- Opowiadanie: Tarnina - Wyznanie wiedźmy

Wyznanie wiedźmy

Pomądrzyłam się trochę, pora samej stanąć pod pręgierzem. Tekst nie jest głosem za sytuacjonizmem (raczej odwrotnie, ale nie mam tak wysokiego mniemania o własnej sprawności warsztatowej, żeby być pewną, że to się da odczytać). A zatem - butem, knutem, pastwcie się nad tekstem mem zepsutem ;p

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

mr.maras, funthesystem, Użytkownicy

Oceny

Wyznanie wiedźmy

A, witaj. Nareszcie jesteś. Możecie nas zostawić.

 

Nie rób, proszę, takiej zdumionej miny – mam szczerą nadzieję, że nie spodziewałeś się wymalowanej na zielono, rechoczącej staruchy w spiczastym kapeluszu? Z góry ci radzę, nie próbuj mnie polewać wodą. Rozczarujesz się tylko, poza tym szkoda sukni. Sporo kosztowała, sprowadziłam ją z daleka. Niełatwo tutaj o prawdziwy jedwab.

 

Doprawdy. Jak możemy rozmawiać, kiedy tak zupełnie wypadasz z roli? Naturalnie, że zrozumiałeś, nie żartowałabym przecież z niczego, czego byś nie znał. To nieuprzejme i przeciwskuteczne. Jaki pożytek z niezrozumianego żartu? A, tak, racja. Widzisz, już od dawna nie musiałam nic nikomu tłumaczyć. Wyszłam z wprawy. Pytaj, o co chcesz.

 

Ale czy nie masz ciekawszych pytań? Na to konkretne mogę ci dać tylko bardzo prostą odpowiedź – widziałam ten film w dzieciństwie. Czytałam też książkę, oczywiście, ale choćbyś mnie zabił, nie pamiętam, czy była w niej ta historia z wodą. Pewnie tak. Oczywiście, że mówię w przenośni. Nie sądzisz chyba, że dotarłbyś aż tutaj, gdybym cię podejrzewała o takie zamiary. Nie, nie, mój drogi, tacy, jak ty, najpierw muszą wysłuchać monologu, a potem dopiero dobywają miecza. Znam was. Jestem pewna, że tak właśnie zrobisz.

 

Przepraszam, czy musiałam? Nie, oczywiście, że nie musiałam. Ale ze wszystkich sposobów zwrócenia twojej uwagi ten wydał mi się najbardziej, hmm. Odpowiedni. Dlaczego akurat ta wioska? Była najbliżej, czy raczej ty byłeś na tyle blisko, żeby to odczuć, ale nie na tyle, żeby zdążyć przeszkodzić albo iść za moimi pupilkami aż tutaj, póki nie byłeś gotów do rozmowy ze mną. Gdyby mi zależało na śmierci jej mieszkańców, zginęliby wszyscy. Tak, włącznie z twoim uroczym pomocnikiem.

 

Nie bądź niemądry, przecież mówię, że nie zależy mi na jego śmierci. Jest w lochach i tam pozostanie, dopóki z tobą nie skończę. A to może potrwać, jeśli będziesz się upierał przy wychodzeniu z roli co drugie zdanie.

 

O, jakie to zabawne. Ja? Oczywiście, że cię tu nie sprowadziłam. Ale, ale, będzie o wiele prościej i jaśniej, jeżeli po prostu opowiem ci wszystko od początku, od kiedy tu trafiłam. Nie jesteś ciekawy? Ha, oczywiście, że jesteś. Przed tobą drzwi otworzyły się same? Tak podejrzewałam. Ja nie miałam tyle szczęścia.

 

Przechodziłam tamtędy codziennie, jako mała dziewczynka i trochę większa dziewczyna. Zawsze były zamknięte. Na progu, pamiętam, rosła trawa – ciągle rośnie? Nikt jej pewnie nie depcze… Ale drzwi, oczywiście, zawsze mnie fascynowały, tym bardziej, że wspięłam się parę razy na wzgórze za tym wielkim starym domem, żeby obejrzeć ogród, i nie widziałam stamtąd żadnej furtki. Tylko nudny, drobnomieszczański trawnik i otynkowany mur, żadnych drzew, a przecież… A, więc ty też zauważyłeś cienie na szczycie muru? I nigdy nie byłeś ciekaw, co jest po drugiej stronie? Nie? O, mój drogi, znów wychodzisz z roli. Gdybyś zupełnie o to nie dbał, gdybyś nie zwrócił uwagi na te cienie, nie stałbyś teraz przede mną. Rumienisz się? To rozkoszne. Po prostu nie kłam więcej.

 

Ja, w każdym razie, nie mogłam wytrzymać i pewnego dnia otworzyłam drzwi. Poświęciłam dla sprawy całą paczkę wsuwek. Przećwiczyłam otwieranie wcześniej, rozumiesz, na starych zamkach na strychu, to wcale nie takie łatwe, okazuje się, jak w filmach. Ale udało mi się w końcu. Przeszłam na drugą stronę.

 

Widziałeś ten las? Głupie pytanie, musiałeś go widzieć, skoro przyszedłeś tamtędy. Dalej jest taki cudownie sękaty, poplątany i mroczny? Te ciernie i białe głogi, prosto z taniego kalendarza fantasy? O, nie wstydź się, ja byłam zachwycona. Możesz sobie wyobrazić.

 

Nie, mówię zupełnie szczerze – przecież wszyscy bywamy dziecinni, zresztą, to należy do twojej roli. Czy ratowałbyś brzydki i nudny świat z tym samym zapałem, z którym chciałeś ocalić ten? Nie musisz odpowiadać. Sama wiem.

 

Im dłużej będziesz się unosił, tym więcej czasu twój mały przyjaciel spędzi w moim lochu. Tylko ci przypominam, w razie, gdybyś zapomniał. Na czym to skończyłam? A tak, dotarłam tutaj i byłam pewna, że… o, wybiegam myślą naprzód.

 

Z początku błąkałam się beztrosko pośród tych głogów, wyplątywałam z włosów gałązki i wypatrywałam między pniami, wiesz. Pięknych, magicznych istot, które przybiegłyby do mnie ze swoimi kłopotami. Albo powykręcanych, zgniłozielonych gnomów-nauczycieli zapomnianej sztuki walki, nie byłam wybredna, nawet wtedy. Parę razy przysiadłam na jakimś korzeniu, udając zamyśloną, żeby tylko ktoś mógł mnie zaskoczyć. Wyłonić się spomiędzy gałęzi i zrobić wykład.

 

Ciebie to spotkało? A, widzisz. Zaraz się dowiesz, dlaczego.

 

Bo ja nie spotkałam w tym lesie nawet wielkiego złego wilka. Trzy dni kręciłam się w kółko, aż w końcu trafiłam na gościniec. Miałam trochę jedzenia w torbie. Nie masz mnie chyba za skończoną idiotkę?

 

Droga zawsze prowadzi dokądś, i zawsze wskazuje na obecność istot rozumnych. Rzuciłam monetę, żeby wybrać kierunek. Nie, nie, nie będę cię zanudzać opisami gospody, do której w końcu się dowlokłam, ani mojego pierwszego zetknięcia z miejscowymi. Sam to przeżyłeś. Prawda?

 

A, więc miałeś z tym kłopot? Ja też wylądowałam na zmywaku – i zostałam coś ze dwa lata, robiąc w tej karczmie za posługaczkę. Postanowiłam po prostu, że jeśli czeka tu na mnie jakiś czarodziej z misją ratowania świata, rozsądniej będzie siedzieć w jednym miejscu, gdzie będzie mógł mnie znaleźć. A tymczasem byłam w miarę najedzona i deszcz na mnie nie padał, co należy docenić.

 

Dopóki hipotetyczny mag nie raczył się do mnie pofatygować, wypytywałam podróżnych o nowiny, słuchałam pilnie każdej opowieści przy kominku, choćby najgłupszej (znasz tę o kaktusołakach ze Śpiewającej Pustyni?), łowiłam strzępki rozmów. Wiedziałam o ruchawkach na granicy z goblinami i o sporach celnych między Siedmiorgiem Książąt więcej, niż pahlańscy szpiedzy, bez fałszywej skromności.

 

I szukałam sobie towarzyszy na przyszłą wyprawę. Starałam się zaprzyjaźnić z innymi posługaczkami, na ile mogłam się przyjaźnić z kimś, kogo interesowały tylko stroje przejezdnych, i z gośćmi, według których sens mojego istnienia zamykał się w przynoszeniu piwa i byciu szczypaną w tyłek. Może jeszcze w wybuchaniu perlistym śmiechem na to ostatnie. Aż wreszcie…

 

Nie obrażaj mnie, bo to niegodne twojej roli. Gobliny, o czym powinieneś wiedzieć, harcowały od dawien dawna w cieniu Gór Księżycowych, całe tygodnie drogi od furtki. Trochę ich tam jeszcze zostało. W każdym razie, pomysł, żeby napaść na moją karczmę, byłby ostatnim, jaki mógł im zaświtać w tych małych łebkach. Po co miałyby się wlec taki kawał drogi? Dla ciasta gospodyni?

 

Nie, to ja sama znudziłam się nalewaniem piwa i szorowaniem podłóg i uznałam, że warto trochę czynniej poszukać mentora, czy kto też trzymał w ręku moje przeznaczenie. Rozczarowałam się zresztą, bo żadna z dziewcząt nie dała się namówić na wyprawę w poszukiwaniu guza, a kupcy nawet słyszeć nie chcieli o podwiezieniu mnie do miasta. Zawsze traktowali posługaczki jako element umeblowania i przypuszczam, że gdyby do któregoś odezwał się fotel, podskoczyłby i zrugał go zupełnie tak samo. Z drugiej strony, gdyby któryś z nich uwierzył, że potrafimy same myśleć, nigdy nie zdołałabym się ukryć między pakunkami na wozie handlarza suknem. Nie sprawdzał ich przez całą drogę. W mieście zaczekałam, aż postawi furgon na podwórzu gospody, wymknęłam się i przelazłam przez mur. Sam widziałeś, jaką tu mają architekturę.

 

W pierwszej kolejności rozejrzałam się za jakimś magiem.

 

Dlaczego? Jak to, dlaczego? Kto inny miałby mi uwierzyć? Że przyszłam przez furtkę z innego… a, naturalnie, że ty nie miałeś tego problemu. Na moment zapomniałam… Za chwilę zrozumiesz.

 

Magów, owszem, znalazłam zatrzęsienie i jeszcze kilku – miasto, do którego trafiłam, okazało się ważnym ośrodkiem, siedzibą kilku szkół, zwalczających się wzajemnie jak zarazę. Było też paru oszustów, zarabiających na ludzkiej i nieludzkiej naiwności, ale tych nie jest wcale trudno wyłapać, jeśli się zachowa trzeźwość umysłu.

 

Z autentycznych magów ani jeden mi nie uwierzył. Ich księgi z całą mocą autorytetu twierdziły, że takie podróże, jakie odbyliśmy ty i ja, są niemożliwe, koniec, kropka. Dziewka karczemna, przybłęda nie wiadomo skąd, miałaby poddać w wątpliwość uczone księgi? Wyśmiali mnie, naturalnie, ci pierwsi, do których dotarłam, bo z następnych mało który otworzył mi drzwi. A i to tylko po to, żeby się ubawić widokiem wariatki.

 

Wyruszyłam z miasta biedniejsza o parę miedziaków, sporo złudzeń i kilka drobiazgów z mojej torebki, które rozdawałam magom na dowód, i powędrowałam opłotkami, drogami i polami, przez lasy, wzgórza i wrzosowiska. Odwiedzałam wioski, zamki i pustelnie. Nikt nie miał dla mnie zajęcia. O, oczywiście, że się zdarzały potwory do ubicia, drobiazgi do znalezienia – przez jakiś czas rzucałam się na takie okazje jak sokół na myszy, ale z żadnej nie wynikło nic na dłużej. Ot, zarobiło się parę groszy. Było gdzie spać i co zjeść. Nie, na potwory zwykle zastawiałam pułapki, nie mam pojęcia o szermierce, chociaż nauczyłam się po drodze walczyć kijem.

 

I wreszcie zabłąkałam się w Góry Księżycowe. Tak, wiem, że się domyśliłeś. To nieuprzejme, przerywać. O, naprawdę tak pomyślałeś? To urocze, ale niestety, pudło. Gobliny nie uznają proroctw, przepowiedni ani żadnej mistyki. Są praktyczne. Dobry wódz to taki, który prowadzi do zwycięstw i rozdaje złoto, a skąd się wziął, jak wygląda i czy lubi surowe mięso – to rzeczy zupełnie nieistotne. Miałam już wtedy wprawę w taktycznym myśleniu, wiedziałam, jak przechytrzyć koboldy i gnomy, a i kijem przez łeb umiałam zdzielić dostatecznie mocno. O tym przekonały się na własnej skórze dwa pierwsze gobliny, które mnie napadły.

 

To byli maruderzy, zwłóczyli w marszu, bo wódz ich oddziału nie odpowiadał ideałowi – regularnie atakował placówki ludzi i regularnie zbierał cięgi. Ludzie nawet się ucieszyli, jak mi donosił mój zwiadowca, kiedy zajęłam jego miejsce i wycofałam oddział w góry. Szybko im przeszło, bo zajęliśmy przełęcz, którą do górskich fortec przyjeżdżało całe zaopatrzenie. Sprawdzałam każdy wóz, każdego wędrowca. Szukałam mentora, bo przecież gdzieś musiał na mnie czekać. No i, oczywiście, trzeba było z czegoś utrzymać moją małą armijkę, która rosła w postępie geometrycznym, słowo daję.

 

Czemu o to pytasz? Przecież widzisz – stoisz tu przede mną, w dawnym forcie ludzi, który zajęłam z moimi zuchami po ostatniej bitwie, kiedy ich stąd wyparliśmy. Byłoby tak, gdybym go znalazła? A ty? Trafiłeś tu przez ciekawość – czy magowie przekonali się w końcu, jakie z nich osły?

 

A, mogłam się domyślić. Widzisz, ja już wiem, co poszło nie tak, ze mną. Miałam mnóstwo czasu, żeby rzecz przemyśleć i dojść do rozwiązania. Może sam na nie wpadłeś? Nie? A to przecież proste, takie proste, że aż zbyt oczywiste. Zjawiłam się tu przypadkiem, nieoczekiwanie. Nie byłam potrzebna, jak się łudziłam, bo nie było tu niczego, z czym tylko ja mogłabym się zmierzyć, niczego obcego, nieprzewidzianego w planach tego świata.

 

Ale to nie był błąd.

 

Ktoś musiał przygotować scenę dla ciebie – i tym kimś jestem ja. Gdyby nie ja, nie miałbyś ani jednej z cudownych przygód, jakie cię tu spotkały, nie zdobyłbyś przyjaciół i nie ocaliłbyś tego świata. Nie byłbyś tu potrzebny.

 

Pamiętaj o tym, kiedy stąd odejdziesz. Skończyłam. Możesz już sięgnąć po miecz.

Koniec

Komentarze

Dobra, zaczynam się pastwić:

Fajne :-) 

Koniec pastwienia. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

W pierwszej chwili, jeszcze przed czytaniem chciałam zapytać: po co to odstępy między poszczególnymi akapitami? W trakcie lektury jednak domyśliłam się, po co. Jednak nie zmieniło to mojego sceptycznego nastawienia do takiej formy, której po prostu nie lubię i która do mnie nie przemawia. 

Przyznaję, że tekst mnie zmęczył formą i sposobem narracji. Przypomina mi słuchanie rozmowy telefonicznej, gdy słychać tylko jednego z rozmówców, co nie raz i nie dwa zdarzyło mi się w autobusach. Szalenie irytujące. W efekcie tego, przyznaję, że mniej więcej drugą połowę tekstu tylko przeskanowałam wzrokiem. Jednym słowem – nie jestem targetem dla tego typu opowieści. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Mam takie wrażenie jak Śniąca – czytałam z trudem, a przez cały czas miałam wrażenie, jakby podczas podróży pociągiem przyszło mi słuchać osobistych wynurzeń przypadkowej, bardzo gadatliwej współpasażerki, opowiadającej komuś o czymś przez telefon.

Raczej bez satysfakcji. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To ja może rozwinę swoją wypowiedź :-) 

Z jakichś powodów lubię taką narrację, choć oczywiście w rozsądnych ilościach. Pamiętam portalowy tekst Ambroziaka, tak właśnie napisany. Tyle, że tam fabułę należało sobie poskładać z monologow osób przesluchiwanych przez policję. Oczywiście każdy z nich mówił inaczej, w swoim, charakterystycznym stylu, co sprawiało, że tekst był niezwykle ciekawy. 

U Ciebie też było fajnie, ale gdyby opowiadanie było choć odrobinę dłuższe, miałbym pewnie jak Śniąca i Reg. Na szczęście udało Ci się przykuć moją uwagę na tyle mocno, ze nie zrezygnowałem w połowie. Bo fabuła w sumie też całkiem fajna. Świat fantasy, który nie potrzebuje bohatera, to ciekawy pomysł.

Zatem, jestem z lektury zadowolony. Choć do zachwytów jednak daleko. Ale ja się rzadko zachwycam.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ależ jak mógłbym się pastwić, skoro dzięki Tobie takie fajne przygody przeżyłem, hmm? ;)

Swoją drogą, zaradna z Ciebie wiedźma, Tarnino ;D

 

Co do tekstu, to niestety, muszę zgodzić się ze Śniącą i Reg – ciężkostrawny. Co prawda lubię eksperymenty z formą, ale przez przyjętą przez Ciebie konwencję, narracja zdała mi się bardzo rwana, nienaturalna. Nie potrafiłem “wsiąknąć” w ten tekst, zatem immersję raczej słaba ;(

Fabularnie dość klasycznie, taka o przygoda. Dopiero cała misterna konstrukcja uwzględniająca, no, mnie, przydała temu trochę blasku ;D

Warsztatowo solidnie, choć ilość przecinków mnie przeraża. Wydaje mi się, że część z tych, które stawiasz przed “i” spokojnie można by usunąć. W innych miejscach są raczej poprawne (a przynajmniej nie mam kompetencji, by pouczać), ale niepotrzebnie narzucasz samej sobie konstrukcję zdań, która ich wymaga. Najbardziej spektakularny przykład:

Nie, nie, mój drogi, tacy, jak ty, najpierw muszą wysłuchać monologu, a potem dopiero dobywają miecza.

Ten początek zdania… Masakra.

 

Reasumując, czekam na coś bardziej klasycznego Twojego autorstwa. Chociażby opowieść o kaktusołakach – wzbudziły ciekawość ;D

 

Tyle ode mnie, na koniec parę drobnostek:

Ale ze wszystkich sposobów zwrócenia twojej uwagi ten wydał mi się najbardziej, hmm. Odpowiedni.

To “odpowiedni” jest raczej wtrąceniem, więc przydałoby się zastąpić kropkę przecinkiem.

Postanowiłam po prostu, że jeśli czeka tu na mnie jakiś czarodziej z misją ratowania świata, rozsądniej będzie siedzieć w jednym miejscu, gdzie będzie mógł mnie znaleźć.

Powtórzenie

Wiedziałam o ruchawkach na granicy z goblinami i o sporach celnych między Siedmiorgiem Książąt więcej, niż pahlańscy szpiedzy, bez fałszywej skromności.

Wiem, o co Ci chodziło, ale “wiedzieć coś bez fałszywej skromności” brzmi cokolwiek dziwnie ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Podpisuję się pod słowami Śniącej, Reg i Counta. Taki monolog, relacja, czy jak tą formę sama nazwiesz, Autorko, do mnie nie trafia. Mnie mało interesuje, co ktoś ma do powiedzenia (rany, piszę to już chyba trzeci raz dzisiaj). Interesuje mnie historia, opowieść, dramat, przygoda, konflikt, ale w postaci akcji, nie w postaci relacji.

Pozdrawiam serdecznie.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Wybrałaś trudną formę. Mnie irytowały przerwy między akapitami. Rozrywały tekst na kawalątki. Niby wiem, że to celowe, ale i tak przeszkadzało. Sam monolog mogłam wytrzymać.

Pozostaję z niedosytem, bo nie dowiedziałam się w końcu, jak to się stało, że narratorka została wiedźmą. OK, pewnie złapała tego mentora. Ale dlaczego uważała, że powinna nią zostać? A nie na przykład królową (czy tam szefową goblinów)? Albo wojowniczką? Gdyby wróciła na trochę do swojego świata (mogła?) i poznała na przykład krav magę zamiast stać na zmywaku? Miała jakieś magiczne coś?

Zagadką pozostaje również przeznaczenie więźnia.

Babska logika rządzi!

A mnie forma się podobała. Nie powiem, że jestem zachwycona, bo sama historia nie jest porywająca, ale co do sposobu narracji nie mam zastrzeżeń. Takie dość grafomańskie, ale średnio oryginalne, dlatego nie zwaliło mnie z nóg.

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Przeczytałam bez przykrości, powiem nawet, że z zainteresowaniem, ale z nóg nie zwaliło. Zabrakło mi bliższego wyjaśnienia, z kim tak naprawdę rozmawia wiedźma, ale ja raczej w ogóle jestem średnio domyślna. :)

To nieuprzejme i przeciwskuteczne.

To przeciwskueczne bardzo mi tu zgrzyta.

Głupie pytanie, musiałeś go widzieć, skoro przyszedłeś tamtędy.

Chyba raczej: przyszedłeś stamtąd, albo przechodziłeś tamtędy.

Mam podobne odczucia, co inni. Tekst odrobinę mnie zmęczył, chociaż ostatecznie nie żałuję, że go przeczytałem :)

Kiedyś dostanę Nobla.

Jejku :) Wiem, wiem, szału nie ma – ale od czegoś trzeba zacząć, nie?

 

Co do formy – narzuciła ją treść. Ciągle słyszę (czytam) żeby nie pisać w pierwszej osobie, ale samo mi się tak robi. Strasznie irytujące. Ktoś ma na to jakąś radę?

 

CountPrimagen – moja wiedźma przemawia bez wcześniejszego przygotowania (choć teraz myślę, że powinna sobie ten monolog ułożyć, w końcu długo na to czekała), stąd zdania zarośnięte przecinkami.

To “odpowiedni” jest raczej wtrąceniem, więc przydałoby się zastąpić kropkę przecinkiem.

"Odpowiedni" nie jest wtrąceniem – jest nim "hmm".

Powtórzenie

Curses! Myślałam, że wszystkie wyłapałam :)

Wiem, o co Ci chodziło, ale “wiedzieć coś bez fałszywej skromności” brzmi cokolwiek dziwnie ;)

Mhm. W zasadzie, to to jest doczepione troszkę na glutoklej, masz rację. Ale mnie się podoba :)

 

Finkla – nie tyle została wiedźmą, co wyrobiła sobie reputację. A więzień jest po to, żeby go uratować ;). Do swojego świata wrócić nie mogła, chociaż, jak teraz o tym myślę, to powinnam była to wyraźnie powiedzieć.

 

AQQ – "przeciwskuteczne" wyczytałam kiedyś u Ziemkiewicza (oto, co ma na jego temat do powiedzenia PWN: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/przeciwskuteczny;13522.html) i zgadzam się, że nie pasuje do fantasy – ale właśnie o to chodzi. Ona nie jest stąd.

 Chyba raczej: przyszedłeś stamtąd, albo przechodziłeś tamtędy.

Przyszedł lasem. Może faktycznie "przechodziłeś tamtędy" byłoby lepsze? Ale na razie mam trochę dość tego tekstu – może później go doszlifuję.

 

Jak widać – sama nie umiem, a innym poprawię :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Ciągle słyszę (czytam) żeby nie pisać w pierwszej osobie,

A kto tak mówi/pisze? Nie w tym rzecz, że narracja pierwszoosobowa jest zła, bo nie jest. Jak ktoś nie umie pisać, to i w trzeciej osobie nie napisze dobrze, po prostu. W tym konkretnym przypadku mój zarzut dotyczy jednostronnego zapoznawania się z dialogiem. Jeśli nie przemawia argument słuchania czyjejś telefonicznej rozmowy, to może wyobraź sobie, że słuchasz wywiadu/dyskusji w radiu i z jakiegoś powodu “fale uciekają” / są zakłócenia i słyszysz tylko jednego rozmówcę. To jest irytujące w tej formie. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Napisane bardzo dobrze, zdania świetnie skonstruowane. Jednak, tak jak i przedpiśców, męczyła mnie forma. Jeśli chodzi o fabułę to mogłaby wzbudzać trochę więcej emocji, brakło mi w niej jakiegoś celu, konfliktu, dążenia… Sama zresztą, jak podejrzewam, wiesz najlepiej o co mi chodzi. W tej chwili wyszło to trochę jak wspomnienia, które nie intrygują specjalnie, bo cały czas mam z tyłu głowy, że to już było minęło, a mnie jako Czytelnika interesuje przede wszystkim to, co dzieje się teraz (i nie chodzi o narrację w czasie teraźniejszym. ;))

Podsumowując – chętnie przeczytam coś Twojego w bardziej “tradycyjnej” formie.

 

Nie rozumiem co jest złego w pisaniu w pierwszej osobie. Spotkałem się z opinią, że tak jest łatwiej (bo łatwiej zachować jednolitą perspektywę), ale czemu miałaby to być jakaś wada?

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

śniąca, zasadniczo chodziło mi o to, żeby bohatera (Bohatera) nie dookreślać, żeby był tylko swoją rolą. Nie jest ważne, co on mówi, bo nie ma nic ciekawego do powiedzenia – to jest historia wiedźmy, nie jego, a gdybym wstawiła jego wypowiedzi, musiałyby być mydlane i nudne. Tak to widzę.

 

ETA: Lobo, dzięki. Masz rację, to są wspomnienia, przywoływane w chwili, kiedy bohater stoi przed wiedźmą – trochę jak Luke przed Palpatinem. Gdyby Imperator zaczął opowiadać, jak to przejął władzę w senacie, to by było coś analogicznego.

 

Jeśli chodzi o pierwszą osobę – podobno tak jest właśnie za łatwo, za bardzo człowiek pisze od siebie, a nie tworzy postaci. Nie mam dość doświadczenia, żeby to potwierdzić albo zaprzeczyć, ale tutaj formę podyktowała treść. Mogłam, oczywiście, opisać to zamczysko stare i ponure, goblinów popychających bohatera na kolana przed fotel swej pani i tak dalej, i tym podobne – ale mnie właśnie wydałoby się to zbyt rozdęte. Przesadzam z minimalizmem?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Nie mam dość doświadczenia, żeby to potwierdzić albo zaprzeczyć

Ja tym bardziej, więc się nie wypowiem. :)

 

Mogłam, oczywiście, opisać to zamczysko stare i ponure, goblinów popychających bohatera na kolana przed fotel swej pani i tak dalej, i tym podobne – ale mnie właśnie wydałoby się to zbyt rozdęte. Przesadzam z minimalizmem?

Według mnie właśnie w taki sposób czytałoby się lepiej. Domyślanie się jest fajne, ale nie w nadmiernych ilościach. ;)

 

 

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Eksperymenty z formą nie są złe. Ten się wyróżnia w tłumie, a to chyba plus.

Babska logika rządzi!

Ale ze wszystkich sposobów zwrócenia twojej uwagi ten wydał mi się najbardziej, hmm. Odpowiedni.

Czemu jakoś tak dziwnie?

Mam wrażenie, jakbym nie poznała całej opowieści.

Ale czytało się całkiem nieźle ;)

Mam dla Ciebie radę, dlaczego nie pisać w pierwszej osobie. Tak pisze się łatwiej, więc nie idź na “łatwiznę”. ;)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Można pisać w pierwszej osobie, tylko tutaj dochodzi jeszcze monolog, myślę, że właśnie to utrudnia odbiór, że nie ma nic więcej.

"Odpowiedni" nie jest wtrąceniem – jest nim "hmm".

Co Ty nie powiesz… Pośpiech (czy coś tam innego) sprawił, że źle napisałem, ale uwaga pozostaje w mocy ;)

 

Mam dla Ciebie radę, dlaczego nie pisać w pierwszej osobie. Tak pisze się łatwiej, więc nie idź na “łatwiznę”. ;)

Serio, w pierwszej łatwiej, Darconie? Zabawne, bo jakiś czas temu słyszałem, że właśnie w trzeciej… Przynajmniej pod względem zasady “pokazuj, nie opisuj”.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Tak zawsze mi się wydawało. Przybyłem, zobaczyłem, zdobyłem. :) Czas jest prosty, w trzeciej łatwiej się pogubić, chyba?

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Właściwie to nie wiem. Kiedyś przeczytałem odwrotną opinię, zastanowiłem się… I do niczego nie doszedłem. Jak dla mnie jest podobnie.

Być może to kwestia indywidualna, zaciekawiły mnie po prostu Twoje przesłanki ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dla mnie w trzeciej osobie jest trudniej, bo nigdy nie wiem, ile narrator powinien wiedzieć, co przekazać wprost a co tylko opisać. W pierwszej osobie jest prościej, bo oczywista rzecz, co wiem, a czego nie, o czym opowiedzieć, a czego się tylko domyślać. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

A dla mnie: to zależy. Jeśli chcę pokazać rozkminy głównego, to tylko pierwszoosobowa. Przy ukrywaniu tożsamości bohatera do samej puenty też się przydaje. Ale jeśli ma być dużo wątków, scenki z różnymi ludźmi, to już koniecznie trzecioosobowa albo mieszana.

Babska logika rządzi!

Pierwsza osoba jest moim zdaniem trudniejsza. Łatwo wpaść w te wszystkie -ałem; – ​łem; itd. 

 

Powyższy tekst rzeczywiście męczy przerwami między akapitami, nuży także forma nibymonologu (domyślamy się, że to tylko jedna strona dialogu). Rzeczywiście jest w tym coś z przysłuchiwania się wypowiedzi jakieś gadatliwej baby, do tego niedopuszczającej do głosu interlokutora.

Zdania piszesz ładne, Tarnino, zgrzytów nie uraczysz prawie w tekście. Nieco fałszywie brzmią pojedyncze, wydumane słowa jak np.:

 

To nieuprzejme i przeciwskuteczne.​

że warto trochę czynniej poszukać mentora,

Było coś jeszcze, ale nie wyłowię teraz.

 

Co jest ciekawe w tekście (sama historia opowiadana przez “wiedźmę”​ szału nie robi), to interesująca perspektywa narracji. Opowieść postaci, która w obliczu śmierci spowiada się przed swoim katem i tylko jej głos słyszy czytelnik. Interesujący jest również sam koncept, na jakim historia jest oparta. Magiczna kraina za tajemniczą furtką, niczym Narnia Lewisa, niczym świat Za Murem Gaimana, do której trafia ktoś z naszego świata. Ktoś, kto uświadamia sobie, że w wyniku działań losu, nieuniknionego łańcucha zdarzeń, przypada mu rola tej Złej postaci magicznego świata, z którą ma się zmierzyć kolejny przybysz, ale tym razem wyczekiwany Wybraniec.

Lubię takie zagrywki. Pisałem już o tym przy okazji jakiegoś opowiadania na portalu. Podobnie jak bohaterowie Sapkowskiego z “Maladie”, jak postacie z dramatu i filmu (znakomitego!) “Rosencrantz i Guildenstern nie żyją”​, tak Twoja wiedźma odgrywa drugoplanową rolę w czyjeś legendzie. I ma tego świadomość. Tym ciekawym zabiegiem, wybrzmiewającym gorzko w zakończeniu, zdobyłaś mój głos do biblioteki, Tarnino.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jest tu pomysł, ale mnie niestety forma przerosła. Głównie dlatego, że bohaterka co i rusz dorzuca coś od siebie. Ja sam jestem konkretny, więc co chwila chciałem krzyczeć “do rzeczy!” To miało największy wpływ na odbiór. Bohaterka gada i gada, ale niczego to nie posuwa do przodu.

Sam tekst niezły w wykonaniu, czytałem bez przykrości. Fabuła nie rzuca na kolana, ale jest znośna. Gdyby tekst był bardziej zwarty, mniej rozwodniony, byłby dla mnie lepszy.

Jeśli chodzi o narrację pierwszoosobową, to dla mnie najtrudniejsze jest to, co widać w tym tekście – by bohatera nie zamienić w gadułę. Chyba, że ma taki być, ale też trzeba uważać, by słowotok nie zanudził. A oto łatwo w ferworze przelewania słów na papier. W reszcie podpisuję się pod wypowiedzią Finkli – zależy jaki jest cel tekstu i co chcę w nim pokazać.

Podsumowując: trochę przegadany koncert fajerwerków, ze standardową fabułą, jednak wykonany przyzwoicie.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

A dla mnie: to zależy.

I to chyba najbardziej pomocna opinia :)

 

mr.maras – dzięki!

Gdyby tekst był bardziej zwarty, mniej rozwodniony, byłby dla mnie lepszy.

W jakim sensie mniej rozwodniony?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

W jakim sensie mniej rozwodniony?

By bohaterka bardziej skupiła się na wydarzeniach. Dla przykładu:

I szukałam sobie towarzyszy na przyszłą wyprawę. Starałam się zaprzyjaźnić z innymi posługaczkami, na ile mogłam się przyjaźnić z kimś, kogo interesowały tylko stroje przejezdnych, i z gośćmi, według których sens mojego istnienia zamykał się w przynoszeniu piwa i byciu szczypaną w tyłek. Może jeszcze w wybuchaniu perlistym śmiechem na to ostatnie. Aż wreszcie…

Nie obrażaj mnie, bo to niegodne twojej roli. Gobliny, o czym powinieneś wiedzieć, harcowały od dawien dawna w cieniu Gór Księżycowych, całe tygodnie drogi od furtki. Trochę ich tam jeszcze zostało. W każdym razie, pomysł, żeby napaść na moją karczmę, byłby ostatnim, jaki mógł im zaświtać w tych małych łebkach. Po co miałyby się wlec taki kawał drogi? Dla ciasta gospodyni?

W tych fragmentach zawarte są informacje, że bohaterka szukała pomocników do wyprawy i potem przyszły gobliny. Tymczasem z jej ust pada istny słowotok pełen dodatkowych informacji (czemu służki i goście nie chcieli pogadać z nią, informacje o goblinach). Czy któraś z nich jest potem potrzeba w tekście? Jedna tak, druga nie – tylko że w narracji obie stoją na równym poziomie. I to gadulstwo narratorki jest rozciągnięte na cały tekst. Informacje ważne mieszają się z nieistotnymi, a kiedy dochodzi do kolejnych wydarzeń, czytelnik próbuje wyłuskać z pamięci co przed chwilą przeczytał i ustalić, które słowa były istotne. A to męczy, bardzo.

Oczywiście nie chodzi tutaj, by tekst wykastrować do suchego streszczenia. Ale trzeba wyrobić w sobie manierę pisania o ważnych rzeczach, doprawionych w odpowiedni sposób informacjami dodatkowymi. Utnij ich za dużo, a czytelnicy będą narzekać na suchość. Daj jednak za wiele, a często usłyszysz, że tekst rozwodniony, fabuła się ciągnie, a w ogóle to męcząco się czytało.

Jak to wyważyć? Ot, i dobre pytanie, na które ja sam też szukam odpowiedzi :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Jestem tu nowy i z pisaniem nieobyty. Postanowiłem jednak napisać ten komentarz. 

 

Jak dla mnie, Tarnina jest poetką. I fraza, i melodyjność wzięte wprost z poezji. Dźwięczy tu delikatnie herbertowska składnia, a ze zdań wyziera tkliwy urok kobiecego widzenia świata. Dla mnie, Tarnino, Twój tekst to proza poetycka – ze swym urokiem i wrażliwością świetnie nadaje się do czytania szeptem lub do melodeklamacji w przedwieczornych godzinach, gdy dzień już wie, że przegra z nocą. Przerwy między akapitami też są oczywiste. Tak przecież oddziela się kolejne zwrotki. 

W Twoim tekście znalazłem urok, wdzięk i pomysł. Narracja ujęła mnie i poprowadziła od pierwszego zdania do ostatniego. Czasem miałem skojarzenie z Dziennikami z klasztoru w Padwie. I tu, i tam, pierwszoosobowa narracja i bardzo osobiste wyznanie. Bardzo miła lektura.

 

Pobieżnie przejrzałem komentarze. Moją uwagę zwróciła snobistyczna dyskusja, co lepsze: pisanie w pierwszej, czy w trzeciej osobie. To trochę tak, jakby zastanawiać się, od którego boku zależy pole kwadratu. Nieważny sposób, chodzi wszak o to, żeby zabrać czytelnika w swój kosmos. Porwać myśli, zmusić do podążania zaproponowaną drogą. I raz tym wehikułem będzie pierwsza, a innym razem trzecia, piąta lub dziesiąta osoba. Nie można zastanawiać się, czy lepsza jest wycieczka piesza, czy rowerowa, bo wszystko to zależy od trasy, towarzystwa i od tego, co chce się zobaczyć. 

 

Co zaś do słowa “przeciwskuteczny” – jest ono przydatne i bardzo popularne. Piszę to jako inżynier, więc może się zdarzyć, że w innych profesjach rzadziej jest ono wykorzystywane i może budzić niejasności. (Who knows?)

 

Aha, no i żeby nie było niejasności. Czekam na kolejny Twój tekst, Tarnino. Ten mi się podobał.

NoWhereMan – ano, właśnie. Ile dać wody, żeby nie było ani za sucho, ani za mokro? Wieczny problem pisarzy i hodowców roślin doniczkowych. Ech…

Cornelius – poczułam się piękna, lekka i powabna (proszę, jak to nie zależy od wyglądu XD). Ale nie, żadna ze mnie poetka, a i Dzienników nie czytałam, choć naturalnie wszystko przede mną. W każdym razie – dziękuję (tu strzepnięcie wachlarza) i postaram się (jeju, w co ja się pakuję?).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Słabo się nadaję na udzielanie porad. Czasem jednak trudno się powstrzymać, szczególnie gdy wydaje mi się, że mogę mieć rację. 

 

Problem “Ile dać wody, żeby…” w Twoim przypadku nie istnieje. Masz bowiem odpowiednie literackie wyrobienie, masz wyczucie, smak i wrażliwość, które wspólnie są najlepszym przewodnikiem. Jak dobry kucharz, szybko zorientujesz się, czy enchiladas suizas jest dobrze przyprawione i czy lepiej je podać z czarną, czy czerwoną fasolką.

Potrafisz tkać obrazy ze słów, wiesz też, kiedy powstały wzór będzie się podobał. Bo to jest ten moment, gdy podoba się Tobie.

Wiesz też zapewne, że są pytania, na które usłyszy się tyle odpowiedzi, ilu jest odpowiadających. Zatem – po co pytać? A choć ogólny odbiór jest ważny, drobne napomnienia przydatne, o tyle poprawne rozwiązania musisz już znaleźć w sobie, by to Twoja wrażliwość ma “odpowiednie dać rzeczy słowo”. A wnętrze masz bogate, literackich wzorców też znasz co niemiara. 

 

Aha, jeszcze jedno, kiedy napisałaś: “żadna ze mnie poetka…” zdanie jakby zaróżowiło się rumieńcem tak typowym dla dziewczyny, która postanowiła ukryć prawdę. Oczywiście urocze:)

(Co zaś do “Dzienników klasztoru w Padwie” łatwo znajdziesz je w audiobooku w sieci). 

 

No i na koniec, last but not least: oczywiście czekam na kolejne Twoje opowiadanie.

Ooj… mam wrażenie, że spodziewasz się po mnie czegoś takiego, kiedy mogę posłużyć najwyżej czymś takim.

 

:)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Jak to dobrze, że moja wyobraźnia należy tylko do mnie. A w niej jesteś Kaliną Jędrusik śpiewającą O, Romeo. 

(Choć ze słowem radzisz sobie równie dobrze jak Irena Kwiatkowska).

Raczej jak Rory Williams z miotłą XD:

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Cha, cha, cha – no i spadłem z krzesła:-) Muszę teraz pisać jedną ręką.

Urocza jesteś Tarnino! Gdyby to ode mnie zależało, wydałbym zakaz złego myślenia i złego mówienia o sobie. Ja wiem, że to takie przekomarzanie, takie droczenie, taka poza. Lecz słowa mają moc tworzenia rzeczywistości. Parę razy powiesz coś niepochlebnego, a istnieje niebezpieczeństwo, że jeszcze w to uwierzysz. Dlatego pssst na wszystko, co umniejszałoby Twoją wartość.

 

Pewno Cię zmartwię, lecz musisz wiedzieć, że żadne wywijanie miotłą nie zaciemni mojego obrazu Tarniny – osoby interesującej i ze wszech miar atrakcyjnej. I nawet gdybyś na miotle latała, dla mnie wiedźmą i tak nie będziesz. Na kolejne zaś Twoje opowiadania czekam, bo pisać potrafisz, a pomysłów Tobie nie brakuje. Na dodatek sama wiesz, że tylko ćwiczenia czynią mistrza. 

Ach, no i byłbym zapomniał. Musisz wiedzieć, że jestem fanem Twoich komentarzy. Podejrzewam, że nie tylko ja. Miód malina. :)))

“Jak widać – sama nie umiem, a innym poprawię”. :)

Bez przesady: umiesz, umiesz! :)

Ale nie będę się bardziej już przymilał ani podlizywał. 

Czytałem już jakiś czas temu i pamiętam, że mi się podobało. Treść trochę uleciała z głowy, ale została forma. Doceniam próby eksperymentowania z narracją, szczególnie gdy autor wychodzi z tego z tarczą, a nie na tarczy :D 

Językowo – całkiem dobrze. Może kiedyś pokuszę się, żeby odwdzięczyć Ci się łapanką (przynajmniej częściową) w Twoim stylu. Na razie łap klika i do zobaczenia pod innymi tekstami :)

Zajebiste :D Zgłaszam do klika.

No, no, no… A już myślałem, że wyrosłem z fantasy. Bardzo fajny tekst. Dobrze poprowadzona narracja pierwszoosobowa czy cały ten strumień świadomości. Miłe bajdurzenie, trochę o goblinach, trochę o ludziach, ale napisane tak, że widziałem w głowie obrazki :3

No i ostatnie zdanie, ech, piękne! Miałem ciarki :P Ja na szczęście łagodny jestem i jedyny miecz, jaki mogę na Ciebie wyciągnąć to mój komentarz, który jednak do ostrych nie należy :D

Pozdrówka Tarnino!

 

PS: fajny nick

A już myślałem, że wyrosłem z fantasy.

Z fantasy się nie wyrasta.

Dzięki za miłe słowa :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Hmmm… Ciekawa sugestia. No ja nie wyrosłem, ale mam po prostu swój typ, który lubię od dziecka. LOTR, teraz już bardziej filmy niż książki, Conana kiedyś łykałem i odświeżony parę lat temu nadal smakuje przezacnie :P

 

Proszę bardzo :)

Nowa Fantastyka