- Opowiadanie: Selmeric - Ojczyzna

Ojczyzna

Opowiadanie napisane na konkurs szkolny. Moja pierwsza próba pisarska, we własnym, nietypowym, świecie fantasy.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Ojczyzna

 

Athelard wyrwał miecz z dogorywającego Saracena i natychmiast zasłonił się przed ciosem kolejnego przeciwnika. Wyprowadził fintę, po czym ciął znad ramienia, o włos chybiając gardła wroga. Tamten uskoczył w porę i po chwili zamachnął się zakrzywioną szablą. Rycerz zasłonił się tarczą by zaraz kontratakować. Z dużą siłą uderzył w mały, okrągły puklerz, niemal go niszcząc. Impet ataku musiał osłabić wroga, co krzyżowiec wykorzystał, tnąc po raz kolejny i rozpruwając jego brzuch. Nawet kolczuga nie zdołała go ocalić przed potężnym uderzeniem ecrenskiego ostrza.

Rycerz otarł czoło z krwi, by nie spływała mu do oczu. Dyszał ciężko i ledwo trzymał się na nogach. Zobaczył, jak wrogowie uciekają z pola walki, ścigani przez konnych i zabijani bez litości. On też ruszyłby w pościg, gdyby nie stracił konia na początku bitwy. Jego wierzchowiec nadział się na włócznię podczas szarży. Grot przebił się między płytami napierśnika, uśmiercając konia, ale nie zdołał zabić jeźdźca.

Wytarł miecz z krwi o szatę poległego Saracena, po czym rozejrzał się wokół. Bitwa trwała już od co najmniej godziny, ziemia zasłana była trupami. Niektórzy niewierni jeszcze nie wiedzieli, że walka już skończona i nie chcieli uciekać. Rycerze szybko rozprawiali się z nimi.

Wiał ciepły wiatr, niosąc zapach krwi i śmierci, krzyki rannych i umierających, szczęk oręża i rżenie koni. Kolejne trupy dołączały do i tak licznych martwych na ziemi. Za kilka dni zasypie ich piasek, a po bitwie nie pozostanie żaden ślad.

Skierował kroki w stronę oddziałów piechoty. Prości ludzie radowali się ze zwycięstwa, dziękując Bogu. Byli to odważni i waleczni żołnierze. Niestety, jedynie nieliczni spośród szlacheckich wojowników uczestniczących w tym starciu są w stanie przyznać, że to dzięki wytrwałości tych ludzi z pospólstwa, konne rycerstwo miało okazję by wycofać się, przegrupować i uderzyć ponownie, rozbijając szyki wroga. Nie zawsze doceniano piechotę, a wręcz nią pogardzano w przypadku oclarskich rycerzy. Athelard zawsze doceniał rolę piechoty, to że należeli oni do niższej warstwy społecznej, nie miało większego znaczenia. W Veranie wychowywano go w szacunku do innych, nawet dla zwykłych żołnierzy czy chłopów. Niestety, większość jego rodaków z tej wyprawy zostało wybitych parę dni wcześniej, a on był zmuszony dołączyć do hufca oclarskich rycerzy, których nie darzył sympatią. Wyglądało na to, że z wzajemnością. Ci ludzie, mimo że szlachetni i honorowi, wykazywali się wielką arogancją i pychą. Uważali się za najlepszych wojowników całego imperium i byli przekonani, że nie ma lepszej strategii, niż szarża ich rycerstwa. Athelard zawsze miał wrażenie, że pod maskami uczciwości i wspaniałomyślności tych ludzi kryje się podstęp i fałsz. Teraz, obozując razem z nimi, widział to jak nigdy. Tak samo dobrze jak na polu walki, zapewne czuli się wśród pałacowych intryg, zdrad i układów.

Ale jego służba tutaj zakończyła się. Wygrali. Za parę dni z pobliskiego portu odpływają statki, kierując się do Veran. Postanowił, że zabierze się na jednym z nich i wróci do ojczyzny.

Dom – pomyślał. Już wkrótce znów ujrzy swoją żonę i córeczkę. Znowu będzie mógł spojrzeć na swoją ziemię i poddanych. Już myślał o niewielkiej uczcie z okazji swojego powrotu. Zaprosi wszystkich ludzi ze wsi. Może nawet stary, złośliwy ksiądz Henriot przyjdzie.

Kiedy wróci, będzie już wiosna. Oczami wyobraźni widział żyzne pola, na których rozsiewano ziarna, łagodne pagórki, gdzie lubił kłaść się i wypoczywać, pobliski zieleniący się las, pełen najróżniejszych żyjątek, strumyk przepływający koło niego, wysoką wieżę kościoła z dzwonem, wzywającym ludzi na modlitwę, oddalone górskie szczyty, jeszcze białe, od zalegającego na nich śniegu. Tutaj, tak daleko na południu, przez cały rok było gorąco. Ale nie piękne lato, jak w domu. Piasek dostawał się wszędzie i niemal nie było tu roślinności. Tak bardzo nie mógł się doczekać powrotu do domu.

Dotarł w końcu do kolumny piechoty. Kiedy pomyślał o drodze, którą będą musieli przebyć, jeszcze bardziej zabolał go brak wierzchowca. Nie miał ich tu więcej, więc będzie musiał iść pieszo. Ale do wymarszu pozostało jeszcze trochę czasu, dlatego postanowił poszukać swojego giermka.

Tibout nie żył. Poległ trafiony strzałą, stojąc ramię w ramię z innymi piechurami. Rycerz odnalazł jego ciało i zawinął w płachtę. Nie chciał chować go tutaj. Zamierzał zabrać go do domu i pochować na rodzinnym cmentarzu albo chociaż na verańskiej ziemi.

Słońce powoli zbliżało się ku zachodowi. Być może już więcej nie zobaczy tego słońca, nad bezkresnymi piaskami pustyni. Ziemia Święta, mówili mu. To tutaj chodził i nauczał Pan. To w Jeruzalem, świętym mieście, znajdował się Grób Pański. To dzięki krzyżowcom wierzący mogli spokojnie odbywać pielgrzymki do tych świętych miejsc, mogli tutaj żyć, bez prześladowań, bez ciągłego strachu. Krzyżowcy byli, zazwyczaj, bohaterami miejscowej ludności, a już na pewno bohaterami w oczach mieszkańców imperium, do których docierały przeważnie te dobre wiadomości.

Ale to nie było dla niego. Athelard odsłużył już swoje lata na tym froncie. Miał już ponad pięćdziesiąt wiosen, z czego dziesięć walczył w Ziemi Świętej z Saracenami, demonami i czarownikami. Jego ciało nie było już takie sprawne jak kiedyś. Jego czas już minął. Chciał wreszcie osiąść na ojczystej ziemi i zająć się zarządzaniem. Co prawda, podlegała mu tylko jedna wieś, ale nie potrzebował więcej. Nie walczył o tytuły szlacheckie, chciał jedynie spokojnego życia wśród swoich bliskich. Jeszcze dziesięć lat temu, kiedy tam przebywał, znał każdego mieszkańca po imieniu i mógł zamienić kilka słów przy spotkaniu. Daring, bo tak się nazywała wieś, odziedziczył po ojcu, rycerzu. Jako jej właściciel był zobowiązany strzec mieszkańców i pilnować porządku. Poza tym musiał płacić władcy daninę, dziesięcinę i inne podatki, które zbierał od ludzi. Jego senior, hrabia Renfred, prowadził na północy walki z górskimi orkami, przez co Athelard często musiał wyjeżdżać z domu, wraz z chłopami, by wspierać swego pana w walce. Nigdy nie spotkał się z jawnym afektem swoich ludzi do walki w obronie ojczyzny. W Veran ludzie nie bali się ginąć za swój kraj. Nawet jeśli był na granicy upadku, pożerany od środka przez zepsucie, nienawiść i chciwość. Veranie będą walczyć, mimo przewagi liczebnej wroga czy obojętności innych krajów imperium. Rycerz był dumny ze swojego królestwa, w którym nawet chłopi byli gotowi oddać życie za ojczyznę.

– Zbieramy się! Vite! Musimy dotrzeć do miasta przed zmrokiem! – krzyczał jeden z gońców. Krzyżowcy uformowali kolumnę i w końcu ruszyli. Athelard rozprostował stare kości i dołączył do maszerujących.

 

Po długim marszu dotarli do miasta. Teraz, za jego potężnymi murami, mogli czuć się bezpiecznie i wreszcie wypocząć. Athelard znalazł sobie pokój w gospodzie i tam postanowił spędzić noc.

Nie było mu jednak dane odpocząć. Ledwie zdołał usiąść na sienniku, a ktoś zapukał do drzwi.

– Wejść!

Do pokoju wszedł chłopak w niebieskiej szacie.

– Panie, baron Tebaud chce się z panem widzieć.

– W takim razie, prowadź.

Posłaniec ukłonił się i wyszedł z pokoju. Krzyżowiec ciężko westchnął, z bólem spoglądając na przygotowane do snu posłanie. Nie był już tak pełen energii, jak kiedyś. Jego stare ciało szybciej się męczyło i potrzebował więcej odpoczynku.

Zastanawiało go, co może od niego chcieć ten Oclaran. Nawet się nie spotkali, znał go jedynie z widzenia, kiedy tamten czasem przechadzał się po obozie. Tebaud, z tego co o nim słyszał, może nie był człowiekiem przesadnie walecznym, ale za to odpowiedzialnym i inteligentnym. Bardzo wiele czasu spędzał przy księgach, jak mówią niektórzy, zakazanych przez Świętą Inkwizycję. Być może były to tylko plotki, faktem jest, że miał proces inkwizycyjny, przez swoje niezdrowe zainteresowanie czarami, który przegrał i musiał udać się na krucjatę, by odpokutować swe winy.

Nie czekając dłużej, Athelard powstał i udał się za gońcem. Opuścili gospodę, minęli parę domów, w końcu skierowali się do jednego z nich. Wspięli się po schodach na piętro, a chłopak zapukał do pokoju i, po usłyszeniu pozwolenia, wszedł zapowiedzieć rycerza. Tamten, widząc, że drzwi ponownie się otwierają, wszedł do środka.

Pokój oczywiście nie należał do barona, który jedynie wynajął go od właściciela, ale wyglądało na to, że zdołał przemycić tu ze sobą nawet malutką biblioteczkę. Wychodziło na to, że Tebaud nie zamierzał zniżać się do poziomu pomniejszej szlachty i nocować w gospodzie ani pozbawiać się takich luksusów, jak swoje książki. A jednak zaprosił prostego rycerza, jakim był Athelard, do siebie. Teraz siedział na krześle, przed ławą i zajmował się zapisywaniem czegoś na papierze. Nawet nie podnosząc wzroku, machnął ręką na chłopca, by zostawił ich samych. Tamten, wychodząc, zamknął za sobą drzwi.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – powiedział Athelard.

– Na wieki wieków… – odparł Tebaud. – Dziękuję, że szybko przybyłeś.

– Jak mógłbym kazać panu czekać, baronie? Ale przejdźmy do rzeczy, jeśli można. Jestem znużony podróżą i właśnie miałem udać się na spoczynek.

Tebaud podniósł na niego wzrok i odłożył pióro.

– Tak, zgodzę się z tobą. W takim razie usiądź i posłuchaj, co mam ci do powiedzenia – wskazał na krzesło naprzeciwko. Rycerz po chwili namysłu usiadł.

– Słyszałem, że byłeś z verańskiego hufca, który został całkiem rozbity, czyż nie? – Athelard skinął głową. – Niewielu was tutaj zostało, ale dalej można usłyszeć o waszej odwadze i poświęceniu podczas bitew. Nawet o tobie, Athelardzie, słyszałem, że choć jesteś już w sędziwym wieku, nadal w bitwach potrafisz dzielnie walczyć.

– Tak, panie. W Veran czy dziecko, czy starzec, wszyscy potrafią walczyć, kiedy trzeba. Mówi się, że to nasz upór pcha ostrze we wroga, kiedy mięśnie nie mają siły.

– Tak, słyszałem to stwierdzenie. Ale do ciebie nie pasuje. Kiedy patrzę na twoją sylwetkę, to dochodzę do wniosku, że wielu młodych i zdrowych ludzi w Oclarze chciałoby mieć taką postawę i muskulaturę jak ty, Athelardzie!

– Pochlebiasz mi, panie. To zdrowe powietrze Veran i praca uczyniły mnie takim.

– Ach, nie można zaprzeczyć. Ja, no, co tu dużo mówić, większość czasu spędzam przy księgach, nie ciągnie mnie do pierwszej linii walczących – powiedział, uśmiechając się lekko. – Nie oszczędzacie się, sir, z tego co słyszałem. Nawet z piechotą dzisiaj maszerowaliście!

– To akurat było spowodowane faktem, iż mój koń padł podczas szarży. A że więcej tutaj nie mam, nie pozostało mi nic innego.

– Można było poszukać jakiegoś konia zastępczego.

– Bez urazy, ale czy któryś z Oclaran podarowałby konia Veraninowi?

– Bez przesady, aż tak źle z nami nie jest. Na pewno ktoś udzieliłby ci pomocy.

– Nie omieszkawszy przy tym dodać kilku kąśliwych uwag o Veraninie, który żebrze o konia…

– Przesadzasz! Nie wszyscy jesteśmy takimi aroganckimi paniczykami, za jakich się nas uważa. Wciąż jest wielu prawych rycerzy. Walczących za Boga i honor. Poza tym, nawet ci pyszni młodzieńcy darzą cię szacunkiem. Jak już mówiłem, nieźle się trzymasz, zwłaszcza jak na swoje lata. Nawet mimo braku konia, jakoś sobie poradziłeś. Pewnie gdyby doszło do kolejnych starć, to walczyłbyś, choćby i na piechotę! Nie mam racji? Ale czuję, że tobie raczej do domu i rodziny tęskno niż do wojaczki, czyż nie?

– Tak, panie. Długo tu nie zostanę, za kilka dni z pobliskiego portu odpływają statki kupieckie Bernara i wracają w rejony Veran. Zabiorę się z nimi, to moi rodacy.

– Tutaj muszę cię zmartwić – stwierdził Tebaud. – ale statki, o których mówisz, zostały napadnięte przez piratów i z pięciu tylko jednemu udało się przetrwać. Tamten jednak zawrócił, z obawy przed innymi bandami.

Athelard zaniemówił.

– Rycerze zakonu świętego Jana, którzy prowadzą wojny ze wszystkimi morskimi wrogami imperium, napisali w raporcie, że piratom przewodził niejaki Izzaat al Hussein – tutaj zrobił przerwę, aby zobaczyć, czy to imię coś mówi rycerzowi. Nie widząc reakcji, mówił dalej – jest to znany saraceński łupieżca, dowodzący całkiem sporą flotą. Jest na tyle niebezpieczny, że wstrzymano większość statków, które miały płynąć w te obszary, co za tym idzie, odpłynięcie stąd nie będzie takie proste.

– Ale jest jeden statek, który przybije do tego portu, mimo wszelkich przeciwności – dodał po chwili baron. – Jego kapitanem jest mój przyjaciel. Będzie cię mógł zabrać do Veran.

Athelard spojrzał podejrzliwie na Oclarana, który zamilkł.

– A co ja mam zrobić w zamian?

– Nic wielkiego – powiedział Tebaud. – Chcę, byś dostarczył pewien list.

– Dlaczego nie wyślesz gońca lub innego posłańca? Dlaczego potrzebujesz akurat mnie?

– Ponieważ tobie najbardziej zależy, by dotrzeć do domu. Dodatkowo, chciałbym, byś wręczył ten list do rąk własnych twojego seniora, hrabiego Renfreda. Tobie powinien zaufać.

– Co takiego jest w tym liście? – zapytał po chwili stary rycerz.

– Nie bez powodu mówię, że ma być on przekazany do rąk własnych hrabiego. Nie potrzebujesz do niczego tej wiedzy i lepiej, by nikt niepowołany jej nie posiadł. No, to co ty na to? Mamy umowę?

– Skąd możesz mieć pewność, że dostarczę list na miejsce?

– No cóż, będę musiał ci zaufać. Tak samo jak w sprawie nieotwierania wiadomości. Mam twoje słowo?

Siedzieli przez chwilę w milczeniu. Jako pierwszy odezwał się Athelard, wstając ze swojego miejsca.

– Zgoda.

Tebaud także powstał i podali sobie ręce.

 

Rycerz całą piersią wdychał świeże, morskie powietrze. Statek gładko sunął po spienionych, zimnych falach. Płynęli na północ. Wokół, gdzie tylko wzrokiem sięgnąć, widać wodę. Kapitan statku nie bał się podróżować przez otwarte morze bez widocznego brzegu. Dzięki temu były dużo mniejsze szanse na napotkanie saraceńskich piratów. Posiadał specjalne narzędzia, które pozwalały mu nawigować, nawet gdy słońce skryło się za chmurami. Statek ogólnie był wyposażony dosyć bogato. Miał kilka pokładów, z czego jeden był wypełniony skrzyniami i towarami na handel, drugi zajmowały stanowiska wioślarzy, a na ostatnim były kajuty dla załogi. W środku było pełno ludzi, choć większość nie miała aktualnie nic do roboty.

Do Athelarda podszedł kapitan Elliot.

– I jak ci się podoba ,,Zemsta Howarda”? – spytał, patrząc na odległy horyzont.

– Piękny statek, muszę przyznać – odparł rycerz, choć wielu statków w swoim życiu nie widział. – Chciałbym podziękować, że zgodziliście się wziąć na pokład ciało mojego giermka. Nie mógłbym pochować go nigdzie indziej, tylko w ojczystej ziemi.

– Drobiazg – stwierdził Elliot, skubiąc gęstą, czarną brodę.

– Dlaczego ,,Zemsta Howarda”?

– Hmm? Ach, to wiąże się z moją historią – stwierdził. – Kiedy byłem młodszy, wraz z ojcem, Howardem, pływaliśmy po morzach i oceanach świata, handlując i zwiedzając. Ale pewnego dnia, na tych wodach, zostaliśmy napadnięci przez saraceńskich piratów Izzaata al Husseina. Wybili większość załogi, a kapitana przywiązali do masztu. Po zrabowaniu wszelkich dóbr zatopili okręt. Ja zdołałem się wydostać. Potem dryfowałem, aż mnie odnaleziono. Z czasem, zbudowałem ten wielki okręt, postanawiając, że będę żeglował po tych wodach i przeszkadzał w interesach Saracenów, jak tylko się da. Dlatego ,,Zemsta Howarda”.

– Ten człowiek nie tak dawno temu napadł i zabił moich rodaków płynących do Ziemi Świętej. To z nimi miałem płynąć do mojej ojczyzny, do Veran, niestety, nie wszystko dobrze się układa.

– Wspomniałeś o swojej ojczyźnie – powiedział po chwili Elliot. – Otrzymałem od swoich wywiadowców informacje o tym, co się tam dzieje. I nie brzmiało to dobrze.

– Co masz na myśli?

– Orkowie – powiedział to słowo z takim naciskiem, jakby ono miało wystarczyć, by określić wszystkie ich problemy. – Te plugawe istoty schodzą z gór i zapuszczają się coraz dalej.

– Nasze rycerstwo dzielnie stawia im czoła…

– I przegrywa – przerwał mu Elliot. – Zanim coś powiesz, pomyśl: król w Veran ma coraz mniejszą władzę. Najsilniejsi z jego wasali odbierają mu kolejne ziemie, a on nawet nie jest w stanie temu przeciwdziałać, bo rycerze nie przysięgają wierności królowi, acz swemu seniorowi. Przecież nawet ty nie ślubowałeś wierności królowi, tylko temu hrabiemu, Renfredowi. On wciąż jest lojalny wobec króla, ale co gdyby i on postanowił tworzyć własne państwo? To jemu ślubowałeś wierność, więc winieneś mu posłuszeństwo. Nawet, jeśli ty chciałbyś pozostać przy królu, honor by ci nie pozwolił. Spójrz na królestwa Ecren czy Iqueris. Nawet w Oclarze zrozumieli, że ich królestwo musi się zmienić! Tam zmieniono zasady prawa i każdy rycerz ślubuje nie tylko seniorowi, ale także królowi. Spójrz na tamte oczynszowane wioski, podczas gdy u was ciągle trwa pańszczyzna. Popatrz na ich administrację, bankowość, urzędy… To się nazywa postęp! A wy? Dalej tkwicie w starej tradycji, która was ogranicza, przygniata, nie pozwala się wyzwolić i rosnąć w siłę. Wasza ziemia jest żyzna, ma pełno cennych surowców, rodzi dzielnych ludzi gotowych do pracy i poświęceń na rzecz królestwa. A wy to wszystko marnujecie! Wasze królestwo jest atakowane z zewnątrz i pożerane od środka. Długo tak nie pociągnie, a wtedy orkowie będą łupić, palić i plądrować do woli. Wzrosną w siłę, dużo większą niż teraz. A po waszych ziemiach przyjdzie kolej na następne kraje imperium.

– Ja jestem tylko zwykłym, skromnym rycerzem. I wiem jedno. Póki są ludzie, gotowi walczyć za nasze królestwo, utrzymamy je.

– Z północy nadciągają wielkie hordy orków. Wielkie hordy. Nie pokonacie ich, jeżeli się nie zjednoczycie. Wybiją was do ostatniego, a na waszych trupach zbudują swe fortece.

Athelard przysłuchiwał się w milczeniu. Elliot mówił, jakby był o tym święcie przekonany i zapewne miał rację. Krzyżowiec nie był na tyle głupi, by nie dostrzegać tego, co dzieje się wokół niego. Zauważył, ile nowych księstw, hrabstw czy marchii powstało w Veran, jeszcze kiedy tam mieszkał. Po tych dziesięciu latach, może być jeszcze gorzej. Niegdyś zjednoczone i silne, teraz rozbite, podzielone i słabe. Być może kapitan miał rację.

Ale to nadal był jego dom.

– Wybacz, kapitanie, ale muszę cię opuścić. Chciałbym się udać na spoczynek, jeśli pozwolisz.

– Tak, tak, idź, nie zatrzymuje cię – Elliot machnął ręką i z powrotem zwrócił wzrok na horyzont.

Wszyscy ci głupcy zginą, broniąc upadającego królestwa – myślał kapitan. – Mam nadzieję, że hrabia Renfred zgodzi się na propozycję w liście, inaczej nie będzie nadziei dla Veran.

Cicho prychnął z rozbawieniem.

Ten rycerz nawet nie wie, jak ważną wiadomość ma przekazać. Może to i dobrze. Za dużo wiedzy może sprowadzić na człowieka krzywdę…

 

Athelard siedział w swojej małej kajucie, przy świeczce bujającej się na wieszaku i trzymał w rękach list od Tebauda. Przyglądał się czystemu pergaminowi i czerwonej pieczęci, stojącej na straży tej tajemnicy. Sięgnął ręką po nóż i przyłożył go do laku. Zauważył, że drży mu ręka. Westchnął ciężko, po czym odłożył list i nóż.

Obiecałem, pomyślał.

 

Podróż ciągnęła mu się w nieskończoność.

Przynajmniej mam konia – pocieszał się, patrząc na pięknego, ciemnego wierzchowca. Kapitan Elliot, przekazując mu go, powiedział, że to prezent od Tebauda. Na myśl o tym rycerzowi zrobiło się jeszcze bardziej wstyd, że chciał złamać słowo i otworzyć list. Baron dał mu dowód, że nie można oceniać stereotypowo mieszkańców innych królestw, tak jak i on nie oceniał.

Athelard jechał właśnie do wysuniętego na północ zamku hrabiego Renfreda. Jego senior chciał być blisko linii frontu. Nawet na chwilę nie odpuszczał orkom, niestety, siły Veranu były na wyczerpaniu, a do walki dołączali coraz to nowi wrogowie. Miał nadzieję, że hrabia będzie na miejscu.

Mimo że pozostało mu jeszcze trochę drogi do przebycia, cieszył się, że znów jest w domu. Spoglądał na zieleniące się drzewa, łąki, odległe, wciąż przykryte śniegiem, góry. Po dziesięciu latach walk na piaskach Ziemi Świętej, nareszcie znalazł się w Veran.

Szkoda, że Tibout nie może teraz być ze mną – pomyślał, ze smutkiem. Musiał pochować go od razu po przybyciu do portu, bo ciało już trochę leżało i zaczął się proces gnicia. Nie mógł go wieźć ze sobą dalej.

Powoli zbliżał się do gór. Tutaj nie było aż tak widać śladów wiosny, odradzającej się przyrody. W górach jeszcze zalegał śnieg. To tam znajdowała się granica między ziemią ludzi a orków. Niestety, kolejne forty upadały na rzecz nieludzi. Całe załogi garnizonów były wybijane bez litości, gdy wróg dostawał się do środka. Orkowie byli potworami, nie mieli litości ani miłosierdzia. Ich jedynym celem było podbijać i niszczyć ludzkie siedziby, by móc stawiać tam swe mroczne forty. Wraz z nimi nadchodziły mróz, śnieg i wiatr.

A także demony.

Dlatego trwała z nimi wojna. Zostały uznane za pomioty szatana i musiały zostać zniszczone. Mimo kilku wypraw zbrojnych nie udało się ani powstrzymać orków na długo, gdyż po kilku latach ich zwiadowcy znów zapuszczali się za góry, ani znaleźć stolicy czy jakiegoś innego miejsca, z którego mogłyby pochodzić. Mimo długiego marszu odnajdywano jedynie śnieg, skały i grasujące tam bandy pomniejszych demonów. Mówiono, że orkowie mieszkają w piekielnych grotach, głęboko pod górami, ale Athelard od razu odrzucił ten pomysł.

Przecież w piekle było gorąco, a orkowie woleli chłód.

Wkrótce ujrzał cel swojej podróży. Potężny fort, wzniesiony na zboczu góry, która osłaniała jego dwie strony. Zbudowany z czarnego kamienia, gruby i wysoki, tak by długo móc opierać się maszynom oblężniczym orków. Nad murami wznosiły się czarne wieże, z których można było sięgać wzrokiem nawet ponad górskimi grzbietami. Forteca Arce Glacies powstała już dawno, kiedy ludzie postanowili skuteczniej bronić się przed najazdami z północy. Wiele razy atakowana, ale nigdy niezdobyta. Teraz stanowiła własność hrabiego Renfreda. Była symbolem jego władzy i potęgi. Sam król mu ją podarował, by ten bronił północnych granic.

Athelard przejechał przez bramy kilku kolejnych murów, by znaleźć się w zamku właściwym. Za każdym razem, gdy tu przebywał, czuł podziw dla stwórców tego majestatycznego miejsca, a jednocześnie ogrom i potęga tych ścian przypominały mu o tym, jak wielkie zagrożenie stanowią orkowie. Świadomość tego, że gdzieś tam, za górami, wielkie armie nieludzi szykują się, by zalać jego królestwo, przygniatała go, jakby musiał dźwigać na sobie ciężar całej Arce Glacies.

 

Pozostało mu już niewiele drogi do domu. Zmęczony podróżą, nie marzył o niczym innym, jak dotrzeć na miejsce, uściskać Ismenię, ucałować Savinę i położyć się spać w swoim własnym łożu.

W Arce Glacies poszło mu szybko. Z dostaniem się do hrabiego nie miał żadnych problemów. Dowódca straży poznał go i wpuścił bez przeszkód. Był pewien, że można mu zaufać. Hrabia rozmawiał właśnie z kilkoma rycerzami i jakimś obcym człowiekiem, który ani nie wyglądał na Veranina, ani nie ubierał się jak jeden z nich. Niestety, nie było mu dane poznać treści listu, ale czuł, że przyczynił się do czegoś wielkiego.

Już widział dym z kominów. Wiedział, że to było Daring. Jego dom. Jakiś czas potem ujrzał wieże kościoła i swoją wieżę. Gdy przejeżdżał koło domów, ludzie zaprzestawali swych zajęć i patrzyli na niego, mówiąc coś między sobą.

– Athelard! – w końcu ktoś krzyknął.

Potem kolejni ludzie zaczęli krzyczeć i podbiegli do niego, z rozradowanymi twarzami, chcąc dotknąć wracającego po latach bohatera. Rycerz poczuł, że traci siły. Zaczął zsuwać się z siodła. Po prostu opadał z sił. Ludzie ściągnęli go i postawili na ziemi. Tak wiele znajomych twarzy, ale i wiele nowych. Oni wszyscy witali go z powrotem na swojej ziemi. Bohatera. Krzyżowca.

– Gdzie jest Savina? Gdzie jest Ismenia? – zapytał donośnym i niskim głosem, nie musząc wcale krzyczeć, by być dobrze słyszalnym, nawet mimo zamieszania.

Nie mógł jednak zrozumieć odpowiedzi, pośród wielu głosów. Wtem ludzie rozstąpili się, przepuszczając kogoś. Athelard ujrzał młodą, piękną dziewczynę o długich, jasnych włosach i ciemnych oczach. Tak jak u niego.

– Tato? – zapytała nieśmiało.

Podekscytowani ludzie przestali krzyczeć, ściszyli rozmowy. Rycerz głośno przełknął ślinę. Ostatnio widział swoją córkę dziesięć lat temu. Miała wtedy cztery lata. Mimo to nie mógł jej nie poznać.

– Ismenio… córeczko… – powiedział cicho.

Dziewczyna stała i patrzyła na niego. Podszedł do niej i czekał. Pocałowała go w policzek.

– Witaj w domu, ojcze – rzekła, zanim się rozpłakała.

 

Jedli w milczeniu, ciesząc się samą swoją obecnością. Athelard zauważył, że niewiele się zmieniło pod jego nieobecność. Kilka mebli zostało wymienionych, dodano parę nowych desek i niewiele poza tym. Kiedy tylko skończyli kolację, usiedli na sienniku i Athelard objął je obie i przytulał. Nie chciał ich już więcej zostawić. Nigdy.

W końcu udał się do komnaty umieszczonej piętro wyżej. Był tak zmęczony, że służący pomógł mu wejść i zdjąć z zbroję. Następnie zagrzał mu wody, by mógł się wykąpać po długiej, męczącej podróży. Udał się na spoczynek do łóżka. Czuł się tam iście po królewsku, w porównaniu do miejsc, w których spał do tej pory. Może i był to zwykły, stary i podziurawiony siennik, ale to był JEGO siennik, pościel i koc. Znowu był w domu i mógł czuć się bezpiecznie. Nie czekały go jak na razie żadne misje i nie trzeba będzie walczyć. Odetchnął głęboko.

Oczy samoistnie mu się zamykały, kiedy usłyszał stukot podków. Nie mógł pomylić tego dźwięku z niczym innym. To były rumaki bojowe, jakiś tuzin, jadące kłusem. Co chwilę zdawały się mylić kroki, jakby były okropnie zmęczone. Poderwał się z łoża i wybiegł z pokoju. Zauważył, że Savina i Ismenia także to usłyszały i wyglądały przez okno, by sprawdzić, kto jedzie. Jemu wystarczyło jedno zerknięcie. Jako młodzieniec miał doskonały wzrok, który nie osłabł z biegiem czasu. Od razu rozpoznał, że to…

– Rycerze północnego hufca strażniczego – stwierdziła Ismenia.

Wyglądało na to, że odziedziczyła po ojcu doskonały wzrok.

– Zgadza się. Ale spójrz w jakim są stanie! Potrzebują pomocy medycznej! Savino, zajmij się tym, wezwij służki. I gdzie jest mój pancerz?

– Dopiero co go zdjąłeś! Odciski nie zejdą ci chyba przez tydzień, znów chcesz go zakładać? – spytała Savina.

– Tu nie chodzi o moją wygodę – odparł ponuro. – Ktoś może za nimi podążać. Trzeba zmobilizować straże. Ismenio, ty wyślij jakąś służkę do księdza Henriota, niech on się tym zajmie. Ja wyjadę im naprzeciw.

Ismenia zbiegła na dół, a on zaczął zakładać kolczugę, kiedy poczuł paraliżujący ból w plecach. Jęknął cicho, starając się, by nie usłyszała tego Savina. Ona jednak podeszła do niego i delikatnie pomogła mu włożyć kolczugę, a potem płytowe elementy zbroi. Athelard skinął jej głową.

– Jeszcze tak niedawno nie miałem z tym problemów. Starzeję się, kochana – stwierdził smutno.

– Ale przecież masz jeszcze mnie – uśmiechnęła się i pocałowała go w usta.

Rycerz powstał, przypiął miecz do pasa, założył tarczę na plecy i wziął hełm pod pachę. Zszedł do stajni i zobaczył, że koń był już osiodłany. Zapewne Ismenia musiała o tym wspomnieć stajennemu, kiedy tędy przechodziła. Wyprowadził konia przez drzwi, następnie wskoczył na niego i podjechał kłusem do wojowników, którzy byli już bardzo blisko.

Było ich jedenastu. Trzech rycerzy, sześciu giermków i dwóch kuszników. Dwóch rycerzy niosło ze sobą kopie, na których powiewały proporce ze szczerzącym kły wilkiem. To byli ludzie z chorągwi rodowej lorda Atrala, jednego z wasali Renfreda, przewodzącego części oddziałów. Szaty mieli poszarpane, pancerze porysowane, ochlapane krwią, zarówno ludzką, czerwoną, jak i czarną krwią orków.

– Kto uwierzy, będzie zbawiony – powiedział głośno Athelard.

– Kto wypełnia wolę Bożą, ten trwa na wieki – dokończył rycerz bez hełmu. Pozostali mruknęli coś cicho.

– Chodźcie bracia, udzielimy wam pomocy, jak tylko możemy…

– Nie mamy na to czasu! Wróg będzie tu lada godzina, trzeba nam wysłać gońców z ostrzeżeniem, szykować się do obrony! – gniewnie warknął jeden ze zbrojnych.

Athelard spojrzał za nich, ale dobre trzy mile dzieliło ich od gór, a nikogo na tej drodze nie widział. Spojrzał pytająco na nich.

– Wybaczcie, panie, sir Heimonowi. Ponoszą go ostatnio emocje – rzekł rycerz bez hełmu, o szlachetnym obliczu, patrząc karcąco na swojego towarzysza. Tamten mruknął coś pod nosem, ale ostatecznie spuścił wzrok. – Stracił cały proporzec konnych w walce. Wszyscy straciliśmy tam naszych przyjaciół i towarzyszy. Orkowie na długo się nie zatrzymają i zaraz ruszą dalej. Wydaje mi się, że mamy jakiś dzień, może dwa.

– Och, wybaczcie mi, gdzie moje maniery? Jestem baron Bryant z Erith. Sir Heimona już znasz – spojrzał znów na nerwowego rycerza. – A to sir Adam – wskazał na drugiego z rycerzy, który do tej pory się nie odezwał. Wskazany skinął głową. – Jak brzmi twój tytuł, panie…?

– Athelard z Daring – stwierdził. Pomyślał, że to on powinien mówić do nich per ,,panie”, w końcu sam nie miał nawet żadnego szlacheckiego tytułu. – Zapraszam, na pewno potrzebujecie opatrzyć rany i zjeść coś ciepłego. Nie mam może królewskich wygód, ale ugoszczę was jak tylko mogę. Jeżeli to, co mówicie, jest prawdą, to wkrótce będziemy odpierać najazd, musimy być gotowi i pełni sił.

– Chcesz bronić się tutaj? – spytał Adam. – Jedyne umocnienia, jakie tu widzę, to wieża i kościół. Masz tu w ogóle jakichś zbrojnych? Nie ma szans, byśmy tutaj dali radę ich pokonać! Orków są całe setki, jeśli nie tysiące. Powinniśmy udać się dalej, do fortów bractwa, to nie jest daleko, może jakiś dzień drogi konno…

– Nie zrozumieliście mnie, panie. Nie twierdzę, że to doskonałe miejsce do obrony. Chciałem zaznaczyć, że ja się stąd nie ruszę. Tu mieszkają moi poddani, a oni nie zdołają uciec. I uciekać nie będą. A jak to by wyglądało, gdyby ich pan zostawił ich w chwili próby? – powiódł wzrokiem po żołnierzach, szukając u nich zrozumienia dla swojego położenia. – Jeśli przybędą tu orkowie, to zatrzymamy ich tak długo, jak się da. Stawimy im czoła, choćby mieli przewagę stu do jednego! Jeśli waszą wolą jest dalej uciekać, to proszę bardzo, ale nie ze mną.

Heimon głośno wciągnął powietrze, a Adam niespokojnie poruszył się w siodle.

– Czy ty właśnie nazwałeś nas tchórzami? – warknął Heimon.

– I ma rację – powiedział smutno Bryant. – Wykorzystaliśmy zamieszanie i zostawiliśmy naszych ludzi. Zachowaliśmy się podle i niehonorowo. Ale teraz mamy szansę odpokutować nasze winy. Będziemy bronić Daring aż do upadłego. Zatrzymamy tu orków tak długo, jak tylko się da, by dać czas oddziałom Veran na zebranie się. Athelardzie, czy możecie wysłać gońca do hrabiego Renfreda?

– Natychmiast, panie.

Wtem jeden z giermków powoli zsunął się z siodła i opadł na ziemię. Jęknął boleśnie, a zbrojni ujrzeli otwartą ranę w jego boku.

– Wdzięczni bylibyśmy za pomoc medyków, o której mówiłeś. – dodał baron, jednocześnie wskazując giermkom, by podnieśli ich towarzysza.

 

Wojownicy zostali opatrzeni i zjedli ciepły posiłek. Goniec już galopował w stronę Arce Glacies. Chłopi zbierali się i uzbrajali, przenosząc broń i strzały do kościoła i wieży Athelarda. Ranny giermek został opatrzony i odpoczywał teraz na łóżku, nie wiedzieli, czy wyzdrowieje do walki.

Przy stole siedziało ich pięciu. Bryant, Heimon, Adam, ksiądz Henriot oraz Athelard. Kiedy skończyli jeść, Bryant spojrzał po kompanach, jakby ich oceniając. Potem zwrócił się do gospodarza.

– Dowództwo należy się mnie, jako najwyżej urodzonemu, ale obawiam się, że mnie chłopi by nie posłuchali. Poza tym, jesteś krzyżowcem i to jeszcze do niedawna, co widać po twoim pancerzu. Dlatego zrzekam się dowodzenia na twoją rzecz – pozostali dwaj rycerze spojrzeli zdziwieni na swojego byłego dowódcę. – Teraz przydałoby się ustalić jakiś plan. Jak rozmieścimy siły? Co możemy przygotować, by przeszkodzić orkom? Czy mamy jakieś dodatkowe możliwości? Ilu mamy ludzi?

Rycerz popatrzył po reszcie i zamyślił się przez chwilę.

– Chłopów jest niespełna sześć tuzinów. Mamy za to wiele łuków, z których korzystać mogą także kobiety, starcy i dzieci, które potrafią strzelać. To daje nam około półtorej setki. Umiejscowimy ich na piętrach wieży i przy oknach w kościele. Wejścia zabarykadujemy, czym tylko się da, by wytrzymały jak najdłużej. Kiedy przebiją się przez nie, my, jako najciężej opancerzeni, będziemy bronić orkom dostępu do ludzi wewnątrz. W kościele spróbujemy ukryć tych, którzy nie będą mogli walczyć, być może zdołają skryć się w piwnicach. Jako zaporę przed wrogiem możemy rozrzucić łatwopalne przedmioty i posypać je słomą, by kiedy wróg się zbliży, utworzyć ścianę ognia, zapalając je. W kościele, który jest większy, będzie mogło się schronić więcej ludzi niż w wieży, ale tutaj będzie się łatwiej bronić, więc będziemy musieli rozsądnie podzielić ludzi. Więcej zrobić raczej nie możemy.

– Wciąż pozostaje nadzieja, że wróg po prostu nas zignoruje i ruszy dalej – stwierdził Adam.

– Ale jeśli wróg ruszy dalej, co jest bardzo prawdopodobne – powiedział Heimon – to hrabia może nie zdążyć przygotować wojsk. Goniec powinien dotrzeć na miejsce około drugiej nad ranem, nie wcześniej. Zanim Renfred zbierze wokół siebie wojsko, orkowie już będą na naszych ziemiach, atakując nieprzygotowane forty bractwa.

– Nie ominą nas – stwierdził Henriot.

– A to czemu? – spytał zarozumiałym tonem Heimon, zły, że ktoś mu zaprzecza.

– A to dlatego – ksiądz spojrzał mu w oczy piorunującym wzrokiem – że orkowie wiele nie zdziałają bez swych demonów. A póki za swoimi plecami będą mieli choć jeden kościół, piekielne bestie nie będą mogły spokojnie stąpać po tej ziemi. Nie ominą żadnego świętego miejsca, będą je musieli zburzyć, jedno po drugim. Co? Nie nauczyli cię tego na froncie? No, kto by pomyślał, ksiądz, który tylko kilka razy widział orka, wie o ich słabościach dużo więcej niż rycerz walczący z nimi od lat.

– Ale ja, klecho, w przeciwieństwie do ciebie, robię coś pożytecznego i zabijam tych nieludzi, kiedy ty modlisz się na klęczkach.

– Mówisz do sługi Bożego – odparł cicho i groźnie. – Miarkuj się, bo tutaj nie masz żadnej władzy ani poddanych, a ja tak.

– W takim razie to pewne, że będziemy walczyć. Pytanie brzmi: kiedy? – wtrącił się Athelard, widząc, że Henriot i Heimon gromili się wzrokiem.

– Orkowie nie mają kawalerii. A przynajmniej takowej nie widziałem – odezwał się Bryant. – Ale mają zwiadowców na zakurgathah. A te bestie są szybkie i, szczerze mówiąc, mogą tutaj być w każdej chwili. Dobrze byłoby wystawić straże na noc. Jeżeli chodzi o piechotę, to zapewne dotrą tu jutro, około południa, a najpóźniej przed zmrokiem. Raczej zaatakują w nocy. Nie będą mieli ze sobą maszyn, one przemieszczają się trochę wolniej, razem z ciężką piechotą i potworami. Tamci dotrą za dwa dni.

– Najbardziej obawiałbym się szamanów i demonicznych przywołańców. To, jak będą skuteczni, będzie zależało od naszego księdza – tu skinął głową na Henriota. – Kiedy będą atakować przy ich pomocy, będzie nam potrzebna modlitwa.

– Wtedy wezwę wszystkich tych, którzy nie mogą uczestniczyć w walce i będziemy się modlić. To powinno osłabić ich zaklęcia i uczynić przywołańce wrażliwymi na ciosy – oznajmił Henriot. – Ich magia na nic się nie zda, gdy wzniesiemy modły do Pana. Ale trzeba pamiętać, aby ludzie przygotowali się także psychicznie. Dzisiaj zbiorę ich na wieczorną mszę. Wszyscy wyspowiadają się i przyjmą Ciało Chrystusa, abyśmy nie ulegli podszeptom Kusiciela.

– Doskonale. Czy to już wszystko? W takim razie chodźmy się przygotować, za godzinę spotykamy się na mszy, a potem odpoczniemy. Musimy być gotowi do jutrzejszej walki – powiedział Athelard, powstając ze swojego miejsca. – Oby Bóg nam sprzyjał.

 

Słońce nie wzeszło tego poranka. Niebo było ciemne, przesłonięte chmurami. Wiatr wzmagał się, był porywisty i zimny. Ptaki nie śpiewały, pochowały się w swoich kryjówkach, jakby czując nadchodzące zagrożenie. Konie w stajniach były zaniepokojone. Zwierzęta miały bardziej wyczulone zmysły. Wyczuwały magię i bały się. Słusznie.

Cała trzoda chlewna została ubita, a wszyscy najedli się do syta. Ksiądz udzielił dyspensy na spożywanie pokarmów pochodzenia zwierzęcego, bo był to dzień postny. Jedzenie na kolejny dzień schowali w kościele i wieży, by mieć co jeść do czasu przybycia wroga, resztę natomiast zakopali bądź zniszczyli, by nie dostało się w ręce nieludzi. Wszyscy oczekiwali, przygotowani fizycznie i duchowo na to, co nadejdzie. Każdy z nich był gotów oddać życie w obronie ojczyzny.

W oddali, u podnóża gór ujrzeli kolumnę orków. Armie nieludzi zbliżały się, a oni mogli jedynie czekać.

 

Wkrótce zobaczyli, że do wioski jedzie goniec. Pędził na złamanie karku, przyciśnięty do końskiego grzbietu. Po chwili za nim pojawiły się sylwetki orczych zwiadowców. Ich bestie nie były tak szybkie jak koń, ale były wytrzymalsze. A wierzchowiec gońca wyraźnie opadał z sił.

– Nie zdąży. Dogonią go i ustrzelą – zimno stwierdził Bryant.

– Chyba, że wyjedziemy do niego – oponował Athelard.

– Nie warto ryzykować naszego życia ani sił. Bardziej jesteśmy potrzebni tutaj – powiedział Adam.

– Poza tym, to tylko goniec – dodał Heimon.

– Ale to mój człowiek. Szybko! Do stajni! Ocalimy go – rozkazał krzyżowiec.

– Czy ty jesteś niepoważny?

– Słyszeliście co powiedział – wtrącił Bryant. – To on dowodzi. No, na co czekacie?

Zbiegli na dół, chwycili kopie i wyprowadzili konie, przez jeszcze nie zabarykadowanie drzwi.

– Na koń! – krzyknął Athelard. – Za mną!

W kilka chwil przeszedł do galopu, a potem w cwał. Goniec widząc ich, zrozumiał, że ma szansę i jeszcze bardziej pospieszył konia. To był błąd. Zmęczony wierzchowiec potknął się o wystający kamień i upadł. Jeździec przekoziołkował w powietrzu i padł na ziemię. Zakurgathy były tuż tuż.

– Naprzód, w imię Boże! – ponaglił kompanów stary rycerz.

Orkowi zwiadowcy zawahali się chwilę, widząc szarżujących rycerzy. Nie wiedzieli, co robić, w końcu było to tylko czterech zbrojnych i jeszcze pięciu lżej uzbrojonych, orkowie mieli przewagę dwóch do jednego. Gdyby nie ten pościg za bezbronną ofiarą, który wzbudził w nich pragnienie krwi, zapewne uciekliby, nie chcąc stawać do walki. W tym jednak przypadku byli zdezorientowani. Kilku zaczęło mierzyć do wojowników z łuków. Jeden z nich zawrócił, potem drugi. Zaraz wszyscy uciekali. Ale zawahali się za długo, a rozpędzona konnica Veran uderzyła, swoimi długimi kopiami strącając i przebijając orkowych zwiadowców w odwrocie. Zbyt późno zaczęli uciekać, nie zdążyli znaleźć się w bezpiecznej odległości. Rycerze, porzucając kopie, z nadzianymi nieludźmi, dobywali mieczy i jechali dalej, atakując kolejnych wrogów po plecach. Zakurgathy ani ich jeźdźcy nie zdołali uciec przed ich gniewem.

Wracając, pamiętali by zebrać niezłamane kopie, które mogły się jeszcze przydać, oraz by dobić rannych przeciwników. Podjechali do gońca. Jego koń leżał na ziemi, oddychał ciężko, toczył pianę z pyska. Nie podnosił się. Być może miał złamaną nogę. Goniec natomiast rozglądał się nerwowo, przytulając się do boku wierzchowca. Kiedy Athelard zeskoczył z konia i podszedł do niego bliżej, tamten chciał coś powiedzieć, ale nie mógł nic wykrztusić z zaschniętego gardła. Rycerz posadził go na swojego konia. Widząc, że wierzchowiec gońca już nie wstanie, dobył mizerykordię i dobił go, aby nie musiał dłużej cierpieć. Następnie pospiesznie wrócili do wieży, obawiając się ataku innych orczych jeźdźców.

 

Chłopak wypił już drugi kubek wody, odstawił go i oddychał głęboko. Jeszcze raz przełknął ślinę i spróbował się uspokoić. Nikt go nie ponaglał.

– Panie, hrabia Renfred dostał ostrzeżenie i już szykuje wojsko. Nakazał mi wrócić i powiedzieć, że mamy utrzymać tę wieś tak długo, jak tylko się da. Jego wojska dotrą tutaj najwcześniej jutro wieczorem.

Heimon zaklął.

– Nie wytrzymamy tyle…

– Ale jeżeli zatrzymamy ich choć do południa, to hrabia nie będzie miał problemu z odnalezieniem ich i rozbiciem – stwierdził Adam, próbując znaleźć pozytyw w tej sytuacji.

– Tak, ale do tego czasu wróg będzie miał już wsparcie ciężkiej piechoty i potworów. Renfred dalej będzie miał twardy orzech do zgryzienia – zauważył Bryant.

– Ale nam już nie będzie dane zobaczyć końca – powiedział Heimon.

– Czyżbyś bał się śmierci, sir? – zapytał Athelard. – Czyżbyś bał się zginąć za Boga i ojczyznę? Czy nie czujesz się zobowiązany do takiego losu? Zginiemy w słusznej sprawie. Być może wszyscy, już następnego dnia, będziemy razem cieszyć się w niebie. Wątpisz w to, sir?

– Nie – warknął tamten. – Gdzież bym śmiał.

– Panie! – na górę wbiegł jeden z giermków. – Orkowie rozbili obóz jakieś trzy staje stąd!

– A więc poczekają do zmroku. Każcie zabarykadować drzwi. Trzeba będzie przygotować pochodnie.

 

Wraz z zachodem słońca, usłyszeli ryk rogów bitewnych wroga, które brzmiały niczym wycie demonów piekielnych. Pobudziły one całą masę nieludzi, których kolumny ruszyły naprzód, do walki. Było ich ponad piętnaście setek.

– A więc zaczęło się… – stwierdził obojętnie Athelard, kiedy usłyszał lament rogów i ryki wydobywające się z setek orczych gardeł.

Wróg szedł naprzód, trzymając tarcze w górze, by ochronić się przed gradem strzał, który miał na nich za chwilę spaść. Stary rycerz wziął łuk, nałożył na niego specjalny pocisk i czekał. Dał innym łucznikom znać, by podpalili strzały od pochodni, tak jak on. Następnie naciągnął cięciwę, wycelował i strzelił. Kolejne pomknęły w stronę zapory. Suche, łatwopalne materiały, błyskawicznie zajęły się ogniem. Orkowie z samego czoła kolumny, którzy właśnie przechodzili przez tę przeszkodę, stanęli w płomieniach, rycząc okropnie. Zimnolubne orki były bardzo podatne na ogień. Dlatego przygotowano tak wiele ognistych strzał. Oby za szybko się nie rozpadało. Athelard oddał łuk chłopu obok i wziął swoją broń. Pocałował Savinę, która chciała przewodzić łucznikom, i uścisnął ją mocno. Łzy popłynęły mu po policzkach.

– Dopiero co do ciebie wróciłem…

– Nie frasuj się. Zginiemy broniąc naszej ojczyzny. To dobra śmierć. Czy nie o tym marzyłeś? – uśmiechnęła się pogodnie, acz także zaczęła ronić łzy. – Zobaczymy się przed obliczem Boga. A teraz idź. Z Bogiem, mężu.

Ucałował ją jeszcze raz, po czym zszedł na dół. Odnalazł Ismenię. Podszedł do niej i objął ją mocno. Następnie wręczył jej mały, srebrny kluczyk.

– Weź to. Zrób to dla mnie, proszę.

– Dobrze, ojcze. Kocham cię – otarła łzy i zostawiła go.

Zajął pozycję przy jedynym wyjściu i czekał. Nawet konie wprowadzili tutaj, by, kiedy wróg przełamie barykadę, zaatakować z ich grzbietów. Ale na razie pozostawało im czekać. Wkrótce orkowie zaczną rąbać drzwi.

 

Drewniane odrzwia zostały wyłamane z zawiasów.

– Dalej, dzieci Boże! Walczcie za Boga! Walczcie za ojczyznę! – krzyczał Henriot, dzierżąc pastorał.

Za jego plecami ludzie kontynuowali modlitwę, podczas gdy on stał zaraz za walczącymi, dodając im otuchy.

– Zabić te pogańskie bestie! Nie pozwólcie im dostać się do domu Bożego!

Chłopi mieli nikłe szanse z potężnymi, opancerzonymi orkami. Mimo to dzielnie stawiali im czoła. Henriot, widząc że linia się przerzedza, chwycił miecz do wolnej ręki i gromkim głosem śpiewając religijną pieśń, dołączył do walki. Ciął każdego orka, który był w zasięgu, pozwalając, by to aniołowie kierowali jego ostrzem. Niemal każdy cios zadawał druzgoczące rany, a czarna krew tryskała obficie. Został trafiony już kilka razy, ale mimo że upływało już z niego życie, nie przestawał śpiewać hymnów pochwalnych na cześć Pana.

Za nim byli jego wierni. Owieczki, dla których on był pasterzem. Nie mógł ich zawieść. Nie mógł pozwolić, by Zły dostał się do ich owczarni. To był ich dom, dom Boga. Ich mała ojczyzna.

Kolejny cios rozpłatał jego pierś. Padł na kolana, bez sił. Potem upadł na bok.

To koniec – pomyślał.

Wtedy jeden z chłopów złapał upadający pastorał i uniósł go, kontynuując śpiew.

Widząc to oddanie dla sprawy, tę zaciętość, odwagę, patriotyzm i heroizm w tych zwykłych chłopach, uśmiechnął się, a z kącika jego oka popłynęła łza. Nim skapnęła na ziemię, on już nie żył.

 

– Dalej! Odeprzeć ich! – krzyczał Athelard. Walczyli w strasznym ścisku, niemal bez możliwości ruchu, przepychając się i dźgając czym popadnie. Konie padły już wcześniej, kiedy z ich grzbietów ścinali orcze głowy, w końcu nieludziom udało się opanować i zabić zwierzęta, lżej opancerzone od jeźdźców. Starcie było coraz bardziej brutalne i, niestety, siła i wytrzymałość miały teraz największe znaczenie, a w tym orkowie stanowczo przeważali.

Athelard nawet nie zauważył, kiedy został sam. Trafiony w plecy, padł na ziemię. Poczuł błoto na policzku. Chyba wypadł na zewnątrz.

Pada – pomyślał. Zauważył, że nikt go nie atakuje. W ogóle zrobiło się strasznie cicho. Powoli powstał z ziemi, by zobaczyć, że orkowie otaczają go ciasnym kręgiem, ale nie atakują, a jedynie patrzą na niego. Nie słyszał odgłosów walki. Zabili wszystkich oprócz niego.

Już wcześniej odrzucił hełm, powgniatany od wielu ciosów, więc teraz deszcz spływał po jego długich, jasnych włosach. Zaciskał dłoń na swoim mieczu, oczekując, co się stanie. Jeden z orków, większy i lepiej uzbrojony od pozostałych, przepchnął się do niego, śmiejąc się szyderczo. Athelard spojrzał w górę. Nie widział słońca, a tylko ciemne, deszczowe chmury.

– Powiedz mi, człowieku – zaczął ork, obrzydliwym, gardłowym głosem. – Za co warto ginąć? Za ten marny kawałek ziemi?

– Nie – odparł rycerz – za ojczyznę.

Po tych słowach zaintonował pieśń religijną i ruszył na wroga.

Koniec

Komentarze

Od razu powiem, że w tej historii nie ma dla mnie nic ciekawego, i nie jest to na pewno “nietypowe” fantasy (co chwila słowo HRABIA, ORKI, RYCERZ, WALKA, a że nie w Śródziemiu, to jeszcze nie znaczy, że nietypowe…), ALE

Poza nieznaczną ilością brakujących lub zbędnych przecinków zaskakująco sprawnie operujesz opisowym stylem trzecioosobowym i infodumpem charakterystycznym dla książek niejakiego Brendana Sandersona (tj. ich polskojęzycznych tłumaczeń). Mając 16 lat wystarczy, że przestaniesz pisać fantasy, i z automatu staniesz się autorem z wielkim potencjałem (to taki żart, ale jednak no poczytaj sobie coś innego niż fantasy, poszukaj jakiejś swojej drogi, w/e, rozwiń się jakoś, jeśli jeszcze tego nie robisz). Oczywiście tekstowi brakuje historii i dialogi są absurdalnie pompatyczne, ale taka konwencja, więc nie przeszkadzało to jakoś bardzo (poza tym że nie lubię tej konwencji XD). Znając życie to ktoś zaraz przyjdzie i zrobi tzw. “łapankę”, i żeby go przyciągnąć, to napiszę:

Tak, warto jest to przeczytać! 

 

PS Swoją drogą – konkurs szkolny? Jak ci poszło??? Chociaż wątpię, że któraś nauczycielka doczytała do końca XD

 

Ok, może przesadziłem pisząc, że jest to nietypowe uniwersum. 

No cóż, jestem teraz na poziomie fantastyki, ale może spróbuję jeszcze czegoś innego. Pisząc to wiedziałem, że konwencja nie będzie dla wszystkich ciekawa, no ale wciąż się uczę, może wkrótce będę robił to lepiej. 

A konkurs szkolny wygrałem :D

Nie daj sobie wmówić, że fantastyka to jakaś gorsza literatura. Autorów kryminałów jakoś nikt się nie czepia, mimo, że piszą literaturę gatunkową i tak samo jak pisarze fantasy, posługują się gotową formułą.

Nie dziwię się, że wygrałeś konkurs, bo opowiadanie jest napisane bardzo dobrym językiem. Biorąc poprawkę na Twój wiek, oceniam styl “Ojczyzny” bardzo pozytywnie. Czy ktoś pomagał Ci w edycji i dopracowaniu stylu? Gratuluję zwycięskiej pracy i ogólnie sprawnego pióra. Wrócę później z komentarzem do fabuły.

No cóż, przyznam, że nauczyciel pomógł mi wyeliminować parę błędów w budowie zdania, bądź z przecinkami, ale stylu nikt nie edytował. Dostawałem parę uwag, ale to dotyczyło pojedynczych zdań, a nie ogólnej budowy tekstu.

No cóż, jestem teraz na poziomie fantastyki, ale może spróbuję jeszcze czegoś innego

nienienienie

Nie o to chodzi, chodziło mi o fantasy, bitwy, miecze, rycerze, hrabia, zadyma, demony i tak dalej, są ciekawe wariacje tego gatunku, zobacz, żeby daleko nie szukać, “Ruch Generała”, a w ogóle sama fantastyka to jest największe osiągnięcie ludzkości (zupełnie nieironicznie).

Gratuluję wygrania konkursu!

 

A ja mam problem z klasyfikacją gatunkową. To przecież jest tylko trochę alternatywny świat, a nie czysta fantasy, pomimo orków, chaotycznego wymieszania imion itede itepe.

A ponieważ mamy tu jakieś takieś średniowiecze, to pojęcie ojczyzny jest trochę na wyrost. Wiem, wiem, Roland i słodka Francja i w ogóle, ale jednak to anachronizm. Patriotyzm chłopów – totalny anachronizm. Chłopów w Europie zasadniczo do XX w. nie obchodziły żadne patriotyzmy, pod koniec XIX w. troszkę się to zaczyna zmieniać, ale jeszcze wtedy to jest raczej “za króla/cesarza czy tam kogo”, a nie “za ojczyznę”. Światy fantasy też muszą mieć jakieś sensowne realia, a tu na dodatek jest nasz świat z dodatkiem trochę fantastyki, więc tym bardziej. Może oprócz polonisty powinien na to był rzucić okiem również nauczyciel historii ;)

Jak na opowiadanie szkolne to rzeczywiście jest nieźle, zwłaszcza pod względem stylu, ale fabuła nie porwała, pod koniec czytałam już po łebkach.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmmm. Przeczytałam mniej więcej jedną trzecią i nie wciągnęło. Ale nie traktuj tego osobiście – nie lubię rąbanek. Jak na Twój wiek, to bardzo imponujący tekst. I plus za osadzenie w nietuzinkowych realiach.

Sugerowałabym wycięcie niektórych szczegółów – opisywanie każdego ciosu, że wytarł broń i o co ją wycierał… Ale to może być spowodowane moją niechęcią do walk w ogóle. Może poczekaj na opinię fascynata – dla równowagi.

Błędy są, ale nie w jakichś rażących ilościach.

Athelard wyrwał miecz z dogorywającego saracena

A dlaczego Saracen małą literą?

On też ruszył by w pościg,

Ruszyłby łącznie.

Grot zdołał przebić się między płytami napierśnika, uśmiercając konia, ale nie zdołał zabić jeźdźca.

Wytarł swój miecz z krwi, ocierając o szatę poległego saracena,

Powtórzenia. Co jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego grot? (Dość często uciekają Ci w ten sposób podmioty.) Wywaliłabym “swój” – toż wiadomo, że o cudzy by się tak nie troszczył.

Nie chciał chować go tutaj. Zamierzał zabrać go do domu i pochować na rodzinnym cmentarzu albo chociaż na verańskiej ziemi.

Eeee… I zamierzał tachać trupa giermka na plecach? W tym upale?

Babska logika rządzi!

Jak już musi go tachać, to niech go wsadzi do beczki z winem – tak się onegdaj transportowało zmarłych na duże odległości. Ale zazwyczaj byli to np. członkowie domów panujących i tym podobni. Zwyczaj przywożenia ciał poległych na wojnach do ich ojczyzny jest dopiero podrugowojenny, co oczywiście wiąże się po części z logistyką – wcześniej po prostu nie było takich możliwości.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaina

Zgadzam się jeśli chodzi o przywiązanie chłopów i w ogóle o ich pojęcie ojczyzny, ale, szczerze mówiąc, tutaj nagiąłem rzeczywistość, aby pasowała mi do konkursu. W zwyczajnym świecie średniowiecza, może i nie przejmowali by się ojczyzną, w końcu co ich obchodzi w jakim kraju pracują? Raczej nie robiło im to dużej różnicy. Natomiast kiedy wróg nie jest innym człowiekiem, a takim np: orkiem, to pojawia się problem, bo ludzie muszą walczyć o swoją ziemię. W średniowieczu, gospodarstwo i ziemia były dla chłopa wszystkim, i nie mógł porzucić tego na pastwę orków. A fabułę wymyślałem w trakcie pisania, co w moim przypadku, nie wychodzi na dobre.

 

Finkla

Rąbanka? Chodzi o to, że za często pojawiają się walki? Cóż, chyba czytam za dużo warhammera. Jeśli chodzi o tego trupa, to zapomniałem napisać, jak go zabrał i jak teraz o tym myślę, to rzeczywiście wydaje się to niedorzeczne. Szczerze mówiąc, to gdyby nie wymagania konkursu, to zostawił by go, ale chciałem w jeszcze jeden sposób nawiązać do tematu. Pochowanie w rodzinnej ziemi i takie tam.

Tak, chodzi o nadmiar (w moich oczach) scen walki. No, nie lubię tego, nudzą mnie mordobicia.

A jaki właściwie był temat konkursu?

Babska logika rządzi!

Szeroko pojęta miłość do ojczyzny. Tekst mógł mówić o miłości do kraju, domu, itp.

No cóż, opowiadanie raczej nie przypadło mi do gustu. Zbyt wiele tu walk, religii i nachalnego patriotyzmu. Wiem, że do takiego ujęcia sprawy skłoniły Cię wymagania konkursu, ale dla mnie takie natrętne wykładanie kawy na ławę jest dość ciężkostrawne.

Przyjmuję do wiadomości, że właśnie taki świat sobie wymyśliłeś, ale do mnie jakoś zupełnie nie trafia to, że krzyżowiec, wróciwszy w krucjaty do Ziemi Świętej, angażuje się w wojnę z orkami. Moja wyobraźnia buntuje się przed takimi obrazami, choć nie wykluczam, że może jest zbyt uboga.

Z drugiej strony, nie można nie zauważyć, że opowiadanie jest dowodem wielkiego, budzącego się w Tobie, potencjału. Jeśli będziesz dużo czytać, poszerzysz słownictwo i opanujesz zasady poprawnego pisania, jestem przekonana, że Twoje opowiadania będą coraz lepsze. ;)

 

Tam­ten usko­czył w porę i po chwi­li zadał cię­cie, swoją za­krzy­wio­ną sza­blą. –> Zbędny przecinek. Zbędny zaimek – zakładam, że Saracen nie walczył cudzą szablą.

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

Z dużą siłą ude­rzył w małą, okrą­głą tar­czę prze­ciw­ni­ka, nie­mal ją nisz­cząc. Siła ude­rze­nia mu­sia­ła osła­bić prze­ciw­ni­ka, co krzy­żo­wiec wy­ko­rzy­stał, ude­rza­jąc po raz ko­lej­ny… –> Powtórzenia.

Proponuję abyś zaprzyjaźnił się ze słownikiem synonimów: https://www.synonimy.pl/

 

Już my­ślał o nie­wiel­kiej uczcie z oka­zji jego po­wro­tu. –> Już my­ślał o nie­wiel­kiej uczcie z oka­zji swojego po­wro­tu.

 

Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dział żyzne pola, na któ­rych roz­sie­wa­no na­sio­na… –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dział żyzne pola, na któ­rych roz­sie­wa­no ziarna

 

Tutaj, tak da­le­ko na po­łu­dniu, przez cały rok było go­rą­co. Ale nie było to pięk­ne lato, jak w domu. Tutaj cały czas pa­no­wał upał… –> Powtórzenia. Fragment ostatnie zdania zbędny – powtarza to, co napisałeś wcześniej.

 

Zie­mia świę­ta, mó­wi­li mu. To tutaj cho­dził i na­uczał Pan. –> Zie­mia Świę­ta, mó­wi­li mu. To tutaj cho­dził i na­uczał Pan.

 

wal­czył w Ziemi Świę­tej z sa­ra­ce­na­mi… –> …wal­czył w Ziemi Świę­tej z Sa­ra­ce­na­mi

 

Jako jej wła­ści­ciel był zo­bo­wią­za­ny strzec jej miesz­kań­ców… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

był zo­bo­wią­za­ny strzec jej miesz­kań­ców i pil­no­wać po­rząd­ku. Poza tym zo­bo­wią­zał się… –> Powtórzenie.

 

Ry­cerz był dumny ze swo­je­go kró­le­stwa, w któ­rej nawet chło­pi byli go­to­wi oddać życie za oj­czy­znę. –> Piszesz o królestwie, które jest rodzaju nijakiego, więc: …któ­rym nawet chło­pi

 

– Zbie­ra­my się! Vite! Mu­si­my do­trzeć do mia­sta przed zmro­kiem!

Krzy­czał jeden z goń­ców. Krzy­żow­cy ufor­mo­wa­li ko­lum­nę i w końcu ru­szy­li. Athe­lard roz­pro­sto­wał stare kości i do­łą­czył do ma­sze­ru­ją­cych. –>

– Zbie­ra­my się! Vite! Mu­si­my do­trzeć do mia­sta przed zmro­kiem! – krzy­czał jeden z goń­ców.

Krzy­żow­cy ufor­mo­wa­li ko­lum­nę i w końcu ru­szy­li. Athe­lard roz­pro­sto­wał stare kości i do­łą­czył do ma­sze­ru­ją­cych.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Przypuszczam, że przyda Ci się ten poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

fak­tem jest, że miał pro­ces in­kwi­zy­cyj­ny, przez jego nie­zdro­we za­in­te­re­so­wa­nie cza­ra­mi… –> …przez swoje nie­zdro­we za­in­te­re­so­wa­nie cza­ra­mi

 

Pokój oczy­wi­ście nie na­le­żał do ba­ro­na, który je­dy­nie wy­po­ży­czył go od wła­ści­cie­la… –> Raczej: …który je­dy­nie wynajął go od wła­ści­cie­la

 

– Nie omiesz­ka­jąc przy tym dodać kilku ką­śli­wych uwag… –> – Nie omiesz­ka­wszy przy tym dodać kilku ką­śli­wych uwag

 

Ale czuję, że tobie ra­czej do domu i ro­dzi­ny łacno niż do wo­jacz­ki, czyż nie? –> Ale czuję, że tobie ra­czej do domu i ro­dzi­ny tęskno niż do wo­jacz­ki, czyż nie?

Sprawdź znaczenie słowa łacno.

 

a ostat­ni za­wie­rał po­ko­je dla za­ło­gi. –> Skoro to statek, to raczej: …a na ostat­nim były kajuty dla za­ło­gi.

Nie wydaje mi się, aby pokład mógł coś zawierać.

 

– Dro­biazg – stwier­dził El­liot, sku­biąc swoją gęstą, czar­ną brodę. –> Zbędny zaimek. Kapitan chyba nie skubałby cudzej brody?

 

Po ob­ra­bo­wa­niu wszel­kich dóbr za­to­pi­li okręt. –> Po z­ra­bo­wa­niu wszel­kich dóbr za­to­pi­li okręt.

Obrabować można okręt, ale nie dobra. Dobra można zrabować.

 

Potem dry­fo­wa­łem, aż mnie nie od­na­le­zio­no. –> Potem dry­fo­wa­łem, aż mnie od­na­le­zio­no.

 

i prze­szka­dzał w in­te­re­sach sa­ra­ce­nów… –> …i prze­szka­dzał w in­te­re­sach Sa­ra­ce­nów

 

Dla­te­go ,,Ze­msta Ho­war­da.–> Dla­te­go „Ze­msta Ho­war­da”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

– Z pół­no­cy nad­cią­ga­ją wiel­kie hordy orków. WIEL­KIE hordy. –> Czy kapitan rzeczywiści powiedział to słowo wielkimi literami?

 

Obie­ca­łem – po­my­ślał. –> Tu znajdziesz wskazówki, jak można zapisywać myśli bohaterów:

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/;10328

 

Trakt cią­gnął mu się w nie­skoń­czo­ność. –> Raczej: Podróż traktem cią­gnęła mu się w nie­skoń­czo­ność.

 

Przy­naj­mniej mam konia – po­cie­szał się, pa­trząc na pięk­ne­go, ciem­ne­go wierz­chow­ca. Ka­pi­tan El­liot, wrę­cza­jąc mu go, po­wie­dział, że to pre­zent od Te­bau­da. –> Naprawdę wręczył mu konia???

Proponuję: Ka­pi­tan El­liot, przekazując mu go, po­wie­dział, że to pre­zent od Te­bau­da.

Za SJP PWN: wręczyć – «podać coś komuś do rąk, zwykle w sposób uroczysty lub oficjalny»

 

Po dzie­się­ciu la­tach walk na pia­skach ziemi świę­tej… –> Po dzie­się­ciu la­tach walk na pia­skach Ziemi Świę­tej

 

Wiele razy ata­ko­wa­na, ale nigdy nie zdo­by­ta. –> Wiele razy ata­ko­wa­na, ale nigdy niezdo­by­ta.

 

a jed­no­cze­śnie ogrompo­tę­ga tych ścian przy­po­mi­na­ła mu o tym… –> Piszesz o dwóch czynnikach, o ogromie i potędze, więc: …a jed­no­cze­śnie ogrom i po­tę­ga tych ścian przy­po­mi­na­ły mu o tym

 

spo­glą­da­li na niego lu­dzie. Za­prze­sta­wa­li swych zajęć i pa­trzy­li na niego… –> Powtarzasz informację.

 

Lu­dzie prze­sta­li krzy­czeć, ści­sza­jąc pod­eks­cy­to­wa­ne roz­mo­wy. –> To nie rozmowy były podekscytowane, a ludzie.

Proponuję: Podekscytowani u­dzie prze­sta­li krzy­czeć, ści­szyli roz­mo­wy.

 

– Witaj w domu, ojcze – stwier­dzi­ła, zanim się roz­pła­ka­ła. –> Powitanie nie jest stwierdzeniem.

Proponuję: – Witaj w domu, ojcze – rzekła, zanim się roz­pła­ka­ła.

 

Był tak zmę­czo­ny, że Isme­nia i Sa­vi­na po­mo­gły mu wejść i zdjąć z zbro­ję. Na­stęp­nie za­grza­ły mu wody, by mógł się wy­ką­pać po dłu­giej… –> Dlaczego te czynności wykonywały żona i córka, a nie pachołkowie i służba?

 

Zszedł do staj­ni i zo­ba­czył, że miał już osio­dła­ne­go konia. –> Raczej: Zszedł do staj­ni i zo­ba­czył, że koń już był osio­dła­ny.

 

Tu miesz­ka­ją moi pod­wład­ni, a oni nie zdo­ła­ją uciec. –> Panowie nie mieli podwładnych, oni mieli poddanych.

 

– Do­wódz­two na­le­ży się mi, jako naj­wy­żej uro­dzo­ne­mu… –> – Do­wódz­two na­le­ży się mnie

 

– A to czemu? – spy­tał z za­ro­zu­mia­łym tonem He­imon… –> – A to czemu? – spy­tał za­ro­zu­mia­łym tonem He­imon

 

Mó­wisz do Sługi Bo­że­go – od­parł, mó­wiąc cicho i groź­nie. –> Powtórzenie. Masło maślane. Czy mógłby coś odeprzeć, nie mówiąc?

Proponuję: – Mó­wisz do sługi Bo­że­go – od­parł cicho i groź­nie.

 

– Ale mają zwia­dow­ców na Za­kur­ga­thah. A te be­stie są szyb­kie… –> Dlaczego wielka litera?

 

Będą chcie­li za­ata­ko­wać w nocy. Nie będą mieli ze sobą ma­szyn, one będą prze­miesz­cza­ły się […] To, jak będą sku­tecz­ni, bę­dzie za­le­ża­ło od na­sze­go księ­dza – tu ski­nął głową na Hen­rio­ta. – Kiedy będą ata­ko­wać przy ich po­mo­cy, bę­dzie nam po­trzeb­na mo­dli­twa. –> To już nawet nie powtórzenia, to objaw groźnej będozy!

 

gdy bę­dzie­my wzno­sić modły do pana. –> …gdy bę­dzie­my wzno­sić modły do Pana.

 

– Na­przód, w Imię Boże! –> – Na­przód, w imię Boże!

 

nie zdą­ży­li zna­leźć się na bez­piecz­nej od­le­gło­ści. –> …nie zdą­ży­li zna­leźć się w bez­piecz­nej od­le­gło­ści. Lub: …nie zdą­ży­li odjechać na bez­piecz­ną od­le­gło­ść.

 

gra­dem strzał, który miał na nich za chwi­lę spaść. Stary ry­cerz wziął łuk, na­ło­żył na niego spe­cjal­ną strza­łę i cze­kał. Dał innym strzel­com znać, by pod­pa­li­li strza­ły od po­chod­ni, tak jak on. Na­stęp­nie na­cią­gnął cię­ci­wę, wy­ce­lo­wał i strze­lił. Ko­lej­ne ogni­ste strza­ły po­mknę­ły… –> Powtórzenia.

 

któ­rzy wła­śnie prze­cho­dzi­li przez prze­szko­dę… –> …któ­rzy wła­śnie prze­cho­dzi­li przez prze­szko­dę

 

– Dalej, Dzie­ci Boże! –> – Dalej, dzie­ci Boże!

 

zła­pał upa­da­ją­cą laskę z krzy­żem i uniósł ją w górę… –> Masło maślane. Czy można unieść coś w dół?

 

nie ata­ku­ją, a je­dy­nie pa­trzą się na niego. –> …nie ata­ku­ją, a je­dy­nie pa­trzą na niego.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ojej… tak wiele błędów… Dziękuję za ich wskazanie i obiecuję poprawę :) Jeśli chodzi o walki, religię i patriotyzm, to rzeczywiście przesadziłem. Co prawda chciałbym o tym pisać, ale tutaj, zapewne przez nadmiar, jest to niesmaczne nawet dla mnie. Dziękuję także za poradniki, gdyż do niedawna w ogóle nie dostrzegałem błędów, np: w budowie dialogu, co zdarza mi się bardzo często, czy zapisywaniu myśli bohatera.

dzierżąc wysoką laskę ze złotym krzyżem na czubku.

A to się nazywa pastorał :D

Fajnie, że piszesz w taki sposób – wydaje mi się, że widzę inspirację trylogią husycką Sapkowskiego. Trochę brakło wyczucia w doborze elementów świata: orkowie w zaprezentowanej formie średnio pasują do europejskiego średniowiecza.

Chętnie poczytam więcej tego rodzaju opowieści.

Podobało mi się nazewnictwo i sposób, w jaki bohaterowie patrzyli na świat: pyszne rycerstwo, mieszkańcy broniący ojcowizny – to są fajne, wiarygodne postawy, nawet jeśli opakowane w nadmierną pompę.

Pomysł ze zbiorowymi modłami także przypadł mi do gustu, podobnie jak fakt, że kościoły zapobiegają przywoływaniu demonów.

– Ale to mój człowiek. Szybko! Do stajni! Ocalimy go – rozkazał krzyżowiec.

– Czy ty jesteś niepoważny?

Czy ty jesteś niepoważny? :D

To zdanie szalenie mnie rozbawiło.

Uważam, Selmericu, za pozytywny objaw to, że po pewnym czasie nabrałeś dystansu do własnego dzieła i teraz potrafisz spojrzeć na nie bardziej krytycznie. To dobrze rokuje na przyszłość. ;)

Cieszę się, że uznałeś podane linki za przydatne i mam nadzieję, że równie pomocny okaże się także ten: http://www.fantastyka.pl/loza/17

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wisielec

No tak, pastorał. Shame on me… Dziękuję za uwagę, już poprawiam! :D

Trylogi husyckiej jeszcze nie czytałem, choć jeśli moje opowiadanie wygląda na inspirowane nią, to być może mi się spodoba. :)

Jeśli mowa o orkach, to o jaką formę chodzi? Bo rozumiem, że coś jest nie tak, ale nie wiem konkretnie co. Jeśli mógłbyś mnie oświecić… 

Będę pisał więcej opowiadań w tym świecie, ale trochę więcej popracuję nad fabułą i sprawdzę kilka razy, zanim pokażę tutaj. Będą raczej w podobnych tematach, bo takie lubię, ale postaram się tak nie przesadzać.

I jestem niezmiernie uradowany, że komuś, cokolwiek w moim opowiadaniu, się podoba! :D

 

regulatorzy

Dziękuję, mam taką nadzieję. :D

A jeśli chodzio ten ostatni link, masz na myśli to, by dać tekst do betowania? Ale ten, czy kolejne?

I dlaczego ,, Obiecałem – pomyślał. “ jest niepoprawnie? W linku, który dostałem, jest napisane, że ,, To niesamowite – pomyślała z przejęciem “ jest poprawnie, w takim razie co zrobiłem źle?

A jeśli cho­dzi o ten ostat­ni link, masz na myśli to, by dać tekst do be­to­wa­nia? Ale ten, czy ko­lej­ne?

Myślałam o przyszłych opowiadaniach.  

 

I dla­cze­go ,, Obie­ca­łem – po­my­ślał. “ jest nie­po­praw­nie?

Twój zapis myśli jest prawidłowy, ale podałam link, abyś wiedział, że zastosowany przez Ciebie sposób nie jest jedyny, że myśli można zapisywać na różne sposoby. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ok, jeszcze raz dziękuję.

Zwracaj uwagę na powtórzenia: 

Athelard wyrwał miecz z dogorywającego Saracena i natychmiast zasłonił się przed ciosem kolejnego przeciwnika. Wyprowadził fintę, po czym ciął znad ramienia, o włos chybiając gardła wroga. Tamten uskoczył w porę i po chwili zadał cięcie zakrzywioną szablą. Rycerz zasłonił się tarczą by zaraz kontratakować. Z dużą siłą uderzył w małą, okrągłą tarczę przeciwnika, niemal ją niszcząc. Impet ciosu musiał osłabić wroga, co krzyżowiec wykorzystał, tnąc po raz kolejny i rozpruwając brzuch Saracena. Nawet kolczuga nie zdołała go ocalić przed potężnym ciosem ecrenskiego miecza.

I na przecinki:

Jego wierzchowiec nadział się na włócznię[-,] podczas szarży.

Wytarł miecz z krwi[-,] o szatę poległego Saracena, po czym rozejrzał się wokół.

Zakurgathy[-,] ani ich jeźdźcy nie zdołali uciec przed ich gniewem.

Autorze, czytaj, pisz, nie jest źle ;)

 

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka