- Opowiadanie: teofil - Droga do najgłębszej puszczy

Droga do najgłębszej puszczy

Dziękuję Issanderowi za cenne uwagi i sugestie.

Wszelkie podobieństwo do postaci książkowych, filmowych oraz wypowiedzi i zdarzeń jest zamierzone. Imiona są prawdziwe i historia wydarzyła się naprawdę, chociaż pewnie i tak nie uwierzycie.

Zapraszam do lektury.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Droga do najgłębszej puszczy

“…wszystkie dzikie ścieżki, które mi pokazał, mchy i szuwary, i wrzos, dom kulika i kszyka, trawiaste pastwiska gęsi, wszystkie zaczarowane pola i magiczne wierzby stojące nad brzegiem trzęsawiska, wszystkie miały przegnić, zostać ukryte, sprzedane i odczarowane przez tę straszliwą siłę zwaną Postępem”.

― Lord Dunsany

 

Stwór siedział w ogromnym, bujanym fotelu i mruczał powoli słowa, czytając Hobbita, czyli tam i z powrotem. Odgłos przypominał raczej powarkiwania niedźwiedzia, niż mowę istoty rozumnej. Osobnik ziewnął przeciągle, odłożył książkę na półkę, obok innych tomów. Z wytartych grzbietów ledwie dało się odczytać nazwiska niektórych autorów: Verne, Tolkien, Le Guin, Gardner. W wyobraźni znowu zobaczył wielkie, kamienne pałace, latające balony, mechaniczne wieloryby, magię, tę prawdziwą, którą czasami nazywali nauką. Widział też siebie, prawie.

– Ach, trzeba człowiekom przyznać, snują wspaniałe opowieści, pełne cudów. – Ciemne, zamglone oczy rozmarzyły się.

Człowieki. Kiedy zaczął poznawać literaturę, zorientował się, że takie słowo nie istnieje, chociaż nie do końca rozumiał dlaczego. Tylko że tak mawiał tatko. „Człowieki to”, „człowieki tamto”, „nigdy nie ufaj człowiekom”.  Okrutna ironio, biedny, poczciwy staruszek zmarł na dziwną chorobę, niedługo po spotkaniu z ludźmi. Ciągle wydmuchiwał z nosa dziwną wydzielinę, narzekał na kłopoty z oddychaniem i bóle głowy. Furfi był wtedy jeszcze mały. Pewnego dnia, kiedy tatko już naprawdę zaniemógł, pożegnał się z synem i powiedział, że idzie odpocząć pod akacją. Tam go Furfi później znalazł, przykrytego całunem kolorowych liści.

I tak został sam. Do dnia w którym poznał Listka. Wczesnym rankiem kąpał się w strumieniu, nucąc radosną melodykę, aż spostrzegł przepiękną złotą rybkę. Wpatrywał się oczarowany jej pięknem, a ona zwróciła na niego bystre oczy. Podpłynęła, słusznie nie czując strachu, i zaczęła się popisywać, wywijając młynki wokół nóg stwora.

Nagle pojawiło się coś większego, może zwykły pstrąg, i pożarło malutką rybeńkę. Furfi rzucił się w dół i zaczął rozpaczliwie młócić wodę, próbując złapać potwora. W końcu udało się pochwycić bestię. Jednym ruchem rozdarł ją na dwie części, jakby była kartką papieru. Złota rybka żyła, uwolniona przylgnęła mu do uda i za nic nie chciała się odkleić. Zabrał ją do domu.

Co jakiś czas chodzili nad mały staw i pływali razem, czasami nad rzeczkę. Listek zawsze, gdy już się znudził, wpływał do szklanej kuli i wtedy wracali.

Furfi podszedł do szafki, na której stał jedyny niezakurzony przedmiot w norze – akwarium.

– Przeżyć wielką przygodę, choć jeden raz…

W wypolerowanym szkle ujrzał odbicie – twarz gęsto porośniętą miedzianobrązowym futrem, groźnie wystające kły i płaski nos. Przejechał pod okiem długim, zakrzywionym pazurem, płosząc już i tak ledwie dostrzegalny uśmiech. Nie zdążył zapytać: „Tato, a czemu ja jestem taki?”.

Spojrzał w bok na półki uginające się pod ciężarem książek. Dostrzegł Elementarz, klasa pierwsza i odżyły w nim wspomnienia z czasów, kiedy nauczył się czytać. Podsłuchiwał wtedy człowieków obozujących w lesie. Dorosły samiec najpierw tłumaczył, a potem dziecko w kółko recytowało: „a, be, ce, de…”. Furfi wyrył to sobie w pamięci i po chwili powtarzał już w myślach razem z maluchem. Potem chłopiec odbiegł, zawołany przez rodziców. Ale zostawił otwartą książkę. Furfi porwał Elementarz, klasa pierwsza i umknął z miejsca grabieży.

W norze długo i dokładnie oglądał symbole wypisane na stronie, która była wtedy otwarta. „A, be, ce, de…”. Następnie próbował odczytać pierwsze słowo – drzewo, ale wyszło „derzetwuo”. Przywołał w pamięci skrawki tłumaczenia, które posłuchał i spojrzał na wymalowany obrazek. W końcu się udało.

Furfi obudził się ze wspomnień i znowu skoncentrował spojrzenie na biblioteczce.

– Wiesz, czasami zastanawiam się, z czego je wytwarzają.

Rybka patrzyła bez wyrazu.

– Dobranoc, Listku. Może jutro na Furfiego czeka coś dobrego.

Zarzucił zasłonkę na słoik ze świetlikami i pomieszczenie pogrążyło się w mroku.

 

***

 

Puszcza w tym dniu wyjątkowo hojnie obdarowywała. W krótkim czasie natrafił na kilka rzadkich, niezastąpionych gatunków flory.

Kiedy tak dziarsko spacerował, próbując uzupełnić zapas ziół, usłyszał niepokojące odgłosy. Przyczaiwszy się w zaroślach, rad ze swojego sokolego wzroku, zaczął obserwować z mieszaniną trwogi i fascynacji. Hałasowali niemiłosiernie – obalali i piłowali drzewa, wykrzykując zaprawione siarczystymi określeniami polecenia. Z drewna ciosali pale na ostro zakończone ogrodzenie, a kawałek dalej stała już malutka chatka. Nigdy nie rozumiał, czemu ludzie niszczą coś, co już jest domem, żeby zbudować inny dom. Jakby nie mogli mieszkać w norze pod kasztanowcem lub klonem, które gwarantowały niezawodną osłonę przed deszczem, chłodem, a latem przed piekącym słońcem. Furfi wzdrygnął się i skulił, kiedy kolejny majestatyczny dąb upadł tuż obok.

Błyskawicznie obudził się z otumanienia, gdy tylko jego spojrzenie przykuł skarb, którego pożądał – kilkanaście godzin szeleszczącego szczęścia i zapomnienia. Przed największym namiotem, błądząc radosnym wzrokiem po otwartym tomiszczu, siedziała dorodna samica. W mgnieniu oka zdecydował, że musi przeczytać nową opowieść. Zazwyczaj nie kradł. Wystarczało, że ludzie gubili albo celowo zostawiali w lesie rozmaite przedmioty, niekiedy uciekali w popłochu i musiał wówczas sprzątać.

„Głupie człowieki, puszczy nie wolno zaśmiecać” – mruczał wtedy.

Ale ci przybysze wydawali się inni, bo chyba planowali osiedlić się tutaj, więc tym bardziej nie chciał straszyć ani okradać nowych sąsiadów. Zdecydował, że wślizgnie się w nocy i zostawi coś w zamian. Tak, tak, oblizał się. Ładny naszyjniczek z zębem bazyliszka albo poręczny wachlarz z olbrzymiej ropuchy.

Snuł wspaniały plan, kiedy piękną chwilę zmącił jeden z osadników. Jakby wyczuwając obecność, a może nawet niecne myśli podglądacza, wyprostował się gwałtownie i omiótł okolicę czujnym spojrzeniem, wypatrując czegoś w zaroślach. Wzrostem zdecydowanie górował nad resztą, a cała jego postawa emanowała siłą i pewnością. Kontrast bujnych bokobrodów i ogolonej żuchwy odrobinę rozbawił Furfiego, ale uśmiech szybko spełzł mu z twarzy, kiedy niekwestionowany samiec alfa, zmrużywszy oczy, wysunął żuchwę. Furfiego przeszył zimny dreszcz, bo dostrzegł w tych ślepiach szaleństwo i żądzę mordu.

 

***

 

Wrócił po zmroku. W księżycowym blasku doskonale widział wszystkie szczegóły i żaden kamyk czy gałązka nie miały szansy sfuszerować akcji. Z dziecinną łatwością ominął wartowników, potem kolejnych. Niewielki problem stanowiła grupa grzejąca się przy ognisku opodal wejścia do namiotu. Ukrył się w cieniu gęstych krzaków, nasłuchując z zaciekawieniem rozmowy.

– …huk roboty. Jak już wykarczujemy solidną połać, postawimy tymczasowe chałupy, trza będzie sprowadzić więcej chłopa. Drewna na budowę pod dostatkiem, a nawet sporo zbywa.

– Wkrótce wytyczymy optymalną trasę i rozpoczniemy transport surowca. Okolica obfituje w naturalne bogactwa. Wystosowałem list do kompanii z sugestią inwestycji w trasę kolejową.

– A ja wam rzeknę, że w tych lasach czai się coś paskudnego.  – Do dyskusji włączył się chropowaty głos. – Jakaś nieludzka, ohydna moc i źródło spaczenia, przeciwne człowiekowi, postępowi i wszelkiej prawej myśli. Nie powiedzie nam się, dopóki nie oczyścimy tej krainy.

Tymczasem Furfi spostrzegł na pobliskim klonie znajomą sowę, której dał niemy znak, aby odwróciła uwagę ludzi i chwilę później, nieco przygarbiony, stał wewnątrz namiotu. W ręku ściskał kunsztowny, własnoręcznie wykonany, niewielki sztylet ze smoczej kości.

“To kobieca broń, poręczna i mała, dla małej istotki, na pewno jej się spodoba” – tłumaczył w domu Listkowi. “Dar o wiele cenniejszy niż jedna tycia książczyna”.

Chwilę rozglądał się niepewnie, odrobinę zafascynowany – tymczasowe mieszkanie człowieków miało bogatsze wyposażenie niż jego stały dom. Wodził wzrokiem po ozdobach, pokaźnym zestawie naczyń, narzędziach i dziwacznej, poskręcanej aparaturze, której przeznaczenia nawet się nie domyślał. Odrobinę dokładniej obejrzał sztucer, śmiercionośny wynalazek, o którym czytał pewnego razu na skrawkach porzuconej gazety.

W końcu dostrzegł wymarzony łup, tuż obok samicy śpiącej pod kocami. Wzrok uchwycił tytuł i autora: Światło się mroczy, George R.R. Martin. Zakradł się na palcach i położył wielgachną łapę na książce.

Zamarł, kiedy istotka poruszyła się.

– John, przyszedłeś wreszcie – wyszeptała. – Wskakuj pod koc, ukochany. – Przesunęła dłoń i dotknęła włochatego przedramienia. Otworzyła oczy, które momentalnie wypełniły się paniką.

– Ciiii… – Powoli uniósł do ust dłoń, w której trzymał sztylet.

Z gardła kobiety wyrwał się dziki wrzask, od którego Furfiemu zjeżyło się całe futro. Cofnął się przerażony, potrącając i tłukąc butelkę z alkoholem. Upuścił prezent na ziemię. Minęło zaledwie kilka sekund i w wejściu do namiotu pojawił się on – Bokobrodacz, z twarzą kipiącą od złości i zwierzęcej agresji. Furfi znowu się odsunął i tym razem przewrócił świeczkę, która podpaliła rozlany alkohol.

Samiec przeniósł wzrok w bok, stwór podążył za jego spojrzeniem na sztucer oparty o skrzynię. Ruszyli równocześnie – człowiek po broń, Furfi ku ucieczce. Ogień rozprzestrzeniał się w zatrważającym tempie, zagradzając przejście. Mężczyzna był piekielnie szybki, już podnosił lufę, kiedy Furfi dopadł do ściany namiotu. Rozdarł szponami płachtę i wyskoczył w czeluść nocy, ścigany wściekłymi okrzykami. Usłyszał wystrzał, po którym pocisk świsnął tuż obok ucha. Po chwili szaleńczego biegu, względnie bezpieczny, zerknął za siebie i zobaczył pochodnię namiotu. Z ulgą dostrzegł stojącą na zewnątrz samicę. Ruszył dalej, ściskając w łapie trofeum.

Gdy w końcu znalazł się w norze, zaczął rozmyślać o wydarzeniach w obozowisku człowieków. Przecież nie był niczemu winny, a nawet przyniósł cenny dar. Chciał zachować się z godnością i klasą.

Krążył niespokojnie i mimowolnie warczał przez nos. Listek pływał w kółko, słuchając w milczeniu.

– To oni są intruzami, oni bezczeszczą swoją obecnością pradawną puszczę, oni wycinają wiekowe dęby. Potrafią tylko niszczyć.

Rzucili się niesprowokowani, nie zadając ani jednego pytania.

Czuł, jak fala gniewu wzbiera. Wyciągnął do nich przyjazną łapę, lecz odepchnęli ją z nienawiścią. Pogonili jak psa! Musiał uciekać z podwiniętym ogonem niczym szczenię! Wróci tam, o tak. Jeszcze tej nocy, zaraz. Połamie śmieszną imitację ogrodzenia, rozerwie idiotyczne namioty, a na koniec znajdzie Bokobrodacza i sprawdzi, czy jego głowa oderwana od tułowia będzie wyglądała równie groźnie. Porwał kubek i cisnął nim w ścianę. Naczynie rozpadło się na kawałeczki, pryskając odłamkami. Spory kawałek chlupnął w szklanej kuli.

– Listeeek! – Doskoczył do rybki. – Nic ci nie jest?! Przepraszam, przepraszam, zły Furfi, niedobry. Nie może się złościć. Przepraszam… – Twarz stwora zalała się łzami.

 

 ***

 

Cały następny poranek i przedpołudnie chodził struty. Obiecał Listkowi, że spróbuje pogodzić się z człowiekami. Pójdzie i wytłumaczy. Przeprosi, że wtargnął bez zaproszenia. Porozmawiają spokojnie i jeszcze wszystko naprawią. Drzew jest dużo, niech sobie już wezmą kilka, ale bez przesady. Jednak nie bardzo wiedział, jak się do tego wszystkiego zabrać.

Najpierw postanowił popracować nad wyglądem, więc wypolerował i elegancko naostrzył kły, aż zrobiły się bielutkie i połyskujące. Następnie chciał przystrzyc futro na twarzy, jakoś na podobieństwo Bokobrodacza, ale w efekcie wyglądał jeszcze bardziej chaotycznie i dziko, więc wtarł tylko odrobinę łoju i przygładził.

Kiedyś wyczytał, że gałązka oliwna jest symbolem pokoju, ale w lesie krzewy oliwne nie rosły, więc zdecydował się na zwykły patyk, w zasadzie wielgachny badyl – żeby był lepiej widoczny, a sokiem z jagód zamiarował namalować oliwki.

Zdecydował, że będzie to coś ekstra, nie pierwsza lepsza gałązka, wiec w poszukiwaniu odpowiedniego materiału wszedł odrobinę głębiej w puszczę.

W pewnym momencie usłyszał szelest za plecami. Odwróciwszy się, dostrzegł na skraju łąki dziecko. Patrzyli na siebie w milczeniu, czas spowolnił. W końcu mała istotka zamachała. To był pierwszy raz, nigdy nie wymienił z nikim takiego pozdrowienia. Niezdarnie podniósł kosmatą łapę i mechanicznie potrząsnął. Dziecko uśmiechnęło się szeroko. Dziewczynka – pomyślał. Poznał teraz płeć po przepięknym uśmiechu i olśniewających włosach, które zatańczyły na wietrze. Nagle odwróciła się i pobiegła jeszcze dalej w głąb puszczy, znikając za drzewami.

– Nie tędy! – krzyknął. – Wasze obozowisko znajduje się w przeciwnym kierunku!

Kilkoma wielkimi susami przesadził polanę, ale nie znalazł żadnych śladów. Po chwili poszukiwań zrezygnował i postanowił potraktować przypadkowe spotkanie jako dobry omen.

Na przygotowaniach zeszło aż do wieczora. Wreszcie zebrał się na odwagę i ruszył na pertraktacje. Kroczył dumnie, wyprostowany, pełen optymistycznych oczekiwań, jednak im bliżej celu się znajdował, tym mocniej biło serce.

Zauważył pierwszą parę wartowników i skierował ku nim kroki. Gamonie w ogóle go nie widzieli, więc kiedy znaleźli się już na wyciągnięcie łapy, odchrząknął.

– Ekhm… – Oczywiście zabrzmiało to jak warknięcie.

Równocześnie powoli się odwrócili. Młodszy natychmiast dał nura w krzaki, zaś starszy zbladł i wyjąkał:

– S–stój! Ani kroku-ku-ku dale-ej!

Chciał powiedzieć, tak jak ćwiczył, że przybywa w pokojowych zamiarach, ale gula stanęła mu w gardle i zdołał ledwie wykrztusić:

– Spokgh… jogu… knie. – Podniósł wysoko nad głowę symbol pokoju.

Człowiek skulił się, zasłonił ramieniem i zakwilił:

– B-b-bestia! Jest tutaj!

Furfi odwrócił się zdezorientowany.

– Bestia? Gdzie?

Usłyszał hałas i przeszywający ból w ramieniu. Uderzenie okręciło nim i zobaczył staruszka z wycelowaną, dymiącą dubeltówką. Dotknął bolesnego miejsce i poczuł pod palcami gęstą, ciepłą ciecz.

Nagle pojawił się młodszy. Wyskoczył z zarośli i zamierzył się maczetą w śmiertelnym ciosie. Stwór zawył, odruchowo podniósł łapę, osłaniając głowę. Poczuł przy tym ruchu lekki opór i kiedy otworzył oczy, ujrzał na ziemi chłopaka z rozoraną piersią, na którą szybko wypływały szkarłatne plamy. Jego własna krew skapywała, mieszając się z krwią młodzieńca.

– Padnij!

Starszy położył się błyskawicznie. Kilkanaście metrów dalej, niczym wyrzeźbiony, stał Bokobrodacz. Pijany nienawiścią, celował ze strzelby, a w przepastnych oczach czaiło się tylko piekło.

Furfi rozpaczliwie odskoczył w bok, ale zbyt wolno i śrut wbił się w udo. Zawył żałośnie i rzucił się do ucieczki. Tym razem biegł, a raczej kuśtykał, nie oglądając się. Brnął ścieżkami tak dobrze mu znanymi, przedzierał pomiędzy krzakami jeżyn i bukowcami, lecz one również zwracały się przeciw niemu. Odstające, ostro zakończone gałęzie boleśnie smagały, ciernie zahaczały o rany, ale najbardziej cierpiało serce, bo sama puszcza go odtrącała, jak dziecko, które precz odrzuca starą zabawkę, zastąpioną nowymi.

Wpadł do nory i roztrzęsionymi łapami otworzył skrzynię, wyciągnął pełną lekarstw i opatrunków skrzyneczkę, którą niegdyś ukradł… pożyczył od człowieków. Zawartość jednak okazała się przegniła, resztki medykamentów pożerały robale.

– Czemu mi to robisz?! – wykrzyczał w nieokreślonym kierunku i w tym samym momencie dostrzegł zawieszoną przy wejściu wiązankę ziół, które zbierał w dniu, kiedy natknął się na nowe obozowisko.

Zatoczył się, podparł o ścianę. Z części dziwnych liści wycisnął sok, który następnie wtarł w rany, a resztę połknął.

– Nic się nie martw, Listeczku. Furfi miał mały wypadek – dyszał ciężko.

Rozorane śrutem udo, co prawda nie zagoiło się całkiem, ale przestało krwawić. Furfi odetchnął z ulgą.

Siedział chwilę, aż nagle przekręcił głowę, wytężając słuch. Krzyki. Zbliżające się kroki, całe mnóstwo. Jedną łapą chwycił szklaną kulę z rybką, a drugą naręcze książek, i wytoczył się na zewnątrz. W ostatniej chwili schronił się w cieniu gęstych olch, kiedy z drugiego końca polany wybiegły człowieki. Zatrzymali się pod dębem i zaczęli węszyć.

– Ślady krwi prowadzą tutaj, panie pułkowniku!

Bokobrodacz podszedł nieśpiesznie i oświetlił pochodnią wejście do nory.

– Leże plugastwa. – Splunął. – Wódkę!

Wręczono mu butelkę, którą leniwie odkorkował. Upiwszy łyk, wylał resztę do nory. Towarzysze patrzyli lekko zdezorientowani, aż wrzucił do środka płonącą pochodnię.

– Uwielbiam zapach płonących nieludzi o poranku. – Twarz wykrzywił maniakalny uśmiech, a w szalonych oczach odbiły się pierwsze płomienie. – Albo wieczorami, albo przed świtem, i w południe też. Cholera, uwielbiam to o każdej porze dnia i nocy!

Stado zawtórowało radośnie, kilka strzelb wystrzeliło w górę. Ściskali sobie dłonie i klepali po plecach. Znalazła się jeszcze jedna flaszka, która tym razem zaczęła krążyć z rąk do rąk.

Furfi obserwował w osłupieniu, aż banda odeszła. Ogień jeszcze całkiem nie przygasł i oświetlił twarz, po której spływały ciężkie łzy. Płakał bezgłośnie, wpatrując się z oddali w tlące szczątki domu.

– Listku… – Słowa z trudem przechodziły przez gardło. – Co prawda piszą wspaniałe historie, ale w sercach mają potwory. Może i chciałem być częścią ich świata, ale oni z pewnością nas tam nie chcą, a to jest teraz ich świat. Tak, są słabsi, ale nadrabiają bezwzględnością i jest ich wielu.

Rybka poruszała wargami, wpatrując się wprost w oczy stwora.

– Co mówisz? Dziecko? Głupi Furfi nie potrafi odróżnić dziewczynki od rusałki, bo głupi Furfi nigdy wcześniej nie widział rusałki. Tatko opowiadał mi o nich, że teraz już się tak często ich nie widuje i wyłącznie w najgłębszej puszczy. Zapomniałem o nich, zdaje się nawet nigdy nie wierzyłem. Włożyłem je między baśnie i legendy. – Westchnął. – My też, Listku, my też ukryjemy się w najgłębszej puszczy. Tam żyją kikimory, leśne demony, strzygi i amfisbeny, ale nie ma człowieków, wiec może o nas też zapomną, a jeśli kiedyś dotrą i tam, to bodaj w końcu umrzemy i już cały świat będzie taki, jak chcą.

Spojrzał na okładkę książki, za którą zapłacił tak wysoką cenę. Światło się mroczy.

Obrócił się i zniknął za czarną ścianą lasu.

Koniec

Komentarze

Taka sobie bajka, w dość czarno-białych barwach. Raczej z jasnym, ale niezbyt przemawiającym do mnie przesłaniem. Furfi jest stworem dość osobliwym – oczytany, ale ludzi nazywa człowiekami, ubolewa nad ścinaniem drzew, ale więzi rybkę. A tak w ogóle, to kim jest Furfi?

Zagadką jest także czas opowieści – Furfi zdobywa współczesną książkę, jeden z drwali parafrazuje cytat z Czasu apokalipsy, a jednocześnie ludzie używają muszkietów.

Przeczytałam bez przykrości, ale i bez większej satysfakcji.

 

za­krzy­wio­nym pa­zu­rem , pło­sząc… –> Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

Może jutro na Fur­fie­go czeka coś do­bre­go. –> Czy to zamierzony rym?

 

– …huk ro­bo­ty. Jak już wy­kar­czu­je­my połeć lasu… –> – …huk ro­bo­ty. Jak już wy­kar­czu­je­my połać lasu

Sprawdź znaczenie słów połećpołać.

 

Furfi do­sko­czył do ścia­ny na­mio­tu. Roz­darł szpo­na­mi płach­tę i wy­sko­czył w cze­luść nocy… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Furfi ode­tchnął ulgą. –> Furfi ode­tchnął z ulgą.

 

Rybka po­ru­sza­ła usta­mi, wpa­tru­jąc się wprost w oczy stwo­ra. –> Ryby nie mają ust.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Lubię dziwne stwory, a idea ludzi widzianych oczami takiego kogoś jest fajna, ale o Furfim wiemy za mało, żeby naprawdę go polubić. Sama przypowiastka – do przełknięcia, choć stylistycznie kuleje nawet tam, gdzie nie ma wyraźnych błędów. Chronologia – jak zauważono, Martin i cała reszta autorów plus muszkiety to co najmniej dziwaczne. Muszkiet to w ogóle taka sobie broń do strzelania ot tak, na wiwat, jak stado drwali, choć oczywiście nie jest to całkiem niemożliwe. Tyle że na wiwat, podobnie jak ostrzegawczo, zasadniczo strzela się w miarę pionowo do góry, a w przypadku muszkietu byłoby to cholernie niewygodne (o ile w ogóle wykonalne), no i odrzut mógłby paskudnie uszkodzić bark (muszkiet jest ciężki, duży i nieporęczny; to nie taka strzelba, którą da się wymachiwać nad głową jak w westernach). I jeszcze jedno: on na podstawie literatury fantastycznej buduje sobie, jak rozumiem, jakiś wyidealizowany obraz ludzkości, a ci koloniści go burzą? To byłby nawet fajny pomysł.

 

“Stado zawtórowało radośnie, kilka muszkietów wystrzeliło w gorę.” → w górę

 

Co do człowieków – pełna zgoda z przedmówczynią. Furfi powinien raczej wyrażać się bardzo literacko, skoro głównie czyta i ludzkość zna z książek. Chyba że miał pecha i trafiał na fatalne przekłady ;)

 

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Taki ku­dła­ty ogr? OK, nawet sym­pa­tycz­ny, ino po­twor­nie nie­sko­or­dy­no­wa­ny ru­cho­wo. Mam taki ulu­bio­ny se­rial o pin­gwi­nach z Ma­da­ga­ska­ru, wy­ste­pu­ją w nim grubo cio­sa­ne, wiel­kie go­ry­le, wy­ra­ża­ją­ce się jed­na­ko­woż nad­zwy­czaj wy­kwint­nie i de­li­kat­nie, na­tych­miast mi się sko­ja­rzy­ło – rze­czy­wi­ście efekt fu­trza­ka-in­te­lek­tu­ali­sty i pięk­no­du­cha z wy­glan­so­wa­ny­mi kłami byłby ide­al­ny :). Ale nawet taki jaki jest u Cie­bie – w re­al­nej pusz­czy ra­czej długo by nie prze­żył (przez swą nie­zbor­ność ;).

A teraz wy­kład hi­sto­rycz­ny, bo kry­te­rium nie­wia­ry rów­nież i mnie się przez Twoje musz­kie­ty włą­czy­ło: Książ­ki wy­mie­nio­nych au­to­rów to wiek głów­nie XX , a nawet jego druga po­ło­wa, ew. wiek XIX – też druga po­ło­wa. Tym­cza­sem musz­kiet (zwany w Pol­sce także flin­tą – broń z lufą nie­gwin­to­wa­ną, ła­do­wa­na od­przo­do­wo) – z za­pa­łem LON­TO­WYM w do­dat­ku (a taki wy­stę­pu­je u Cie­bie) to po­ło­wa XVI wieku (do pierw­szej po­ło­wy XVII wieku, bo potem wszedł w musz­kie­tach w uży­cie zamek ko­ło­wy, a w końcu (pierw­sza po­lo­wa XIX wieku, kiedy musz­kie­ty de­fi­ni­tyw­nie wy­szły z uży­cia, wy­par­te przez ka­ra­bi­ny (w Niem­czech zwane sztu­ce­ra­mi) – zamek skał­ko­wy.

Sztu­cer (ka­ra­bin), broń je­grów (strzel­ców), to od końca wieku XVIII (zamek skał­ko­wy), aż do po­ło­wy XX wieku (zamek czte­ro­tak­to­wy, a potem sa­mo­pow­ta­rzal­ny) pod­sta­wo­wa broń pie­cho­ty, a w wer­sji wiel­ko­ka­li­bro­wej także broń my­śliw­ska. Pod­sta­wo­wa róż­ni­ca wobec musz­kie­tu – sztu­cer/ka­ra­bin jest znacz­nie krót­szy, lufę ma gwin­to­wa­ną, poza pierw­szy­mi wer­sja­mi, od po­ło­wy XIX wieku ła­do­wa­ny jest od­tyl­co­wo, a od końca XIX wieku – ma wie­lo­strza­ło­wy ma­ga­zy­nek. Naj­pierw z zam­kiem skał­ko­wym, potem ka­pi­szo­no­wym, a od po­ło­wy XIX wieku na pa­tro­ny/na­bo­je ze­spo­lo­ne w gil­zach, ela­bo­ro­wa­nych (wie­lo­ra­zo­we­go uży­cia) albo fa­brycz­nych, jed­no­ra­zo­wych.

W od­mia­nie my­śliw­skiej sztu­cer był (i jest nadal) pod­sta­wo­wą bro­nią na gru­be­go zwie­rza u my­śli­wych, zwłasz­cza w od­mia­nie dwu­lu­fo­wej, przy czym lufy są jedna nad drugą, albo jed­no­lu­fo­wej, z ma­ga­zyn­kiem za­zwy­czaj na pięć naboi. Lon­to­wych sztu­ce­rów nie było NIGDY rzecz jasna, bo to broń now­sza od musz­kie­tów (które były cięż­szym, XVI wiecz­nym roz­wi­nię­ciem ar­ke­bu­zów, nota bene;).

To teraz wnio­sek dla Cie­bie: albo zna­czą­co “po­sta­rzysz” książ­ki i ich au­to­rów, albo zde­cy­do­wa­nie od­mło­dzisz broń. Na­pi­szesz/za­mie­nisz po pro­stu sztu­cer za­miast musz­kiet, wy­wa­lisz ten tlący się lont i bę­dzie do­brze. Bo tak jak jest , gry­zie się ze sobą prze­po­twor­nie. Jeśli musz­kie­tu uzy­łeś ze wzglę­dów za­mie­rzo­nych (niż­sza zna­czą­co szyb­ko­strzel­ność od sztu­ce­ra, dzię­ki czemu Twój po­two­rek w ogóle prze­żył ostrzał), to ewen­tu­al­nie mo­żesz sztu­cer za­opa­trzyć w zamek ka­pi­szo­no­wy. Do dziś bo­wiem ta­kiej broni, czar­no­pro­cho­wej, uży­wa­ją ze świa­do­me­go wy­bo­ru my­śli­wi na całym świe­cie, ze wzglę­dów hob­by­stycz­nych przede wszyst­kim. Oraz etycz­nych (sztu­ce­ry czarn­pro­cho­we są naj­wy­żej dwu­strza­ło­we (poza słyn­nym ka­ra­bin­kiem Win­che­ste­ra;), trze­ba więc le­piej strze­lać niż w przy­pad­ku broni od­tyl­co­wej, szyb­szej, a więc być lep­szym my­sli­wym od pro­te­zu­ją­cych się od­tyl­ców­ka­mi słab­szych strzel­ców. Ale poza szyb­ko­strzel­no­ścią, ener­gia ki­ne­tycz­na po­ci­sków z broni czar­no­pro­cho­wej jest nie­wie­le mniej­sza od po­ci­sków ze sztu­ce­rów od­tyl­co­wych, z na­bo­ja­mi ela­bo­ro­wa­ny­mi pro­chem bez­dym­nym…

Dla­cze­go piszę tu o ener­gii ki­ne­tycz­nej? To pro­ste. Twój bo­ha­ter jest jed­nak nie­wie­le więk­szy od czło­wie­ka, ko­ściec ma pew­nie grub­szy, ale… No wła­snie. ener­gia ki­ne­tycz­na po­ci­sku ze sztu­ce­ra/ka­ra­bin­ka my­sliw­skie­go (ale i z koń­co­wych wer­sji wiel­ko­ka­li­bro­wych musz­kie­tów na po­ci­ski min­nie) jest taka, że GRU­CHO­CZE kości, nawet udowe. stąd tyle am­pu­ta­cji nawet po II woj­nie świa­to­wej – kiedy po­cisk z ka­ra­bi­nu/sztu­ce­ra wcho­dzi cen­tral­nie np. w udo, to nie ma czego ze­sta­wiać, można je­dy­nie am­pu­to­wać, bo ina­czej gan­gre­na – stąd po II wś aż tylu było in­wa­li­dów bez nóg albo rąk. (Ty na pewno tego nie pa­mię­tasz, ale ja jako dziec­ko trak­to­wa­łem jako zu­peł­nie nor­mal­ny widok na uli­cach War­sza­wy lat 70. XX w setki spo­ty­ka­nych na uli­cach bez­no­gich kom­ba­tan­tów) Dla­cze­go bez nóg? Po­strzał ze sztu­ce­ra wy­glą­da bo­wiem w prak­ty­ce tak: nie­wiel­ka rana wlo­to­wa, kanał prze­strze­li­ny (zmiaż­dżo­nych tka­nek) wzdłuż ka­na­łu prze­lo­to­we­go po­ci­sku – o mniej wię­cej 10-15 cen­ty­me­tro­wej śred­ni­cy (taki jakby krwa­wy tunel), ogrom­na rana wy­lo­to­wa. Mało osób zdaje sobie też sprawę, jaką przebijalnośc mają pociski karabinowe/sztucerowe. Nawet karabinki na słabszą amunicję pośrednią (7,62 – popularne kałachy) – dziurawią w zaadzie bez straty energii mur z ceglu kratówki max 2x24 cm, przestrzeliwują blok silnika do mf126p, a także dziurawią na wylot szynę kolejową (w wersji z pociskiem wzmacnianym).

Więc twój potworek sobie po postrzale ze sztucera nie pobiega, tym bardziej gdy mysliwi (bokobrodziaści), natną czubek pocisku na krzyż (i otrzymają pocisk rozpryskowy), albo zetną mu czubek (i otrzymają kulę dum-dum, powszechną przy dawnych polowaniach safari, w której kanał przelotowy nie ma 15 cm, a 30 cm…. No chyba że używasz karabinka małokalibrowego (kalibru 5,56 mm) o dużej energii kinetycznej pocisku – wtedy masz w miarę czyste przestrzeliny, ale to broń wybitnie wojskowa, raczej niedostępna dla cywili . Sorry za szcze­gó­ły, ale tak to wła­śnie wy­glą­da.

Twój fu­trzak nie zro­bił by więc po opi­sy­wa­nym przez Cie­bie po­strza­le ANI KROKU, po pro­stu by się wykopyrtnął i padł w ogniu. Do­brze zatem radzę, zmień po­strza­ły na ob­cier­ki i dra­śnię­cia, bo znów włą­cza się kry­te­rium nie­wia­ry u każ­de­go Czy­tel­ni­ka, który z bro­nią palną na­praw­dę miał do czy­nie­nia, a jest ich wbrew po­zo­rom na­praw­dę wielu. O, wlaśnie w tej chwili wpadlem na lepszy chyba pomysł – niech bokobrodziaści strzelają ze śrutowych dubeltówek! co prawda oberwać z 50 metrów chmurą ołowianych śrucin to nic przyjemnego, ale grube futro i solidna gruba skóra naszego stworka (warto to zaznaczyć w tekście) ograniczą głębokość penetrację takich śrucin na takim dystansie do maksymalnie 3-12 cm (no chyba że by uzyli breneki na dzika albo łosia, strzelali z 5-20 metrów (masakra! – dlatego policyjne grupy AT mają właśnie śrutówki), ale zalóżmy że nie użyli brenek tym razem;), więc po pierwsze nie są śmiertelne, ino dokuczliwe, a po drugie, jeszcze bardziej uprawdopodobniają sytuację . Bo skuteczność ognia standardowej dubeltówki (a one nie są gwintowane zazwyczaj!, więc niezbyt celne) to jakieś 100 metrów – stworek mógłby spokojnie ujść w miarę cało, nawet gdyby na takim dystansie dostał się w ogień krzyżowy z takiej broni.

Cóż, trze­ba dbać o re­se­arch, jak za­wsze radzę. Bo tej nie­przy­sta­wal­no­ści broni do re­aliów czasu (na którą zwró­ci­li uwagę inni oce­nia­ją­cy) oraz nie­przy­sta­wal­ność skut­ków jej uży­cia do re­aliów (na co zwró­ci­łem uwagę ja;)… Nie da się tego nijak wy­tłu­ma­czyć swo­bo­dą in­wen­cji Au­to­ra (czyli fan­ta­stycz­ną kra­iną ni­g­dy-ni­g­dy – wy­mie­nio­ne książ­ki są bo­wiem jak naj­bar­dziej nasze, ziem­skie, cy­wi­li­za­cyj­nie kom­pa­ty­bil­ne!). A proch i ołów to proch i ołów, nie­za­leż­nie od kra­iny.

Pozdr.

 

Dziękuję czytelnikom za lekturę i komentarze. Krytykę przyjmuję. Błędy poprawiłem, a nieszczęsny muszkiet, tfu, sztucer został już potraktowany zakrzywiarką czasoprzestrzeni.

 

Słów kilka na obronę bohatera.

Furfi owszem ma wzbudzić pozytywne odczucia, ale nie brak mu wad. Trochę jak… ludziom. Miewa napady szału, nie widzi, że jego świat i działania też nie są całkowicie odarte ze skłonności do niszczenia i przetwarzania.

Stworek dużo czyta i nasz świat go nęci. Furfi z książek próbuje dowiedzieć się jak najwięcej i upodobnić do ludzi, ale na każdym kroku zawodzi, nawet w tak prostej i oczywistej sprawie jak podstawy poprawnego wysławiania się. Później okazuje się, że nie może wykrztusić jednego zdania. Akcent położony jest na słowo “człowieki”, ponieważ właśnie ich Furfi nie rozumie.

 

Edit:

Rybak, dziękuję za rozszerzone wyjaśnienie. Dobrze to wiedzieć. :)

Muszkiet i jego czasy wydawały mi się bardziej romantyczne na tło opowiadania, a autorów i tytuły książek uznałem za czasowo neutralne. Istnieją w literaturze precedensy, kiedy prawdziwe cytaty (nawet często) lub tytuły książek (trochę rzadziej) pojawiały się w nibylandiach.

Jednak sztucer i czasy współczesne niczemu nie wadzą, więc poszedłem za radą, aby muszkiet przestał razić w oczy.

Teofilu, doczytaj, proszę, mój miniwykładzik. Zwlaszcza o skutkach użycia broni długiej… Pozdr.

Rybaku, przyznaję się, że wcześniej, z zamiarem późniejszego dokładniejszego przeczytania, tylko rzuciłem okiem drugą połowę Twojego miniwykładziku.

Obcierki i otarcia też mi pasują. Dziury po kulach nie są symboliczne. Jednak zastanawiam się, czy Furfi jako materia magica nie może być wytrzymalszy od zwierzyny łownej? Otarcia i obcierki nie dodają zbyt wiele dramatyzmu. Jak sądzisz?

Wrócę do tego po pracy.

Skoro zanotował przestrzeliny, to znaczy, że to stworzenie białkowo-węglowe, z komórkowym cyklem Krebsa. ;) Zresztą, nawet gdyby był oparty na krzemie, wystarczy popatrzeć na ytb, jak zachowuje się żelatyna balistyczna (silikonowa właśnie) po oberwaniu kulą. Masakra! Jego magiczność, wydaje mi się po lekturze, bardziej polega chyba na rozumności w ciele bestii, niż na kuloodporności;) . Oczywiście i tu masz wyjście: możesz dać mu za mamusię lub tatusia wilkołaka, wtedy bokobrodziaści szans nawet z karabinami nie mają, bo używają kul ołowianych, ew. płaszczowych, a nie (na razie;) srebrnych, jak w takim przypadku by należało :D. co ty na to?

Muszkiet i jego czasy wydawały mi się bardziej romantyczne na tło opowiadania

W dobie romantyzmu muszkiet właśnie się ostatecznie dezaktualizuje, więc zabawnie to zabrzmiało. Skądinąd, rybaku, gdzieś wyczytał, że one aż lontowe były?

 

a autorów i tytuły książek uznałem za czasowo neutralne.

Pracowałam w miejscu pełnym postmodernistów, więc właściwie nie powinnam się w tej chwili zdziwić, ale jednakowoż jako przeciwniczka teorii w rodzaju śmierci autora wnoszę zasadniczy sprzeciw: pisarze żyli i tworzyli w określonym czasie i bez Tardis trudno to zmienić, a niebieskiej budki w świecie przedstawionym nie zauważyłam. Możesz oczywiście, to wszystko wymieszać za pomocą innego gadżetu fantastycznego, własnego pomysłu, ale ten gadżet musi funkcjonować w opowiadaniu, żeby czytelnik wiedział, o co chodzi

 

Akcent położony jest na słowo “człowieki”, ponieważ właśnie ich Furfi nie rozumie.

Ale skąd on wziął tę niepoprawną formę? I jakby ich nazywał gramatycznie poprawnie, to by znaczyło, że ich zrozumiał? Ciekawa teoria, nawet na opowiadanie fantastyczne zaprawione lingwistyką, ale tu jej zabrakło.

 

Słów kilka na obronę bohatera.

Lepiej wpisz to wszystko jakoś zgrabnie w opowiadanie (nie wprost, nie infodumpem), bo czytelnik nie będzie się zastanawiał, co miałeś na myśli, tylko ma przed sobą konkretny tekst, z którego intencję autorską ma wyczytać

 

Istnieją w literaturze precedensy, kiedy prawdziwe cytaty (nawet często) lub tytuły książek (trochę rzadziej) pojawiały się w nibylandiach.

W nibylandiach mających połączenie z naszym światem – tak. Ale ten “nasz” świat musi być na odpowiednim etapie rozwoju, żeby dany element mógł tam przeniknąć. W groteskach – tak. W poważnej fantasy to zazwyczaj nie działa. Tutaj to akurat byłoby możliwe, gdyby Furfi istniał w innej czasoprzestrzeni i jego okienka otwierały się na różne czasy losowo, ale nadal pani od drwali z muszkietami nie mogłaby czytać Martina.

 

Z tej historyjki da się zrobić sympatyczną przypowiastkę, ale może przydałoby się jej po prostu solidne betowanie?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Akcent położony jest na słowo “człowieki”, ponieważ właśnie ich Furfi nie rozumie.

 

Ale skąd on wziął tę niepoprawną formę?

Jak to skąd? Pewnie oglądał “Madagaskar”. ;D

– A ja wam rzeknę, że w tych borach czai się coś paskudnego

Bór to las iglasty, więc dęby zbytnio nie mogły tam upadać. Nawet te majestatyczne.

 

Poza tym przyjemna lektura do herbaty. Jasne przesłanie, prosty konflikt, postacie po określonych stronach.

Co do “człowieków”: Pomijając poprzednie komentarze, dziwi mnie, że w jednym miejscu narrator także przyjął tę manierę. Celowe? W innych miejscach nazywa ich po prostu ludźmi.

Takie tajemnicze istoty znikąd zawsze sprawiają mi pewien problem. Kto nauczył je czytać? Czy porozumiewają się w ten sam sposób co ludzie? Skąd znają akurat polski czy angielski? Inne języki też? Nie mówię, że to błąd po prostu czasem się nad tym zastanawiam. :)

Ogólnie miło, krótko, sympatycznie.

O, Regulatorzy, widzę, że nie przeoczyłem znowu tak dużo błędów :)

ironiczny podpis

Znowu marudzicie :). Całkiem przyjemna opowiastka – trochę z “Pięknej i Bestii”, trochę z opowieści o Indianach. Napisana (wg mnie) też bardzo sprawnie, płynąłem przez tekst nie potykając się. Jedynie te anachronizmy takie sobie, ale to już przewałkowano wte i wewte. 

Kilka zgrzytów:

– “siedział na ogromnym, bujanym fotelu” – siedzi się “w” fotelu;

– “jak tylko jego spojrzenie przykuł” – gdy tylko;

– “sztucer podparty o skrzynię” – oparty;

– “Dotknął bolesne miejsce” – bolesnego miejsca.

 

Bardzo porządna bajka IMHO!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Och, Isandrze, poza połciem/ połacią, to raczej usterki. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczna opowiastka. Może i znalazłoby się kilka zgrzytów i nieścisłości, ale o tym wspominali już poprzednicy. Postacie trochę jednobarwne, ale tekst wciągnął i przeczytałam z przyjemnością bez większego wysiłku.

Podobało mi się. :)

Dziękuję nowym czytelnikom za komentarze, są niczym balsam na mą duszę ;-).

Kilka zgrzytów zostało wygładzonych. Bór też zniknął (chociaż to podobno las głownie, a nie wyłącznie iglasty). :-)

 

Rybaku, świetny pomysł z dubeltówką. Zatem najpierw Furfi umyka przed strzałami sztucera, a za drugim razem obrywa śrutem z dubeltówki.

 

Musz­kiet i jego czasy wy­da­wa­ły mi się bar­dziej ro­man­tycz­ne na tło opo­wia­da­nia

 

W dobie ro­man­ty­zmu musz­kiet wła­śnie się osta­tecz­nie dez­ak­tu­ali­zu­je, więc za­baw­nie to za­brzmia­ło. 

Nie miałem na myśli epoki romantyzmu, ale znacznie szersze znaczenie tego słowa.

 

Akcent położony jest na słowo “człowieki”, ponieważ właśnie ich Furfi nie rozumie.

 

Ale skąd on wziął tę niepoprawną formę?

Sam wymyślił, próbując w domyślny sposób odmienić słowo człowiek w liczbie mnogiej. Trochę jak małe dziecko.

Drakaino, Twoje uwagi na temat anachronizmów oraz spostrzeżenia o utworach fantastycznych i cytowanych w nich książkach uznaję za słuszne i fajnie, że się tym podzieliłaś. Muszkiety już wyleciały, więc opowiadanie zostało przesunięte na linii czasu.

Człowieków też bym się pozbył, bo widzę, że jest kilka osób, które postrzega to jako niespójność, ale na tym etapie byłoby to odrobinę problematyczne. Dodatkowo słówko człowieki pełni w tekście pewną rolę, o której wspominałem.

Czytając o Furfim nie mogłem się oczywiście pozbyć obrazu Grufalla, ale to chyba dobrze. Bo tym w zasadzie ten tekst jest – sprawnie i zgrabnie napisaną baśnią, będącą czymś pomiędzy Grufallem a Piękną i Bestią. I to właściwie w porządku, choć ze względu na prostotę wymowy, nie jest to opowiadanie, które odciśnie jakiś trwały ślad w mojej pamięci. 

Przeczytałem juz po naniesieniu poprawek, więc nie mam zastrzeżeń co do anachroniczności, ani wątpliwości natury medycznej. Lecz muszę przyznać, że zastanawia mnie, w jaki sposób Furfi nauczył się czytać? 

Ale ogólnie – fajny, porządny tekst. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Odrobinę naiwne opowiadanie, ale i całkiem przyjemne. Zgadzam się z przedpiścami, źe brakło doświadczonego betaczytacza, który zwróciłby uwagę na czasowe niekonsekwencje. Do człowieków nic nie mam. Może być tak, że mimo dobrych wzorców – książki -przyswaja się formy błędne (moje dzieci np uparcie mówią "wziąść", mimo że jedyne źrôdło j. pol. to ja i mąż i oboje mówimy prawidłowo).

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Trochę sympatyczna opowiastka, trochę naiwna.

Stoi zagadką, kim jest bohater i w końcu nie dajesz odpowiedzi. Może to jakaś magiczna rasa, może prawnuczek Tarzana, może GMO małpa, która uciekła z laboratorium… Artefakty niby ma magiczne, ale mógł tak sobie ponazywać zwykłe przedmioty.

Fabuła ujdzie, chociaż nie grzeszy zaskakującymi zwrotami akcji.

Widzę, że muszkiety już wyleciały, ale została lampa naftowa.

Legendy nie widzę.

Napisane dość sprawnie.

Babska logika rządzi!

Thargone, rad jestem, że tekst wywarł pozytywne wrażenie. Skojarzenia też mi się podobają, jest jeszcze Grendel od Gardnera z biblioteczki Furfiego.

Lecz muszę przyznać, że zastanawia mnie, w jaki sposób Furfi nauczył się czytać? 

Furfi miał rodziców, na koniec wspomniał o “tatku”.

 

Fleurdelacour, cieszę się, że lektura okazała się przyjemna i wiem już komu wysłać następnym razem zaproszenie do betowania. ;-)

Pół żartem, pół serio, to na betaliście wisi, już prawie przeze mnie zapomniane, opowiadanie będące retellingiem legendy o świętym Jerzym.

 

Finkla, nawet nie wiedziałem, że taki sympatyczny tekst mi wyszedł. ;-) Już kilka osób określiło go tym słowem, więc pewnie coś w tym jest.

Legendą jest główny bohater, a w zasadzie staje się nią na koniec opowiadania, wypchnięty przez straszliwą siłę Postępu, bo w nowym świecie nie ma już dla niego miejsca. Przez całe opowiadanie stawia opór i dopiero na koniec godzi się ze smutną prawdą. Ma nadzieje, że ludzie przestaną w niego wierzyć, a wtedy być może przeżyje, w legendzie.

Oczywiście jeśli nie wybrzmiało to wystarczająco wyraźnie, wina jest autora, znaczy się moja. ;-)

Z romantyzmem żartowałam, wiem, że nie miałeś na myśli epoki – po prostu w kontekście dyskusji o muszkietach zabawnie to zabrzmiało.

 

Co do człowieków – Furfi miałby szansę utworzyć taką formę, gdyby uczył się języka ze słuchu i nigdy formy poprawnej nie słyszał. W książkach – nie ma szans, żeby jej nie napotkał. Poza tym skoro miał rodziców, od których się nauczył czytać, to znaczy, że oni znają język itd. Może należałoby choć trochę miejsca poświęcić – tekst jest krótki, masz dużo zapasu znaków – na powiedzenie czytelnikowi nieco więcej o Furfim czy furfich? A może dać mu właśnie to, że jako pierwszy w rodzie nauczył się czytać – może nawet mówić? – w ludzkim języku, bo oni mają jakiś swój własny?

 

To jest naprawdę materiał na solidną, ładną i niebanalną przypowiastkę, ale może warto ją dopracować?

 

Oczywiście jeśli nie wybrzmiało to wystarczająco wyraźnie, wina jest autora, znaczy się moja. ;-)

To popraw, autorze!

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hm… Tak, zdecydowanie dopiszę jeszcze kilka akapitów tu i ówdzie. Furfi zasłużył chociaż na tyle. ;-)

PS. Retelling o św. Jerzym mogę betować, ale tylko jeśli to smok wygrywa. Nienawidzę zabijania smoków.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

PS. Retelling o św. Jerzym mogę betować, ale tylko jeśli to smok wygrywa. Nienawidzę zabijania smoków.

No masz, wiedźminka abo druid jaki. Muszę jeszcze trochę poprawić ten tekst i wtedy się do Ciebie uśmiechnę, ale nie obiecuję z tym nie zabijaniem.

 

Dopisałem fragment o przeszłości Furfiego. Wyjaśnia “człowieków”, “więzienie” złotej rybki, skąd futrzak nauczył się czytać i jeszcze kilka innych ciekawostek:

 

– Ach, trzeba człowiekom przyznać, snują wspaniałe opowieści, pełne cudów. – Ciemne, zamglone oczy rozmarzyły się.

Człowieki. Kiedy zaczął poznawać literaturę, zorientował się, że takie słowo nie istnieje, chociaż nie do końca rozumiał dlaczego. Tylko że tak mawiał tatko. „Człowieki to”, „człowieki tamto”, „nigdy nie ufaj człowiekom”.  Okrutna ironio, biedny, poczciwy staruszek zmarł na dziwną chorobę, niedługo po spotkaniu z ludźmi. Ciągle wydmuchiwał z nosa dziwną wydzielinę, narzekał na kłopoty z oddychaniem i bóle głowy. Furfi był wtedy jeszcze mały. Pewnego dnia, kiedy tatko już naprawdę zaniemógł, pożegnał się z synem i powiedział, że idzie odpocząć pod akacją. Tam go Furfi później znalazł, przykrytego całunem kolorowych liści.

I tak został sam. Do dnia w którym poznał Listka. Wczesnym rankiem kąpał się w strumieniu, nucąc radosną melodykę, aż spostrzegł przepiękną złotą rybkę. Wpatrywał się oczarowany jej pięknem, a ona zwróciła na niego bystre oczy. Podpłynęła, słusznie nie czując strachu, i zaczęła się popisywać, wywijając młynki wokół nóg stwora.

Nagle pojawiło się coś większego, może zwykły pstrąg, i pożarło malutką rybeńkę. Furfi rzucił się w dół i zaczął rozpaczliwie młócić wodę, próbując złapać potwora. W końcu udało się pochwycić bestię. Jednym ruchem rozdarł ją na dwie części, jakby była kartką papieru. Złota rybka żyła, uwolniona przylgnęła mu do uda i za nic nie chciała się odkleić. Zabrał ją do domu.

Co jakiś czas chodzili nad mały staw i pływali razem, czasami nad rzeczkę. Listek zawsze, gdy już się znudził, wpływał do szklanej kuli i wtedy wracali.

Furfi podszedł do szafki, na której stał jedyny niezakurzony przedmiot w norze – akwarium.

– Przeżyć wielką przygodę, choć jeden raz…

W wypolerowanym szkle ujrzał odbicie – twarz gęsto porośniętą miedzianobrązowym futrem, groźnie wystające kły i płaski nos. Przejechał pod okiem długim, zakrzywionym pazurem, płosząc już i tak ledwie dostrzegalny uśmiech. Nie zdążył zapytać: „Tato, a czemu ja jestem taki?”.

Spojrzał w bok na półki uginające się pod ciężarem książek. Dostrzegł Elementarz, klasa pierwsza i odżyły w nim wspomnienia z czasów, kiedy nauczył się czytać. Podsłuchiwał wtedy człowieków obozujących w lesie. Dorosły samiec najpierw tłumaczył, a potem dziecko w kółko recytowało: „a, be, ce, de…”. Furfi wyrył to sobie w pamięci i po chwili powtarzał już w myślach razem z maluchem. Potem chłopiec odbiegł, zawołany przez rodziców. Ale zostawił otwartą książkę. Furfi porwał Elementarz, klasa pierwsza i umknął z miejsca grabieży.

W norze długo i dokładnie oglądał symbole wypisane na stronie, która była wtedy otwarta. „A, be, ce, de…”. Następnie próbował odczytać pierwsze słowo – drzewo, ale wyszło „derzetwuo”. Przywołał w pamięci skrawki tłumaczenia, które posłuchał i spojrzał na wymalowany obrazek. W końcu się udało.

Furfi obudził się ze wspomnień i znowu skoncentrował spojrzenie na biblioteczce.

– Wiesz, czasami zastanawiam się, z czego je wytwarzają.

 

Dodatkowo lampa naftowa została transmutowana w świeczkę i dopisałem jedno zdanie na koniec, żeby powiązanie z hasłem konkursowym było bardziej oczywiste: 

 

– Co mówisz? Dziecko? Głupi Furfi nie potrafi odróżnić dziewczynki od rusałki, bo głupi Furfi nigdy wcześniej nie widział rusałki. Tatko opowiadał mi o nich, że teraz już się tak często ich nie widuje i wyłącznie w najgłębszej puszczy. Zapomniałem o nich, zdaje się nawet nigdy nie wierzyłem. Włożyłem je między baśnie i legendy – westchnął. – My też, Listku, my też ukryjemy się w najgłębszej puszczy. Tam żyją kikimory, leśne demony, strzygi i amfisbeny, ale nie ma człowieków, wiec może o nas też zapomną, a jeśli kiedyś dotrą i tam, to bodaj w końcu umrzemy i już cały świat będzie taki, jak chcą.

Spojrzał na okładkę książki, za którą zapłacił tak wysoką cenę. Światło się mroczy.

Obrócił się i zniknął za czarną ścianą lasu.

 

Przeczytałem. Sympatyczna opowiastka, choć układ “źli ludzie, biedne X” (pod X wstaw naturę, obcych, magiczne istoty itd) przerabiałem tyle razy, że zaskoczenia tutaj nie było.

Widzę też naniesione poprawki. Wnioski Rybaka bardzo słuszne, dobrze że poprawiłeś ten motyw, bo bym od razu na to zwrócił uwagę. Nadal czuję anachronizm od samych ludzi (sługa i pan, do tego świecą pochodnią zamiast latarką), ale poza tym nieźle.

Podsumowując: nienowy koncert fajerwerków, lekko anachroniczny, ale jako opowiastka całkiem-całkiem :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Kilka uwag:

Wyjustuj sobie otwierający opko cytat.

Oddziel bardziej gwiazdki od tekstu.

„Dziewczynka”, pomyślał. ← twój sposób zapisu jest ok, zaznaczam jednak, jak to robimy w Fantazmatach: Dziewczynka – pomyślał.

Włożyłem je między baśnie i legendy(+.)wWestchnął. ← dużo się nasłuchałam na ten temat od Naczelnego; westchnął nie uznajemy za czynność związaną z mówieniem danej kwestii, powinieneś więc zapisać to słowo dużą literą. Chociaż niektórzy się z tym nie zgadzają. Ale zróbmy po fantazmatowemu :P

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

 

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

NoWhereMan, dzięki za lekturę i komentarz. :)

 

Naz, dziękuję za lekturę, komentarz i klik. Uwagi przyjąłem i wdrożyłem poprawki. =)

Dorzucając trzy grosze do dyskusji o muszkietach, wydaje mi się, że zamek skałkowy upowszechnił się trochę wcześniej niż na początku XIX wieku ;).

 

Historia Furfiego jest dość ponura. Nie mówię, że to źle, ale trudno było mi wyciągnąć z niej coś poza dołującym przesłaniem. Oznaczyłeś tekst tagiem “baśń”, a mnie w tym okołobaśniowym nastroju zabrakło położenia akcentu na zakończenie, które pozwalałoby otrząsnąć się z bólu niezrozumienia współodczuwanego z futrzanym protagonistą, skądinąd nieco sztampowego. Przychodzi mi na myśl film “Labirynt Fauna”. Nie jestem jego wielkim fanem, ale trzeba przyznać, że twórcy z wyczuciem opowiedzieli historię zarazem smutną i pełną tajemnicy. U ciebie “najgłębsza puszcza” pojawia się i w tytule i w końcówce, ale brakuje mi stopniowego odkrywania jej sekretów w treści opowiadania. Spotkanie z rusałką, które tłumaczysz dopiero w ostatnich zdaniach, to za mało.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevaz offtop – Potocki w awatarze :) :) :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zgadza się : ). Ciekawa postać. Szkoda, że pisał po francusku… Ale nikt nie jest doskonały ;P

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dlaczego szkoda? Dla mnie to w sumie nawet plus ;) A autorem pierwszego polskiego przekładu “Rękopisu…” był tak skądinąd przeciekawy choć dziwaczny człowiek. To jeden z powodów, dla których jakoś ciągle nie sięgam po to nowe tłumaczenie, nie wyobrażam sobie innej polszczyzny dla tego dzieła niż Chojeckiego… 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Czy Tylko mnie Furfi skojarzył się z Yeti, albo Wielką Stopą ??? I sprawa legendy załatwiona ;)

Przeczytałem po wszystkich poprawkach, tak że mnie nie raziły błędy które zdążyłeś poprawić, no i wiedziałem że “człowieki”​ bo tak tatko gadali ( bo zdążyłeś wstawić ten fragment). No i fajnie wybrnąłeś ze złotą rybką ;)

Powtórzę po przedpiścach, bardzo sympatyczne opowiadanko. Trochę smutne w wymowie, ale niestety tak to już jest że człowieki nie dadzą nikomu spokojnie poegzystować. 

Nevaz, dziękuję za lekturę i opinię. Opowiadanie miało być smutnawe, bo przesłanie jest z ostrzeżeniem, wszak jeszcze nie wszystkie dzikie ścieżki i magiczne wierzby zostały zniszczone lub odczarowane. Przyznaję, że zarówno temat, jak i poniekąd sposób jego prezentacji, bywały dosyć często eksploatowane w literaturze fantastycznej. Chociażby u autorów wspomnianych w tekście, ale tak naprawdę imię ich Legion.

A że zagadnienie uznałem za aktualne i w moim odczuciu dobrze spinające się z hasłem konkursu… ;-)

 

Enderek, cieszę się, że opowiadanie przypadło do gustu. Skojarzenia znowu jak najbardziej na miejscu. Wielka Stopa razem Grendelem są bliską rodziną Furfiego, jednak nazwanie bohatera Wielką Stopą w tekście jakoś uznałem za zbyt nachalne. Może niesłusznie.

Yeti także chodził mi po głowie. Jest nawet pewien utwór muzyczny Berry’ego Wright’a pt. “Yeti’s lament”, który był dla mnie źródłem inspiracji. Może stąd taki smutny wydźwięk opowiadania. Polecam na deser: https://soundcloud.com/berryweight/yetis-lament

Miły tekst, Teofilu, prosty i ładny.

Niemiło jestem natomiast zaskoczony jakością narracji. Pamiętam Twoje “Dzieci fantastyki” – naprawdę dobrze się czytały. Tym razem co chwilę potykałem się o jakieś dziwnie użyte słowa np.:

Przywołał w pamięci skrawki tłumaczenia, które posłuchał

– chyba “podsłuchał”, ale czemu “skrawki”?

 

Snuł wspaniały plan, kiedy piękną chwilę zmącił jeden z osadników

 – zmącić można piękno chwili, nie chwilę piękna

 

żaden kamyk czy gałązka nie miały szansy sfuszerować akcji.

– sfuszerować może sam wykonawca czynności, nie okoliczności poboczne

 

Samiec przeniósł wzrok w bok, stwór podążył za jego spojrzeniem na sztucer

– “wzrok w bok” się rymuje, a potem to już w ogóle jakaś dziwna konstrukcja

 

Nie zrozumiałem też do końca, czy dziewczynka jest dziewczynką, czy rusałką.

Dziękuję, Coboldzie, za lekturę i opinię. Cieszę się, że pozytywnie odebrałeś moje opowiadanie i równocześnie żałuję, że jakość narracji rozczarowała. Mogę tylko obiecać, że następnym razem jeszcze bardziej się postaram. ;-)

Harmonogram konkursu powstrzymuje mnie od wprowadzenia poprawek, więc tylko po krótce odpiszę.

Przywołał w pamięci skrawki tłumaczenia, które posłuchał

– chyba “podsłuchał”, ale czemu “skrawki”?

Pierwsze to oczywiście literówka. Przyznaję, że skrawek jest odrobinę niefortunny, bo raczej sugeruje materialny kawałek lub wycinek przestrzeni.

Snuł wspaniały plan, kiedy piękną chwilę zmącił jeden z osadników

 – zmącić można piękno chwili, nie chwilę piękna

Tego za bardzo nie czuję, ale skoro tak mówisz, to Ci zaufam. ;-)

żaden kamyk czy gałązka nie miały szansy sfuszerować akcji.

– sfuszerować może sam wykonawca czynności, nie okoliczności poboczne

Ok, trochę to niesemantyczne, chyba że spersonifukujemy kamyk lub gałązkę. W późniejszej części opowiadania pojawiają się sugestie, że puszcza jest świadoma, ale w tym miejscu rzeczywiście może to źle wyglądać.

Samiec przeniósł wzrok w bok, stwór podążył za jego spojrzeniem na sztucer

– “wzrok w bok” się rymuje, a potem to już w ogóle jakaś dziwna konstrukcja

Ok, można to ująć inaczej, bo trochę psuje melodię tekstu.

Nie zrozumiałem też do końca, czy dziewczynka jest dziewczynką, czy rusałką.

Dziewczynka jest rusałką. Już przy pierwszym spotkaniu pewne drobne szczegóły mogły na to wskazywać, a na koniec słowa Furfiego to potwierdzają (albo miały potwierdzać).

Zapoznałam się z Twoją słodko – gorzką baśnią, teofilu. Bardzo mi się spodobał klimat, który stworzyłeś w tekście – z jednej strony sielanka, a z drugiej pojawiają się ludzie i wprowadzają swój zamęt. Zapałałam sympatią do postaci Furfiego, który też mi się skojarzył z Wielką Stopą.

Wielki plus za wykorzystanie powieści Światło się mroczy. Nie za bardzo pamiętam treść, ale zakończenie chyba było podobnie posępne, jak w Twoim opowiadaniu.

Rzeczywiście, całe szczęście, że zmieniłeś te muszkiety na sztucery, bo takie anachronizmy musiały walić po oczach. Powiem więcej, nadal walą. Po rodzaju drzew domyślam się, że mowa o jakichś zachodnich krajach. Gdzież zatem mamy takie lasy dziewicze z rusałkami? Kanada? Któryś z parków USA? W rozmowie człowieków pada propozycja pociągnięcia kolei, to przywodzi na myśl czasy pionierów. A tymczasem Martin, Tolkien, Le Guin itd. (coś dziwnie samą fantastykę gubiły te człowieki w lesie)

No właśnie. Aż się prosi, by te wymienione książki miały jakieś znaczenie dla fabuły. Wyraźnie nawiązuje do niej wzmianka o autorze “Grendela”, ale za nic nie mogę zrozumieć odniesień do powieści Martina. Znam ją. Nie ma nic wspólnego z Twoją historią. Jest ona ważna dla wydarzeń w opowiadaniu, tylko że Ty wybrałeś ją chyba na zasadzie – ​a teraz wstawię do opowieści swoje ulubione lektury. Szkoda. Dobranie odpowiedniego tytułu mogłoby dodać twojemu tekstowi nieco więcej głębi. 

Na pewno warto pochwalić warsztat i klimat opowiastki. Rzeczywiście jest to swoista, przepełniona goryczą baśniowa opowieść o postępie, który niszczy to, co magiczne. Prosta opowieść, dodajmy. Bohater wzbudza sympatię i każdemu, jak widzę, kojarzy się z inna postacią i historią. Ogr, Wielka Stopa, Yeti itp. Osobiście podczas lektury miałem dziwne skojarzenia z bajką “Sezon na misia”, a facet z bokobrodami przypominał mi myśliwego z tej animacji. 

Podsumowując. Fajnie napisana historyjka o złych ludziach niszczących nienazwany i niepoznany świat baśni i natury. Trochę w niej nieścisłości, trochę dziur logicznych, ale całość przyjemna w lekturze i z proekologiczno-probaśniowym przesłaniem. Bohater – futrzasty i pocieszny ale groźny i przy tym oczytany intelektualista – do polubienia.

Dam klika.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Deirdriu, dziękuję za lekturę i pozytywny komentarz. Cieszę się, że opowiadanko przypadło do gustu. Zakończenie w Światło się mroczy rzeczywiście było posępne i do tego z niedopowiedzeniem, pozostawiającym czytelnikowi przestrzeń do interpretacji. Ale powiązaniu książki Martina z treścią opowiadania za chwilę. :)

 

Mr. maras, również dziękuję pięknie za lekturę, opinię i klika. :-) Przyznaję się, że teraz w opowiadaniu panuje lekki anarchoniczny miszmasz. Wcześniej wszystko oprócz tytułów książek było osadzone w czasach pionierów. Zgodnie z sugestią pierwszych czytelników dopasowałem niektóre elementy do współczesnych czasów, bo nazwiska autorów i tytuły książek musiały zostać – nie miały być przypadkowe.

 

Zatem śpieszę z krótkim wyjaśnieniem, jak powiązałem wymienione książki i pisarzy z opowiadaniem.

Grendela Johna Gardnera pięknie wyłapałeś – dlatego Furfi “Widział też siebie. Prawie”. W tekście pojawia się również wypowiedź Furfiego, będąca parafrazą słów Grendela.

Verne – chodzi głownie o książki nawiązujące do postępu cywilizacyjnego, wspaniałych wynalazków. Verne nie pisał całkiem wyssanej z palca fantastyki naukowej, ale czytał prasę naukową (podobnie jak wielu pisarzy obecnie) i niekiedy umiejętnie przewidywał kierunek postępu. Furfi zachwyca się postępem, nie zdając sobie sprawy, że ta “straszliwa siła” stanowi dla niego zgubę.

Tolkien – motyw wędrówki i przygody (”– Przeżyć wielką przygodę, choć jeden raz…”).

Le Guin – sporo utworów porusza tematykę odmienności, tolerancji i akceptacji (np. Lewa ręka ciemnośći, Wydziedziczeni) oraz poszukiwania swojego miejsca na świecie, sensu (Czarodziej z archipelagu). Starałem się w tekście podkreślić, że te problemy dotyczą Furfiego.

Światło się mroczy Martina odebrałem jako powieść o przemijaniu, o umierającej planecie, na której w niepamięć odchodzą stara tradycja i kodeks. Na umierającą planetę wyemigrowali najbardziej konserwatywni tradycjonaliści, dla których nie było miejsca w nowym społeczeństwie. Tak samo nasz bohater musi odejść do najgłębszej puszczy, bo w świecie człowieków nie ma dla niego miejsca. Dodatkowo na koniec spogląda na tytuł Światło się mroczy (Dying of the light), wpatrując się nocą w dogasające szczątki domu.

Oczywiście to wszystko jest subiektywne i twórczości wspomnianych pisarzy nie można zamknąć w takich ciasnych ramach. Do tego nakłada się to na indywidualny odbiór niektórych utworów, np. wspomnianego Światło się mroczy. Niemniej jednak starałem się w ten sposób coś dodatkowo przekazać. ;-)

Bardzo przyjemne opko, Teofilu.

Bardzo lubię takie opowiastki, zwłaszcza jak są klimatycznie napisane.

Może ma swoje mankamenty, ale te zawsze można poprawić.

Czasem w prostocie i zwięzłości jest siła, a czasem czytelnik żałuje, że Autor nie pokusił się o rozbudowanie i wydłużenie historii. Ja tak mam teraz i naprawdę chciałbym więcej. :)

Dzięki za lekturę i powodzenia w konkursie! ;)

Pozdrawiam!

 

P.S. Oczywiście nie mam żadnych wątpliwości, że historia jest prawdziwa… ;)

Dziękuję za lekturę i klika, Majkubarze. Cieszę się, że przypadło do gustu.

 

PS. Nareszcie ktoś zwrócił uwagę na prawdziwość opowieści. ;-)

Mnie się podobało. Potrafię przeczytać takie krótkie opowiadanie z przymrużeniem oka. Nie podchodzę do tego na poważnie. To po prostu bajka o sympatycznym stworze i w takich kategoriach to traktuję. Nie zagłosuję na konkursie ani nic.

Przekaz jest, bajkowa atmosfera jest, trochę wzruszenia dla dzieci jest. Na plus wątek literatury i nazywanie ludzi “człowiekami”. Ładne zakończenie.

Jeśli miałeś takie podejście jak ja, to udało Ci się. Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Pietrku, dziękuję za lekturę i nominację do biblioteki. Cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało. Nie pisałem pod młodego czytelnika, ale przyznaję, że tekst ma pewne cechy przypowiastki dla dzieci.

Chodziło mi nie tyle o pisanie dla dzieci, ale o tworzenie prostej bajki.

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Przyjemny, bajkowy tekst, sprawnie napisany. W sam raz na rozpoczęcie dnia :) Kliczek za klimat i magię, którą udało Ci się stworzyć :) Powodzenia w konkursie.

Katiu, dzięki piękne za komentarz i nominację. Cieszę się też, że klimat i magia zostały tak pozytywnie odebrane. :)

Zupełnie nie moje klimaty. Tekst za bardzo kojarzył mi się z bajką dla dzieci, a nie dla “uniwersalnego czytelnika”, ale ogólnie wypada całkiem sympatycznie. Nie jest to coś, co zapadnie mi na długo w pamięć, ale jako przerywnik sprawdza się dobrze :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Soku, dzięki za lekturę i komentarz.

Nowa Fantastyka