- Opowiadanie: ido 1977 - Z pierwszym oddechem świtu

Z pierwszym oddechem świtu

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Z pierwszym oddechem świtu

 

Nie spodziewał się łaski. Śmierć przez samospalenie była karą dla każdego z elthen, którzy odważyli się pomyśleć o odzyskaniu wolności. Śmiercią karano zresztą za wiele innych, o wiele mniejszych przewinień, jak zbyt śmiałe słowa, czy dotknięcie pana bez jego zgody. Niewolnik nie miał w imperium Słońca żadnych praw. Był traktowany jak zwierzę, a właściwie gorzej niż niejedna z bestii, na którą polowali khazadorzy.

One przynajmniej miały jakiś wybór.

Hydry, bazyliszki, wywerny, nawet smoki, wciąż rodziły się wolne. Mimo pięciu tysięcy lat panowania ludzi, ich nieokiełznanej żądzy zniszczenia wszystkiego, co w jakiś sposób różniło się od ich, wiele żyjących istot miało jeszcze wybór. Rodziły się wolne i zwykle wolne umierały, w przeciwieństwie do Zmiennoskórych. Od ponad siedmiu wieków, niemal każdy z Elthen, witających Powierzchnię pierwszym krzykiem, otrzymywał znak swego zniewolenia. Trzynastoramienne słońce, wypalone na czole tuż po wyjęciu z cienia Matczynego Drzewa, przez całe życie miało przypominać, kto jest jego prawdziwym panem.

Sernamir, syn Mhirnasa chciał potrzeć własny znak, ale brzęk żelaza przypomniał mu o przykutych do ściany rękach. Może to i lepiej. Niewolniczy signeth niemal zrósł się ze skórą. Ramiona słońca, któremu jego panowie oddawali cześć, straciły większość konturów. Byłyby niczym więcej niż blizną, gdyby nie płonące ogniem wspomnienia. Trzydzieści cztery wiosny, przeżyte jako niewolnik, wystarczyły, aby pozostawić ranę, jaka nie mogła się zabliźnić.

Podniósł z wysiłkiem głowę. Przez wąskie okno wsączał się coraz większy cień, co oznaczało, że ostatni z dni jego życia właśnie dobiegał końca. Słońce odchodziło na zasłużony odpoczynek, zadowolone z własnej pracy i czci, jaką mu oddawano. Dla władców ognia, jak wśród elthen nazywano ludzi, złota tarcza nie była jedynym bogiem, lecz to jej składali największy hołd. W całym imperium nie było miasta, w którym nie stałaby świątynia z krwawymi schodami i stosem, gdzie palono niewiernych. W Ardhanie jej cień dorównywał najwyższym wieżom, a dym z płonących ciał można było dostrzec na całe stajania przed miejskimi murami. Jutro jakiś kupiec, czy wieśniak, gdy spojrzą w stronę miasta, pochylą głowy i wyszeptają słowa słonecznego psalmu.

– Ojcze Światła, który jako pierwszy rzuciłeś wyzwanie ciemności, chroń nas przed tym, co w niej mieszka. Chroń nas przed cieniem i jego demonami, chroń nas przed zapomnieniem, kim jesteśmy i komu służymy. Obdarz nas swym miłosierdziem i łaską, która opromienia całą Powierzchnię. Powstań wraz z kolejnym dniem i nie karz łzami, którymi karzemy tych, co nie podążają twoją ścieżką.

– Albowiem prawdziwa ciemność należy tylko do niewierzących – dokończył szeptem. Jeżeli Somos rzeczywiście byłby aż tak miłosiernym i sprawiedliwym bogiem, za jakiego go uważano, z pewnością nie pozwoliłby na jego śmierć.

Ani na śmierć dziesiątek tysięcy pozostałych Elthen. Nie dopuściłby także do ich niewoli, trwającej od przeszło siedmiuset lat. Słońce wschodziło nad ziemiami elfów na ery przed przybyciem ludzi i z całą pewnością będzie tutaj długo po tym jak stąd odejdą.

Chociaż jemu nie dane będzie tego zobaczyć.

Jutro, wraz z pierwszym oddechem świtu, wyprowadzą go z tego lochu i w marszu upodlenia zaprowadzą na szczyt piramidy. Położą go tam na ołtarzu, tuż nad schodami, a jeden z Altairów, Strażników Wiecznego Ognia, wytnie mu serce nożem z gwiezdnego kamienia. Jego życie spłynie wraz z krwią, pod stopy wiwatującego tłumu, który będzie czekał aż zdejmą ciało z ołtarza i przywiążą je do słupa. W miejscu serca Altair pozostawi srebrnobiały kryształ, którego moc kawałek po kawałku oddzieli ciało od kości, pozostawiając na końcu stertę popiołów.

Nie był to najprzyjemniejszy z rodzajów śmierci.

– Boisz się, Sernemirze? – głos gościa nie zaskoczył go, chociaż nie sprawił, aby podniósł głowę.

Jego właściciel posiadał zdolność zamienienia się w cień, lecz nie miał władzy nad pordzewiałymi zawiasami. Furta z kutego żelaza, jaka strzegła wejścia, nie przepuściłaby bez hałasu nawet jego.

– Khazador Garnneth – zmusił się do spojrzenia na twarz przybysza. Niemłode oblicze należało do mężczyzny surowego jak zima w górach Giryon i nie zdradzało zbyt wielu uczuć. Gość należał do pradawnego zakonu, który miał stać na straży Cienia i jak wierzono mógł przekroczyć każdą z granic.

Teraz pokonał zaledwie drzwi jego celi.

– Sernemir Zabójca Kapłanów – w ukłonie mężczyzny nie było kpiny.

– Cóż za niespodziewane spotkanie, chociaż skłamałbym, mówiąc, że go oczekiwałem – więzień nie zamierzał odpowiadać tym samym. Jego szyderstwo było wyczuwalne w każdym słowie.

Łowca nie zwracał jednak na to uwagi.

– Mój ojciec zawsze twierdził, że strach przed cierpieniem jest gorszy niż samo cierpienie.

– Mądry człowiek – zauważył Sernemir. – Ten twój ojciec. Kim był? Jakimś archontem, pomniejszym oligarchą, satrapą, czy może nawet tetrarchą? A zresztą to nieważne. Ty zostałeś zwykłym psem, którego szczuje się na wszystkich, pragnących odzyskać wolność.

– Był zwykłym skrybą – mężczyzna nie wychodził z cienia. – I nie musisz się tak wysilać – dodał po chwili. – Nie odbiorę ci oddechu przed powtórnym nastaniem Somosa.

– I pozwolono ci się szkolić na khazadora? – Sernemir nie poddawał się łatwo. – Przecież jesteś jednym z niegodnych. Twoja babka, albo babka twojej babki, zmieszała swą krew z jakimś elfem? Spodobał im się ciemniejszy kolor skóry, czy też twój przodek nie mógł poszczycić się zbyt wielkim członkiem?

Garnneth drgnął, jakby słowa więźnia go dotknęły.

– Mój pradziad ożenił się ze swoją niewolnicą – odparł. – Wyzwolił ją i wziął za żonę.

Sernamir spróbował się podnieść. Ręce przykuto mu do ściany tuż nad głową, ale pozostawiono łańcuch, który można było odpiąć. Zwykle robiono to tylko jeden raz, gdy dostawał jedzenie. Strażnicy miejskiego archonta trzymali wtedy włócznie na jego gardle, a najodważniejszy z nich uwalniał okowy.

 – Nie masz czasami wrażenia, że jesteś tylko kością, rzucaną przez bogów? – spytał po kilku niezbyt udanych próbach. – Wielki Khazador Gharnneth, Strażnik Cienia, łowca i zabójca elfów, nieustraszony wojownik areny, który nigdy nie poznał smaku porażki, ma w swoich żyłach brudną krew.

– To dość słabe więzy, Sernamirze.

– Słabe, ale wystarczające, abyś nigdy nie mógł posiadać ziemi, a dzieci twych dzieci już zawsze nosiły niewidzialne piętno. Możesz nie mieć na czole wypalonego znaku poddaństwa, ale obaj wiemy, że nigdy nie będziesz nikim więcej ponad sługą – zamilkł, nabierając sił przed kilkoma ostatnimi słowami. – Żyjemy, by służyć. Jedna z najmarniejszych mądrości, jakie ludzie wymyślili dla samych siebie.

Nie musiał mówić nic więcej. Obaj znali prawa imperium. Jego władcy, wywodzący się ponoć od Synów Słońca, zezwalali na małżeństwa pomiędzy ludźmi i elfami, lecz jednocześnie piętnowali je i nazywali nieczystymi. Każdy człowiek, który zmieszał swą krew z krwią niewolników, uważany był za Niegodnego. On i jego potomstwo na zawsze tracili prawo do posiadania ziemi, co zwykle czyniło z nich sługi. Nie tracili wolności, gdyż żaden człowiek nie mógł jej stracić na rzecz drugiego człowieka, ale nie mieli też niczego, co pozwalałoby im stać na równi ze Szlachetnymi. Nie różnili się tak wiele od niewolników, chociaż wątpił, aby łowca miał odwagę mu to przyznać.

– Nie przyszedłem tutaj, aby rozmawiać o imperialnych dekretach.

Sernamir obdarzył gościa uśmiechem. Widział jego twarz i czuł, że może pokusić się o wywołanie na niej czegoś więcej niż zwykłego grymasu.

A to oszczędziłoby mu trochę bólu.

– Wróćmy więc do twojej rodziny…

– O mojej rodzinie również nie chcę mówić – oczy łowcy rozbłysły, co wlało w więźnia nadzieję.

Uderzenie serca później jej płomyk zgasł jak zdmuchnięta nagle świeca.

– Jestem cieniem, który skrywa światło i światłem, które zwalcza cień – Garnneth zrobił krok do przodu i zatrzymał się na wyciągnięcie ręki. – Jestem pierwszym Khazadorem Ardhanu. Nie możesz tak po prostu rozpalić we mnie ognia.

Sernemir nie przestawał się uśmiechać.

– Zapewniam cię, że potrafię to uczynić. Przekonało się o tym kilku twoich braci.

– Wszędzie trafiają się głupcy. Mój zakon nie jest od nich wolny.

– Ale ty uważasz się za kogoś lepszego? Myślisz, że jesteś wyjątkowy, bo udało ci się złapać kilku niewolników?

– Zdołałem schwytać ciebie.

Sernemir przestał się uśmiechać. Wspomnienie zdrady, jakiej doznał z rąk własnych braci bolało bardziej niż te łańcuchy i trzynastoramienny signeth. Sprawiało nawet, że świadomość śmierci, która miała nadejść wraz z pierwszym promieniem słońca, stawała się czymś nieistotnym.

– Zaiste wyczyn godny pieśni – pochylił głowę.

– Wątpię, aby ktoś chciał układać o tobie pieśń. Jesteś tylko elfem i to elfem, któremu się nie udało. Pragnąłeś wolności, a gdy ją zdobyłeś, okazało się, że nie masz co z nią zrobić.

Teraz to Sernemir poczuł gniew.

– Jestem pierwszym, który od powstania Matrayasa sprawił, że asuntharczycy obawiali się opuścić własne miasto.

Ku jego zdziwieniu khazador nie zaczął się śmiać.

– To prawda – przyznał Garnneth. – Archont wciąż się ciebie boi. Nakazał szybką egzekucję, bo nie chce, aby reszta twych braci pokusiła się wyrwać te kraty.

Sernemir poczuł, że jego serce przyspiesza. Nadal spoglądał na swoje stopy. Nie chciał zdradzić, że słowa łowcy obudziły w nim nadzieję.

– Tak, tak – ciągnął dalej Garnneth. – Jak już mówiłem, strach przed cierpieniem jest gorszy od samego cierpienia. Archont obiecał, że zginiesz jeszcze szybciej, jeżeli wyznasz, kim byli twoi wspólnicy w mieście.

Sernemir wypuścił nagromadzone w płucach powietrze.

– Chcesz, aby zdradził własnych braci?

– Oni nie mieli tak wielu wątpliwości.

– A więc niech Darryn zapyta ich.

Ostatnie słowa wypowiedział z podniesioną głową, a cień nie zdołał ukryć grymasu na twarzy łowcy.

– Nie ma już nikogo, kto mógłby odpowiedzieć na to pytanie? – domyślił się Sernemir. – Świątynia Słońca upomniała się o swoją ofiarę i głowa Wielkiego Domu Anth-Hurgath nie ośmieliła się jej sprzeciwić.

Brak odpowiedzi khazadora rozwiał resztki niepewności.

– Przeznaczenie lubi płatać paskudne figle – mruknął elf. – Archont jest głosem imperatora, ma pod rozkazami własną chorągiew, włada życiem i śmiercią tysięcy ludzi, a gdy kapłan, którego oczy przypominają dwa kawałki węgla, szepnie słowo, ugina kolana i łamie składane przyrzeczenia.

Przestał mówić, gdy spostrzegł, że łowca podnosi dłoń.

– Jak na swój wiek i pochodzenie, zdajesz się posiadać pewną władzę nad słowem – powiedział Garnneth. – Szkoda, że nie ocali cię ona przed połknięciem słonecznej łzy. Podobno jej moc sprawia, że nadal czujesz bicie własnego serca. Będziesz zatem czuł, jak twoje ciało staje się żywą pochodnią i kawałek po kawałku zamienia w popiół.

Sernemir zmusił swoje gardło do wysiłku. Nie było to łatwe, bo wodę otrzymywał wraz z jedzeniem, a oczekiwanie na śmierć wzmagało pragnienie.

– I ty przynosisz mi łaskę naszego drogiego księcia? – wychrypiał w końcu. – Cóż za niezwykła wspaniałomyślność! Zamiast wyrwanego serca i żywego ognia, otrzymam cios mieczem od jego siepacza.

Łowca nie odpowiedział od razu.

– W miejsce wiecznego błąkanie się przez wszystkie cienie, odeślę cię od razu do Słonecznych Komnat.

– I to miałoby mnie przekonać?

Ciemność wieczoru pochłonęła niemal całe światło i Sernemir nie widział twarzy swego gościa. Mimo tego mógłby przysiąc, że khazador zacisnął usta.

–  To może nie, ale musisz wiedzieć, że do miasta przybyły trzy imperialne chorągwie – rozległ się głos z ciemności. – Jeżeli którykolwiek z twoich pobratymców wzniesie choćby okrzyk…

Niedokończona groźba zawisła w powietrzu jak miecz.

– Pale, stosy, sznury – Sernemir wyręczył łowcę.

– Pale, stosy, sznury – powtórzył Garnneth. – W mieście jest wielu wyzwoleńców, a wiesz, że świątynia nie patrzy na nich zbyt przychylnym okiem. Byle pretekst sprawi, że wezwie wiernych do walki. Twoje powstanie skończy się szybciej niż sądziłeś.

– Archont Reignmaru myślał podobnie.

– Myślisz, że staniesz drugim Matrayasem? Rzucisz na kolana tę prowincję, może nawet całą tetrarchię Henmaru i co dalej? Będziesz walczył z całym imperium?

– On walczył.

Cichy śmiech poprzedził równie ciche słowa.

– Tak. Walczył. Był odważny, nieustraszony i zwyczajnie szalony. Zapomniał, że elfom nie udało się wygrać z Asuntharem żadnej z wojen.

– Dobrze wiesz, że to nieprawda.

– Prawda, czy nie, Matrayas nie odniósł zwycięstwa.

– Kilka bitew wygrał.

– Na wojnie liczy się tylko ostatnia bitwa – uzupełnił Garnneth. – Matrayas tę przegrał, choć przyznam, że był jednym z tych, którzy zasłużyli na pieśń. Walczył dzielnie i równie dzielnie oddał życie. Czy muszę ci przypominać, co stało się ze wszystkim elthen, którzy z nim byli?

Sernemir przymknął oczy. Nikt nie musiał mówić mu tego, o czym wiedziało każde z Dzieci Drzew. Szare Morze nie czerpało swojej nazwy z koloru fal. Mimo stu lat, jakie upłynęły od stłumienia powstania, woda wciąż nosiła barwę spalonych ciał. Na dnie morza zaległy popioły sześćdziesięciu tysięcy elfów. Sześćdziesiąt tysięcy, głównie kobiet, dzieci i starców, miało posłużyć jako przestroga dla wszystkich przyszłych pokoleń.

– Dam ci dwie klepsydry, elfie – odezwał się ponownie khazador. – Kiedy wrócę, chcę usłyszeć odpowiedź.

Skrzypnięcie zawiasów zdradziło, że Sernemir zostanie za chwilę sam. Elf otworzył oczy.

– A jeżeli odmówię?

Łowca przystanął.

– Wtedy być może zasłużysz na swoją pieśń – rzucił stłumionym głosem. – Wątpię jednak, aby w Ardhanie pozostał ktoś, kto ją zaśpiewa.

 

X X X

 

Słońce odbijało się w piasku areny złotymi rozbłyskami. Każde z setek tysięcy ziarenek zdawały się więzić jego potęgę i uwalniać ją w chwili, gdy ktoś miał wystarczającą odwagę obdarzyć je spojrzeniem. Sernemir patrzył tam zawsze. Wołał walczyć z własnymi łzami, niż z pogardą, jaka płynęła na arenę z lóż i galerii, zajmowanych przez Szlachetnych. Pozwalał, aby ból wniknął w sam środek czaszki, usuwając stamtąd strach przed tym, co na niego czekało. Jego pan, Erdem Anth-Mhyrnn z Wielkiego Domu Mhyrnn, cieszył się wielkim szacunkiem widowni, która wiedziała, że zapewni jej odpowiednie widowisko.

Oczywiście żaden ze zgromadzonych nie przejmował się uwięzionymi w tunelu elthen. Wysocy mężczyźni w odzieniach ze zwykłej skóry, stali stłoczeni przed bramą. W powietrzu unosił się zapach potu, krwi i moczu, gdyż ryki dobiegające z przeciwległej strony areny zdradzały z czym przyjdzie się im mierzyć.

– To thyrenn – szepnął Sernemir.

– Skąd wiesz? – wydyszał Thurmir, towarzysz ze szkoły khazadorów. Thurmir, podobnie jak on, był Dunferem o skórze, zielonej niczym wiosenna trawa i oczach barwy ognia. Dwukrotnie większe od ludzkich źrenice rozszerzyły się jeszcze bardziej po usłyszeniu, z czym będę walczyć.

– Jeszcze niczego nie widać.

– To thyrenn – powtórzył Sernemir. – Słyszałem, jak nadzorcy zakładali się wczoraj pomiędzy sobą ilu z nas przeżyje.

Poczuł, jak oddech stojącego za nim dunfera przyspieszył. Thurmir przeżył dopiero czternaście wiosen i była to jego pierwsza walka na arenie. Chociaż elthen w szkole nie zawiązywali pomiędzy sobą przyjaźni, Sernemir polubił chłopaka.

– Nie wychodź przede mnie i nie uciekaj – szepnął, nie odwracając głowy.

Oddech Thurmira niemal parzył mu kark.

– Jak mamy go zabić?

Zgrzyt podnoszonych łańcuchów sprawił, że Sernemir napiął całe ciało.

– Szybciej niż on zabije nas! – krzyknął, gdy brama stanęła otworem.

Nie patrzył, czy młody Dunfer ruszył za nim. W walce na arenie liczyła się szybkość i zmysł przetrwania, a nic nie utrudniało ich tak, jak przejmowanie się innymi. Zarówno Dunferowie, jak i Quenferowie o twarzach mieniących się błękitem, wychodzili tutaj jedynie ku uciesze zgromadzonych tłumów. Ich zadaniem było nasycenie ich oczu widokiem krwi, która tutaj płynęła szerokimi strumieniami.

A dzisiaj miała popłynąć rzeką.

Święto równonocy, obchodzone dwa razy do roku, oznaczało odwieczną walkę dobra ze złem i Świątynia Słońca nie pozwalała o tym zapomnieć. Turniej Krwi, w trakcie którego składano setki ofiar, miał zapewnić ochronę przed wszystkim, co kryło się w cieniu. Tego dnia w całym imperium, na Arenach Słońca, okrągłych i wielkich widowniach śmierci, zginie wielu elfów. Ich krew wsiąknie w złoty piasek na oczach niezliczonych rzeszy widzów, dla których ta ofiara nie była niczym więcej, ponad chwilą rozrywki.

Sernemir poczuł w ustach smak własnej krwi. Zagryzł zęby tak mocno, że niemal odgryzł sobie język, a i tak nie miał szans dotrzeć na środek areny przed otwarciem przeciwległych wierzei. Przez wrota z litego żelaza na arenę wkroczył cień, który na moment przysłonił słońce.

Zaraz po nim rozległ się ryk, niosący za sobą odór zgnilizny i śmierci. Thyrenn mierzył sobie dobre sto stóp i zdawał być niezbyt ruchawy, ale Sernemir wiedział, że to tylko złudzenie. Tylne łapy, pokryte jak reszta ciała przypominającą smoczą łuskę skórą, były splotem mięśni i pozwalały mu biec szybciej niż koń. Bestia zdawała się jeszcze przyzwyczajać do odzyskania swobody, jednak jaszczurzy łeb już zwracał się ku zdobyczy. Nawet stąd Sernemir dostrzegał zakrzywione zęby, które z łatwością rozrywały tura. Ich długość w niczym nie ustępowała pazurom, jakie zdobiły łapy z przodu.

Mimo tego nie przestawał biec. Thyrenn przyzwyczaił się już do słońca i blasku, bijącego od złotych ziaren, a gadzie spojrzenie powędrowało ku maleńkim postaciom kilkadziesiąt stóp poniżej. Dunfer nie wiedział, jak khazadorom udało się pojmać taką bestię żywcem, ale nie miał czasu, aby się nad tym zastanawiać. Thyrenn ryknął ponownie, a ziemia zatrzęsła się, gdy ruszył do przodu.

Sernemir wybiegł mu naprzeciw, unikając w ostatniej chwili zagarnięcia przez szpony, które uderzyły w ziemię jak ogromne rydle. Elf rzucił się w bok i przetoczył pod zadem, zakończonym grubym i niezbyt długim ogonem. Thyrenn, zajęty próbami pochwycenia następnej zdobyczy nie zwrócił na to uwagi. Pochylony tuż nad ziemią,  przypominał kroczące wzgórze, które raz po raz wydobywało z siebie wściekłe porykiwania.

Gniew i oszołomienie bestii były dla nich wszystkich jedyną szansą. Sernemir dobrze o tym wiedział. Spędził na arenach wystarczająco wiele czasu, aby nauczyć się wszystkiego o ich prawdziwych władcach. Thyrenn był pomiotem z cienia, a światło dnia raniło go mocniej niż zdołałaby tego dokonać zwykła broń. Jeżeli zdołają wystarczająco długo przeżyć, potwór zlegnie i będzie go można dobić.

Przynajmniej tak było z innymi sługami cienia. Sernemir walczył już z kikutnicami o czterech odnóżach w kształcie kosy, maczugowcami, których ogon zamieniał ciało w mięsną miazgę, szablozębami i widłogonami, a także chimerami, bazyliszkami oraz wilkoszami. Mimo tysiącleci panowania, ludzie nie zdołali odesłać w otchłań wszystkich potworów.

Albo nie chcieli ich odsyłać.

Zielonoskóry Dunfer nigdy się nad tym długo nie zastanawiał, ale zawsze dziwiło go, że władcy ognia pozwolili przeżyć tak wielu wrogom. Lasy, bagna, jaskinie i wzgórza pełne były bestii, które zabijały zarówno ludzi, jak i elfy. Potwory nigdy się nie poddawały, a polowania khazadorów i świątynia Słońca niczego tutaj nie zmieniły.

Panująca dookoła wrzawa rozjaśniała nieco mgłę tej tajemnicy. Tłum Szlachetnych, odziany w wielobarwne jedwabie i aksamity, pragnął rozrywki. Dostojnicy imperium, potomkowie wielkich zdobywców, łaknęli widoku krwi, a nic nie zapewniało go lepiej od wypełnionej zwierzęcą nienawiścią bestii.  

Ta zaś ryknęła, podrywając pierwszą z postaci do góry. Dunfer o srebrzystych włosach próbował się wyrwać i krzyczał coś przeraźliwym głosem, dopóki uderzenie drugiej łapy nie pozbawiło go głowy. Tłum zaczął wiwatować, jakby nasycił się widokiem tej śmierci, jednak Sernemir wiedział, że to dopiero początek. Ludzie, którzy zajmowali ławy z powiewającymi proporcami o barwie słońca, mieli z thyrennem więcej wspólnego, niż chcieliby się przyznać. Ich żądza zostanie zaspokojona, gdy na arenie nie pozostanie więcej niż kilku zdolnych do walki niewolników.

Na razie było ich blisko dwudziestu, chociaż ta liczba kurczyła się z każdym uderzeniem serca. Thyrenn rozgniótł nogą kolejnego uciekiniera, a jego zęby pokryły się krwią dwóch następnych. Rzeź trwała i miała trwać, dopóki na arenie nie pojawią się khazadorzy. Strażnicy Cienia, jak powszechnie nazywano ich w imperium, mieli prawo używać oręża, pokrytego rhytami. Znaki Magii Żywiołów, wygrawerowane na ich broni, kończyły starcie dobra ze złem.

Sernemir uniknął znowu zagarnięcia przez olbrzymie łapy. Jego sąsiad, jakiś biedak liczący sobie dwa razy więcej wiosen, nie miał tyle szczęścia. Niebieskoskóry quenfer szarpał się jeszcze przez chwilę, aż trzask kości oznajmił, że wyciekło z niego życie. Thyrenn cisnął nim jak dziecięcą zabawką, podcinając nogi innemu nieszczęśnikowi. Próby ocalenia życia przez pozostałych niewolnych kończyły się w podobny sposób. Krótka ucieczka, tąpnięcia ważącej setki pudów dwunożnej śmierci i ostatnie tchnienie, wydalane wraz z kałem.

– Nie, nie, nie! – wrzeszczał kolejny pechowiec. Thyrenn przebiegł po nim i nawet się nie zatrzymał.

Sernemir doskoczył i uklęknął tuż przy powykręcanym ciele. Jeden ruch dłoni wystarczył, aby skrócić mękę, ale tłumowi wyraźnie się to nie spodobało. Nawet z tej odległości słyszał gwizdy i okrzyki zawodu.

Wyprostował się i potoczył dookoła wzrokiem.

– Czy to nie wystarczy? – jego krzyk utonął w ryku nadciągającego thyrenna. Dunfer przeturlał się pod spadającym ciosem i ponownie znalazł na nogach.

– Czy to nie wystarczy? – powtórzył, chociaż potwór obrócił się niemal w tej samej chwili.

Powiew powietrza, jakie nadeszło wraz z kolejnym uderzeniem pociągnął jego ciało dobre kilkanaście stóp po piasku.

– Czy to nie wystarczy? – krzyknął po raz trzeci, ogarnięty szalonym pragnieniem ocalenia reszty towarzyszy.

Żaden z nich nie kwapił się, aby mu jakoś pomóc. Zadowolili się ucieczką pod ściany areny, skąd odganiano ich rzucanymi kamieniami. Jeden z nich spadł obok Sernemira i elf schylił się, aby go podnieść.

– Zabij mnie! – wrzasnął w stronę ryczącego thyrenna. Potwór wyprostował się i wodził dookoła wzrokiem. Żółtawe oczy gada nie widziały zbyt dobrze w świetle słońca, więc Sernemir postanowił nieco mu pomóc.

– Tutaj! – ręka z kamieniem wystrzeliła do przodu.

Pocisk spadł gdzieś pośrodku grzbietu, nie wyrządzając żadnej krzywdy, ale zyskał dzięki niemu uwagę thyrenna. Patrzyli teraz na siebie; niewolnik, pokryty krwią własnych braci i potwór, w którego gardle narastał nienawistny ryk.

Ziemia zadrżała pod uderzeniami jego nóg. Thyrenn ruszył do przodu z wyciągniętymi ramionami, których zakrzywione palce niosły obietnicę zapomnienia. Szarozielona łuska skrzyła się w blasku słonecznego boga, nie mającego najwyraźniej żadnej chęci ukazania swojej potęgi. Sernemir stał i nie spuszczał wzroku z szarżującego wprost na niego potwora. Nie mógł oderwać nóg od piasku, a poza tym widział już dzisiaj jak kończyły się próby ucieczki.

Musiał rzucić thyrennowi wyzwanie.

Uchylił się przed uderzeniem szponów, ale nie dostrzegł ciosu z drugiej strony, który wyrzucił jego ciało wysoko w powietrze. Miał wrażenie, że płynie przez nie, jakby zanurzony w wodzie. Słońce, arena, wrzeszczące dziko tłumy – nic nie miało już znaczenia.

 

X X X

 

Ocknął się w ciemności, wiedząc, że nie jest sam. Mrok niechętnie ustępował miejsca nikłemu światłu, które rozchodziło się z zielonego kryształu. Khazador poprawił zawieszony na piersi amulet, lecz nie ruszał się z miejsca. Nawet stąd więzień mógł dostrzec jego postać, wysoką i postawną, mimo przeżytych lat, które odciskały swoje piętno na brązowych włosach i brodzie. Nitki siwizny przeplatały się ze sobą, przypominając jak nieubłagany jest władca ludzkiego życia. Znaki upływającego czasu widać było również po twarzy, wciąż szczupłej, z silnie zarysowaną szczęką, lecz pokrytej wyraźną siecią zmarszczek. Sernemir obdarzył gościa kwaśnym uśmiechem i zmrużył oczy. Nie lubił zielonego kryształu, wokół którego zaciskały się szpony gryfa. Jego światło niejednokrotnie wiodło jego braci ku ostatniemu z cieni.

Gharnneth oparł się o ścianę. Czekał.

– Wiesz o czym śniłem, łowco? – spytał Sernemir, chociaż nie spodziewał się odpowiedzi. – Wróciłem na tamtą arenę. Nasze pierwsze spotkanie. Pamiętam je, mimo upływu tylu księżycy.

– Jesienna równonoc – khazador kiwnął głową. – Byłeś jedynym, który przeżył tę jatkę. Twoja odwaga zrobiła wrażenie nawet na archoncie.

– Zginąłbym jak pozostali, gdyby nie twoja pomoc – powiedział więzień. – Uratowałeś mi życie, zabijając tamtego thyrenna. Pomiędzy nami jest więcej niż to – szarpnął skutymi dłońmi. Łańcuchy zajęczały żałośnie, a on dojrzał, że khazador ma pomiędzy nogami bukłak. Być może przyniósł go, aby spełnić ostatnie z życzeń, chociaż dunfer szczerze w to wątpił.

Łowca nadal tkwił oparty o ścianę.

– Pomiędzy nami nie ma niczego, co pomogłoby cię ocalić – odparł. – Chyba, że przemyślałeś moją propozycję.

Więzień milczał przez chwilę.

– Wiesz, że nie mogę tego zrobić. Wtedy, na arenie, poprzysiągłem sobie, że nie zostawię więcej żadnego ze swych braci.

Łowca położył rękę na piersi. Światło kryształu przygasło, ale potem przebiło się przez palce jak sztylet. Wyciekało, rozbijając mrok na cienie, a te pierzchały przed strumieniami zieleni, nie potrafiąc stawić im czoła. Kryształ Wymiarów pozwalał khazadorowi na przekraczanie granic pomiędzy Powierzchnią, a wszystkim co się pod nią kryło. Cena była wysoka, jednak ci, którzy zasłużyli na jego noszenie, zgadzali się ją ponieść.

– Łamanie przyrzeczeń, których nie można dopełnić, nie plami twego honoru.

– A kto tu mówi o honorze? – spytał z goryczą Sernemir. – Nie ufam naszemu archontowi i tobie też radzę tego nie robić.

– Wolisz, aby tłumieniem rozruchów zajęła się świątynia?

Sernemir zacisnął pięści.

– Nie będzie żadnych rozruchów – odparł. – Odejdę, jak wielu innych przede mną, bo tak chciało przeznaczenie.

Khazador opuścił ręce, a światło kryształu rozlało się po całej celi. Zielona poświata wpełzała na pokryte wilgocią ściany i kradła każdy z cieni, jakby nie mogła się nimi nasycić. W kilka uderzeń serca wypełniła małą przestrzeń, zdradzając Sernemirowi, gdzie przyszło mu przeżyć ostatnie chwile życia. Czworobok ciasnego kamienia, posadzka, na której zalegały resztki przegniłej słomy i rozlane wokół nieczystości. W lochach archonta skazańcy siedzieli we własnym gnoju, co chyba miało bardziej ich złamać.

– Przeznaczenie? – powtórzył po nim łowca. – Z doświadczenia wiem, że niektórzy próbują na nie zrzucać odpowiedzialność za własne wybory. To my jesteśmy tymi, którzy tworzą swój los.

– To brzmi niemal jak herezja. Czy boginią twego zakonu, nie jest przypadkiem Meyra?

Zielone światło rozbłysło jeszcze mocniej.

– Prządka Losu ze swoimi zawiązanymi oczami – khazador podrapał się po owłosionym policzku. – Bogów się nie wybiera. Są tacy, jacy są, chociaż sam wolałbym kogoś, kto widzi, czym obdziela.

– A więc ona obdzieliła cię mną – powiedział Sernemir. – Od tamtego dnia i naszego pierwszego spotkania, nasze losy splotły się ze sobą.

– Czysty przypadek. Walczę na arenach od trzydziestu lat. Nie było nic dziwnego w tym, że archont poprosił właśnie o mnie.

– Tylko wielki Khazador Garnneth Lauth mógł pokusić się o starcie z thyrenem.

Sernemir przerwał, wsłuchując się w krzyk, który rozdarł cisze nocy. Gdzieś niedaleko ktoś mierzył swe siły z miejskimi katami i najwyraźniej przegrywał to starcie. Jemu oszczędzono bólu, gdyż był więźniem świątyni i to kapłani Somosa mieli zadecydować o jego losie.

Ich sąd nie trwał długo, a wyrok był tylko jeden.

– Mają pełne ręce roboty – mruknął pod nosem.

– Nie każdy ma tyle szczęścia co ty.

– Nie nazwałbym tego szczęściem.

– Może i masz rację – khazador wzruszył ramionami. – Gdyby nie nakaz kapłanów, archont porozmawiałby z tobą po swojemu – rozległ się kolejny krzyk. Jego echo zdawało się trwać w nieskończoność, aż ucichło, stłumione pięścią.

– Nie śmiem w to nawet wątpić – Sernemir przełknął z wysiłkiem ślinę. – W całym Ardhanie trudno byłoby znaleźć kogoś, kto z taką chęcią przelewa krew elfów – dalsze słowa połknął kaszel, który nadchodził niemal zawsze po próbie zwilżenia krtani. Sernemir poczuł w piersi ból, a słony i jakże znajomy smak w ustach zdradził, że jutrzejszy stos będzie tylko przyspieszeniem nieuniknionego.

Nie zdziwił się, że khazador pozostał obojętny na jego cierpienie. Łowcy służyli ludziom, a ci nie przejmowali się zbytnio swoją własnością. Zdumienie wzbudził dopiero bukłak, który Garnneth przytknął mu do ust.

Pił chciwie, a wino gasiło rozpalony w środku ogień.

– Dosyć – powiedział po chwili Garnneth. – Nie chcę cię upić.

Sernemir znowu przełknął ślinę. Tym razem obyło się bez kaszlu.

– Nie byłoby w tym nic złego – przejechał językiem po wargach, zlizując ostatnie krople wina.

Z żalem patrzył, jak bukłak wraca na swoje miejsce pod nogami khazadora. Archontowi rzeczywiście musiało zależeć na dotarciu do prawdy, skoro pozwolił swemu mieczowi wnieść tutaj wino. O lochach Ardhanu można było powiedzieć wiele, ale Sernemir nie słyszał, aby ich mieszkańcy mieli okazję pić podobne trunki. Prędzej spodziewałby się roztopionego ołowiu, albo żrącej wody, której kropla potrafiła przejść przez kość jak stal.

– Wino niczego tutaj nie zmieni – powiedział w końcu. – Przez lata służby ludziom nauczyłem się pić i zawartość tego bukłaka nie pomoże ci w rozwiązaniu mojego języka.

Khazador pokręcił głową i sięgnął po wino. Sernemir z zazdrością patrzył, jak porusza się grdyka mężczyzny.

– Darryn Anth-Hurgath nie wie, że przemyciłem tutaj ten bukłak – odparł łowca. – Archont nie wierzy, że informacje można wyciągnąć nie tylko za pomocą łamania kołem i zdzierania skóry.

– No i tutaj się chyba nie myli – zauważył Sernemir. – Trunki Zamorza nie są tanie, a usługi kata owszem. Poza tym wśród wielu przyjemności, jakie przynoszą ludziom radość, zadawanie cierpienia innym zajmuje dość wysokie miejsce.

– Chyba już wiem, jak zdobyłeś tak wielkie poparcie – mruknął łowca. – Gadasz więcej niż kapłani Słońca, a to nielicha sztuka.

– Nie słowa są ważne, ale ich treść, łowco – więzień znowu zaniósł się kaszlem. Być może w tym bukłaku zostało trochę wina. Nie liczył na to, że khazador okaże mu jeszcze łaskę, ale warto było spróbować.

Drgnął, gdy cień przysunął się bliżej. Poczuł dotyk na swoich dłoniach, a brzęk łańcuchów i nagły powrót krwi do ścierpniętych kończyn oznaczał, że khazador pokusił się o zrobienie czegoś innego.

Chwilę później Garnneth wcisnął mu bukłak do rąk.

– Pij! – powiedział. – Podobno wino czyni bardziej przezroczystym, a ty masz chyba sporo do ukrycia.

Sernemir przyłożył bukłak do ust i pozwolił, aby słodkawa struga gasiła rozpalony w środku ogień.

– To także jedno z powiedzonek twego ojca? – spytał, gdy ukoił pierwsze pragnienie. – Dość dużo zapamiętałeś, biorąc pod uwagę, że zabierają was od nich w dzień siódmego krzyku. Zawsze dziwiło mnie, że ludzie mogą oddać własne dziecko na pewną śmierć.

– Mathar havir, gwenh vivear.

– Umrzeć musi, co ma żyć – więzień wzruszył ramionami. – Te słowa nigdy do mnie nie przemawiały. Śmierć to śmierć. Nie ma po niej innego życia, odrodzenia, czy zmartwychwstania. To jedynie kłamstwa, jakimi karmi się wszystkich, którzy nie mają dość złota, albo władzy, aby przestać w nie wierzyć.

Garnneth podszedł, aby odebrać mu wino.

– Może powiesz jeszcze, że wymyślono je głownie dla twoich braci?

– A dla kogo? – Sernemir zaczął masować przedramiona. Ręce miał nadal skute, ale długość łańcucha pozwoliłaby doskoczyć do mężczyzny pod ścianą. – To je każą nam wymawiać, gdy giniemy na arenie. Imperium pragnie, aby elthen wierzyli, że ratują swą śmiercią życia innych, ale obaj wiemy, że to tylko słowa.

Głos Garnnetha rozwiał jego nadzieję.

– Mogę przykuć cię z powrotem – warknął łowca. – Myślę, że powiedziałem wcześniej wystarczająco jasno, co jest ceną szybszej śmierci.

Więzień pokręcił głową.

– I widzisz, khazadzorze? Jesteś gotów odebrać mi życie, próbując przekonać, że archont oszczędzi tych, których wydam.

– Nie powiedziałem, że ich oszczędzi – wyjaśnił Garnneth. – Otrzymają szansę odkupienia swoich win na arenie.

Jego słowa dopiero teraz sprawiły, że elf przestał rozcierać ramiona.

– Na arenie? – zaśmiał się gorzko. – I to ma być szansa? Wiesz równie dobrze jak ja, ilu elthen przeżywa każdy turniej.

– Tobie się udało – powiedział khazador. – Przeżyłeś niemal czterdzieści równonocy. Jeszcze kilka i odzyskałbyś wolność.

Sernemir zastygł, próbując okiełznać ogarniającą go wściekłość.

– Wolność?! – syknął jak wąż. – Po tym, co zobaczyłem, taka wolność byłaby zwykłą zniewagą.

Poczuł, jak jego ciało i myśli ogarnia dziwna bezwładność. Spojrzał na twarz khazadora, ale oblicze mężczyzny rozpływało się, jakby we mgle.

– Co mi zrobiłeś? – usiłował się podnieść.

Bez większego powodzenia. Jego nogi zamieniły się w dwa obce ciała, które w żadnym razie nie chciały się go słuchać. Przecież to nie miało sensu. Garnneth nie musiał go truć. Wystarczyło, aby przeczekał do pierwszego promienia słońca. Śmierć na świątynnym stosie była o wiele bardziej bolesna.

 

X X X

 

Patrzył jak płomienie zaczynają wspinać się na stos. Równo ułożone gałęzie polano oliwą, co przyspieszyło wędrówkę złocistych języków. Każdy z nich pląsał się i wił, jak tancerka z Chattarii. Ogień opasał stos kręgiem, którego żar wywołał na jego twarzy grymas bólu.

Mimo tego nie zdecydował się cofnąć.

Gdzieś pośrodku stosu, pod plątaniną ciał, leżał Thurmir syn Thirmasa, który dożył piętnastej wiosny. Sernemir nie pamiętał imion pozostałych; ich słowa, oddechy, życia, spopielały się szybciej niż zdołał je odnaleźć. W khazadorium, szkole strażników, niewielu elthen zapadało w pamięć. Jego bracia przychodzili i odchodzili i tylko on, od lat, wpatrywał się te płomienie. Ogień, który tutaj rozpalono, nie przynosił oczyszczenia, nie łączył również z matką ziemią, gdyż popioły wrzucano do rzeki, tak, aby żadne drzewo nie mogło opowiedzieć o życiu zmarłego.

–  Powinni spocząć w cieniu mennarów – odezwał się Gherneas ze Spalonego Lasu. Elfy nadal nazywały swe ziemie, tak jak ich ojcowie, ale dzisiaj była to tylko kolejna z prowincji imperium. Archont Qunmanru sprzedał swemu przyjacielowi blisko czterysta nowych ofiar, które przybyły niecały dzień po jesiennej równonocy.

– Powinni żyć – Sernemir nie odwracał twarzy od płomieni. Chociaż ich moc niemal paliła mu twarz, nie odwracał wzroku. Dym sprawił, że w oczach wyrosły łzy, ale nie zamierzał ich ukrywać.

– Powinni żyć – zgodził się wysoki elf. Jedno z ramion jego tuniki pozostawało przy ciele, na co Sernemir zwrócił uwagę.

– Ukradłem pomarańczę z ogrodu mej pani – wyjaśnił Dunfer. Jego skóra miała najciemniejszy odcień zieleni, jaki Sernemir do tej pory widział. To zaś oznaczało, że mężczyzna urodził się wolny.

– Byłem głodny, bo nadzorcy kradli niemal całe jedzenie dla siebie – wyjaśnił elf. – To była tylko jedna pomarańcza, niebyt dojrzała i kwaśna jak zielone wino.

– Ale i tak wystarczyła, abyś stracił ramię.

Ghearnas kiwnął głową.

– Zdrajca, który mi je odjął już nigdy nie spojrzy na słońce.

 Sernemir poczuł ból w piersi. Niemal cały tułów spowijały bandaże, którymi szeptu obwiązał mu żebra. Starcie z thyrennnem nie było aktem odwagi, a pokazem nikomu niepotrzebnej głupoty. Nie uratował nikogo więcej, bo archont zezwolił na wejście khazadorów, dopiero gdy wszyscy elthen skończyli w paszczy potwora.

– Mam ci winszować? – spytał półgłosem. – Elfy zabijające elfy. Już nie trzeba ludzi i bestii cienia, abyśmy tracili życie.  

– Zdrajca, który wysługiwał się Szlachetnym nie zasługiwał na nic więcej.

Gorąco z wolna stawało się nie do zniesienia i rozmówca Sernemira zrobił krok do tyłu.

– A czy jego śmierć uratowała cię od areny? – starszy z elfów nie obawiał się płomieni. Lękał się tego, co może w nich zobaczyć. – Zginiesz za kilka księżycy jak oni wszyscy. Z jedną ręką nie będzie to trwało zbyt długo.

Cisza, jaka zapanowała za jego plecami, oznajmiła, że nowoprzybyły mógł już odejść.

– Tylko, że ja nie zamierzam umierać – wyrzucił Ghearnas. Elf nie ukrył się jednak w jednej z wykopanych dla nich ziemianek. Rzędy wykopanych własnymi rowów ciągnęły się wzdłuż wysokiego muru, na szczycie którego przechadzali się znudzeni strażnicy.

– Wiem, kim jesteś i co zamierzasz – powiedział jednoręki dunfer. – Chcę być jednym z tych, którzy odbiorą swoją wolność.

Dopiero teraz Sernemir odwrócił się do niego. Dwukrotne przesunięcie stóp sprawiło, że znalazł się z przybyszem niemal twarz w twarz. Mimo, że żaden z nich nie patrzył już na płonące ciała, w oczach mieli ogień.

– Jak chcesz tego dokonać? – syknął rozwścieczony. Już za jedno z tych słów mogli stracić głowy.

– Tak jak ty. Chcę walczyć.

Sernemir zacisnął szczękę.

– Walczyć? – powtórzył po chwili. – Nie mamy ani broni, ani pancerzy. Spójrz tylko na te mury! Jest na nich wystarczająco wiele ognistych chimer, aby pokryć ten plac żywym ogniem. Nie powiodę nikogo na taką śmierć.

– Wolisz, abyśmy wszyscy zginęli na arenie? – Ghearnas tym razem się nie cofnął. Podniósł jedynie głos, zwracając na nich uwagę kilkunastu innych niewolników. – Ten, Który Przeżył. Czyż nie tak cię nazywają?

– Nie ja prosiłem o to imię.

Oczy Ghearnasa pociemniały i zanim zdążył się spostrzec, jednoręki siedział na nim na ziemi. Mimo kalectwa dunfer miał dużo siły, a połamane żebra nie pomagały w odzyskaniu swobody.

– Zdrajca! – krzyczał na cały głos. – Nie zasługujesz by żyć.

Sernemir chwycił go za gardło i chciał zrzucić, gdy przez cały dziedziniec poniósł się okrutny wrzask. Jeden ze strażników, który dostrzegł ich bójkę, ruszył, aby ich rozdzielić, gdy powalono go w ten sam piach. Kilkanaście półnagich postaci rzuciło się na niego, kopiąc, gryząc i szarpiąc. Po chwili jedne z zakrwawionych rąk wzniosły do góry srebrzysty miecz, a drugie wyrwane trzewia.

– Mamy broń – Ghearnas puścił go i pomógł wstać. – Ręce, nogi, zęby. Jest nas wystarczająco wielu.

Sernemir łapał oddech. Widział, że walka rozgorzała na dobre. Elfy, których znał i ci, których imienia nie mógł sobie przypomnieć, rzucały się na swoich oprawców. Niektórzy wdrapywali się już na mur.

– To szaleństwo – szepnął, ścierając z twarzy krew. – Zginą setki naszych braci.

Ghearnas złapał go za ramię.

– Zgadza się! – krzyknął. – Lecz każdy z nich umrze jak wolny elf.

Sernemir kątem oka dostrzegł, jak strażnicy podbiegają do jednej z chimer. Posągi, w paszczy których ukryto rurę z ogniem, strzegły każdego z rogów dziedzińca. Wiedział, że zaledwie za kilka uderzeń serca plac z kamienia i piachu, stanie się polem ognia.

– Mathar havir! – krzyknął Ghearnesowi prosto w twarz.

– Gwenh vivear! – usłyszał w odpowiedzi, gdy jednoręki przewrócił go z powrotem na ziemię.

Strumień pomarańczowej śmierci przetoczył się tuż nad ich głowami. Ogień uderzył w stos, wyrzucając w górę kilkanaście niemal spalonych już ciał. Kolejny cios miał trafić w żywych, dlatego żaden z nich nie tracił czasu.

Sernemir zerwał się i biegiem rzucił w stronę muru. Ściana czerwonych cegieł pięła się niemal pionowo w górę, lecz jego ręce prędko odnalazły drogę. Upływ lat nadwyrężył przeszkodę, która stała pośrodku khazadorium. Mury skruszały, a pewność właściciela szkoły, oligarchy Erdema Anth-Mhyrnn z domu Mhyrnn, sprawiła, że nie spieszono się z ich naprawami. W wielu miejscach widniały pęknięcia i wyrwy, powstałe po kajdanach, którymi przykuwano ciała uciekinierów i buntowników. Ich śmierć miała tej nocy ocalić mu życie.

Znał tę ścianę lepiej niż każdy z mieszkańców podziemnych cel. Spędził w khazadorium domu Mhyrnn ponad piętnaście lat, walczył na arenie i cieszył się dość dużym zaufaniem strażników. Miał czas i wiele okazji, aby wyryć w pamięci każdą szczelinę, każde pęknięcie i każdą z rys, jakie szpeciły krwawe cegły. Niewolnicy khazadorium opowiadali sobie, że niegdyś ściany dziedzińca miały barwę piasku. Wsiąkło w nie jednak tyle krwi, że ich kolor zmienił się na zawsze.

Tej nocy ludzie zapłacą im za każdą z przelanych tutaj kropel.

Dotarł na szczyt prędzej niż pozostali. Strażnik, który stał najbliżej nie spostrzegł nawet, co wyrosło tuż za jego plecami. Zajęty próbą zepchnięcia innego z niewolników, nie zwrócił uwagi ani na hałas, ani na zgrzyt własnego sztyletu, który Sernemir wyrwał mu jednym ruchem. Mężczyzna próbował obrócić ku niemu włócznię, ale nagły ruch ręki otworzył mu gardło. Trysnęła krew, ludzka krew, a cegły przyjęły jej ofiarę.

Sernemir wyrwał trupowi włócznię i rzucił nią w plecy następnego strażnika. Mężczyzna wyrzucił ręce do góry i spadł w ciemność, która zawyła setkami głosów.

– Mathar! Mathar! – poniosło się po dziedzińcu, lecz okrzyki radości zamieniły się szybko we wrzaski bólu.

Z paszczy chimery trysnęła kolejna struga ognia. Tym razem strażnik nie chybił i Sernemir dostrzegł tańczące w płomieniach sylwetki. Kilkanaście płonących postaci tarzało się po ziemi w bezskutecznej próbie ocalenia życia. Ogień chimery nie gasł tak łatwo, a przerażenie i dzika walka jedynie go wzmagały.

Rzucił się biegiem po murze ku najbliższej z chimer. Gardło posąg, dwukrotnie wyższy od dorosłego mężczyzny, znowu zaczynało się rozżarzać. Pomarańczowa struga śmierci wyciekała pomiędzy zębami z kamienia jak krew.

Sernemir zanurkował pod ognistą paszczą i uderzył na oślep sztyletem. Strażnik przyjął jego cios na karwasz z ciemnej stali i zaskrzeczał coś gniewnym głosem. Jego obelga spłynęła po twarzy Sernemira niczym kropla letniego deszczu. Nie unosił się honorem, jak ten mężczyzna, który zbyt długo nie mógł uwierzyć, że niewolnik odważył się wznieść przeciwko niemu broń.

Sztylet zatopił się w piersi, zanim strażnik przeklął po raz drugi.

– Zawsze uważałem, że za dużo mówisz – Sernemir kopnął bezwładne ciało. Teraz to on był panem ognia, który wzbierał w kamiennym gardle. Przekręcił głowę lwa jak najmocniej w lewo, kierując strumień płomieni na drugą z chimer. Trzej strażnicy, którzy przy niej stali, nie zdążyli się uchylić przed ognistą strzałą.

Tuż obok niego uderzyła rzucona z dołu włócznia. Widział przed sobą schody i wiedział, że za chwilę wejdą na nie ci, dla których jego życie nie miało żadnego znaczenia. Dlatego nie wahał się długo i ostatnią z salw oddał na zniszczone stopnie. Nie widział spalonych. Słyszał jedynie ich krzyki; muzykę zemsty za lata spojrzeń w płomienie, które zabierały ciała chłopców takich jak Thurmir.

– Mathar! Mathar! – słowa z areny, niosące zwykle śmierć jego braciom, tej nocy zabierały oddech znienawidzonym nadzorcom.

Zobaczył, jak łeb trzeciej z chimer rozpada się z hukiem i oślepiającym błyskiem. Ogień nie był żywiołem, który pozwalał się ujarzmić i jego władcy często ponosili karę za swą butę. Buntownicy skierowali czwartą z chimer na bramę i stojące na jej straży wieże. Płomienie ogarnęły wejście na dziedziniec. Uniemożliwiły odsiecz, która nadbiegała ze wszystkich stron, ale równocześnie odcięły jedną z dróg ucieczki.

Sernemir zsunął się z muru w ciemność po drugiej stronie. Na stopniach wciąż błąkały się języki ognia, ale on nie kierował się w tamtą stronę. Miał do pokonania kolejny, większy dziedziniec, wokół którego wyrastały zabudowania khazadorium. Warsztaty, kuźnie, stajnie i pola ćwiczeń łowców rozbrzmiewały dziesiątkami odgłosów. Wśród pokrzykiwań i rżenia koni, słychać było także prośby o litość. Wątpił jednak, aby którykolwiek z jego braci zdecydował się odnaleźć ją w sercu. W końcu żaden z ludzi, którzy tutaj mieszkali, nie miał jej dla nich.

Dlatego nie zatrzymał się, widząc jak kilka cieni rzuca się z szablami na chłopca, odzianego w zieleń i złoto. Uczeń khazadorium, zapewne jeden z nielicznych niezaproszonych na ucztę do pałacu archonta, próbował stawić czoła napastnikom. Udało mu się obronić przed pierwszymi uderzeniami, ciął nawet jeden z cieni przez twarz.

Potem ktoś zaszedł mu za plecy i przebił serce kawałkiem zaostrzonego kija. Chłopiec usiłował się odwrócić, gdy ostrza szabli spadły na niego jak jastrzębie.  Cięcia rozpłatały mu twarz i pierś, a ostatnie uwolniło wnętrzności, na które patrzył zdziwiony.

– Mathar! – krzyknęły cienie i pobiegły dalej.

Sernemir zacisnął usta. Śmierć za śmierć, głosiły stare prawa Dzieci Drzew, chociaż wątpił, aby można było je żądać ich dzisiaj.

– I co zrobisz z tą wolnością, elfie? – głos nadszedł z ciemności, która rozstąpiła się nagle. Jej moc pierzchła przed zielonkawą poświatą, a mężczyzna, który się z niej wynurzył z całą pewnością nie był już chłopcem.

Khazador Garnneth Lauth, pierwszy miecz Ardhanu, który ocalił mu życie na arenie, opuszczał właśnie cień. Amulet łowcy nadal gorzał Magią Żywiołów, pozwalającą na pokonywanie granic pomiędzy światami. Z tego powodu khazadorzy nazywani również byli Kroczącymi w Cieniu, chociaż ta sztuka udawała się nielicznym.

Garnneth widocznie do nich należał. Łowca spojrzał na ciało martwego ucznia.

– Powinienem był pozwolić ci umrzeć na arenie.

Sernemir kiwnął głową.

– Powinieneś – odparł zgodnie z prawdą. – Pozwoliłeś mi jednak żyć, a życie w niewoli jest gorsze niż śmierć.

Khazador nie spuszczał teraz wzroku z niego. Jednym płynnym ruchem wydobył miecz, którego rhyty zaczęły lśnić tą samą zieloną poświatą.

– Będziesz więc miał okazję umrzeć jako wolny elf.

Sernemir nie odpowiedział. Przymknął tylko oczy w oczekiwaniu na cios.

Zamiast niego usłyszał głuchy trzask, po którym czyjeś ciało uderzyło w ziemię.

– Zawsze chciałem zabić jednego z tych kundli – wycharczał dobrze znajomy głos. Niewolnik otworzył oczy i zobaczył, że jak nad ciałem łowcy pochyla się Ghearnas. Jednoręki dzierżył brzydko zakrzywiony sztylet, którego ostrze zdradzało, że khazador nie będzie jego pierwszą ofiarą.

– Nie zabijesz go – Sernemir usłyszał własny głos.

Ghearnas obrzucił go zdumionym spojrzeniem.

– A to dlaczego? – zapytał.

– Nie słyszałeś? Zawdzięczam mu życie.

Dunfer przyłożył sztylet do gardła łowcy.

– Zawdzięczałbyś mu także śmierć, gdybym się nie pojawił – odparł. – Jego oddech jest mój, podobnie jak ten amulet i miecz.

Sernemir schylił się i podniósł broń khazadora. Rhyty na ostrzu przyblakły, po czym zmieniły barwę na czerwień.

– Widzisz? – zaśmiał się Ghearnas. – On także łaknie krwi.

Wkrótce potem jego źrenice rozszerzyły się ze zdumienia i gniewu. Sernemir oparł czubek miecza o jego pierś i nacisnął lekko.

– Powiedziałem nie!

Dłoń ze sztyletem cofnęła się niechętnie.

– On nie miałby takiego oporu – warknął Ghearnas. – Gdybym go nie zaskoczył, rozlałby krew wielu z nas.

Sernemir docisnął miecz.

– Ale tego nie zrobił – odrzekł. – Nasze prawo mówi jasno; śmierć za śmierć i życie za życie. Jego nie należy dzisiaj do ciebie.

Złote źrenice spoglądały na niego z gniewem. Nie widział takiej wściekłości u nikogo ze swych braci. Jej moc parzyła go niemal jak ogień.

 

X X X

 

Słońce wdzierało się pod przymknięte powieki, zadając ból oczom i całej głowie. Sernemir miał wrażenie, jakby wraz ze świadomością, zyskał niewidocznego przyjaciela, który postanowił rozbić mu czaszkę młotem. Każdy oddech wywoływał na jego twarzy cierpienie, podobnie jak koła wozu, podskakujące na nierównej drodze.

Wóz?

Spróbował podnieść głowę, co zakończyło się oślepiającym rozbłyskiem i powrotem ciemności.

– Pozwól, że ci pomogę – czyjeś dłonie uniosły go w górę. Aksamitne i miękkie miały w sobie zadziwiającą delikatność. Po księżycu, jaki spędził w lochach archonta były ciekawą odmianą. Zapach lawendy nie mówił do kogo należały, ale zdradził, że ich właścicielka miała wystarczająco słońc, aby pozwolić sobie na nieco lepszy wóz.

Nie otwierał jeszcze oczu. Nie próbował też walczyć. Nawet gdyby tego chciał, nie miał na tyle siły. Czuł się jak dziecko, które zbyt wiele czasu spędziło pod wodą. Musiał toczyć bój o każdy oddech, więc nie sprzeciwił się winu, które ktoś wlewał mu do gardła.

– Wystarczy – głos mężczyzny przedarł się przez mgłę myśli jak sztylet.

Sernemir zmusił powieki do wędrówki w górę. Miał wrażenie, jakby każda z nich była zamkową bramą, a jemu powierzono zadanie podniesienia jej w pojedynkę. Jak gdyby tego było mało, tuż za tymi wierzejami czaił się wyjątkowo wredny przeciwnik, którego złote włócznie niemal go oślepiły.

– Gdzie jestem? – spytał, gdy odzyskał siły na tyle, aby nie zamykać już oczu. Słońce stało wysoko na niebie, a jego promienie oświetlały drogę, która wiła się poprzez miedziane trawy. Dostrzegł, że jadą jednym z bocznych traktów, co tłumaczyło podskoki wozu na zniszczonym kamieniu. Imperium budowało wiele dróg i dbało o nie nad wyraz, lecz ta wyraźnie popadła w zapomnienie. Wyglądała jakby nikt nie używał jej od lat, co znaczyło chyba, że znajdują się dość daleko od najbardziej ludnych prowincji.

 – A czy to ma jakieś znaczenie? – spytał Garnneth, podając mu ten sam bukłak z winem. Na podejrzliwe spojrzenie mężczyzna odpowiedział śmiechem. – Przyznaję, może przesadziłem z wyciągiem z dziurawca. Zwykle nie stosuję tak delikatnych metod.

Jego towarzyszka roześmiała się razem z nim.

– Poznaj moją córkę, Kiryanę – łowca wskazał dłonią młodą kobietę. Jej uroda sprawiła, że Sernemir znowu przytknął bukłak do ust. Długie włosy falowały wokół szczupłej twarzy z wydatnymi kośćmi policzków. Kobieta, a raczej dziewczyna mogła sobie liczyć co najwyżej siedemnaście wiosen i miała najbardziej zielone oczy, jakie do tej pory widział. Poza tym uśmiechała się do niego, jakby nie był potworem, który zabijał dzieci w kołyskach i gwałcił dziewice.

Tak przynajmniej przedstawiały go listy gończe, rozwieszone we wszystkich gospodach i zajazdach Ardhanu.

Kiedy przyjrzał się dziewczynie bliżej dostrzegł, że jej źrenice są podobne do elfich, a uszy zakończone bardziej spiczasto niż u niego. Natarczywe spojrzenie sprawiło, że kolor skóry na twarzy i dłoniach dziewczyny nabrał zielonego odcienia.

To tłumaczyło więcej niż wszystkie słowa.

– Twoja córka – szepnął Sernemir. – Jest półelfką, prawda? Jej matka była Dunferką?

– Kerya z Sosnowego Potoku – odparł khazador. – Zginęła z rak handlarzy niewolników.

Łowca zamilkł, a jego twarz ściągnęła się w wyrazie bólu. Sernemir poczuł, ze nie zdoła dowiedzieć się niczego więcej, dlatego nie zamierzał pytać. Znowu poczuł senność, która nie chciała odejść mimo podejmowanych wysiłków. Nie miał jeszcze siły, aby się z nią zmierzyć, dlatego pozwolił córce łowcy położyć swoją głowę na posłaniu ze skór.

Kiedy się obudził, słońce schodziło już ku zachodowi, a oni znaleźli się z lesie, którego cienie zdawały się wchłaniać całe światło. Korony sędziwych grabów i dębów walczyły tutaj ze świerkami i jodłami o coraz bardziej nikłe promienie słońca. Trakt stał się jeszcze bardziej wyboisty, bo korzenie drzew wyrwały stąd kamień i pełzły po ziemi jak węże. Gdzieś w oddali rozległo się pohukiwanie sowy, wyruszającej na nocne polowanie. Potem, tuż przed nimi zaryczał żubr, który z godnością władcy przekroczył drogę przed nimi. Po rozmiarze mchu, porastającego ciemnozielonym dywanem kamienie, jakie odmierzały kolejne stajania, Sernemir odgadł, że tej drogi nie używano od co najmniej dwustu lat.

– Gdzie jesteśmy? – ponowił swoje wcześniejsze pytanie. – Jeżeli to jakiś podstęp…

– Podstęp? – łowca powtórzył za nim jak echo. – Czy uważasz, że ryzykowałbym życie własnej córki dla jakiegoś fortelu?

Sernemir zerknął na dziewczynę, która leżała z tyłu wozu. Wydawała się pogrążona w głębokim śnie.

– Wybacz mi khazadorze, ale ostatni człowiek, któremu zaufałem, chciał zanieść moją głowę archontowi na srebrnej tacy.

– I z tego, co pamiętam wrócił bez własnej czaszki.

Oblicze dunfera nabrało zawziętości. Sernemir w milczeniu patrzył przed siebie, chociaż nie mógł się oprzeć zerknięciom na śpiącą dziewczynę.

– To dobra droga i jak widzisz niezbyt uczęszczana – wyjaśniał tymczasem Garnneth. – Thuron jeszcze długo nie stanie się jedną z imperialnych prowincji. Wojna z twoimi mrocznymi braćmi potrwa jeszcze długo, o ile kiedykolwiek dobiegnie końca.

Sernemir słyszał co nieco o wielkiej kampanii, która miała na zawsze przyłączyć Dzikie Pola do reszty imperium. Wojna z thursami, nazywanymi wszędzie elfami mroku, przedłużała się jednak mimo modłów świątyni i kolejnych wysyłanych tam legionów. Thuron liczył sobie dwa razy więcej niż wszystkie pozostałe prowincje cesarstwa, łącznie z tymi, które Złotoskrzydli podbili za Wielkim Morzem.

– I wydobyłeś mnie z lochów archonta, żeby mi o tym opowiedzieć?

Khazador pokręcił głową.

– Jak na kogoś, kto miał spłonąć wraz z pierwszymi promieniami słońca, zadajesz cholernie dużo pytań, Sernemirze.

Na jasnozielonej twarzy pojawił się kwaśny uśmiech.

– Kiedy człowiek, któremu zawdzięczam utratę wolności, zwraca mi ją, ryzykując w dodatku własnym życiem, trudno się od nich opędzić.

– Teraz chyba rozumiem, czemu tak łatwo było cię złapać – odparł khazador. – Twoi bracia wydali cię, bo nie mogli znieść ciągłych podejrzeń.

Dunfer zacisnął zęby. Zdrada Ghearnasa była ciosem, którego się nie spodziewał. Walczyli razem i wspólnie przelewali krew, a mimo to jednoręki sprzedał go za obietnicę darowania mu życia. Po blisko wiośnie, która dla niego po raz pierwszy niosła powiew prawdziwej wolności, myślał, że są braćmi. Ich ucieczka ze szkoły sprawiła, że stali się legendą dla wszystkich elthen z prowincji. Nic dziwnego, że świątynia w końcu wyznaczyła cenę za ich głowy.

–  Zatem mam ci tak po prostu zaufać? – spytał po chwili.

– Kilka słów podziękowania byłyby dobrym początkiem.

Sernemir westchnął.

– Zabrałeś mnie z lochu i zapewne uratowałeś przed stosem. Za to mógłbym ci podziękować – wyrzucił niemal jednym tchem. – Jaką mam jednak pewność, że nie zarżniesz mnie tutaj? Sam mówiłeś, że archont boi się powstania w mieście. O wiele wygodniej dla niego byłoby zabić mnie po cichu.

Khazador wzruszył ramionami.

– Pewnie mógłbym to zrobić – powiedział. – Przecież i tak uważasz mnie za mordercę swoich braci.

– Chyba nie chcesz powiedzieć, że byłeś dla ich matką – sarknął były więzień. – Jesteś ponurą legendą Ardhanu i po prawdzie nie wiem, czemu taki rzeźnik miałby mi pomagać – rzucił krótkie spojrzenie na śpiącą dziewczynę. – Czy ona wie…

– Kim jestem? – dokończył za niego khazador. – Myślisz, ze ukrywałbym prawdę przed własną córką?

Sernemir spojrzał na swoje przedramiona. Córka łowcy zdążył obwiązać je płótnem, nasączonym ziołami, które miały przyspieszyć gojenie. Nikt nie zadawałby sobie tego trudu, gdyby chciano pozbawić go głowy.

– Wygląda na to, że ukrywałeś ją przed archontem i świątynią – rzekł.

– Prawda ma tylko jedną twarz, lecz wiele masek – łowca ściągnął lejce, a konie zwolniły. – Imperium od lat tonie w chaosie, a mój zakon zapomniał przeciwko czemu został stworzony. Walczymy na arenie, zamiast przemierzać cienie i bezdroża. Zabijamy i ścigamy niewolników, którzy zamieszkiwali te ziemie na tysiące lat przed pojawieniem się na nich człowieka. Powierzyliśmy Magię Żywiołów świątyni, której jedynym pragnieniem jest spalić ten świat w płomieniach słońca. W miastach dochodzi do pogromów i rzezi, dyktowanych jedynie czystością krwi.

Khazador zatrzymał wóz.

– Uwolnienie mnie ma to wszystko zmienić? – spytał Sernemir.

Garnneth zaszedł na tył wozu i delikatnie potrząsnął ramieniem śpiącej dziewczyny.

– Nie jesteś aż tak ważny – powiedział, gdy oboje znaleźli się na ziemi. – Ale moja córka jest. Nie chcę, aby pewnego dnia pierwszy z promieni słońca stał się dla niej zarazem ostatnim.

 

X X X

 

Szare chmury niechętnie ustępowały miejsca światłu. Słońce jeszcze nie opuściło krainy cienia, więc jego moc nie mogła wystarczyć, aby uporać się z ostatnimi okruchami nocy. Sernemir wyszedł na pokład „Gwieździstej Fali”, tak jak zwykł to czynić przed nastaniem świtu. Upłynęło trzynaście dni, od kiedy opuścili Skały Płaczu, poszarpane wybrzeże na północy Thuronu. Trzynaście dni i dookoła widać było jedynie morze. Bezkres granatowych fal, jakie oddzielały Asunthar od królestw Zamorza przerażał go i jednocześnie uwodził, bo mimo przeżytych lat nigdy nie widział tak wiele wody.

Nie widział też brzegu, który zniknął już pod koniec pierwszego dnia, kiedy żegnał się z ziemią przodków. Według słów khazadora, ani on, ani Kiryana nie mogli czuć się w imperium bezpiecznie. Kiedy jednak usłyszał, że ma odpłynąć galerą piratów z Wysp Cienia, a łowca nie będzie im towarzyszył, nie mógł przyznać, że poczuł się bezpieczniej.

– Naprawdę nie płyniesz z nami? – spytał Garnnetha, gdy ich oczom ukazały się pierwsze ze skał wybrzeża. Szare olbrzymy wgryzały się głęboko w morze, które rozcinało je gniewnymi uderzeniami. Stanęli obaj nad brzegiem przepaści, patrząc na walkę dwóch żywiołów, z których żaden nie mógł zadąć w surmy zwycięstwa.

– Nie mogę, Sernemirze – odparł łowca. – Do imperium zbliża się wojna, a moim obowiązkiem jest mu służyć.

Elf zaczerpnął powietrza. Przepełniała je woń soli i wilgoć, która była miłą odmianą po spędzeniu blisko dwóch księżycy na gorących stepach Thuronu.

– Asunthar toczy wojnę od zarania swych dziejów – powiedział, nie patrząc na twarz mężczyzny. Wiedział, że nie zdoła go przekonać. Chociaż poznał go w przeciągu ostatnich dni lepiej niż wielu pobratymców, nadal nie mógł zrozumieć uporu, z jakim khazador mówił o swoim przeznaczeniu.

Tym bardziej, że Garnneth zdradził mu już wcześniej, co myśli o wyrokach losu.

– A komu chcesz służyć? – zapytał. – Archontom, którzy myślą jedynie o własnym bogactwie? Świątyni, palącej wszystko, co nie kłania się Somosowi? Szlachetnym, którzy gardzą takimi jak ty i klaszczą na widok krwi przelewanej przez moich braci? Komu z nich chcesz służyć?

 Przez jedno uderzenie serca pomyślał, że przesadził. Cień, jaki przebiegł po twarzy khazadora zdradził, że wzbudził jego gniew. Łowcy, od początku swego szkolenia, byli nauczani jak radzić sobie z każdym cieniem, zamieszkującym dusze człowieka, ale tylko najsilniejsi z nich odnajdywali w sobie wystarczającą równowagę. Oni też dostępowali zaszczytu wykucia własnego miecza khata, ostrza długiego na niemal pięć stóp i pokrytego rhytami wszystkich żywiołów. Miecz, chociaż niezbyt szeroki, przecinał z równą łatwością jedwab, jak i kamień.

Przez tę jedną chwilę myślał, że khazador po niego sięgnie.

Zamiast tego Garnneth spojrzał na bezkres huczących kilkaset stóp poniżej fal.

– Wiesz, kiedy powstał mój zakon?

Sernemir splunął na ziemię.

– Podobno w czasach pierwszego imperium – odparł. – Tak przynajmniej twierdzą pieśni, ale obaj wiemy, że każdą z nich układają zwycięzcy. Dla większości moich braci jesteście wściekłymi psami, którzy sprzedają swe usługi archontom, lub samej świątyni. Jakie znaczenie ma dzień, w którym wykuto pierwszy z takich mieczy?

Khazador usiadł na ziemi i zaprosił go, aby zajął miejsce obok niego. W jego dłoni pojawił się pasek suszonej wołowiny, przypominający kawałek sczerniałego węgla. Mięso było twarde i trzeba było porządnie się wysilić, aby je ugryźć. Dopóki jechali przez step i lasy Thuronu mogli polować, ale od kiedy zobaczyli morze, łowca nie chciał się oddalać.

– Masz rację. Ten dzień nie ma już dzisiaj żadnego znaczenia – powiedział po chwili, której potrzebował na rozgryzienie mięsa. – Wielu moich braci zapomniało już, co oznacza prawo noszenia tego miecza. Wielu przelewało krew tych, których poprzysięgli bronić i wielu też pogrążyło się w cieniu. Być może dlatego cesarz chce zamknąć wszystkie khazadoria w imperium i zakazać walk na arenach.

Sernemir wytrzeszczył oczy. Prędzej spodziewałby się upadku na ziemię słońca, co według kapłanów Somosa miało oznaczać koniec świata.

– Zakon powstał jeszcze przed założeniem pierwszego imperium, a jego pierwszym mieczem był Ewelthor Złotoskrzydły – mówił dalej. – Człowiek, którego imię także należy do pieśni, chociaż akurat jego istnieniu nikt nie przeczy.  

– Ponoć był pierwszym ze Sprawiedliwych – Sernemir żył wystarczająco długo, aby poznać legendę swej rasy. Podobno na początkach imperium Słońca, przed tysiącami lat, ludzie i elfy żyli jak bracia. Podobno walczyli też razem z demonami cienia, które władały Powierzchnią po wojnach bogów.

Podobno.

Niestety od tego czasu minęły całe tysiąclecia i nawet najstarsze z rosnących w Asuntharze drzew nie pamiętały, jak wyglądała prawda. Dzisiaj ludzie polowali na elfy jak na zwierzęta i znakowali je jak bydło. Temu khazador nie mógł zaprzeczyć.

– Szkoda tylko, że jego następcy nie wzięli z niego przykładu – sięgnął do sakwy, którą łowca położył obok siebie. Nie był głodny, ale wolał zając się walką z twardym mięsem, niż własnymi myślami.

– Szkoda – przyznał ze smutkiem Garnneth. – Nikt nie może cofnąć czasu, ani wyrządzonych krzywd. Jednak dekret młodego cesarza może zmienić wiele.

Dunfer przeżuwał twardy pasek z siłą, jaka niemal miażdżyła mu szczękę. Wreszcie poddał się i wypluł mięso w przepaść.

– Niby jak?

– Khazadorzy otrzymali swe miecze, aby walczyć z cieniem i wszystkim, co go przynosi. Mieli nieść Powierzchni światło słońca.

Sernemir pokręcił głową.

– Słyszałem o tym jako chłopiec. Pieśń starca, który skończył w szczękach rozkrusza. Nazwał was rycerzami Gryfa, jakby wierzył, że któryś z was ruszy mu na ratunek, gdy stanie na arenie. Czekał nawet, gdy zęby rozkrusza zaczęły miażdżyć mu ciało. Nie krzyczał, mimo, że jego kości pękały jak suche gałęzie pod naporem wiatru. Nigdy nie zapomnę tego dźwięku. Nigdy też nie zapomnę tego starca i pieśni, które miały sprawić, żebym się nie bał – poczuł, jak jego oczy wilgotnieją. – Jego pan sprzedał go do khazadorium razem z nowo narodzonym synem. Synem, który smak wolności poznał dopiero wtedy, gdy wyrąbał ją sobie własnym mieczem.

– Tym bardziej powinieneś mnie zrozumieć – odparł khazador. – Nie chcę, aby moja córka musiała wysłuchać podobnej pieśni.

Morze huczało coraz głośniej. Pragnęło wedrzeć się w głąb lądu i nie ukrywało gniewu, że coś ośmiela się mu stanąć na przeszkodzie.

– Pragniesz, abym zabrał ją do ziemi, w której elfy są wolne i równe ludziom – jego słowa pomknęły wraz z wiatrem, który nadciągnął ze strony morza. – Ale sam nie chcesz tego zrobić, kierując się jakimś traktatem, którego zapisy twój zakon złamał setki lat temu. W dodatku powierzasz to zadanie komuś, kto mógł cię zabić.

– Jednak tego nie zrobiłeś.

Sernemir uśmiechnął się ze smutkiem.

– Mówiłem ci już, jak bardzo tego żałowałem? Przez wszystkie księżyce mojej wolności każdego dnia zastanawiałem się, czemu nie pozwoliłem Ghearnasowi poderżnąć ci gardła.

– Może dlatego, że w twoim sercu jest coś więcej niż tylko nienawiść? – Garnneth wstał i otrzepał spodnie z ziemi. Potem odszedł kilka kroków do tyłu, a blask zielonego światła zdradził, że na jego piersi znów pojawił się Kryształ Wymiarów.

 – Wtedy, w khazadorium, nasze długi się wyrównały – ciągnął łowca. – Teraz znowu jesteś mi winny życie. Gdyby nie nasza pomoc, nigdy nie oglądałbyś kolejnego promienia słońca.

Elf zerknął na półtarczę, której pomarańczowa poświata nikła daleko na horyzoncie. Światło opromieniało ciemny granat fal, sprawiając wrażenie, jakby morze pogrążyło się w ogniu. Gdzieś na jego krańcach miał być świat, gdzie Zmiennoskórzy mogli żenić się, rodzić dzieci, żyć, bez kajdan, strachu i pogardy.

– Kiryana – szepnął. – Twoja córka myśli, że płyniesz razem z nami.

Obejrzał się do tyłu. Miejsce, gdzie przed chwilą stał khazador nadal rozbłyskiwało magią, lecz nie było tam już nikogo.

– Ona nigdy ci tego nie wybaczy – powiedział do bijącego go w twarz wiatru.

Nie był jednak tego pewien. W końcu on już mu przebaczył.

 

x x x

 

Pierwszy promień słońca obdarzył zielonoskóre oblicze ciepłym uśmiechem. Sernemir zwrócił twarz ku władcy niebios, pozwalając, aby jego moc objęła ją w posiadanie. Nie kłaniał się i nie składał hołdu, bo dunferowie nie klękali przed obliczem Somosa, ale chętnie skorzystał z jego łaski. Przekonał się, że lubi, gdy złocista tarcza nie budzi w nim wyłącznie strachu.

Dziewczyna podeszła do niego jak duch. Jedno musiał jej przyznać. Była córką Strażnika Cienia.

– Myślisz, że jeszcze kiedyś go zobaczę?

Odwrócił się do niej i obdarzył uśmiechem. W innym czasie i w innym życiu mógłby mieć córkę w jej wieku.

– Nie wiem – odparł jak wiele razy wcześniej. – Skoro jednak obiecał, że cię nie opuści, to dotrzyma słowa.

Półelfka kiwnęła głową, jakby uwierzyła w jego kłamstwo. Obaj doskonale wiedzieli, że nigdy już nie zobaczą Garnnetha, Pierwszego Miecza Ardhanu. Być może nie dane im będzie ujrzeć też imperium, jakiemu łowca pragnął oddać swe życie. Jednego Sernemir był pewien; na ziemi, którą dawno już stracił z oczu, wybuchnie wojna, kolejna z wielkich, a jej cień wchłonie setki tysięcy takich jak oni.

– Jak myślisz? – wskazała dłonią na coraz mocniej płonące słońce. – Co nas tam czeka?

Sernemir spojrzał na nią zamyślony.

– Kapitan mówił, że przekonamy się za kilka dni – odparł po chwili. – Wraz z pierwszym promieniem słońca.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

 

 Mimo pięciu tysięcy lat panowania ludzi, ich nieokiełznanej żądzy zniszczenia wszystkiego, co w jakiś sposób różniło się od ich, wiele żyjących istot miało jeszcze wybór.

Lepiej - nich

 

Strażnicy miejskiego archonta trzymali wtedy włócznie na jego gardle, a najodważniejszy z nich uwalniał okowy.

Wolałbym - zdejmował okowy, albo uwalniał z okowów

 

To je każą nam wymawiać, gdy giniemy na arenie. Imperium pragnie, aby elthen wierzyli, że ratują swą śmiercią życia innych, ale obaj wiemy, że to tylko słowa.

"je" wychodzi niezręcznie. Jeśli koniecznie chcesz uniknąć powtorzenia "słowa", można przestawić szyk:

Każą nam je wymawiać, gdy giniemy na arenie. Imperium pragnie, aby elthen wierzyli, że ratują swą śmiercią życia innych, ale obaj wiemy, że to tylko słowa.

 

Rzędy wykopanych własnymi rowów ciągnęły się wzdłuż wysokiego muru, na szczycie którego przechadzali się znudzeni strażnicy.

Tu chyba czegoś zabrakło.

 

Oczy Ghearnasa pociemniały i zanim zdążył się spostrzec, jednoręki siedział na nim na ziemi. Mimo kalectwa dunfer miał dużo siły, a połamane żebra nie pomagały w odzyskaniu swobody.

Tu ucieka podmiot i w zasadzie można się domyślić kto nas kim siedzi, ale to wszytko brzmi dość niezgrabnie. Dodaj imiona, rozbuduj to zdanie. Nie należy panicznie bać się powtórzeń.

 

Gardło posąg, dwukrotnie wyższy od dorosłego mężczyzny, znowu zaczynało się rozżarzać.

Tu też coś się posypało.

 

Jednoręki dzierżył brzydko zakrzywiony sztylet, którego ostrze zdradzało, że khazador nie będzie jego pierwszą ofiarą.

Nie będzie, czy nie był? 

 

A ogólnie, to kawałek bardzo porządnego i porządnie napisanego fantasy, z przemyślanym, całkiem bogatym światem i ciekawymi bohaterami. Może nie jest to tekst, który rzuca na kolana, ale z pewnością nie mogę też powiedzieć, że straciłem czas na lekturę. 

Nie przypominam sobie Twojego nicka, mniemam, że to Twój debiut tutaj? Cóż, jak na debiut, to bardziej niż udane opowiadanie.

Pozdrawiam! 

 

Edycja:

O, sorki, dopiero kliknąłem na Twój profil i widzę, że debiutantem nie jesteś. Cóż, poprzednie teksty, dodane obok siebie, po prostu mi umknęły. Ale teraz, gdy tylko znajdę jakąś dłuższą chwilę, wrócę do nich ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

OK, coś się dzieje, jest historia. Widzę, że kontynuujesz opowieści ze swojego uniwersum. Mam wrażenie, że nikt tej świątyni nie lubi, a jednak kapłani trzymają się mocno.

Fabuła kojarzyła mi się ze Spartakusem.

Masz trochę literówek.

Tym bardziej, że Garnneth zdradził mu już wcześniej, co myśli o wyrokach losu.

– A komu chcesz służyć? – zapytał.

Kto jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego Garnneth?

Babska logika rządzi!

Dziękuje za przydatne uwagi i czas poświęcony moim próbom. Jestem tutaj nowy, więc cały czas się uczę. Na co dzień nie mam dostępu do sieci i nie zawsze mogę wchodzić w taka interakcję. jeżeli się ni odzywam nie wynika to bynajmniej z pychy lub braku pokory. Każde słowo, jaki pojawia się pod moimi opowiadaniami służy do analizy i dalszej pracy. W zanadrzu mam książkę o nieco innej tematyce, ale to właśnie fantasy jest tym, w czym chciałby odnaleźć swoje miejsce. Czas pokaże, czy zdołam się obronić (przed samym sobą:). Raz jeszcze podziękowania dla wszystkich cierpliwych redaktorów i czytelników. Wasze uwagi są dla mnie ważne.

No cóż, Ido, muszę powiedzieć, że Z pierwszym oddechem świtu podoba mi się najbardziej z dotychczas przeczytanych Twoich opowiadań. A choć odniosłam wrażenie, że o niektórych sprawach piszesz po wielokroć i pewne skróty wyszłyby tej historii na dobre, to tym razem nie czułam żadnego znużenia i czytałam z prawdziwym zainteresowaniem, aż po satysfakcjonujący koniec.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia, ale mam nadzieję, że niebawem wprowadzisz poprawki, bym z czystym sumieniem mogła kliknąć Bibliotekę. ;)

 

aby po­zo­sta­wić ranę, jaka nie mogła się za­bliź­nić. –> …aby po­zo­sta­ła rana, która nie mogła się za­bliź­nić.

 

W Ar­dha­nie jej cień do­rów­ny­wał naj­wyż­szym wie­żom… –> Nie bardzo to widzę, jako że cień kładzie się nisko, a najwyższe wieże zazwyczaj sięgają wysoko.

Wydaje mi się też, że określenie rozmiarów świątyni wielkością rzucanego przez nią cienia, chyba nie oddaje istoty rzeczy.

 

Jutro jakiś ku­piec, czy wie­śniak, gdy spoj­rzą w stro­nę mia­sta, po­chy­lą głowy i wy­szep­ta­ją słowa sło­necz­ne­go psal­mu. –> Piszesz, że może to zrobić albo kupiec, albo wieśniak, więc: Jutro jakiś ku­piec czy wie­śniak, gdy spoj­rzy w stro­nę mia­sta, po­chy­li głowę i wy­szep­cze słowa sło­necz­ne­go psal­mu.

 

– Al­bo­wiem praw­dzi­wa ciem­ność na­le­ży tylko do nie­wie­rzą­cych – do­koń­czył szep­tem. Je­że­li Somos rze­czy­wi­ście byłby aż tak mi­ło­sier­nym i spra­wie­dli­wym bo­giem, za ja­kie­go go uwa­ża­no, z pew­no­ścią nie po­zwo­lił­by na jego śmierć. –> Nadal nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Powinno być:

– Al­bo­wiem praw­dzi­wa ciem­ność na­le­ży tylko do nie­wie­rzą­cych – do­koń­czył szep­tem.

Je­że­li Somos rze­czy­wi­ście byłby aż tak mi­ło­sier­nym i spra­wie­dli­wym bo­giem, za ja­kie­go go uwa­ża­no, z pew­no­ścią nie po­zwo­lił­by na jego śmierć.

 

wy­pro­wa­dzą go z tego lochu i w mar­szu upodle­nia za­pro­wa­dzą na szczyt pi­ra­mi­dy. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …wy­pro­wa­dzą go z tego lochu i w mar­szu upodle­nia zawiodą na szczyt pi­ra­mi­dy.

 

Nie był to naj­przy­jem­niej­szy z ro­dza­jów śmier­ci. –> Czy w przypadku uśmiercania skazanego można mówić, że doświadcza on czegoś bardziej lub mniej przyjemnego?

 

Furta z ku­te­go że­la­za, jaka strze­gła wej­ścia… –> Furta z ku­te­go że­la­za, która strze­gła wej­ścia

Lub: Furta z ku­te­go że­la­za, strzegąca wej­ścia

 

nigdy nie bę­dziesz nikim wię­cej ponad sługą… –> …nigdy nie bę­dziesz nikim wię­cej ponad sługę… Lub: Nigdy nie będziesz nikim więcej, jak tylko sługą

 

– W miej­sce wiecz­ne­go błą­ka­nie się przez wszyst­kie cie­nie… –> Literówka.

 

Każde z setek ty­się­cy zia­re­nek zda­wa­ły się wię­zić jego po­tę­gę… –> Każde z setek ty­się­cy zia­re­nek zda­wa­ło się wię­zić jego po­tę­gę

 

Wy­so­cy męż­czyź­ni w odzie­niach ze zwy­kłej skóry… –> Wy­so­cy męż­czyź­ni w odzie­niu ze zwy­kłej skóry… Lub: Wy­so­cy męż­czyź­ni odziani w zwy­kłe skóry

Odzienie nie ma liczby mnogiej.

 

po usły­sze­niu, z czym będę wal­czyć. –> …po usły­sze­niu, z czym będzie wal­czyć.

 

ilu z nas prze­ży­je. Po­czuł, jak od­dech sto­ją­ce­go za nim dun­fe­ra przy­spie­szył. Thur­mir prze­żył do­pie­ro… –> Powtórzenie.

 

wy­cho­dzi­li tutaj je­dy­nie ku ucie­sze zgro­ma­dzo­nych tłu­mów. Ich za­da­niem było na­sy­ce­nie ich oczu wi­do­kiem krwi, która tutaj pły­nę­ła… –> Powtórzenia.

 

na Are­nach Słoń­ca, okrą­głych i wiel­kich wi­dow­niach śmier­ci, zgi­nie wielu elfów. –> Widownia to miejsce, gdzie siedzi publiczność.

Proponuję: …na Are­nach Słoń­ca, okrą­głych i wiel­kich scenach śmier­ci, zgi­nie wielu elfów.

 

ta ofia­ra nie była ni­czym wię­cej, ponad chwi­lą roz­ryw­ki. –> …ta ofia­ra nie była ni­czym wię­cej, ponad chwi­lę roz­ryw­ki.

 

Za­gryzł zęby tak mocno, że nie­mal od­gryzł sobie język… –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Zacisnął zęby tak mocno, że nie­mal od­gryzł sobie język

 

Nie lubił zie­lo­ne­go krysz­ta­łu, wokół któ­re­go za­ci­ska­ły się szpo­ny gryfa. Jego świa­tło nie­jed­no­krot­nie wio­dło jego braci ku ostat­nie­mu z cieni. –> Czy dobrze rozumiem, że światło kryształu wiodło braci kryształu ku cieniowi?

 

Pa­mię­tam je, mimo upły­wu tylu księ­ży­cy. –> Pa­mię­tam je, mimo upły­wu tylu księ­ży­ców.

 

krzyk, który roz­darł cisze nocy. –> Literówka.

 

że wy­my­ślo­no je głow­nie dla two­ich braci? –> Literówka.

 

Jego nogi za­mie­ni­ły się w dwa obce ciała, które w żad­nym razie nie chcia­ły się go słu­chać. –> …nie chcia­ły go słu­chać

 

Każdy z nich plą­sał się i wił… –> Każdy z nich plą­sał i wił się

 

ich słowa, od­de­chy, życia, spo­pie­la­ły się szyb­ciej… –> …ich słowa, od­de­chy, życie/ żywoty, spo­pie­la­ły się szyb­ciej

Życie nie ma liczby mnogiej.

 

Jedno z ra­mion jego tu­ni­ki po­zo­sta­wa­ło przy ciele… –> Tunika nie ma ramion.

Nie bardzo wiem, co chciałeś napisać w tym zdaniu.

 

Nie­mal cały tułów spo­wi­ja­ły ban­da­że, któ­ry­mi szep­tu ob­wią­zał mu żebra. –> Kim/ czym jest szeptu?

 

– Zgi­niesz za kilka księ­ży­cy jak oni wszy­scy. –> – Zgi­niesz za kilka księ­ży­ców jak oni wszy­scy.

 

w jed­nej z wy­ko­pa­nych dla nich zie­mia­nek. Rzędy wy­ko­pa­nych wła­sny­mi… –> Powtórzenie.

 

Jeden ze straż­ni­ków, który do­strzegł ich bójkę, ru­szył, aby ich roz­dzie­lić… –> Pierwszy zaimek jest zbędny.

 

Ścia­na czer­wo­nych ce­gieł pięła się nie­mal pio­no­wo w górę… –> Masło maślane. Czy mogła piąć się w dół.

 

rzu­cił nią w plecy na­stęp­ne­go straż­ni­ka. Męż­czy­zna wy­rzu­cił ręce do góry… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

do­strzegł tań­czą­ce w pło­mie­niach syl­wet­ki. Kil­ka­na­ście pło­ną­cych po­sta­ci… –> Jak wyżej.

 

w ciem­ność po dru­giej stro­nie. Na stop­niach wciąż błą­ka­ły się ję­zy­ki ognia, ale on nie kie­ro­wał się w tamtą stro­nę. –> Jak wyżej. 

 

Śmierć za śmierć, gło­si­ły stare prawa Dzie­ci Drzew, cho­ciaż wąt­pił, aby można było je żądać ich dzi­siaj. –> Nie rozumiem zdania.

 

zo­ba­czył, że jak nad cia­łem łowcy po­chy­la się Ghe­ar­nas. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Nie wi­dział ta­kiej wście­kło­ści u ni­ko­go ze swych braci. –> Nie wi­dział ta­kiej wście­kło­ści u żadnego ze swych braci.

 

czy­jeś dło­nie unio­sły go w górę. –> Masło maślane.

 

co tłu­ma­czy­ło pod­sko­ki wozu na znisz­czo­nym ka­mie­niu. –> Raczej: …co tłu­ma­czy­ło pod­sko­ki wozu na znisz­czo­nych ka­mie­niach.

 

Bez­kres gra­na­to­wych fal, jakie od­dzie­la­ły Asun­thar od kró­lestw Za­mo­rza… –> Bez­kres gra­na­to­wych fal, które od­dzie­la­ły Asun­thar od kró­lestw Za­mo­rza… Lub: Bez­kres gra­na­to­wych fal oddzielających Asun­thar od kró­lestw Za­mo­rza

 

po spę­dze­niu bli­sko dwóch księ­ży­cy… –> …po spę­dze­niu bli­sko dwóch księ­ży­ców

 

jak ra­dzić sobie z każ­dym cie­niem, za­miesz­ku­ją­cym dusze czło­wie­ka… –> Literówka.

 

Po­dob­no na po­cząt­kach im­pe­rium Słoń­ca… –> Chyba: Po­dob­no w po­cząt­kach im­pe­rium Słoń­ca

 

Dun­fer prze­żu­wał twar­dy pasek z siłą, jaka nie­mal miaż­dży­ła mu szczę­kę. –> Dun­fer prze­żu­wał twar­dy pasek z siłą, która nie­mal miaż­dży­ła mu szczę­kę. Lub: Dun­fer prze­żu­wał twar­dy pasek z siłą nie­mal miaż­dżącą mu szczę­kę.

 

Obej­rzał się do tyłu. –> Masło maślane. Czy można obejrzeć się do przodu?

Wystarczy: Obej­rzał się. Lub: Spojrzał do tyłu. Albo: Spojrzał za siebie.

 

Obaj do­sko­na­le wie­dzie­li, że nigdy już nie zo­ba­czą Garn­ne­tha… –> Piszesz o kobiecie i mężczyźnie, więc: Oboje do­sko­na­le wie­dzie­li

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Śmierć przez samospalenie była karą dla każdego z elthen, którzy odważyli się pomyśleć o odzyskaniu wolności. – … kto/który, odważył/by się…

 

Nie jestem fanem jako takiego stylu fantasy, mam tu na myśli napompowany wzniosłymi ideami styl wypowiedzi. Te wszystkie deklaracje o wolności, lojalności, przelewaniu krwi i obowiązkach jakby wyjęte z ust domorosłego agitatora. W dialogach zwykłych ludzi brzmią nienaturalnie. To mi się nie podobało.

Podobała mi się historia i światotwórstwo.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Nie przepadam za fantasy, w której nazwy (własne i urzędów czy instytucji) oraz imiona są każde z innej bajki, lubię w światotwórstwie także dbałość o stronę językową. Języki na ziemi ewoluowały wedle pewnych prawideł, więc przemieszanie może sobie być w postapo albo space operze, czy innej futurologii, jeśli uzasadnione historią świata (w jednym miejscu zgromadzone niedobitki różnych nacji czy kultur), ale w fantasy z cyklu inny świat języki powinny być jednak wewnętrznie spójne, bo to są teoretycznie kultury, które sobie też w naturalny sposób ewoluują.

Ale całość znośna, daje się czytać, choć gdybyś zlikwidował nieco patosu, byłoby jeszcze lepiej.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nowa Fantastyka