- Opowiadanie: Wilk który jest - Dotyk góry

Dotyk góry

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dotyk góry

– Zasnął?

– Wreszcie…

– Wykończył cię?

– Trochę…

– Dla niego lot samolotem to chyba większa przeprawa niż dla nas.

– Pewnie masz rację… Nie umiem się nim dobrze zająć. Byłam zmęczona, a on wyraźnie zagubiony i chyba lekko przestraszony.

– W domu też czasem nie wie, gdzie jest. Wtedy wystarczy dać mu sweter po babci. Od razu się uspakaja i dobrze rozpoznaje wnętrze.

– Dlaczego go nie wzięliśmy?

– Jego opiekunka stwierdziła, że to by nie było dobre rozwiązanie. Powiedziała, że: „artefakt przestałby się kojarzyć z lokalizacją”, czy jakoś tak. Tak przynajmniej w domu ma świat poukładany. Dotyka swetra i od razu przypomina sobie rozkład pomieszczeń i ich funkcje.

– Ok. Rozmowy na dole trudne?

– Nie sądziłem, że po wpisaniu w książkę wyjść celu wyprawy, powstanie takie zamieszanie. Za słabo znam niemiecki a francuski jeszcze gorzej, by dobrze argumentować, by ich przekonać, że damy radę. Uparli się, że ma być licencjonowany przewodnik i co najmniej dwóch tragarzy.

– Tragarzy? Przecież to nie Himalaje, czy Karakorum! Nie idziemy na ośmiotysięcznik, tylko dotknąć góry. Wyruszamy na lekko. Co oni niby mają dźwigać?

– Zwłoki…

– Jak to?

– Obawiają się, że będzie taka potrzeba…

– Mamy na ten wypadek ubezpieczenie! Nie powiedziałeś im?

– Powiedziałem…

– I co?

– Zdenerwowali się, że niczego nie rozumiem, że nie chodzi o pieniądze, ale o bezpieczeństwo innych. W naszym przypadku oni widzą tę śmierć wychylającą się zza skały… Jak mówili, gdy służby ratunkowe będą zaangażowane u nas, może ich zabraknąć gdzie indziej, gdzie stanie się coś, czego nie da się przewidzieć zawczasu. W ich ocenie zgon podczas naszego wypadu jest niemal pewny.

– Szlag…

– Nic to. Rozmowie przysłuchiwało się dwóch włoskich wspinaczy. Stanęli po mojej stronie i zadeklarowali, że pomogą. Jutro idą na rozpoznanie. Będą wypatrywać drogi na północnej ścianie i w razie czego nas wesprą. Dopisali się do mojego wpisu w książęce wyjść i obsługa to zaakceptowała, ale przewodnika i tak muszę znaleźć. Dostałem parę adresów. Zaraz ruszam popytać. Telefonów nie odbierają. Pewnie wszyscy w górach.

– Komplikuje się ta wyprawa. Powiedz mi, jak do tego wszystkiego doszło i dlaczego się zgodziłam?

– Lubisz mnie…

– OK, to ostatnie pytanie mamy z głowy – odpowiedziała z uśmiechem. – Góry też lubię – dodała pogodnie.

– Przy życzeniach na Boże Narodzenie zapytałem pradziadka, co chce na dziewięćdziesiąte urodziny. Zapytał, kiedy je ma. Powiedziałem, że w czerwcu. Podumał chwilę i powiedział, że chciałby dotknąć góry i pogadać z tymi wszystkimi, z którymi mu się drogi rozeszły i ma niejasne uczucie, że w części z jego winy. Rad by więc im objaśnić swój punkt widzenia. To drugie jest już niewykonalne, bo tamci albo nie żyją, albo nie kontaktują. Obiecałem więc zabrać go w góry.

– Jesteś z nim bardzo zżyty…

– Byłem. Teraz nie mam czasu. Wiesz, jak jest: pierwsza poważna praca, zakładamy rodzinę, mieszkanie trzeba wyremontować. Częściej go wspominam, niż faktycznie jesteśmy w kontakcie. Chwilami zapominam, że jeszcze żyje…

– Połączyła was miłość do gór i skłonność do włóczęgi?

– Nie…

– Nie?! Byłam pewna, że łażenie: „hiking and trekking”!

– Ta historia jest starsza niż moje wędrowanie. Pierwszym zwrotem, który zacząłem mówić, brzmiał podobno: „kupka pla”. Byłem bardzo z siebie zadowolony i popisywałem się tą unikatową umiejętnością bez względu na okoliczności. Po dwóch tygodniach „kupkaplania” entuzjazm rodziny wobec moich nowych zdolności bardzo zmalał. Wszyscy już mieli tego dosyć. Pradziadek został jedynym członkiem familii, który za każdym razem śmiał się serdecznie wraz ze mną. To nas „zblatowało”, wiesz: połączyło, na całe życie.

– Nielicha historia! – Uśmiechnęła się szeroko. – A dlaczego akurat ten szczyt?

– Pradziadek marzył o nim od dawna. Zwraca uwagę na historię jego zdobycia. Na unikatową budowę ze skał, w których jest zapisana cała historia tego kawałka ziemi. Zawsze nam objaśniał, że skały są jak sałatka.

– Jak sałatka?

– Tak, że nie mają swojego kodu DNA. Mogą więc być podobne, ale różnią się w szczegółach. Gdy w sałatce połączysz jadalne składniki, to całość też powinna wyjść jadalna. Ze skałami podobnie. Potrafią się w nich mieszać przeróżne pierwiastki. Wciąż niewiele o nich wiemy. Góry, jeśli nie zwracać uwagi na szczegóły, też mają swoje wspólne cechy, a przecież dwóch takich samych nie znajdziesz. Mają też swoje oblicza. Z jednej strony na szczyt łatwiej z drugiej trudniej, z trzeciej prawie niemożliwe, a z czwartej zainstalowali kolejkę i wjedziesz za parę euro… Idę. Wybacz, że cię zostawiam. Mam nadzieje, że to długo nie potrwa.

– Co mam robić, jak się obudzi?

– Porozmawiaj z nim. Wystarczy, że zadasz mu na początku pytanie, na które będzie mógł długo odpowiadać i czasem wtrącisz jakieś „tak”, czy „mhm”. Zmykam!

– Powodzenia!

Pocałowali się na rozstanie. Spojrzała na śpiącego staruszka. Oddychał spokojnie. Siadła na szerokim parapecie. Podciągnęła nogi, oplotła je rękami, a brodę oparła o kolana. Zapatrzyła się na panoramę za oknem. Nie było to tatrzańskie sto szczytów i sto dolin widocznych z Gęsiej Szyi ani konkurencyjna panoram z Głodówki, ale i tak widać było surowe ściany, które w tym oświetleniu miały ciemnoszarą barwę. Skupiła wzrok na celu wyprawy. Wierzchołek kończył się ostro i przypominał zagięty czubek kapelusza jakiegoś baśniowego czarodzieja, czy maga. Próbując dostrzec alpinistów na ścianie, poczuła lekki niepokój, jakby ktoś jej się przyglądał. Odwróciła głowę w stronę pokoju. Pradziadek siedział na łóżku. Koc, którym był przykryty, spadł na podłogę. Staruszek miał szeroko otwarte oczy. Wyraźnie nie poznawał wnętrza, w którym przebywali już od paru godzin.

– Dzień dobry, dziadku! – powiedziała donośnie.

Wzrok starca spoczął na jej obliczu. Uśmiechnął się i powiedział:

– Dzień dobry! Jestem Mike. Czy my się znamy? Wiesz, jestem obecnie pamięciowo zagubiony.

– Tak. Jestem Sue, narzeczona twojego prawnuczka – Kuby.

– Aha… – skwitował tę prezentację, po czym zmarszczył czoło. – Kuby… Jego też nie pamiętam – dodał z rozbrajającym uśmiechem.

– Jak był mały, to mówił: „kupka pla”.

– A! To był uroczy bobas! Ile teraz ma lat?

– Dwadzieścia pięć.

– A ja?

– Prawie dziewięćdziesiąt.

– Ho, ho, piękny wiek! Gdzie jesteśmy?

– W Alpach.

– Tak?! A po co?

– Chciałeś „dotknąć góry” i Kuba postanowił cię tu zabrać.

– Złoty chłopiec! – Wyraz twarzy starca zmienił się, ale Sue nie mogła wyczytać z tej plątaniny zmarszczek, czy się wzrusza, czy cieszy, czy może martwi. – Tak, chcę jej dotknąć! Ależ wybornie i pysznie! Potrzebami takich dziadów jak ja świat się niewiele przejmuje. Kiedy ruszamy?

– Jutro, jeśli pogoda pozwoli, a Kuba znajdzie przewodnika. – Dostrzegła zaskoczone spojrzenie starca, postanowiła więc szybko zmienić temat. – Potrzebujesz czegoś?

Zmarszczki na głowie starca ułożyły się w nowy wzór. Wyglądał, jakby zajrzał w głąb siebie i przekazywał pytanie wszystkim organom wewnętrznym po kolei. Po dłuższej chwili odparł:

– Nie, chyba nie…

– Zrobię ci herbaty. Siądziemy przy oknie i porozmawiamy. Co ty na to?

– Dobrze.

Podgrzała wodę i zaparzyła dwie czarne herbaty. Aromat wypełnił wnętrze. Przeniosła w stronę okna mały stolik. Postawiła na nim filiżanki, cukierniczkę i talerzyk z korzennymi ciasteczkami. Dostawiła szerokie krzesło z poręczami, a sama usiadła na parapecie. Gdy uznała, że wszystko jest gotowe, powiedziała głośno:

– Chodź! Zapraszam!

Starzec, który znów ze zmarszczonym czołem oglądał wnętrze, zlokalizował źródło tego przyjemnego głosu. Wstał i powolnym krokiem podszedł do stolika. Oparł się rękami o blat i ostrożnie usiadł. Po zakończeniu tego manewru odetchnął z wyraźną ulgą. Wyjrzał przez okno i wzrokiem chłonął panoramę. Przez dłuższy czas w milczeniu kontemplowali krajobraz z jego iglastym lasem i wyrastającymi nad nim nagimi ścianami szczytów.

– Ładnie tu – powiedział staruszek. – Kiedy ruszamy dotknąć góry?

– Jutro.

– Szkoda, że nie teraz. Czuję w sobie dużo energii, a kto wie, co w tej kwestii jutro przyniesie…

– Będzie dobrze. Zachowaj trochę tej mocy na wyprawę – powiedziała pogodnym głosem. – Napijmy się herbaty. Już pewnie wystygła.

– Dobrze – zgodził się niechętnie. Postanowiła skorzystać z rady Kuby i zająć go rozmową.

– Co tak lubisz w górach?

– Co lubię? Drogę.

– Lubiłeś… Lubisz – poprawiła się od razu – zdobywać nowe szczyty i bić rekordy dystansu?

– O, od dawna nie mam takiego młodzieńczego podejścia do trasy. Nie to jest ważne.

– Nie? To, co jest takie ważne?

– Doświadczenie, przebywanie ze sobą, a czasem i z innymi. Zmierzenie się ze słabościami. Ta chwila, kiedy zmęczony człowiek rozgląda się z wysokości i chłonie pejzaż, w gruncie rzeczy nie ma wielkiego znaczenia.

– No dobrze, ale w takim wypadku można by nie planować na przykład tej góry, tylko jakąkolwiek. Nie iść dookoła Mont Blanc, ale z Sielpi do Sielpi, albo z Ciekot do Ciekot.

– Masz rację. Objaśnię ci jednak moją myśl dokładniej. Cel jest ważny, bo to do niego się przygotowujesz. Pracujesz nad sobą. Układasz plany. Zbierasz ekwipunek. Może się jednak okazać, że z jakichś przyczyn go nie osiągniesz. Nieoczekiwanie załamie się pogoda. Okaże się, że masz słabszy dzień, a każdy takie miewa na trasie, gdy nogi go nie chcą nieść. Złapiesz kontuzję, która cię zmusi do odwrotu, a może i czekania pomocy. Słowem: wynik sportowy będzie albo go nie będzie, a doświadczenie masz zawsze. No i możesz poprzebywać trochę sama ze sobą, a, przekonasz się, w życiu jest na to niewiele czasu. To też fajny moment, żeby pobyć z najbliższymi. Nawet nie trzeba wiele rozmawiać. Wystarczy, że idzie się w tę samą stronę.

– No dobrze, ale przecież brałeś udział w oficjalnych imprezach. Widziałam puchary, a podobno jest też gdzieś skrzyneczka z medalami. Dlaczego, skoro to mało ważne?

– W moim wieku śmiało mogę powiedzieć: nie pamiętam. – Uśmiechnął się łagodnie. – Zwyczajnie nie wiem. Pamiętnika nie prowadziłem, więc nie ma stron, na których bym coś na ten temat objaśnił. Może coś sobie chciałem udowodnić? Albo chciałem mieć puchar, a jedyny, na jaki mogłem liczyć, to ten za chodzenie, bo tylko tę umiejętność opanowałem w wystarczającym stopniu? – zakończył pogodnie. Po chwili odezwał się znowu. – Było w tym zresztą i coś dobrego.

– Co na przykład?

– Kiedy starujesz oficjalnie i zapłaciłaś jakieś drobne pieniądze za udział, idziesz, nie oglądając się na to, czy wieje, czy pada, czy jest śnieżyca. Planując coś samodzielnie, znajdziesz tysiące wymówek, żeby przesunąć wypad o tydzień, gdy ci się nie chce wstać z łóżka, albo deszcz siecze o szyby. To było w tym oficjalnym łażeniu naprawdę dobre, no i serwis na trasie. Dzięki temu możesz dźwigać mniej na plecach.

– OK, ale przecież mnóstwo ludzi traktuje drogę, czy góry jako wyczyn sportowy. Twoim zdaniem robią źle?

– Nie, dlaczego zaraz źle? Inaczej. Czego innego im najwidoczniej potrzeba. To wyczynowe podejście potrafi się srogo zemścić. Tu znajdziesz te obsesje szczytu i złamane kariery. Jako młodzian oglądałem Olimpiadę w Atenach. W biegu maratońskim startowała Paula Radcliffe. Miała najlepsze czasy w sezonie. Przechodziła specjalne treningi na dużych wysokościach. Pokonywała naprawdę obłędne odległości w rozrzedzonym powietrzu. Była faworytką. Niestety w chwili startu dzień był po prostu nie ten. Od początku biegła druga, a kiedy spadła na trzecią pozycję, załamała się i zeszła z trasy. Tę historię warto pamiętać, kiedy się idzie w góry. Jeśli tego dnia ci nie idzie albo wyżej „nie puszcza”, po prostu zawróć, zmień trasę. Zebrałeś doświadczenie. Dogadaj się ze sobą uczciwie, co nie poszło? Przeceniłeś się, czy może warunki były na tyle trudne, że cel był nie do osiągnięcia? Polski alpinista Aleksander Lwow napisał książkę o znamiennym tytule: „Zwyciężyć znaczy przeżyć”. Miał zdecydowaną rację. Nie idzie? Ukłoń się górze i pozdrów ją grzecznie. Pogratuluj tym, którzy dali radę. Przełknij dumę. Czego doświadczyłeś, to i tak twoje i nikt ci tego nie zabierze.

– Każdy ma swój Everest…

– W sensie: jakieś szczególnie nęcące go wyzwanie do podjęcia, czy jakiś wyjątkowy sukces? Nie wiem, o czym dokładnie Tenzing Norgay myślał, kiedy wypowiadał te słowa. Mając swoje lata, rozumiem to inaczej. Uważam, że każdy ma jakiś szczyt swoich życiowych osiągnięć, często zresztą poniżej możliwości. Osiąga cel i wie, że już niczego większego w tej dziedzinie nie zrobi. Koniec – nie będzie już ani wyżej, ani dalej, ani lepiej, ani mądrzej. Wtedy trzeba zająć się czymś innym i poszukać siebie w całkiem nowym zajęciu. Ja na szczęście wciąż mam przed sobą moją górę. Nie zdołam już na nią wejść, ale dam przecież radę jej dotknąć. Czasem nie można żądać więcej.

Staruszek zamilkł. Przez dłuższy czas posiedzieli w ciszy. Sue spojrzała na zegarek i pomyślała, gdzie jest Kuba i jak mu idzie poszukiwanie przewodnika. Postanowiła wrócić do przerwanej rozmowy.

– Kto twoim zdaniem był najlepszym wspinaczem na świecie?

– O, tego się nie da stwierdzić!

– Jak to?

– No, zwyczajnie, ludzie chodzą po różnych górach i w różny sposób. Jedni wolą ośmiotysięczniki, a inni trudne skały. Jedni wolą mrozy, a drudzy długie trasy w ekstremalnym upale. Pozmieniał się przez te wieki sprzęt. Poprawiła się technika. Taki polski wspinacz ekstremalny, Konstanty Miodowicz, mówił, że prawdziwi nadludzie to byli pierwsi zdobywcy szczytów i ścian we wschodnich Alpach. Posługiwali się takim zwrotem: „Berg Heil”, niby: „pozdrowienie górom”. Tak, jakby to pozdrowienie gór, było ważniejsze niż pozdrowienie siebie nawzajem. Traktowali się chyba jako najmniej znaczący, bo przemijający, element tego surowego krajobrazu. Cóż – odeszli, a szczyty zostały. Ci, którzy dziś robią najtrudniejsze ściany w najkrótszym czasie, czy wchodzą na ośmiotysięczniki, bazują na doświadczeniach bardzo wielu pokoleń. Wiesz, co miało największy wpływ na zdobycie Mont Blanc?

– Była wysoka nagroda…

– No, to też. – Zaśmiał się cicho. – Jeden z pierwszych zdobywców, Jacques Balmat, był zbieraczem kryształów górskich. Podczas wyprawy, w której trakcie badano najkrótszą drogę do podejścia, odłączył się od grupy. Pogoda się zepsuła i musiał spędzić noc na miejscu. Przeczekał do świtu, siedząc na plecaku. To był prawdziwy przełom. Dotąd uważano, że człowiek, który będzie nocował na takiej wysokości, musi umrzeć. Fakt, że Balmat przeżył, zmienił podejście do zdobywania wysokich gór. Po prostu zakłada się kolejne bazy.

– Ciekawe, a jak zdobyto tę twoją wymarzoną górę?

– O, szło z nią chyba jeszcze gorzej niż z Mont Blanc. Finał za to był niesamowity. Ruszyły jednocześnie dwa zespoły z różnych stron. Ci, którzy weszli jako pierwsi, postanowili zobaczyć, jak idzie konkurentom. Wychylili się za krawędź ściany i dostrzegli ich, zbliżających się powoli do wierzchołka. Zaczęli więc radośnie machać i krzyczeć. Tamci, dostrzegli na szczycie, jakieś postaci, które wrzeszczą i dynamicznie kiwają kończynami. Wiatr zabierał słowa, dotarł więc do nich niezrozumiały bełkot. Pomyśleli, że to duchy góry zabraniają wejścia na szczyt, wystraszyli się i po prostu uciekli.

– Duchy gór, dobre sobie. Dziewiętnasty wiek – epoka romantyzmu, wtedy ludzie wierzyli w takie bzdury.

Starzec przyjrzał się jej czujniej niż dotychczas.

– Duchy gór i dróg istnieją. Nieraz doświadczyłem ich obecności – powiedział łagodnie.

– Wybacz, ale nie bardzo w to wierzę.

– Nie musisz. Wiara to wiara albo się ją ma, albo nie. – Uśmiechnął się dobrotliwie. – W tym wypadku możesz polegać na mojej.

– Widziałeś je kiedyś?

– Nie.

– To skąd ta twoja pewność, że istnieją?

– Już mówiłem. Nieraz doświadczyłem ich obecności.

– Gdzie na przykład?

– Najłatwiej tę moc poczuć na Camino de Santiago. Czytałaś „Władcę pierścieni”?

– Tak.

– Jest tam taka scena, w której Aragorn, Gimli i Legolas ścigają tę bandę Uruk-Hai, która uprowadziła Merry’ego i Pippina. Mają uczucie, że jakaś potężna moc dodaje orkom sił, a ich opóźnia w drodze do Isengardu. Idąc do grobu św. Jakuba Większego, masz wrażenie, że jest moc, która cię wspiera i przyciąga.

– Apostoł jako duch drogi. Nie przesadzasz?

– Nie! Duch drogi i to bodaj najpotężniejszy ze wszystkich, ale spotykałem też inne, pomniejsze. Towarzyszyły mi, dodawały otuchy, gdy słabłem, albo gdy się bałem.

– Bałeś się? Czego? Wysokości, przestrzeni, że spadniesz?

– Chyba najczęściej bałem się nieznanych lasów po zmroku. Tam pewnie niejedno złe się czai i wciąż trwa na swoich ostatnich bastionach mimo postępującej eksploracji. Pojawiało się jednak przeważnie wsparcie, które pomagało w marszu.

– Może anioły.

– Może. – Nie wyczuł delikatnej drwiny w głosie.

Za oknem zachodziło słońce. Już tylko najwyższe wierzchołki połyskiwały czerwienią. Resztę spowijał mrok. Staruszek poruszył się na krześle i powiedział.

– Pójdę już spać. Pokaż mi, gdzie jest łazienka i gdzie śpię.

Kuba wrócił późno. Dopiero po zmierzchu udało mu się znaleźć przewodnika, który zgodził się iść z nimi. Na początku odmówił, tak jak i pozostali, bo dopiero teraz wrócił ze wspinaczki. Zmienił zdanie, gdy Kuba objaśnił mu, że chodzi tylko o to, żeby podejść pod górę. Stwierdził, że przyjedzie swoją terenówką po śniadaniu i podwiezie ich tak blisko szczytu, jak to tylko możliwe. Nie policzył też sobie wiele – zwrot kosztów paliwa i równowartość obiadu w hotelu górskim.

Staruszek, po dowiedzeniu się kim są młodzi ludzie, z którymi mieszka, gdzie są i jaki jest cel wyprawy, był wyraźnie podekscytowany. Na turystyczne spodnie wciągnął długie skarpety. Kilka razy sprawdził, czy dobrze zawiązał stare górskie buty. Uparł się, że musi nieść mały plecak, w który wrzucił butelkę wody, nóż, paczuszkę jakichś nasion, stanowiącą pewnie żelazną porcję żywnościową i lekką kurtkę przeciwdeszczową. Przewodnika powitał słowami: „Berg Heil”, na co ten odpowiedział uśmiechem. Włoscy wspinacze ucieszyli się, że większość drogi w jedną stronę przejadą terenówką. Wrzucili górskie worki na tył i pojechali, by starzec z kraju na wschodzie mógł dotknąć góry.

Szlak prowadził wyłożoną kamieniami ścieżką, wijącą się pośród iglastych drzew. Pradziadek Kuby szedł nad podziw dobrze. Gdy przekroczyli granicę lasu i ich oczom ukazała się góra, zaczął dziwnie wyciągać szyję, jakby pragnął jak najprędzej zobaczyć szczegóły skał, poczuć zapach ścian i dotknąć cel swego pożądania.

Mimo wysiłków grupy z upływem czasu tempo na odkrytej przestrzeni spadało. Przewodnik zarządził postój pod ostańcem, który chronił od wiatru i rzucał miły cień. Stąd do początku podejścia było już tylko kilkaset metrów. Wyciągnęli termosy i kanapki. Starzec pożuł garstkę nasion. Musiały dodać mu animuszu, bo wstał i oświadczył, że idzie dalej. Kuba chciał protestować, ale Sue powiedziała:

– Szlak widać dobrze. Tu jeszcze nie ma żadnych niebezpieczeństw. Daleko nie odejdzie. Odprowadzimy go wzrokiem. W razie czego dogonimy go w dwie minuty.

Staruszek ruszył wolno, z każdym krokiem jednak nabierał tempa. Co chwila zerkali w jego stronę, ale zaczęli też rozmawiać z przewodnikiem i Włochami. Każde z nich miało „swój angielski”, a jednak wymiana zdań była interesująca. Ani się obejrzeli, gdy minął kwadrans. Sprawnie zebrali swój chwilowy obóz. Ustalili też, że rozejdą się na jakiś czas. Jakub i Sue ruszyli w stronę góry, a pozostali ku ścianie wybranej przez Włochów. Przewodnik chciał im zwrócić uwagę na najważniejsze trudności, z jakimi będą mogli się spotkać podczas wspinaczki.

Młodzi szli niespiesznie. Figurka starca w czerwonej bluzie z polaru odcinała się na tle stalowoszarej ściany. Z daleka wyglądał, jak płonący krzew, który zaraz przemówi, by dać im świadectwo obecności Boga w tej surowej krainie.

– W którym miejscu właściwie zaczyna się góra? – zapytała Sue.

Kuba myślał przez chwilę. W końcu odpowiedział:

– Nie wiem. Dziadek to jakoś objaśniał, ale nie pamiętam. Trzeba go będzie zapytać. Tata zawsze twierdził, że tam, gdzie postawili tabliczkę informacyjną.

W tym momencie Sue zatrzymała się. Schwyciła Jakuba za rękę i powiedziała dziwnie zmienionym głosem:

– Patrz…

Były to ostatnie słowa, jakie zdołali wypowiedzieć w tym momencie. Coś sprawiło, że wszystkie inne wyrazy uwięzły im w gardle, a nogi nagle odmówiły posłuszeństwa. Mogli tylko patrzeć na scenę, która odgrywała się przed nimi. Oto staruszek dotarł do miejsca, w którym ścieżka omijała pierwszą skałę. Odłożył kijki trekkingowe i wyciągnął obie dłonie w kierunku ściany. Zrazu nie działo się nic. Po chwili jednak obraz jakby zamigotał. Ujrzeli ręce, które wysunęły się w kierunku starca i odwzajemniły jego uścisk. Przytuliły starca i wciągnęły gdzieś w głąb. Z miejsca, w którym stali, nie dostrzegli, czy skała się otworzyła, czy też ciało przeniknęło w niepojęty sposób przez tę materię. Zdawało im się tylko, że w miejscu, w którym zniknął staruszek, na ścianie zamajaczył cień centaura – symbolu szybkiego upływu ludzkiego żywota.

Z odrętwienia wyrwał ich dzwonek telefonu. Kuba odebrał odruchowo. Dzwonił jego ojciec.

– Cześć, Jakub.

– Cześć tato… – odpowiedział machinalnie, a myśli gnały mu przez czaszkę, jak szalone, próbując zrozumieć to, czego przed chwilą był świadkiem.

– Wiem, że jesteście z Sue w Alpach, ale mam ważną wiadomość. Mój dziadek, a twój pradziadek zasnął w Panu. Dziś rano znaleźliśmy ciało.

– Ciało?

– Musiał odejść we śnie. Leżał spokojnie z bardzo pogodną twarzą i tulił sweter babci do siebie. Wyglądał na szczęśliwego.

– Bo był szczęśliwy! – Kuba prawie krzyknął, przypominając sobie poranne podekscytowanie staruszka wyprawą po dotknięcie góry.

– Hm… Pewnie nie przez całe życie, ale narzekał faktycznie rzadko. Pogrzeb za trzy dni. Dacie radę wrócić?

– Tak, damy radę. – Kuba odpowiadał automatycznie, jakby aparat mowy odłączył się od myśli szalejących w mózgu.

– Świetnie! Nie przeszkadzam. Wypijcie szklankę grogu za dziadka. Za pradziadka – poprawił się od razu. – Cześć!

– Dobrze, tato. Tato!

– Tak?

– Jak to powiedziałeś? To o śmierci?

– Zasnął w Panu.

– Zasnął w Panu… – powtórzył Kuba. Rozłączył się, nie kontrolując tej czynności. Wyciągnął rękę w kierunku skały. Obok Sue zrobiła to samo. Nie mieli sił, by podejść bliżej. Do dnia, w którym oni sami dotkną góry jeszcze daleko. Ciekawe, czy znajdzie się ktoś, kto będzie im towarzyszył w tej drodze?

Koniec

Komentarze

– Dzień dobry, dziadku! – powiedziała donośnie!

Na końcu kropka. 

– Jest tam taka scena, w której Aragorn, Gimli i Legolas ścigają tę bandę Uruk-Hai, która uprowadziła Merry’ego i Pippin’a.

Pippina.

 

Bardzo mi się podobało. Czuć miłość do gór płynącą z każdego zdania.

Odrobinę kojarzyło mi się z opowiadaniem Daphne du Maurier, “Monte Verita” , choć może to niezbyt trafne porównanie, bo w Twojej historii o wiele bardziej przekonała mnie fabuła.

Najbardziej spodobał mi się moment zjednoczenia staruszka i góry, bo choć nadnaturalny, wyszedł bardzo naturalnie. ;) 

Sam początek z obyczajówką mnie troszkę nużył, ale się w końcu wciągnęłam i nie żałuję, bo pomysł i zakończenie jest zacne. Pradziadek skojarzył mi się trochę z moim tatą, bo on ma z górami podobnie.

Wykonanie też całkiem niezłe, Pippin z niepotrzebnym apostrofem już wyłapany wcześniej, więc dorzucę tylko:

 

Apostoł[-,] jako duch drogi.

 

Zrazu nie działo się nic. – zrazu wydaje mi się zbyt archaiczne (zob. sjp pwn) jak na ten tekst

 

Cześć[+,] Jakub / Cześć[+,] tato. Tatę dałabym z małej litery, bez niepotrzebnej afektacji

 

Tak, damy radę – Kuba odpowiadał automatycznie → brak kropki na końcu wypowiedzi

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmmm. Nagle logika wzięła i się rozjechała, ale niech Ci będzie.

Tekst ma swój urok.

Jeden fragment dialogu – między Kubą a dziewczyną – zabrzmiał sztucznie i infodumpowo. Przecież obydwoje wiedzą, po co tam pojechali.

Babska logika rządzi!

Ale jak to? Czy czegoś nie doczytałam i dlatego teraz nie wiem, gdzie i jak zmarł pradziadek – czy dotykając góry, czy tuląc sweter żony…

Końcowa dezorientacja chyba nie miała wpływu na dobre wrażenie z lektury. ;)

 

– Ok. Roz­mo­wy na dole cięż­kie? –> – Ok. Roz­mo­wy na dole trudne?

 

– OK., to ostat­nie py­ta­nie mamy z głowy… –> Zbędna kropka przed przecinkiem.

 

skwi­to­wał tę pre­zen­ta­cję, po­czym zmarsz­czył czoło. –> …skwi­to­wał tę pre­zen­ta­cję, po­ czym zmarsz­czył czoło.

 

– A! To był uro­czy bobas! Ile teraz ma lat?

– Dwa­dzie­ścia pięć.

– A ja?

– Pra­wie dzie­więć­dzie­siąt.

– Ho, ho, pięk­ny wiek!

– Gdzie je­ste­śmy?

– W Al­pach.

– Tak?! A po co?

– Chcia­łeś „do­tknąć góry” i Kuba po­sta­no­wił cię tu za­brać. –> Jeśli zdania pradziadka i Sue są wypowiadane na przemian, to czegoś w tej rozmowie nie rozumiem – czy pradziadek wypowiada dwie kwestie następujące po sobie? Czy nie mógłby zadać pytania zaraz po zachwyceniu się własnym wiekiem?

 

Wy­glą­dał, jakby zaj­rzał głąb w sie­bie… –> Jak tak można?! Żeby starszego pana od razu nazywać głąbem! ;)

Pewnie miało być: Wy­glą­dał, jakby zaj­rzał w głąb sie­bie

 

– OK., ale prze­cież… –> Zbędna kropka przed przecinkiem.

 

Nie raz do­świad­czy­łem ich obec­no­ści… –> Nieraz do­świad­czy­łem ich obec­no­ści

 

– Może – Nie wy­czuł de­li­kat­nej drwi­ny w gło­sie. –> Brak kropki po wypowiedzi.

 

Na tu­ry­stycz­ne spodnie wcią­gnął wy­so­kie skar­pe­ty. –> Raczej: Na tu­ry­stycz­ne spodnie wcią­gnął długie skar­pe­ty.

 

od­ci­na­ła się na tle sta­lo­wo-sza­rej ścia­ny. –> …od­ci­na­ła się na tle sta­lo­wosza­rej ścia­ny.

 

Coś spra­wi­ło, że wszyst­kie inne wy­ra­zy uwię­dły im w gar­dle… –> Pewnie miało być: Coś spra­wi­ło, że wszyst­kie inne wy­ra­zy uwię­zły im w gar­dle

 

– Cześć Tato… – od­po­wie­dział ma­chi­nal­nie… –> – Cześć, tato… – od­po­wie­dział ma­chi­nal­nie

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy do kogoś listownie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czytało mi się naprawdę dobrze, historia od samego początku mnie wciągnęła, i chociaż zakończenie nie było dla mnie zaskakujące, to całość jest naprawdę dobra. Czyżbym dostrzegł inspirację Bieszczadzkimi aniołami? :)

Test z typowym dla Ciebie urokiem. Końcówka melancholijna, może trochę z lekka nazbyt jak dla mnie, ale dobrze podkreśla treść środka. W gardle staje mi tylko ten początek – moim zdaniem mocno przegadany. Omal nie zacząłem skanować reszty, bo nużył strasznie.

Podsumowując: fajne, spokojne i urokliwe opowiadanie. Warte klika.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Co ty na to.

To chyba jest pytanie ;)

– Masz rację. Objaśnię ci jednak moją myśl dokładniej. Cel jest ważny, bo to do niego się przygotowujesz.

No, proszę Cię! Kto tak mówi?

– Cześć Jakub.

– Cześć Tato…

Przecinki przy wołaczach i czy na pewno Tato ma być dużą literą?

 

Ja przepraszam, że się wyłamię, ale nie porwało mnie. Owszem, zakończenie fajne, przeniknięcie góry jako symbol śmierci naprawdę dobre, ale dla mnie cała wcześniejsza część to same frazesy: każdy ma swój Mont Everest, ważne jest dążenie do celu, e tam. Przesłoniło mi to końcówkę.

@Rossa

Pięknie dziękuję za dobre słowo! :-) Rzeczy i sprawy pozornie nadnaturalne są w gruncie rzeczy bardzo naturalne. :-)

 

@Drakaina

Piękne dzięki za uwagi! Cieszę się, że bohater przypomina żywego i bliskiego człowieka. :-)

 

@Finkla

Logika jest do kitu, chociaż czasem się przydaje. ;-) A dialog – hm… Czasem chcemy coś usłyszeć raz jeszcze, tak po prostu. Nieprawdaż? ;-)

 

@Regulatorzy

Chylę czoło i to nisko. Dawno się tak nie uśmiałem, jak przy „głąbie”. :-) Bardzo dziękuję za korektę!

Doczytałaś wszystko! :-) Końcówka w stylu Grabińskiego, na którego „Niesamowitych opowieściach” się wychowywałem. Z normalnego dnia i zwyczajnych zdarzeń robi się bum i trudno już zgadnąć, co właściwie jest prawdą. Lubię to! Również ze względu na osobisty stosunek do pojęcia prawdy (gr. aletheia). :-)

 

@BartekS

Bieszczadzkie anioły – te, które noszą skrzydła w plecaku nawet przy ładnej pogodzie? :-) Muszę się zastanowić. Pewnie nie, bo wielkim miłośnikiem Bieszczad nie zostałem. Pierwszy raz byłem w 1992, ostatni w 2015. Czasem zaglądam, zobaczyć co zostało, a co się zmieniło. Mam znajomych, którzy rzucili miasto i się wynieśli na stałe. W Tatry jednak nosi mnie częściej. Cieszę się, że historia Ci się spodobała. Dziękuję za dobre słowo!

 

@NoWhereMan

Bardzo się cieszę, że zdzierżyłeś początek i dobrnąłeś do finałowego dotknięcia góry. Pięknie dziękuję za dobre słowo! :-)

 

@Anet

Piękne dzięki za uwagi! Wydaje mi się, że to jest jednak bardziej o drodze, niż o dążeniu do celu. A słowa Norgaya staruszek doczytał na nowo i po swojemu. Nikogo nie obchodzi, co Edmund Hillary zrobił w górach później. O jego wkładzie w hodowlę pszczół nikt nic nie wie. O życie Tenzinga tym bardziej nikt nie zapyta. Masz taki moment, za sprawą którego, jakaś część świata (choćby niewielka) wie o Twoim istnieniu i Cię pamięta. Zdaniem dziadka towarzyszy temu uczucie, że w tej dziedzinie nic już więcej nie zdziałasz. Dodam jutro cytat na ten temat.

 

Pozdrawiam Was wszystkich bardzo serdecznie i z serca dziękuję za uwagi i czas poświęcony na lekturę!

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

A dialog – hm… Czasem chcemy coś usłyszeć raz jeszcze, tak po prostu. Nieprawdaż? ;-)

Hmmm. Może i tak, ale raczej coś miłego, a nie opis prezentu dla dziadka. Ale to Twój tekst. :-)

Babska logika rządzi!

No cóż, Wilku, nie ukrywam, że i mnie głąb rozweselił. ;) Cieszę się też, że pozostałe uwagi uznałeś za przydatne.

Wyjawienie lektury, którą się karmiłeś w przeszłości wiele wyjaśnia, ale dziękuję za potwierdzenie, że doczytałam wszystko. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Finkla

„Ale to jest twój tron… No, sucho ma ta palma”! ;-) Tak mi się skojarzyło. :-)

To taka zaczepka słowna. Moim zdaniem całkiem realna. Przy okazji pozwala objaśnić czytelnikowi, co się właściwie dzieje i dlaczego. Pamiętajmy też, że Leonard Cohen napisał: „słyszałem o mężczyźnie, który słowa wymawia tak pięknie, że…”. Może w uszach Sue głos Kuby ma taką właśnie moc? Jak w filmie „Robin Hood – czwarta strzała”. Fragment dialogu:

Marion – Och, Robin! Tak pięknie mówisz, że mogłabym cię słuchać bez końca.

Robin – Dobrze.

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Regulatorzy

Proszę bardzo! W wyjaśnianiu i potwierdzaniu jestem dobry! :-D

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Istotnie, jesteś dobry. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobry jak wilk – brzmi nieźle! :-D

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

I znów przyznaję Ci rację. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Muszę się zgodzić z Finklą, że początkowy dialog jest mocno sztuczny i nie wypadł najlepiej, jako zgrabne przedstawienie czytelnikowi co się dzieje. Znaczy jasne, czytelnik dostaje te informacje, ale wyłożone dość nienaturalnie w świetle całej historii.

Cały tekst jednak bardzo na plus. Nie jestem wielkim fanem obyczajówek, a w twym tekście więcej obyczajówki niż fantastyki, ale czytało się bardzo dobrze. Całe opowiadanie, poza wyraźną pasją gór, przepełnione jest jakąś taką ciepłą, pogodną atmosferą, przez co czytając po prostu było mi miło. Zakończenie też bardzo na plus.

@Regulatorzy

Dziękuję! :-)

 

@Arnubis

Dzięki za uwagi i pozytywne podsumowanie! :-) Rozważę kwestię dialogu raz jeszcze. Choć myślę, że dialog zmęczonych ludzi, borykających się z nieoczekiwanym problemem w obcym kraju, mógłby tak właśnie wyglądać.

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Bardzo podobało mi się to opowiadanie, uważam je za jedno z przyjemniejszych opublikowanych w ostatnim czasie na portalu. Przede wszystkim lubię fantastykę osadzoną w naszej rzeczywistości, dotykającą w jakiś sposób naszych realnych doświadczeń i przeżyć. Oczywiście każda dobra fantastyka robi to w ten, czy inny sposób, ale w tym konkretnym tekście fajne jest właśnie to, że o fantastykę zaledwie się ociera. Nie ukrywam, że trafiło w czuły punkt. Dwa lata temu pożegnałam się z ukochanym dziadkiem i Twój bohater poniekąd mi przypominał. Traf w serducho czytelnika – albo go wkurzysz, albo urzekniesz. W moim przypadku padło na to drugie. Podobała mi się też górska filozofia tego człowieka, bo uważam, że przekłada się też na inne aspekty życia niż na samą wspinaczkę. Można ją czytać jako metaforę podróży przez życie, albo prób osiągnięcia jakiegoś tam sukcesu (choćby literackiego) i ten nienachalny drugi wymiar tekstu również bardzo mi przypadł do gustu, choć nie wiem, czy nie jest elementem mojej własnej interpretacji, czy zakładała go intencja twórcza autora.  

Najsłabszym elementem tekstu było dla mnie jego chaotyczne zakończenie. Zawieszenie niewiary pękło, gdy zadzwonił telefon, bo nie bardzo rozumiem, jak mogli zabrać dziadka ze sobą, ale jednak go nie zabrać. Rozumiem zamysł, ale jednak uważam, że coś tutaj zostało zbyt mało dopowiedziane, lub po prostu nie do końca się broni. To jednak nie zaważa na całości, którą uważam za udaną i jak najbardziej godną biblioteki. 

Dziękuję i za tę informację o chwili wzruszeń i za uwagi. Tak, jak już to napisałem w odpowiedzi Bogini Regulatorzy – to jest moje nawiązanie do Grabińskiego. W jego „Niesamowitych opowieściach” często trudno ustalić, co było prawdą i kto uległ złudzeniu. Czy bohatera, który bał się tego, co miał za plecami, zabiła sama wyobraźnia, gdy się zbyt szybko odwrócił, czy też czaił się tam jakiś bazyliszek. Czy ten, który zasnął w grobowców faktycznie wziął udział w ostatnich chwilach pochowanych tam ludzi, czy tylko mu się śniło. Zależało mi na takim efekcie. To się oczywiście może nie podobać. :-)

Raz jeszcze dziękuję za wszystkie słowa! :-)

Z pozdrowieniem,

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Licznik znaków coś oszukuje, bo niby 22k a po chwili, już się skończyło.

Krótko i na temat, rzeczowo. Fajne dialogi, a ten początkowy, informacyjny, przełknąłem też bez większego problemu, choć jego funkcja, pomimo skromnego maskowania, jest od razu widoczna dla czytelnika.

Fajny motyw ze swetrem.

Zakończenie dosyć nagłe, ale do przełknięcia. Całość ładnie podsumowana w ostatnim pytaniu.

 

Najważniejszą częścią tego tekstu, jest zdecydowanie to co staruszek opowiada o drodze itd.

O ile góry mnie nie kręcą jakoś szczególnie, o tyle opowoadanie bardzo przyjemne ;)

 

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Piękne dzięki za dobre słowo! :-) Cieszę się, że i pierwszy dialog poszedł gładko. :-)

Z pozdrowieniem,

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Ciekawy pomysł. Ale jakoś nie mogłem w długim dialogu dziadka z Sue o górach, znaleźć kogoś kto ma 90 lat. Jakby rozmawiała z kimś dużo młodszym. Te kwestie mi po prostu nie pasują do niego i za mocno brzmią jak wykład z historii sportu.

OK! Rozumiem. Wiesz, ręczę wszystkimi czterema łapami, że dialog z dziewięćdziesięciolatkiem, a nawet ze stulatkiem tak właśnie może wyglądać. To jest też kwestia tego, jak kto życie przeżył, czym się zajmował, jak wyćwiczony ma umysł, ile zdrowia zachował – kwestia bardzo indywidualna. Posłuchaj na przykład wspomnień Powstańców Warszawskich. W środku przywołałem zresztą słowa księdza (Rocznik Pański 1919). Potrafią i zadziwić się swoim wiekiem i podzielić ciekawą historią, jeśli ktoś zapyta.

O nieżyjącym już wuju mojej mamy, Karolu, mój syn do dzisiaj mówi z podziwem: „na swoje 102 urodziny jeszcze się wódeczki napił”. Można? Można! :-)

Z serdecznym pozdrowieniem,

Wilk

P.S. U Aleksandra Lwowa znajdziesz historię weterana, który poleciał daleko od domu tylko po to, żeby zobaczyć Mont Everest. Ale to zupełnie inna historia i niekoniecznie sportu. ;-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

– Zrobię ci herbaty. Siądziemy przy oknie i porozmawiamy. Co ty na to.

Tutaj raczej powinien być pytajnik. 

A ogólnie? Przez chwilę zastanawiał mnie brak Średniowiecza :-) 

Podoba mi się, że to pogodny tekst, mimo zakończenia. Że śmierć niekoniecznie musi być złem, to kwestia tego, kiedy i w jakich okolicznościach następuje i jak przeżyło się życie. I choć większa część opowiadania to w zasadzie informacje, mające zapewnić odpowiedni wydźwięk końcówce, czytało się bardzo dobrze. Może dlatego, że lubię, gdy autor umiejętnie i czytelnie przekazuje coś, na czym znakomicie się zna. I choć sam nie jestem żadnym górołazem, potrafiłem "wyczuć" istotę owego przekazu, zrozumieć to, o czym chciałeś opowiedzieć. A to oznaka talentu. Znaczy Twojego talentu do opowiadania, nie mojego do rozumienia ;-) 

Bardzo przyjemny tekst. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Bardzo dziękuję za wszystkie dobre słowa i uwagi! Wilk się serio wzruszył i to po same uszy. :-)

Z pozdrowieniem, Wilk który jest

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Nowa Fantastyka