- Opowiadanie: tpoh - My albo oni

My albo oni

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla, Naz, Użytkownicy II

Oceny

My albo oni

Bóg nie mógł już dłużej patrzyć na krzywdy czynione niewinnemu ludowi. Zesłał więc na Ziemię swojego wysłannika, który nazwany został Mścicielem.

Sprawiedliwości stało się zadość. Źli zostali ukarani, a dobrzy nagrodzeni. Stare Imperium upadło, a w jego miejsce powstało Nowe Imperium. Zaczął się czas dobrobytu i sprawiedliwości.

Fragment "Legendy o Mścicielu" z kronik Nowego Imperium

 

Rozdział I

 

Miasto wydawało się żyć swoim zwyczajnym życiem, ale w niewytłumaczalny sposób dało się odczuć coś niecodziennego. Jakby niewidoczna aura otaczała mieszkańców, wprawiając ich mimo woli w ponury nastrój. Próżno było nasłuchiwać radosnych głosów i śmiechów. Nawet dzieci były wyjątkowo ciche, tak jakby podświadomie coś przeczuwały. Ożywiły się jedynie na chwilę na widok samotnego jeźdźca, sunącego powoli na czarnym koniu wśród tłumu. Jego posępny wyraz twarzy doskonale komponował się z nastrojem mieszkańców, ale postawna sylwetka przyciągała wzrok przechodniów. Dorośli odsuwali się od niego instynktownie, a dzieci wpatrywały tylko oniemiałe. Jeździec nie rozglądał się nawet, tylko jechał przed siebie, ignorując zaciekawione spojrzenia. Mijał kolejne uliczki, aż w końcu zatrzymał przed zaniedbaną karczmą. Zsiadł z konia i wszedł do izby.

Karczma czasy świetności miała już za sobą, ale ponad połowa stołów była zajęta. Większość klientów z wyglądu raczej przypominała ludzi, którzy nie parają się uczciwą pracą. Widok nieznajomej twarzy wzbudził zainteresowanie stałych bywalców. Wśród nich rozległy się szepty, a wzrok, mniej lub bardziej ukradkiem, skierowany był na nieznajomego mężczyznę. Ten nie przejął się jednak zainteresowaniem, które wzbudził i powolnym krokiem podszedł do lady, za którą stała młodziutka, niska dziewczyna. Lada odsłaniała jedynie jej głowę i pełne, jędrne piersi, które dumnie prezentowała swoją bluzką z głębokim dekoltem. Dziewczyna spojrzała na mężczyznę, a kąciki jej ust uniosły się w delikatnym uśmiechu.

– Wróciłeś – stwierdziła.

– Nie na długo – odpowiedział mężczyzna.

– Arthur… Rozmawialiśmy już na ten temat.

– I porozmawiamy jeszcze raz. O której zamykasz?

– Za jakieś dwie godziny. Jak chcesz, to idź na górę. Przyniosę ci tam jakieś jedzenie.

– Nie, dzięki. Poczekam tutaj. Wolę być w pobliżu. Tak na wszelki wypadek. – Kątem oka zerknął na wyjątkowo głośną grupę pijanych mężczyzn przy jednym ze stołów. – Od kiedy wpuszczasz uzbrojonych ludzi do karczmy?

– Tam siedzi syn szefa Furty. No wiesz, Furta to najbardziej wpływowa szajka w tym mieście – wyjaśniła. – Wolałam ich wpuścić dla świętego spokoju.

– Jak uważasz. Dobrze cię znów widzieć, Liso. – Uśmiechnął się po raz pierwszy.

– Ciebie też, Arthurze. – Odwzajemniła uśmiech. – Usiądź sobie gdzieś. Zaraz przyniosę ci coś dobrego do jedzenia.

Przybysz zajął wolne miejsce przy stole w jednym z kątów przestronnej sali. Komentarze i spojrzenia klientów stawały się coraz bardziej nachalne. Jedna z licznych grup wpatrywała się nieustannie i złowrogo w nieznajomego. Ten po prostu zdawał się ich ignorować. Rozsiadł się wygodnie na ławie przy ścianie, by mieć dobry widok na pijanych klientów. Z torby wyjął nadszarpniętą zębem czasu księgę i zagłębił się w jej lekturze. Po chwili pojawiła się karczmarka z podłużną tacą, na której w równym rządku ułożone były półmiski z parującym jedzeniem.

– Dzięki, Liso.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odpowiedziała dziewczyna, uśmiechając się zalotnie.

Lisa ruszyła z powrotem w stronę lady. Lawirowała zgrabnie pomiędzy ławami, gdy w pewnym momencie jeden z klientów klepnął ją solidnie w pupę. Dziewczyna niewiele myśląc, wzięła ze stołu gliniany garniec i z całej siły rozbiła go na głowie "podrywacza". Mężczyznę zamroczyło na chwilę, a z jego czaszki cienkim strumieniem popłynęła krew. Wstał gwałtownie, chwiejąc się jeszcze i podpierając jedną ręką o blat stołu.

– Ty głupia kurwo! – ryknął wściekle, łapiąc dziewczynę za długie, czarne włosy.

Drugą ręką zamachnął się mocno, celując w odsłonięty policzek karczmarki, gdy niespodziewanie rozległ się świst, a rękę agresora odrzuciło do tyłu. Srebrny sztylet wbił się mocno w jego dłoń, przeszywając kość na wylot. Mężczyzna wrzasnął z bólu zdezorientowany, mimowolnie oswobadzając z uścisku dziewczynę. Ta wykorzystała okazję, szybko chowając się za ladą. Kompani rannego przywódcy zerwali się z ław, wyciągając zza pazuch noże. Rozejrzeli się dookoła, szukając wśród klientów napastnika. W końcu ich wzrok zatrzymał się na nieznajomym przybyszu, który niewzruszony czytał księgę.

– Ty plugawy psie! – krzyknął najwyższy z agresorów. – Rozpierdolę ci czaszkę!

Trzech uzbrojonych mężczyzn ruszyło w stronę nieznajomego. Ten nawet na nich nie zerknął, wzrok wciąż miał utkwiony w opasłej księdze.

– Spokój! – Donośny głos rozbrzmiał nagle w izbie.

Zbici z tropu bandyci odwrócili się w kierunku źródła dźwięku. Niski, niebywale otyły szlachcic wpatrywał się w nich gniewnie.

– Spokój albo poucinam wam łby, a wasze dzieci utopię w rzece, żeby przerwać linie waszych parszywych rodów.

Szlachcic swoją posturą raczej wzbudzał śmiech aniżeli respekt, lecz mimo to agresorzy po krótkiej chwili namysłu schowali noże za pazuchy. Rzucili raz jeszcze ostatnie spojrzenie na nieznajomego, po czym opuścili karczmę.

Dziewka wyjrzała zza lady i rozejrzała się wokół przerażona.

– Dziękuję. – Rzuciła się Arthurowi na szyję. – Tobie również, Horasie – zwróciła się do grubasa.

– Nie ma sprawy, Liso.

Grubas podszedł do stołu zajętego przez Arthura i usiadł ciężko na ławie naprzeciwko mężczyzny.

– Niezły rzut – powiedział, świdrując go spojrzeniem.

– Skąd myśl, że to ja rzucałem? – odpowiedział mężczyzna, wciąż nie odrywając wzroku od książki.

– Ehh… – Westchnął Horas. – Bystrego wzroku już w tym wieku może nie mam, ale rozum jeszcze w miarę pracuje.

Nieznajomy podniósł wzrok znad księgi i spojrzał pytająco na grubasa.

– Ten gość, którego zaatakowałeś, jest takim lokalnym postrachem mieszkańców. To syn człowieka, który jest szefem Furty, szajki zajmującej się wymuszeniami, kradzieżami i innymi zajęciami, których normalny człowiek się brzydzi. Nikt, spośród tutaj obecnych, po prostu nie odważyłby się go zaatakować. – Grubas odwrócił się w stronę lady. – Liso, daj nam tutaj dzbanek dobrego piwa – zawołał głośno.

– Już się robi – odpowiedziała mu wesoło dziewczyna.

– Ot, cała tajemnica. – Westchnął Horas. – Mogę się założyć, że przed oberżą czeka już na ciebie spora grupa członków Furty, a z każdą chwilą będzie ich coraz więcej.

Karczmarka postawiła na stole wielki dzban piwa i dwa kufle.

– Na koszt firmy. – Uśmiechnęła się wdzięcznie.

– Lisa, słoneczko, możesz zobaczyć, co się dzieje za drzwiami? – spytał grubas.

– Pewnie.

Dziewczyna wyszła z karczmy i wróciła po chwili ze smutną miną.

– Na zewnątrz stoi około tuzina uzbrojonych mężczyzn.

Grubas westchnął ciężko, nalewając piwa do kufli.

– Jak ci na imię? – Spojrzał na nieznajomego.

– Arthur.

– No więc, Arthurze, krótko mówiąc, masz przejebane.

– Bywało gorzej – mruknął mężczyzna.

– Mówisz? – Grubas upił duży łyk piwa. – To może nakreślę ci twoją sytuację. Tutaj jesteś bezpieczny. Nie zaatakują cię w środku, bo wiedzą, że ojciec tej dziewczyny był moim przyjacielem i nie pozwoliłbym na zrobienie jej krzywdy.

– A kim ty właściwie jesteś, że te oprychy tak trzęsą portkami na twój widok? – zapytał Arthur.

– Powiedzmy, że jestem zamożnym człowiekiem, którego majątek pozwolił zawrzeć dość wpływowe znajomości.

Rozmowę przerwał im donośny huk. Drzwi wejściowe otworzyły się gwałtownie, uderzając o drewnianą ścianę. W futrynie stanął wysoki, masywny mężczyzna w podeszłym już wieku. Miał długą, śnieżnobiałą brodę, która kontrastowała z kompletnie łysą głową. Rozejrzał się po izbie, ewidentnie kogoś szukając.

– To Friedrich, ojciec gościa, którego zaatakowałeś – szepnął szlachcic.

Usta starca zacisnęły się mocno, a oczy zapłonęły gniewem, gdy odnalazł w końcu wzrokiem Arthura. Ruszył w jego kierunku, po drodze zabierając krzesło i przysunął je sobie do stołu, przy którym siedzieli obaj mężczyźni.

– To twój znajomy, Horasie? Kiepsko dobierasz sobie przyjaciół – rzekł piskliwym głosem, kompletnie nie pasującym do jego facjaty.

– Dopiero się poznaliśmy – odpowiedział grubas. – Właśnie wyjaśniałem mu w jak trudnej jest sytuacji.

– Trudnej? – Zaśmiał się Friedrich. – Gościu, ty już jesteś martwy – zwrócił się do przybysza.

Ten nawet nie mrugnął. Wpatrywał się obojętnie w starca, jakby za nic mając sobie jego groźby.

– Friedrich… Daj spokój – odezwała się nagle dziewczyna. – Arthur stanął w mojej obronie. Gareth był pijany. Zaatakował mnie…

– Po tym jak rozbiłaś mu kufel na głowie. Masz mnie za idiotę?

Grubas wiercił się niespokojnie na krześle, przerzucając nerwowo wzrok na rozmówców.

– Friedrich, wiesz jaki jest twój syn… Nie popuści żadnej ładnej dziewce.

– Och tak. Doskonale to wiem. W końcu to moja krew. – Wyszczerzył się starzec. – O ile na rozbicie kufla na głowie jeszcze bym przymknął oko, to okaleczenie mojego syna jest zbyt dużą zniewagą.

– Friedrich… – zaczął grubas błagalnym tonem.

– Nie Friedrichuj mi tutaj – uciął starzec. – Oboje poniesiecie konsekwencje – zwrócił się do dziewki i Arthura. – Tobie, Liso, daje gwarancję, że jak wyjdziesz po dobroci na zewnątrz, to zachowasz życie. Nie unikniesz kary, ale przeżyjesz. Ty zaś – spojrzał na postawnego mężczyznę – podpisałeś na siebie wyrok. Daję wam pół godziny, byście wyszli na zewnątrz. W przeciwnym razie z tej karczmy zostanie ruina.

– Na to nie pozwolę! – krzyknął Horas, zrywając się z ławy.

– Milcz, głupcze, i usiądź na dupie – skwitował jego słowa brodacz. – Gówno mi możesz zrobić. Ty wpływasz na ludzi pieniędzmi, a ja strachem. Żelazo działa skuteczniej niż złoto. Wiem, że…

Słowa ugrzęzły w gardle Friedricha, gdy Arthur zacisnął masywną dłoń na jego szyi w żelaznym uścisku. Podniósł go jedną ręką bez wysiłku, jakby ten był lekki jak piórko i ruszył w kierunku drzwi, cały czas trzymając starca w powietrzu. Reszta klientów patrzyła oniemiała na tę niecodzienną sytuację. Po chwili konsternacji wybiegli na zewnątrz, by obserwować dalszy rozwój wydarzeń.

Przed karczmą w półkolu ustawionych było kilkunastu mężczyzn, ubranych w jednakowe stroje – brązowe, skórzane kurtki z wyszytą literą “F” na wysokości serca. Prawie wszyscy dzierżyli w dłoniach długie miecze, z wyjątkiem dwóch najmasywniejszych zbirów uzbrojonych w potężne, szerokie topory. Na samym środku półkola stał syn Friedricha, którego głowa oraz dłoń owinięta była bandażem.

– Co, do kurwy?! – ryknął, widząc swojego ojca w powietrzu.

Ledwo wypowiedział ostatnie słowo, gdy powietrze przeszył zabójczy świst. Na ułamek sekundy w świetle słońca zalśnił srebrny sztylet, po czym bez najmniejszych oporów wbił się w krtań Garetha, przeszywając ją na wylot. Mężczyzna zacharczał głośno, a z ust trysnęła mu struga ciemnej krwi. Złapał się za gardło, rozpaczliwie próbując zatamować krwotok. Jego twarz z każdą sekundą robiła się coraz bledsza, aż w końcu mężczyzna zachwiał się na nogach. Próbował jeszcze ostatkiem sił utrzymać równowagę, lecz po chwili runął ciężko na ziemię.

Arthur nie czekał na rozwój wydarzeń, tylko zamachnął się ręką, w której trzymał starca i rozbił jego czaszkę na ścianie oberży. Uderzenie było tak potężne, że głowa Friedricha zamieniła się w bezkształtną miazgę i pękła na drobne części. Wszyscy mężczyźni patrzyli oniemiali na tę brutalną scenę, a wśród kobiet rozległ się jęk obrzydzenia.

Arthur rzucił truchło starca pod nogi zbirów.

– Wypierdalać – mruknął i wszedł, jak gdyby nigdy nic, z powrotem do środka karczmy.

Wśród bandytów zapadła głucha cisza. Patrzyli na zmasakrowane ciała swoich przywódców, kompletnie nie wiedząc co dalej czynić. W końcu jeden z nich otrząsnął się z szoku. Powolnym krokiem podszedł do ciała Friedricha i nachylił się nad nim, wyciągając zza jego pasa pękaty mieszek.

– Chłopaki, idziemy na kurwy! – zawołał triumfalnie, wyszczerzając nieliczne, pozostałe zęby w lubieżnym uśmiechu.

– Szkoda srebra. Mam lepszy pomysł. – Jeden z bandytów uśmiechnął się tajemniczo, po czym cała grupa ruszyła w nieznanym kierunku.

Wszyscy klienci wrócili z powrotem do karczmy. Zajmowali miejsca jak najdalej od nieznajomego, patrząc na niego z przerażeniem.

– Panowie, przejdźcie do prywatnego stołu – odezwała się karczmarka, wskazując palcem na odosobnione pomieszczenie. – Za chwilę do was dołączę, tylko przygotuję ci pokój – zwróciła się do Arthura.

– Nie trzeba. Nie planowałem zostawać tutaj na noc.

– Zostajesz. Bez dyskusji – ucięła i poszła na piętro, nie czekając na odpowiedź.

Arthur westchnął tylko i poszedł posłusznie za Horasem. Pomieszczenie, w którym się znaleźli było niewielkie, ale przytulne. Pośrodku stał jedynie mały stolik, dookoła którego rozstawione były wygodne, głębokie fotele. Grubas usiadł ciężko na jednym z nich, aż wzdychając z zadowolenia. Towarzysz szybko poszedł jego śladem.

– W życiu bym na to nie wpadł – odezwał się szlachcic.

Arthur spojrzał na niego bez zrozumienia.

– Mam na myśli to, by zabić tylko Friedricha i jego syna.

– Ach tak… Chciałem uniknąć zbytniego rozlewu krwi. – Wzruszył ramionami.

– Chłopie, co ty gadasz? – oburzył się grubas. – Tam był z tuzin uzbrojonych po zęby bandytów. To było jedyne rozwiązanie, żebyś uszedł z życiem.

– Czy ja wiem? Mogłem po prostu zabić ich wszystkich. Zresztą czuję, że niedługo będę żałował, że tego nie zrobiłem. Zawsze się tak kończy – zadumał się nieznajomy.

Horas patrzył na niego jak na wariata. Nie mieściło mu się w głowie, że ten człowiek z takim spokojem i pewnością w głosie mówił o pokonaniu tuzina wojowników.

– Skąd ty w ogóle pochodzisz? – Postanowił zmienić temat.

– Stąd.

– Jak to stąd? Pierwszy raz cię widzę na oczy, a mieszkam tu od prawie trzydziestu lat.

Mężczyzna wzruszył tylko ramionami.

– Arthur to mój stary przyjaciel. – Lisa weszła do pomieszczenia, w rękach trzymając dzban piwa. – Nie pytaj go o nic, bo i tak nie będzie miało to dla ciebie sensu. Arthur to mój najdziwniejszy przyjaciel. – Uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek.

Ten spojrzał na nią, a jego oczy po raz pierwszy nabrały blasku. Uśmiechnął się do niej delikatnie dosłownie na ułamek sekundy, by znowu powrócić do obojętnego wyrazu twarzy.

– Greta zastąpiła mnie za ladą, więc możemy w spokoju porozmawiać – powiedziała Lisa, siadając na jednym z foteli. – Doszły mnie słuchy, że Imperium szykuje się do wielkiej ofensywy. – Spojrzała znacząco na Arthura.

– Taaak… Z tego, co mi wiadomo to kwestia paru dni. Wrogie wojska są już rozstawione przy granicy.

– Co?! – Informacja wstrząsnęła Horasem. – Nadchodzi zima. Nikt o zdrowych zmysłach nie przeprowadzałby inwazji przy tak niskich temperaturach panujących w Meravii. Przecież to samobójstwo.

– Nie da się jakoś temu zapobiec? – wtrąciła się dziewczyna.

– Nie. Wojny były i będą – krótko skwitował Arthur.

Jego obojętność rozwścieczyła Lisę. Jej, jak dotąd, spokojna twarz nagle przybrała gniewny wyraz. Zerwała się z fotela i trzasnęła go otwartą dłonią w twarz.

– Wojny były i będą?! – wrzasnęła. – Zwykli ludzie dla ciebie nic nie znaczą?! Ja dla ciebie nic nie znaczę?!

– Myślisz, że po co tutaj przybyłem? – Spojrzał na dziewczynę ponurym wzrokiem.

Karczmarka patrzyła na niego dłuższą chwilę. W końcu usiadła, a na jej twarzy pojawiły się rumieńce.

– Nigdzie się stąd nie ruszam – fuknęła. – Tu jest mój dom.

– Lisa… – powiedział poirytowanym tonem.

– Nie. Jeżeli chcesz mnie uratować, to musisz znaleźć inne rozwiązanie. Może jedno z tych, które przed chwilą nam zaprezentowałeś przed karczmą?

W oczach Arthura pojawiły się iskierki złości, ale zachował swoje myśli dla siebie. Dobrze wiedział, że Lisa jest wyjątkowo upartą osobą, a dalsza dyskusja jedynie pogorszyłaby sytuację. Patrzyli na siebie gniewnym wzrokiem w milczeniu.

Zdezorientowany Horas chrząknął znacząco.

– Nie chcę wam przeszkadzać, ale będziecie łaskaw mi wyjaśnić o co wam w ogóle chodzi?

– O nic – odpowiedzieli mu jednocześnie.

Grubas przewrócił tylko oczami.

– No dobrze… Arthurze, widzę, że jesteś dość dobrze poinformowany o posunięciach na froncie. Mogę zapytać skąd ta pewność, że ofensywa to kwestia paru dni?

– Niedawno wróciłem zza imperialnej granicy. Widziałem to wszystko na własne oczy. Cesarz Celtion nie próbuje już nawet ukryć swoich zamiarów. Ze wszystkich stron zmierzają wojska w kierunku naszych ziem.

– Toć granice są przecież zamknięte – żachnął się Horas. – Łowcy głów wyłapują każdego, kto kręci się w pobliżu. Nie wiem, co potem z nim robią, bo nikt nie jest na tyle głupi, żeby zapuszczać się na wrogie ziemie. Jakim niby cudem udało ci się tam przedostać i jeszcze w dodatku tutaj wrócić?

– Mam swoje sposoby, by pozostać niezauważonym.

– Tajemniczy z ciebie facet… – Westchnął głośno. – Skoro jesteś tak dobrze poinformowany, to jak oceniasz nasze szanse w tym konflikcie?

– Wyrżną was w mgnieniu oka.

– Niemożliwe – oburzył się Horas, kręcąc niedowierzająco głową. – Faktycznie nasze siły są mniejsze, ale nie znowu aż tak drastycznie. Toć Meravia słynie z fortec, których jeszcze nikomu nie udało się zdobyć. Nawet jeżeli Imperium miałoby się to udać, to zajmie im to długie lata.

– Meravia jest bez szans. Imperium ma wybitnych dowódców i dużo większe środki finansowe. Technologicznie wyprzedzają was o dekadę. Widziałem ich maszyny oblężnicze. Wasze fortece rozpadną się niczym domki z kart pod zmasowanym ostrzałem katapult. Imperium będzie posuwać się systematycznie naprzód, aż dojdzie do stolicy. Wtedy cała Meravia upadnie, a ludność będzie musiała podporządkować się nowemu władcy.

Horas siedział w milczeniu. W głowie kołatały mu się różne myśli. Starał się przetworzyć w głowie to, co przed chwilą usłyszał.

– I co teraz? Co my mamy właściwie robić? – odezwał się w końcu.

Arthur odwrócił głowę w stronę Lisy. Dziewczyna przygryzała nerwowo wargę, przysłuchując się rozmowie.

– Uciekać. Jak najdalej na wschód. Za stolicę. Tam będziecie mieli największe szanse na przetrwanie.

– To jakieś szaleństwo. Przecież wszyscy prowadzimy tu normalne życie. To nie może się tak po prostu skończyć z dnia na dzień.

Arthur podniósł kufel z piwem i wypił zawartość do samego dna.

– Wszystko się kiedyś kończy.

 

***

 

Niegdyś wiecznie żywe miasto, pełne alkoholowych zabaw do białego rana, teraz było wymarłe. Arthur spoglądał przez okno, obserwując nielicznych strażników miejskich patrolujących ulice spowite mrokiem, oświetlone jedynie bladym światłem latarni. Po raz pierwszy od setek lat widmo wojny zaburzyło funkcjonowanie miasta. Niedawno jeszcze wieczorami na ulicach panował gwar oraz dźwięk głośnych, pijackich rozmów.

Nagle z konsternacji wyrwało go ciche pukanie do drzwi. Po chwili do pokoju weszła Lisa. Zobaczyła w półmroku Arthura, podeszła do niego i objęła czule od tyłu, przyciskając policzek do jego szerokich pleców. Wpatrywali się razem dłuższą chwilę w opustoszałe ulice miasta. W głowie dziewczyny wciąż była tylko jedna myśl. Rozmyślała o słowach Arthura i jego propozycji.

– Arthur – zaczęła błagalnym tonem – tylko ty możesz nas uratować. Przemyśl to jeszcze, proszę.

– Mówiłem ci, jak to się zawsze kończy. Będzie tak samo albo jeszcze gorzej. Musimy stąd uciekać. To jedyne dobre rozwiązanie.

– Może tym razem będzie inaczej. Nawet ty nie potrafisz przewidywać przyszłości. Dobrze wiem, że potrafisz zmienić bieg historii, jeśli tylko chcesz.

– Nie, Liso. Biegu historii nie da się zmienić. Jedyne, co jestem w stanie zrobić, to zmienić pionki na szachownicy.

– Czasem to wystarczy, żeby uratować setki tysięcy niewinnych ludzi. Kiedy była twoja ostatnia interwencja?

– Ponad sto lat temu podczas Wielkiej Wojny za czasów króla Radomira. Straszny był z niego skurwysyn.

– Zabiłeś go?

– Tak. Jego i na wszelki wypadek wszystkich jego potomnych.

– Co było dalej? – Historia zaciekawiła dziewczynę.

– W kraju wybuchła wojna domowa. Każdy wpływowy człowiek chciał uszczknąć dla siebie jak najwięcej, być w obozie zwycięzców. Ostatecznie władzę objął jeden z generałów. Taki sam skurwysyn jak i król, może nawet większy. Jego pierwszym rozkazem było wyrżnięcie potencjalnych spiskowców i całych ich rodzin. Właściwie to wyczyścił całe elity polityczne.

– Mówisz o cesarzu Khalosie?

– Tak. O dziadku obecnego władcy Imperium.

– Nie mogłeś zabić i jego? – dociekała dziewczyna.

Mężczyzna spojrzał na nią. Na jego twarzy widać było poirytowanie.

– Lisa… To by nic nie zmieniło. Na jego miejsce pojawiłby się inny morderca. Zrozum, że do władzy dochodzą prawie niemal wyłącznie psychopaci. Dla nich ludzkie życie nic nie znaczy. Jesteśmy w ich oczach jak bydło. Stado, które można zaprowadzić na rzeź, gdy będzie taka potrzeba.

Dziewczyna usiadła na łóżku, opierając się plecami o ścianę. Walczyła z myślami dłuższą chwilę, z trudem powstrzymując łzy.

– Nie mogę stąd uciec. Tu jest moje życie. Tutaj miało być nasze życie.

– To już niemożliwe – powiedział smutno.

– Arthur… Jest coś, o czym powinnam powiedzieć ci już dawno. – Zawiesiła na chwilę głos, ocierając łzę z policzka. – Jestem w ciąży.

– Co?! To niemożliwe! – Mężczyzna pierwszy raz od bardzo dawna poczuł strach.

– Dlaczego? O czym ty mówisz?

– Lisa… Żyję już na tym świecie prawie tysiąc lat. Gdybym mógł mieć dzieci, to już dawno byłbym ojcem.

– Co chcesz przez to powiedzieć?! – Twarz kobiety poczerwieniała ze złości. – Jak śmiesz zarzucać mi niewierność?

Arthur chodził po pokoju roztrzęsiony. W jego głowie było tysiące myśli. W ciągu kilkuset lat spał z wieloma kobietami, ale żadna z nich nigdy nie zaszła w ciążę. Owszem, od początku czuł, że w Lisie jest coś wyjątkowego, ale nigdy nie spodziewał się, że zostanie matką jego dziecka.

W końcu usiadł na łóżku, patrząc kochance głęboko w oczy.

– Przepraszam – powiedział skruszonym głosem – to dla mnie szok. Jesteś tego pewna?

– Tak. Jestem pewna.

Mężczyzna położył dłoń na brzuchu kobiety. W głowie kołatały mu się różne myśli. W końcu zdecydował, co jest dla niego najważniejsze.

– Ostatni raz, Lisa. Dla ciebie i naszego dziecka. Ostatni raz.

Wypowiedział te słowa i w tej samej chwili po prostu zniknął.

Lisa wpatrywała się w miejsce, w którym przed chwilą był jeszcze Arthur. Jego zniknięcia już jej nie szokowały. Robił to przy niej dziesiątki razy. Wiedziała od dawna, że nie jest zwykłym człowiekiem. Jego ludzka postać stwarzała jedynie pozory. Ludzie nie żyją setki lat. Ludzie tak po prostu nie znikają. Ludzie nie są tak nadnaturalnie szybcy i silni. Arthur nie był człowiekiem, ale mimo to go kochała. Myśl o tym, że urodzi jego dziecko napawała ją przerażeniem. Nie wiedziała, czego się spodziewać. Jeżeli dziecko będzie takie jak on, to poród może ją zabić.

Nagle dostrzegła leżącą na stoliku księgę. Arthur nigdy się z nią nie rozstawał. Tym razem jednak postąpił inaczej. Zapomniał jej? Zrobił to celowo? Lisa nie mogła się oprzeć pokusie. Sięgnęła po opasłą księgę i otworzyła ją na pierwszej stronie. Jej oczom ukazał się wielki tytuł "Pamiętnik Mściciela", a pod nim dopisek: Bene facit, qui ex aliorum erroribus sibi exemplum sumit.*

Przewróciła kilka stron. W górnym rogu zauważyła datę "19.06.328r.".

"To ponad trzy tysiące lat temu. Arthura wtedy nie było jeszcze na tym świecie. To pewnie pamiętnik jego ojca." – pomyślała.

Lisa zapaliła jeszcze jedną świeczkę i zagłębiła się w lekturze.

 

Świat był pogrążony w chaosie. Świat zawsze jest pogrążony w chaosie. Historia człowieka to historia nieustannych wojen. Ludzkość od dawna jest stracona. Kwestią czasu pozostaje jedynie, jak szybko się unicestwimy. Każdy wynalazek, każda idea, która mogłaby się przysłużyć człowiekowi, prędzej czy później, zostaje użyta do samozagłady.

Już dawno przestałem walczyć o nowy, lepszy świat. Każdy nowy świat wcale nie okazywał się lepszy. Walka była bez sensu. Czasem sobie myślę, że nawet Syzyf był w lepszej sytuacji, bo jego wysiłek zawsze kończył się tym samym rezultatem. Mój wysiłek natomiast zawsze jedynie pogarszał sytuację.

Przyszedłem na ten świat setki lat temu i miałem wpływ na większość kluczowych wydarzeń w ludzkiej historii. Przynajmniej tak się przez te wszystkie lata łudziłem. Teraz widzę, że moje ingerencje były jedynie stratą czasu. Historia ludzkości została już dawno napisana i nikt nie jest w stanie tego zmienić.

Każdy zamordowany przeze mnie władca był zastępowany przez równie pozbawionego skrupułów następcę. Pojawiali się też mądrzy królowie, ale po dobrej kadencji zawsze następował powrót do starego porządku.

Od dawna już przestało mi zależeć. Skończył się czas, gdy budziłem grozę wśród możnych tego świata. Zostałem jedynie legendą, którą z upływem czasu coraz mniej ludzi traktuje poważnie.

 

ROZDZIAŁ II

 

Na bogato zdobionym fotelu siedział mężczyzna w podeszłym wieku. Na jego długich, szarych włosach lśniła złota obręcz wysadzana diamentami. Zamyślony głaskał długą brodę, nie zwracając uwagi na rozmowy swoich doradców, zgromadzonych wokół szerokiego stołu.

– Forisie – władca zwrócił się do szczupłego mężczyzny z blizną na policzku – czy wszystko jest już przygotowane?

– Już prawie, panie. Czekamy tylko na sygnał od ostatnich generałów. Ich oddziały lada dzień powinny być przy granicy.

– Dobrze. – Cesarz skinął palcem na jednego ze służących. – Zawołaj posłańca.

– Według moich wyliczeń, powinniśmy dotrzeć do stolicy w przeciągu pół roku – kontynuował Foris. – Zajęcie stolicy to kwestia jednego, może dwóch dni. Nasz wywiad wykonał doskonałą robotę. W środku już czekają agenci, którzy otworzą bramy, gdy tylko dostaną sygnał.

Cesarz czuł narastającą ekscytację. Spełnienie jego marzeń o Wielkim Imperium było już w zasięgu ręki. Z rozmyślań wyrwał go dźwięk otwieranych drzwi. Przed radą stanął postawny mężczyzna w sile wieku. Jego czujne, błękitne oczy obserwowały mężczyzn siedzących przy stole. Stał dłuższą chwilę, nie odzywając się.

– Co to ma znaczyć?! – oburzył się gruby doradca po prawicy imperatora. – Klęknij przed swym cesarzem.

Przybysz zignorował jego słowa. Patrzył tylko na władcę posępnym wzrokiem. Cesarz widział w spojrzeniu mężczyzny coś złowrogiego. Momentalnie poczuł, że robi się mokry od potu, a igiełki strachu przeszyły jego ciało.

– Kim jesteś?! Jak się tu dostałeś? – spytał doradca. – Straż! Zabierzcie stąd tego człowieka – zawołał.

Strażnicy jednak nie nadciągali. W sali zapanowała grobowa cisza. Można było usłyszeć jedynie szmer żyjącego swoim życiem miasta, przedostający się przez grube ściany komnaty.

Intruz odwrócił się i podszedł do ogromnej szafy, którą przesunął bez wysiłku, zasłaniając całkowicie drzwi wyjściowe – jedyną drogę ucieczki. Odwrócił się ponownie w stronę rady i w tej samej chwili na stół bryznęła struga krwi. W pomieszczeniu rozległy się stłumione okrzyki przerażenia. Dębowy blat przed cesarzem zabarwił się na czerwono. Mężczyźni unieśli wzrok na swojego władcę. Cesarz siedział na krześle z odchyloną do tyłu głową. Z jego oczodołu wystawała rękojeść srebrnego sztyletu. Ciało władcy drgało upiornie w śmiertelnych konwulsjach.

W pomieszczeniu zapanował chaos. Sparaliżowani strachem doradcy skulili się na podłodze w oczekiwaniu na nieuniknione. Odważniejsi rzucili się w kierunku małej zbrojowni w rogu pomieszczenia. Dwóch z nich padło po drodze, ugodzonych długimi sztyletami w plecy. Szczupły doradca dopadł do kuszy i wystrzelił w kierunku przybysza. Bełt pomknął przez salę, lecz intruz nawet nie próbował zrobić uniku. Podniósł tylko rękę, łapiąc pocisk w locie. Obrócił go szybko w dłoni i odrzucił w kierunku agresora. Bełt pomknął z prędkością błyskawicy, wbijając się głęboko w jego czoło. Ciało kusznika upadło bezwładnie na podłogę.

Jeden z mężczyzn rzucił się na kolana, by błagać o litość. Zabójca przeszedł obok niego obojętnie, przejeżdżając mu mieczem po gardle jakby od niechcenia. Inny schował się pod stołem, dygocząc z przerażenia. Jego białe spodnie nabrały ciemnego koloru, a po chwili utworzyła się pod nim mokra plama. Odór moczu wypełnił pomieszczenie. Przez twarz intruza przeszedł grymas obrzydzenia. Wskoczył lekko na stół i opuścił gwałtownie miecz, który przebił się przez masywny, dębowy blat. Długie ostrze przeszyło ciało tchórza, przyszpilając go do podłogi. Zabójca zeskoczył zręcznie ze stołu i rozejrzał się dookoła. W pomieszczeniu pozostało jedynie trzech przeciwników. W dłoniach dzierżyli krótkie miecze, które niespokojnie kołysały im się w dłoniach.

– Czego chcesz? Pieniędzy, władzy? Oddamy ci wszystko, czego pragniesz, tylko okaż nam litość – odezwał się drżącym głosem jeden z nich.

Arthur nie odpowiedział. Jednym, długim susem doskoczył do niego, wyrywając mu z ręki broń. Złapał go za szyję i rzucił przez całe pomieszczenie niczym szmacianą kukiełką. Wrzask mężczyzny umilkł nagle, gdy jego ciało uderzyło o ścianę. Jeden z doradców wykorzystał chwilę nieuwagi skrytobójcy. Opuścił miecz na wysokość brzucha i pchnął mocno do przodu, celując w szerokie plecy oponenta. Intruz zawirował w miejscu, zgrabnie unikając ciosu sztychem. Wykorzystał impet obrotu, tnąc doradcę na wysokości krtani. Głowa mężczyzny odłączyła się od ciała, szybując wysoko.

Pozostał już tylko ostatni przeciwnik. Masywny brunet w sile wieku obserwował czujnie przeciwnika. Zabójca ruszył w jego stronę leniwym krokiem. Doradca uniósł ostrze, przygotowany by zadać cios, gdy tylko przeciwnik znajdzie się w jego zasięgu. Arthur zdawał się nie zwracać na to uwagi. Brunet nie zdążył nawet podjąć decyzji o ataku, gdy jego rękę przeszył świdrujący ból. Miecz, który trzymał w dłoni, nagle stracił swoją wagę. Metaliczny dźwięk ostrza, upadającego na podłogę rozbrzmiał w pomieszczeniu. Mężczyzna rzucił się na kolana ze wzrokiem wbitym w kikut swojej ręki, wrzeszcząc z bólu i przerażenia.

Arthur schował miecz do pochwy wiszącej na plecach. Przysunął sobie krzesło i usiadł naprzeciwko okaleczonego mężczyzny.

– O ile się nie mylę, to jesteś imperialnym Ministrem Bezpieczeństwa Wewnętrznego? – zapytał.

– Miej litość, proszę – zignorował jego pytanie doradca.

Zabójca wyszarpnął miecz i skrócił przedramię mężczyzny o kolejne kilka centymetrów. Brunet rzucił się na podłogę, wrzeszcząc z bólu i przyciskając zakrwawiony kikut do piersi.

– Odpowiadaj na moje pytania. Następnym razem urżnę ci drugą dłoń – ostrzegł go beznamiętnym głosem. – Jesteś Ministrem Bezpieczeństwa Wewnętrznego?

– T… Tak – wychrypiał z ogromnym wysiłkiem mężczyzna.

– Cesarz miał pięciu synów, tak?

– Sześciu, panie. Pięciu z prawego łoża i jednego bękarta.

– A to ciekawe.

– Tak, panie. Matką bękarta jest rodzona siostra cesarza. To największa tajemnica państwowa, panie. – Doradca liczył na to, że szczerość uratuje mu życie.

– No tak. W sumie to dosyć typowe. Degeneracja na szczytach władzy – zamyślił się mężczyzna. – Zrób sobie opaskę uciskową, bo zaraz się wykrwawisz.

Sytuacja była absurdalna. Niedoszły kat martwił się o zdrowie swojej ofiary.

Doradca posłusznie zdjął pasek ze spodni jednego z martwych kolegów leżących na podłodze. Próbował zacisnąć go na okaleczonej ręce, ale nieporadnie mu to wychodziło.

– Daj. Pomogę ci – powiedział Arthur, wstając z krzesła.

Kaleki mężczyzna rzucił się przerażony do tyłu.

– Spokojnie. Jak będziesz posłuszny, to może zachowasz życie – wyjaśnił Arthur, w tym samym czasie mocno zaciskając mu pasek na przedramieniu.

– Ilu synów będzie rościć sobie prawo do tronu? – dopytywał zabójca.

– Wszyscy.

– Ktoś jeszcze poza nimi?

– Dwaj bracia cesarza i pewnie kilku generałów.

– A ty? Po czyjej staniesz stronie? – Arthur wpatrywał się w ofiarę. W jego oczach niespodziewanie pojawiło się zaciekawienie.

– Po żadnej. Ucieknę stąd czym prędzej. Imperium jest już stracone. Ten kraj ogarnie wojna domowa.

– Czyli z wielkiej ofensywy nici?

– Jedyna ofensywa, do której dojdzie, to będzie ofensywa na córki cesarza. – Minister pozwolił sobie na żart.

Arthur prychnął ze śmiechu mimowolnie. Wstał z krzesła i ruszył w stronę drzwi.

– Myślisz, że powstrzymałeś wojnę?! – krzyknął doradca za jego plecami.

Skrytobójca zatrzymał się w półkroku. Milczał dłuższą chwilę, szukając dobrej odpowiedzi.

– Nie – odpowiedział tylko, a następnie po prostu rozpłynął się w powietrzu.

 

Rozdział III

 

Atmosfera w mieście zmieniła się diametralnie od ostatniej wizyty Arthura. Zaludnione po brzegi ulice tętniły życiem. Szczere, radosne śmiechy co chwila rozbrzmiewały wśród licznego tłumu, zgromadzonego w centrum miasteczka. Festyn trwał w najlepsze, a z każdą minutą upływały hektolitry alkoholu. Grajkowie, mimo usilnych starań, nie mogli przebić się ze swoją muzyką przez gwar mieszkańców. Czasem słychać było tylko nikłe pobrzękiwania instrumentów.

Jednak coś nie pasowało zupełnie do radosnego klimatu panującego w miasteczku. Około tuzina rosłych mężczyzn zwisało bezwładnie na murze okalającym osadę. Na szyi każdego z nich ciasno zaciśnięty był stryczek. Czarne worki nasunięte na głowę, uniemożliwiały identyfikację wisielców, lecz Arthur domyślił się, że już ich kiedyś spotkał.

– Panienko – zaczepił młodą dziewczynę w pobliżu – orientujesz się może, za co wiszą? – Wskazał palcem na skazańców.

– Panie, toż to zbóje Friedricha. Wszyscy ich tutaj znają. Dzięki Bogu, że w końcu dostali to, na co zasłużyli. – Dziewczyna przeżegnała się szybko.

Arthur patrzył na nią bez zrozumienia.

– Panie, toć całe miasto huczy o tym, co się wydarzyło – warknęła zniecierpliwiona. – To nie czas, żeby o tym gadać. To czas zabawy. Daj mi pan spokój.

Arthur patrzył jeszcze chwilę na martwe ciała na murze. Otrząsnął się z zadumy i powędrował do dobrze mu znanej karczmy.

Już z zewnątrz słyszał gwar wydobywający się ze środka. Otworzył drzwi, a jego oczom ukazał się tłum liczny jak nigdy dotąd. Izba wręcz pękała pod naporem gości. Tym razem nikt nawet nie zwrócił na niego uwagi. Odnalazł wzrokiem Lisę, która kłóciła się z pijanym jegomościem. Niespodziewanie jego spojrzenie przykuła młodziutka dziewczyna usługująca klientom. Była niesamowicie zgrabna, lecz jej twarz oszpecona była świeżą blizną po oparzeniu. Dziewczyna wykonywała swoje obowiązki jakby bezwiednie. Oczy cały czas miała beznamiętne, pozbawione wszelkich uczuć.

Arthur oderwał wzrok od dziewczyny i podszedł do Lisy.

– Mówię ci, gamoniu, że na kredyt nie dajemy! – warknęła karczmarka zniecierpliwiona.

– Panienko, bądźże człowiekiem. To radosny czas – wybełkotał mężczyzna. – Daj mie jedno piwo tylko.

– Powiedziałam "nie"!

Arthur stanął za jej plecami, wpatrując się groźnie w natręta. Na tle drobnej dziewczyny robił piorunujące wrażenie. Był od niej szerszy prawie trzykrotnie, a jej głowa nie sięgała mu nawet do piersi.

Pijak zrobił wielkie oczy i chwiejnym krokiem pośpiesznie się oddalił.

– W końcu coś do kretyna dotarło – zamruczała Lisa pod nosem.

Wzięła ze stołu tacę z pustymi kuflami. Odwróciła się i w tej samej chwili wypadła z jej rąk, a z ust rozległ się przeraźliwy pisk. Kufle rozbiły się na podłodze na drobne części. Dziewczyna patrzyła krótką chwilę na olbrzymią postać, aż w końcu otrząsnęła się z szoku. Rzuciła mu się na szyję, obejmując z całych sił.

– Ty durniu. Wystraszyłeś mnie – powiedziała mu do ucha, nie poluźniając uścisku.

W końcu odkleiła się od mężczyzny, by spojrzeć mu głęboko w oczy.

– Ja… dziękuję. Dziękuję, że mnie uratowałeś. Dziękuję, że uratowałeś nas. – Pogłaskała się znacząco po lekko wypukłym brzuchu.

Twarz Arthura pozostała bez wyrazu, jakby nie usłyszał słów wdzięczności.

– Zrób sobie przerwę i wywal gości z prywatnej izby – rzucił tylko głosem nie pozostawiającym pola do dyskusji. – I znajdź Horasa. Wszyscy mamy kilka spraw do omówienia.

Po dłuższej chwili wszyscy troje znajdowali się w odosobnionym pomieszczeniu. Arthur usiadł ciężko na jednym z głębokich foteli i spojrzał posępnie na towarzyszy.

– Mówcie. Po kolei – rzucił.

Grubas spojrzał zmieszany na dziewczynę.

– No więc… Właściwie nie wiem od czego zacząć…

– Od mojego wyjazdu.

Szlachcic westchnął głęboko, rozsiadając się ciężko na fotelu.

– Od twojego wyjazdu… – Zmarszczył czoło, próbując ułożyć sobie w głowie wspomnienia. – No dobra. Sytuacja była tragiczna. Imperium właściwie już stawiało parszywe stopy na naszej ziemi. Plotki głosiły, że ofensywa zacznie się lada dzień.

Grubas przerwał na chwilę, czekając na reakcję Arthura. Nie doczekał się żadnej, więc po prostu kontynuował.

– Niespodziewanie wszystko się zmieniło w ciągu jednego dnia. Na początku nikt nie dawał wiary plotkom o tym, co wydarzyło się w stolicy Imperium. Historia o Mścicielu, który zamordował niemalże cała imperialną radę, z cesarzem włącznie, była absurdalna. Jednakże – podniósł do góry palec, przypominający pęto kiełbasy – do miasta zaczęły dochodzić wieści, że wrogie wojska cofają się w głąb własnego kraju. Po kilku dniach całe Imperium ogarnęła wojna domowa. Jedni chcieli zgarnąć koronę cesarza, drudzy po prostu uszczknąć dla siebie jak najwięcej. Kraj został pogrążony w chaosie, a inwazja przestała już być zagrożeniem.

Horas przerwał na chwilę, by rzucić wzrokiem na Lisę. Dziewczyna miętosiła nerwowo palcami skraj sukni, ze wzrokiem wbitym w podłogę.

– Co było dalej? – ponaglił go Arthur.

– Okazało się, że ktoś w Meravii miał łeb na karku. Dotychczasowego króla zamordowano. Władzę przejęła generalicja z Kreonem na czele, który szybko zmobilizował armię do ofensywy. W krótkim czasie większość oddziałów przekroczyła granicę Imperium.

Arthur spojrzał na Lisę. Dziewczyna nie odważyła się podnieść wzroku.

– Na czym to ja… – mruknął zakłopotany Horas. – A tak… Kreon rozdzielił oddziały na dwa fronty: północ i południe. Zamysł był taki, żeby przejąć skrajne terytoria Imperium, a potem zamknąć je od wschodu i zachodu. Na razie idzie jak po maśle. Imperium jest w rozsypce, właściwie nie stawia oporu. Doszły mnie wieści, że północ została już zajęta, a na południu trwa walka z imperialnymi niedobitkami. Krótko mówiąc, jesteśmy uratowani.

Szlachcic uśmiechnął się zadowolony, ale uśmiech szybko zgasł mu z twarzy, gdy zobaczył jakim spojrzeniem obdarzył go rosły mężczyzna.

– Tak. Jesteście uratowani – zaczął Arthur. – Szkoda tylko, że w swoich opowieściach pominąłeś, co się dzieje z cywilami za imperialną granicą.

Grubas spuścił głowę zmieszany.

– Byłem tam, Horasie. Widziałem to na własne oczy. To jest rzeź. Rzeź jakiej nie dopuścił się chyba nikt w historii. Armia Meravii zostawia za sobą tysiące trupów. Zdrowi mężczyźni brani są w niewolę, ale cała reszta jest zbędna. Tam aż roi się od kilkumetrowych stosów martwych ciał starców, kobiet i dzieci. – Arthur zacisnął pięści z całych sił, aż zbielały mu knykcie. – Owszem, jesteście uratowani. Ba, lada moment to wy wygracie wojnę. To wy staniecie się Nowym Imperium. Ale tak naprawdę nic się nie zmieni. Jedyna różnica, że tym razem to "wy", a nie "oni".

W izbie zapadła cisza. Słychać było jedynie szelest sukni karczmarki i zakłopotane posapywania Horasa.

– Arthur… – zaczął grubas.

– Dosyć – uciął mężczyzna. – Koniec z polityką.

Arthur wstał i odwrócił się do okna. Patrzył w milczeniu na oddalony obraz za oknem – zbirów powieszonych na murze. Szlachcic podążył za jego wzrokiem, po czym głośno przełknął ślinę.

– Ta oszpecona dziewka, usługująca klientom w karczmie, to córka Friedricha, prawda, Liso? – spytał mężczyzna, nie odwracając wzroku od wisielców.

– Tak – odezwała się cichutko dziewczyna po raz pierwszy od rozpoczęcia spotkania.

Na chwilę znowu nastała cisza. Nikt się nie kwapił do rozpoczęcia kolejnej opowieści.

– Na co czekasz, Horasie? – ponaglił go Arthur. – Tylko tym razem same fakty proszę. Krótko, zwięźle i na temat.

Grubas jednak ociągał się, jak tylko mógł. Na jego zmarszczonym czole pojawiały się coraz liczniejsze kropelki potu.

– To jedyna ocalała z córek Friedricha – odezwała się niespodziewanie Lisa. – Tamci na murze – skinęła głową w stronę okna – to zbóje Friedricha. Po tym jak zabiłeś im przywódców, udali się do posiadłości martwych pracodawców. Całą noc brutalnie gwałcili żonę Friedricha i jego córki. – Załamał jej się na chwilę głos. – Niektóre nie miały nawet dwunastu lat…

Arthur, nieruchomym wzrokiem, nadal wpatrywał się w dal za oknem.

– Gdy ci już skończyli, postanowili je zamordować i podpalić dom, by zatrzeć ślady – kontynuowała Lisa. – Przeżyła jedynie Elena, dziewczyna, którą widziałeś u mnie w karczmie. Miała trochę szczęścia. Jeden ze zbójów, który ją gwałcił, zasnął pijany w trakcie stosunku. Elena mu uciekła i ukryła się w szafie. Wyszła dopiero, gdy dom był już cały w płomieniach. Przeżyła, ale będzie oszpecona do końca życia.

Arthur spojrzał dziewczynie głęboko w oczy, a ona tym razem nie odwróciła wzroku. Patrzyli na siebie w milczeniu dłuższą chwilę.

– Ekhm… – Chrząkniecie Horasa przerwało ciszę. – Czas już na mnie.

Podniósł się z wysiłkiem z głębokiego fotela. Spojrzał ostatni raz nerwowo na dwójkę towarzyszy mierzących się wzrokiem.

– Bywajcie – rzucił tylko i szybko czmychnął z pomieszczenia.

Lisa podeszła do Arthura i przytuliła mu się do piersi.

– Wszystkich nie ocalisz. Przecież dobrze o tym wiesz – wyszeptała. – Zawsze będziemy "my" albo "oni".

– Może dla ciebie to jest takie proste… Zastanawiałaś się w ogóle kiedykolwiek, czym się różni życie Imperialisty od Meraviańczyka? Wszyscy prowadzicie zwyczajne życie. Wszyscy próbujecie być szczęśliwi. Wszyscy po prostu próbujecie jakoś przetrwać. Dla mnie „my” to wszyscy dobrzy ludzie. Wszyscy, bez wyjątku.

– Nie, Arthur. Teraz „my” to nasza trójka: ty, ja i nasze dziecko. Cała reszta to „oni”. – Lisa odsunęła się od mężczyzny, by spojrzeć mu w oczy. – Przestań się już obwiniać. Zrobiłeś to dla mnie i dla naszego dziecka. Nie zmienisz tego świata. Nie sprawisz, że nagle zniknie ludzka nienawiść i żądza władzy. Wszystkich nie dasz rady ochronić. Zrozum to w końcu…

Arthur lekko ją od siebie odsunął.

– Lisa… Ja poświęciłem życie setek tysięcy ludzi dla dwójki, którą kocham. Odkąd pamiętam, próbowałem uczynić ten świat lepszym dla wszystkich, by ostatecznie zmienić go na gorsze dla własnych korzyści. Spójrz, kim ja się stałem, Liso.

– Kim? Po prostu w końcu stałeś się człowiekiem.

 

***

 

Nowy, lepszy świat był już niemalże osiągnięty. Bóg patrzył na to z zadowoleniem, czując dumę, że w końcu nastanie czas dobra i sprawiedliwości.

Niestety, za plecami Boga, Szatan zesłał na ziemię swojego wysłannika, którego nazwał Mścicielem. Ten zamordował władców z nadania samego Boga, a wraz nimi umarł naród boży, wyrżnięty przez lud szatański.

Tak upadło Stare Imperium, a w jego miejsce powstało Nowe Imperium. Zaczął się czas zła, okrucieństwa i niesprawiedliwości.

Fragment "Legendy o Mścicielu" z kronik Starego Imperium

 

* (z łac.) Dobrze czyni ten, kto uczy się na cudzych błędach.

Koniec

Komentarze

Fantasy (fe!), ale na szczęście nie tak sztampowe, jak mi się wydawało na początku. Całkiem ciekawe pytania o fatalizm dziejów czy o “płynność” moralności w zależności od punktu widzenia.

Napisane też całkiem sprawnie, acz brak mi tu jakiejś “iskry bożej”, która pozwoliłaby zapamiętać to opowiadanie na dłużej – moim prywatnym zdaniem. Niepotrzebne całkiem analogie do wiedźmina – srebrna broń, pochwa miecza na plecach.

Babolki:

– “zadość za pomocą rąk” – to brzmi niezgrabnie;

– “Karczma czasy świetności miała już za sobą, ale ponad połowa stolików była zajęta” – stoliki w karczmie? a nie ławy lub stoły?;

– “podszedł do lady, za którą stała młodziutka dziewczyna. Była dość niska” – lada był niska?;

– “Ten zdawał się tego nie widzieć lub po prostu ich ignorował” – masło maślane;

– “wyciągając zza pazuchy długie noże” – wszyscy mieli wspólną pazuchę;

– “zalśnił srebrny sztylet, po czym bez najmniejszych oporów wbił się w krtań Garetha, przeszywając ją na wylot. Zacharczał głośno” – sztylet zacharczał?;

– “przypilając go do podłogi” – przyszpilając.

 

Ocena – całkiem porządne opowiadanie, bez szczypty efektu “wow”!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

W zasadzie gdyby nie tysiąclatek, byłby western tarantino.Gdzieś na północy Meksyku. Krwawy, brutalny i w ogóle nie fantastyczny, takie sprawnie napisane łubudu. Nie klei mi się wiarygodność. Po uderzeniu ciężkim kuflem, czaszka nie ma prawa przetrwać. Trup.Albo wielogodzinna nieprzytomność. No i legendy jakoś nie widać. Ostatnie zdanie bardzo dobre. Tekst wart przeczytania tylko da niego.

@Staruch

 

Od niedawna dopiero zacząłem w miarę regularnie pisać. To w zasadzie moje pierwsze w życiu ukończone opowiadanie, więc z oceny “całkiem porządne” jestem w sumie zadowolony. Dzięki za zwrócenie uwagi na babole – już je poprawiłem.

Jeżeli chodzi o analogię do wiedźmina, to raczej robiłem to podświadomie. Sagę o wiedźminie czytałem już tyle razy, że widocznie zbyt głęboko zagnieździła się w moim umyśle. Złapałem się nawet na tym, że nadałem krainie w opowiadaniu taką samą nazwę jaką miała kraina w “Wiedźminie”. Byłem święcie przekonany, że to na pewno mój autorski pomysł. laugh No nic, na przyszłość będę musiał się po prostu lepiej pilnować.

 

@rybak

 

Weź pod uwagę, że cios zadała drobna kobieta. 

Nie widać legendy? Serio?

Trochę widać:). Ale co do kufla, nie odpuszczę. Pusty litrowy (półlitrowe to wymysł xx wieku) waży około kilograma. Z piwem – 2 kilo. Teraz V x masa i masz zabójczą broń. Zwłaszcza że sam napisałeś, że ten kufel roztrzaskała gościowi na głowie, a on nic. Bujda czyli. Tym bardziej że szklane kufle i szklanice jeszcze w XVI w w Europie były horrendalnie drogie, a w średniowieczu szkanka to było dobro luksusowe, na królewskich dworach. Dopisz zamiast kufla gliniany garniec i będzie ok. I historycznie, i ekonomicznie, i fizycznie też;)

@rybak

 

Wiesz, to fantasy, a nie opowieść historyczna. W tym świecie szklane kufle mogą być wyjątkowo tanie. wink No ale w sumie masz rację – skoro kufel się rozbił, to faktycznie powinien narobić większych szkód. Już poprawiłem, tak jak sugerowałeś.

– Szkoda kasy. Mam lepszy pomysł.

Może szkoda sakwy, denara, srebra? “Kasa” nie pasuje do stylu fantasy.

 

Opowiadanie zgrabne, nieco zwolniło w drugim i trzecim rozdziale. Za mało zwrotów akcji moim skromnym zdaniem.

 

Co do stylu, to moim zdaniem jest dobry. Warto pisać dalej.

Teoria immersji teorią immersji, ale tego wiedźmina tu za dużo. To nie tylko kwestia miecza na plecach i drobnych szczegółów.

Rama w postaci tych dwóch wersji kronik – znakomita, szkoda tylko, że historia pośrodku bez polotu. Perspektywa opowieści post factum w karczmie nie jest chyba dobra, do tej ramy bardziej by pasowały zmienne punkty widzenia, ale w środku głównych wydarzeń, żeby czytelnik sam sobie o nich wyrabiał zdanie. A tak nawiasem mówiąc, jak wygląda tu przejście od Starego do Nowego Imperium, skoro oba mają kroniki i legendy dotyczące kluczowego wydarzenia? Bo tylko to mi troszkę zgrzyta z tą ramą.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Na początku sztampowa karczma, ale potem robi się lepiej.

Zgadzam się z przedpiścami, że bohater przypomina Geralta. Nawet nie tyle uzbrojeniem i szybkością, co stosunkiem do świata, niechęcią do angażowania się po którejś nieświętej stronie, bronieniem bezbronnym, odrzuceniem tych wszystkich zasad dla ukochanej kobiety…

Faktem jest i to, że fabuła nie powala. W dużej części przewidywalna, ale czytało się przyjemnie.

Ja też legendy nie wypatrzyłam.

Plus za ładną klamrę i humanistyczne przesłanie.

Wykonanie całkiem przyzwoite, acz sporadycznie trafiają się jakieś literówki i inne drobiazgi.

Srebrny sztylet wbił się mocno w jego dłoń, przeszywając kość na wylot.

Nigdy nie próbowałam, ale mam wątpliwości, czy da się tak rzucić sztylet, żeby przebić kość. Odnoszę wrażenie, że jest zbyt lekki i po prostu się ześlizgnie po kości.

Bełt pomknął przez salę, lecz intruz nawet nie próbował zrobić uniku. Podniósł tylko rękę, łapiąc strzałę w locie.

Bełt to niezupełnie to samo co strzała.

Miecz, który trzymał w dłoni, nagle stracił swoją wagę.

Zazgrzytało mi to zdanie. Skoro facet został ranny, to miecz powinien zrobić się cięższy. Teraz widzę, że chodziło o ucięcie dłoni. Sądzę, że da się to napisać zgrabniej.

Babska logika rządzi!

Nigdy nie próbowałam, ale mam wątpliwości, czy da się tak rzucić sztylet, żeby przebić kość. Odnoszę wrażenie, że jest zbyt lekki i po prostu się ześlizgnie po kości.

Kości dłoni – nawet śródręcza – są przede wszystkim troszkę za drobne, żeby sztylet się w nie wbił, nie robiąc z nich miazgi, a jakoś tak mi się kojarzy “przeszycie na wylot”… Gruchocząc kości byłoby lepsze, bo sztylety jednak całkiem lekkie nie są (zwłaszcza długie, a o takich chyba mowa), więc ciśnięty z odpowiednią siłą, narobi niezłych szkód, jeśli wbije się w dłoń. W sumie optowałabym za wersją: “Sztylet przeszył dłoń na wylot, gruchocząc kości”, jeśli obrażenia mają być poważne. Jeśli sztylet mały i krótki to przebicie dłoni wystarczy.

 

Strzałę w zdaniu z bełtem zamienić na pocisk.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałem i w sumie tyle. Dosyć standardowe fantasy. Faktycznie bohater to niemal Geralt, uniwersum też poza standardy nie wychodzi. Czytało się nieźle, ale większych wrażeń z lektury nie miałem.

Po prostu – nieźle napisany średniak. Jednak muszę powiedzieć, że ujęcie w klamrę początku i końca cytatem i mi przypadło do gustu.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

No cóż, przeczytałam bez przykrości, ale i bez większej satysfakcji. Opowiadanie poprawne, nie odbiega zbytnio od wielu innych, opartych na podobnym schemacie. Zastanawia mnie tylko obecność Boga we fragmentach Legendy o Mścicielu.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Za­czął się czas do­bro­by­tu i spra­wie­dli­wo­ści.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszej części opowiadania.

 

na widok sa­mot­ne­go jeźdź­ca, su­ną­ce­go po­wo­li na czar­nym koniu wśród tłumu. –> Moja wyobraźnia nie może zobaczyć jeźdźca sunącego na koniu.

 

Jego po­nu­ry wyraz twa­rzy do­sko­na­le kom­po­no­wał się z na­stro­jem miesz­kań­ców, ale po­staw­na syl­wet­ka przy­cią­ga­ła wzrok prze­chod­niów. Do­ro­śli od­su­wa­li się od niego in­stynk­tow­nie, a dzie­ci wpa­try­wa­ły się tylko onie­mia­łe. Jeź­dziec nie roz­glą­dał się nawet, tylko je­chał przed sie­bie z bez­na­mięt­nym wy­ra­zem twa­rzy. –> Jaki wyraz miała twarz jeźdźca? Bo te wymienione raczej się wykluczają.

Delikatna siękoza.

 

za­trzy­mał się przed za­nie­dba­ną karcz­mą. Zsiadł z konia i wszedł do izby.

Karcz­ma czasy świet­no­ści miała już za sobą… –> Po co powtarzasz informację? Skoro karczma była zaniedbana, to chyba oczywiste, że czas jej świetności minął.

 

Więk­szość klien­tów z wy­glą­du ra­czej przy­po­mi­na­ła ludzi, któ­rzy nie pa­ra­ją się uczci­wym za­rob­kiem. –> Można parać się jakimś zajęciem, ale nie można parać się zarobkiem.

 

Lada od­sła­nia­ła je­dy­nie jej głowę i pełne, jędr­ne pier­si, które dum­nie pre­zen­to­wa­ła swoją bluz­ką z głę­bo­kim de­kol­tem. –> Nie wydaje mi się, aby bluzką można było prezentować biust.

Proponuję: …które dum­nie pre­zen­to­wa­ły się pod bluz­ką z głę­bo­kim de­kol­tem.

 

– Ciebie też, Arthurze. – Odwzajemniła uśmiech – Usiądź sobie gdzieś. –> Brak kropki po didaskaliach.

 

Roz­siadł się wy­god­nie na drew­nia­nym krze­śle przy ścia­nie… –> W karczmach siedziało się raczej na ławach, bo krzesła musiałyby być wymieniane chyba po każdej bójce.

Jeśli jednak było to krzesło, to czy mogło być inne, nie drewniane?

 

i z całej siły roz­bi­ła go na gło­wie "pod­ry­wa­cza". –> Raczej: …i z całej siły roz­bi­ła go na gło­wie "zalotnika".

Podrywacz to słowo powstałe w dwudziestym wieku.

 

Ta wy­ko­rzy­sta­ła oka­zję, szyb­ko cho­wa­jąc się za wy­so­ką ladą. –> Wcześniej napisałeś: …pod­szedł do lady, za którą stała mło­dziut­ka, niska dziew­czy­na. Lada od­sła­nia­ła je­dy­nie jej głowę i pełne, jędr­ne pier­si… – Obawiam się, że lada, zza której widać było głowę i biust niskiej dziewczyny, mogła mieć około metra, więc żadną miarą nie była wysoka.

 

wy­cią­ga­jąc zza pa­zuch dłu­gie noże. –> Czy noszenie długiego noża za pazuchą nie grozi aby przypadkowym samookaleczeniem?

 

Nikt, spo­śród tutaj obec­nych, po pro­stu nie od­wa­żył­by się go za­ata­ko­wać. – Gru­bas od­wró­cił się w stro­nę lady. – Liso, daj nam tutaj dzba­nek do­bre­go piwa… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Karcz­mar­ka po­ło­ży­ła na stole wiel­ki dzban piwa i dwa kufle. –> Skoro karczmarka położyła na stole dzban z piwem, piwo wylało się. Aby do tego nie do[uścić, powinno być: Karcz­mar­ka postawiła na stole wiel­ki dzban piwa i dwa kufle.

 

Go­ściu, ty już je­steś mar­twy – zwró­cił się do przy­by­sza. –> To współczesny potocyzm; nie powinien znaleźć się w tym opowiadaniu.

 

– Milcz, głup­cze, i usiądź na dupie – skwi­to­wał go bro­dacz. –> Można skwitować czyjąś wypowiedź, ale nie można skwitować kogoś.

 

a wśród ko­biet roz­legł się od­głos obrzy­dze­nia. –> Jak brzmi obrzydzenie?

 

Zaj­mo­wa­li miej­sca jak naj­da­lej od nie­zna­jo­me­go, pa­trząc się na niego z prze­ra­że­niem. –> …pa­trząc na niego z prze­ra­że­niem.

 

Jej, jak dotąd, spo­koj­na twarz nagle przy­bra­ła gniew­ne­go wy­ra­zu. –> Jej, jak dotąd spo­koj­na twarz, nagle przy­bra­ła gniew­ny wy­ra­z.

 

Pa­trzy­li na sie­bie wzbu­rzo­nym wzro­kiem… –> Człowiek może być wzburzony, ale czy można mieć wzburzony wzrok?

 

Ar­thu­rze, widzę, że je­steś dość mocno po­in­for­mo­wa­ny o po­su­nię­ciach na fron­cie. –> Ar­thu­rze, widzę, że je­steś dość dobrze po­in­for­mo­wa­ny o po­su­nię­ciach na fron­cie.

 

Szmal­cow­ni­cy wy­ła­pu­ją każ­de­go, kto kręci się w po­bli­żu. –> To słowo nie ma prawa bytu w tym opowiadaniu.

Za SJP PWN: szmalcownik «w okresie okupacji hitlerowskiej: ten, kto wymuszał na Żydach okup pod groźbą zadenuncjowania»

 

– Ta­jem­ni­czy z cie­bie facet –> Facet też jest słowem zbyt współczesnym.

 

Toć Me­ra­via sły­nie z for­tec, przez które ni­ko­mu jesz­cze nie udało się prze­bić. –> Byłam przekonana, że fortece się zdobywa, a nie przebija przez nie.

 

ob­ser­wu­jąc nie­licz­nych straż­ni­ków miej­skich pa­tro­lu­ją­cych ulice spo­wi­te w mroku… –> …ob­ser­wu­jąc nie­licz­nych straż­ni­ków miej­skich, pa­tro­lu­ją­cych ulice spo­wi­te mrokiem

 

Zro­zum, że do wła­dzy do­cho­dzą pra­wie nie­mal wy­łącz­nie psy­cho­pa­ci. –> To słowo nie pasuje do tego opowiadania.

 

Za­my­ślo­ny gła­skał swoją długą brodę, nie zwra­ca­jąc uwagi na roz­mo­wy swo­ich do­rad­ców… –> Czy pierwszy zaimek jest konieczny? Przecież nie głaskałby cudzej brody.

 

Przed radą sta­nął po­staw­ny męż­czy­zna w sile wieku. Jego czuj­ne, błę­kit­ne oczy ob­ser­wo­wa­ły męż­czyzn sie­dzą­cych przy stole. –> Powtórzenie.

 

Stał dłuż­szą chwi­lę, nic się nie od­zy­wa­jąc. –> Stał dłuż­szą chwi­lę, nie od­zy­wa­jąc się. Lub: Stał dłuż­szą chwi­lę, nic nie mówiąc.

 

Ciało wład­cy drga­ło upior­nie w po­śmiert­nych kon­wul­sjach. –> Raczej: Ciało wład­cy drga­ło upior­nie w śmiertelnych kon­wul­sjach.

 

Głowa męż­czy­zny odłą­czy­ła się od ciała, szy­bu­jąc wy­so­ko w górę. –> Masło maślane. Czy mogła poszybować wysoko w dół?

 

Fe­styn trwał w naj­lep­sze, a z każdą mi­nu­tą upły­wa­ły hek­to­li­try al­ko­ho­lu. –> Jak upływa alkohol?

 

Graj­ko­wie nie byli w sta­nie prze­bić się ze swoją mu­zy­ką przez gwar miesz­kań­ców. Cza­sem sły­chać było tylko nikłe po­brzę­ki­wa­nia in­stru­men­tów. Było jed­nak coś… –> Objaw byłozy.

 

Dziew­czy­na prze­że­gna­ła się szyb­ko. –> Była chrześcijanką?

 

Za­mysł był taki, żeby prze­jąć skraj­ne te­ry­to­ria Im­pe­rium, a potem za­mknąć ich od wscho­du i za­cho­du. –> Terytoria są rodzaju nijakiego, więc: …a potem za­mknąć je od wscho­du i za­cho­du.

 

ale uśmiech szyb­ko zgasł mu z twa­rzy… –> …ale uśmiech szyb­ko zniknął mu z twa­rzy… Lub: …ale uśmiech szyb­ko zgasł mu na twa­rzy

 

Je­dy­na róż­ni­ca, że tym razem to „wy”, a nie „oni”. –> Wystarczą cudzysłowy. Arthur chyba nie wymawiał tych słów pogrubionym głosem.

 

Sły­chać było je­dy­nie sze­lesz­czą­cy ma­te­riał sukni karcz­mar­ki… –> Raczej: Sły­chać było je­dy­nie sze­lest sukni karcz­mar­ki

 

– Tamci na murze – ski­nę­ła głową za okno… –> W jaki sposób można skinąć za coś?

Proponuję: – Tamci na murze… – Ski­nę­ła głową w stronę okna

 

Ar­thur nadal wpa­try­wał się w okno nie­ru­cho­mo, ze wzro­kiem wpa­trzo­nym w dal. –> Brzmi to fatalnie.

Może: Ar­thur, nieruchomym wzrokiem nadal wpa­try­wał się w dal za oknem.

 

w raz nimi umarł naród boży… –> …a wraz nimi umarł naród boży

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Uwagi:

 

Fragmenty z książki zapisz albo w cudzysłowie, albo kursywą, nie używaj obu naraz.

skierowany był w nieznajomego mężczyznę. ← raczej napisałabym albo w kierunku, albo na nieznajomego

– Ciebie też, Arthurze. – Odwzajemniła uśmiech(+.) – Usiądź sobie gdzieś.

szefem Furty – szajki zajmującej się ← w Fantazmatach w dialogach wywalamy zbędne półpauzy (nie wprowadzające didaskaliów), żeby nie mylić czytelnika.

krótko mówiąc – masz przejebane. ← j.w.

– Co(+,) do kurwy?! ← do kurwy jest wtrąceniem

– Niemożliwe – oburzył się Horas, kręcąc niedowierzająco głową(+.) – Faktycznie

prędzej czy później, zostaje użyta do samozagłady.

nic się nie odzywając. ← dziwna konstrukcja. Nie odzywając się albo nic nie mówiąc

krótkie miecze(+,) które niespokojnie

Grajkowie nie byli w stanie przebić się ze swoją muzyką przez gwar mieszkańców. Czasem słychać było tylko nikłe pobrzękiwania instrumentów.

Było jednak coś, co nie pasowało zupełnie do radosnego klimatu panującego w miasteczku. Około tuzina rosłych mężczyzn zwisało bezwładnie na murze okalającym osadę. Na szyi każdego z nich ciasno zaciśnięty był stryczek. Ich twarze zasłonięte były czarnymi

na dwa fronty – północ i południe. ← zbędna półpauza

że tym razem to „wy”, a nie „oni”. ← usuń pogrubienia stąd i niżej, gdzie robisz ten sam zabieg

prawda(+,) Liso?

to nasza trójka – ty, ja i nasze dziecko. ← zbędna półpauza

Arthur lekko ją od siebie odsunął(+.)

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Na początku wpadły mi w oko powtórzenia:

Jakby niewidoczna aura otaczała mieszkańców, wprawiając ich mimo woli w ponury nastrój. Próżno było nasłuchiwać radosnych głosów i śmiechów. Nawet dzieci były wyjątkowo ciche, tak jakby instynktownie coś przeczuwały. Ożywiły się jedynie na chwilę na widok samotnego jeźdźca, sunącego powoli na czarnym koniu wśród tłumu. Jego ponury wyraz twarzy doskonale komponował się z nastrojem mieszkańców, ale postawna sylwetka przyciągała wzrok przechodniów. Dorośli odsuwali się od niego instynktownie, a dzieci wpatrywały się tylko oniemiałe. Jeździec nie rozglądał się nawet, tylko jechał przed siebie z beznamiętnym wyrazem twarzy.

 Nie lubię bohaterów, którzy we wszystkim są najlepsi: najszybsi, najcelniejsi i tak dalej. To sprawia, że cała historia (jakakolwiek by nie była) staje się do bólu przewidywalna. 

Klamra ładna.

Dziękuję wszystkim za konstruktywną krytykę. Opowiadanie poprawiłem na tyle, na ile starczyło mi czasu.

 

@drakaina

W planach było opisanie wydarzeń z obu punktów widzenia, ale nie starczyło mi po prostu czasu. Wolałem sklecić coś na szybko i zdążyć w terminie, bo wyjazd służbowy pokrzyżował mi plany. 

Jeżeli chodzi o przejście że Starego do Nowego Imperium: Meravia po prostu przejęła znaczna część terytoriów imperialnych, ale ludność jednak z reguły zachowuje swoją tożsamość narodowa. Spisane wydarzenia zamieniły się w legendę. Mogłem to ująć w opowiadaniu jakoś zgrabnie, ale uznałem, że to nie jest niezbędne. Najwazniejsze, że klamry są zrozumiałe. 

Zdaje sobie sprawę, że opowiadanie jest dalekie od ideału i nie do końca "dopieszczone", ale moim celem było po prostu się sprawdzić. Konkurs był niezła motywacja, by po raz pierwszy w życiu napisać coś własnego. Teraz chociaż wiem, że mój styl pisania może być przyjemny w odbiorze. Postaram się, żeby kolejne opowiadanie było bardziej oryginalne i dopięte na ostatni guzik. Tym razem się nie będę spieszył.

 

Dziękuję jeszcze raz za wszystkie wytknięte błędy. W szczególności Tobie @regulatorzy. Wypisanie tego wszystkiego z pewnością zajęło Ci mnóstwo czasu. Nie zdawałem sobie sprawy, że popełniam tak dużo błędów językowych.

Całkiem sprawnie napisane jak na jedną z pierwszych próbek. Nawiązania do wiedźmina, może i są, ale Geralt aż takich mocy nie miał ;) Klamra fajna. Mnie się podobało;) Może trochę za krótkie, za łatwe, ale legenda jak najbardziej jest. Trochę zbyt proste jak na lepsze miejsce w konkursie, ale to się okaże po głosowaniach.

Tpoh, ogromnie się cieszę, że mogłam pomóc, a uwagi okazały się przydatne. Mam nadzieję, że Twoje kolejne opowiadania będą coraz lepsze. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeglądałam sobie jeszcze pobieżnie tekst i znalazłam coś do kosmetyki:

 

"To ponad trzy tysiące lat temu. Arthura wtedy nie było jeszcze na tym świecie. To pewnie pamiętnik jego ojca." – pomyślała. ← kropki po ojca nie powinno być ;) 

– Mówię ci, gamoniu, że na kredyt nie dajemy! – warknęła karczmarka zniecierpliwiona karczmarka.

Doradca uniósł ostrze, przygotowany by zadać cios, ← przed by powinien znaleźć się przecinek, ale dużo się ich wtedy obok siebie gromadzi, może więc napisać: przygotowany do zadania ciosu?

ale uśmiech szybko zgasł mu z twarzy

 

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Karczma karczmą, Geralt Geraltem, ale główny bohater nie może być niezniszczalnym, ponaddźwiękowym superszermierzem, bo to jest bardzo, bardzo nudne! Scena z chwytaniem i odrzucaniem bełtu kuszy to już było zbyt wiele. Nawet Superman, James Bond i Gandalf pozwalają się czasem zranić i za to ich kochamy. Kiedy miałem 6 lat leciał w kinach taki japoński film “Superpotwór” (tak naprawdę kompilacja kilku wcześniejszych obrazów o |latającym żółwiu Gamerze) i tam ten superpotwór pokonywał po kolei i bez trudu wszystkie inne potwory, bo był najsuperowszy. Wtedy mnie to kręciło, ale powtarzam – wtedy miałem 6 lat.

Rażą pojawiające się anachronizmy – “alkohol”, “fotel”, “stosunek” to nie są słowa pasujące do konwencji, którą przyjąłeś.

Ale ostatnie zdanie głównego tekstu rzeczywiście bardzo fajne.

Zupełnie niezłe i przyzwoicie napisane opowiadanie. Mogę oczywiście kręcić nosem – scena rozprawy z cesarzem i radą wyszła nieco za mało dynamicznie (chodzi przede wszystkim o rytm; akapity "akcyjne", zbudowane ze zdań o podobnej konstrukcji i długości, sporo na dynamice tracą, czyta się je bardziej jako sprawozdanie, nie solidny opis walki), a zakończenie w karczmie ma charakter "sprawozdaniowy" na całej linii. Dużo lepiej byłoby stworzyć scenę, w której wydarzenia w Imperium przedstawione są z perspektywy świadka, tudzież uczestnika. Nawet jeśli wymagałoby to wprowadzenia jeszcze jednego bohatera.

I być może rzeczywiście, zabrakło jakiejś "iskry", żeby móc nazwać Twój tekst niezwykle satysfakcjonującym, ale mimo prostoty, jest porządny, niegłupi i wciągający na tyle, że przeczytałem ochoczo i za jednym podejściem :-) 

Zwłaszcza, że to właściwie debiut, więc tym bardziej wypada pokiwać z uznaniem.

Aha – ostatnie zdanie istotnie znakomite.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Nie byłam w stanie wczuć się w przeżycia głównego bohatera, a jego rozterki moralne jakieś miałkie i mimo wieku, dziwne podejmuje te decyzje. Brakuje mi głębi i argumentacji jego postępowania. Nie chodzi o to, że wybory Arthura są niemożliwe czy nieautentyczne. Mogą być, ale na przestrzeni tekstu, nie najlepiej się prezentują. Szkoda, bo klamra fajna.

Pisz dalej, czekam na kolejne teksty :)

Całe opowiadanie czyni ostatnie zdanie. Gdyby nie ono, byłoby przeciętne. Ale ta finalna kwestia nadaje sens i przesłanie. I to mi się podoba. Lubię być zaskakiwany kończącym akcentem. 

Pomysł jest niezły. Ale fragmenty Kroniki na początku i końcu wydają mi się jakieś takie zbędne i wydaje mi się, że jakby je wyrzucić to nie zmieniłoby się nic. Historia może nie rzuca na kolana, ale jest niezła. Mam zarzuty, co do pierwszej sceny w gospodzie – wydawała mi sztuczna. Należałoby nad nią popracować. Za to scena wymordowania rady cesarskiej już była napisana dobrze.

Kolejne dzieło o człowieczeństwu, ale udało się zrobić to w sposób niesztampowy. Może i pozostanie to opowiadanie w mojej pamięci ;)

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

U mnie piąte miejsce z jednym punkcikiem.

Całkiem niezła fabuła i bohaterowie. Jeszcze nie idealnie, ale naprawdę dobrze. Dodatkowe plusy za przesłanie i klamrę – to często pomaga tekstom, domyka historię, stwarza wrażenie lepszego przemyślenia. Pod względem językowym też przyzwoicie.

Gorzej z legendą.

Babska logika rządzi!

Jest tu trochę sztampy, ale jest też trochę fajnych pomysłów. Jest też także jakaś głębsza myśl, co zdecydowanie temu tekstowi pomaga. Ale mam mieszane uczucia. Z jednej strony fajnie, pomyślany koncept, z drugiej niektóre sceny mi się nie kleją, wydają się podążać według schematów i nudzą. Dlatego też Twój tekst stawiam gdzieś w środku stawki. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Nowa Fantastyka