- Opowiadanie: RogerRedeye - Żółta kokarda

Żółta kokarda

Opowiadanie ukazało się w XXIV numerze magazynu grozy “Histeria”, w styczniu tego roku.

Dawidowi Bołdysowi dziękuję za wyrażenie zgody na ponowne wykorzystanie jego wielce klimatycznej  grafiki. 

Spokojnej lektury opowieści o świecie przyszłości. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Żółta kokarda

 

– Kończyć śniadanie, zbierać dupy w troki! Tempo! – Günther Kluge zerknął na zegarek. Za kwadrans wyruszamy, a trzeba jeszcze zęby wymyć. Niemcy zawsze świecą kulturą osobistą, zwłaszcza tutaj, na tym przedpolu Europy. Rolf nakarmiony?

Helmuth Vogel, przewodnik psa tropiącego i zwiadowca,  potakująco pokiwał głową.

– Dostał dobrze wygotowaną koninę z kaszą, wszystko okraszone zestawem warzyw – stwierdził z uśmiechem. – Tak mu smakowało, że turlał michę przez pół godziny, wylizując resztki. Osiem godzin służby, trzeba zrobić dwie przerwy, żeby psisko odpoczęło.  

Wyraźnie zaakcentował ostatnie zdanie. Helmuth kochał zwierzęta i często godzinami opowiadał o psikusach drugiego ulubieńca, kocura Fuchsa. Za zgodą dowództwa kompanii trzymał go w kwaterze mieszkalnej sekcji Günthera.

Rolf i Fuchs, nazwany tak od płomieniście rudej sierści, lubili się, bo od maleńkości wychowywali razem. Wilczur zajadle szczekał na swoich pobratymców, jeżył sierść i szczerzył kły, gdy jego towarzysz bezczelnie spacerował przed zwierzęcymi klatkami, znacząc obecność częstym sikaniem. Dawał znać, że stanie w obronie kociego przyjaciela.

Vogel był niewysoki i bardzo szczupły. Wyglądał młodzieńczo niczym niedorostek, wcale nie na swoje dwadzieścia cztery lata. Może z tego powodu przylgnęło do niego przezwisko „Wróbelek”. Nie obrażał się, chociaż twierdził, że lepsze byłoby określenie „Krogulec”.

Kluge przyznawał mu rację. W ciele Helmutha trudno byłoby znaleźć gram tłuszczu. Wszędzie skórę wypychały twarde jak stal muskuły. W plutonie szanowano Vogla – wyuczył już kilkanaście psów, doskonale się sprawujących i bardzo pomocnych w służbie. Ale nie to było najistotniejsze. Anielsko uśmiechający się blondynek penetrował podziemne tuneliki, podkładał ładunki wybuchowe, a potem je odpalał. Działał przy nikłym świetle latarki, żeby nie zdradzać swojej obecności, bo za każdym załomem mogła czaić się grupka Czerwonych Fanatyków, bez wahania oddających życie, żeby wysłać na tamten świat jednego z żołnierzy Zjednoczonej Europy. Równie sprawnie kierował robotami saperskimi, bez mrugnięcia okiem uruchamiając detonator, gdy przychodził rozkaz „Rozwalić emigrantów! Stanowią zagrożenie!”.

Zwiadowca niejednokrotnie opuszczał oddział, w niewielkiej grupie udając się na rekonesans terenów po drugiej stronie linii zapór.

Przynoszono ciągle te same wiadomości.

Liczne grupy ludzi, przeważnie kobiet i dzieci, koczowały w pośpiesznie wzniesionych, nędznych chałupinach. Było też sporo starszych mężczyzn. Wszyscy trwonili czas na bezczynnym oczekiwaniu. Pola uprawne zarastały zielskiem – nikt się nimi nie zajmował. Często śpiewano smętne pieśni. Równie często odprawiano jakiejś uroczystości, zapewne religijne nabożeństwa.

Nadal wśród uciekinierów kręcili się młodzi mężczyźni i dziewczyny, porządnie ubrani, wyglądający na sytych. Często przemawiali. Łatwo było ich rozpoznać – nosili ładne czapki, niekiedy baranie papachy.

Dobrze wiedziano, że są emisariuszami Czerwonych Fanatyków. I ze przygotowują kolejny szturm. Starsze kobiety i mężczyźni nierzadko  odgrywali rolę „żywych torped”. Ciała tych nieszczęśników, już u schyłku życia, oblepiały ładunki wybuchowe. Poświęcali się, żeby zrobić wyłom w granicznych zasiekach i polach minowych.  

– Nic się nie zmienia… – nieodmiennie konstatował potem hauptmann Brise, komendant oddziału. – Zdychają z głodu, zżerają ich choroby, więc mają jeden cel – przedostać się do Zjednoczonej Europy. Do naszego Eurolandu. Niekiedy im się to udaje… Czujność, chłopcy!

Nigdy nie zapominał przypomnieć czegoś, o czym i tak wiedzieli jego podkomendni.

– Tym wszarzom potem pracować już się nie chce. Zasiłki tak, kwatery i darmowe leczenie tak. Urządzenie całych dzielnic i wsi po swojemu tak. Ale robota dla dobra wielkiej Europy – już nie. Gdyby mogli, z rozkoszą poderżnęliby nam gardła.  

Niebawem zwiadowca miał objąć stanowisko dowódcy plutonu rekonesansowego. Zamierzał pozostać w armii na stałe. Czekał tylko na egzamin z języka – musiał swobodnie porozumiewać się z mieszkańcami ziem po drugiej stronie granicy. Vogel twierdził, że mowa tuziemców robi wielkie wrażenie swoją poetyckością i wspaniałą, trudną do opanowania melodyką. Przyznawał, że ją polubił.  

Teraz Helmuth nałożył sobie na pajdę razowca z podgardlanką sowitą porcję chrzanu. Przełknął kęs i chrząknął z zadowoleniem.

Reszta dziesięcioosobowej sekcji pośpiesznie pałaszowała śniadanie. Kantyna świeciła pustkami – pozostała część kompanii skończyła poranny posiłek.

Żołnierze drużyny Günthera wcale nie zaspali. To było niemożliwe. Ostry dźwięk trąbki sygnałowej, przenoszony przez głośniki, podrywał na nogi nawet największego śpiocha. Po prostu poruszali się wyjątkowo ospale i spożywali śniadanie bardzo wolno. W nocy świętowali drugą rocznicę przybycia na ten odludny odcinek. Sznaps i piwo lały się obficie, a wspominkom o tym, jak powstrzymywali napór uchodźców, o ich desperackich wysiłkach, żeby przedrzeć się na drugą stronę wysokich kłębów drutu kolczastego, nie było końca.

Dopiero teraz dochodzili do siebie. Pozostawał jeszcze do zjedzenia twarożek z cebulką i pyszny dżem ze świeżej dostawy.

– Rolfowi należy się medal. – Jürgen Kowalski, snajper, po długiej chwili milczenia nawiązał do wypowiedzi Helmutha. – Wykryliśmy tyle tych pieprzonych podkopów i podziemnych przejść… Saperzy  je wysadzają, ale te insekty ciągle się pchają. Mają swoje miejsce do życia, ale nie, wyciągają ręce po darmowe.

Przerwał, żeby wybrać sobie słoik z konfiturą.

– Paręnaście lat temu załatwilibyśmy sprawę w okamgnieniu – kontynuował po chwili milczenia. – Niepotrzebnie złagodnieliśmy… Zobaczycie, że ta łaskawość kiedyś odbije się nam czkawką.

Ze smakiem oblizał łyżeczkę. Lubił słodkości na deser.

Kowalski pochodził z Bawarii, miał pięciu braci i był praktykującym katolikiem. Jego ojciec prowadził wielką farmę. W przesyłanych systematycznie infowieściach zdawał najstarszemu synowi dokładne relacje z jej stanu. Przypominał, że po zwolnieniu do rezerwy Jürgen przejmie jej prowadzenie.

Raz w tygodniu Jürgen żarliwie się modlił, prosząc Boga o opiekę nad sobą i towarzyszami broni. Nad pryczą powiesił obrazek z Matką Boską. Kiedyś poświęcił pół dnia na poszukiwanie komunijnego medalika. Zawieruszył się podczas pobytu w łaźni.

Tolerowano dziwne zachowanie Kowalskiego, bo świetnie strzelał i nigdy nie wahał się nacisnąć spustu. Wysyłał na tamten świat ludzi w czapkach, niezależnie od tego, czy byli to mężczyźni, kobiety, czy młode dziewczyny. Wśród Czerwonych Fanatyków wcale nie stanowiły rzadkiego zjawiska.

Günther ponownie sprawdził godzinę. Wstał.

– Koniec jedzenia! – zakomenderował. – Wymyć zęby i zbiórka na placu! Biegiem! Nie mam zamiaru zbierać opierdolu od hauptmanna!

Wszyscy żołnierze posłusznie wstali. Kowalski zdążył jeszcze raz oblizać łyżeczkę.

– Postępujemy zgodnie z rozkazami – dodał Kluge, poprawiając ułożenie bluzy maskującej na kamizelce kuloodpornej. Ciągle używano  barwnika feldgrau, bo dobrze się sprawdzał. – Befehl zum Befehl… Wydadzą inne, to je wykonamy. Zbiórka na placu!

Rolf, uwiązany na zewnątrz budynku, szczeknął dwa razy. Dawał znać, że się nudzi.

– Wymarsz o czasie – z satysfakcją zauważył Günther. – Ordnung muss sein… To właśnie nasz niemiecki porządek walnie przyczynił się do stworzenia Zjednoczonej Europy. Pamiętajcie o tym! 

 

***

 

Plac apelowy ział już pustką. Jeszcze kilkanaście minut temu zapełniały go szeregi żołnierzy Grenschutzu.

Kluge przez radiotelefon odbierał ostatnie dyspozycje.

– Wykonujemy to, co zwykle – zakomunikował. – Nic się nie dzieje, jednak obowiązuje czujność. Ci nieszczęśnicy są gotowi na wszystko i zrobią wszystko, żeby przejść na naszą stronę. Mogą wymyślić coś nowego… Kompania interwencyjna i śmigłowce gotowe do akcji. W razie potrzeby wesprą nas. Jeżeli kogoś złapiemy, odstawiamy do obozu przejściowego. Jedna z sekcji rezerwowych przejmie odcinek.

Szparko ruszyli. Rolf zawadiacko machał ogonem, jakby dawał znać, że to on jest najważniejszy. Pewnie cieszył się, że znowu pokaże, co potrafi jego nieomylny węch, wyczuwający ludzkie ciała pod ziemią.

Kluge czasami zastanawiał się, czy wilczur rzeczywiście nie stał się kluczowym członkiem drużyny. Parę miesięcy temu przestano  desperacko szturmować zasieki. Serie z karabinów i parędziesiąt ofiar zrobiły swoje. Emigranci jednak nie ustawali w wysiłkach – teraz drążyli  podkopy.

Już dochodzili do słupów potężnej linii zapór. Günther uważnie obejrzał teren, który emanował spokojem i ciszą, zakłócaną tylko śpiewem słowika, wysyłającego w czyste jak kryształ powietrze miłosne trele. Nic się nie zmieniło, zmniejszyły się tylko kępy brzózek, wycinanych na opał i szalunek tuneli, a rozległe połacie burzanów zawłaszczyły większą przestrzeń. Zdawało się, że ta wielka równina w rozświetlającym się promieniami wiosennego słońca poranku oddycha spokojem i ciszą.

Vogel pokiwał głową, jakby wtórował niewypowiedzianym myślom dowódcy.

– Da, wielikaja tiszina… Kładbiszenskaja… – stwierdził z nikłym półuśmiechem. – I olbrzymia przestrzeń, kończąca się dopiero nad wodami Pacyfiku. Zapuszczona, cuchnąca brudem i nędzą.

Kowalski poprawił ułożenie karabinu na ramieniu.

– Ojciec w rok stworzyłby tutaj wielkie gospodarstwo – stwierdził rzeczowym tonem. – Pszenica, rzepak, buraki cukrowe… Krowy na mleko i mięso. Najmłodszy brat miałby samodzielne dziedzictwo, a budowanie konglomeratu żywieniowego „Kowalski und Söhne” zostałoby zakończone… A ci  zasrańcy mieliby zajęcie jako parobkowie.

Ręką wskazał rozległe skupisko bud z desek, odległych o kilkaset metrów. Z nielicznych kominów sączyły się wątłe pasemka dymu.

– Ale nie, ich ciężka praca nie pociąga – kontynuował. – Chcą mieć to, co my osiągnęliśmy, ale nie zamierzają się spocić. Nadal żyją swoją  głupią ideologią. Niech żrą trawę i zdychają. Im szybciej, tym lepiej. Chryste Panie, taka ziemia leży odłogiem!

Z pogardą splunął na ziemię.

– Befehl zum Befehl. – Kluge wzruszył ramionami. – Nie byliśmy i nie jesteśmy rzeźnikami. Ale masz trochę racji. Koczują blisko, wykopanie podziemnego chodnika przy pracy zmianowej zajmuje niewiele czasu. W tym akurat są dobrzy… Parę salw z moździerzy – uważnie otaksował odległość do nieodległych, lichych sadyb – załatwiłoby sprawę. Widzisz, jednak trzeba być ludzkim. Nie zabijać bez potrzeby. Jako katolik powinieneś najlepiej o tym wiedzieć.

 Z uśmiechem poprawił niedokładnie zapiętą klamrę wczoraj wymienionego pasa. Nie zdążył jeszcze jej dopasować.

 

***

 

W trzeciej godzinie patrolu Rolf odnalazł zamaskowany wylot podziemnego tunelu. Nikt nie zwróciłby uwagi na mocno rozrosły jałowiec, ale psi węch okazał się niezawodny.

Wilczur położył się obok krzaku i szczekał urywanie, sygnalizując, że wyszukał to, co tak interesowało jego przewodnika.  

Sprawdzenie terenu poszło błyskawicznie.

– Czujnik saperski wskazuje, że nie zainstalowano ładunków wybuchowych. – Jeden z żołnierzy uważnie śledził linie, migające na ekraniku przenośnego urządzenia. Wszystkie układały się płasko. – Czysto!

Vogel kilkakrotnie przesunął mackę miernika geotermicznego tuż przy ziemi. Potem powtórzył czynność.

– Melduję, cztery obiekty. Dwa silniejsze wskazania wagi, dwa znacznie słabsze. Chyba dzieciaki.

– Albo niezbyt wyrośnięci, zapiekli w swojej nienawiści terroryści. – Günther otarł pot z czoła. Nagle się pojawił. – Odczyt nigdy nie jest dostatecznie dokładny.

Zadowolony Rolf znowu machał ogonem. Pozostali żołnierze celowali w gęstwę zielonych igieł.  

Kluge też skierował tam lufę karabinu automatycznego.  

– Podkop, szyb z drabiną – ciągnął z namysłem. – Mieli przygotowany ten krzak w jakimś kuble, osadzili u wylotu, starannie zamaskowali. Precyzyjna robota… Kowalski, wyrywaj przykrycie! W razie jakiejś niespodzianki, walimy długimi seriami! Przygotujcie granaty!

 

***

 

Wyszarpnięty krzew przekoziołkował w powietrzu. Sypała się ziemia, a drewniana donica głucho plasnęła o grunt.

Jednym rzutem oka Günther ocienił sytuację. Wolno opuścił broń.

Młodo wyglądająca kobieta z orlim nosem i układającymi się w ładne pukle ciemnymi włosami nie wyglądała na siepacza Czerwonych Fanatyków, tak samo jak wznosząca błagalnie dłonie starowinka i dwie dziewczynki, tulące się do spódnic obu kobiet. Jedna trzymała palec w ustach, druga wcisnęła sobie pod pachę szmacianą lalkę. 

Ich ciemne czupryny też się kręciły.

Drabina wyglądała na pospiesznie sklecony przedmiot jednorazowego użytku. Obok niej leżał parciany worek.

Młoda Rosjanka zaczęła szybko mówić. Nieco podniosła głos, żeby być lepiej słyszana. Ciepły alt brzmiał przyjemnie dla ucha.

– Wróbelek, tłumacz! – rzucił Kluge. Przejęty dziwną sytuacją, zapomniał, że Vogel niezbyt lubi swoje przezwisko. – Dokładnie!

Coś w wyglądzie wylewającej z siebie potoki słów uciekinierki budziło jego niepokój. Coś bardzo charakterystycznego, rzucającego się w oczy, cechującego pewną grupę ludzi. Tak jak wszyscy, uczył się o tym w szkole na lekcjach historii i biologii. Także później, w wyższej uczelni politechnicznej, w której zgłębiał tajniki zawodu odlewnika, z naciskiem przypominano tezy teorii ludzkich gatunków. Nigdy jednak nie spotkał przedstawicieli tej rasy – to od dawna było niemożliwe.

A teraz w umyśle dowódcy sekcji narastało przekonanie, że do takiego spotkania nieoczekiwanie doszło.

 

***

 

– Nadia Konstantinowna Kirilenko, krawcowa i szwaczka. Umie obsługiwać maszyny. Pracowała w fabryce odzieżowej, ale ją wyrzucili.

Günther pośpieszne włączył dyktafon. Każda informacja od ludzi zza Wschodniego Wału miała istotne znaczenie. Stale o tym przypominano.

– Kobieta, wyglądająca na babuleńkę, to jej matka. Nadia twierdzi, że wcale nie jest taka stara, tylko sterana życiem i pracą. Ma na imię Salomea. Dzieciaki to pięcioletnie bliźniaczki, Judyta i Estera. Musiała uciekać z rodzinnego miasta, bo był tam bunt. Mąż szedł w grupie, atakującej miejscowy komitet i zginął.

Przez dłuższą chwilę Vogel słuchał relacji uciekinierki.  

– Zaraz potem wywalono ją z roboty – kontynuował po paru minutach. – Nie czekała, co będzie dalej, bo spodziewała się, że postawią ją pod ścianą i rozstrzelają. Jej rodzina zebrała to, co mogła, i wywędrowała tutaj. Rozproszyli się po drodze. Straciła z nimi kontakt. Uważa, że u nas ona, matka i dzieci nareszcie będą dobrze żyć. Może pracować wszędzie, gdzie ją wyślemy.

Nagle na twarzy zwiadowcy wyraźnie odbiło się zdziwienie.

– Pochodzą z Krasnojarska – dodał. – Kawał drogi przewędrowały. Wszędzie u nich panuje ten sam bajzel. Czego innego można spodziewać się po ludzkich wyskrobkach?

Kluge skrzywił się. Wszyscy uciekinierzy opowiadali to samo, a potem natychmiast zmieniali zdanie. Budowali cerkwie, pili litrami czaj, śpiewali tylko dla nich zrozumiałe pieśni, tańczyli hopaka i karnie ustawiali się po wypłatę zasiłków opiekuńczych. Naśladowali starych mieszkańców Moskwy, Petersburga czy Niżnego Nowgorodu. Tak jak oni, nie asymilowali się. Nie przeistaczali w Europejczyków. Urządzali własny świat, potencjalnie niezwykle  niebezpieczny.

Jednak informacja o miejscu zamieszkania rodziny Nadii była bardzo ważna. Potwierdzała to, o czym wiedziano, ale co ciągle  weryfikowano – w wielkim kraju tuż za wschodnią granicą Zjednoczonej Europy ciągle panował chaos. I nikt nie potrafił go opanować. 

– Niech powie, czemu przeszły tylko one? Kto miał korzystać z tego podkopu?

Güntherowi kolejne pytanie samo zeszło z języka. W kolejce czekało następne. Każdy z dowódców sekcji, plutonów czy kompanii znał na pamięć zagadnienia, o które należało indagować. Potem do żmudnych przesłuchań przystępowali oficerowie wywiadu.  

– Powiada, że po zmroku miała ruszyć duża grupa. Przekupiła strażników, bo nie była na liście. Złoto i kosztowności nadal są u nich w wielkiej cenie… Już zabierała się do wyważania tego kubła, gdy pojawiliśmy się my. Dziękuje za wykonanie za nią ciężkiej pracy.

Vogel krzywo się uśmiechnął.

– Mówi, że podobała się strażnikowi, więc okazał litość – dodał. –  Normalne…

 Wszyscy żołnierze wiedzieli, że uciekinierki wiele mogły uzyskać, kupcząc swoim ciałem.

Kluge chrząknął. To nie była istotna sprawa.

– Powiedz jej, żeby dokładniej opisała sytuację. Nadal szerzy się głód, a oni wzajemnie się wyrzynają?

Odpowiedź trwała długo. Może Nadia coś z siebie wyrzucała, może po raz pierwszy otwarcie relacjonowała to, czego doświadczyła.

– Twierdzi, że bez przerwy toczą się wewnętrzne walki. Rozgrywki, kto obejmie władzę Po tym, jak zmieciono partię komunistyczną, powoli wszystko się normalizowało. To wie z opowieści rodziców. Ale bolszewicy przekształcili się w Czerwonych Fanatyków. Zyskują na znaczeniu, jednak z niczym sobie nie radzą. Pragną odwetu, więc skupiają się na przemyśle, nie bacząc, że ludzie mrą z głodu. Wielu buntuje się przeciwko powrotowi dawnego reżimu. Pamiętają, co to było i czym się skończyło. Wielu popiera, bo dyszą żądzą rewanżu za klęskę ich państwa. Ale jest coraz gorzej. Miasta pustoszeją. Ludzie je opuszczają, żeby mieć co do gęby włożyć. Ucieczka do Europy to dla większości jedyne wyjście.

Kluge pokiwał głową. Już nie słuchał słów Vogla – i tak zostaną zarejestrowane, a Nadia i jej matka kilkakrotnie przesłuchane. Musiał o wszystkim  powiadomić dowództwo odcinka.  

– Śmigłowiec z saperami i sekcją rezerwową już startuje – stwierdził po zakończeniu rozmowy. – Dostaniemy pochwałę w rozkazie za wzorowe pełnienie służby. Vogel, powiedz tym babom, że mogą wychodzić. Przekazujemy je do lagru przejściowego. Czeka je dobra opieka… 

 

***

 

Pierwsza wyszła Nadia Kirilenko. Jedną ręką obejmowała dziecko, przytulone do piersi. Dziewczynka trzymała pod pachą szmacianą lalkę.

Zobaczywszy Rolfa, uśmiechnęła się promiennie. Najwidoczniej widok wilczura przywiódł dobre wspomnienia. Zaraz potem na powierzchnię wydostała się babcia, obarczona drugą wnuczką. Wróciła szparko i wyniosła tobołek.

Nadia, gestykulując, wyrzuciła z siebie znowu kilkanaście zdań.

– Prosi o poniesienie dzieci – bez komendy przetłumaczył Vogel. – Są wyczerpane, a spodziewa się długiego marszu.

Kluge przyzwalająco kiwnął głową.

–  Tak, oczywiście – rzucił. – Należy być przecież ludzkim. I tego przestrzegamy.

Kowalski przewiesił karabin snajperski przez ramię.

– Czemu nie? Trzeba być ludzkim – powtórzył z uśmiechem. – I tacy właśnie jesteśmy. Pomodlę się za was po drodze.

Jednym ruchem silnych ramion umieścił dziewczynkę z lalką na barkach. Aż pisnęła z uciechy, gdy chwyciła głęboki okap hełmu.

Teraz, gdy uciekinierki wydostały się na światło dzienne, Kluge obejrzał je dokładnie. Ponownie powróciło poczucie, że spotkał przedstawicieli nieistniejącej już w Europie rasy. O której niekiedy, w czasach, gdy był jeszcze młodzieniaszkiem, wspominał dziadek, już wtedy siwiuteńki staruszek. Nie posiadali smagłej karnacji skóry, więc nie byli Cyganami. Jednak orle nosy, ciemne jak węgiel tęczówki oczu, kręcone włosy wyraźnie sygnalizowały, kim mogą być.

Günther po kilku sekundach porzucił bezpłodne rozważania. Wiedział, że w obozie przejściowym wszystko zbadają i wyjaśnią. Załoga lagru wykonywała naprawdę dobrą robotę.

– Nadlatuje helikopter! Wymarsz! – wydał rozkaz. Zarzucił sobie na ramię worek, jedyny dobytek rodziny Konstantinowych. – Idziemy gęsiego, Kowalski na czele!

– O tak, należy być ludzkim – dodał po chwili, widząc, jak drugie dziecko ląduje na ramionach jednego ze strzelców. – I tacy właśnie jesteśmy.

 

***

 

Dochodzili już do bramy obozu przejściowego.

Wybudowano sieć miejsc przetrzymywania uchodźców. Wszystkie były do siebie bardzo podobne. Długie szeregi baraków mieszkalnych, rozległy plac zbiórek, kuchnie, magazyny, spory budynek łaźni w kącie czworoboku płotów z drutu kolczastego i wież strażniczych. Miejsce zbiorowych kąpieli zwykle szczelnie przesłaniały bujnie krzewiące się żywopłoty. W osobnej części lokowano solidne koszary i wille komendantury. Wszystko przedzielały codziennie wygrabiane trawniki, cieszące oko soczystą zielenią wiosennej trawy.

Ten lagier niczym nie różnił się od pozostałych.

Dłoń Günthera bezwiednie wykonała kilka ruchów, akcentując rytm. Uśmiechnął się radośnie. Z głośników rozbrzmiewała operowa muzyka Richarda Wagnera. Bardzo ją lubił, a dawno nie słyszał.

Właśnie rozpoczynał się apel. Szeregi osadzonych, ubranych w pasiaki, stały nieruchomo. Wszyscy wyglądali na otępiałych. Niektórzy błogo się uśmiechali.

Kluge nie dziwił się ich zachowaniu. Służba medyczna SS kontrolowała największe koncerny farmaceutyczne, a jej szef, gruppenführer Hans Mengele, już dawno temu poinformował, że do masowej produkcji wdrożono zupełnie nowe specyfiki, stymulujące pożądaną świadomość i zachowanie. Znajdowały szerokie zastosowanie w stosunku do ludzi, którzy jeszcze nie stali się Europejczykami. Nie przemienili się duchowo w Aryjczyków.

Esesmani wolnym krokiem szli wzdłuż szpalerów niedawnych uciekinierów. Co parę kroków zatrzymywali się, sięgali do niesionych przez strażników pudeł i przypinali wybranym osadzonym żółte kokardy.  

Kawałki tkaniny wyglądały zwyczajnie, jednak lśniły czystością. Najwidoczniej często je prano.

Günthera przyjął sturmführer Johann Müller. Załatwił wszystko sprawnie i szybko.

– Zarejestrujemy, rozpytamy, przejdą badania. Pewnie zaraz trafią pod prysznic. – Starannie poprawił czerwoną opaskę ze swastyką na rękawie czarnego munduru. – Herr obergefreiter, gratuluję dobrze przeprowadzonej akcji.

Przez okno Kluge widział niedawne podopieczne, prowadzone  przez rosłego konwojenta. Trzymał w dłoni pejcz. Dziewczynka nadal tuliła do piersi lalkę. Uśmiechała się.

Günther miał na końcu języka pytanie o to, co niedawno męczyło jego umysł, ale Müller, pewnie o tym nie wiedząc, udzielił odpowiedzi.

– To Żydowice… Typowe okazy. – Roześmiał się rubasznie. – W Europie dawno pozbyliśmy się tych insektów, tuczących się kriwią czystych ras, ale tutaj jest ich jeszcze sporo. Trafiły w odpowiedniej chwili, właśnie weryfikujemy podopiecznych. Też klasyczni podludzie.

Kluge poczuł zadowolenie. Jego przypuszczenia potwierdziły się.

Zbierał się już do wyjścia. Sekcja zakończyła wykonywanie tego zadana. Pewnie, osądził, za kilka dni nie będzie o nim pamiętał.

– Można ich przecież w rozsądny sposób wykorzystać do prostych prac – rzucił. – Pan to na pewno wie lepiej, sturmführer, ale sądzę, ze przy rozbudowie Wału Wschodniego nadal byliby przydatni.

Müller przecząco pokręcił głową.

– Niewielu rokuje nadzieję na zmianę – stwierdził sucho. – To immanentna cecha charakteru takich osobników.

Westchnął.

– Naturalnie, wykorzystujemy ich do różnych robót, tak jak dawniej. Byli potrzebni do odbudowy wielu miast i tworzenia nowych, teraz naszej dumy. Oszczędziliśmy ich, taka była konieczność. A oni to wykorzystali. I bezczelnie powołują się na nasze europejskie prawo. Ten problem narasta, wymaga rozwiązania. Myślimy, że definitywnego.

Mężczyzna w nienagannie skrojonym, czarnym uniformie uśmiechnął się skąpo.

– Dla gatunku ludzkiego drugiej kategorii nie ma miejsca w Europie nowego ładu i porządku – podkreślił stanowczym tonem. – Poważne wyzwanie i ciężka harówa, ale jej sprostamy. Jak zwykle.

– Oczywiście. – Kluge wstał. Zasalutował. – Wracam do swoich zadań. Heil Hitler!

Wychodząc, znowu poprawił klamrę pasa. Nadal drobny kłopot sprawiała leciuteńka niczym piórko zapinka, z tym samym, co dawniej, napisem „Gott mit uns”.

 

***

 

Wracali. Z dowództwa batalionu Günther otrzymał polecenie kontynuowania patrolu.

Zatrzymał się na chwilę i przyjrzał majaczącym na horyzoncie umocnieniom pierwszej linii Wału Wschodniego. Ten widok zawsze napawał go dumą. Ostwall, wzniesiony na już azjatyckich stokach Uralu, stale rozbudowywany, stanowił majstersztyk sztuki inżynierskiej, zaporę  nie do przebycia dla armii Czerwonych Fanatyków, gdyby kiedyś zdecydowali się go forsować. Dawał pewność, że cywilizowane narody Europalandu będą spokojnie budować piękną przyszłość.  

Coś jednak psuło wspaniały obraz. Wysoki komin obozu przejściowego zasnuwał nieskazitelny błękit nieba kłębami czarnego dymu.

– Słusznie robią – mruknął pod nosem Kluge. Nie miał wątpliwości, co się stało. – Kraje naszego kontynentu tylko dla tych, którzy na nie zasługują. Nie dla Semitów, słowiańskiego i arabskiego bydła.

Nagle Güntherowi coś się przypomniało. Coś istotnego.

Rolf jeszcze nie odpoczywał. Wilczurowi należał się przynajmniej kwadrans oddechu na zregenerowanie sił. A on sam przestudiuje ważną wiadomość od brata. Zaaferowany przygotowaniami do nocnej libacji, rzucił tylko na nią okiem.

– Piętnaście minut przerwy, żeby nasz czworonożny tropiciel nieco odsapnął! – zakomenderował. – Można palić!

Kluge miał sześcioro rodzeństwa, co wcale nie było rzadkie. Polityka prorodzinna od dziesiątków lat święciła tryumfy. Pozostawał mu jeszcze niecały rok obowiązkowej służby wojskowej, a potem perspektywa urządzenia sobie dostatniego życia. Niekiedy dowódca sekcji ze zdziwieniem konstatował, że cztery lata pobytu w Grenschutzu minęły dla niego i kolegów z drużyny, jeszcze nie tak dawno zwykłych poborowych, tak szybko, jakby ktoś strzelił z bicza.  

Teraz uważnie studiował infowieść od Hansa, najstarszego brata. Prowadził w Tule dużą fabrykę części zamiennych i doskonale mu szło. Chciał, żeby Günther po zwolnieniu objął kierownictwo nowego działu – odlewniczego. Miał nadzorować pracę prawie setki robotników, przeniesionych z Warthegau, niewielkiego landu w środkowej Europie. Hans nadmieniał, że ci ludzie już się zasymilowali. Są szczerymi Niemcami i dobrymi Europejczykami.

To była wspaniała wiadomość i cudowna propozycja. Kluge błogo się uśmiechnął.

Niespodziewanie zerwał się ciepły wiatr, nareszcie przynoszący zapowiedź bardziej skwarnych dni.  

Niewielki przedmiot, niesiony podmuchem powietrza, musnął policzek Günthera i upadł mu pod nogi. Żółta kokarda, może źle przymocowana, może pospiesznie odpięta, może zerwana przez nosiciela, leżała u jego stop. Ciągle lśniła czystością pięknego odcienia żółci.

Kluge patrzył na nią w milczeniu. Dobrze wiedział, jak powstaje i do czego służy.

Starannie ją rozdeptał, a potem wgniótł w ziemię. Tak mocno, że po żółtej kokardzie nie pozostał nawet ślad.

Natychmiast o niej zapomniał. Była drobnym szczegółem bez znaczenia, przemyślnie zszytym kawałkiem tkaniny o wyrazistej barwie, niczym więcej.

Powrócił do swoich myśli. Serce przepełniała radość. I duma, że może żyć właśnie teraz, w tym nowym, wspaniałym świecie Zjednoczonej Europy.

Komin obozu przejściowego dymił coraz bardziej obficie.

 

24 maja 2017 r. Roger Redeye

 

Ilustracja – Dawid Bołdys

Źródło ilustracji → https://www.facebook.com/ShredPerspectivesWorks/

 

Koniec

Komentarze

Sugestywne, ponure i niestety – aż nadto prawdziwe. Zmień nazwisko Mengele. Albo dodj wyjaśnienie"prawnuk"," potomek" itd. Akcja toczy się przecież ze sto lat po 1945. Heil Hitler też mi nie pasuje. W nazistowskich Niemczech heil (jak i w star. Rzymie ave) dotyczyło tylko ŻYJĄCYCH wodzów. udany fragment śwuata Brunatnej Rapsodii czy podobnych do niej utworów. Historia alternatywna rzadko tu gości. Rozumiem że natchnęła Cię rocznica likwidacji getta w wawie, stąd kokarda, ale ten akurat symbol faalnie dobrany. Żydów w obozach nikt i nigdy nie kokardkował. Ich trójkąt na padiakach (jeśli zdążyli się ich dorobić) miał kolor żółty, po prostu, hak politycznych – czerwony, a kryminalnych bodajże czarny. Geje też mieli jakiś swój kolor, chyba fioletowy, podobnie jak Cyganie. Podoba mi się warstwa ideolo – niby niewidoczna, a przenijająca życie bohaterów. Nie podoba mi się Twoje naiwne przekonanie, ż Polaków Niemcy oszzędzili. Wg niemieckich planów Słowianie mieli być drudzy po Żydach w kolejce do gazu. Ostatni Pokak miał umrzeć gdzieś pod Uralem wroku bodajże 1973, o ile oamięć mnie nie myli.

 

Z heil Hitler niekoniecznie tak… Przyjąłem, że to pozdrowienie funkcjonuje nadal, jako wyraz hołdu dla wielkiego wodza, który położył podwaliny pod wielką, zjednoczoną Europę.

Z Mengele założyłem, że nazwisko tego zbrodniarza jest znane i nie ma potrzeby wyjaśniać, że szefem służby sanitarnej SS jest teraz jego prawnuk. Byłaby to chyba łopatologia.

Żółta kokarda ma znacznie symboliczne jako signum śmierci, w komorze gazowej, rzecz jasna. Obdarzają nią nie tylko Żydów, ale i Rosjan. Podludzi.

Z Polakami masz rację, tyle, że istnieli folksdojcze… A z tekstu wynika, że ta grupa była już szczerymi Europejczykami. Resztę można sobie dośpiewać.

Dzięki za komentarz. Miło, że ten ponury tekst podobał się.

Pozdrawiam.

W dzisiejszych czasach łopatologia jest niezbędna, niestety.

Cóż począć, upływ czasu czyni swoje. Jednak hasło “Mengele” jest w wiki, jak mi się wydaje, dobrze i drobiazgowo opracowane.

Zupełnie odmienną wersję wydarzeń, związanych z historią III Rzeszy, zawarłem w “Operacji Koziorożec”.

Link-> http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/12757 

Pozdrówka.

– Twierdzi, że bez przerwy toczą się wewnętrzne walki. Rozgrywki, kto obejmie władzę Po tym, jak zmieciono partię komunistyczną, powoli wszystko się normalizowało. – Brakuje kropki?

 

– Prosi o poniesienie dzieci – bez komendy przetłumaczył Vogel. – Są wyczerpane, a spodziewa się długiego marszu. – Tu chyba bym napisała tak: 

– Prosi o poniesienie dzieci. – Bez komendy przetłumaczył Vogel. – Są wyczerpane, a spodziewa się długiego marszu. ​Ale nie jestem ekspertką :)

 

Ogólnie bardzo dobrze mi się czytało. Udało Ci stworzyć mroczny klimat i ładnie oddałeś symbolikę żółtej kokardy. I jak dla mnie w Twoim tekście nie są najważniejsze fakty, tylko przekaz. Poza tym jak to U Ciebie silny warsztat. Klikam :)

Dzięki za komentarz, kropka wprowadzona. Coś się myknęło… W drugim zdaniu bez zmian, bo Vogel mówi. Tłumaczy, więc mówi.

Cieszę się, że tekst i jego klimat podobał się. Dzięki za kliknięcie.

Pozdrawiam.

Ciekawy tekst. Warstwa językowa, jak to u Ciebie, rozbudowana, ale dobrze się czyta te opisy. Powoli odsłaniasz karty, początkowo sugerując typowy scenariusz ze “strachów na Lachy”, czyli inwazję dzisiejszych imigrantów. Potem fajnie wtłaczasz to historię alternatywną. Obraz takiej alternatywy na mnie dużego wrażenia nie robi (wszystko przez grę Wolfenstein: The New Order), ale same opisy są niezłe.

Motyw z żółtą kokardą definitywnie na plus.

W każdym razie ode mnie klik za interesującą lekturę. Fajny koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

 – dzięki za komentarz i kliknięcie.

Z tego tekstu jestem bardzo zadowolony. Daje, jak mi się wydaje, wyrazisty obraz kreowanego świata, świadomie nie wprost, daje tajemnicę i jej rozwiązanie. A że początkowo wydaje się, że to inna historia? A to było świadome zamierzenie.

Ciekawe, że tę opowieść wzięła była “Histeria”, chociaż klasycznym horrorem na pewno nie jest.

Pozdrawiam.

Historie alternatywne kocham (jako ideę) i zazwyczaj nienawidzę (za wykonanie). Na dodatek najmniej lubię te dwudziestowieczne, bo są takie przewidywalne, dotyczą właściwie wyłącznie wyniku II wojny światowej i tego, że (zieeew) wygrali Niemcy. Na dodatek zazwyczaj autorzy nawet nie silą się na to, żeby pokazać choć trochę mechanizmu tej zmiany – co konkretnie sprawiło, że losy świata są inne.

Po tym narzekaniu na jedno z założeń, muszę przyznać, że opowiadanie jest bardzo sprawnie napisane (vide komentarz NWM o odsłanianiu kart czyli umiejętnym dawkowaniu czytelnikowi wiedzy o świecie zastanym), to punkt pierwszy, ma sam świat sugestywnie opisany, poza tym nieźle napisanego, choć dość sztampowego bohatera.

Do szczegółów alternatywności też bym się mogła przyczepić, ale w zasadzie się przyczepiono, więc nie będę się powtarzać, zwłaszcza że w przypadku HH nie mam bardzo zdecydowanego zdania i w sumie twój argument za tym, że pozdrowienie przetrwało, mnie dość przekonuje. Może zastąpiłabym Heil Fuehrer, żeby obejmowało i ojca założyciela, i aktualnych przywódców. Nie wiem.

Podobała mi się scena wychodzenia spod ziemi, bardzo taka filmowa, a także ogólnie narracja.

 

Z kokardą jako znakiem rozpoznawczym jestem nieprzekonana. Opaski noszono w gettach włoskich już w renesansie, a może wcześniej (po prawdzie ja znam z autopsji źródła głównie z końca XVIII w., ale wiem, że to była długa tradycja) i w czasie II wojny sięgnięto po prosty, łatwy w wykonaniu i obsłudze, oraz utarty znak. Tego typu reżimy zazwyczaj w takich sprawach lubią ekonomizować wysiłek, a kokarda 1) jest skomplikowana w wykonaniu, 2) może łatwo odpaść od ubrania. Naszywki, opaski – bardziej prawdopodobne, choć oczywiście obrazowo mniej efektowne.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Z Heil Führer ciekawy pomysł, jednakże zostaje Heil Hiltler. Raz, że tak mogło być, jako wyraz czci dla nieżyjącego już wodza, twórcy podwalin pod Euroland. No i autora zwycięstwa… Ale ważniejsze jest to, że ten zwrot określa sytuację, z jaką mamy do czynienia. Wyjaśnia wszystko, chociaż wcześniej daję czytelne tropy, na przykład napisem “Gott mit uns” na klamrze pasa żołnierskiego.

Z kokardą ciekawa uwaga, z tym, że zawsze przy pisaniu do e-zinu wiąże limit znaków. Chyba dopiszę ze dwa zdania w ostatnim rozdziale, jak kokarda powstawała. Szyli ją sam osadzenie… Zauważę, że oni nie wiedzieli, do czego służy. Sądzili, że jest znakiem wolności, przekazania na zewnątrz, więc starali się. A była znakiem śmierci….

Dzięki za komentarz. Cieszę się, że tekst się podobał.

Pozdrówka.

Opowiadanie czytałem już jakiś czas temu w Histerii, zresztą autor zna już moją opinię której poniżej przytaczam i podtrzymuję:

 

Przyznam, że to jeden z lepszych twoich tekstów jakie czytałem. Świetne odwołanie do obecnej sytuacji geopolitycznej podlane militarystycznym i fantastycznym sosem. Miejscami zdarza ci się trochę przegadać pewne fragmenty, ale taki masz styl pisania. Ogólnie jednak bardzo dobre opowiadanie, dobrze nakreślone postaci, prosta, ale poruszająca fabuła, a także ciekawie zbudowany na niedopowiedzeniach świat. Gratuluję publikacji :)

– taki właśnie miałem zamiar, napisać opowieść alternatywną, ale z silnymi odniesieniami do obecnej rzeczywistości europejskiej. Chodzi o emigrantów. Chyba udało się to zrealizować. Z opowiadania jestem bardzo zadowolony. Potwierdza to Twoja ocena.

Dzięki za komentarz i kliknięcie.

Pozdrawiam. 

Hmmm. Mnie się wydaje, że takie granie na Holocauście jest raczej niesmaczne. Kwestia gustu zapewne.

Dziwiło mnie, że Żydówki uciekały na tę złą stronę granicy. Widzę, że próbujesz to uzasadnić, ale mimo wszystko…

Ciekawiło mnie jeszcze, jakim sposobem przetransportowano przez tunel donicę na tyle dużą, żeby zasłoniła wylot. I to z rozrośniętym jałowcem.

Babska logika rządzi!

Czy pisanie o holocauście jest kwestią gustu, tego nie wiem. Tadeusz Borowski, pisząc znane opowiadanie “Proszę państwa do gazu”, pewnie o tym nie myślał. Zresztą, wtedy wyraz holocaust nie był jeszcze znany i tym bardziej stosowany. Znakomity tekst, dostępny w sieci, polecam zapoznanie się.

Jak dostarczono kubeł i jałowiec? Tal samo, jak robili to jeńcy wojenni z okresu drugiej wojny, zawzięcie kopiący w obozach tunele i potem uciekający, i to masowo. Tuneliki były niewysokie, ledwo umożliwiały poruszanie się na czworakach, wentylacja sprawiała wielki problem, ale transport krzaka maskującego wylot był prosty. Polecam film “Wielka ucieczka”, oparty na faktach autentycznych. A mocno wyrośnięty jałowiec ma niezbyt gruby pień, a gałązki są elastyczne.

Czemu Żydzi uciekali do opisanego w tekście Eurolandu? To jest podane jasno. Nie wiedzieli, co ich czeka, a ten Euroland jawił się wszystkim za Wałem Wschodnim jako kraina szczęśliwości.

Tyle. Proste.

Coś się, Finklo, mocno zapętliłaś…

Rów­nie czę­sto od­pra­wia­no ja­kiejś uro­czy­sto­ści, za­pew­ne re­li­gij­ne na­bo­żeń­stwa. –> Czy aby nabożeństwo nie jest religijne z definicji?

 

czy byli to męż­czyź­ni, ko­bie­ty, czy młode dziew­czy­ny. –> Dziewczyny to też kobiety. Dziewczyna jest młoda z definicji.

 

bu­do­wa­nie kon­glo­me­ra­tu ży­wie­nio­we­go „Ko­wal­ski und Söhne” zo­sta­ło­by za­koń­czo­ne.. –> Jeśli miał być wielokropek, brakuje jednej kropki, a jeśli kropka, jest o jedną kropkę za dużo.

 

wzno­szą­ca bła­gal­nie dło­nie sta­ro­win­ka i dwie dziew­czy­nek, tu­lą­ce się do spód­nic obu ko­biet. –> …wzno­szą­ca bła­gal­nie dło­nie sta­ro­win­ka i dwie dziew­czy­nki, tu­lą­ce się do spód­nic obu ko­biet.

 

Kawał drogi prze­wę­dro­wa­li. –> Mowa o kobietach i dziewczynkach, więc: Kawał drogi prze­wę­dro­wa­ły.

 

Czego in­ne­go można spo­dzie­wać się po ludz­kich wy­skrob­kach? . –> Zbędna kropka po pytajniku.

 

– Niech powie, czemu prze­szli tylko oni? –> – Niech powie, czemu prze­szły tylko one?

 

Każdy z do­wód­ców sek­cji, plu­to­nów czy kom­pa­nii znał na pa­mięć za­gad­nie­nia, o któ­rych na­le­ża­ło in­da­go­wać. –> …któ­re na­le­ża­ło in­da­go­wać.

 

Uciecz­ka do Eu­ro­py do dla więk­szo­ści je­dy­ne wyj­ście. –> Literówka.

 

Do­sta­nie­my po­chwa­lę w roz­ka­zie za wzo­ro­we peł­nie­nie służ­by. –> Literówka.

 

Vogel, po­wiedz tym babom, że mogą wy­cho­dzić. Prze­ka­zu­je­my ich do lagru przej­ścio­we­go. Czeka ich dobra opie­ka… –> Prze­ka­zu­je­my je do lagru przej­ścio­we­go. Czeka je dobra opie­ka… 

 

Po­mo­dlę za was po dro­dze. –> Literówka.

 

dodał po chwi­li, wi­dząc, jak dru­gie dzec­ko lą­du­je na ra­mio­nach… –> Literówka.

 

Miej­sce zbio­ro­wych ką­pie­li zwy­kle szczel­nie prze­sła­nia­ły buj­nie kre­wią­ce się ży­wo­pło­ty. –> Literówka.

 

Nie­któ­rzy błogo się uśmie­cha­li. ‘ –> Zbędny apostrof po kropce.

 

Za­trzy­mał się na chwi­lę i przyj­rzał ma­ja­czą­cym na ho­ry­zon­cie umoc­nie­nie­niom pierw­szej linii Wału Wschod­nie­go. –> Pewnie miało być: …umoc­nie­niom pierw­szej linii Wału Wschod­nie­go.

 

Cos istot­ne­go. –> Literówka.

 

Chciał, żeby Günther po zwol­nie­niu objął kie­row­nic­two no­we­go dzia­łu –od­lew­ni­cze­go. –> Brak spacji po półpauzie.

 

\Hans nad­mie­niał, że ci lu­dzie już się za­sy­mi­lo­wa­li. –> Dlaczego zdanie rozpoczyna ukośnik?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki ba korektę techniczną. Nie ma tego dużo, a bardzo się przyda do wydania e-bookowego, Właśnie na coś takiego czekałem. Nie wszystkie uwagi uwzględnię, bo dziewczyna może mieć zarówno kilkanaście, jak i ponad dwadzieścia lat, więc nie jest to pleonazm. Ale, jeżeli idzie o łapanie literówek, bardzo przyzwoita i pożyteczna dla mnie praca.

Najpierw poprawię plik autorski, a potem publikowany tutaj.

 

PS. No i sprawa załatwiona. 

Interesujący tekst. Wycinek alternatywnej rzeczywistości, który wciąga i porusza, choć temat w rodzaju tych “samograjów”, które zawsze poruszają. Warsztatowo – jak zwykle na poziomie.

Tak do końca samograj to jednak nie jest… Ale faktycznie, gdy zrodził się pomysł, pisanie poszło piorunem. Jednakże trzeba było mieć pomysł, no i wykreować świat, a przede wszystkim klimat. Myślę, że to się udało.

Dzięki za wysoką ocenę opowiadana i kliknięcie. Tekst znalazł się tam, gdzie powinien być,

Pozdrawiam.

Całkiem fajne opowiadanie, dobrze się czytało i przyjemnie. Podobało mi się też połączenie motywu holokaustu/nazizmu i jakże aktualnej kwestii imigracji.

Brakło mi jednak jakiejś konkretniejszej fabuły i zakończenia, w zasadzie można by stwierdzić, że ten tekst to bardziej obraz niż opowieść. Ale podejrzewam, że taki właśnie był jego cel.

Na początku jest lekki chaos z imionami ludzi i zwierząt, musiałem się wrócić, żeby załapać kto jest kto i na ilu nogach chodzi. ;)

Dialogi wyszły trochę nienaturalnie, czasem brzmiały bardziej jak jakaś broszura propagandowa, niż normalna rozmowa. Ale znowu – chyba taki miał być styl tego tekstu.

 

Rolf jeszcze nie odpoczywał. Wilczurowi należał się przynajmniej kwadrans oddechu na zregenerowanie sił. A on sam przestudiuje ważną wiadomość od brata. Zaaferowany przygotowaniami do nocnej libacji, rzucił tylko na nią okiem.

W tym fragmencie zdania nieco chaotycznie rozmieszczone, utrudniają odbiór.

 

Pomimo powyższego narzekactwa tekst mi się podobał i bym klikał, gdyby było jeszcze coś do klikania.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

El Lobo Muy­ma­lozależało mi na w miarę dokładnym przedstawieniu bohaterów. Wiadomo, kto co mówi, jeżeli idzie o pierwszy rozdział. Zależało mi też na pokazaniu, że, tak w sumie, to są powszedni, zwykli ludzie, tyle, że są teraz żołnierzami. Świadomie było to w jakieś mierze mylące.

Jeżeli idzie o dialogi – po prostu, Kluge komenderuje. Według obecnych ocen jest podoficerem, a według stopni niemieckich z okresu II Wojny najwyższym rangą szeregowcem. Link-> https://pl.wikipedia.org/wiki/Wykaz_stopni_w_niemieckich_si%C5%82ach_zbrojnych_(Wehrmacht)

Ale jest dowódcą sekcji, u nas byłaby to drużyna. Kusiło mnie, żeby podać bardziej dokładny opis sekcji, ale takiego zdania nie wstawiłem.

Rozmowa, taka klasyczna, ma miejsce dopiero w przedostatnim rozdziale.

Odniesienia do obecnej sytuacji emigantów w pełni świadome.

Dzięki za komentarz i wysoką ocenę tekstu.

Pozdrawiam.

Co do dialogów – chodzi mi o wypowiedzi typu:

 Za kwadrans wyruszamy, a trzeba jeszcze zęby wymyć. Niemcy zawsze świecą kulturą osobistą, zwłaszcza tutaj, na tym przedpolu Europy. Rolf nakarmiony?

– Nic się nie zmienia… – (…) – Zdychają z głodu, zżerają ich choroby, więc mają jeden cel – przedostać się do Zjednoczonej Europy. Do naszego Eurolandu. Niekiedy im się to udaje… Czujność, chłopcy!

Dla mnie brzmi to zbyt “ładnie” jak na wydawanie rozkazów. Tak mógłby mówić jakiś wysoko postawiony “Hauptmann” czy ktoś taki w czasie przemówienia albo konferencji prasowej. :) Trudno mi sobie wyobrazić, żeby dowódca mówił tak do żołnierzy. Ta druga wypowiedź to dodatkowo ewidentne informowanie czytelnika, bo o tych sprawach żołnierze muszą doskonale wiedzieć. 

Jeśli Kluge jest dowódcą małego oddziałku, odpowiednika drużyny, jak napisałeś, to tym bardziej spodziewałbym się po nim słów o wiele mniej górnolotnych. Bardziej czegoś w stylu “Brać d*** w troki.” ;)

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

El Lobo Muy­ma­lo – chyba jednak nie. Ale minimalnie poszerzyłem dwa zdania i dodałem nowe. Kluge jest absolwentem wyższej uczelni politechnicznej, to pierwsze z poszerzonych zdań. Przy okazji zlikwidowałem powtórzenie wyrazu. Nie jest więc typowym zupakiem. Z poszerzenia kolejnego, w ostatnim rozdziale, jasno wynika, że wszyscy są poborowymi, a Kluge traktuje podwładnych jako kolegów. Tylko Vogel zamierza pozostać w armii na stałe, o tym właśnie informuje dopisane zdanie. Więc Kluge nie używa typowego żołnierskiego języka. 

Brise jest oficerem, według naszego nazewnictwa kapitanem. A w tekście było i jest zdanie, że on stale przypomina podwładnym, o co chodzi i jakie mają zadania. I że oni to doskonale wiedzą. Nie musi wrzeszczeć. 

Niemcy to bez wątpienia naród kulturalny… 

Pozdrawiam.

PS. Po namyśle nieco zmieniłem pierwsze zdanie.

– Dostał dobrze wygotowaną koninę z kaszą, wszystko okraszone zestawem warzyw – stwierdził z uśmiechem. – Tak mu smakowało, ze turlał michę przez pół godziny, wylizując resztki. Osiem godzin służby, trzeba zrobić dwie przerwy, żeby psisko odpoczęło.

Literówka, ale zaznaczyłam całość, bo dialogi wydają mi się nienaturalne. Raz, że są za ładne, a dwa, że momentami rozmówcy mówią sobie rzeczy, które obaj wiedzą. Skoro mają psa od kilku miesięcy, wiedzą, ile powinien mieć przerw.

Ale czytało mi się dobrze :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki za komentarz. Trochę już stary ten tekst…

Tak, oni wiedzą, że pies musi mieć przerwy w marszu, tyle tylko, że Vogel o tym przypomina. Z naciskiem, bo jest przewodnikiem i lubi zwierzęta, a także troszczy się o nie.

Czy za ładnie rozmawiają? Nie wiem, bo to armia przyszłości, w dodatku armia Zjednoczonej Europy… Dziwnie zjednoczonej, ale na pewno armia przyszłości.

Pozdrówka.

PS. Ciekawe, kto zdobędzie Złotą Nike. 

Literówka poprawiona.

Nowa Fantastyka