- Opowiadanie: Realuc - Cel uświęca środki?

Cel uświęca środki?

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

NoWhereMan, thargone

Oceny

Cel uświęca środki?

– Niech ich biesy rozszarpią, upiorny ogień pochłonie, drzewne bestie porwą, wielkołaki zjedzą, choroby najgorsze zabiją, niech ich wszystkich…

– Wystarczy, Jaszo. Gadaniem nie sprawimy nawet, że im krosta na dupie wyskoczy – przerywam wojownikowi Trzech Włóczni.

– Ale coś trza zrobić! Większość grodów spalona albo przejęta, armia przetrzebiona, król nie żyje, a najeźdźca panoszy się po naszych lasach! Myśmy Górcice! Lud waleczny! Do upadłego bić się będziemy!

– Będziemy, przyjacielu. Ale po co umierać głupio? Z nadzieją w sercach i z pomocą bogów możemy jeszcze coś zdziałać, wierzę w to. Poczekajmy na księcia, nim będziemy dalej rozprawiać.

Chwytam kawałek bażanciego udka i wgryzam się w mięso. Po wielu dniach szaleńczego marszu, podczas którego towarzyszyły nam jedynie puste sakwy, ptak z ogniska smakuje niczym najlepsze danie na królewskim dworze. Oblizuję palce, poprawiam węzeł zrobiony z rękawa lnianej koszuli, który ściska niezasklepioną jeszcze ranę na ramieniu.

Chędożone strzały chędożonych Saramaków!

Ogień dogasa, jednak nikt nie wstaje, aby dołożyć drew. Wszyscy są wyczerpani. Pierwszy Chorąży, Daszko, który siedzi na pniaku podpierając brodę pięściami, mamrocząc coś do siebie. Werenyk, jeden z lepszych wojowników, jakich nosi Górcica. Lęko, największy chłop jakiego w życiu widziałem, leżący pod starym bukiem. Jaszo, z którym ramię w ramię walczyłem podczas niejednej bitwy. I wszyscy pozostali Górcice, którzy wracają do sił w założonym pośpiesznie obozie. Jakieś pięćset zbrojnych i może dwie setki służby i chłopstwa.

W powietrzu pachnie potem, krwią, żelazem oraz lasem, który szykuje się na nadejście nocy. Słońce schowało się już za niską górą, zwaną Garbikiem, a księżyc i pierwsze gwiazdy zawisły wysoko nad koronami drzew.

Bogowie zmieniają wartę nad światem. Tylko dlaczego, na wszystkie biesy, zmorzyska, leśnowiły i duszaki, nie chcą nam pomóc!?

Obóz rozłożyliśmy dopiero czwartego dnia od opuszczenia Srebrnego Grotu, grodu księcia Rymista. Zapewne palą się tam teraz ostatnie deski chałup, a wiatr rozrzuca gęsto leżący wszędzie popiół. Ucieczka nie była łatwą decyzją. Dla nikogo. Szczególnie, że wróg pojawił się nagle. Czasu było niewiele. Zostawić na pastwę nieprzyjaciela jedną z ostatnich ostoi naszego ludu, siedzibę księcia z rodu Trzech Włóczni lub polec w imię Górcicy. Ale Rymist nie chce umierać w boju za ojczyznę. On chce tę ojczyznę wyzwolić z okowów przeklętych Saramaków. Dlatego opuściliśmy nasze domy, nasz gród, gdzie mimo wysokiej palisady nie mieliśmy szans w starciu z parokrotnie liczniejszą armią i ognistymi, wybuchającymi w jakiś magiczny sposób, strzałami najeźdźców.

Tylko, co teraz?

Zaraz się przekonamy, bo właśnie kroczy ku nam Rymist, książę Trzech Włóczni. Wojownicy zwalniają dla niego jedną z ław, które stoją tuż przy niemal wygasłym już ognisku. Władca ma na sobie długą, skórzaną tunikę koloru ciemnej zieleni i płaszcz z wilczego futra, który właśnie podwija, siadając ciężko. Przy pasie dynda topór z krótkim styliskiem i nóż ze zdobną, srebrną rękojeścią. Rymist jest młody jak na księcia, ma dopiero dwadzieścia wiosen. Może dlatego nie brakuje mu zapału?

– Bracia moi. Uciekliśmy śmierci, ale nie zamierzamy chować się po lasach jak robaki w ziemi. Nasz jedyny król, władca całej Górcicy, od gór aż po morze, jak wam wiadomo, nie żyje. Poległ chwalebnie, stawiając opór najeźdźcom w bitwie na Makowym Polu. Niech bogowie wyślą po jego duszę Woźnika.

– Niech wyślą Woźnika – rozbrzmiewają głosy wszystkich zgromadzonych.

– Zginęło też wielu książąt, w tym Brytmir z rodu Czarnego Orła, czy też szlachetny Kaszko z rodu Młota – kontynuował Rymist. – Jesteśmy prawdopodobnie jedną z ostatnich, tak licznych armii. Jednak Saramaków jest zbyt wielu, nie mamy szans w otwartym boju. Rozplenili się na naszej ziemi niczym ślimaki po dniach pełnych deszczu. Dlatego musimy znaleźć inny sposób.

Lęko przynosi urąbane kawałki drewna, wrzuca w resztki żaru i dmucha. Jak już wspomniałem, wielki z niego chłop, toteż nie trwa długo, a ogień bucha ponownie i oświetla nasze zmęczone, pełne wątpliwości, ale też nadziei, twarze.

– Masz już jakiś plan, mości książę? – pyta długobrody Werenyk.

– A i owszem, mam. Słuchajcie zatem bracia z uwagą.

Rymist wstaje i zaczyna chodzić wokół ogniska. Gdzieś z daleka słychać wycie wilków, które witają bogów nocy.

– Musimy użyć podstępu. Bestie ze wschodu nie zachowują się jak ludzie. Nie są honorowi, gwałcąc nasze dziewki, paląc domy, podrzynając gardła, gdy leżymy w łożach. Zrobimy tak: Jeden z nas stanie się na jakiś czas Saramakiem.

Wybucha wrzawa i krzyki, jednak wszyscy szybko milkną, kiedy Lęko unosi wielkie łapska ku nocnemu niebu.

– Dziękuję, przyjacielu – zwraca się do drągala książę. – Posłuchajcie do końca, bracia moi. Jeden z nas uda się do obozu Saramaków nad Srebrzycą, gdzie jest obecnie sam najwyższy wódz, Tukkoo. Wiecie zapewne, że traktują go niemal jak boga, jak nieśmiertelnego, który ma zawładnąć całym światem. Podążają za nim ślepo jak gęsi, ale gdyby zginął… to byłaby dla nas szansa! Pogubią się, rozproszą, a wtedy pójdziemy za ciosem i wypędzimy najeźdźcę!

– Chcesz, aby jeden z nas poszedł tak po prostu do obozu wroga i zabił ich wodza? Wybacz książę, ale czy…

– Nie, Jaszo. – Rymist przerywa wojownikowi. – Chcę, aby jeden z nas podał się za sługę, za niewolnika jednego ze szlachetnych rodów Górciców. Saramakowie wyrzynają wszystkich wojowników, ale ich sługi biorą jako łup, a niektórych szkolą nawet do walki. Dlatego chcę, aby ktoś z nas podszył się pod sługę, klęknął przed Tukkoo i zdobył jego zaufanie. Zdobył je na tyle, aby wprowadzić go w naszą pułapkę. W tym widzę naszą szansę.

Ogień trzaska, sowy pohukiwują. Odzywa się milczący do tej pory Daszko:

– Książę, twa mądrość, mimo, iż w młodej jeszcze głowie tkwiąca, jest nam znana, ale nie zrozumiałem, w jaki sposób…

– Bo to jeszcze nie koniec, mój chorąży.

Rymist podnosi z ziemi gałąź i zaczyna grzebać nią w ognisku, patrząc w buchające płomienie. Jego pociągłą, młodą twarz bez żadnych skaz, oświetla czerwonawe światło.

– Kiedy Tukkoo zaufa jednemu z nas, ten przekona go, że ostatni żyjący książęta połączyli siły i ukryli się na północy, na Górze Wszystkich Bogów, w twierdzy kapłanów Słońca i Księżyca, z której nie ma ucieczki. I wiele nie skłamie. Owszem, udam się do księcia Wolicza, który stacjonuje na północy, i połączymy swe siły. Znajdziemy pozostałych żywych i chętnych do walki, a potem udamy się pod Górę Wszystkich Bogów i będziemy czekać na wodza Saramaków.

– Pewnikiem głupiec ze mnie, ale też czegoś nie rozumiem. Zamkniemy się w twierdzy, z której nie ma ucieczki? Saramakowie w końcu pokonają te kamienny mury albo zwyczajnie pomrzemy z głodu – odzywa się Werenyk.

– Nie, bracie. To my sprawimy, że owe kamienne mury będą ich grobowcem. Porozumiemy się z kapłanami, podstępem wpuścimy wroga przez bramę, a kiedy fala najeźdźców z Tukkoo na czele wpadnie do środka i zaleje ogromny dziedziniec, najdziemy ich od tyłu. Wytrzebimy w wąskiej bramie, gdzie nie mają z nami szans, a ich przeklęte łuki na niewiele się zdadzą. Rozstawimy pułapki, przygotujemy się odpowiednio. Taki jest plan.

Zapada cisza. Wszyscy milczą, a byłem pewien, że zaraz po słowach księcia rozpocznie się twarda dyskusja. Nagle wstaje Werenyk i mówi, bijąc się w pierś:

– Ja to zrobię.

Rymist patrzy na niego nie zmieniając wyrazu twarzy, jakby wiedział, że to się stanie.

– Nie. Jesteś potrzebny u mego boku. Nie poślę do wroga najlepszego wojownika – rzekł książę.

– A więc kogo poślesz? Nie ma wśród nas niewartościowych ludzi.

Lęko zrywa się z ławy, aż dwóch wojowników siedzących po jej drugiej stronie niemal gruchnęło na ziemię, i mówi donośnym, ochrypłym głosem:

– Ja pójdę. Przetrwam wszystkie upokorzenia, chłosty i zniewagi.

Rymist kręci przecząco głową.

– Nie, przyjacielu. Choć posturę masz olbrzymów z dalekich krain, to twarz i rysy szlachetnego Górcica. Poznają się na tobie.

Jakie są szanse, że ta szaleńcza misja się uda? Mam przecież kobietę, którą kocham nad życie. Ale co po naszej miłości, kiedy w końcu dopadną nas najeźdźcy? Nie możemy wiecznie uciekać, a honor nie pozwala opuścić ojczystej ziemi. Jeśli to jest jedyna szansa…

– Książę. Jestem tylko jednym z wielu wojowników, których masz pod sobą. Nie jestem ze szlachetnej krwi, za to jestem wiernym sługą Górcicy. Zrobię, co w mojej mocy, aby sprowadzić Saramaków do twierdzy.

Kończę przemowę, wszyscy na mnie patrzą. Jedni z podziwem, drudzy z zaskoczeniem, a co poniektórzy z podziękowaniem, że nie padnie na nich. Rymist wstaje, podchodzi do mnie i kładzie dłoń na ramieniu mówiąc:

– Drogi Milczo. Jesteś mądrym i dobrym wojownikiem. Nie wątpię, że sobie poradzisz. Czy taka jest twoja decyzja?

Chwila zawahania.

– Tak.

Rymist ściska mnie, całuje w policzek i mówi głośno:

– Niechaj tak się stanie! Niechaj bogowie dnia i nocy czuwają nad Milczo!

– Niechaj czuwają nad Milczo! – krzyczą pozostali.

Wilki znowu wyją, jakby Zwierzmił, bóg nocy i zwierząt, zapomniał je uspokoić. Nie dziwota. Jeśli bogowie ostatnimi czasy zapominają o nas, ludziach, to gdzieżby pamiętali o zwierzynie.

Niech to wszystko upiorny ogień pochłonie! Jak ja powiem o tym Tęcznie?

 

 

*

 

Uchylam płachtę namiotu, wchodzę do środka.

Tęczna leży, ukryta w plątaninie brunatnych i szarych futer. Długie, jasne włosy rozlewają się na wilczym łbie. Podchodzę bliżej, siadam i kładę dłoń na jej biodrze.

– Nie przychodzisz z dobrymi wieściami, prawda? – mówi ukochana, patrząc w moją posępną twarz.

– I tak, i nie – odpowiadam, jakby nie było, zgodnie z prawdą.

W końcu mógłbym się czuć wybrańcem, wyzwolicielem z okowów, tym, od którego wszystko zależy i tak dalej… Wolałbym jednak postawić chatę gdzieś w górach i spędzić tam resztę życia z Tęczną. Mam już dość krwi i zabijania. Przed najazdem Saramaków przetrwałem niejedną wojnę. Ale żebym mógł zapewnić nam przyszłość, muszę to uczynić…

– Jutro wszystko ci wyjaśnię. Dziś chcę spędzić z tobą wyjątkową, ostatnią noc przed moim wyjazdem.

Nie widzę ani łez, ani zmiany wyrazu twarzy. Tęczna jest silną kobietą. Jednak w jej jasnoniebieskich oczach dostrzegam strach. Strach przed rozstaniem. Czekanie w nieświadomości na bliską osobę, przez dłuższy czas, potrafi być jedną z najgorszych doczesnych kar.

– Niech tak będzie – mówi cicho ukochana.

Unosi do góry jedno z futer, wpuszczając mnie do środka ciepłego, nagrzanego legowiska. Nagie ciało Tęczny ciasno przylega do mojego, jeszcze ukrytego pod skórzaną tuniką. Zanim zaczniemy miłować się w pożegnalnym uniesieniu, muszę jeszcze…

– Muszę cię jeszcze o coś poprosić. Dzisiaj. Teraz.

– Hmm?

Gładzę jej blady policzek i całuję w czoło, po czym mówię:

– Nie pojedziesz z księciem i całą resztą na północ. Jutro porozmawiam z Jaszą. Zabierze cię na zachód. Ukryjesz się w jednej z osad położonych wysoko w górach. Najeźdźcy nie lubią się wspinać. Przeczekasz tam, a gdy wszystko pójdzie, z pomocą bogów, tak jak pójść powinno, spotkamy się w wyzwolonej Górcicy. Obiecaj mi. – Obejmuję jej głowę rozłożonymi dłońmi. – Obiecaj, że zrobisz tak, jak powiedziałem.

Tęczna długo patrzy na mnie w milczeniu, w końcu jednak mówi, choć niepewnie:

– Obiecuję.

Uwalniam się od ciężaru tuniki, nogawic i grubego pasa. Odrzucam oręż, sakwy, wszystko. Miłujemy się zaplątani w miękkie futra. Wokół nas…

Zapach potu naszych ciał i żelaza pobliskiego miecza i topora.

Wonnej maści, którą nasmarowana jest Tęczna, i ledwo zaschniętej krwi na ostrzach.

Odgłosy naszych miłosnych jęków, zbiorowych modłów do nocnych bogów, które odbywają się poza namiotem.

Krzyki rozkoszy i wycie wilków, dobiegające z mrocznego lasu.

Teraz nie liczy się nic. Tylko my i nasze splecione ciała.

 

 

*

 

– Nie ociągaj się, szczurze! Zaraz padniesz na kolana przed samym wielkim Tukkoo, i tylko od jego łaski zależeć będzie, czy pozwoli ci służyć swej boskiej osobie, czy też zetnie ci ten brudny, psi łeb!

Wloką mnie między rzędami setek białych, szpiczastych namiotów. Nazywają je jukkami. Żelazna obręcz dusi i boleśnie wbija się w szyję. Przymocowany do niej łańcuch co chwilę się napręża, pociągany przez przeklętego Saramaka. Raz po raz ląduję w błotnistej ziemi. Za mną idzie jeszcze dwóch najeźdźców, popędzających mnie kopnięciami i wyzwiskami.

Dałem się pojmać i jeszcze żyję. To dobry znak.

Obozowisko Saramaków jest ogromne. Większe od jakiegokolwiek grodu Górciców. Nie widać kresu, różnej wielkości, jukków. Wszędzie pałętają się wychudzone psy. Najeźdźcy są brudni, śmierdzący i nieokrzesani.

Jak dzikusy.

W końcu przybyli z suchych stepów, gdzie prowadzili koczowniczy tryb życia. Z innego świata. Wszyscy, zarówno mężczyźni jak i kobiety, ubrani są jednakowo. Noszą bufiaste, białe portki, długie, skórzane tuniki koloru piasku i pełno amuletów, pierścieni i innych ozdobników, w większości wykonanych ze zwierzęcych kości. Włosy czeszą w długie warkocze, a głowę mają często wygoloną na bokach. U pasów dyndają krótkie, zakrzywione miecze lub sztylety o kościanych rękojeściach. Mają też łuki. Ich główny oręż, którym uśmiercili tak wielu mych braci. I samego króla.

W parnym, letnim powietrzu unosi się zapach potu, psującego się mięsa, szczyn, żelaza i wszystkiego tego, co można poczuć w tak wielkim zbiorowisku ludzi. Padam na ziemię, pchnięty od tyłu przez jednego z poganiaczy. Unoszę głowę. Klęczę przed ogromnym namiotem. Nad wejściem widnieje czaszka jeleżowca. Wijące się niczym węże rogi sterczą groźnie w stronę nieba. Mija chwila, z jukki wychodzi czterech mężczyzn. Jeden z nich odznacza się od reszty. W jego długi, czarny warkocz wpleciono dziesiątki małych kości. Twarz ma pomarszczoną, naznaczoną bliznami. Futro jaskiniowego niedźwiedzia, które ma na sobie, skutecznie dodaje groźnego wyrazu. Staje parę kroków przede mną, mierzy wzrokiem i mówi, skrzeczącym i piskliwym, jak to Saramakowie, głosem:

– Makka mówi, żeś dobrowolnie oddał się w nasze ręce.

Makka to ten ciągnący za łańcuch. Pulchny, wąsaty koczownik, któremu nie brak siły.

– Prawda to, niewolniczy szczurze?

Pochylam się, dotykając czołem ubitej ziemi, i mówię pokornie, najlepiej jak potrafię:

– Prawda jedyna, o Wielki Wodzu. Panie Stepu, Wschodnich Rubieży, Siedmiu Rzek i całej Górcicy, od morza aż po góry. Tobie służyć przybyłem.

Tukkoo śmieje się głośno. Podchodzi bliżej.

– Myślisz, służalczy psie, że lepszy los czeka cię u mego boku, niż u Górcickiego pana?

Mam na sobie niewolniczą kamizelę i połatane, brudne portki. I staram się być wiarygodny. O, bogowie, wspomóżcie!

– Górciccy panowie są okrutni. Traktują swe sługi jak najgorsze robactwo. A ja słyszałem o twej hojności za oddanie, o wielki wodzu. Poza tym, jak się zdaje, Górcice to już prawie historia…

Ostatnie zdanie ledwo przechodzi mi przez usta.

– A jakże! A teraz, oddasz mi należyty hołd i przekonamy się, czyś gotów całować moje boskie stopy.

Tukkoo przykłada dłonie do ust i krzyczy, zagłuszając gwar panujący w obozie.

– Komuś chce się srać!?

Nie trzeba długo czekać na odpowiedź. Do wodza podchodzi gruby Saramak z uplecionymi z wąsa warkoczykami. Pan Stepu kiwa potwierdzająco głową, a ochotnik ściąga portki i wypróżnia się na wydeptaną trawę. Zaraz po tym Makka ciągnie za łańcuch, wlokąc mnie pod Saramakowe gówno. Tukkoo przemawia donośnie:

– Glizdo, gdyż tak od dziś będziesz się zwał, okaż swe oddanie mojej boskiej osobie. Co ja każę, należy to czynić. Wiesz, co teraz masz zrobić?

Wiem. Czy to najgorsze upokorzenie, jakie mnie spotka? Zapewne nie. Czy warto? To się okaże. Tymczasem przełamuję wszelki wstręt, biorę do rąk jeszcze ciepłe, rozpadające się między palcami odchody i wkładam do ust. Wszystko na raz.

Wymiotuję pod nogi wodza. Każe mi jeść własne rzygi. Robię to. Wymiotuję raz jeszcze. Znowu próbuję przełknąć to, co przed chwilą z siebie wyrzuciłem. Aż do skutku. Kiedy w końcu kończę, słyszę świst bata i czuję przeszywający ból na plecach. Jeszcze raz. I jeszcze. Padam na ziemię, jest mi okropnie niedobrze, ale nie mam już czym rzygać. Na skaleczone plecy padają jeszcze cztery uderzenia. Tukkoo przyciska but do mojej głowy i mówi:

– Pamiętaj, Glizdo, że moje rozkazy wykonuje się natychmiast. To, co zrobiłeś, to zniewaga. Gówno Saramaka ma być od dziś twoim najlepszym przysmakiem.

Z największą chęcią poderwałbym się, urwał mu jaja i kazał je zeżreć, jednak robię to, po co tutaj przyszedłem. Nie zawiodę Rymista, Tęczny i całej Górcicy. Nie zawiodę!

– Tak będzie, o Wielki Wodzu – mówię, bijąc czołem przed największym wrogiem.

 

 

*

 

Jukka Pana Stepu jest ogromna.

Co wieczór odbywają się tutaj narady na temat dalszych grabieżczych działań, a potem pijaństwo i orgie. Muszę słuchać i patrzeć na to wszystko, usługując przy tym ważniejszym Saramakom. Jestem na każde ich skinienie, w innym przypadku świszczy bat. Tego wieczora planują coś większego.

Na środku jukki pali się ognisko. Zawieszony nad nim wielki kawał mięsa pachnie zachęcająco, jednak mogę tylko o nim pomarzyć. Dym ulatnia się otworem w szpiczastym zakończeniu namiotu. Choć wnętrze tego przenośnego domu wodza Tukkoo jest większe od sali wojowników w Srebrnym Grocie, to brak tu jakichkolwiek ław, stołów, czy innych rzeczy ułatwiających biesiadowanie. Wszyscy siedzą na skórach lub kolorowych poduchach, a jedzą i piją jak dzikie zwierzęta.

Nagle dostaję kopniaka. To Makka daje mi znak, abym przyniósł mu dolewkę alli. Ten ich dziwny trunek śmierdzi jak szczyny. Przynoszę gliniany dzban, nalewam do kubka. Tukkoo siedzi na wykonanym ze zwierzęcych czaszek, kości i skór, tronie. Rogi jeleżowca sterczące z oparcia wydają się wyrastać z głowy Pana Stepu. Wstaje i zaczyna przemawiać:

– Jutro zwijamy nasz obóz i udajemy się do Białych Dolin! Zwiad doniósł dziś rano, że jest tam jeszcze jeden gród, który uchował się wśród leśnej gęstwiny. Rządzi tam niejaki Wąsomir. Jego czaszka dołączy do mojego tronu!

A jednak są tam też ludzkie czaszki…

Nastaje wrzawa i pełne dzikiego entuzjazmu krzyki. Tukkoo unosi ręce. Wszyscy milkną.

– Dziś bawcie się i pijcie. Mam dla was coś specjalnego na tę noc. – Zaklaskał nad głową. – Nowa porcja Górcickich suk, co to nie miały jeszcze okazji posmakować Saramakowego kutasa!

Płachta jukki rozchyla się gwałtownie, do środka wpada czterech uzbrojonych najeźdźców. Każdy prowadzi dwie kobiety. Wszystkie są bardzo młode. Znam te suknie… Choć podarte, zakrwawione, zabłocone, to dobrze wiem, skąd pochodzą.

Srebrny Grot.

Gdzieście się podziali, przeklęci bogowie!? Dlaczego nic nie czynicie!?

– Do roboty! – ryczy Tukkoo.

Pijani i nieokrzesani Saramakowie rzucają się na bezbronne dziewki jak dzikie, wygłodniałe wielkołaki na padlinę. Niektóre kobiety zaczynają niemiłosiernie krzyczeć, inne w milczeniu przyjmują to, co je spotkało. Najeźdźcy są brutalni. Kiedy tylko jakaś z ofiar się wyrywa, używają pięści. Jedna z dziewek o rudawych włosach mdleje.

– E, ty!

Obracam się. Okropnie pijany Makka wskazuje na mnie chwiejącym się palcem.

– Jednaaa jeestt jeeszczee wooolna. Ty ją weź, ja popaatrzę.

Nie próbuję protestować. Muszę robić co mi każą. Mimo wszystko. Idę w stronę szczupłej, młodej dziewki. Cała się trzęsie i płacze. Podchodzę, łapię ją za czarne włosy, obracam, i mówię szeptem:

– Zrobię to szybko i łagodnie. Przepraszam.

Spuszczam niewolnicze portki i wchodzę w nią powoli. Jęknęła. Wybacz mi, Tęczno, wybaczcie bogowie, wybacz honorze! Staram się nie patrzeć na to, co dzieję się wokół. Zamykam oczy, chcę jedynie, aby ta noc minęła jak najszybciej. Kończę. Podciągam portki i zostawiam rozdygotaną dziewczynę.

– Juuż? Tak szybko? Co z cieeebie za mężczyyzna, nędzny, Górciicki szczuuurze! Przyprowadź jąą do mnieee! – drze się Makka.

Posłusznie chwytam ją za ramię i prowadzę do pijanego Saramaka. Dziewka nie stawia oporu. Przestała nawet płakać, jakby była już obojętna na to wszystko. Makka wstaje chwiejnie, brutalnie chwyta ją za włosy i mierzy błędnym wzrokiem, po czym wyciąga zakrzywiony miecz i mówi:

– Z dalsza wyydawaałaś się ładniejsza. Nie jesteś w moim tyypie!

Świst ostrza. Z podciętej krtani tryska krew. Kobieta rozpaczliwie łapie się za gardło, pada na stos skór, charcząc, wydając ostatnie dźwięki życia. Makka obraca się w moim kierunku.

– Tyy! Nie jesteś praawdziwyym mężczyzną! Nie potrzeebujeesz więc teego małego robaaka, któreggo nosisz w spoodniach!

Makka idzie na mnie z uniesionym mieczem. Zatacza się, potyka o poduszki i skóry, ale nic nie wskazuje na to, że zaniecha pomysłu, który zrodził się w tej pijanej i dzikiej głowie. W końcu dociera do mnie na wyciągnięcie ostrza, unosi oręż i…

Działam instynktownie.

Sięgam po miecz, który wraz z bufiastymi portkami leży pod moimi nogami. Zapewne należy do nagiego, zarośniętego jak zwierz Saramaka, który tuż za mną gwałci jedną z biednych dziewek.

Blokuję powolne i koślawe cięcie, które Makka wymierzył w stronę moich bioder. Odbijam jego oręż, szybki doskok i już przytykam miecz do jego krtani. Chłód stali sprowadza go na ziemię, bo przestaje się nawet chwiać.

– Gliiizdo! Jak śmiesz!

– Na kolana, Górcicki szczurze!

W naszym kierunku zmierza Tukkoo. Reszta Saramaków, zajęta zbiorową orgią, nawet nie dostrzegła, że coś się wydarzyło.

– Na kolana, mówię!

Ostrożnie odchylam ostrze od gardła Makki, wypuszczam oręż z ręki, padam na kolana. Starałem się, Rymiście… Przepraszam, Tęczno… To koniec…

Makka bierze zamach i… Pan Stepu zdziela go otwartą, wielką dłonią w twarz, aż ten się przewraca.

– Dałeś się pokonać niewolnikowi! Czeka cię kara, mój drogi i nieoceniony wojowniku. A ty, Glizdo… – Chwyta mnie mocno za sięgające do ramion jasne włosy. – Gdzieś się władać mieczem nauczył, skoroś sługa i szczur od zawsze, hę? Makka jest tak pijany, że i zwykły chłop by go powalił, ale widziałem wprawę w twojej ręce.

Muszę ważyć słowa, na bogów…

– Byłem w niewolniczej, rezerwowej armii mego pana. Szkolił nas na dawną wojnę z Otanami. Walczyłem w paru bitwach. Teraz, o wielki Panie Stepu i całego świata, mogę walczyć dla ciebie. Powiedz tylko słowo, a zabiję każdego Górcickiego psa.

Wyraz twarzy Tukkoo jest zagadkowy. Wódz Saramaków rzadko zdradza jakieś inne emocje, niż gniew. Teraz gniewu nie dostrzegam. Czyżby złapał haczyk? Czyżby bogowie jednak nade mną czuwali?

– Niechaj tak będzie! – zagrzmiał nagle Pan Stepu. – Szkoda takiego szczura jak ty do sprzątania gówna. Będziesz miał okazję wykazać się na najbliższej wyprawie. A tymczasem, musisz zapamiętać, że nie wolno ci podnosić ręki na żadnego Saramaka. Żadnego!

Tukkoo kopnął leżącego i prawie śpiącego Makke.

– Wstawaj! Gliździe należy się kara za znieważenie twojej osoby. Dwadzieścia batów, już!

Pijany Saramak wstaje nagle, jakby magicznie otrzeźwiał po tych słowach. Okrąża mnie. Mocny cios w potylicę sprawia, że ląduję na stosie miękkich, kolorowych poduszek.

Świst bata.

Rozerwana cienka, niewolnicza koszula.

Wstęga krwi na plecach.

Piekący ból.

Świst bata.

Zwierzęce ryki zaspokajających swoje potrzeby najeźdzców.

Płacz i krzyki kobiet z mojego dawnego grodu.

Wycie wilków z pobliskiego lasu.

Świst bata…

 

 

*

 

Strzała przelatuje tuż obok mojej głowy i trafia prosto w krtań wojownika z białą wstęgą na piersi.

Saramakom jedno trzeba przyznać. Są najlepszymi łucznikami, jakich kiedykolwiek widziałem. Wojownicy Wąsomira z rodu Białej Rzeki padają jak rozdeptywane przez olbrzyma karaluchy. Najeźdźcy, a ja niestety wraz z nimi, wpadli do Białego Grodu o świcie. Licha palisada na niewiele się zdała. Ogniste, wybuchające strzały szybko sprawiły, że brama stanęła otworem.

Teraz odbywa się prawdziwa rzeź. Mieszkańcy Białego Grodu zwarli szyk na głównym placu, tuż obok spichlerza i zagrody, w której świnie kwiczą niemiłosiernie. Dzieci, kobiety, starcy i wojownicy. Saramakowie okrążają moich rodaków na niskich, krępych koniach i posyłają w bezradny tłum śmiercionośne strzały. Nagle z tłumu wyskakuje wielki, postawny mąż. Długi wąs, zaczesany do dołu, sięga mu niemal klatki piersiowej. Krzyczy do swoich:

– Walczyć i umierać w imię wszystkich bogów i całej Górcicy! Bij wroga!

Posłuchali. Każdy łapie za to, za co może, i rozpraszają się gnając we wszystkie strony. Większość zatrzymują strzały. Ale niektórym udaje się dobiec do najeźdźców. W tym dwójce dobrze zbudowanych wojowników, którzy zwalili z wierzchowca niskiego Saramaka, po czym rozpłatali czaszkę toporem.

Teraz idą na mnie.

Wojownicy z Białych Dolin. Honorowi Górcice. Może męże i ojcowie.

Moi bracia i rodacy.

Wyciągam z pochwy zakrzywiony miecz, który podarował mi Tukkoo. Nie jestem jedynym walczącym niewolnym. Wojska Pana Stepu znacząco się skurczyły przez ostatnie miesiące, więc wykorzystuje każdego sługę o lepszej posturze.

Rudy wojownik o długiej brodzie atakuje znad głowy. Blokuję opadający na mnie topór, kopniakiem w brzuch oddalam napastnika od siebie i szybko osłaniam się przed cięciem ze strony drugiego rodaka. Wykonuję markowany atak z boku. Zanim jednak zdążam wykorzystać dezorientację przeciwnika, drugi dołącza do walki. Nacierają z krzykiem w jednym czasie i…

Padam niespodziewanie na ziemię, tnę po kostkach. Stara jak świat sztuczka, której nauczyłem się lata temu. Zakrzywione, Saramakowe ostrze dobrze się spisało. Obaj zwalają się na kolana, a ja stoję już na równych nogach. Nie czekam na ich reakcję. Choć czynię to z bólem Górcickiego serca, wiem, że muszę to zrobić. Czuję na sobie wzrok Pana Stepu. Pierwszego wojownika uśmiercam szybko, pewnie podcinając gardło, drugiemu zaś wbijam ostrze prosto w klatkę piersiową, głęboko i celnie. Wyciągam broń, czerwoną od krwi, i rozglądam się wokół. Walka ustała.

Bo i nie ma już z kim walczyć.

Trupy, w większości mieszkańców Białego Grodu, gęsto ścielą błotnistą ziemię. Jeden z tutejszych jeszcze żyje. Wąsomir, książę z Białych Dolin. Leży u stóp Tukkoo, plując krwią i próbując wycharczeć jakieś przekleństwa. Pan Stepu przygniata go do ziemi skórzanymi buciorami, bierze do ręki Górcicki topór o półksiężycowym ostrzu i… jednym rąbnięciem oddziela głowę Wąsomira od reszty ciała.

Saramakowie ryczą z radości, podrzucając łuki i odcięte głowy.

Przeraźliwe wycie wilków ucisza zwycięzców. Wszyscy patrzą w stronę lasu. Przy linii drzew stoi cała wataha szarych drapieżników. Czekają. Chwilę później już wiadomo, na co.

Z gęstwiny wyłania się Wielkołak. Pan wilków i lasu, większy od swych szarych braci parokrotnie. Szczerzy kły o długości Saramakowych mieczy, mierzy czerwonymi ślepiami najeźdźców i trupy pod ich nogami.

Sprowadził go zapach krwi.

Wyje przeraźliwie, unosząc łeb w stronę zachmurzonego nieba. Rusza w naszą stronę, a za nim podąża cała wilcza armia.

– Łapać za łuki! Strzelać! – wyje Tukkoo.

Strzały, jedna za drugą, lecą w stronę nadciągającej watahy. Wilki padają, skomląc i wyjąc, jednak Wielkołak, jakimś cudem, unika pocisków. Jest tak szybki, że zanim Saramakowie zdążają zmienić łuki na miecze, zwierz już rozpłatał łapą o ostrych pazurach pierwszych najeźdźców. Wyraźnie leci w stronę Pana Stepu, tratując i odtrącając wszystkich, którzy stają mu na drodze.

Gdy nic nie uczynię, być może Tukkoo zginie. Ale zwierz nie zabije wszystkich Saramaków. Nawet, jeśli ich bóstwo polegnie, nie poddadzą się całkiem. Lepiej, żeby zginął wraz ze swoją armią i najbliższymi ludźmi.

Muszę trzymać się planu.

Biegnę.

Jestem już blisko i widzę, jak Pan Stepu tnie toporem po łapach zwierza. Ten odskakuje, wyje i ponownie rzuca się do ataku. Tym razem Tukkoo nie zdąża wyprowadzić ciosu. Pazury masakrują mu twarz, pada na ziemię. Wszyscy Saramakowie rzucają się w stronę pana lasu, część strzela z łuku, a strzały wbijają się w cielsko Wielkołaka. Ten jednak zdaje się być niewzruszony. Otwiera wielką paszczę, nachyla nad wodzem Saramaków i…

Docieram do nich pierwszy.

Wskakuję między leżącego a bestię, wbijam miecz prosto w otwartą gębę zwierza. Ostrze zatapia się do samej rękojeści. Wielkołak odtrąca mnie łapą. Uderzam z impetem o ścianę spichlerza, prawie tracąc przytomność. Przez zamglone oczy widzę, jak Tukkoo wykorzystuje to, że zwierz wije się i próbuje wyciągnąć tkwiący w paszczy miecz. Pan Stepu bierze potężny zamach i wbija ostrze topora prosto w czaszkę leśnej bestii. Zagruchotały kości. Wielkołak wydaje ostatni, stłumiony pisk, i pada. Tukkoo paroma uderzeniami odrąbuje głowę bestii. Odrzuca topór, obiema rękami unosi nad głowę ciężki łeb.

– Nawet dzika bestia i postrach lasu nie jest wstanie zabić wielkiego Pana Stepu, Wschodnich Rubieży, Siedmiu Rzek i całej Górcicy! Jestem niezwyciężony!

Saramakowie ryczą dziko, oblegając z radości swojego wodza i boga zarazem. A ja, Milczo ze Srebrnego Grotu, a może już bardziej Glizda, opieram się obolały o ścianę i zastanawiam się, czy dobrze uczyniłem. Czy wszystko co robię, ma sens.

I czy cel uświęca środki?

 

 

*

 

– Więc mówisz, że dwóch najpotężniejszych Górciców, którzy zostali jeszcze przy życiu, skryło się wraz z resztą swoich wojsk na północy? Na górze, jak ją zwą, Wszystkich Bogów? W twierdzy zamieszkałej przez kapłanów? Dobrze rozumiem, Glizdo?

Tukkoo patrzy na mnie podejrzliwie. Po niedawnych wydarzeniach w Białych Dolinach jego twarz stała się jeszcze bardziej surowa i okropna. Blizny po pazurach Wielkołaka zaczynają się na czole, przechodzą przez nos i usta, a kończą na szyi.

– Tak, Wielki Wodzu. Książęta zwą się Rytmir i Wolicz. Słyszałem o ich planie niedługo przed tym, nim uciekłem od swego pana. Mówił o tym głośno, gdyż chciał wybrać się z nimi. Na szczęście, jak mi wiadomo, zdążyliście skrócić go o głowę.

– Wiesz coś więcej o tej całej twierdzy? Jeśli jest na szczycie góry, a jej mury z kamienia, może nie być łatwo.

Tukkoo dolewa mi wstrętnego alli. Piję z grzeczności.

Piję sam na sam z Panem Stepu!

Choć nigdy nie podziękował wprost, to odkąd uratowałem mu ten stepowy tyłek, zaczął lepiej mnie traktować. Nie pozwalał mną poniewierać, czego Makka nie mógł zaakceptować, ani też nie poniżał (aż tak często).

– Chyba wiem, jak można się tam dostać podstępem.

– Mówże! Mówże!

– Podsłuchałem również, że do twierdzy mogą się dostać tylko wybrani. Trzeba znać hasło, które wędrowni kapłani przekazują wybranym ludziom. I, co najlepsze, Wielki Wodzu, mojego pana odwiedził takowy kapłan.

Tukkoo pociera dłonie, cały poczerwieniał od napitku i przejęcia.

– Nie powiesz mi jeszcze, Glizdo, żeś i owo hasło usłyszał?

Biorę łyk cierpkiego, wstrętnego alli i mówię pewnym głosem:

– Właśnie tak. Zawsze byłem blisko mego dawnego pana.

– No to mówże! Jak brzmi to hasło!?

– Niechaj Słońce i Księżyc się zjednoczą. – recytuję uzgodnioną z Rymistem formułkę.

– Dobry z ciebie szczur, Glizdo. Przemyślę to, coś mi dziś rzekł. A teraz idź ostrzyć mie…

– Wielki Wodzu, wybacz, ale mamy dla ciebie prezent! – mówi przejęty Saramak, który wpadł niespodziewanie do jukki Tukkoo.

Pan Stepu wstaje nieśpiesznie, w milczeniu narzuca na plecy futro czarnego niedźwiedzia i rusza do wyjścia z namiotu. Podążam za nim. Zobaczę, czym tym razem go obdarują, i pójdę ostrzyć przeklęte miecze.

Już niedługo. Myślę, że łyknął przynętę. Już niedługo…

Wnętrze jukki oświetlały wyłącznie małe świece, toteż kiedy przechodzę przez płachtę namiotu, słońce mocno mnie oślepia. Widzę wielu Saramaków stojących przy… jakiejś kobiecie. Kolejna? Myślałem, że tym razem jakoś mnie zaskoczą. No i Tukkoo, który też wydaje się być już znudzony ciągle to nowymi dziewkami, które Saramakowie składają mu jako dary, tak jak Górcice składają pożywienie i kosztowności przy posągach bogów.

– Kolejna Górcicka suka? I na dodatek tylko jedna? – pyta Wielki Wódz.

Makka wychodzi z szeregu.

– Ale nie byle jaka, Panie Stepu i Całego Świata. Pochwyciliśmy ją w lesie, kiedy byliśmy na zwiadach przed Zachodnimi Rubieżami. Była z dobrze opancerzonym wojownikiem, który bronił jej zaciekle, zabijając trzech naszych. Sama ma na sobie dobrej jakości ubrania, więc pewnikiem należała do jakiegoś księcia. Może tego, cośmy go ubili, kto tam wie.

Przecieram oczy, wzrok wraca…

Tęczna!

Też mnie zauważa. Chcę biec, rozszarpać wszystkich wokół, zrobić coś… ale, na bogów, co!? Stoję bezradnie i cały drżę na myśl, co zaraz może się wydarzyć.

– Znasz ją?

Chwilę zajmuje mi, zanim orientuję się, że to pytanie Tukkoo zadał mnie. Próbuję się opanować, mówić naturalnie…

– Nie, Wielki Wodzu. Ale z pewnością należała do jakiegoś księcia albo chociaż wysoko postawionego wojownika.

Co czynić, co czynić!?

– Znakomicie. Nie mam dziś ochoty na Górcicką sukę, więc zostawię ją tobie. Jako prezent.

Serce mi rośnie! Zaraz wyjdzie z piersi! Saramakowie przeklinają z oburzenia, a ja dziękuję wszystkim bogom w myślach. Teraz wiem, że jednak nad nami czuwają.

– Zabij ją, teraz. Nienawidzisz Górcickich panów, więc ich panien również, prawda? I tym razem masz okazję zemścić się za dawne czasy. Za to, jak cię traktowali.

Nadzieja, która w jednej chwili urosła do ogromnych rozmiarów, pęka nagle, krwawiąc moje serce. To nie dzieję się naprawdę! Nie może!

– No dalej, Glizdo! Pragnę zobaczyć, jak ta Górcicka dama dławi się swoją krwią! Skoro była ważna, chcę jej czaszkę do mojego tronu!

Tukkoo podaje mi swój zakrzywiony sztylet. Biorę broń mając nadzieję, że nie dostrzegł drżącej dłoni. A co by to zmieniło? I tak jest już po wszystkim…

Podchodzę wolnym krokiem do Tęczny. Mówię cicho w starogórcickim, którego Saramakowie z pewnością nie zrozumieją.

– Dlaczego mnie nie posłuchałaś, najdroższa? Dlaczegoś tak uczyniła…

Idę zabić kobietę, dla której robiłem te wszystkie okropne rzeczy. Zabijałem i gwałciłem rodaków, dałem się poniżać do wszelkich granic. Wszystko po to, aby wyzwolić ojczyznę i resztę życia spędzić z ukochaną kobietą. Pieprzyć was, bogowie!

– Przepraszam… Nie obwiniaj spoczywającego już u bogów Jaszo, nie dałam mu wyboru. Nie byłam wstanie czekać tak daleko i tak długo bez wieści. Chciałam, żeby zabrał mnie na północ. Abym mogła cię zobaczyć, zaraz po wszystkim. Ledwo zjechaliśmy z gór…

Staję tuż przy Tęcznie. Mimo ponaglających mnie krzyków Saramaków, słyszę jej bijące serce. Patrzę na piękną twarz. Chłonę ostatnie chwile. Nie ma innego wyjścia.

Nie ma.

– Posłuchaj, bo zaraz zaczną coś podejrzewać…

– To ty mnie posłuchaj! Zabij mnie i uratuj Górcicę! Zrób to szybko!

– Nie mógłbym dalej żyć. Czy masz przy sobie sztylet, który zawsze nosisz w ukrytej pochwie?

– Mam… Musisz wiedzieć jeszcze jedno. W górskiej wiosce… urodziłam nasze dziecko. Chłopca.

– Jak się zwie?

– Lubo, tak jak zawsze chciałeś. Po twoim dziadku.

– Lubo… Kiedy przyłożę ostrze do twojej krtani, aby cię… – Nie może przejść mi to przez usta. – Wyciągnij swoje i podetnij mi gardło. Zrobimy to w tym samym czasie.

– Zdążyłeś wykonać powierzone ci zadanie?

– Zdążyłem, ukochana. Zdążyłem.

A przynajmniej mam taką nadzieję.

Przykładam zakrzywiony sztylet do szyi Tęczny. Mojej najdroższej Tęczny. Nie dochodzą do mnie żadne dźwięki, wszystkie myśli wyparowały z głowy. Ukochana sięga po broń ukrytą pod ozdobną tuniką. Robi to szybko i pewnie, jakbym był prawdziwym napastnikiem. Przez mgnienie oka zatrzymuje ostrze w miejscu…

Ostatni raz patrzymy na siebie w tym świecie…

Krztusimy się krwią, mimowolnie łapiąc się za przecięte krtanie. Padamy na ziemię.

Nie czuję nawet bólu.

Ani strachu.

Wszystko tłumi rozżalone serce, które do ostatnich uderzeń nie może pogodzić się z tym, co się dzieję.

Nasza krew miesza się w jedną, dużą kałużę.

Powieki opadają.

 

 

*

 

 

– I co było potem, wuju Lęko?

Chłopiec leży przy ognisku. Wpatrzony w gwiazdy, słucha opowieści siwego, wielkiego niczym olbrzym, Górcica.

– Potem było już tylko lepiej, drogi Lubo. Źli najeźdźcy posłuchali rad twego ojca i dali zamknąć się w pułapce. Kiedy zostali wybici wraz z Wielkim Wodzem, Tukkoo, Górcica zaczęła odżywać. Książęta połączyli swe wojska i z czasem wypędzili rozproszonych i podzielonych między sobą Saramaków.

– Chciałbym kiedyś zobaczyć ojca i matkę…

Sowy huczą w oddali, dając wieści od bogów nocy, że ta będzie spokojna.

– Kiedyś zobaczysz, chłopcze. Jako wyzwoliciele Górcicy z pewnością zasiadają u boku najwyższych bogów, rezerwując tam siedzisko dla ciebie.

Lubo uśmiecha się i zadaje jeszcze jedno pytanie:

– A jak mnie znalazłeś? Nigdy nie mówiłeś.

– Nigdy nie pytałeś. Ale to już całkiem inna historia.

– Opowiedz, proszę!

Lęko przykrywa chłopca skórą, gdyż noc robi się chłodna. Wpatrując się, tak jak Lubo, w gwiazdy, zaczyna kolejną opowieść:

– Książę Rymist wysłał mnie na zachód, abym zwerbował wojowników ukrywających się w górskich osadach…

 

Koniec

Komentarze

“stawiając opór najeźdźcą” → najeźdźcom 

“Tęczna leży, ukryta w plataninie brunatnych i szarych futer” → literówka

“inne w milczeniu przyjmują to, co ich spotkało” → zdanie dotyczy kobiet, zatem “to, co je spotkało”

“Mocny cios w potylice sprawia” → literówka

“Stara jak świat sztuczka, którą nauczyłem się lata temu” → której

“Chwilę zajmuję mi” → literówka

Ogólnie całkiem spoko. Jedyne, co mi nie pasuje to narracja pierwszoosobowa. W ogóle za nią nie przepadam, ale tutaj też gryzie się z zakończeniem. Skoro opowiadający nie był ostatecznie bohaterem swojej opowieści, to dlaczego snuł ją właśnie w taki sposób? Poza tym trochę zbyt brutalne i wulgarne momentami, jak na moje gusta, aczkolwiek to już wyłącznie kwestia preferencji. 

rosebelle, dzięki za łapankę, poprawiłem wypatrzone przez Ciebie błędy ;)

 

Skoro opowiadający nie był ostatecznie bohaterem swojej opowieści, to dlaczego snuł ją właśnie w taki sposób?

Ja tam akurat jestem zwolennikiem narracji pierwszoosobowej. Opowiadający był bohaterem swojej opowieści, która, dla niego, zakończyła się tak a nie inaczej, niespodziewanie. A sam koniec jest jedynie krótkim epilogiem, aby nie zostawiać historii zbyt otwartej, niedopowiedzianej.

 

Poza tym trochę zbyt brutalne i wulgarne momentami, jak na moje gusta, aczkolwiek to już wyłącznie kwestia preferencji. 

Też nie lubię przesadzonych wulgaryzmów i brutalności, ale akurat w tym konkretnym opowiadaniu wydają mi się one w pełni zasadne. Poza tym jak wspomniałem w przedmowie, musiałem odreagować w jakiś sposób po baśni, w której tych elementów nie było w ogóle :D

Dzięki za komentarz, pozdrawiam ;)

 

 

Hm, w tej chwili wygląda to tak, jakby Lęko opowiadał tę historię, dlatego miałam wrażenie, że to się gryzło. Nie wiem jednak, jak inaczej to rozwiązać. Co do przemocy i wulgaryzmów, masz rację, że tu pasują.

Ja też nie jestem fanem narracji pierwszoosobowej, a już połączenie narracji pierwszoosobowej z czasem teraźniejszym to dla mnie katorga. Z tego powodu czytało mi się znacznie ciężej niż powinno, bo tekst nie jest wcale napisany tragicznie. Zgodzę się też, że epilog nijak nie pasuje, właśnie przez narrację. Jeśli całość ma być opowieścią, a opowiadający nie jest bohaterem, to nie może być narracji pierwszoosobowej. To razi i niszczy spójność opowiadania. Jeśli już wybrałeś już taką narrację i chcesz mieć opowieść, to nie wiem, niech ojciec opowiada to synowi gdy spotkają się w twojej wersji Walhalli. Mimo wszystko jednak opowiadanie samo w sobie nie do końca brzmi jak tego typu opowiadanie. Nie wiem też czemu tak boisz się otwartego zakończenia.

Na wielki plus na pewno zasługują nazwy własne, brzmiące jednocześnie swojsko i klimatycznie, w większości unikając popadania w kicz czy śmieszność (najbliżej tego jest chyba Bóg zwierząt Zwierzomił, to nie brzmi dobrze ani poważnie).

Sama fabuła jest ok, ale mocno przewidywalna, opowiadanie w żadnym momencie niczym nie zaskakuje. Mimo to czytało się nie najgorzej. Cała ta brutalność i wulgarność spełnia konkretną rolę w opowiadaniu, mimo wszystko jednak zniesmaczają. Wiem, że taki był cel, ale i tak nie mogę tego potraktować jako plusa. Jedzenie kału, wymiotowanie nim i kilkukrotne powtórzenie całości to nie jest coś o czym mam ochotę czytać.

Przydałoby się trochę mocniej nakreślić bohaterów. Poza narratorem reszta jest mocno płaska. Nad samym językiem trzeba jeszcze popracować. Kilka zdań i zwrotów mocno mi zgrzytało i nie grało, ale teraz nie podam przykładów, bo pisze na telefonie z pociągu. Zbierając wszystko do kupy, całość nie prezentuje się źle. Gdyby nie taki wybór narracji to uznał bym tekst za naprawdę solidny, ale niestety prywatne upodobania mi to uniemożliwiają.

Arnubisie, bardzo Ci dziękuję za tak obszerny komentarz :)

Odniosę się do najważniejszej chyba sprawy, czyli narracji.

 

Jeśli całość ma być opowieścią, a opowiadający nie jest bohaterem, to nie może być narracji pierwszoosobowej.

Nie. Całość nie ma być opowieścią, opowiadający jest bohaterem i wszystko dzieję się w czasie rzeczywistym. Końcówka, przynajmniej taki był zamysł, miała być oderwana od całości. Krótkim podsumowaniem tego, co wydarzyło się potem. 

Nie unikam otwartych zakończeń, wręcz jestem ich zwolennikiem, co można sprawdzić w innych moich tekstach. Jednak tutaj uznałem, że gdybym skończył bez ostatniego fragmentu, mogłoby być tym razem zbyt otwarcie…

Jeszcze raz dzięki za wszystkie uwagi ;)

Hmmm, nie urzekło. To bardzo męski tekst – mnóstwo walki, trochę gwałtów. A mnie te rzeczy ani odrobinę nie kręcą.

Fantastyka wydaje się odgrywać niewielką rolę – OK, jest Wielkołak (fajna nazwa), ale do tego celu równie dobrze nadałby się każdy inny wróg. A skoro “dobrzy” mieli takiego sprzymierzeńca, to po co im taki plan? Przekombinowali, IMO.

Jaszo, z którym ramię w ramię walczyłem podczas nie jednej bitwy.

Niejednej.

Czasu było tyle, co jeden dzień drogi na wierzchowcu.

Nie kumam. Czy dzień na własnych nogach albo hulajnodze to jakaś inna jednostka czasu niż dzień na koniu?

Babska logika rządzi!

Też mam problem z narracją. Praesens historicum trawię tylko w krótkich formach, najlepiej takich, które określam sobie jako “hieratyczne”. Czyli zaprzeczeniu tego tekstu ;) W dłuższych, także i tu, taka narracja mnie męczy i zgadzam się z Arnubisem, że w połączeniu z pierwszą osobą daje to mieszankę piorunującą…

Zmianę perspektywy bym zaakceptowała, ale tu mi zgrzyta przez zakończenie głównej części.

 

No i niestety ta narracja powoduje takie niezręczności jak w tym oto zdaniu:

 

“Wszystko przytłumia rozżalone serce, które do ostatnich uderzeń nie może pogodzić się z tym, co się wydarza.” – przytłumia niedobre, wydarza jeszcze gorsze. Nie wiem, czy “tłumi” by Ci spasowało; na pewno dałabym natomiast “się dzieje”.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Finklo i drakaino, dziękuję za odwiedziny, błędy poprawiłem a teraz się odniosę do…

 

Hmmm, nie urzekło. To bardzo męski tekst – mnóstwo walki, trochę gwałtów. A mnie te rzeczy ani odrobinę nie kręcą.

Miał być taki, jak piszesz. Nie każdemu to pasuje, jasna sprawa. Swoją drogą ciekawi mnie, Finklo, co Cię kręci i co urzeka, bo jeszcze nie udało mi się Cię rozgryźć :P Jak zbyt kolorowo, moralizatorsko i dla młodocianej publiczności, nie twoja bajka. Jak w drugą stronę, to też. Czy należy celować gdzieś pośrodku ;) ?

A co do wielkołaka. Choć związany w jakiś sposób z ich bóstwami i wierzeniami, to nie ma pewności czy jest to ich sprzymierzeniec. Przecież nie panowali nad tymi stworzeniami, planując, skąd mogli wiedzieć, że taka sytuacja będzie mieć miejsce? W tekście nie ma żadnej wyraźnej ingerencji bogów czy jakiejś siły wyższej. To, że bestia atakowała akurat na Wielkiego Wodza, MOŻE oznaczać, ale nie musi, że była ich sprzymierzeńcem. Poza tym bohater tłumaczy, że to by nie wystarczyło.

 

Nie kumam. Czy dzień na własnych nogach albo hulajnodze to jakaś inna jednostka czasu niż dzień na koniu?

No wydaję mi się, że inną odległość pokonamy idąc jeden dzień na nogach a jadąc na koniu ;)

 

W każdym tekście próbuję czegoś innego, tak samo staram używać się różnych narracji. Widzę, że dla wielu osób to połączenie nie jest najlepsze, więc będę o tym pamiętał na przyszłość :)

Finklo, Drakaino, pozdrawiam :)

Swoją drogą ciekawi mnie, Finklo, co Cię kręci i co urzeka, bo jeszcze nie udało mi się Cię rozgryźć :P

Chyba najłatwiej dowiedzieć się, czytając moje teksty – (jak pewnie każdy) staram się pisać tak, jak lubię czytać. Z humorem, inteligentnymi bohaterami, którzy wygrywają sprytem, wiedzą z różnych dziedzin. Albo możesz zajrzeć do opowiadań, które nominowałam do piórka. To też będzie jakiś wyznacznik.

No wydaję mi się, że inną odległość pokonamy idąc jeden dzień na nogach a jadąc na koniu ;)

To oczywiste, ale w tekście mowa o czasie, a nie o odległości.

 

Za to narracja mi nie przeszkadza. Chociaż zabijanie pierwszoosobowego narratora zawsze jest ryzykowne.

Babska logika rządzi!

Ja­kieś pięć­set zbroj­nych i może dwie setki, które sta­no­wi służ­ba i chłop­stwo. Może: dwie setki służby i chłopstwa

Rozumiem, że bohater – wypowiadając się i myśląc w pierwszej osobie może używać słownictwa i konstrukcji zdań jak tylko chce. Jednak na dłuższą metę IMO jest to męczące, chropowate

 

Tylko dla­cze­go, na wszyst­kie biesy, zmo­rzy­ska, le­śno­wi­ły i du­sza­ki, nie chcą nam pomóc!? Bardzo fajne nazwy i imiona w całym opowiadaniu.

 

Czasu było tyle, co jeden dzień drogi na wierz­chow­cu.

Też mi nie do końca pasuje. Niby wiem o co chodzi ale…

 

 Ale Ry­mist nie chce umie­rać pa­da­jąc w boju za oj­czy­znę.

Wyciąłbym ‘’padając’’

 

Dla­te­go opu­ści­li­śmy nasze domy i pola, gdzie mimo wy­so­kiej pa­li­sa­dy nie mie­li­śmy szans…

Pola były otoczone palisadą? Niespecjalnie to nadaje się do obrony. Wydaje mi się, że na terenie osady być jakiś umocniony gród który broniono. Nie pól.

 

Przy pasie dynda topór z krót­kim sty­li­skiem i nóż ze zdob­ną, srebr­ną rę­ko­je­ścią.

Fajne opisy broni i walk.

 

Roz­prze­strze­ni­li się na na­szej ziemi ni­czym śli­ma­ki po dniach peł­nych desz­czu…

Może: rozplenili

 

, wiel­ki z niego chłop, to też nie trwa długo nim ogień bucha po­now­nie i oświe­tla nasze zmę­czo­ne, pełne wąt­pli­wo­ści, ale też na­dziei, twa­rze.

Mam problem z tymi twarzami, może najpierw były pełne wątpliwości a potem pełne nadziei?

 

Nie są ho­no­ro­wi, gwał­cąc nasze dziew­ki, paląc domy, pod­rzy­na­jąc gar­dła w ło­żach.

Łoża nie posiadają gardeł.

 

Zdo­był je na tyle (zaufanie wodza wrogiej armii), aby wpro­wa­dzić go w naszą pu­łap­kę. W tym widzę naszą szan­sę.

Słaby plan. Jeśli już, to dać się złapać i w czasie torturowania wyznać plany Górciców, albo listem… Ufać, że niewolnik może w krótkim czasie stać się zaufanym Tukkoo – zbyt fantastyczne jak dla mnie.

 

Jego po­cią­głą, młodą twarz bez żad­nych skaz, oświe­tla czer­wo­na­we świa­tło.

Użyłbym: gładką

 

Kiedy Tuk­koo zaufa jed­ne­mu z nas, ten prze­ko­na go, że ostat­ni z ży­wych ksią­żąt po­łą­czy­li siły i ukry­li się na pół­no­cy,

Ostatni żyjący książęta

 

z Tuk­koo na czele wpad­ną do środ­ka i za­le­ją ogrom­ny dzie­dzi­niec, po­szu­ku­jąc ży­we­go ducha, naj­dzie­my ich od tyłu.

Po co im żywy duch?

 

Tak brzmi plan

Brzmi?

 

Ry­mist pa­trzy na niego nie zmie­nia­jąc wy­ra­zu twa­rzy, jakby wie­dział, że to się sta­nie.

Oczekiwał?

 

Koń­czę prze­mo­wę i widzę, jak wszy­scy na mnie pa­trzą.

Wyrzuciłbym ‘’widzę’’

 

Jedni z po­dzi­wem, dru­dzy z za­sko­cze­niem, a co po­nie­któ­rzy z po­dzię­ko­wa­niem, że nie pad­nie na nich.

Z ulgą?

.

Wilki znowu wyją, jakby Zwierz­mił, – fajne nazwy

 

ostat­ni czasy za­po­mi­na­ją o nas, lu­dziach, to gdzież by pa­mię­ta­li o zwie­rzy­nie.

Ostatnimi?

 

– Obie­cu­ję.

Uwal­niam się od cię­ża­ru tu­ni­ki, no­ga­wic i gru­be­go pasa. Od­rzu­cam oręż, sakwy, wszyst­ko. Mi­łu­je­my się za­plą­ta­ni w mięk­kie futra. Wokół nas…

Urwane, niedokończone zdanie.

 

Za­pach potu na­szych ciał i że­la­za po­bli­skie­go mie­cza i to­po­ra.

Won­nej maści, którą na­sma­ro­wa­na jest Tęcz­na, i ledwo za­schnię­tej krwi na ostrzach.

To żelazo pachnie bardzo często. Jako wojownik powinien oczyścić broń po bitwie.

 

Od­gło­sy na­szych mi­ło­snych jęków i zbio­ro­wych mo­dłów do noc­nych bogów, które od­by­wa­ją się poza na­mio­tem.

Niejasne: jęczą i zbiorowo się modlą, a do tego robią to poza namiotem:)

 

unosi się za­pach potu, psu­ją­ce­go się mięsa, szczyn, że­la­za i wszyst­kie­go

. Tym­cza­sem prze­ła­mu­ję wszel­ki wstręt, biorę do rąk jesz­cze cie­płe, roz­pa­da­ją­ce się mię­dzy pal­ca­mi od­cho­dy

Hmm… potrafisz zaskoczyć. Ciekawe.

 

Za­wie­szo­na nad nim zwie­rzy­na pach­nie za­chę­ca­ją­co,

Mięso pachnie zachęcająco, nie zwierzyna.

 

. Czasz­ka jego głowy do­łą­czy do mo­je­go tronu!

Czaszka, to raczej na pewno głowy.

 

Makka jest tak pi­ja­ny, że i zwy­kły chłop by go po­ko­pał,

Pokonał?

 

Tuk­koo kop­nął le­żą­ce­go i pra­wie śpią­ce­go Makke.

– Wsta­waj! Gliź­dzie na­le­ży się kara za znie­wa­że­nie two­jej osoby. Dwa­dzie­ścia batów, już!

Pi­ja­ny Sa­ra­mak wsta­je nagle, jakby ma­gicz­nie otrzeź­wiał

Dopiero co, wódz strzelił go w twarz a ten znów zasypia? Potem jedno kopnięcie i znów otrzeźwial?

 

Prze­raź­li­we wycie wil­ków spro­wa­dza ciszę.

Wycie nie jest ciszą.

 

Pan wil­ków i lasu, więk­szy od swych mniej­szych braci pa­ro­krot­nie.

 

a strza­ły wbi­ja­ją się w ciel­sko Wiel­ko­ła­ka. Ten jed­nak zdaje się być nie wzru­szo­ny.

Niewzruszony.

 

Nie po­wiesz mi jesz­cze, Gliz­do, żeś i owe hasło usły­szał?

Coraz bardziej nieprawdopodobne.

 

Zna­ko­mi­cie. Nie mam dziś ocho­ty na Gór­cic­ką sukę, więc zo­sta­wię ją tobie. Jako pre­zent.

I splot niesamowitych zbiegów okoliczności narasta.

 

Mimo po­na­gla­ją­cych mnie krzy­ków Sa­ra­ma­ków, sły­szę jej bi­ją­ce serce.

Nie sądzę. Mogę je czuć.

 

– Nie może przejść mi to przez usta. – Wy­cią­gnij swoje i po­de­tnij mi gar­dło. Ja zro­bię to samo.

Podwójne podrzynanie własnego gardła?

 

. Uko­cha­na sięga po broń ukry­tą pod ozdob­ną tu­ni­ką.

Powinna być obszukana. Mogła użyć sztyletu Milczo.

 

I co było potem, wuju Lęko?

Chło­piec leży przy ogni­sku. Wpa­trzo­ny w gwiaz­dy, słu­cha opo­wie­ści si­we­go, wiel­kie­go ni­czym ol­brzym, Gór­ci­ca.

Fajne zakończenie. W pierwszej części nie przeszkadzała mi narracja pierwszoosobowa. Teraz zgrzyt, bo okazuje się, że Lęko opowiada tę historię i powinien to robić w trzeciej osobie, nie pierwszej.

 

Ogólnie, ciekawa lektura, chociaż sposób wysławiania się bohatera męczył mnie trochę. Fabuła troszkę zbyt… nieprawdopodobna, jak dla mnie, ale fajnie się czytało.

Patetronusie, dzięki za poświęcony czas, wyłapanie błędów i własne zdanie ;) Do większości uwag się zastosowałem i poprawiłem.

 

Teraz zgrzyt, bo okazuje się, że Lęko opowiada tę historię i powinien to robić w trzeciej osobie, nie pierwszej.

Już pisałem, że wcale nie miało tak być :( Lęko nie opowiadał tej historii przez całe opowiadanie, to jest tylko epilog oddzielony od całości. Tak przynajmniej chciałem, aby było…

Od chwili gdy książę wyjawił pomysł, można się było spodziewać, że jego plan powiedzie się. Można też było przewidzieć, że bohater-ochotnik dozna licznych upokorzeń, ale pewnie wytrwa i nie zawiedzie. A choć do opowieści wpleciono walkę z wrogami, w tym z wilkami, a także opisy scen gwałtów i innych okrucieństw, to cóż, wszystko to wzięte zuzamenn do kupy, niestety, nie zrobiło na mnie zbyt korzystnego wrażenia, bo uważam, że historia została sprowadzona do ukazania prymitywnej natury Saramaków i niezłomnego charakteru Milczo.

Zastanawiam się też, skąd Lęko znał historię Milczo, że mógł o niej bajać w zakończeniu opowieści.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Ogień do­ga­sa, jed­nak nikt nie wsta­je, aby do­ło­żyć drwa. –> Ogień do­ga­sa, jed­nak nikt nie wsta­je, aby do­ło­żyć drew.

 

wo­jow­ni­ków, ja­kich nosi Gór­ci­ca. Lęko, naj­więk­szy chłop ja­kie­go w życiu… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Jaszo, z któ­rym ramię w ramię wal­czy­łem pod­czas nie jed­nej bitwy. –> …pod­czas niejed­nej bitwy.

 

Ja­kieś pięć­set zbroj­nych i może dwie setki, które sta­no­wi służ­ba i chłop­stwo. –> Raczej: Ja­kieś pięć­set zbroj­nych i może dwie setki służ­by i chłop­stwa.

 

Obóz roz­ło­ży­li­śmy do­pie­ro czwar­te­go dnia od czasu opusz­cze­nia Srebr­ne­go Grotu… –> Wystarczy: Obóz roz­ło­ży­li­śmy do­pie­ro czwar­te­go dnia od opusz­cze­nia Srebr­ne­go Grotu

 

sta­wia­jąc opór na­jeźdź­cą w bi­twie na Ma­ko­wym Polu. –> …sta­wia­jąc opór na­jeźdź­com w bi­twie na Ma­ko­wym Polu.

 

– Zgi­nę­ło też wiele ksią­żąt… –> – Zgi­nę­ło też wielu ksią­żąt

 

wiel­ki z niego chłop, to też nie trwa długo nim ogień bucha po­now­nie… –> …wiel­ki z niego chłop, toteż nie trwa długo, a ogień bucha po­now­nie

Za SJP PWN: nim «spójnik komunikujący, że zdarzenie, o którym mowa w zdaniu nadrzędnym, nastąpiło wcześniej niż zdarzenie, o którym mowa w zdaniu podrzędnym»

 

ale kiedy by zgi­nął… to była by dla nas szan­sa! –> …ale gdyby zgi­nął… to byłaby dla nas szan­sa!

 

pod­szył się pod sługę, klęk­nął na ko­la­na przed Tuk­koo… –> …pod­szył się pod sługę, klęk­nął przed Tuk­koo

Czy można klęknąć, nie używając kolan?

 

albo zwy­czaj­nie po­mrze­my z głodu. – od­zy­wa się We­ne­ryk. –> Zbędna kropka po wypowiedzi. Literówka – dość szczególna, bo nadająca imieniu nowy, niezamierzony sens.

 

a kiedy fala na­jeźdź­ców z Tuk­koo na czele wpad­ną do środ­ka i za­le­ją ogrom­ny dzie­dzi­niec… –> Piszesz o fali, a ta jest rodzaju żeńskiego, więc: …a kiedy fala na­jeźdź­ców z Tuk­koo na czele wpad­nie do środ­ka i za­le­je ogrom­ny dzie­dzi­niec

 

Jeśli bo­go­wie ostat­ni czasy za­po­mi­na­ją o nas, lu­dziach, to gdzież by pa­mię­ta­li o zwie­rzy­nie.

 –> Jeśli bo­go­wie ostat­nimi czasy za­po­mi­na­ją o nas, lu­dziach, to gdzieżby pa­mię­ta­li o zwie­rzy­nie.

 

z jukki wy­cho­dzi czwo­ro męż­czyzn. –> …z jukki wy­cho­dzi czterech męż­czyzn.

Czworo to grupa składająca się z kobiet i mężczyzn.

 

Czasz­ka jego głowy do­łą­czy do mo­je­go tronu! –> Brzmi to nie najlepiej. Czy są inne czaszki?

Proponuje: Jego czaszka do­łą­czy do mo­je­go tronu!

 

Może mężeoj­co­wie. –> Albo: Może mężowie i oj­co­wie. Albo: Może męże i oj­ce.

 

Rudy wo­jow­nik o dłu­giej bro­dzie ata­ku­je z nad głowy. –> Rudy wo­jow­nik o dłu­giej bro­dzie ata­ku­je znad głowy.

 

Sa­ra­ma­ko­wie ryczą z ra­do­ści, pod­rzu­ca­jąc łu­ka­migło­wa­mi mar­twych. –> Sa­ra­ma­ko­wie ryczą z ra­do­ści, pod­rzu­ca­jąc łu­ki odcięte gło­wy.

Czy mogliby podrzucać głowy żywych?

 

Ten jed­nak zdaje się być nie wzru­szo­ny. –> Ten jed­nak zdaje się być niewzru­szo­ny.

 

– Nie po­wiesz mi jesz­cze, Gliz­do, żeś i owe hasło usły­szał? –> – Nie po­wiesz mi jesz­cze, Gliz­do, żeś i owo hasło usły­szał?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, dzięki jak zawsze za korektę, a co do samej treści to chciałbym powiedzieć tylko jedno.

Nikt nie odniósł się do tytułu opowiadania. Bo nie chodziło mi w tym tekście aby jakoś strasznie zaskakiwać (choć według mnie występują momenty niepewności, napięcia czy pewne zwroty, nie wszystko jest idealnie po sznureczku, chyba, że się mylę) :(. Skupiłem się na przeżyciach głównego bohatera, okrucieństwach itd. bo właśnie to było istotą tego opowiadania. Do czego jesteśmy zdolni się posunąć, aby osiągnąć jakiś wyższy cel? Czy to jest słuszne, czy nie? Czy cel uświęca środki? – Te pytania miały być istotą opowiadania. Główny bohater w efekcie końcowym nie zawodzi, co, jak pisałaś, było oczywiste, ale takie właśnie miało być. Jeśliby zawiódł wszystko co przeżył nie miałoby sensu. Pytania zadane wyżej nie miałyby sensu. A tak to osiągnął coś kosztem czegoś. 

Wiesz, to zależy, jaki cel i jakie środki. Ty swojemu bohaterowi narzucałeś takich kłód pod nogi, że IMO środki nie uświęciły (bo Wielkołak nieźle by przetrzepał najeźdźców i bez całej tej akcji). Czego należało dowieść?

Oczywiście, nikt nie wiedział, jak się wydarzenia potoczą. Wódz musi niekiedy zaakceptować “straty konieczne”. Co po raz kolejny udowadnia, że wojna to brudna i paskudna sprawa, nawet jeśli słuszna.

Babska logika rządzi!

Nikt nie odniósł się do tytułu opowiadania.

Bo tytuł jaki jest, każdy widzi. I, moim zdaniem, z góry usprawiedliwia wszystkie haniebne czyny, których Milczo dopuszczał się w imię spełnienia pokładanych w nim nadziei.

 

Do czego jesteśmy zdolni się posunąć, aby osiągnąć jakiś wyższy cel?

Mniemam że Milczo, podejmując się misji, był gotów posunąć się do wszystkiego. Inna sprawa, że nie przewidział, do czego będzie zmuszony się posunąć.

 

Czy to jest słuszne, czy nie? Czy cel uświęca środki?

Fanatyk pewnie powie, że tak. Ja nie wiem – mogłabym się tylko zastanowić, czy cel jest wart poświęcenia środków.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finkla:

Owszem, zależy. Ale tutaj mamy wszystko jasne. I mamy takie chociażby paradoksy:

Patriota chce ocalić swoją ojczyznę, ale drogą do tego jest zabijanie własnych rodaków. 

Robi to również dla ukochanej kobiety, ale jest zmuszony gwałcić inne.

Jest wojownikiem, dla którego honor to rzecz najwyższa, ale musi robić okropne i poniżające rzeczy, które z honorem nie mają nic wspólnego.

Czyli w skrócie, paradoksalnie, musi robić rzeczy przeciwne do tego, co chce osiągnąć, niezgodne ze swoją naturą etc. 

Wielkołak może by przetrzepał, może nie. Zresztą już wyżej na ten temat trochę pisałem.

 

Co po raz kolejny udowadnia, że wojna to brudna i paskudna sprawa, nawet jeśli słuszna.

Zgadzam się :(

Reg:

Z pewnością trudno dać jednoznaczną odpowiedź. Choć stwierdzenie pewnie stare jak świat, myślę, że wszystko zależy od jednostki. Czy zabicie stu ludzi dla ocalenia dziesięciu tysięcy jest w porządku? Ja nie potrafię odpowiedzieć … 

 

 

Oho, fantastyczny Konrad Wallenrod. Choć zakończenie dużo bardziej optymistyczne, dzięki epilogowi ;)

Ogólnie czytało mi się nieźle, choć treść do prawie samego końca przewidywalna – to wspólne samobójstwa sprawiło, że uniosłem brew. Melodramatyczny motyw, ale niech będzie ;)

Wiele rzeczy jest tu też, mam wrażenie, wrzuconych, by wywoływać szok. Do ciekawego uzasadnienia pytania w tytule zabrakło mi czegoś bardziej niejednoznacznego. W Konradzie Wallenrodzie mamy motyw zdrady przysięgi wobec współbraci z zakonu, zbratania się pierwej z wrogami, a potem wbicia im sztyletu w plecy. Tutaj tej niejednoznaczności nie ma – najeźdźcy są bezduszni, brutalni, dzicy. Nie zauważyłem nawet jednej cechy wartej odkupienia. Stąd i ciężko mi odczuwać wagę wyboru, gdy ma się przed sobą zło wcielone.

Męczarnie samego bohatera akurat wyszły nieźle, zwłaszcza wołania o opuszczeniu przez bogów.

Sama narracja mi nie przeszkadzała – może czasem jakieś słowo lub zdanie wyszło bardziej elegancko niż powinno brzmieć w myślach wojownika ze średniowiecznej krainy.

Podsumowując: przyzwoity koncert fajerwerków. Dam klika.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan, wiesz, że chwilę przed publikacją poważnie rozmyślałem na ten temat, o którym mówisz? Czyli żeby przebudować dość mocno opowiadanie tak, aby najeźdźcy nie byli wyłącznie źli i czarni, a mieli też dobre cechy. Aby główny bohater wręcz zaczął się zastanawiać, dla której strony powinien działać. A i może jakiś przelotny romans z ,,dzikuską” :D No ale jakoś tak mam, że zawsze po napisaniu wpada do głowy: Ech, jednak tak może byłoby lepiej? Ale zazwyczaj zostawiam pierwotne formy, co jest może błędem…

Był Konrad Wallenrod, a za niedługo będzie Don Kichot w wersji współczesnej :P Tym razem na wesoło ;) 

Dzięki za klika, pozdrawiam :) 

Ale zazwyczaj zostawiam pierwotne formy, co jest może błędem…

To z reguły jest błędem… Już Horacy pisał o odkładaniu tekstu celem przemyślenia, czy jest ok.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, tekst zawsze odkładam, poprawiam, myślę nad nim. Chodziło mi o pewien krytycyzm wobec siebie. Cokolwiek nie zrobię, zawsze wiem, że można lepiej i mam wiele pomysłów na przebudowanie historii, dodanie wątków, ale… Nie robię tego bo wiem, że w taki sposób każde opowiadanie powstawałoby w nieskończoność… Gdyż nigdy nie będę w pełni zadowolony. Tak już mam. Nie tylko w pisaniu. Kiedy układam choreografie taneczną ( związane z pracą ) to wydaje się, że jest super. Kiedy już jest gotowa, chciałbym zmienić wszystko… Dlatego częściej zostaje przy pierwotnych formach dodając jedynie małe poprawki, nie zmieniające w całości koncepcji.

Och, jakże ja to rozumiem… Mam z takich samych powodów kilka napisanych, ale niewysłanych do czasopism artykułów naukowych – wciąż nie są dość dobre :/ Forum zmotywowało mnie do pokazywania ludziom opowiadań. Tak offtopowo – do czego robisz choreografie?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Uff, więc nie jestem sam :) A co do choreografii to: regularne zajęcia, grupa taneczna, którą prowadzę, warsztaty, animacje itp. Jestem instruktorem tańca (nie towarzyskiego) oraz prowadzę zajęcia fitness. Ogólnie praca w ruchu więc pisanie jest dla mnie idealną odskocznią ;)

Jak napisał NWM – przyzwoity koncert fajerwerków. To dobry tekst, mięsisty, krwawy, czasem obrzydliwy, ale te rzeczy nie przeszkadzają mi, jeśli są dobrze umotywowane. Tutaj były, raczej rzadko miewałem wrażenie, że jakaś brutalna scena wynika jedynie z dążenia do efekciarstwa i chęci szokowania. Przyjąłeś sobie, że tekst ma mieć taki, a nie inny charakter i konsekwentnie się tego trzymałeś – to nie wada.

Nie jestem również uprzedzony do jakiejś konkretnej formy narracji – ta zastosowana przez Ciebie z pewnością dodaje tekstowi dynamiki. Choć muszę przyznać, że nie wiem jak odnieść się do zmiany perspektywy na końcu – plus to, czy minus – nie wiem :-) 

Co do treści to również pójdę za NWM – wolałbym więcej kombinowania w wallenrodowskim stylu, przede wszystkim mniej jednowymiarowych oponentów. Ale i tak muszę powiedzieć – nie chce być inaczej – lektura sprawiła mi przyjemność (jeśli to dobre określenie w przypadku takiego tekstu) ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone, cieszę się, że lektura sprawiła Ci przyjemność. To chyba najlepsze i najkrótsze pozytywne określenie, jakie można usłyszeć :) Dzięki za klika i pozdrawiam :)

Rzuciła mi się w tym opowiadaniu w oczy pewna niespójność stylistyczna. Na przykład książę Rymist zaczyna swoją przemowę jak średniowieczny wojownik:

 

– Bracia moi. Uciekliśmy śmierci, ale nie zamierzamy chować się po lasach jak robaki w ziemi. Nasz jedyny król, władca całej Górcicy, od gór aż po morze, jak wam wiadomo, nie żyje.

 

Aby wkrótce potem przejść na styl kronikarza bitwy pod Monte Cassino:

 

Poległ chwalebnie, stawiając opór najeźdźcom w bitwie na Makowym Polu.

 

Albo tutaj, gdy Tukkoo mówi:

 

– Dałeś się pokonać niewolnikowi!

 

A zaraz potem dodaje:

 

Czeka cię kara, mój drogi i nieoceniony wojowniku.

 

Tak mógłby powiedzieć wykształcony rzymski legat do swojego podwładnego, a nie wódz stepowych koczowników.

 

Sądzę też, że pewne fragmenty można by  przerobić tak, aby nie przypominały wykładu lub hasła z encyklopedii. Myślę na przykład o tym fragmencie:

 

W końcu przybyli z suchych stepów, gdzie prowadzili koczowniczy tryb życia. Z innego świata. Wszyscy, zarówno mężczyźni jak i kobiety, ubrani są jednakowo. Noszą bufiaste, białe portki, długie, skórzane tuniki koloru piasku i pełno amuletów, pierścieni i innych ozdobników, w większości wykonanych ze zwierzęcych kości. Włosy czeszą w długie warkocze, a głowę mają często wygoloną na bokach. U pasów dyndają krótkie, zakrzywione miecze lub sztylety o kościanych rękojeściach. Mają też łuki. Ich główny oręż, którym uśmiercili tak wielu mych braci. I samego króla.

 

Poza tym widzę niespójność między początkiem a zakończeniem. Na początku zadane zostaje pytanie, czy cel uświęca środki, a na końcu dostajemy odpowiedź, że Milczo był bohaterem.

Marcinie, dzięki, że zajrzałeś, przeczytałeś i zostawiłeś komentarz. 

Co do przytoczonych przez Ciebie wypowiedzi, konsekwencja stylistyczna jest, owszem, niezwykle istotna. Jednak nie jestem pewien, czy przykłady przez Ciebie podane są aż tak drastycznie odbiegające od siebie stylistycznie, aby mówić tu o niespójności. Może i masz rację co do wypowiedzi dzikiego wodza, ale z tym kronikarzem to sam nie wiem… Wypowiedź miała być wyniosła więc takowych słów Rymist użył.

A co do wykładu, to wydaję mi się, że unikam jak ognia zbyt długich opisów i ścian tekstu, jak to nazwałeś, rodem z encyklopedii. Przytoczony przez Ciebie fragment, owszem, mógłby być rozbity a zawarte w nim informacje opisane w różnych fragmentach. Zgadzam się. Jednak jeden nieco dłuży opis na cały tekst, w którym przeważa akcja, nie jest według mnie czymś złym. Przytoczony przez Ciebie opis ma zaledwie sześć linijek tekstu. Oj, znam wiele opowiadań i książek, w których opis koczowników liczyłby co najmniej dwie strony. 

 

 

Poza tym widzę niespójność między początkiem a zakończeniem. Na początku zadane zostaje pytanie, czy cel uświęca środki, a na końcu dostajemy odpowiedź, że Milczo był bohaterem.

 

Nie widzę związku między jednym a drugim. To, że Milczo został bohaterem dla swoich rodaków, nie wyklucza sensu zadanego pytania. Był to wewnętrzny problem głównie dla niego. Wiadomo, że musiał albo ponieść sukces, albo porażkę. Czy w tym drugim przypadku również była by niespójność? 

Tak sobie polemizuję, ale ogólnie to dziękuję Ci za opinię, pozdrawiam ;)

 

Rozumiem, że wielkołaki są celowe.

Mam wrażenie, że imię Weneryk Werenyk jest nieco niefortunne.

Zrobimy tak: Jeden z nas stanie się na jakiś czas Saramakiem.

jeden

I w środku jest nieco obrzydliwie.

Ale czytało mi się dobrze :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka