniku, co wśród zgromadzonych najzwyczajniej na świecie wzbudziło konsternację, a u niektórych nawet niesmak. Nie da się przewidzieć wszystkiego.

Na placu, mimo późnej pory – mówię teraz o czasach Admirała, a nie moim listopadzie – zaczął zbierać się tłum cywilów, ciekawych zamieszania, co dodatkowo skomplikowało sprawę. Admirał wciąż był postacią raczej lubianą w mieście, choć najlepsze lata miał już za sobą. Kadetów z kolei jakby ubywało, a komandorzy podporucznicy tracili cierpliwość. W końcu jednak zapłonęły garbarnie po drugiej stronie rzeki, co oznaczało, że gra toczyła się już na całego i nie wypadało się wycofać.

Na jednej z ulic promieniście odchodzących od placu kupiłem od straganiarki dwa plastry mielonej szynki i jedząc w pośpiechu wróciłem pod cokół. Światło latarni ledwo przebijało przez mgłę, ale i tak stanąłem poza ich zasięgiem. Nancy znalazła mnie jednak bez trudu, jak zawsze – węch miała czulszy od wyżła. Poczęstowała mnie papierosem.

– Byli?

– Byli – odpowiedziałem, zaciągając dym do płuc.

– Ilu?

– Trzech.

– Niedobrze.

– Wiem.

Admirał podobno nie palił tytoniu, ani fajki, ani cygar, płuca nie trzymały formy reszty ciała. Stojąc wśród kadetów i komandorów podporuczników, wpatrzony jak oni, w łunę nad garbarniami, musiał jednak przynajmniej pomyśleć, że jeśli kiedyś jest czas, żeby się dla relaksu podtruć dymem, to właśnie w tamtym momencie. Sznur wisiał na pomniku, trochę zapomniany.

– Panie Admirale, już czas – miał powiedzieć wtedy komandor podporucznik Este, młody i wiekiem i stażem w służbie, ale człowiek o umyśle chłodnym jak u łysej mewy. Na te słowa Admirał poprawił okulary na nosie i odrzekł:

– Eee.

W kronice Marchanda zapisano jednak jego słowa inaczej:

– Panowie! Jest luty, a to niedobry czas dla nas, prostych marynarzy. Dlatego proszę i apeluję – nie rozkazuję! Rozejdźmy się do domów, przemyślmy całą sprawę jeszcze raz zanim będzie za późno.

Nie mógł tak powiedzieć, bo ktoś taki jak Admirał musiał przecież rozumieć, że łuna nad miastem oznacza, że za późno jest już od dłuższego czasu.

Koniec

Komentarze

Nieźle się zareklamowałeś w przedmowie. A co odpowiesz na pytanie: “A gdzie tu jest fantastyka”?

Jak zwykle u Ciebie, nieźle napisane.

Babska logika rządzi!

To mi przypomina dialog z “Adwokata Diabła”:

 

– Where does he fuck?

– EVERYWHERE!

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

A to napiszę jeszcze, że mnie tytuł przypomniał dowcip:

– Dlaczego marynarka brytyjska wykupiła oprogramowanie Windows dla swoich okrętów?

– Co ma wisieć, nie utonie.

Babska logika rządzi!

Czyta się zdecydowanie dobrze, stylistycznie i konceptualnie to fajny kawałek literatury. Disclaimery na początku wytrącają broń z ręki, ale nie ma tam o tym, że fantastyki nie ma, więc dołączam do Finkli z tą kwestią ;) A co do braku nawiązań, co poradzę na to, że jak jednym z niewielu nazwisk w tekście jest Este, a kontekst jest wojskowy, to przed oczami staje mi pewien wybitnie nieudaczny austriacki feldmarszałek i arcyksiążę, który był autorem jednej z najbardziej nieudanych kampanii wojennych początku XIX wieku? Nic nie poradzę. Na szczęście pozostałe nazwiska mi się nie kojarzą ;)

 

PS. Finklo, czy to nowa świecka tradycja, że będziesz wrzucać (dobre) dowcipy pod opowiadaniami?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie, Drakaino. To stara świecka tradycja. ;-)

Lubię dowcipy, znam ich tysiące i opowiadam przy każdej okazji. Niewiele trzeba, żeby któryś mi się przypomniał.

Miło mi, że uznałaś za dobre. :-)

Babska logika rządzi!

Cerlegu, namówiłeś mnie i podjęłam próbę – zaakceptowałam wszystko, co zasugerowałeś, przeczytałam opowiadanie i uznałam, że to całkiem zacna lekturka na zakończenie dnia. :)

Czy to, że dodałeś opowiadanie dziewiętnastego, ma związek z liczbą kapitanów?

 

Na uka­za­nej pod roz­chy­lo­ny­mi po­ła­mi płasz­cza ka­mien­nej ko­szu­li, opi­na­ją­cej sze­ro­ką pierś… –> Obawiam się, że rozchylone poły płaszcza nie mogły ukazywać opiętej koszulą piersi Admirała, chyba że miał on tors poniżej bioder, a może nawet w okolicy kolan. :)

Za SJP PWN: poła «dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu»

Pewnie miało być: Na uka­za­nej pod roz­chy­lo­ny­mi klapami płasz­cza ka­mien­nej ko­szu­li, opi­na­ją­cej sze­ro­ką pierś

 

W tym samym cza­sie, któ­rym trwa­ły przy­go­to­wa­nia do wie­sza­nia Ad­mi­ra­ła… –> Raczej: W tym samym cza­sie, w którym/ kiedy trwały przy­go­to­wa­nia do wie­sza­nia Ad­mi­ra­ła

 

– Byli – od­po­wie­dzia­łem, za­cią­ga­jąc dym do płuc. – Nie umiem palić, ale wydaje mi się, że chyba powinno być: …wcią­ga­jąc dym do płuc. Lub: głęboko za­cią­ga­jąc się dymem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Językowo fajnie, jak to u ciebie. I to wystarczy, żeby przeczytać. Masz taką swobodę i wyczucie użycia słowa pisanego i dlatego się ciebie czyta choćbyś i pisał o rzeczach zwykłych.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

No ładnie napisane. Czyta się jak zwykle bardzo przyjemnie. Co do historii, to w przedmowie mowa o tym, że nie ma nawiązań, ale mi się coś kojarzy z buntem na Bounty, ale to mylne, a możliwe że i głupie, bo nie ma przecież nawiązań. A jeśli jednak są, to sprawa jest zbyt niszowa, żeby tekst ogólnie mnie kupił. 

Ładnie napisane, nawet bardzo.

Przedmowa skutecznie zniechęca do interpretacji.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Nic nie rozumiem, może są tu jakieś nawiązania, ale ja ich nie wychwyciłem.

Za to pomysł wieszania admirała na jego pomniku jest intrygujący : ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

A mnie ta kombinacja z pomnikiem, kapitanami, Admirałem i czymś, co już było, ale właściwie dzieje się raz jeszcze, kojarzy się z grą Oxenfree, której pewnie nikt nie zna (polecam zapoznać się, kto grywalny i horrorowy).

 

Nie wiem czy dobrze rzucam ten admirałowy sznur, ale liczenie kroków, zmienianie kierunku chodzenia i reszta czynności (nawet kupienie mięcha) skłaniają mnie do – pewnie mylnej – interpretacji, że rozchodzi się w tej scenie o wywoływanie duchów. Wtedy również pojawiłaby się w tekście fantastyka i wszyscy przejęci tą kwestią mogliby przestać narzekać :) Nie wiem jednak, czy celem bohaterów było rozegranie tej sceny raz jeszcze, czy też zmienienie jej końca.

 

Gdzieś wypatrzyłam brakujący przecinek, ale teraz nie mogę go znaleźć – wiedz, że gdzieś tam się kryje. Sam tekst ładnie napisany, lecz chyba nieco mi brakuje drobnego odautorskiego komentarza.

A ja, biorąc pełną poprawkę na wstęp – niemal lepszy niż samo opowiadanie – powiedzieć mogę w sumie tylko jedno: Fajnie, że wpadłeś.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

No i fajnie. Mam od kogo uczyć się pisania bez nawiązań.

Dobrze napisane, choć niestety wolę wiedzieć, o co zacz w tekście. Ale ostrzegłeś mnie w przedmowie, więc pretensji nie mam ;) Przeczytane… i tyle. Większych refleksji nie mam.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Masz dobry warsztat, Cerlegu, dlatego lubię czytać Twoje opowiadania. To jak fragment z powieści. Ma swój urok. 

Piszesz coś większego?

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dziękuję wszystkim za komentarze i zrozumienie.

 

@reg – cudowny zbieg okoliczności, prawda?

@Żongler – dobrze kombinujesz :)

@cobold – sprawę mam, zaraz walę na priv

@Darcon – no właśnie dlatego tak tu rzadko ostatnio bywam, bo tak, próbuję. Ale, kurde, powiem Ci, że ciężko.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Ale że nikt biblioteki nie kliknął to powiem Wam, że jestem rozczarowany. Na komplet nie liczyłem, ale że nikt?

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Ach, czytałam dość późno, to i jakoś się zaniedbałam. Naprawione, Cerlegu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No! Niektórzy wiedzą, jak się zachować :) Dziękuję i kłaniam się nisko.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze mi się czytało :)

Znam tylko pięć liter ;)

Napisane dobrze, z tym że pogubiłem się nieco i nie wiem o czym jest tekst. Ale zdania składasz ładnie, na tyle, że chce się czytać. I już pierwszymi akapitami do mnie przemówiłeś i mimo, że nie wiem o co chodzi, to obwinię za to siebie samego.

Pozdrawiam

Wszystko już masz, ale czasem wszystko to o wiele za mało… Rozumiem, że to taki przerywnik w konkretnej pracy ;)

Nowa Fantastyka