- Opowiadanie: MacTire - Jaffa

Jaffa

Było nieco zimno, więc powstało coś w cieplejszym klimacie niż obecnie za oknem.

Miłego czytania!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

NoWhereMan, Naz

Oceny

Jaffa

Przez tłum, zalegający na bazarze, przepychała się niewielka postać. Jej przejście znaczyły głosy oburzenia, wykrzykujące różnego rodzaju przekleństwa. To zdecydowanie ułatwiało strażnikom nie zgubić celu z oczu.

Postać przyspieszyła kroku i zaczęła przepychać się jeszcze bardziej zaciekle, niż przed chwilą. Za wszelką cenę musiała uciec pościgowi. Nie mogli jej schwytać z tym, co miała schowane pod długą szatą wierzchnią. Za posiadanie przedmiotów z listy zakazanej groziła tylko jedna kara – śmierć. Jay nie mogłaby liczyć na wyrozumiałość, ponieważ nie była to jej pierwsza i podejrzewała, że nie ostatnia, kradzież.

W końcu udało się jej przedostać przez ludzkie mrowie. Bazar w Jaffie już od dawna nie gościł tylu kupujących oraz sprzedających, co dziś. Wszystko to było zasługą nowego Władcy Miasta, który solidnie obniżył podatki od zawiązywanych transakcji, co z kolei sprawiło, że Jaffa stała się oazą, dosłownie i w przenośni, dla wszystkich ludzi interesu. Miasto zaczynało kwitnąć. Złodziejstwo również.

Jay wbiegła do mniej uczęszczanej części targu. Spojrzała za siebie. W oddali dostrzegła czarne mundury przepychających się w jej kierunku strażników świątyni pałacowej. Byli postawni, a ich mięśnie rozpychały rękawy mundurów, które ledwo trzymały się w szwach. Każdy z piątki strażników świątynnych trzymał w ręku uniesiony miecz o lekko zakrzywionej klindze. Sejmitar był ich znakiem rozpoznawczym. Na szczęście dla mnie nie używają pistoletów – pomyślała kobieta, skręcając w boczną uliczkę. Prawa świątyni zabraniają im używania broni palnej. Podobno huk wystrzału może zbudzić niegodziwe duchy, zamieszkujące świat, a wtedy biada temu, kto znajdzie się w pobliżu.

Jay biegła pomiędzy dwupiętrowymi domami wzniesionymi z piaskowca, wydobywanego w kopalni, znajdującej się niemalże na samym środku pustyni. Tumany kurzu wzbijały się za nią z każdym krokiem. Ludzie, siedzący na progu swoich mieszkań, spoglądali z zaciekawieniem za nią, jednak na widok świątynników natychmiast odwracali wzrok.

Jeden ze strażników wysforował się na dobre kilka metrów przed resztę grupy. Równe tempo oraz długie nogi czyniły go niebezpiecznym przeciwnikiem podczas pościgu. Jeszcze kilka kroków i uciekająca kobieta padnie jego zdobyczą. Ujął mocniej miecz w lewą dłoń i przygotował się do cięcia.

Jay podświadomie wyczuła zbliżające się zagrożenie. Cień mężczyzny, padający przed nią na zapiaszczoną ulicę, stawał się coraz większy i większy. Słyszała równy oddech świątynnika tuż za swoimi plecami, kiedy instynkt kazał jej się uchylić. W tym samym momencie strażnik świątyni zamachnął się sejmitarem i ciął. Długie, brązowe włosy dziewczyny opadły z cichym szelestem na ziemię. Świątynnik zdziwiony takim obrotem spraw, zwolnił. Kobieta dosłownie na sekundę wstrzymała oddech. Nie zatrzymując się ani na moment, dotknęła szybko głowy, upewniając się czy nie została zraniona. Już dawno powinnam się ich pozbyć. Tylko przeszkadzały w pracy – pomyślała z ulgą, po czym rzuciła się w dalszą szaleńczą ucieczkę, przeskakując nad wozem z koszami, który nieostrożny kupiec ustawił w poprzek uliczki.

Długonogi świątynnik pokonał przeszkodę bez problemów. Jego koledzy musieli się przedzierać przez zawadę, co znacznie ich spowolniło. I w niczym nie pomagały krzyki oraz rozkazy skierowane do zszokowanego kupca, który wypadł właśnie z pobliskiego domu.

Kobieta spojrzała szybko za siebie. Widziała tylko jednego świątynnika podążającego za nią. W tym upatrywała swojej szansy. Już na etapie planowania zdawała sobie sprawę, że nie ma szans w walce z więcej niż jednym strażnikiem świątynnym. Byli zbyt dobrze wyszkoleni, aby mogła z nimi konkurować. Jej ratunkiem od samego początku miała być ucieczka wąskimi uliczkami Jaffy, które znała jak własną kieszeń. Teraz postanowiła kluczyć pomiędzy zabudowaniami miasta tak długo, aż zgubi długonogiego lub dotrze do jednej z licznych kryjówek przygotowanych na takie okazje.

Jay wysforowała się dobre kilkanaście metrów przed świątynnika, który nie zniechęcił się błądzeniem po wąskich uliczkach miasta i wpadaniem na kolejne przeszkody: ludzi, stragany, zwierzęta. Złodziejka z ogromną wprawą omijała każdą z nich. Jeśli ktokolwiek zauważył jakieś zamieszanie i zamierzał protestować, na widok strażnika świątyni natychmiast zmieniał zdanie.

Jay skręciła w prawo w zaułek pomiędzy budynkami. Długonogi świątynnik uśmiechnął się widząc to, ponieważ była to ślepa uliczka. Zwolnił na kilka metrów przed zakrętem. Idąc swobodnym krokiem, ujął pewnie broń i z poczuciem satysfakcji zanurzył się w zaułek, który okazał się pusty. Na ziemi leżała długa wierzchnia szata uciekinierki. Strażnik zatrzymał się zdziwiony. Kobieta nie mogła przecież rozpłynąć się w powietrzu. Rozłożył zrezygnowany ręce i spojrzał w górę, gdzie właśnie zniknęła stopa złodziejki a zaraz za nią lina, zwisająca z dachu budynku. Rozwścieczony mężczyzna rzucił sejmitara na ziemię. To był ostatni raz, poprzysiągł sobie.

 

W pomieszczeniu było ciemno. Kryjówka znajdowała się w piwnicy tego samego domu, na którego dach Jay wspięła się przed kilkoma minutami. Tutaj miała się stawić na umówione spotkanie. Kobieta spojrzała na zegarek. Była przed czasem.

– Jak poszło? – Głos dochodził z przeciwnego końca pomieszczenia. Był to zaledwie szept, ale w tym miejscu dźwięk rozchodził się bardzo dobrze i przybysz był słyszalny tak wyraźnie, jakby stał tuż obok. A może tak było? Lubił ją czasem zaskakiwać swoimi umiejętnościami.

Wzruszyła ramionami w odpowiedzi, uśmiechając się lekko. Sięgnęła do kieszeni spodni, jakie miała pod wierzchnią szatą. Zawsze pamiętała o przebraniu, którego mogłaby użyć w razie pościgu. Wyciągnęła dłoń z zawiniątkiem przed siebie.

Kilka kroków od niej rozbłysła pochodnia zamocowana na jednej ze ścian piwnicy. Mężczyzna wyłonił się z cieni. Tak jak przewidywała Jay, czekał na nią zaledwie metr po jej prawej. Za każdym razem, gdy widziała te sztuczki, obiecywała sobie, że kiedyś będzie taka jak on.

Światło pochodni ukazało jego rysy. Był człowiekiem w średnim wieku z włosami wciąż ciemnymi, chociaż przyprószonymi siwizną. Nadal był postawny, a siła, którą emanował, nie pozwalała go ignorować. Tak samo jak czarny mundur świątynnika.

– Zobaczmy, co dla mnie przyniosłaś – wyszeptał, sięgając po zdobycz złodziejki.

Rozwinął materiał, w którym ukryty był posążek jednego z pomniejszych demonów. Rzeczy te były pilnie strzeżone w świątyni, ponieważ wciąż mogły posiadać moc przywołania przedstawionego demona do świata ludzi. Za ich posiadanie, bezwzględnie groziła śmierć z ręki samego Najwyższego Kapłana.

– Znowu ci się udało, Jasmine. Gratuluję – mruknął z zadowoleniem. – Miałaś jakieś problemy? – zapytał i przyjrzał się uważnie złodziejce. Natychmiast dostrzegł zwisające nierówno kosmyki włosów. Podszedł i chwycił delikatnie jeden z nich. – A to co?

Jay po raz kolejny wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć, że to nic takiego. Ot zwyczajny wypadek przy pracy.

– Kto ci to zrobił? Skaleczyli cię? – dopytywał się świątynnik.

Dziewczyna uspokajająco podniosła dłonie i pokręciła zdecydowanie głową, po czym zaczęła gestykulować.

– Mówisz, że to był długonogi, tak?

Jay kiwnęła głową na znak potwierdzenia.

– Wiedziałem, że Roben nie odpuści. – Uśmiech zadowolenia zagościł na twarzy strażnika. – Będzie dobrym zastępcą. Nie widział twojej twarzy?

Złodziejka uśmiechnęła się tryumfująco. To wystarczyło za potwierdzenie.

– To dobrze, Jasmine. Bardzo dobrze. Szkoda mi twoich włosów, ale tam, gdzie za kilka dni się znajdziesz ich długość i tak nie będzie miała znaczenia. Zresztą ładnie ci w takich. Tak bardzo jesteś do niej podobna…

Dotknął delikatnie twarzy dziewczyny. Ta złapała jego dłoń i przytrzymała przy policzku.

– Szkoda, że twoja matka nie widzi, jaka jesteś piękna – westchnął, po czym przytulił ją do siebie mocno. – Moja mała wnuczka.

Jay wyrwała się z uścisku i zaczęła żywiołowo gestykulować.

– Wiem, wiem. Ale dla mnie zawsze będziesz moją małą, ukochaną wnuczką. I dziękuję ci bardzo, że pomagasz mi szkolić tych nieszczęsnych świątynników. Będę sobie musiał z nimi poważnie porozmawiać. Po raz kolejny.

Złodziejka wskazała na posążek demona. Dziwiła się, że tak drobna rzecz może być tak ważna i, z tego, co opowiadał jej dziadek, niebezpieczna. Jej zwinne dłonie poszły w ruch i zadała kolejne pytanie.

– Tak, wiem. Wygląda niepozornie – odezwał się mężczyzna. – Ale jest w nim ukryta wielka moc. Stara magia, o której ludzie już zapomnieli.

Dziewczyna roześmiała się bezgłośnie na myśl o magii. Strażnik czekał na wyjaśnienia, ponieważ nie wiedział, co ją tak rozbawiło.

– Magii nie ma – wymigała Jay. – Magia to bajki dla małych dzieci. Jak możesz nadal w to wierzyć?!

Oblicze mężczyzny stężało w mgnieniu oka. Stało się surowe, wręcz groźne. Podszedł do niej, potrząsając figurką.

– Jasmine, córko mojej córki, nigdy nie kpij z magii – powiedział twardo. – Ludzie już zapomnieli o tym, co zdarzyło się kilka lat po twoim urodzeniu, ale ty nie powinnaś. Właśnie przez takie beztroskie podejście innych do starej magii zginęli twoi rodzice. Chyba nie muszę ci o tym przypominać, prawda?

Kobieta wpatrywała się w niego hardo. A przynajmniej miała taką nadzieję, że właśnie to uczucie emanuje z jej twarzy oraz postawy. Jednak bardzo szybko zrobiło jej się wstyd, kiedy spostrzegła bezmierny ból w jego oczach oraz wściekłość i bezsilność na to, czemu w żaden sposób nie potrafił wtedy zapobiec. Jay bez wahania przytuliła się do niego. Jego gęsta broda łaskotała ją w ucho.

– Przepraszam, moja droga – odezwał się cicho po dłuższej chwili, odsuwając wnuczkę delikatnie i chowając posążek w szmatkę, a następnie do kieszeni. – Nie powinienem tak reagować, ale ten żal, że mogłem coś zrobić byś miała ich obok siebie, wciąż we mnie tkwi jak cierń. Ale dość już o tym. Twoje szkolenie dobiegło końca. Jestem z ciebie ogromnie dumny.

Uśmiechnęła się zadowolona, lecz po chwili opuściła głowę i odsunęła się o parę kroków.

– Co się stało, dziecko? – zapytał zatroskany, widząc tę nagłą zmianę.

Jay podniosła głowę i zaczęła gestykulować. Robiła to szybko, urywanymi ruchami.

– Jasmine… To, że nie jesteś taka jak pozostali, bo nie możesz mówić, wcale nie jest twoją wadą. Każdy jest inny i dlatego każdy jest wyjątkowy. Nie zapominaj o tym!

Dziewczyna zamigała w odpowiedzi.

– Tak, masz rację. Twoja matka była mądrą kobietą, powtarzając ci to każdego dnia – westchnął i uśmiechnął się. – Nic dziwnego, że twój ojciec się w niej zakochał, a w pałacu pełniła tak ważną rolę.

Podszedł do niej i przytrzymał za ramiona.

– Jesteś wyjątkowa. Masz zdolności, o jakich niektórzy mogą tylko pomarzyć. To, co według niektórych jest niedoskonałością, już dawno zamieniłaś w ogromny atut. Będziesz idealna do zadania, jakie zamierzam ci powierzyć, ale o tym porozmawiamy za kilka dni.

Mężczyzna pocałował Jasmine w czoło i zniknął w cieniach piwnicy. Nie było słychać jego kroków na kamiennej posadzce, zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu. Za kilka dni wszystko się zmieni. Już nie będę musiała się ukrywać. Nigdy więcej.

 

Dziedziniec świątyni pałacowej o kształcie koła, większy niż sama świątynia, został bogato przystrojony kolorowymi flagami i szarfami, na których widniały herby rodów, wywodzących się z Jaffy. Drzewa, strzegące licznych dróżek, odchodzących od dziedzińca jak macki mitycznego stwora, obwieszono różnokolorowymi lampionami, które tworzyły magiczny nastrój. Rozgwieżdżone, bezchmurne niebo dopełniało niezwykłości nocy, w której straż świątynna miała przyjąć nowych rekrutów w swoje szeregi. Zdarzało się to raz na pięć lat, ponieważ aż tyle czasu zajmowało odpowiednie wyszkolenie przyszłych świątynników. Historia pałacowej świątyni znała nieliczne przypadki zerwania z tą tradycją z powodu wojny lub innego zagrożenia dla Jaffy, albo ze względu na wybitne osiągnięcia rekruta, który otrzymywał prawo wstąpienia w szeregi świątynników wcześniej niż inni.

Jasmine zgodnie z instrukcjami dostarczonymi jej tego ranka, stała wśród oczekujących na ceremonię, skrywając twarz pod kapturem. Miała czekać na umówiony sygnał, a dopiero po nim wyjść z tłumu. Póki, co miała czas, by poobserwować pozostałych zebranych na placu ludzi.

Na uroczystości przybyli niemal wszyscy mieszkańcy miasta. Lada moment spodziewano się przybycia samego Władcy Jaffy wraz z orszakiem. Dzieci oraz dorośli oczekiwali w napięciu na rozpoczęcie ceremonii, po której całe miasto będzie ucztować do białego rana. Stoły bogato zastawione jedzeniem i napojami już czekały na świętujących. Nowi świątynnicy byli chlubą Jaffy. Nie wszystkie miasta mogły się pochwalić posiadaniem tak elitarnych jednostek. Chociaż śmiano się za ich plecami, że nie używają broni palnej, miano przed nimi ogromny respekt. Jeden strażnik był wart dziesięciu żołnierzy z regularnej armii. Niektórzy twierdzili, że nawet znacznie więcej. Świątynników uważano za nietykalnych dla świata ludzkiego, jak i dla świata duchów i demonów.

Jasmine rozglądała się wokół, chłonąc niezwykłe barwy, jakimi ozdobione były otaczające budynki drzewa oraz ludzie, którzy na taką okazję ubrali się w swoje najlepsze, najbarwniejsze szaty, często służące im wcześniej tylko w dniu ślubu. Ona, jako jedna z nielicznych miała na sobie długą szatę koloru piasku. U szczytu schodów królowała czerń mundurów strażników. Obecny oddział liczył dwudziestu pięciu świątynników. Po wydarzeniach sprzed kilkunastu lat, jeszcze nie wrócił do swojej dawnej świetności i liczebności.

Na pierwszym stopniu schodów, prowadzących do świątyni, Jay dojrzała dziesiątkę wyprostowanych, dobrze zbudowanych mężczyzn i kobiet, czekających na rozpoczęcie ceremonii. Dla każdego z rekrutów ten moment był najistotniejszy. Z grupy czterdziestu osób, zostało ich tylko tylu, ponieważ szkolenie wymagało nie lada wysiłku i umiejętności, a także odporności psychicznej.

Wtem rozległy się dźwięki trąb, oznajmiające przybycie Władcy Jaffy wraz z orszakiem. Na plac wchodzili służący, niosący proporce z godłem miasta, pikującym sokołem na tle słońca oraz herbem rodzinnym Władcy, łapą tygrysa pustynnego na czerwonym tle. Kolejni nieśli lampiony, oświetlając drogę swemu panu. Uroczysty pochód wywołał wiwaty tłumu. Był też znakiem dla Najwyższego Kapłana do opuszczenia murów świątyni, aby powitać przybywających.

Jasmine spojrzała w stronę szczytu schodów, gdzie w swojej długiej, srebrnej szacie czekał duchowny. Miał siwą brodę, sięgającą mu poniżej pasa; głowę odkrytą na znak szacunku; stopy jak zwykle bose. Tego świętego męża uważano za jednego z najskromniejszych spośród dotychczasowych dostojników świątynnych. Obok, kilka kroków po prawej, Jasmine dostrzegła swojego dziadka. Stał wyprostowany z surowym wyrazem twarzy. Bacznie obserwował wszystko, co działo się na placu. Na chwilę skupił wzrok na tłumie ludzi i wtedy dziewczyna odniosła wrażenie, że patrzy wprost na nią. Wydawało jej się, że zauważyła nikły uśmiech, malujący się na jego porośniętej gęstym zarostem twarzy.

Dźwięk trąb rozległ się ponownie, tym razem znacznie bliżej. Władca Jaffy wkraczał na dziedziniec ubrany w prostą szatę barwy kości słoniowej. Jedyną oznaką jego pozycji i statusu były złote bransolety, które nosił na przegubach rąk. Panujący obecnie w mieście dostojnik słynął z surowości, ale przede wszystkim z ogromnej wiedzy i mądrości. Tłum wiwatował i wykrzykiwał imię Władcy lub nazwę miasta. Tymczasem Najwyższy Kapłan zszedł na poziom placu, by przywitać orszak niskim ukłonem i dopiero wtedy ludzie ucichli.

– Witaj, czcigodny Ojcze Świątyni – Władca odezwał się spokojnym głosem, wypowiadając tradycyjne powitanie.

– Witaj, czcigodny Ojcze Miasta – odparł starzec, prostując się. – Zaczynajmy. Nie pozwólmy im już czekać ani chwili dłużej.

– Prowadź, Ojcze Świątyni.

Mężczyźni przeszli przez środek placu, po czym wspięli się na szczyt schodów i odwrócili do tłumów. Władca Jaffy spojrzał uważnie na rekrutów, jakby mógł wyczytać w ich twarzach, oczach i postawie los, jaki na nich czekał. Po chwili ciszy przemówił:

– Rekruci! Dzisiaj skończyło się wasze szkolenie a zaczyna się wasze nowe życie w służbie świątyni oraz miasta. Czy jesteście gotowi przyjąć to brzemię?

– Jesteśmy! – Dziesiątka gardeł mężczyzn i kobiet wykrzyczała przysięgę bez wahania.

– Czy jest wśród obecnych ktoś, kto nie podziela naszej decyzji o przyjęciu tych mężnych ludzi w szeregi świątynników? – zapytał tradycyjnie Kapłan.

– Tym kimś będę ja, Ojcze Świątyni.

Głos dobiegł zza pleców starca, który, z malującym się na jego twarzy bezbrzeżnym zaskoczeniem, odwrócił się powoli. Tłum jak na rozkaz wstrzymał oddech. Władca Jaffy uniósł jedynie brew i ze spokojem przyglądał się całej sytuacji.

– Generale Malkyn… dlaczego? – spytał Ojciec Świątyni, nie znajdując innych słów.

Jasmine zachłysnęła się powietrzem z wrażenia. Czy on powiedział „generale”? – zapytała sama siebie. Wiedziała, że dziadek jest szanowanym strażnikiem świątyni, ale nigdy nie myślała, że może być przywódcą wszystkich świątynników. Nigdy nie mówił jej zbyt wiele na swój temat, jednak trudno ukryć taką informację. No chyba że się jest moim dziadkiem – pomyślała i z uwagą śledziła dalszy rozwój wydarzeń.

Generał uśmiechnął się spokojnie.

– Ponieważ chciałbym zarekomendować jeszcze jedną osobę do tego zacnego grona rekrutów.

Wśród zebranych zaszumiało od wymienianych szeptem komentarzy. Niektórzy z rekrutów nerwowo spoglądali wokół. Myśleli, że to może być kolejny test generała, który zafundował im ich dostatecznie dużo podczas szkolenia. Inni z kolei byli oburzeni, że miałby do nich dołączyć ktoś, kto nie przeszedł szkolenia razem z nimi. To było nie w porządku, myśleli sobie. Wbrew wszystkiemu, czego ich uczono. I jakby odpowiadając na te zarzuty, dowódca świątynników odezwał się ponownie:

– Wiem, że jest to wbrew ogólnie przyjętym zasadom i panującej od wieków tradycji, jednak w historii Jaffy znamy przypadki odstępstw od reguły. Chciałbym prosić o taki przywilej, czcigodnego Ojca Jaffy oraz ciebie, czcigodny Ojcze Świątyni.

Władca Jaffy przyglądał mu się bacznie przez chwilę. Ludzie zebrani na placu umilkli, czekając na decyzję.

– Masz moją zgodę, generale Malkyn. Przedstaw nam proszę swojego kandydata. Albo kandydatkę – dodał Władca ciszej, tak, żeby tylko zainteresowani mogli usłyszeć jego słowa.

Oczy generała błysnęły w świetle lampionów. Czyżby Władca Miasta coś podejrzewał? Wziął głęboki oddech, żeby uspokoić myśli. Wyszedł na skraj najwyższego stopnia schodów. Na ten znak spośród tłumu wyłoniła się zakapturzona niewysoka postać.

– Czcigodni Ojcowie, przedstawiam wam moją wnuczkę Jasmine. – Generał przemówił mocnym głosem, wskazując dziewczynę, która jednym zwinnym ruchem zrzuciła szatę na ziemię, aby stanąć przed zebranymi w czarnym mundurze świątynnika. Krótkie włosy podskakiwały z każdym, nawet najdrobniejszym ruchem. Za sobą Jay słyszała ciche szepty. Dochodziły do niej pojedyncze słowa: niemowa, niemożliwe, wstyd, hańba… Zamknęła się na nie, wpatrując śmiało w dziadka oraz pozostałych dostojników.

– Jasmine Jay Malkyn – odezwał się cicho Władca Miasta, schodząc wolno po schodach w jej stronę. Dziewczyna drgnęła nieznacznie, słysząc swój przydomek, którym wołano ją na ulicach Jaffy. – Jesteś równie piękna jak matka i podejrzewam, że równie mądra.

Mężczyzna zatrzymał się dwa kroki od niej, śmiało patrząc w jej niebieskie oczy. Jasmine nie mogła oderwać wzroku od jego spokojnej, poważnej twarzy naznaczonej zmarszczkami zmartwienia, ale też rozbawienia.

– Generale Malkyn. – Władca Jaffy przerwał narastającą ciszę. – Jasmine to dobra i utalentowana dziewczyna. Wiem, z pewnych źródeł, że jej umiejętności dorównują, a nawet przewyższają zdolności niektórych świątynników. Jednak muszę powiedzieć: nie. Jasmine ma przed sobą większe zadanie.

– Ależ czcigodny Ojcze Miasta… – zaczął słabym głosem generał.

– Nie. – Władca uciął wszelkie dyskusje, po czym odszedł na poprzednie miejsce. Jay stała zszokowana, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Niektórzy z zebranych byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy. Dziadek zacisnął mocno szczęki, a wraz z nimi pięści, żeby ostatkiem sił opanować gniew i żal, który w nim wzbierał. Cierpiał tak samo mocno jak Jasmine. Nie rozumiał decyzji Ojca Miasta, ale wiedział, że musi ją uszanować.

Niespodziewanie zerwał się porywisty wiatr, wściekle kołysząc lampionami i łopocząc sztandarami. Niektóre ze świateł zgasły z cichym sykiem pod wpływem podmuchów. Niebo przesłonił czarny, ciężki dym. Ludzie zaczęli uciekać w panice, tratując innych.

Świątynnicy, wraz z rekrutami, natychmiast podbiegli do zebranych na najwyższym stopniu schodów dostojników, otaczając ich szczelnym kordonem. Szczęk wyciąganej broni został zagłuszony przez potężne wycie wichru i jeszcze czegoś, czego nikt nie słyszał od ponad dwudziestu lat. Ryk wezwanych demonów niósł się echem po niemalże pustym placu.

Generał, Władca Jaffy i Ojciec Świątyni stali zszokowani, nie potrafiąc wymówić słowa ani uczynić żadnego ruchu. Malkyn przeczuwał zawsze, że kiedyś ten dzień nadejdzie, że magia, a wraz z nią złowrogie duchy, powrócą. Miał jednak nadzieję, że nie zdarzy się to tak szybko. Czyżby ludzie już zapomnieli, co stało się kilkanaście lat temu? Czyżby byli aż tak głupi? Nagle coś go tknęło.

– Jasmine! Gdzie jesteś? – ryknął w stronę dziedzińca. Z cieni wyłoniła się drobna postać. Szybkim krokiem dotarła do kordonu strażników, którzy patrzyli na nią niechętnie, wręcz groźnie, blokując drogę do generała.

– Przepuścić ją! – krzyknął dowódca świątynników. Strażnicy spojrzeli po sobie niepewnie.

– Przepuście ją – powiedział stanowczo Ojciec Jaffy.

Grupa wykonała rozkaz i po chwili Jasmine znalazła się w ramionach dziadka.

– Roben! Zbierz wszystkich rekrutów, będziecie nas osłaniać. Pozostali wiedzą, co mają robić. Do środka! – zagrzmiał. – A po tym wszystkim pogadamy sobie o wykonywaniu rozkazów – dodał gniewnie, kładąc dłoń na ramieniu wnuczki i prowadząc swój mały oddział w ślad za Kapłanem i Władcą Miasta. Reszta świątynników przygotowała się do obrony świątyni. Została ich zaledwie garstka. Jay odniosła wrażenie, że część z nich prawdopodobnie widzi po raz ostatni. Rzuciła jeszcze okiem na dziedziniec. Z mrocznych cieni wysuwały się trzy postacie: ogromny, prawie dwumetrowy człowiek o głowie byka; dorównujący mu wzrostem tygrys pustynny o piaskowej sierści oraz długich, szablastych zębach, wystających z paszczy oraz latający wąż, który unosił się wysoko nad nimi w chmurach dymu.

– Szybko, Jasmine. Nie mamy czasu – syknął jej wprost do ucha dziadek, ciągnąc ją za sobą. Ostatnim, co ujrzała nim zamknięto wejście do świątyni, była garstka świątynników z sejmitarami, atakująca demony. Dziewczyna rozumiała, że na niewiele zda się ich poświęcenie. Jedynie odwleką w czasie to, co nieuniknione. Czy tak właśnie zginęli rodzice? Czy magia przynosi tylko śmierć i zniszczenie?

Ciężkie, drewniane drzwi odseparowały grupę generała od wydarzeń na placu. Ojciec Świątyni wciąż był oszołomiony. Nie rozumiał jak mogło dojść do ataku demonów, przecież zadbali o to, aby żaden posążek, nawet ten najmniejszy, nie znalazł się poza murami świątyni.

– Generale, musimy działać – odezwał się Ojciec Miasta, przerywając ciszę i wyrywając ludzi z szoku.

– Wiem, Ojcze Jaffy – odparł powoli Malkyn. – Obawiam się jedynie, że w naszych zasobach nie mamy odpowiedniej broni – dodał, ostrożnie dobierając słowa. W jego oczach pojawiła się bezsilność. Jasmine po raz pierwszy widziała, żeby dziadek nie znał rozwiązania problemu. Intensywnie myślała o tym, co powiedział. Szukali broni, ale jedyną bronią na magię była…

Jay klepnęła dziadka delikatnie. Zamigała kilka słów, wskazując na stojące w przejściu posągi dostojników świątyni i poprzednich Władców Miasta.

– Jak to: musimy je wypuścić, Jasmine?! Jak ty to sobie wyobrażasz?! – syknął w odpowiedzi. – Przecież to demony. Najstraszliwsze demony, jakie chodziły po ziemi. Wiesz w ogóle, o czym mówisz?!

Oczy wszystkich zwróciły się na nich. Ojciec Jaffy uważnie obserwował Jay.

– Ale część z nich na pewno jest dobra – wymigała poirytowana dziewczyna.

– Tak, tylko nie wiemy, która część – zaoponował generał. Jasmine uśmiechnęła się dumnie, rysując gestami kolejne słowa.

– Zaufaj mi. Będę wiedziała. Mam nosa do ludzi. – Przejechała wymownie palcem po nosie. Pozostali przerzucali wzrok z generała na dziewczynę i z powrotem. Z oddali dochodziły odgłosy walki, krzyki ludzi, huk burzonych zabudowań.

– Ciekawe, czy to się też tyczy demonów… – westchnął Malkyn. – Obym tego nie żałował. Leć, Jasmine. Biegnij do skarbca. Roben cię zaprowadzi.

Mężczyzna, słysząc swoje imię, zerknął na dowódcę lekko zaskoczony, jednak bez wahania skinął na Jay i ruszył w głąb korytarza, w odpowiednim kierunku. Dziewczyna podążyła za nim, pociągnęła go za rękaw, zmuszając do zatrzymania.

– O co chodzi, Jasmine? – zapytał generał, widząc, co się dzieje.

Wnuczka zwróciła się w jego stronę, wykonując szybkie gesty dłońmi.

– Rozumiem – odparł jej dziadek. – Robenie, idźcie najpierw do zbrojowni. Jasmine będzie potrzebowała kilku rzeczy.

Długonogi spojrzał na dziewczynę, a następnie na swojego dowódcę. Skinął głową na znak zrozumienia.

– Chodźmy – rzucił do Jay, po czym ruszył bez zwłoki.

– Pamiętaj, Jay. Nie budź zbyt wielu. Nie jesteś aż tak silna. – Doszły do niej słowa Ojca Jaffy, chociaż nie zauważyła, żeby w ogóle się odzywał. Potrząsnęła głową z niedowierzaniem i podbiegła, aby dogonić swojego przewodnika.

 

Roben prowadził, bez wahania wybierając właściwe przejścia wśród labiryntu korytarzy. Wszystkie były jasno oświetlone przez zamocowane na ścianach pochodnie. Jasmine była wewnątrz świątyni nie po raz pierwszy, jednak nigdy nie pomyślałaby, że budynek jest tak bardzo rozległy. Z zewnątrz sprawiał wrażenie dość ograniczonego. W tej jego części Jay nie znalazła się nigdy wcześniej.

– Sieć tuneli, którą idziemy powstała na wypadek ataków na miasto i ciągnie się pod całą jego powierzchnią – wyjaśnił spokojnym głosem świątynnik. – Tylko straż świątynna, Najwyższy Kapłan oraz Ojciec Miasta wiedzą o nich i mają do nich dostęp.

Jay kiwnęła głową z uznaniem. Nigdy nie słyszała ani słowa o tunelach, a obracała się często w bardzo podejrzanym towarzystwie, wykonując różne misje na polecenie dziadka. Jeśli złodzieje Jaffy nic nie wiedzieli o tej tajemnicy, to miała pewność, że nikt nie wiedział.

Długonogi strażnik skręcił w prawo i otworzył drzwi. Ilość broni oraz zbroi stojących pod ścianami pomieszczenia, leżących na stołach i pod nimi, oszołomiła dziewczynę. Można było tutaj zaopatrzyć solidnie małą armię. Jay rozglądała się chciwie po komnacie, szukając czegoś, co pomogłoby jej w misji. Skrzywiona, klepnęła Robena w ramię i pokazała mu jakby strzelała z pistoletów. Mężczyzna zdziwiony uniósł brew.

– Chcesz znaleźć jakąś broń palną? – dopytał dla pewności. Jasmine skinęła głową i uśmiechnęła się.

– Hm… – Roben mruknął i zastanawiał się chwilę, rozglądając się wokoło. Po chwili podszedł do jednego kąta pomieszczenia i zaczął przerzucać pieczołowicie wykonane miecze, tarcze oraz fragmenty zbroi.

– Czy to będzie wystarczające? – zapytał, pokazując na wyciągniętej dłoni małe petardy. Jay spodziewała się czegoś lepszego. – To jedyny proch, jaki tutaj znajdziemy – dodał Roben, widząc jej nieco zawiedziony wyraz twarzy. – Używamy ich podczas świętowania urodzin świątynników.

Dziewczyna podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się słabo. Liczyła na coś bardziej spektakularnego, ale miała nadzieję, że to wystarczy. Będzie musiało wystarczyć.

– Czy my się skądś nie znamy? – zapytał nagle mężczyzna. – Czy ja cię już gdzieś nie widziałem?

Jay gwałtownie potrząsnęła głową. Krótkie włosy zatańczyły wokół niej. Złapała petardy wprost z dłoni strażnika i podbiegła do drzwi. Nie mieli zbyt wiele czasu. Odgłosy walki zaczęły przybierać na sile. Wrogowie się zbliżali. Szum wiatru nie ustawał. Dostawał się do tuneli kanałami wentylacyjnymi. Ognie pochodni migały poruszane przez podmuchy. Roben dołączył do kobiety i poprowadził labiryntem tuneli wprost do skarbca.

 

Roben i Jasmine zatrzymali się przed pozłacanymi drzwiami z wyrytym na nich znakiem zamkniętej skrzyni. Mężczyzna otworzył wejście do ogromnego pomieszczenia, którego końca nie było widać. Dziewczyna zatrzymała się w progu, oszołomiona bogactwem, jakie się tutaj znajdowało. I nie tyczyło się to jedynie skrzyń wypełnionych po brzegi złotem czy srebrem lub biżuterią, ale także wielu przedmiotów o historycznej wartości oraz dzieł sztuki. Zdziwiło ją, że wszystkie te skarby nie są nawet zabezpieczone. Chociaż z drugiej strony nie było w tym nic dziwnego, skoro nikt, ani ona, ani pozostali złodzieje, nie wiedzieli o istnieniu tego miejsca. Wszystkie rzeczy, jakie dotychczas na polecenie dziadka kradła ze świątyni, znajdowały się w komnatach Najwyższego Kapłana oraz jego współpracowników. Nawet dziadek nie zająknął się ani słowem o tym miejscu.

– Musimy iść dalej. – W jej tok myśli wdarł się głos strażnika. Spojrzała na niego, mrugając kilkakrotnie, żeby przywołać siebie do porządku. Skinęła krótko i wskazała ręką, żeby prowadził.

Roben przechodził koło zgromadzonych bogactw, które zupełnie nie robiły na nim wrażenia. Kierował się ku końcowi pomieszczenia, sprawnie omijając przeszkody. Widocznie nie była to jego pierwsza wizyta w skarbcu.

Mężczyzna niespodziewanie zatrzymał się. Jasmine, zapatrzona w bogactwa znajdujące się na wyciągnięcie ręki, omal na niego nie wpadła. Spojrzała przed siebie na rząd ogromnych posągów, które stały obok siebie w bojowym szyku. Gdyby potrafiła mówić, zaniemówiłaby z wrażenia. Nigdy nie wpadłaby na to, że zaklęte w statuy duchy mogą zajmować aż tyle miejsca.

– Wielkość posągu oznacza moc ducha, jaki został w nim uwięziony – wyjaśnił mechanicznie Roben. – Miejmy nadzieję, że petardy wystarczą.

Strażnik domyślał się, do czego dziewczyna chciała ich użyć. Za kilka chwil sprawdzą czy legendy mówiły prawdę. Nie brał udziału w wydarzeniach sprzed kilkunastu lat. Jego rodzice uciekli zanim na dobre rozpętało się piekło. Słyszał jedynie opowieści, według których z rodziny generała nikt nie przeżył. Spoglądał z zaciekawieniem na swoją towarzyszkę, przechadzającą się wśród rzeźb. Uważnie przyglądała się każdej z nich, aby wybrać tę właściwą.

Jasmine szukała tego czegoś. W twarzach posągów, w ich postawie. Nie mogła się pomylić w wyborze, a zgodnie ze słowami Ojca Miasta domyślała się, że ten, kto obudzi demona, może nad nim zapanować, ale trzeba mierzyć siły na zamiary. Musiała znaleźć takiego, którym byłaby w stanie pokierować. Przypomniała sobie też demony, które teraz grasowały po powierzchni. Nie mogła pozwolić by jej podopieczny mógł im nie sprostać. Rozglądała się więc uważnie, biorąc wszystkie czynniki pod uwagę. Skupiona zupełnie nie zauważyła, że Roben się jej przygląda, obserwując ją wnikliwie.

Jay zatrzymała się i wskazała na średniej wielkości, w porównaniu ze stojącymi obok, posąg szarego smoka. Na całym ciele miał misternie wyrzeźbione łuski. Skrzydła były złożone wzdłuż tułowia. Wielki pysk i ogromne pazurzaste łapy nie pozwalały jednak wątpić w jego siłę.

– Ten? – zapytał Roben dla pewności. – Myślisz, że będzie odpowiedni?

Dziewczyna spojrzała na niego z ogromną pewnością, malującą się na twarzy. Strażnik nie zadawał już żadnych pytań.

– Zatem, do dzieła – rzucił pozornie spokojnym głosem, wyciągając jedną z pochodni z uchwytu w ścianie.

Jasmine otworzyła dłoń i spojrzała na petardy. Niewielkie, czerwone zawiniątka na sznurku. Albo wóz albo… smok – pomyślała i zaśmiała się bezgłośnie ze swego żartu. Mężczyzna popatrzył na nią lekko zdziwiony, po czym wzruszył ramionami.

Kobieta przywołała go ruchem ręki, aby móc swobodnie podpalić petardy. Miała nadzieję, że obudzi się tylko jej wybraniec, stojący pośród innych ogromnych posągów. Wzięła głęboki wdech i zapaliła lonty petard. Przez chwilę nic się nie działo i już myśleli, że ładunki są zbyt mokre lub zbyt stare, kiedy nagle na loncie pojawiły się iskry. Jay zdecydowanym ruchem rzuciła petardy na smoka. Huk rozszedł się echem po skarbcu. Trwał jedynie kilka sekund. Długonogi i złodziejka stali bez ruchu obok siebie, czekając na jakiś znak, potwierdzający ożywienie smoka. Spojrzeli po sobie i wzruszyli ramionami, kiedy nagle doszedł do ich uszu dźwięk ciężko wydychanego powietrza. Powoli odwrócili się w jego stronę.

Pośrodku rzeźb, w kupkach gliny, leżących na podłodze, stał prawdziwy smok. Smużki dymu wyskakiwały mu z nozdrzy przy każdym oddechu. Jay otworzyła usta ze zdziwienia. Roben instynktownie sięgnął po miecz, ale nie wykonał żadnego ruchu. Tymczasem żywy demon zwrócił swój pysk w stronę dziewczyny, zaglądając jej głęboko w oczy. Jasmine nie uchyliła się. Wytrzymała spojrzenie mądrzejsze, niż mogła to sobie wyobrazić. I potężniejsze, niż się spodziewała. Po długiej chwili smok prychnął jakby z zadowoleniem. Wiedziała, że wybrała właściwie. Tylko jak go stąd wydostać? Ledwo o tym pomyślała, a smok rozwinął skrzydła na całą swoją długość i wzbił się w powietrze, torując sobie drogę przez kamienny sufit.

Roben, widząc, co się święci, wepchnął Jay pod stojący najbliżej nich posąg olbrzymiego wilka. Chwilę później tam, gdzie stali, leżała góra gruzu. Strażnik zerknął na dziewczynę. Ta mogła jedynie rozłożyć ręce. Nigdy przecież nie kierowałam smokiem – przeleciało jej przez myśl.

Wyszli z kryjówki i spojrzeli w górę. Dziura w stropie komnaty była dość spora. Wpadało przez nią świeże powietrze oraz ryki rozwścieczonych demonów i krzyki ludzi. Jay klepnęła Robena, wskazując drugą ręka na wyrwę.

– Tak. Musimy się tam dostać jak najszybciej. Za mną!

Puścił się biegiem do wyjścia ze skarbca. Jasmine nie ustępowała mu kroku.

 

Smoczy ryk opadł na Jay i Robena, gdy tylko wydostali się na zewnątrz. W gęstym dymie, jaki utrzymywał się wokół dziedzińca, dostrzegli walczących świątynników. Została ich dosłownie garstka. Trzech zmagało się z pustynnym tygrysem, a pozostali z człowiekiem bykiem, który wyrwał z ziemi jeden ze sztandarów i trzymał strażników na dystans. Nad nimi, co jakiś czas przesuwał się cień latającego węża. Spadał na walczących znienacka.

Ogród otaczający świątynię płonął, rozświetlając noc. W tym blasku Jasmine dojrzała ciała leżące na placu, na schodach świątyni, w licznych ogrodowych alejkach. Dorośli, starcy i dzieci. Wszyscy wyglądali tak samo upiornie bez względu na swój wiek, status czy pochodzenie. Część z trupów była rozszarpana przez silne zęby demona tygrysa. Kątem oka ujrzała wychodzącego ze świątyni dziadka wraz ze świeżo upieczonymi świątynnikami. To, co przeszli podczas szkolenia było niczym w porównaniu z tym, co działo się na ich oczach przed świątynią. Widać było malujące się na ich twarzach przerażenie. Dokładnie to samo, które odczuwała Jay. Przez dobrą chwilę stała nieruchomo, niezdolna do żadnej reakcji. Czy tak zginęli jej rodzice? Czy tak to wtedy wyglądało?

– Hej! Dziewczyno! – ryknął do niej Roben. – Zrób coś!

Spojrzała na niego. Mimo, że starannie to ukrywał, świątynnik bał się jak nigdy. Stał, trzymając sejmitara w gotowości. Zbierał siły do wykonania swojego obowiązku. Jasmine uderzyła pewność, płynąca z jego sylwetki. Wzięła się w garść i zaczęła intensywnie myśleć o smoku. Czuła z nim jakąś dziwną więź. Instynktownie postanowiła ją wykorzystać. Po chwili poczuła, że dziki zwierz zwrócił na nią uwagę. Stali się jednym. Kobieta wyszła na skraj schodów, skąd miała lepszy widok na dziedziniec.

Generał widząc, co się dzieje natychmiast wydał rozkazy. Dwóch rekrutów pobiegło za nim w stronę dziewczyny, reszta została, aby bronić wejścia do świątyni oraz dostojników. Ojciec Miasta kategorycznie odmówił ewakuacji tunelami do bezpieczniejszej części Jaffy. Wiedział też doskonale, że nie było czasu na wzywanie posiłków. Stał w wejściu świątyni, obserwując walkę.

Jasmine skupiła się na walczących tak bardzo, że nie zauważyła, kiedy dziadek i dwóch świątynników podbiegło do niej.

– Zostańcie z nią! – rzucił Malkyn, a sam ruszył na pomoc grupce zmagającej się z pustynnym tygrysem. Roben ruszył za dowódcą. Obaj bez wahania rzucili się w wir walki, atakując demona raz po raz.

– Teraz twoja kolej – rozbrzmiał głos Ojca Miasta. Jay odwróciła się i zobaczyła, że stoi daleko od niej. Krzyk umierającego świątynnika przerwał jej tok myśli. Teraz nie było czasu na odkrywanie tajemnic.

Wielki wąż spadł na strażnika i porwał jego trupa w powietrze. Dziewczyna skupiła się. Gdy tylko poczuła więź, łączącą ją ze smokiem, wykorzystała ją bez chwili zastanowienia. Wiedziała, co ma robić. Pokazała w myślach swojemu podopiecznemu obraz latającego węża oraz to, co zrobił. Odpowiedział jej ryk, rozchodzący się dokładnie nad nią. Stworzenie pilnowało jej instynktownie. Po raz kolejny przekonała się, że wybrała właściwie.

W gęstym dymie sylwetki walczących demonów były ledwo zauważalne. Powietrze przeciął ognisty płomień. Po chwili z głuchym uderzeniem, na stopnie schodów wprost przed Jay, upadły szczątki demona węża, aby następnie zmienić się w glinianą maź. Smok zaryczał triumfalnie i pikując zaatakował kolejnego przeciwnika. Tym razem obrał na cel człowieka byka, odpędzającego się od świątynników. Ci ledwo zdołali uchylić się przed smoczymi pazurami.

Człowiek byk nie dawał jednak za wygraną. Wymachiwał drzewcem sztandaru, próbując jednocześnie atakować smoka i się od niego odpędzić. Kilka razy udało mu się go zranić, jednak to nie zniechęciło przeciwnika. Było wręcz odwrotnie. Rozgniewało nie tylko samego smoka, ale przede wszystkim Jasmine, która zaciskała dłonie oraz szczęki ze złości.

Smok odleciał, ukrył się w gęstym dymie. Człowiek byk obracał się wokół własnej osi, oczekując ataku z góry. Tymczasem strażnicy ostatkiem sił naparli na niego, korzystając z zamieszania. Jednocześnie wbili miecze w ciało demona, a wtedy smok pojawił się wśród ciemnych obłoków i zionął ogniem, spopielając przeciwnika. Ludziom udało się uciec w ostatniej chwili. Jeden z nich tarzał się po ziemi, gasząc płomienie. Towarzysze rzucili mu się na pomoc.

– Generale, nie!

Do uszu dziewczyny doszedł krzyk Robena. Widziała jak jej dziadek upada pod ciosem ciężkiej łapy pustynnego tygrysa. Udało im się go przyprzeć do gęstwiny drzew, rosnących w pozostałościach ogrodu, jednak demon nie dawał za wygraną. Walczył dziko i nieustępliwie, raniąc świątynników.

Jasmine skupiła się na walczących. Nie widziała nigdzie dziadka. Miała nadzieje, że Roben odciągnął go w bezpieczne miejsce. Smok, czując jej zaniepokojenie, zaryczał gniewnie. Spadł wprost na grzbiet tygrysa demona i chociaż nie dorównywał mu posturą, wczepił się w jego ciało pazurami i ciężko machając skrzydłami, podniósł demona. Zniknęli pośród gęstego dymu. Nagle wszystko ucichło.

Jay spoglądała w górę. Nie wiedziała, gdzie jest jej podopieczny. Przez chwilę obawiała się, że go straciła. Sprawdziła łączącą ich więź. Wszystko wyglądało tak samo, jak wcześniej, jednak dopóki nie zobaczyła jego sylwetki na tle zadymionego nieba, nie odważyła się oddychać. Bardzo szybko smok stał się jej częścią. Już wiedziała, jakie magia niesie ze sobą zagrożenie. Jej potęga uzależniała.

Głuchy łoskot oznajmił wszystkim, że ostatni demon został pokonany. Jego truchło leżało u stóp świątyni. Pozostali przy życiu świątynnicy wznieśli radosne okrzyki ku niebu, którego strzegł szary smok. Ich demon. Demon Jaffy.

 

Dziewczyna klęczała na schodach. Była wyczerpana. Nad nią beztrosko latał szary smok. Promienie wschodzącego słońca oświetlały jego potężne cielsko oraz pobojowisko na placu. Generał wydawał polecenia swoim podkomendnym. Roben nie odstępował go ani na krok, podpierając w razie potrzeby. To on odciągnął dowódcę w ostatniej chwili, dzięki czemu uderzenie łapy demona tygrysa nie okazało się śmiertelne. Jasmine uśmiechnęła się z wdzięcznością, po czym spojrzała w dalszą część placu. Po swoich zmarłych krewnych przybywały grupkami rodziny. Swąd spalenizny unosił się w powietrzu.

– Jasmine Jay Malkyn. Jesteś prawdziwą córką swoich rodziców, chlubą Jaffy. Jesteś żywą legendą.

Władca Miasta podszedł do dziewczyny, zatrzymując się obok niej.

– Wiedziałeś! Przez cały ten czas wiedziałeś! – wymigała słabo. Kompletnie nie przejmowała się brakiem szacunku, jaki okazywała w stosunku do Ojca Miasta.

– Domyślałem się, ale nie byłem pewny, dopóki cię nie zobaczyłem na placu podczas ceremonii. I dopóki twój dziadek nie potwierdził moich przypuszczeń. Magia w rodzinie Malkyn zawsze była silna. Moje zdolności nic by tu nie pomogły. Dziękuję ci.

Spoglądała to na niego, to na liczne trupy, leżące na dziedzińcu. Wskazała w ich kierunku.

Myślisz, że też mi podziękują? – zapytała w myślach. Już wiedziała, na czym polegała jego moc.

Mina mężczyzny spoważniała. Położył jej delikatnie dłoń na ramieniu.

– Gdyby nie ty, ofiar byłoby znacznie więcej. Dobrze to wiesz.

Oboje trwali w bezruchu.

– Ojcze Miasta! – Generał dokuśtykał do nich. Demon tygrys drasnął go w walce niegroźnie w udo. Malkyn nie pozwolił sobie pomóc, dopóki wszystko nie zostało zabezpieczone.

– Znaleźliście winnego? – spytał dostojnik, chociaż znał dobrze odpowiedź.

– Tak. Był to jeden z kupców. Znaleźliśmy ślady gliny na jego dłoniach oraz kolejne posążki w kieszeniach szaty. Podejrzewam, że demony wyrwały się spod jego władzy.

– Gdyby mądrze wybrał, nic by się takiego nie stało – skwitował twardo Władca Jaffy. – Magia, jak każda siła, przyciąga wielu głupców.

Koniec

Komentarze

Czas na “Opowieści z tysiąca i jednej nocy” :)!

Plusy – nieźli bohaterowie, fragmenty (niestety, niewielkie) ciekawego świata. Natomiast fabuła – czasem kuleje. O co mi chodzi? Po co w tym świecie współczesne wstawki – zegarek, pistolety, skoro niczemu nie służą? Jeśli to świat po katastrofie, to nic na to nie wskazuje. Strasznie surowo testuje dziadek wnuczkę, skoro ta ledwo unika obcięcia głowy. Dalej – bohaterka niezwykle łatwo opanowuje demona, jednego z tych, przed którymi wszyscy drżą. Ok, jest wyjątkowa, ale jednak sytuacja z demonem to “diabeł z pudełka”. Sama walka nie bilansuje się czasowo – Jay z Robenem biegną kilkanaście minut do skarbca i pewnie tyle samo z powrotem. A na powierzchni – czas wtedy stanął w miejscu. Tzn – są trupy cywilów, ale co wtedy robili świątynnicy? Jeśli demony były tak potężne, czemu tak długo cackały się z obroną?

Są zdania, które nie brzmią – “czemu nie potrafił zapobiec w żaden sposób wtedy, ani teraz po tylu latach”. W jaki sposób mógłby teraz zapobiec czemuś, co zdarzyło się dawno? Chciał się przenieść w czasie?

Dalej – “dziedziniec świątyni pałacowej o kształcie okręgu”. Raczej koła – sprawdź definicję okręgu. Są powtórzenia – “Najwyższego Kapłana świątyni do opuszczenia murów świątyni” czy “Miał długą, siwą brodę, sięgającą mu poniżej pasa” (skoro do pasa, to słowo “długa” jest niepotrzebne).

“Jej umiejętności dorównują a nawet przewyższają niektórych świątynników” – umiejętności przewyższają ludzi czy ich umiejętności?

“Odniosła wrażenie, że część z nich widzi po raz ostatni” – skąd to wrażenie? Zetknęła się już z czymś takim czy była prorokinią?

“Zaczął przerzucać pieczołowicie wykonane miecze, tarcze, fragmenty zbroi, jakby to były zwykłe przedmioty” – a one były niezwykłe? Pod jakim względem?

“Muru drzew” – nie znam drzew, które rosłyby “murem”.

I literówka – “go w bezpiecznie miejsce” – “bezpieczne” powinno być.

Czasem język chropowaty, do podszlifowania. Przecinki też harcują. Ale to domena bogini :).

Reasumując – moim zdaniem jest potencjał, ale przydałaby się poważna beta, bo opowiadanie potyka się na drobiazgach i nie potrafi odpowiednio wybrzmieć.

 

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Dzięki Staruchu za przejrzenie tekstu i komentarz, który na pewno mi się przyda na teraz i na przyszłość. Mam nadzieję, że mimo tych potknięć przyjemność z czytania i tak była :)

Jest tu pomysł, jest całkiem ciekawa bohaterka, jest niezłe tło. Podobnie jak u Starucha, całość psuje brak ostatecznego szlifu, w którym pomogłaby beta. Te wszystkie anachronizmy (jak zegarki), zgrzyty fabularne czy chropowaty tu i ówdzie język. Początek zwłaszcza, jak na pościg, wydał mi się zbyt mało dynamiczny przez sporą ilość złożonych zdań i opisów. Podobnie walka z demonami.

Jednak koniec końców czytało mi się okej i dam nawet klika za wyraźny pomysł.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zgadzam się z przedpiścami – jest jakiś pomysł, ale można było wyciągnąć z niego więcej.

Ożywianie i kontrolowanie demonów fajne. Ucieczka nieco mi się dłużyła – biegli i biegli. Mało mi się spodobało, że rozwiązanie problemu pojawia się znikąd. Nie lubię, kiedy bohater robi coś pierwszy raz w życiu, ale instynktownie wie jak. Im trudniejsza i rzadziej spotykana sprawa, tym bardziej podejrzanie wygląda.

Interesująca w bohaterce jest jej niezdolność do mówienia. Takie ceny, wcale nie kluczowe dla fabuły, wzbogacają postać.

Legenda jest, ale idziesz popularnym tropem – zrobić coś nietypowego, zostać legendą.

W wykonaniu czasami coś zgrzyta: literówka, błędna konstrukcja, powtórzenie, brakujący przecinek…

To zdecydowanie ułatwiało podążającym za nią strażnikom, nie zgubić tropu.

Coś tu się posypało, IMO.

Sięgnęła do kieszeni spodni z jednoczęściowego kombinezonu, jaki miała ubrany pod wierzchnią szatą.

Ubrań się nie ubiera ani nie ma ich ubranych.

Babska logika rządzi!

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Uwagi techniczne:

 

strażnikom, nie zgubić tropu.

Na szczęście dla mnie nie używają pistoletów, pomyślała kobieta ← Na szczęście dla mnie nie używają pistoletów – pomyślała kobieta

Już na etapie planowania, zdawała sobie

A to, co?

czemu nie potrafił wtedy zapobiec w żaden sposób. ← czemu w żaden sposób nie potrafił wtedy zapobiec

chowając posążek w szmatkę(+,) a następnie do kieszeni.

stała w tłumie, skrywając twarz pod kapturem. Miała czekać na umówiony sygnał, a dopiero po nim wyjść z tłumu.

jakie przybrały otaczające budynki drzewa ← czy te drzewa świadomie przybrały kolor, czy też przybrano je na uroczystość?

Na pierwszym stopniu, prowadzącym do świątyni ← hmm, na pierwszym stopniu schodów prowadzących…?

czekających na rozpoczęcie ceremonii. Każdy z rekrutów czekał w od początku szkolenia właśnie na ten moment. Z początkowej grupy czterdziestu osób, zostało ich tylko tylu. Szkolenie

Stał wyprostowany, dumny z surowym wyrazem twarzy. ← przyjmij konsekwentną zasadę, skoro rozdzieliłaś określenia wyprostowany i dumny, to i z surowym wyrazem

– Witaj, czcigodny Ojcze Świątyni. – Władca odezwał się

Czy on powiedział „generale”? – zapytała sama siebie. ← Czy on powiedział „generale”? – zapytała sama siebie.

No chyba, że się jest moim dziadkiem, pomyślała ← No chyba że się jest moim dziadkiem – pomyślała.

dodał Władca ciszej(+,) tak, żeby

dorównują(+,) a nawet przewyższają

mocno szczęki(+,) a wraz z nimi pięści

nie potrafiąc wymówić słowa, ani uczynić żadnego ruchu.

magia, a wraz z nią złowrogie duchy, powróci. ← powrócą

ogromny(+,) prawie dwumetrowy człowiek

Ciężkie(+,) drewniane drzwi ← IMO skoro wcześniej w kilku miejscach rozdzielałaś określenia, to trzeba zachować konsekwentny zapis. Jest taka szkoła, by ich nie rozdzielać, ale w jednym tekście powinien być zachowany jeden sposób

odpowiedniej broni. – dodał,

Ognie pochodni migały urywane przez podmuchy. ← w jaki sposób ogień się urywa?

Kierował się ku końcowi pomieszczenia(+,) sprawnie omijając przeszkody.

ten, kto obudzi demona(+,) może nad nim zapanować

w kupkach gliny, leżących na podłodze(+,) stał prawdziwy smok.

Chwilę później tam, gdzie stali(+,) leżała góra gruzu.

Nigdy przecież nie kierowałam smokiem, przeleciało jej przez myśl. ← Nigdy przecież nie kierowałam smokiem – przeleciało jej przez myśl

W gęstym dymie, jaki utrzymywał się wokół dziedzińca(+,) dostrzegli walczących świątynników.

trzech zmagało się z pustynnym tygrysem, a pozostali z człowiekiem bykiem ← hm, z człowiekiem-bykiem?

ruszył na pomoc grupce, zmagającej się z pustynnym tygrysem.

Tymczasem strażnicy, ostatkiem sił

Smok, czując jej zaniepokojenie(+,) zaryczał gniewnie.

Myślisz, że też mi podziękują? – zapytała w myślach.

– Magia, jak każda siła, przyciąga wielu głupców – westchnął. ← westchnął nie uznajemy (przynajmniej w Fantazmatach) za czynność związaną z mówieniem, więc albo trzeba zmienić ten czasownik, albo zapisać go z dużej i dać kropkę na końcu wypowiedzi.

Rozważ, czy tych wypowiedzi, które bohaterka słyszy w myślach, również nie zapisać kursywą, aby uwidocznić ich niezwykłość.

 

Mam jeszcze kilka wątpliwości:

Czy na pewno można uciąć mieczem rozwiane włosy? Chyba że złapałby ją za kitkę i uciął, wtedy jasne, ale ciężko mi sobie wyobrazić, jak ktoś przecina powietrze ostrzem i tnie w ten sposób włosy. Ostrze musiałoby być naprawdę ostre. Oczywiście mogę się mylić, nigdy tego nie robiłam ani nie widziałam.

Mężczyzna w średnim wieku ma dorosłą wnuczkę? 

Komu towarzyszy narrator? Zmieniasz osoby, którym towarzyszy, co wprowadza lekki chaos.

Fajnie, jakbyś wyjaśniła, czym różni się od innych pustynny tygrys.

 

Opinię o fabule dodam po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Przeczytałam bez większej przykrości ale i bez więszej satysfakcji.

Nie przekonała mnie opowieść o dziewczynie obdarzonej szczególnymi zdolnościami, której dziadek zleca ryzykowne zadania, by w ten sposób testować podwładnych.

Jak na walkę z demonami, które pojawiły się nie wiadomo skąd, wiele tej walki nie dane mi było zobaczyć, bo kiedy się zaczęła, towarzyszyłam dziewczynie w podziemiach świątyni. Końcowe wyjaśnienie, że demony uwolnił jakiś niewydarzony kupiec, też mnie nie przekonało.

Irytowało mnie także, że Jasmine wszystko szło jak po sznurku, bez potknięć, bez pomyłek – od początkowych scen, aż do obudzenia smoka, błyskawicznego zaprzyjaźnienia się z nim i w rezultacie ocalenia miasta.

Brakło mi umiejscowienia akcji w czasie – również nie rozumiem dlaczego w baśniowym świecie, w którym pojawia się smok, a bohaterowie walczą ze złymi demonami, istnieje broń palna, zegarek, metry, strażnik jest wysportowany, że o kombinezonie dziewczyny nie wspomnę. To wszystko kupy się nie trzyma, a szkoda, bo gdyby sprawę należycie dopracować, wyszłaby pewnie całkiem zacna opowieść.

Wykonanie, co stwierdzam z przykrością, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

Na szczę­ście dla mnie nie uży­wa­ją pi­sto­le­tów, po­my­śla­ła ko­bie­ta, skrę­ca­jąc w bocz­ną ulicz­kę. –> Może przyda się poradnik o zapisywaniu myśli: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/;10328

 

Jeden ze straż­ni­ków wy­sfo­ro­wał się na dobre kilka me­trów przed resz­tę grupy. –> W tym świecie znane są metry?

 

Równe tempo, wy­spor­to­wa­na syl­wet­ka… –> Raczej: Równe tempo, sprawność fizyczna

 

Ujął moc­niej miecz w lewej dłoni… –> Ujął moc­niej miecz w lewą dłoń… Lub: Ujął moc­niej miecz lewą dłonią

 

rzu­ci­ła się w dal­szą sza­leń­czą uciecz­kę, prze­ska­ku­jąc nad wozem z ko­sza­mi, który nie­ostroż­ny ku­piec usta­wił w po­przek ulicz­ki. –> Przeskoczenie takiej przeszkody jednym susem nie wydaje mi się możliwe – wóz ma pewną szerokość i wysokość, a spiętrzone kosze nie ułatwiają zadania.

 

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Była przed cza­sem. –> Jakie zegarki miano w opisanym świecie?

 

Się­gnę­ła do kie­sze­ni spodni z jed­no­czę­ścio­we­go kom­bi­ne­zo­nu, jaki miała ubra­ny pod wierzch­nią szatą. –> Masło maślane. Kombinezon jest jednoczęściowy z definicji.

W co miała ubrany kombinezon???

Pamiętaj MacTire, że za ubieranie ubrań grozi sroga kara – trzy godziny klęczenia na grochu, w kącie, z twarzą zwróconą do ściany i uniesionymi rękami!

 

Za każ­dym razem, gdy wi­dzia­ła te jego sztucz­ki, obie­cy­wa­ła sobie, że kie­dyś bę­dzie taka jak on. Świa­tło po­chod­ni uka­za­ło jego rysy. Był czło­wie­kiem w śred­nim wieku z wło­sa­mi wciąż ciem­ny­mi, cho­ciaż przy­pró­szo­ny­mi si­wi­zną. Mimo wieku nadal był po­staw­ny, a siła, jaka z niego ema­no­wa­ła, nie po­zwa­la­ła go igno­ro­wać. –> Objaw byłozy. Nadmiar zaimków. Powtórzenie.

 

za­py­tał za­tro­ska­ny, wi­dząc nagłą zmia­nę. –> …za­py­tał za­tro­ska­ny, wi­dząc nagłą zmia­nę.

 

– Tak, masz racje. –> Literówka.

 

Lada mo­ment ocze­ki­wa­no przy­by­cia sa­me­go Wład­cy Jaffy wraz ze swym or­sza­kiem. Dzie­ci oraz do­ro­śli ocze­ki­wa­li w na­pię­ciu… –> …wraz z jego or­sza­kiem.

Powtórzenie.

 

Obok niego, kilka kro­ków po jego pra­wej, Ja­smi­ne do­strze­gła swo­je­go dziad­ka. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Chciał­bym pro­sić o taki przy­wi­lej, czci­god­ne­go ojca Jaffy oraz cie­bie, czci­god­ny Ojcze Świą­ty­ni. –> Wcześniej obaj „Ojcowie” byli pisani wielką literą.

 

ogrom­ny pra­wie dwu­me­tro­wy czło­wiek o gło­wie byka… –> Głowa byka może przerazić, ale o niespełna dwumetrowej postaci raczej nie powiedziałabym, że jest ogromna.

 

– Ro­be­nie, idź­cie naj­pierw do zbro­jow­ni. Ja­smi­ne bę­dzie po­trze­bo­wa­ła kilku rze­czy.

Dłu­go­no­gi spoj­rzał naj­pierw na dziew­czy­nę… –> Powtórzenie.

 

nie po­my­śla­ła­by, że bu­dy­nek jest tak bar­dzo roz­bu­do­wa­ny. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …nie po­my­śla­ła­by, że bu­dy­nek jest tak bar­dzo rozległy. Lub: …nie po­my­śla­ła­by, że gmach jest tak bar­dzo roz­bu­do­wa­ny.

 

Ilość broni oraz zbroi sto­ją­cej pod ścia­na­mi po­miesz­cze­nia, le­żą­cej na sto­łach… –> Piszesz o broni i zbrojach, więc: Ilość broni oraz zbroi sto­ją­cych pod ścia­na­mi po­miesz­cze­nia, le­żą­cych na sto­łach

 

Spoj­rza­ła przed sie­bie na rząd ogrom­nych po­są­gów, jakie stały obok sie­bie w bo­jo­wym szyku. –> …po­są­gów, które stały obok sie­bie w bo­jo­wym szyku.

 

Wzię­ła głę­bo­ki wdech i za­pa­li­ła lont pe­tard. –> Wzię­ła głę­bo­ki wdech i za­pa­li­ła lonty pe­tard.

Skoro petard było kilka, to i tyleż musiało być lontów.

 

Dziu­ra w po­wa­le kom­na­ty była dość spora. –> Powała to drewniany strop, a nie wydaje mi się, aby w podziemnym skarbcu była powała.

 

skąd miała lep­szy widok na to, co dzia­ło się na placu. Ge­ne­rał wi­dząc, co się dzie­je… –> Nie brzmi to najlepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

– Tak, masz racje. Twoja matka była mądrą kobietą, powtarzając ci to każdego dnia – westchnął i uśmiechnął się. – Nic dziwnego, że twój ojciec się w niej zakochał[+,] a w pałacu pełniła tak ważną rolę.

 Lada moment oczekiwano przybycia samego Władcy Jaffy wraz ze swym orszakiem. Dzieci oraz dorośli oczekiwali w napięciu na rozpoczęcie ceremonii, po której całe miasto będzie świętować do białego rana.  Stoły bogato zastawione jedzeniem i napojami już czekały na świętujących. Nowi świątynnicy byli chlubą Jaffy. Nie wszystkie miasta mogły się pochwalić posiadaniem tak elitarnych jednostek. Chociaż śmiano się za ich plecami, że nie używają broni palnej, miano przed nimi ogromny respekt. Jeden strażnik świątyni był wart dziesięciu żołnierzy z regularnej armii. Niektórzy twierdzili, że nawet znacznie więcej. Świątynników uważano za nietykalnych dla świata ludzkiego, jak i dla świata duchów i demonów.

No, rzeczywiście, trochę za łatwo poszło z demonami.

Znam tylko pięć liter ;)

Jest potencjał na świat – aczkolwiek jeśli to post-apo albo coś w tym rodzaju, to trzeba to podkreślić, a jeśli fantastyczny bliski wschód w nieokreślonej przeszłości, to istotnie, jak już zauważono, gadżety współczesne nie pasują. Jak nie przepadam za post-apo, to akurat wrzucenie w taki świat bliskowschodniej mitologii itede mogłoby być ciekawe.

Natomiast akcja – pełna zgoda z przedpiścami. Szkoda fajnego świata i niezłych pomysłów (ożywianie smoka) na banalną historię.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję wszystkim za wskazówki techniczne i wyłapanie błędów tych większych i tych mniejszych. Wszystko mam nadzieję udało mi się poprawić.

Jeśli chodzi o postać Jay oraz inne, jakie uda mi się stworzyć, to zawsze staram się wymyślić coś nowego, coś, czego sama nie spotkałam pochłaniając dzikie hordy książek. I myślę, że Jasmine zasługuje na coś więcej niż tylko opowiadanie, co pozwoliłoby bardziej rozbudować historię oraz zadowolić większą ilość czytelników.

Nie do końca się mogę zgodzić, że powieść fantastyczna musi być osadzona w czasie i podawać konkretnie, że Anno Domini Roku Pańskiego xx uderzyło mnie drzewo ;) Mi osobiście nie przeszkadza brak ram czasowych – lubię mieć trochę dowolności dla wyobraźni ;) (Albert Einstein mawiał, że “wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy”) Ale wiadomo, że ile czytelników, tyle punktów widzenia, więc i takie opinie są cenne i warto je przemyśleć.

Teraz metry, zegarki oraz smoki i demony hm… Rozumiem, że może to nie grać, nie pasować… Jak pisałam wyżej – co człowiek, to inne zdanie. Jednak tutaj dobrym przykładem, kiedy takie połączenie się udało jest książka (a właściwie dwie) pani Mai Lidii Kossakowskiej “Takeshi. Cień śmierci”. W tym przypadku Japonia z demonami w klimacie samurajskim, spotyka się z bronią maszynową, robotami, gangami… I ja tu to tak tylko zostawię.

A na koniec, jak mówił Napoleon: “Tylko ten nie popełnia błędów, kto nic nie robi.” Od siebie mogę dodać, że czasem od wyniku, ważniejsze jest to, że się wzięło udział, że się spróbowało, dało sobie szansę i skończyło postawione sobie zadanie. Jak najwięcej osiągniętych celów życzę Wam oraz sobie!

Opowiadanie wyróżnia się na pewno ładną, egzotyczną scenografią. Główna bohaterka całkiem udana. Historia – nie czytało się źle, ale też nie porwała, zwłaszcza fragment starcia z demonami.

Mało tu legendy, ale jakaś tam jest. 

Brakuje mi tu bardziej wyrazistej historii. Takiej, która ma początek, koniec, mocne zwroty akcji, jakiś sens i przesłanie. “Jaffa” wygląda mi bardziej na fragment jakiejś większej całości. Jakby to była po prostu jakaś przygoda opisanych bohaterów – jedna z kolejnych. 

Przedstawieni bohaterowie jakoś szczególnie mnie nie zaintrygowali. Choć wątek rodziców Jay pozostał lekko niedopowiedziany. Ale tego nie nazwę wadą, ponieważ można uznać, że odkryte zostało dostatecznie dużo. 

Czytało się płynnie, choć też bez większych wrażeń.

Mam podobnie jak Reg – ani nie jestem zachwycony, ani nie żałuję.

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Super, że wszystko poprawione. Jak będziesz jeszcze przeglądać tekst i wpadnie ci w oko zły szyk, taki jak np. tutaj:

 

– Witaj, czcigodny Ojcze Świątyni – Władca odezwał się Władca spokojnym głosem ← to sobie popraw, przy tej formie zapisu (powiedział, dodał, krzyknął) orzeczenie jest przed podmiotem ;)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Widząc tytuł, myślałam, że jakaś historia alternatywna albo odjechane fantasy. Wyszło coś pośredniego i ja, totalnie, obsesyjnie, uwielbiająca klimaty blisko i środkowowschodnie nie mogę strawić. Użyłaś nazwy dzielnicy Tel Avivu i spodziewałam się czegoś w tym klimacie. W ogóle też nie odczułam egzotyki – domy z piaskowca i pustynia to za mało. Z imionami też nie pojechałaś we wschodnie klimaty, a wprost przeciwnie. Tylko główna bohaterka została Jasmina (np. czemu nie Yasmine?). 

Atak tych demonów mi się spodobał pod tym względem, że po prostu podobał mi się ten obrazek jak przybywają. Ale wyjaśnienie i finał, też tego nie kupiłam. 

Pewną pracę włożyłaś i doceniam, ale światotwórstwo jest bardzo niepoukładane. Czytelnik, już obeznany z klimatami bliskowschodnimi, może poczuć sporą dozę rozczarowania. A ktoś kto nie zna, będzie miał mylny obraz.

Cóż mogę napisać… Nie znam się na bkiskowschodnich klimatach, więc nie zwracałem uwagi na to, czy ładnie się zgrywa, czy nie. Świata za dużo nie widać, a to co widać wydaje się przemyślane. Fabuła prosta, ale nie nudna, nie zrezygnowałem w połowie, czytałem chętnie. Bohaterowie tez nie płascy, co więcej zdradzają potencjał, widać, że nie odkrywasz wszystkiego.

Całość sprawia wrażenie, hm… Bo ja wiem… Młodzieżowe. Young adult fantasy, czy jak to się tam nazywa, wybacz nieznajomość fachowych terminów. Inaczej to nie zarzut, bo taka literatura ma swoje miejsce, zwłaszcza, gdy porządnie napisana.

Opowiadanie samo w sobie nie jest może jakimś szczytem literackich dokonań, ale już jako początek czegoś większego, może zbiorku połączonych fabularnie opowiadań – już jak najbardziej. Świat i bohaterowie zdecydowanie zasługują na to, by ich rozwinąć i szerzej pokazać.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Bliskowschodnie klimaty nasuwają skojarzenie z Assasynami – szczególnie na samym początku, ale opisom akcji brakuje dynamiki. I nie pasują mi te ucięte włosy.

Czyta się to bardziej jak wstęp do czegoś większego, niż jako samodzielny tekst.

 

I fajnie, że bohaterka niemowa, bo to zawsze wyzwanie, ale nie do końca kupuję to trzymanie jej w tajemnicy w centrum miasta. 

I would prefer not to.

Fajny twist z tożsamością zleceniodawcy kradzieży. Bardzo dobry pomysł na późniejszy „półdialog” z wykorzystaniem języka migowego – dzięki temu fakt, że drugi rozmówca wygłasza kwestie skierowane przede wszystkim do czytelnika wypada dość naturalnie. Później już słabiej – zwłaszcza nagłe pojawienie się demonów i wyciagnięcie z kapelusza kupca-winowajcy.

Dość liczne niezręczności językowe, np. :

To zdecydowanie ułatwiało strażnikom nie zgubić celu z oczu.

Dziedziniec świątyni pałacowej o kształcie koła, większy niż sama świątynia.

Spojrzała przed siebie na rząd ogromnych posągów, które stały obok siebie w bojowym szyku. Gdyby potrafiła mówić, zaniemówiłaby z wrażenia.

Zwróć uwagę na manierę niepotrzebnego rozbudowywania zdań o zbędne informacje, np.:

Jay biegła pomiędzy dwupiętrowymi domami wzniesionymi z piaskowca, wydobywanego w kopalni, znajdującej się niemalże na samym środku pustyni.

– właściwie można by to kontynuować w nieskończoność, dodając np. informację o gustach kulinarnych ciotki sąsiada zarządcy tej kopalni ;)

Początek sprawił, że się wciągnąłem, ale później emocje opadły. Bohaterka wypadła nieźle, sam pomysł miał szansę na ciekawe rozwinięcie, ale wszystko poszło w jakimś dziwnym kierunku. Zabrakło mi jakiegoś mocnego uderzenia, czegoś, co utrzymałoby moją uwagę. Wykonanie momentami kuleje, ale jakoś szczególnie lektury nie utrudnia. Tak czy inaczej, czuję się niezaspokojony fabularnie. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Jestem na pokonkursowy komentarz.

Zapamiętałam sceny z bitwy, twoje oryginalne demony. W ogóle uważam, że opowiadanie jest trochę niedocenione i powinno znaleźć się w Bibliotece. Przyzwoicie napisane, ma konkretną historię, z dobrą bohaterką. Podobała mi się jej więź ze smokiem. I podniosłość narracji, która nie wyszła pompatyczna ani pretensjonalna.

Zgadzam się z tym, co pisał Staruch, są tutaj rzeczy do poprawy, ale według mnie wystarczy wprawianie się i korzystanie z betowania, żeby było naprawdę nieźle. Akceptuję twoje wyjaśnienia, to, że chciałaś różne rzeczy połączyć, że chcesz eksperymentować. Eksperymentuj dalej, a wraz z praktyką będziesz łatwiej wychodzić z kłopotów fabularnych i pułapek przy konstrukcji zdań. Pasowałoby też popracować nad podbijaniem napięcia. Ale ja tu widzę duży potencjał i denerwuje mnie brak bibliotekowych klików ;) Ludzie, chodźcie tu i sprawdźcie, czy nie warto doklikać…

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Dzięki wielkie za wszystkie komentarze i spostrzeżenia, które myślę dodają chęci do działań. Czasem właśnie ta droga jest ważniejsza niż sam cel ;)

Nowa Fantastyka