- Opowiadanie: Issander - Zoo pełne baśniowych stworów

Zoo pełne baśniowych stworów

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Darcon, Użytkownicy, NoWhereMan, Użytkownicy III

Oceny

Zoo pełne baśniowych stworów

Ciepło wspominam czasy mojego wczesnego dzieciństwa.

Nie miałam zbyt dużo przyjaciół wśród innych dzieci, ale byłam jeszcze na tyle mała, że nieszczególnie mi to przeszkadzało. Całe poranki i popołudnia spędzałam z mamą, razem gotując, bawiąc się czy zbierając liście w parku i pióra nad stawem.

Wczesnym wieczorem wracał do domu tata, a mama mogła skupić się na innych zajęciach.

Czas spędzany z tatą był inny niż z mamą. Nie gorszy lub lepszy – inny.

Czas spędzany z tatą to czas opowieści.

Tata nie zabierał mnie nad staw ani na plac zabaw, lecz zamiast tego opowiadał mi o morzach i parkach rozrywki tak wielkich, że można bawić się w nich do utraty tchu, a mimo to nie zjechać nawet z każdej zjeżdżalni!

Czasem mówił mi o mamie tak, jakby nie znajdowała się w zasięgu słuchu, a ona uśmiechała się tylko z kuchni na tę jego dziecinność. Momentami było mi aż głupio, ale taki jest urok taty.

Wielokrotnie opisywał mi, co działo się, gdy nie było go w domu. Pracował w zoo i przynosił ze sobą opowieści o wspaniałych zwierzętach:

O smukłych żyrafach, których czasem dosiadał, by móc dosięgnąć wysokich miejsc.

O potężnym wężu, który bez problemu potrafił połknąć człowieka, a jednemu z jego kolegów odgryzł nawet kiedyś palec!

O słoniach, co dmuchają powietrzem z trąby. Przyjemnym i ciepłym, gdy mają dobry humor, a zimnym, kiedy chorują.

O czarnych kotach z czerwonymi oczami, które pomagały jemu i jego kolegom zajmować się resztą zoo.

Wreszcie o trzech smokach: czerwonym, zielonym i niebieskim. O nich mówił dużo. Niebieski był szefem i pozostałe musiały go słuchać. Czerwony – gruby niczym beczka – leniwił się tylko, rzadko kiedy nawet jedząc. Z najmłodszym – zielonym – najwięcej było problemów. Wiele się nasłuchałam o tym, jak często trzeba go karmić i się nim opiekować.

Cieszyłam się, bo w takim kolorowym otoczeniu na pewno się nie nudził. Z drugiej strony nie dziwiłam się, że wracał do domu wyczerpany.

Wreszcie nadszedł ten dzień, gdy oznajmił, że zabierze mnie do siebie do pracy. Wcześniej wcale nie ukrywałam, że bardzo by mi na tym zależało, więc niewiarygodnie się ucieszyłam. Ojciec miał przy tym wyjątkowo poważną minę i stanowczo poprosił, bym obiecała, że będę się go pilnować oraz niczego nie dotykać.

Na co, oczywiście, pośpiesznie i wielokrotnie przytaknęłam.

Zawiózł mnie następnego dnia – lekko niewyspaną z przejęcia – pod duży i niczym niewyróżniający się budynek, który zupełnie nie wyglądał jak zoo. Przyłożył plastikową kartę do urządzenia przy drzwiach. Piknęło i wrota się otworzyły.

W środku wcale nie przypominało to zoo. Wszędzie znajdowały się półki sięgające tak wysoko, że nawet tata nigdy by tam nie dosięgnął. Naokoło krzątali się ludzie w paskudnych seledynowych kamizelkach, każdy zajęty własnymi obowiązkami. Tylko niektórzy zwrócili na nas uwagę na tyle, by się przywitać.

Byłam coraz bardziej zdezorientowana, ale tata prowadził mnie do zoo, więc na pewno musiało gdzieś tutaj być. Pewnie trzeba tylko przejść przez ten duży budynek, myślałam.

Ale tata zatrzymał się, kucnął i zaczął pokazywać palcem.

– O, popatrz. To jest jeden ze słoni, o których ci mówiłem. – Wskazał na coś, co kilka lat później mogłabym nazwać industrialnym wentylatorem. Nie wiedziałam, o co chodzi. Był duży i szary, mógłby się za nim zmieścić słoń, ale nie było tam żadnego.

Tata obrócił się.

– Spójrz na tego węża – powiodłam wilgotniejącymi oczami wzdłuż taśmy produkcyjnej. Tuzin ludzi pracował przy niej na wydzielonych stanowiskach, wykonując czynności, których celu nie próbowałam nawet zgadywać. – Olbrzymi, prawda? Jest nawet większy od smoków. Chcesz pójść je zobaczyć? Są na podwórzu, w zamkniętych przestrzeniach nie czują się dobrze.

Ale ja nie patrzyłam na „węża”. Niedaleko od nas jeden z pracujących mężczyzn właśnie wznosił się na wysięgniku, by dotrzeć do wysoko położonych półek. „Żyrafa”.

Powoli zaczynałam rozumieć, jak się czuję – rozczarowana, rozgoryczona. Po chwili zebrało mi się na łzy.

To była najgorsza chwila mojego życia.

 

***

 

Tata zabrał mnie do samochodu. Nie powiedział ani słowa. Miałam nadzieję, że mu głupio. Że mu przykro.

Zastanawiałam się, co zamierza zrobić. Choć nie miało to znaczenia – i tak nie zamierzałam się do niego odzywać do końca życia. Chciałam tylko wrócić do domu.

Dopiero kiedy zatrzymał samochód, zorientowałam się, że wcale nie pojechaliśmy z powrotem.

“Zoo” – głosił duży napis na końcu parkingu.

Zaczęłam wyć i kopać w fotel. Czy zamierzał zrobić mi coś jeszcze gorszego?

Ale on podszedł tylko, otworzył drzwi i nachylił się, by mnie przytulić. Nie chciałam tego, ale nie mogłam uczynić nic, by temu zapobiec.

Wreszcie, gdy mimo woli uspokoiłam się nieco, podniósł mnie i zabrał ze sobą.

Postawił mnie na piaszczystej ścieżce.

Otarłam rękawem opuchnięte powieki.

Przede mną stał słoń. Wielki i szary. Słoń.

Nie wiedziałam, jak zareagować, więc po prostu gapiłam się w milczeniu. Ktoś powiódł mnie za rękę.

Zobaczyliśmy lwa. Zebrę. Goryla, kobrę, a potem jaszczurki. Następnie krokodyle. A potem zapomniałam, że jestem zła.

– Musisz mi wybaczyć niedobór smoków – powiedział tata – Jedyny, jakiego mają, jest dość mały i nawet nie lata ani nie zionie ogniem.

Przeszkadzało mi to tylko trochę.

 

***

 

Wcześniejsze emocje i dobra zabawa dały o sobie znać, gdy zmęczona znalazłam się w samochodzie. Towarzyszyło mi dziwne wrażenie, że nie mam pojęcia, jak się naprawdę czuję – czy byłam wesoła? Smutna? Mile zaskoczona? Czy może zawiedziona?

W takiej chwili najlepsze rozwiązanie to pójść spać.

Ojciec jednak nie zamierzał na to tak od razu pozwolić.

Zatrzymał samochód pod blokiem, ale nie wysiadał, więc i ja się nie ruszałam. On chyba też nie wie, jak się czuje, zrozumiałam – a może po prostu mi się tak wydało, bo byłam wyczerpana i śpiąca.

– Chciałbym, żebyś wyciągnęła z dzisiejszego dnia pewną lekcję – zaczął wreszcie i było w jego głosie coś, co przyciągnęło moją uwagę. – Nie ma nic złego w uciekaniu w świat fantazji. Prawdziwe życie nigdy nie będzie tak piękne, jak byśmy tego chcieli. Wyobrażanie sobie czegoś, czego nie możemy mieć, to odwieczna słabość ludzkości.

Przerwał na chwilę, kontemplując, ubierając myśli w słowa.

– Jednak ważne jest, żeby wiedzieć, jak owo prawdziwe życie wygląda. By potrafić je docenić, ponieważ ono też jest piękne. Tam także jest radość, choć wymieszana z bólem i wszystkimi nieprzyjemnościami jawy. Pozostając jedynie w świecie wyobraźni, poddajemy się ułudzie. I choć jest to kuszące, w ostateczności jedyne, co z tego nam przyjdzie, to rozczarowanie i rozgoryczenie. Mam nadzieję – zakończył wreszcie – że zrozumiałaś, co chciałem ci przekazać. I że nie znienawidzisz mnie za to. Chodźmy, jest już późno.

Chciałam potwierdzić, że tak, że rozumiem, lecz tylko po to, by móc wreszcie położyć się do łóżka. Nie pojęłam wtedy słów taty – byłam zwyczajnie zbyt zmęczona.

Lecz następnego dnia, kiedy się obudziłam, przyszła ta chwila.

Chwila, w której po raz pierwszy zaakceptowałam fakt, że moja mama nie żyje.

Koniec

Komentarze

Najciekawsza w tej historii jest dla mnie perspektywa ojca. Robił co mógł, żeby zaczarować córeczkę bajkami. Potem pokazał jej swoje miejsce pracy i zobaczył, że jest rozczarowana i niezadowolona.

Pracując w fabryce na pewno sam jest zgorzkniały  i przeświadczony o niskiej wartości swojego życia i być może chciał spojrzeć na siebie oczami dziecka. Liczył, że zakład przemysłowy będzie dla małej niesamowitym placem zabaw. Okazało się, że dziewczynka jest rozkapryszona i ocenia pracę ojca jako bezwartościową, krzywdząc go nieświadomie.

Zrezygnowany ojciec zabrał dziecko do prawdziwego zoo, myśląc z goryczą o monotonii swojego życia i mając nadzieję, że córeczka uniknie podobnego losu.

Oto, co ja wyjąłem dla siebie z tej historii. Finalna scena ma moralizatorski charakter i w moich oczach jest niepotrzebna. Pozwoliłbym czytelnikowi na samodzielne wyciągniecie wniosków.

Przemowa ojca ma celowo moralizatorski charakter, ponieważ skierowana jest do jego córki, której infantylność podkreśliłem w wielu miejcach, a którą chce skłonić do zmiany swojego zachowania/postrzegania świata.

Oczywiście, rozumiem, o co ci chodzi, traktowana jako wnioski płynące z tekstu rzeczywiście jest niepotrzebna, po prostu nie miała być tak traktowana.

Trafnie zauważyłeś, że choć bohaterką i narratorką jest córka, to prawdziwą ofiarą jest ojciec, który również przecież stracił kogoś bliskiego, a nie może sobie pozwolić na ucieczkę w świat fantazji. 

ironiczny podpis

Ostatnim zdaniem walnąłeś mnie między oczy.

Ale też ostatnie zdanie sprawiło, że przestałam rozumieć cokolwiek.

Przede wszystkim nie odniosłam wrażenia, że dziewczynka żyje w wyimaginowanym świecie. Wręcz przeciwnie – opowiada o sobie tak, jak opowiadałoby każde dziecko, spędzające czas w domu pod opieką mamy.

Nie bardzo też potrafię określić wiek dziewczynki – skoro opowiada tylko o domu i spacerach, a mamy z nią nie ma (nie wiem też, jak dawno mała straciła matkę), zastanawiam się, kto sprawował opiekę nad chyba pięcioletnim dzieckiem. Czy nie odróżniała mamy od ewentualnej opiekunki? Czy tak małe dziecko, zmęczone i śpiące po dniu pełnym wrażeń, zrozumiałoby „wykład” taty?

Niespecjalnie podoba mi się sposób opowiedzenia historii – jeśli są to wspomnienia dorosłej już kobiety, opowieść miejscami brzmi dość infantylnie, a jeśli narratorką jest dziecko, to, moim zdaniem, niektóre użyte przez nią słowa są chyba nazbyt „dorosłe”.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, pisałem to z myślą, że narratorka jest w wieku licealnym w trakcie opowiadania historii, a opisywane wydarzenia miały miejsce tuż przed tym, gdy poszła do szkoły. Jednocześnie było dla mnie oczywiste, że jej rozwój umysłowy nie jest do końca prawidłowy (brak znajomości z rówieśnikami, trauma z dzieciństwa, nieakceptowanie trudnej rzeczywistości). Szkoda, że wyszło w twoim odczuciu niekonsekwentnie. Najwyraźniej mogłem jeszcze nad tym popracować.

Natomiast dość wprost napisane jest, że zmęczone i śpiące dziecko nie zrozumiało “wykładu” taty. Dopiero następnego dnia, kiedy było już świeże i wypoczęte, dotarło do niego znaczenie słów :)

zastanawiam się, kto sprawował opiekę nad chyba pięcioletnim dzieckiem. Czy nie odróżniała mamy od ewentualnej opiekunki?

Możliwe. Niestety, ale skoro narratorce wydawało się, że spędza czas z mamą, to jak miałaby opisać, co naprawdę miało miejsce?

ironiczny podpis

Issandrze, przyjmuję Twoje wyjaśnienia, choć nadal wydaje mi się mało możliwe, że przemowa taty wygłoszona do zmęczonej i bardzo śpiącej córki, dotarła do niej, choćby i na drugi dzień, kiedy się wyspała. Nie bardzo chce mi się wierzyć, by tak małe dziecko, zmordowane dniem pełnym wrażeń i niecodziennych przeżyć, było w stanie „zarejestrować” słowa ojca, odtworzyć je sobie następnego dnia i jeszcze wyciągnąć właściwe wnioski z dość zawoalowanej treści.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Fantastyki mało.

A ja to zrozumiałam w ten sposób, że mama zmarła tuż przed pójściem do zoo, a tata próbował w ten sposób jakoś złagodzić szok, który przeżyła córka.

Jeśli było inaczej, to miałabym podobne zarzuty co Reg.

Ostatnie zdanie mocne.

Napisane całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Chwila, w której po raz pierwszy zaakceptowałam fakt, że moja mama nie żyje.

 

Czy ten fakt trzeba akceptować kilka razy? Jest to dość mocne przeżycie, jak zgaduję, ale wydaje mi się, że jedna akceptacja wystarczy.

Zdanie dziwne, choć kiedy je przeczytałem, to mną wstrząsnęło. 

narratorka jest w wieku licealnym w trakcie opowiadania historii, a opisywane wydarzenia miały miejsce tuż przed tym, gdy poszła do szkoły.

I zapamiętała słowo w słowo przemowę ojca, choć była wtedy zmęczona do takiego stopnia, że prawie nic nie rozumiała i myślała jedynie o łóżku?

 

Jeśli chodzi o ogólną ocenę, to mnie się naprawdę spodobało. Krótkie a treściwe.

In a perfect world man like me would not exist. But this is not a perfect world.

Nie przestajesz mnie zadziwiać, Isanderze. Piękna opowieść i zaskakująca. Bardzo długo wodzisz czytelnika za nos, balansując wręcz na granicy irytacji. Mam na myśli pobyt w firmie. Ale wiesz? To zadziałało na mnie, jak na dziewczynkę. :) Później było tylko lepiej, tak samo, jak u niej.

Poprowadziłeś mnie jak dziecko przez swoją opowieść… wieńcząc ją w pierwszej chwili zaskakującym, ale jakże zrozumiałym, finałem. Brawo.

To obyczajowa historia, ale jakże subtelnie powiązana z fantastyką i wyobraźnią, o życiu.

Masz ode mnie nominację.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ta opowieść urzekła mnie od początku tym, że jest opowieścią o sile wyobraźni. I realizmem magicznym nieprzedumanym, ale subtelnym. Zgłaszam :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Darconie, fajnie, że aż tak ci się spodobało, mimo wad wspomnianych przez przedpiśców.

Drakaino, jeszcze raz dziękuję za betowanie tekstu.

ironiczny podpis

Mam podobnie jak Reg, zupełnie nie zrozumiałam o co chodzi, bo ostatnie zdanie jest wtrąceniem, które dodatkowo daje więcej pytań niż odpowiedzi. A sam tekst jakoś mnie nie przekonał, mimo Twoich wyjaśnień. Niestety. :(

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Przeczytałem, ale szczerze mówiąc, lektura zostawiła mnie bez szczególnych impresji. Zapowiadało się ciekawie; rozczarowanie córki zoo, choć przewidywalne, wypadło nieźle. Później zaczynają dziać się cuda, a czemu ta matka nie żyje, choć dopiero co żyła, to nadal nie wiem.

Stoję w rozkroku pomiędzy opinią Darcona a MrBrightside’a. Bo przez cały czas tworzysz cudny klimat dziecięcej bajki, siły wyobraźni. Zawód z wizytą skojarzył mi się od razu z zawodem, że tata nie jest kimś wielkim, a jego miejsce pracy – prawdziwym ogrodem zoologicznym.

A potem z czapy przywalasz ostatnim zdaniem i się pogubiłem.

Choć jest ono z początku chwytliwe, to zaraz po pierwszym szoku pojawia się mnóstwo pytań i przeglądania tekstu, gdzie były ukryte wskazówki. Odczułem, że trochę za mało zapowiedziałeś to wydarzenie.

Podsumowując: jestem z lekka zaskoczony końcówką, lecz reszta koncertu fajerwerków jest solidna. Warta klika.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dobry wieczór! 

Zauważyłem kuszące trzy kliknięcia przy opowiadaniu, kuszące, bo mogę się wykazać i tu TAKIE tekścicho :) Nie dziwię się, że dostałeś brązowe piórko, chociaż ten tekst chyba wolę od Twego piórkowego, ale ja zawsze byłem nieco skrzywiony obyczajowo. No dobra, nie zawsze, ale przyszło mi to z wiekiem. 

Zgadzam się z Darconem, że świetnie to wyszło. Oceniam tekst jako po prostu literacki, a nie fantastyczny, chociaż porusza stare jak węgiel prawidła o tym naszym no, ludzkim eskapizmie w wyobraźnię, tak dobrze znanym zapewne niejednej tu osobie.

Technicznie tekst się broni, nie widziałem żadnych byków. Emocjonalnie jest to tekst bardzo dojrzały, w moim odczuciu, oczywiście.

Więc zgłaszam link do wątku bibliotecznego.

 

Nowa Fantastyka