- Opowiadanie: Tarnina - Inspekcja sanitarna

Inspekcja sanitarna

Głupotka z pozdrowieniami dla władz miasta Gdańska (a teraz pa, bo muszę iść posegregować odpady).

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Inspekcja sanitarna

Petro zrobił dyplom za starych, dobrych czasów Dyktatury, kiedy można było oberwać zaklęciem za ustawienie magicznego lustra w promieniu pół mili od wieży rządowej, ale za to nikogo nie obchodziło, czy pomieszał resztki licza z przeterminowanymi eliksirami, czy nie.

– Szefie, a to, dokąd? – spytał uczeń, piegowaty jak wywernie jajo chłopczyna o rączkach i nóżkach jak suche patyki, ostatni z długiej serii (ich imiona jakoś nie chciały się Petrowi trzymać w pamięci, zresztą, jeśli ktoś nie przychodzi na „ej, ty”, to brakuje mu domyślności, spostrzegawczości i pokory, bez których nie zrobi wielkich postępów w nauce, więc równie dobrze można takiego od razu odprawić).

– Pokaż. Nie wiesz, co to jest?

Petro, szczerze mówiąc, też nie wiedział. Ale on przecież nie musiał. Od tego są uczniowie, żeby ślepić oczy nad księgami, dowiadywać się różnych rzeczy, a potem, przy odpytywaniu, szastać nogą, rozcierać kark i mamrotać – Eee…

– Zamknij, z łaski swojej, usta – mruknął mistrz, obracając w rękach przedmiot jajowatego kształtu i wielkości mniej więcej ludzkiej głowy. Nie przychodziła mu na myśl żadna kategoria, do której mógłby to coś zaliczyć. Nie miało wyczuwalnej aury, nie było więc artefaktem o wysokim potencjale magicznym (zob. paragraf 137/4 Zarządzenia o zasadach utylizacji odpadów magicznych, alchemicznych i nekromantycznych). W dotyku było chłodne jak kryształ (co wskazywało na „odpad alchemicznie bierny”), ale szorstkie i nieprzejrzyste jak drewno (nawet Najwyższa Rada Czarnoksiężników nie zdołała wykombinować dla drewna nazwy bardziej wydumanej, niż „odpady drewniane, niezaklęte”). Może jednak artefakt? Wskazywałaby na to tęczowa gra barw pod powierzchnią, jaka mieszkańcowi bardziej stechnicyzowanej rzeczywistości przywiodłaby na myśl kałużę polaną benzyną, w której ktoś kreśli patykiem kółka i ósemki. Jakiś potencjał magiczny mieć musiało, skoro ruszały się w nim te kolorki, ale Petro dlaczegoś nie mógł go wyróżnić z tła. Zmienna charakterystyka? Nie wyglądało na żywe, nawet…

– Myślałem, że to jakieś alchemiczne coś – przerwał mu ciąg myśli piegus, machając zbyt długim rękawem w kierunku zbiornika odpadów alchemicznych płynnych (zaadaptowanego ze starego alembika po odcięciu dziobka i chałupniczym dorobieniu pokrywy).

– Ale nawet nie chlupie, jak tym potrząsnąć.

– Młody człowieku – Chłopak cofnął się odruchowo o krok, przydepnął rąbek szaty i omal nie wleciał na łeb, na szyję do drewnianego pudła, pełniącego rolę pojemnika na „pergaminy, niemagiczne” – Czy chcesz mi powiedzieć, że badałeś nieznany przedmiot magiczny… potrząsając nim?

Jeśli o Petra chodzi, świadczyło to najwyżej o zdrowej młodzieńczej ciekawości. Nikt nie zostaje magiem, nie straciwszy kilku palców, ale papierkowa robota po wypadku w pracowni… uch.

– W każdym przypadku należy postępować zgodnie z ustalonymi procedurami – wycedził z niechęcią, nie tyle do zarumienionego ucznia, co do samych tych słów. Chędożone instrukcje, chędożony oficjalny program nauczania, produkujący bandę identycznych, bezmyślnych miernot, które własnego zadka nie potrafią znaleźć w wychodku, i po stokroć chędożona Najwyższa Rada za te i inne „ulepszenia”.

– Zaklęcie odkrywające. Traktuj to jak sprawdzian.

Chłopak przełknął ślinę, potrząsnął ręką, a różdżka wypadła mu z rękawa, prześliznęła się między palcami i stuknęła o posadzkę. Kucnął, żeby ją podnieść. Mistrz, wzdychając pod nosem, umieścił przedmiot na wolnym od gratów skrawku dużego stołu i podparł małym plikiem pergaminów, żeby się nie stoczył.

– No, proszę.

– Mmm, tak. – Piegus wolną ręką zgarnął grzywkę z oczu, dramatycznie wzniósł różdżkę i rzekł głosem z brzucha – M-manifestum reddo!

Nie stało się zupełnie nic. Młody, z bardzo głupią miną, opuścił ręce, najwyraźniej szykując się do dźgnięcia tajemniczej rzeczy końcem różdżki.

– Czas potrzebny na ujawnienie entelechii obiektu zależy? – spytał szybko Petro, a chłopak głośno przełknął ślinę.

– Eee… od poziomu magii immanentnej w obiekcie… yyy… poziomu tła… mmm… od ukierunkowania siły magicznej przez rzucającego zaklęcie…

Anemiczne pukanie do drzwi wybiło ucznia z rytmu. Zamrugał. Pukanie, niegłośne, ale i nieustępliwe, zabrzmiało znowu.

– Idź – westchnął Petro. – Otwórz. Miejmy to już za sobą.

 

Inspektor był bezbarwnym osobnikiem w szaroburej szacie, zgarbionym nad kryształową tabliczką z wykazem wszystkich możliwych i kilku niemożliwych artefaktów, eliksirów, zaklęć i narzędzi magicznych, oraz ich przypisaniem do poszczególnych kategorii. Dreptał dookoła pracowni, mrużąc oczy, zerkając na każdą rzecz, a potem na tabliczkę i znowu na rzecz po trzy, cztery razy, zanim przeszedł do następnej, zajrzał do najmniejszej fiolki, powąchał spirytus w lampce (Petro liczył, że od samego zapachu zwali się pod stół, ale niestety), i trzy razy starannie zbadał pojemniki na odpady, zgodnie z przepisami zajmujące więcej miejsca, niż całe użyteczne wyposażenie. Wreszcie dał Petrowi do podpisania pergamin oświadczenia o dobrowolnym poddaniu się inspekcji (pff!), a piegusa odpytał tymczasem z bezpieczeństwa i higieny pracy. Mamrotał gorzej od chłopaka – uczeń musiał prosić o powtórzenie prawie każdego pytania.

– Buszuszszu – stwierdził w końcu inspektor, wyjmując z sakwy swoją różdżkę. Stuknął nią w tabliczkę, z której złuszczyła się cienka warstwa kryształu. Kiedy przybrała postać pergaminu, zapisanego drobnym prawniczym maczkiem, inspektor położył go na stole i sięgnął po pióro.

Nagle ziemia drgnęła. Zadzwoniło szkło na półkach, pióro wymknęło się inspektorowi z dłoni i sfrunęło na podłogę. Rozległ się trzask i brzęk tłuczonej aparatury.

Na zgniecionych szczątkach stołu, otoczony połyskującymi odłamkami szkła i porcelany, siedział na ogonie smok, czarny jak smoła i smukły jak jaszczurka. Łbem i esowato wygiętą szyją dotykał powały – truchło krokodyla, tradycyjnie zawieszone pod sufitem, kiwało się od wstrząsu, pod koniec każdego wahnięcia trafiając w smocze ucho. Oczy barwy dżetu zezem wpatrywały się w trzech magów.

– To… to… to… – wyjąkał inspektor, nawet bledszy, niż przed chwilą. Nie zaprotestował nawet, kiedy uczeń Petra odepchnął go na bok, jak w transie podchodząc do pazurzastej łapy.

Draco ater… Prawdziwy Draco ater, mistrzu! Smok czarny, ostatnio widziano takiego trzydzieści lat temu! Skąd on się tu-

Urwał, bo spojrzenie czarnych oczek, niezbyt rozumne, swoją drogą, skupiło się na nim – ale zanim wielbiciel smoków zdążył pożałować, że się odezwał, Draco ater znikł z cichym pyknięciem, i tylko opalizujące czarne jajo leżało wśród połamanych kawałków drewna, szkła i ceramiki.

– Jeeej… ile to potrwa, zanim taki urośnie?

Petro klepnął młodziana w plecy.

– No. Będą z ciebie ludzie – powiedział.

Inspektor z jękiem osunął się na podłogę.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Fajne, podobało mie się. 

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Miluś się wylągł ;)? 

Ktoś tu chyba w biurze pracuje. Fabuła do złudzenia przypomina audyt jakiegokolwiek certyfikatu ISO (i jest równie potrzebna).

Dwie uwagi – ta benzyna rozbija klimat. Może jakieś zorze polarne albo tęcza odbijająca się w kryształowej dupereli? I zakończenie – po pojawieniu się smoka liczyłem, że choć porządnie zionie ogniem, a on… wziął i zwiał, tchórz jeden!

Bardzo sympatyczne :)!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Fajny tekst, bardzo malownicze opisy.

 

Petro zrobił dyplom za starych, dobrych czasów Dyktatury, kiedy można było oberwać zaklęciem za ustawienie magicznego lustra w promieniu pół mili od wieży rządowej, ale za to nikogo nie obchodziło, czy pomieszał resztki licza z przeterminowanymi eliksirami, czy nie.

Tu mam mieszane uczucia. Wg mnie taki zabieg jest fajny, jeśli czytelnik ma jakiś punkt odniesienia do zawartych elementów. Tymczasem ja nie mam pojęcia, jakiego kalibru czynem jest ustawienie magicznego lustra w promieniu pół mili od wieży rządowej, a jakiego pomieszanie resztek licza z eliksirami i czym te dwie sprawy różnią się w kontekście prawa czasów Dyktatury. To trochę jak tłumaczenie nieznanego przez nieznane. :)

 

– Ale nawet nie chlupie, jak tym potrząsnąć.

– Młody człowieku – chłopak cofnął się odruchowo o krok, przydepnął rąbek szaty i omal nie wleciał na łeb, na szyję do drewnianego pudła, pełniącego rolę pojemnika na „pergaminy, niemagiczne”.

– Czy chcesz mi powiedzieć, że badałeś nieznany przedmiot magiczny… potrząsając nim?

Tutaj niejakie zawirowania w formatowaniu. “Młody człowieku” mówi czarodziej, ale już cofa się chłopak i taki zapis jak w tej chwili trochę utrudnia czytanie. Poza tym od “chłopak” powinno być nowe zdanie, a nowa kwestia dialogowa czarodzieja powinna być kontynuacją akapitu.

 

– Mmm, tak – piegus wolną ręką zgarnął grzywkę z oczu, dramatycznie wzniósł różdżkę i rzekł głosem z brzucha – M-manifestum reddo!

Tutaj po kwestii dialogowej powinno być nowe zdanie.

 

– Jeeej… ile to potrwa, zanim taki urośnie?

Petro klepnął młodziana w plecy – No. Będą z ciebie ludzie – powiedział.

Tu nie rozumiem. Co takiego zrobił młodzian, że zyskał aprobatę czarodzieja? Że nie bał się smoka? Czy że potrząsnął jajem i obudził potwora, który wystraszył inspektora? Jakieś to mało jasne, albo za mało kawy wypiłem. ;) No i kwestia dialogowa “– No. Będą z ciebie ludzie” w nowym akapicie. 

 

 

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Może to – jak twierdzisz, Tarnino – i głupotka, ale czytało się całkiem miło. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczne. Miło się czytało. Mam tylko wrażenie, że zbyt wiele zdradzasz w przedmowie.

Ładnie się artefakt zamanifestował, wyczekał do właściwej chwili. ;-)

Babska logika rządzi!

Dwie uwagi – ta benzyna rozbija klimat.

Prawda, ale tutaj operowałam na pratchettowskiej Rule of Funny.

 I zakończenie – po pojawieniu się smoka liczyłem, że choć porządnie zionie ogniem, a on… wziął i zwiał, tchórz jeden!

Nie zwiał – pojawił się tylko na moment, pod działaniem zaklęcia, i wrócił do jaja.

 Wg mnie taki zabieg jest fajny, jeśli czytelnik ma jakiś punkt odniesienia do zawartych elementów

Zgoda. Ale (teraz zabrzmię starzej, niż faktycznie jestem, co zamierzam zwalić na moją marudzącą o jedynym słusznym ustroju rodzinę) ja mam punkt odniesienia. Magiczne lustro jest przyrządem szpiegowskim – w jedynym słusznym ustroju za fotografowanie czegokolwiek państwowego groziło więzienie.

 “Młody człowieku” mówi czarodziej, ale już cofa się chłopak

Ale co w tym niejasnego? Czarodziej jest człowiekiem starszym i tak się zwraca do młodzieży.

 chłopak” powinno być nowe zdanie, a nowa kwestia dialogowa czarodzieja powinna być kontynuacją akapitu.

Zaraz poprawię.

 Co takiego zrobił młodzian, że zyskał aprobatę czarodzieja?

Okazał się dostatecznym nerdem, żeby u niego studiować :)

 

Dzięki, dziewczyny :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Zgoda. Ale (teraz zabrzmię starzej, niż faktycznie jestem, co zamierzam zwalić na moją marudzącą o jedynym słusznym ustroju rodzinę) ja mam punkt odniesienia. Magiczne lustro jest przyrządem szpiegowskim – w jedynym słusznym ustroju za fotografowanie czegokolwiek państwowego groziło więzienie.

A widzisz, tylko nikt poza Tobą tego nie wie. :) Po pierwsze nie wiemy, że magiczne lustro służy do fotografowania (a nie np. do informowania, kto jest najpiękniejszy w świecie), a po drugie nie wiemy, że Dyktatura w Twoim uniwersum rządzi się zasadami analogicznymi do jedynego słusznego ustroju.

 

 “Młody człowieku” mówi czarodziej, ale już cofa się chłopak

Ale co w tym niejasnego? Czarodziej jest człowiekiem starszym i tak się zwraca do młodzieży.

Chodziło mi o to, że jeśli kwestia dialogowa należy do czarodzieja, to czynność wykonywana po pauzie powinna być wykonywana właśnie przez niego, a nie inną postać (w tym przypadku chłopaka), bo jest to nieco mylące. Jesli wykonuje chłopak, to powinna się zacząć w od nowego akapitu. Ale może się czepiam. ;)

 

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Mnie się wydaje, że się czepiasz. Czarodziej powiedział, chłopak zareagował, czarodziej mówił dalej. Nie ma co rozwalać jednej wypowiedzi na trzy akapity.

Babska logika rządzi!

Z rana taki cios prosto w serce (a właściwie – w inną część ciała). Pora umierać!

Pod dyskusją o uwagach (w tym moich), Tarnina pisze:

Dzięki, dziewczyny :)

To koniec! Idę popełnić samobójstwo za pomocą ptasiego mleczka…

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Niech Ci idzie w cycki. Zdaje się, że masz sporo do nadrobienia. ;-)

Babska logika rządzi!

Regulaminowy wypchany krokodyl pod sufitem jest? Jest.

Bardzo przyjemny rozpraszacz w ciągu dnia. :)

A widzisz, tylko nikt poza Tobą tego nie wie. :)

A widzisz, nie trafiłam w kontekst kulturowy :) Zastosowania magicznych luster obejmują: porady w kwestiach urody, pozbawianie uczuć małych chłopców, podróże do Krainy Czarów, oglądanie tego, co było,co jest i co tylko być może, komunikację za plecami Snape'a, zwiększanie własnej mocy magicznej, ogólną inwigilację, podejmowanie decyzji, którą królewnę uratować (albo po którą posłać ogra), i tak dalej, i tym podobne. One robią wszystko! Zestaw nie zawiera baterii, lustro jest dostarczane tak, jak jest, producent nie odpowiada za szkody :)

 Z rana taki cios prosto w serce (a właściwie – w inną część ciała).

Przepraszam :) Chcesz, postawię Ci Karmi :P

 Regulaminowy wypchany krokodyl pod sufitem jest? Jest.

Krokodyl to podstawa.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Proszę, ile zastosowań. Czyli dobre lustro nie jest złe. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Wiesz, tak w zasadzie, to masz rację – powinnam była to ujaśnić, ale już zostawię. Chyba, żebym kiedyś rozwinęła ten kawałeczek, ale to pieśń przyszłości.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Bardzo fajny szorcik, gratuluję pomysłu. 

Wieczorkiem też może poprawić humor ;)

Jest tu pomysł, inspirację rozumiem (heh, czego to Gdańsk nie wymyśli), uśmiechnąłem się pod koniec. Klik się należy, bo szort jest zacny.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Całkiem przyjemne i milusińskie opowiadanko.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dzięki, chłopaki XD

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Sympatyczny tekst. Podobało mi się.

Fajne :):):) Jak u Ciebie zawsze ładnie napisane, a poza tym takie, mmm, jak słodkie ciastko do porannej kawy. Bardzo przyjemna lektura. Klikam :)

– Buszuszszu – stwierdził w końcu inspektor, wyjmując z sakwy swoją różdżkę.

XD

 

Nie wiem, co takiego wymyślił Gdańsk, ale raczej utożsamiam to miasto z czystym, ekologicznie przyjaznym miejscem (przynajmniej w porównaniu ze Śląskiem czy Krakowem)…

Sam szort – przyjemny, ale tylko tyle. Bo ani tu jakiejś specjalnej fabuły, ani wyjątkowego settingu… Sam niezaradny uczeń i smoczę, to za mało dla Counta :D

 

Tyle ode mnie. Na koniec jedna uwaga:

wyjąkał inspektor, nawet bledszy, niż przed chwilą. Nie zaprotestował nawet, kiedy uczeń Petra odepchnął go na bok

Powtórzenie

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Wrr, znowu przepuściłam powtórzenie :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Bardzo mi się podobało, Tarnino. :)

Piękna ekwilibrystyka słowa, aż szkoda, że tak późno tutaj dotarłem, nominowałbym szorta do piórka.

Co za klimat! Brawo.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Co takiego zrobił młodzian, że zyskał aprobatę czarodzieja?

Okazał się dostatecznym nerdem, żeby u niego studiować :)

Jak to, co zrobił? Ujawnił entelechię smoczego jaja :D Z pewnym opóźnieniem, ale skutecznie.

(ich imiona jakoś nie chciały się Petrowi trzymać w pamięci, zresztą, jeśli ktoś nie przychodzi na „ej, ty”, to brakuje mu domyślności, spostrzegawczości i pokory, bez których nie zrobi wielkich postępów w nauce, więc równie dobrze można takiego od razu odprawić).

Tą wtrącenie jest komiczne, zarówno treść, jak i rozdęta objętość nawiasu.

Podczas lektury wyobrażałem sobie, jak Tarnina stuka w klawiaturę, a w miarę pisania złuszczają się z niej pokłady frustracji.

Na plus bogactwo językowe. Dowiedziałem się przy okazji, czym jest dżet.

Na minus – słowotok i ilość wtrąceń. Tekst jest mało płynny, mam wrażenie, że autor z czytelnikiem wespół potykają się o nadmiar słów i ciężkostrawną kompozycję niektórych zdań.

Tą wtrącenie jest komiczne, zarówno treść, jak i rozdęta objętość nawiasu.

Ha, bo takie ma być.

Tekst jest mało płynny, mam wrażenie, że autor z czytelnikiem wespół potykają się o nadmiar słów i ciężkostrawną kompozycję niektórych zdań.

Wiem, czasem nadaję jak Wałęsa :) – gdzieś we mnie siedzi barok i próbuje się wydostać. Ale miło, że się zaśmiałeś :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Przyjemne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka