- Opowiadanie: Cerleg - A jednak będzie

A jednak będzie

UWAGA, DŁUGIE. Za namową Funa skróciłem tekst o jakieś 20K znaków. Wszystkich miłośników twardej fantastyki uprzedzam, że tekst należy do wymyślonego przeze mnie gatunku, który nazwałem protofantastyką – akcja dzieje się tuż przed tym, jak sama fantastyka się wydarza. W opowiadaniu występuje jednak tradycyjnie gadające zwierzę.

Cytowany w opowiadaniu mail jest w 80% autentycznym mailem, który kiedyś dostałem.

EDIT: Czytajcie, oceniajcie i komentujcie na zdrowie jako zamkniętą całość, ale śpieszę poinformować, że w planach była to pierwsza z trzech części przygód Muminka w obliczu końca świata. Dotarłem jednak do momentu, w którym nie mam o tym bohaterze więcej do powiedzenia, stąd taka forma.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

A jednak będzie

W SALONIE

 

Księżyc – jeszcze przed chwilą krwistoczerwony, a teraz niemal biały – wspinał się nad Ursynów, gdy Muminek wracał do domu trzeźwy do nieprzytomności. Zapieczętowana paczka papierosów wypychała kieszeń, ostrym kantem kłując udo. Za plecami pozostawił coraz bardziej chaotyczną parapetówkę, nietknięte piwa w lodówce, krótką i bezpuentową rozmowę z Mają i zgubione rękawiczki. Krok za krokiem wieczór przestawał dobrze się zapowiadać.

Muminek załatwił potrzebę w krzakach przy nieczynnym lodowisku, a zapinając spodnie pomyślał, że nie czeka go już nic ciekawego. Dziś, jutro.

Prawdopodobnie znacznie dłużej.

Ta myśl rozwinęłaby się może w jakiś podniosły lament nad bezsensem istnienia, gdyby nie przerwał jej chropowaty, męski głos. Głos, na którym można było ucierać ziemniaki.

– A czy ja panu kiedyś sikałem w salonie?

Muminek zmarszczył czoło, przeglądając katalogi pamięci.

– Nie przypominam sobie.

– No właśnie. A pan u mnie urządza sobie toaletę.

To mógł być głos człowieka, ducha, albo leszczyny.

– Czy w ramach przeprosin przyjąłby pan paczkę papierosów? – Muminek zapytał  krzaki, żeby przerwać milczenie, a także dlatego, że sprawdzanie, czy rozporek jest dobrze zapięty, za trzecim razem zrobiło się krępujące.

– A jakich? Z filtrem?

– Chwileczkę, sprawdzę.

– O, marlboro. – Krzaki zatrzęsły się szeleszcząc jak na wietrze. – Chętnie.

Przed Muminkiem wyrósł brudny jak diabeł, owinięty w milion szmat mężczyzna. Długie, posklejane ni to w dredy, ni to w strąki włosy kłębiły mu się na głowie, a szczecinowaty zarost skutecznie ukrywał wiek. Mężczyzna stanął na skraju plamy światła lejącego się z latarni na betonowy chodnik. Śmierdział moczem i bezdomnością.

Gdy w końcu porwał papierosy, Muminek przez chwilę poczuł pod palcami szorstkość skóry jego dłoni. Pomyślał, że obcy po prostu odejdzie, ale nie – ten tylko rozpieczętował paczkę, sreberko schował pod warstwą ubrania. Potem wyjął jednego papierosa i wsadził między popękane, fioletowe usta. Następnego wetknął filtrem do dołu z powrotem do paczki, a trzeciego wysunął do połowy i podetknął Muminkowi pod nos.

– Zapali?

– Czemu nie. – Muminek zaczął szukać zapałek, ale mężczyzna z krzaków był szybszy. Wygrzebał skądś benzynową zapalniczkę – błysnęła w oczy, odbijając światła przejeżdżającego samochodu – i podpalił oba papierosy, zaczynając od swojego.

Gdy Muminek wciągnął do płuc dym o smaku benzyny, zrobiło się prawie przyjemnie. Palili przez chwilę bez słowa.

– To co? Teraz muszę opowiedzieć jakąś historię. – Bezdomny trochę zapytał, ale bardziej stwierdził. Muminek nie był zachwycony pomysłem.

– A czy będzie to historia kryminalna, której akcja toczy się wśród aniołów, stwarzających wszechświat?

– Broń Boże. Skąd ten pomysł?

– To może będzie to oparta na faktach opowieść o bezsensownej wojnie, toczonej gdzieś daleko, w której straciłeś wszystko co miałeś? – zapytał ponownie Muminek, zdziwiony, że tak szybko przeszli na ty.

– W żadnym razie.

– Ale nie chodzi, mam nadzieję, o pełne namiętności, pasji i cierpienia historie kobiet, odtwarzane na różne sposoby wciąż i wciąż przez wieki w kolejnych pokoleniach, od czasów Kleopatry, aż po dziś dzień?

– Po dziś dzień? Uchowaj.

– W takim razie jestem wstępnie zainteresowany. Co to za historia?

– Będzie to opowieść o końcu świata.

– O końcu świata?

– Właśnie o tym. Jak nam się to wszystko skończy i czy w dobrym stylu.

– W formie przypowieści?

Mężczyzna spojrzał na Muminka unosząc brwi. Z takim grymasem wyglądał jak owoc płomiennego romansu marabuta i Tiny Turner.

– A w jakiej innej?

– To spróbujmy. Koniec świata będzie jak śmierć pojedynczego człowieka w nieuniknionej samotności? A może każdy zachód słońca jest końcem świata? Apokalipsa jako czas ognistego ptaka, odradzającego się z popiołów w dniu, gdy wszyscy tracą nadzieję?

– Nie tak chciałem zacząć, ale niech będzie: koniec świata będzie jak nudny mecz piłkarski ze zwycięską bramką w doliczonym czasie gry.

Za mało alkoholu wypito tego wieczora, żeby Muminek, od lat ostentacyjnie nieinteresujący się sportem, miał choć cień nadziei na zrozumienie, co jest do niego mówione.

– To wiesz co? Ja to chrzanię.

Odwrócił się na pięcie, wyrzucił dogasającego peta w gwiazdy i ruszył w stronę domu.

– Hej, poczekaj!

Muminek obejrzał się.

– Weź chociaż to!

Rzucona zapalniczka uderzyła go w pierś i wpadła w bezmyślnie nadstawione ręce. Obejrzał ją ze wszystkich stron – czarna zippo, bez ozdób. Pomyślał, że dobrze byłoby jeszcze jakoś to wszystko podsumować, ale zobaczył jedynie nogi mężczyzny wczołgującego się z powrotem w leszczynę.

 

MGŁA

 

Nie chodzi o to, dokąd zmierzamy, pomyślał Muminek. Chodzi o to, co zrobimy, jak już tam dotrzemy.

Myśl ta przyszła dwa tygodnie po spotkaniu przy lodowisku – w dniu, w którym zimowa mgła tak zgęstniała między ursynowskimi blokami, że za oknem nie widać było nic, nie tylko świateł wieżowca po drugiej stronie ulicy, ale nawet poręczy balkonu metr za żaluzjami. Przed taką mgłą ludzie uciekali z ulic, by w mieszkaniach zaciągać zasłony, rozpalać światła i uszczelniać drzwi. Czasem tylko starszy człowiek, z większym niż jego rówieśnicy dystansem do spraw doczesnych, na chwilę otwierał okno, by przez szerokie nozdrza wziąć głęboki oddech i poczuć – nie w nosie, lecz w duszy – zimową wilgoć.

O niektórych mgłach mówi się, że można je kroić. Warszawę raz w roku spowija mgła, o krojeniu której nikt nie wspomina w obawie, że będzie się chciała zrewanżować.

Żona Muminka wyszła do kina, albo na randkę, a on, zamknięty w mieszkaniu, ubrany w przydający lat kraciasty szlafrok frotte, osiadł wszystkimi swoimi kilogramami w wielkim fotelu, który trzeszczał przy każdym ruchu. Walka z ciężarem opadających powiek nie miała sensu. Co mógłby przegapić? Jakie przygody ominą go, jeśli zaśnie? Czego nie przemyśli, na co się nie przygotuje?

Nie zasnął.

A gdyby miasto poddało się mgle na dłużej – nie na jeden wieczór, tylko na tydzień, albo miesiąc? Świat skończy się we mgle – pomyślał za zamkniętymi oczami Muminek, ale zaraz potem zrozumiał, że ani trochę nie jest na to przygotowany.

 

LISTA

 

Tego wieczoru świat się jeszcze nie skończył, ale właśnie wtedy Muminek po raz pierwszy poczuł, jak cienkie nitki niepokoju zaczynają oplatać najpierw płuca, potem żołądek, wreszcie umysł i na samym końcu czubki palców, którymi coraz częściej przebierał w powietrzu lub wybijał rytmy o co tylko się dało. Następnego dnia, jeszcze w domu przed wyjściem do redakcji wydarł kartkę z notatnika i na górze strony nabazgrał koślawymi literami: LUDZIE, KTÓRZY PO KATASTROFIE DADZĄ RADĘ.

Długopis znieruchomiał nad kartką na chwilę, po której przy KATASTROFIE Muminek dopisał słowo TOTALNEJ.

Kolejna chwila przerwy zaowocowała kolejnym dopiskiem: NIEMAL.

LUDZIE, KTÓRZY PO NIEMAL TOTALNEJ KATASTROFIE DADZĄ RADĘ.

Wreszcie skreślił NIEMAL TOTALNEJ, zastępując je określeniem OGROMNEJ, w nawiasie mniejszymi literami (W SKALI PLANETARNEJ).

Lub przynajmniej kontynentalnej, dodał – w myślach, bo kartka robiła się coraz mniej czytelna.

Podkreślił wszystko – na papierze i w głowie. A potem zaczął wypisywać:

– mechanicy samochodowi

– elektrycy

– chemicy

– rolnicy

– komandosi

– złote rączki

– silni i wysportowani mężczyźni

– cwaniacy kupieccy

– specjaliści od broni palnej

– niektórzy harcerze

– leśnicy, myśliwi

– Adam Wajrak z rodziną i kręgiem najbliższych przyjaciół

– nożownicy

– żeglarze, marynarze, rybacy (jeśli potop)

– cieśle?

– zadrugi

– właściciele magazynów z puszkowaną żywnością

– posiadacze kluczy do magazynów z puszkowaną żywnością

– przedstawiciele zawodów medycznych (lekarze, ratownicy, b. może pielęgniarki)

– botanicy (profesjonaliści i niektórzy amatorzy)

– bezdomni (sprzed katastrofy)

– amisze

– ludzie wypozycjonowani w strukturach władzy centralnej

Spojrzał na zapisaną krzywym pismem kartkę, potem spojrzał jeszcze raz i jeszcze, ale „redaktorzy portali internetowych” się na niej nie pojawiali. Miał kłopot.

 

NÓŻ

 

Muminek nie był silnym i wysportowanym mężczyzną, rodzinę – poza żoną – ignorował, nie znał się na elektryce ani na samochodach, miał gdzie mieszkać, nie kandydował, z całą pewnością nie był cwany i nigdy nie należał do harcerstwa. Nie wiedział, kiedy nadejdzie katastrofa i czy w ogóle nadejdzie, ale zaczął podejrzewać, że jeśli nadejdzie, to zmiecie go bez skrupułów wraz z większością… no właśnie, czego?

Przebiegunowanie Ziemi. Wirus z wojskowych laboratoriów. Globalne ocieplenie. Epoka lodowcowa. Terror wymykający się spod kontroli. Krach na giełdzie. Kryzys żywnościowy. Plamy na słońcu. Genetycznie zmodyfikowana żywność. Wojna nuklearna. Przebudzenie małp. Awaria w elektrowni. Sztuczna inteligencja. Powodzie. Tornada. Lawiny. Pożary. Tsunami. Zombie.

Zombie? Bądźmy poważni.

Ale gdy zombie weszli mu do głowy szeroką tyralierą, rozpełzli się i nie chcieli wyjść, na inne katastrofy przestało starczać Muminkowi wyobraźni. Zostali tylko wyłażący spod ziemi zielonkawi, niekompletni i zgnili zombie, jęczący potępieńczo i zarażający – zombizmem? – kogo tylko…

Żeby ich wygonić, przestał wymyślać konkretne scenariusze apokalipsy, a zaczął dla wszystkich szukać wspólnego mianownika. I znalazł niemal od razu, po lekturze czwartego forum internetowego. Niezależnie od tego czy ludzkość miała wykończyć się sama, czy tylko dać się wykończyć czynnikom zewnętrznym, specjaliści nie zostawiali miejsca na wątpliwości: do przetrwania potrzebny będzie nóż.

Rozmiar sieciowej społeczności survivalowców-teoretyków był zaskakujący. Królowali w niej oczywiście specjaliści od zombie. Silnie reprezentowane były lobby paramilitarne i kempingowe, a także niedowierzający mediom zwolennicy teorii spiskowych, niestrudzenie usiłujący przebić się przez szum generowany przez graczy komputerowo–konsolowych. Ale na postapokaliptycznych stronach zbierali się wszyscy – farmerzy z Teksasu, komandosi z Tel Awiwu, kelnerzy z Rio de Janeiro, bankowcy z Madrytu, dominikanie z Mokotowa i artyści z Pragi Północ. Apokaliptyczny strach okazał się strachem powszechnym, zwłaszcza wśród chłopców i mężczyzn w wieku do trzydziestu pięciu lat. Niektórzy przyznawali się do niego otwarcie, inni próbowali obracać sprawę w żart. Każdy chciał Być Przygotowany.

W tak licznym i kompetentnym towarzystwie problem noża niemal Muminka przerósł. Ostrza składane, fixy, noże do noszenia na szyi, szlify wklęsłe, płaskie, convexy, drop-pointy, clip-pointy, spear-pointy, głownie proste, wygięte do dołu, do góry, stalowe, tytanowe, ceramiczne. Do tego stale – nisko– i wysokowęglowe, nierdzewne, narzędziowe, sprężynowe, z domieszką chromu, krzemu, niklu, wolframu, molibdenu lub siarki. Pochwy? Kydexowe, skórzane lub tkaninowe. Rękojeści? Nylonowe, nylonowo-kevlarowe, żywiczne, z włókna węglowego, z okładziną lub bez. W sieci polecano sprzęt wszystkich rozmiarów i zastosowań, od nożyków do obierania ziemniaków, aż po maczety do rąbania wszystkiego, co zasługuje na rąbanie, noże uniwersalne i specjalnego przeznaczenia, w cenach od kilku złotych do tysięcy dolarów, seryjne i na zamówienie, legalne, półlegalne i całkowicie nielegalne w dużej liczbie krajów półkuli północnej.

Przez chwilę kusiło Muminka, żeby od razu przejść do drugiego etapu, w którym wybierałby tabletki do uzdatniania wody, linkę spadochronową i miejsce na bunkier, ale oparł się pokusie i całą uwagę poświęcił nożom.

 

GOOGLE

 

Po trzech tygodniach dowiadywania się, wypytywania, testowania i jednej wizycie na poligonie Muminek zawęził listę możliwości do dwóch noży, których nazw nauczył się na pamięć. W grę wchodziły szwedzki Fallkniven S1, wyglądający jak wielki nóż kuchenny z jeszcze większymi ambicjami, oraz znacznie bardziej bojowy i zdecydowanie większy amerykański Ontario RAT 7.

I choć Muminek wciąż nie czuł się ekspertem od survivalu, to miał nadzieję, że przyjdzie taki dzień, gdy któryś z kolegów wymyśli sobie rodzinne wakacje na kempingu i w redakcyjnej stołówce zapyta, czy ktoś mógłby polecić jakiś nóż, którym można i porąbać drewno i zaostrzyć kijek na ogniskową kiełbaskę, a nawet pokroić pomidora w cienkie, równe plasterki. Wtedy Muminek mógłby bez narzucania się odpowiedzieć, że wszystko zależy. Trzeba samemu poszukać, bo wybór jest trudny, a oferta szeroka, ale taki Fallkniven S1, choć niepozorny, może się sprawdzić w naprawdę wielu sytuacjach. Ale jeśli kolega przewiduje więcej ciężkiej obozowej roboty, to Ontario RAT 7, niestety nieco droższy, okaże się znacznie bardziej przydatny. Oboma można się golić, mocne wrażenia zapewnione.

Na razie nikt nie pytał. Muminek wrócił więc do czytania internetowych dyskusji.

„Twoja zdolność przetrwania w trudnych warunkach jest wprost proporcjonalna do twojej woli przetrwania w trudnych warunkach. Prawdziwy survivalowiec wie jak przetrwać, zebrał doświadczenie w czasie treningów, ma odpowiedni sprzęt, ale przede wszystkim za wszelką cenę chce przetrwać, bez względu na okoliczności”.

To było coś nowego.

 

PIĘĆSET METRÓW KWADRATOWYCH

 

Na prywatny użytek Muminek podzielił apokaliptyczne katastrofy na dwie grupy: takie, które wymagają przemieszczania się i takie, które pozwalają na siedzenie w miejscu. Kluczowe było zorganizowanie sobie życia tak, by być gotowym na oba scenariusze.

Wariant z przemieszczaniem był tańszy, w przygotowaniach logistycznie prostszy, choć nieprzewidywalny, a w realizacji bardziej wymagający fizycznie. Gdy na przykład zombie… gdy powódź bałtycka zaleje od północy – trzeba będzie uciekać na południe, w góry. Gdy zombie… gdy armia chińska się przebudzi, trzeba będzie walić prosto w stronę zachodzącego słońca. Potrzeba jedynie stalowych nóg, płuc jak miechy i wygodnego plecaka z wieloma przegródkami, kieszeniami i trokami, zapakowanego z głową, tak, by nawet w najgłębszych ciemnościach można było wyciągnąć z niego to, co akurat potrzebne, na przykład agrafkę.

Ale przecież, podejrzewał Muminek, apokalipsa nie nadciągnie ani ze wschodu, ani z północy. Apokalipsa zacznie się wielopunktowo, w wielkich miastach, na lotniskach, dworcach i w supermarketach.

W końcu doszedł do wniosku, że w żadnym jednak wypadku Warszawa nie będzie odpowiednim miejscem dla człowieka chcącego przetrwać. Zwłaszcza gdy do dwóch milionów bardzo obcych sobie ludzi zacznie docierać – szybciej, wolniej – że znaleźli się na finiszu.

Na szczęście Muminek był mało zaangażowanym właścicielem pięćsetmetrowej działki rekreacyjnej w podwarszawskiej Wiązownie, którą wujek–architekt otrzymał w dawnych czasach od zakładu pracy i którą przepisał na Muminka w chwili słabości.

– Nie sprawdziłem się jako ojciec chrzestny, odwróciłeś się od Boga – zasmucił się Wujek któregoś wieczora. – Mam nadzieję, że ta działka sprawi, że zrozumiesz, co w życiu jest naprawdę ważne.

Muminek nie zrozumiał ani wtedy jeszcze, ani w kolejnych latach. Działkę odwiedził dwa razy. Raz na samym początku, gdy była jedynie niewyróżniającym się kawałkiem zarośniętego chaszczami pola i drugi raz, pięć lat później, gdy pozostała ostatnim marnym wspomnieniem po tamtym polu, a chaszcze zmężniały. Znalazł ją wtedy otoczoną zadbanymi ogródkami i małymi domkami letniskowymi, a także jednym murowanym domem całorocznym, którego właściciel na ziemi Muminka składował gruz i stare opony. Muminek chciał się nawet awanturować, ale nie zastał gospodarza.

Od drugiej wizyty minęło kolejnych pięć lat. Zadzwonił do Wujka i zapytał, czy pojedzie z nim do Wiązowny sprawdzić jak się sprawy mają.

– Nareszcie – odpowiedział Wujek Muminka. Umówili się na niedzielę.

W wiekowym volkswagenie głównie milczeli, coraz bardziej przestraszony zbliżającym się końcem świata Muminek na smutno, zajadający się cukierkami kopiko Wujek – na kawowo. Dodatkowo do konwersacji zniechęcał wujkowy styl prowadzenia samochodu, w którym nie było miejsca na hamowanie nawet ułamek sekundy za wcześnie.

– Gruz i opony… – westchnął Wujek, gdy przejeżdżali obok lotniska w Góraszce. – Pokażę ci, jak załatwiać takie sprawy.

Na miejscu jednak nie było gruzu ani opon, tylko równo przystrzyżony, wściekle zielony trawnik z altaną po środku. Altaną bez ścian, ale za to z dachem, kominkiem i dwiema starszymi kobietami w plastikowych fotelach ogrodowych. Panie drzemały, zawinięte w koce. W kominku dopalał się ogień.

Wujek zaatakowałby od razu, ale altana – wraz z całą działką – otoczona była niewysokim płotkiem. W latach świetności Wujek Muminka przesadziłby go jednym susem, ale czasy się zmieniły i niektórych rzeczy już nie wypadało.

– Przepraszam bardzo! Halo! – krzyknął Wujek. Muminek stał przy samochodzie, dumny z krewniaka, że ten, w zgodzie z wielowiekową rodzinną tradycją, choć w bojowym nastroju, zaczynał rozmowę od przeprosin. Panie się nie poruszyły.

– PRZEPRASZAM BARDZO!

Okupantki synchronicznie podniosły głowy, a potem napięcie zaczęło rosnąć, gdy wracały do rzeczywistości, a Wujek Muminka przestępował z nogi na nogę. W końcu obie odwinęły się z koców, wstały z foteli i w ciężkich jesionkach, pochylone do przodu, z włosami koloru lila, podeszły do płotka, zatrzymując się na tyle blisko, że krzyk potrzebny był już tylko do zastraszania. Na tyle daleko jednak, że całkowicie poza fizycznym zasięgiem, nawet gdyby Wujek miał ze sobą dzidę.

– Słucham, o co chodzi? – zaczęła pani mniej lila, bardziej pochylona.

– Co panie tu robią?

– Co pan tu robi?

– To ja się pytam, to pań działka?

– Czemu pan się pyta?

– Dlaczego panie nie odpowiadają?

– Ale, jeśli byłby pan tak łaskaw, o co chodzi?

– Nie byłbym łaskaw, nie domyślają się panie?

– A powinnyśmy?

Wujek zerknął na Muminka, kręcąc głową. Muminek wzruszył ramionami.

– Zajęły panie nielegalnie cudzą działkę. – Wujek odwrócił się ponownie do kobiet. – Co to za weranda? Co to za trawnik? Co to za obyczaje?

– O czym pan mówi? – Staruszki były zagubione, ale Wujek nie po to zapuszczał wąsy, żeby teraz odpuścić.

– To jest sprawa dla prokuratury! Tak się nie robi! Trawniczki, werandeczki, komineczki, czy my w Azji żyjemy?! Jakbym ja paniom nieproszony wszedł do mieszkania, naśmiecił w salonie i wyżarł wszystko z lodówki, to co? Policja! Samowola! I co my teraz mamy zrobić? Nie, kurwa, przepraszam, ja dzwonię po radiowóz, przecież to jest wtargnięcie na posesję i recydywa.

– Ale pan coś pomylił… – Kobiety drżały ze strachu. Strategia Wujka Muminka przynosiła efekty, choć miara sukcesu była raczej wujkowa, niż uniwersalna.

– Pani mi nie wmawia, że ja się pomyliłem, ja jestem inżynierem, ja się znam!

– Zadzwonię po syna, on wszystko wyjaśni – powiedziała ta bardziej lila, mniej pochylona.

Czekali więc w samochodzie. Po kwadransie jedna ze staruszek zapukała w szybę.

– Syn kończy zajęcia na studiach i już jedzie. Wszystko się wyjaśni. On wszystko wie, ma wszystkie papiery – dukała do szpary, którą udostępnił Wujek.

– Ja myślę!

Srebrna toyota hilux, wielki pikap, który sam mógłby służyć jako bunkier, zaparkowała przed volkswagenem Wujka równo pół godziny później. Z wypełnionego ludźmi samochodu wysiadł jedynie dwudziestoletni chłopak, niski, ale szeroki w barach, z łysą czaszką wypolerowaną na błysk i biżuterią to tu, to tam. Muminek z Wujkiem w pierwszym odruchu chcieli odjechać, bo wyglądało na to, że starsze panie zdobyły przewagę taktyczną, a element zaskoczenia znowu był po ich stronie.

Ale wąsy Wujka nie pozwoliły stchórzyć. Wysiedli z samochodu, w milczeniu próbując policzyć pasażerów toyoty – bezskutecznie, za dużo było w pick–upie kłębienia, a za mało światła wpadającego przez ciemne szyby. Podeszli do płotka, gdzie drżące staruszki, ściszonymi głosami streszczały sytuację łysemu chłopakowi. Muminek starał się jednocześnie schować za Wujkiem i wyglądać na groźnego, skutkiem czego nie był ani schowany, ani groźny.

– Spokojnie, pani Zofio, wszystko się wyjaśni – powiedział łysy do kobiet, a potem odwrócił się, składając ręce na piersi. Świecąca dresowa bluza trzeszcząc opięła obfite ramiona. – Mama mówi, że jest jakiś problem.

– No, to jest działka mojego chrześniaka, ja wiem, że się nią nie zajmował przez parę lat, ale to jeszcze nie powód… – Wujek podrapał się po głowie.

– Jest pan pewien?

– No, sam mu ją sprezentowałem, to wcześniej była moja działka. Pracownicza.

– Jest pan pewien?

– No, wprawdzie dawno tu nie byliśmy, ale przecież to nie jest tak, że działka przeniosła się na drugą stronę lasu, he, he, he.

– Jest pan pewien?

Młody człowiek, podobnie jak jego samochód, był nie do zatrzymania. Kobiety nic nie mówiły, wsłuchane w rozmowę i coraz bardziej pochylone. Wujek Muminka zebrał wszystkie siły, by ruszyć do zdecydowanego kontrataku.

– No, chyba tak.

– Bo tu są dwa takie miejsca, może coś panowie pomyliliście. Kościół można objechać z lewej, albo z prawej, pojechaliście w lewo, potem przez takie osiedle żółtych domków i wzdłuż szklarni, prawda? I tam przy szklarni, takiej wielkiej, zniszczonej, pojechaliście prosto, a trzeba było skręcić, dojechalibyście do Konwaliowej, może tam jest działka, której szukacie? Tutaj jest Sasanki, naprawdę łatwo pomylić, jeśli się tu nie bywa.

Z ruchów wąsów Muminek wyczytał, że Wujek zaczyna wierzyć w tę wersję.

– Dobrze, pojedziemy, sprawdzimy. Ale jeśli… – zaczął Wujek.

– Panowie. – Łysy objął ich ramionami i zaczął odprowadzać w stronę volkswagena. Nawet gdyby chcieli stawiać opór, to czuli, że zgniótłby ich jak winogrona. – Naprzeciwko kościoła jest kwiaciarnia, otwarta do szesnastej. Ja mam taką serdeczną prośbę, mama i jej przyjaciółka trochę się zdenerwowały, na pewno będzie im miło, jeśli wrócicie z kwiatami. Mama lubi irysy.

Otworzył drzwi samochodu i wepchnął wujka do środka.

– Życzę miłego dnia.

Muminek nie lubił być wpychany do czegokolwiek, uciekł więc do drzwi pasażera i schował się sam. Ale ciekawość zwyciężyła – wysiadł na chwilę i wychylił się nad dach.

– Przepraszam, chciałem tylko zapytać, co pan studiuje! – krzyknął do łysego, gdy ten żegnał się z mamą i panią Zofią.

Chłopak uśmiechnął się.

– Antropologię kulturową! – odkrzyknął, po czym przestał zwracać na Muminka uwagę.

Wujek odpalił silnik i pojechali według instrukcji łysego studenta, skręcając przy zniszczonej szklarni. Znaleźli chaszcze, opony i gruz.

W drodze powrotnej znowu nie rozmawiali, Muminek tylko raz spróbował zagaić.

– Wujku, chciałem zbudować schron na tej działce, może mógłbyś mi pomóc go zaprojektować, ja się na tym kompletnie nie znam.

– Nie wydurniaj się – odpowiedział Wujek, mocno ściskając kierownicę.

 

APOKALIPSA INSTANT

 

„Nieangażującą, rozsądnie płatną pracę dla studenta/studentki. Bardzo korzystny stosunek czas/pieniądze.100% legal. Zainteresowani proszeni są o kilka słów o sobie wraz numerem telefonu na mail…”.

Muminek wywiesił ogłoszenie na czterech wydziałach Uniwersytetu Warszawskiego. W jego własnych czasach studenckich każda złotówka wydawała się kwestią życia lub śmierci, spodziewał się więc kilkudziesięciu, może nawet kilkuset zgłoszeń. W tydzień przyszło sześć. Umówił spotkania co dwie godziny, wszystkie na jedną sobotę, w kawiarni na Powiślu. Na czas wolny między rozmowami zabrał wydrukowaną wersję internetowej strony „Dzikie rośliny jadalne w Polsce”.

10.00. „Dariusz Kowal, 32 lata, studiuję nauki polityczne, pracuję w gazetce pokładowej LOT–u, gdzie piszę artykuły po polsku i po angielsku. Czy to wystarczy za kilka słów o sobie? Poproszę o jakieś szczegóły dotyczące pracy”.

Spóźnił się niemal godzinę.

– Przepraszam najmocniej, przepraszam, wczoraj trochę z kolegami zapiliśmy, kurde, ale akcja – powiedział na dzień dobry, odwijając się z szalika. – Darek jestem.

– Proszę przypomnieć, ile pan ma lat? – zapytał Muminek, gdy wymienili uściski, a Darek powiesił płaszcz na oparciu krzesła. Kapelusza nie ściągnął.

– Za chwilę trzydzieści trzy. Symboliczne urodziny, niektórzy w tym wieku już zbawiali świat. Cóż, przynajmniej się staram – zarechotał.

Wyglądał na siedemnastolatka.

– No dobrze, więc tak. Praca, jak pisałem, jest dość dziwna. – Muminek na wszelki wypadek od razu przeszedł do sedna. – Ale prosta, łatwa i przyjemna. Musi mnie pan zaskoczyć telefonem. Po prostu zadzwonić do mnie, gdy nie będę się tego spodziewał.

– Słucham? – Darek wyglądał jednocześnie na zdziwionego i nienawykłego do zdziwień.

– Zadzwonić i powiedzieć „Koniec świata”. Widzi pan, przygotowuję się, to trochę dziwne, przygotowuję się na koniec świata. Apokalipsę. Zagładę. Katastrofę. I muszę sprawdzić, jak szybko jestem w stanie dostać się do safety zone. Miejsca, gdzie będę bezpieczny. W miarę. O tyle, o ile. I pana telefon właśnie miałby symulować koniec świata.

– Taaak…?

– Płacę sto złotych na starcie, dodatkowo sto złotych, jeśli będę trochę zaskoczony i jeszcze stówę, jeśli będę bardzo zaskoczony. Ale uprzedzam, że o tę trzecią stówę będzie trudno, bo staram się być ciągle przygotowany. I jeszcze jedna sprawa. W ciągu godziny od pierwszego telefonu będzie musiał pan wysłać esemesa, żeby dać mi znać, które drogi są zamknięte.

– A skąd będę to wiedział?

– Wymyśli pan. Mam opracowanych pięć dróg ewakuacji z miasta. Pan tylko pisze coś w stylu „zamknięte są drogi jeden, dwa i pięć”, a ja już będę wiedział co chodzi. Albo „zamknięte drogi od dwa do czterech”. Albo „wszystkie drogi przejezdne”. Będzie pan taką moją chałupniczą apokalipsą.

– A mogę napisać, że wszystkie drogi są zajęte?

– Zamknięte – poprawił Muminek. – Oczywiście, przecież tak się może zdarzyć. Oczekiwałbym od pana co najmniej dwóch alarmów w ciągu miesiąca. Musi pan złapać balans między liczbą telefonów, a szansą na to, że mnie pan zaskoczy, a w konsekwencji na większe dla pana pieniądze. Praca jak każda inna, musi się pan dokształcać. Na przykład największe prawdopodobieństwo ataku nuklearnego na Warszawę jest między siódmą rano, a południem. To oznacza, że wtedy będę się spodziewał telefonu. W nocy z kolei…

– Jesteś kumplem Daniela – przerwał Darek, kiwając głową.

– Słucham?

– Dobra, prawie się wam udało. Ale akcja. Niezłe jaja. Sprytne. Pozdrówa dla Daniela.

Darek wstał i zaczął zakładać płaszcz.

– Zastanowię się i odezwę w najbliższym czasie – powiedział jeszcze i wyszedł, trzęsąc się ze śmiechu i kręcąc z niedowierzaniem głową.

– To była moja kwestia – westchnął Muminek i zamówił kolejną kawę.

12.00. „Nazywam się Jaromir Grzegórz, jeśli chcą Państwo zatrudnić osobę pełną pomysłów, energii, która w latach dziewięćdziesiątych redagowała magazyn młodzieżowy TWISTER, współpracowała z TVP przy produkcji (wymyślanie koncepcji, scenariusze) programów dla dzieci, a także publikowała liczne artykuły o wspinaczce wysokogórskiej w dziesiątkach magazynów i gazet w całym kraju – jestem właściwą osobą. Mam dużą motywację do pracy, jestem rzetelny i pracowity, mam też dużą łatwość w wymyślaniu wierszowanych tytułów artykułów prasowych”.

Facet miał około sześćdziesiątki, niebieski bezrękawnik, wyłupiaste oczy i ani razu nie wspomniał, że jest studentem.

– Praca jest dość dziwna, ale prosta… – zaczął Muminek, ale się nie udało.

– Moja sytuacja życiowa jest bardzo trudna. Bardzo trudna. – Pan Jaromir nie chciał słuchać oferty. – W tej chwili muszę pić herbatę bardzo ostrożnie, żeby wyczuć, czy ktoś mi czegoś nie dosypał. Cały czas mam oczy dookoła głowy. Rozważam zatrudnienie ochroniarza. Jeszcze nie śpię z nożem pod poduszką, ale może niedługo będę musiał.

– Jakim nożem? – zapytał Muminek, a potem zadumał się nad sobą.

– Z żadnym – odpowiedział pan Jaromir. – Na razie. Opiekuję się chorym ojcem, a moja córka usiłuje mnie zamordować. Liczy, że odziedziczy mieszkanie. Mógłbym zażartować, że po moim trupie, ale sam pan rozumie.

– Rozumiem – pokiwał głową Muminek, choć nic nie rozumiał.

– W każdym razie w grę wchodzi praca tylko do trzech godzin dziennie – kontynuował pan Jaromir. – Ponieważ resztę czasu zajmuje mi opieka nad ojcem. Nie stać mnie, niestety, na pielęgniarkę, muszę sam go wozić do szpitala i z powrotem. W ogóle to nie mogę zbyt długo tutaj z panem siedzieć. Ale proszę zobaczyć…

Wyjął z plecaka gruby plik czasopism i rzucił na stolik z hukiem, niemal wylewając kawę na Muminka.

– To Twister z maja dziewięćdziesiątego czwartego. Wtedy zacząłem im pomagać. A tutaj z czerwca, pierwsza okładka, którą razem z nimi zrobiłem. Widać różnicę, prawda?

Numer majowy – Twister był chyba magazynem dla deskorolkowców – wyglądał jak miesięcznik branży funeralnej. Numer czerwcowy zaś – jak miesięcznik branży funeralnej po udanej wycieczce na Jamajkę. Czarne tło, na nim wielka kolorowa kula, wyglądająca trochę jak Jowisz, a trochę jak to, co zostałoby po wiadrze z wymiocinami po usunięciu wiadra. Obok kuli widniał młody chłopak o smutnym wyrazie twarzy, wygięty w efektownej ewolucji na deskorolce. Podpis pod tytułem magazynu: „Żyj kolorowo, będzie odlotowo”.

– Hę? Hę? – dopytywał pan Jaromir.

– Znakomite. I do rymu – wykrztusił w końcu Muminek.

Pan Jaromir pokazał mu jeszcze kilka swoich artykułów o wspinaczce. Muminek przejrzał je z uwagą, potem obiecał, że się odezwie. Podczas całego spotkania nie padło słowo o telefonie, safety zone, czy o apokalipsie. Pan Jaromir nie dopytywał.

14.00. Sandra. 16.00 Monika. Obie wysłały dwustronnicowe CV i listy motywacyjne, obie studiowały psychologię, obie ze średnią powyżej czterech i pół. Obie bardzo pewne siebie, w żakietach i z pomalowanymi paznokciami. Obu Muminek próbował rzeczowo wyjaśnić na czym ma polegać praca. Zareagowały różnie. Sandra wstała, zamachnęła się, jakby chciała go uderzyć, ale w końcu zrezygnowała z przemocy, porwała torebkę i wybiegła z kawiarni. Monika natomiast przerwała Muminkowi w połowie, stwierdziła, że jest bezczelny i powinien spotkać się ze specjalistą. Ale zamiast wyjść, zgromiła go wzrokiem i po chwili uzupełniła: że rozmawiała już z Sandrą – która bardzo płakała, czy on to rozumie? – wie o co chodzi, przemyślała sprawę i może się zgodzić na próbę na miesiąc za cztery tysiące, ale chce wolnych weekendów i nie życzy sobie żadnych świństw.

18.00. O osiemnastej miał przyjść student Międzywydziałowego Instytutu Studiów Humanistycznych, ambitny chłopak z, jak się wydawało przez telefon, dużym poczuciem humoru, ale tuż przed umówioną godziną wysłał esemesa, że właśnie dostał propozycję pracy w firmie ubezpieczeniowej i z żalem musi zrezygnować z oferty Muminka. Kelnerka od jakiegoś czasu nie pytała, czy coś jeszcze podać.

20.00 Pięć kaw huczało w głowie, planując dalsze podboje. Stos kartek z opisami dzikiego szczawiu, czosnku niedźwiedziego, ogórecznika lekarskiego i całej krajowej zieleniny jadalnej leżał rozrzucony na stoliku. Gdy przyszła ostatnia kandydatka – ruda, zielonooka, w płaszczu w kratkę, z frędzlowatą chustą na szyi i aparatem na zębach – tylko machnął ręką, co mogło oznaczać zarówno, żeby usiadła, jak i żeby się odczepiła.

Usiadła. Muminek nie pamiętał nic z jej zgłoszenia. Ani jak ma na imię, ani co studiuje, ani czy ma jakieś wymagania. Coś kojarzył, że sepleniła, gdy umawiali się przez telefon.

– Nic z tego nie będzie – powiedział, przecierając oczy. – Nie chce mi się gadać. Zaproponowałbym ci kawę, ale pomyślisz, że to tani podryw.

Pomilczeli chwilę, ona cały czas w chuście i płaszczu.

– Darek mówił mi o tobie. To musiał być ciężki dzień – odezwała się w końcu.

– Dość. Znasz Darka? Chyba nie jest zainteresowany pracą.

– Znajomy znajomych. Okej, powodzenia.

Wstała i wyszła. I to by było na tyle, zdążył jeszcze pomyśleć Muminek nim zapadł w stan, który zdarza się tylko, gdy apatia zmiesza się z kofeiną.

Minęło pięć minut, albo dwie godziny, gdy zadzwonił telefon. Odebrał, choć nie miał ochoty.

– Tak?

– Koniec świata. – Usłyszał w słuchawce sepleniący głos Rudej. – Zamknięte drogi dwa, trzy i pięć. Jutro wyślę ci numer konta.

Wybiegł z kawiarni jak szatan, zostawiając na stoliku niedopitą kawę i wszystkie papiery, a na krześle parę survivalowych rękawiczek z goretexu.

 

SKOKI NA BUNGEE

 

Roboty jak zwykle było na dwie godziny, ale dyżur trwał osiem. Muminek bardzo chciał, żeby pracę redaktora internetowego zaczęto traktować w firmie poważnie, ale wiedział, że byłoby to z gruntu nieuczciwe.

Wprawiał się więc w trudnej sztuce zabijania czasu. Wybrał nawet wariant dla zaawansowanych i ruszył w sieć na poszukiwanie czegoś ciekawego do poczytania.

„Innego końca świata nie będzie” – rozmowa z prawosławnym teologiem. „Innego końca świata nie będzie” – recenzja filmu. „Innego końca świata nie będzie” – artykuł o pięcioletnim kulturyście. „Innego końca świata nie będzie” – wywiad rzeka z filozofką. „Innego końca świata nie będzie” – piłkarz ściął włosy. „Innego końca świata nie będzie” – wystawa obrazów. „Innego końca świata nie będzie” – konkurs literacki. „Innego końca świata nie będzie” – japoński Freddie Mercury.

Dziennikarze najwyraźniej lubili takie tytuły. Muminek miał cichą nadzieję, że mimo wszystko będzie.

– Co będzie? – zapytał pan Kazimierz.

Było między nimi sporo sympatii. Pan Kazimierz cenił Muminka za to, że ten nauczył go, co to jest przeglądarka, jak sprawdzać pocztę, skąd się biorą blogi, a także – choć bardzo ogólnie – jak zmieniać rozmiar zdjęcia, żeby pasowało na stronę. Muminek lubił ciasta, które Pan Kazimierz przynosił do pracy. – Żona serdecznie pozdrawia i pyta jak zdrowie – ogłaszał siedemdziesięciolatek przed wyjęciem sernika lub strucli. Obaj nie lubili chłopaków z działu sportowego.

– Słucham? Przepraszam, chyba myślałem na głos.

– Nic nie szkodzi, chłopcze, nic nie szkodzi.

Siedzieli do siebie plecami w małym pokoiku na półpiętrze kamienicy przy Nowogrodzkiej, do której przeprowadzono redakcję ze znacznie droższego biurowca przy Alejach, w którym spędziła czasy niemowlęctwa. Publikowali teksty, redagowali stronę główną i na zmianę chodzili do redakcji papierowej prosić dziennikarzy, żeby napisali coś więcej, niż tylko to, za co płacono im w gazecie. Wizyty w tak zwanym Papierze uatrakcyjniały dzień, choć sensu nie miały żadnego – Muminka zbywano stanowczo, pana Kazimierza uprzejmie, ale o obu zapominano w momencie, gdy znikali za matowoszklanymi drzwiami prowadzącymi na klatkę schodową. Niektórzy dziennikarze dawali się namawiać na prowadzenie autorskich blogów z komentarzami do bieżących wydarzeń, zapału starczało im zwykle na miesiąc. Muminek mógł znaleźć lepszą pracę, mógł też gorszą.

Nikt nie pamiętał, w którym momencie historii w Gazecie Muminka pojawiła się trzyetatowa redakcja internetowa – za mała, żeby coś znaczyć, za duża, by ją zaorać. Muminek trafił do niej prosto z Pizzy Hut przez wieloetapową, tajną rekrutację, której mechanizmów nigdy nie zrozumiał. Pan Kazimierz był zesłańcem z redakcji papierowej, który z racji na wiek i dostojność pisał zbyt wolno i zbyt rozwlekle, więc przeniesiono go do internetu. Skąd się wzięła Buka, szefowa działu – nikt nie wiedział. Cała trójka czuła, że w którymś momencie skręcili w ślepą uliczkę medialnej ewolucji, każde mierzyło się z tym problemem w inny sposób.

Buka na przykład uważała się za eksperta od polskich komedii.

– Panie Kazimierzu, proszę podać klucze do kabiny.

Weszła do pokoju uśmiechnięta, trzydziestopięcioletnia, z niezapalonym papierosem w ręku.

– Jak tam, chłopaki? Wszystko nam wisi?

To też był żart. W Gazecie Muminka tekstów do internetu się nie wrzucało ani się ich nie publikowało. Teksty w internecie się wieszało. Muminek dawno przestał się dziwić swoim nawrotom depresji.

Pokiwali głowami i odwrócili się do ekranów.

– Bardzo dobrze, ja spadam, odwiozę Antka na basen, potem muszę wpaść na chwilę do stadniny. Wieczorem jeszcze zerknę i ogarnę z domu.

Wiedzieli, że nie zerknie i nie ogarnie. Większość czasu w pracy spędzała na stołówce, w kawiarni lub na papierosie, zawsze z koleżankami z marketingu. Większość, co nie znaczy dużo. Na Nowogrodzkiej pojawiała się tylko we wtorki, środy i czwartki, resztę dni spędzając na działce swojego przyjaciela, chłopaka, czy narzeczonego – Muminek się nie wyznawał – który uczył ją jeździć konno i skakać na bungee. Pan Kazimierz w zaskakującym przypływie poczucia humoru (innego końca świata nie będzie) zastanawiał się kiedyś, czy Buka skacze na bungee razem z końmi. Oczywiście nigdy by tak o niej nie powiedział – zawsze pani Agnieszka to, pani Agnieszka tamto, przepraszam pani Agnieszko, już się za to w tej chwili biorę.

Pracowała głównie z domu, na co pozwalała także swoim podwładnym, pod warunkiem, że najpierw odrobili pełen etat w redakcji.

Praca miała swoje plusy i minusy. Do minusów Muminek zaliczał uzyskaną na stołówce wiedzę, że żona pana Kazimierza nie żyła od kilku lat.

 

RUDA

 

Po dwóch miesiącach od spotkania w kawiarni zadzwonił do Rudej, żeby ją zwolnić.

– Czy robię coś źle? – zapytała.

Odpowiedział, że wręcz przeciwnie, raczej robi wszystko za dobrze, więc kosztuje go tysiąc dwieście złotych miesięcznie, co przy jego internetowej pensji jest nie do utrzymania.

Dobra była. Niemal za każdym razem telefon zaskakiwał go w wannie, bibliotece lub w innym miejscu, w którym na chwilę zapominał o Byciu Przygotowanym. Potrafiła zadzwonić dwa dni z rzędu, by potem przez trzy tygodnie się nie odzywać i znów wrócić do Muminkowej rzeczywistości w chwili, gdy nabrał już przekonania, że dała sobie z nią spokój. Na dodatek za każdym razem, Muminek podejrzewał, że złośliwie blokowała mu drogi numer dwa i pięć, co oznaczało szaleńczą jazdę rowerem przez Las Kabacki do Góry Kalwarii, a stamtąd dopiero do Wiązowny. To było co najmniej czterdzieści dodatkowych kilometrów, licząc w obie strony. Co prawda zmieniał się powoli – bardzo powoli – w mężczyznę silnego i wysportowanego, czyli w kogoś z Listy Tych, Którzy Dadzą Radę, ale w związku z tym w świecie preapokaliptycznym za bardzo musiał polegać na życzliwości pana Kazimierza i nieuwadze Buki.

– Mogę to robić za połowę tego, co dotychczas, póki się nie ogarniesz – zaproponowała Ruda.

Wyjaśnił jej, że połowa tego, co dotychczas, byłoby sumą odrobinę większą od tej, którą był gotów płacić od wielkiego dzwonu, zanim ją jeszcze zatrudnił. Wydawało mu się, że będzie bardziej przygotowany.

– To kiedy kończymy? Od razu?

Powiedział, że nie chce jej zostawiać na lodzie znienacka, więc, powiedzmy, do końca miesiąca.

– Okej. – Nie przejęła się utratą pracy. – Koniec świata, otwarta tylko piątka.

– Kurwa – zaklął Muminek, gdy się rozłączyła. Pan Kazimierz spojrzał zniesmaczony, ale widząc minę kolegi po piórze, machnął ręką na znak, że sobie poradzi.

 

PRZETRWANIE W TRZECH PROSTYCH KROKACH

 

Muminek próbował się przyzwyczaić do noszenia małej ładownicy cały czas przy sobie. Upchnął w niej czarną zapalniczkę zippo, o której nie pamiętał, skąd się wzięła, zapałki, aspirynę, paracetamol, węgiel, agrafki, 10 metrów linki, paczkę prezerwatyw, tabletki do uzdatniania wody, bandaż, dwie żyletki, trzy opatrunki, pięć woreczków foliowych, przybory do szycia, piłę drutową, haczyki, kompasik i sto złotych.

Nie było łatwo – czasem pamiętał o ładownicy, a zapominał o portfelu, czasem pamiętał o portfelu, a zapominał ładownicy. Kilkanaście razy pamiętał o portfelu i ładownicy, ale zapominał zamknąć mieszkania. Trzykrotnie wziął ze sobą wszystko łącznie z perfumami Żony, pięciokrotnie wszystkiego zapomniał.

Telefonem komórkowym już dawno przestał się przejmować. Raz był, raz go nie było, życie toczyło się bez przeszkód.

W mieszkaniu trzymał znacznie większy, nienaruszalny zestaw na czas Wielkiej Próby. Do plecaka, kupionego za pół pensji, upchnął znacznie więcej wszystkiego, w tym latarkę, folię NRC, ultralekki śpiwór, dwa komplety bielizny termicznej, płachtę przeciwdeszczową, menażkę, dwa litry wody na dobry początek, szczoteczkę i pastę do zębów, nić dentystyczną, mydło, krem przeciwsłoneczny, kilogram soli, sole mineralne, sztućce, multitool, batony energetyczne, apteczkę z listą dat ważności, taśmę klejącą, notatnik z dwoma długopisami, spray przeciw komarom, dwie ścierki, kapelusz, krzesiwo, mapę i lusterko. Do plecaka przytroczył Fallknivena, całoroczną pompowaną karimatę i lekki jednoosobowy tunelonamiot. Raz w tygodniu wszystko rozpakowywał i zapakowywał z powrotem. Któregoś dnia spróbował to zrobić z zawiązanymi oczami, ale w tym momencie do pokoju weszła Żona Muminka i wybuchnęła śmiechem.

Za każdym razem, gdy brał do ręki krzesiwo, uświadamiał sobie, że nie ma pojęcia, co się z nim robi, żeby rozpalić ogień.

Do korkowej tablicy przy biurku w pracy przyczepił sporą płachtę białego papieru, na której narysował od linijki wielki prostokąt, podzielony prostopadłymi liniami na cztery równe części. Zdarzało mu się wpatrywać w ten rysunek bez ruchu przez kwadrans, z czasem dorysował też kilka innych figur geometrycznych. Pan Kazimierz podejrzewał, że to jakiś patriotyczny manifest, a Buka, zwykle skora do zarzucania innym obijactwa, przymykała oko na chwile próżnicy, zakładając, że każdy musi mieć jakieś hobby, tak jak ona miała skoki na bungee i konie. Oboje nie domyślali się, że na kartce widniał wstępny projekt zagospodarowania czterech kontenerów mieszkalnych, które Muminek zamierzał wkopać w ziemię na działce w Wiązownie i zalać betonem, dobudowując wcześniej z cegieł wyjście kominowe od strony południowej.

Muminek miał sprzęt, rosła w nim wola przetrwania, wiedzę książka po książce zdobywał. Brakowało jedynie treningu.

 

CRO-MAGNON

 

„Muminku, bardzo się cieszę, że do mnie napisałeś. Sądząc po Twoim mailu ludzie tacy, jak ty, to jednostki ponadprzeciętne, które są w stanie do czegoś dążyć i coś osiągnąć. Reszta populacji to tylko stado bezmózgich jełopów. Jak dla mnie przedstawiasz dużą wartość. Moglibyśmy współpracować razem w zakresie naszych pobudek.

Krótko o mnie. Jestem Włodek. Jestem prepersem od końca lat 80–tych już ubiegłego wieku (cholera, jak ten czas szybko leci) – czyli sam początek tematu w Polsce. Jestem z Gorzowa, i miałem okazję współdziałać z gorzowskimi legendami, takimi jak Miazga, Szatan, Czerwony. Gdyby te ksywy ci nic nie mówiły, to wspomnę tylko najbardziej godnego uwagi z nich gościa – Miazgę. Jego prawdziwe NAME: Arek Milewicz, twórca prepersowego systemu Break Point. Tak poza tym to mój kumpel z czasów, kiedy razem jeszcze chodziliśmy do szkoły podstawowej, harcerstwa, a później – oczywiście – wspólne wyjazdy w teren.

Ponieważ tematem zainteresowałem się jeszcze za szczeniaka, dlatego dość szybko zrobiłem się dość wybredny pod względem doboru jakości treningu. Nie bez znaczenia było też harcerstwo; wyjazdy, terenówki itp. – wszystko to szlifowało nasze umiejętności i pomysłowość.

No cóż… Nastały lata dziewięćdziesiąte, a wraz z nimi pojawiło się wybitnie komercyjne wybitne gówno. Za takie gówno uważam między innymi "Survival od podstaw" i całą szkołę Kropeckiego. Sam pomysł wcale nie był zły. Jednak zostało z tego zrobione zwykłe gówno, ponieważ celem autora było przede wszystkim robienie na tym szmalu. Zresztą jesteś na tyle spostrzegawczy, że powinieneś to już dawno temu zauważyć.

To mniej więcej tyle, co zamierzałem ci powiedzieć o mojej przeszłości. Twoje obserwacje mnie nie zainteresowały, ponieważ są to rzeczy od dawna już mi znane. Natomiast twoim listem moją uwagę zwróciłeś ty sam. W związku z tym chciałbym się na twój temat coś niecoś dowiedzieć.

Sądząc po stylu pisania lubisz zagadnienia psychologiczne survivalu, a szczególnie ciekawi cię, jak będą reagować ludzie uczestniczący w takich "rozgrywkach". Jednak to nie jest istotne. W rzeczywistości wpuszczasz ludzi w to psychologiczne szambo, a to, co najbardziej cię rajcuje, to przyglądanie się, jak im coś w psychice zaczyna się pierdolić, i jak dostają świra.

Co – nie zauważyłeś, że ludzie mają bardzo słabą psychikę? Czy raczej zgrywasz głupka, sadysto? Za czasów PRL–u to chociaż ludziska potrafili mieć jakąś godność, a i przy tym potrafili być wyjątkowymi skurwielami. A dzisiaj co? Tylko samoponiżenie…

Mnie takie zabawy też kiedyś rajcowały, a bawiłem się w te rzeczy, gdy miałem lat naście i jeszcze chodziłem do szkoły podstawowej (razem z Miazgą). Jednak bardzo szybko zorientowałem się, że ludzie to stado psychicznie na nic nieodpornych idiotów. Wynik tych zabaw kończył się zawsze tak samo – ktoś dostawał zajoba. No i ze względu na ciągłe osiąganie tego samego rezultatu, zabawy te znudziły mi się. A ty, masochisto, jak długo zamierzasz podniecać się tym samym wynikiem? Co do mnie, gdy mi się te zagrywki znudziły, stwierdziłem, że stać mnie na ogromnie o wiele więcej. Survival dał mi bardzo wiele możliwości.

Ale do rzeczy – pytasz o trening. Mam dla ciebie dwie propozycje na początek. Pierwsza nazywa się WIELBŁĄD. Weź wszystko, co powinieneś wziąć ze sobą na wyprawę, jakiś kijek w łapę i idź się przejść. 100 kilometrów w dwadzieścia cztery godziny. Kierunek dowolny, byle nie w nowych butach, bo cię obetrą. 100 kilo to nie tak dużo, jak się wydaje, na początek wystarczająco, żeby poczuć i się sprawdzić, ale nie wykończyć. Pobędziesz trochę sam, zobaczysz jak reagujesz na taką sytuację. Czy nie dopadną cię demony. Zrób to kilka razy. Za każdym razem – 24h, 100 kilometrów, inny kierunek.

Druga propozycja to CRO-MAGNON. Potrzebujesz jedynie kąpielówek, pudełka z trzema zapałkami i noża. Wyjedź kawałek za miasto, do jakiegoś lasu i przez trzy dni postaraj się nie spotkać żadnego człowieka, nie korzystaj też z niczego, co wyprodukowali inni. Domków, kanalizacji, dróg, mostów, czegokolwiek. Gdzieś w okolicy Warszawy powinieneś znaleźć odpowiednie miejsce, a jak nie, to przejedź się na Podlasie, albo – oczywiście – w Bieszczady. Ja nie jeżdżę w Bieszczady, bo z Gorzowa za daleko. Coś znajdziesz. Za pierwszym razem ci się nie uda, nie przejmuj się, odczekaj dwa tygodnie i znowu. Oczywiście na początku poczekaj na lato.

Będziesz jak ten gość, co trenował biegi w ołowianych wkładkach, a potem zapierdalał w maratonach. Jeśli dasz radę bez sprzętu, ze sprzętem będzie ci tylko łatwiej. Będziesz gotów, żeby przetrwać wszystko. Będziesz jak karaluch.

Niestety, na pewno problemem w naszej współpracy będzie odległość, nie jesteś z Gorzowa. Ale przynajmniej możemy korespondować i dzięki temu wymieniać jakieś informacje, spostrzeżenia, czy nawet doświadczenia. Oprócz psychologii i survivalu interesuje mnie również magia. W zasadzie to zainteresowanie magią przyczyniło się do tego, że tak bardzo interesuję się psychologią. Ale to powieść na kiedy indziej. O istniejącym świecie mogę powiedzieć tyle, że bardzo to przypomina filmowy Matrix.

Czekam na twoją reakcję.

Włodek”.

Muminek wziął tydzień urlopu, zamknął się w mieszkaniu i przez cały ten czas nie zbliżał się do komputera.

 

HERBATA BŁYSKAWICZNA

 

Ostatnie minuty przed dyżurem w pracy Muminek spędzał na zalanym jaskrawym lipcem Placu Defilad, na ławce przy kinach, razem z tomem „Pierwszej pomocy przedmedycznej”. Najbardziej pociągała go tracheotomia. Zastanawiał się, czy byłby w stanie ją przeprowadzić bez zamordowania poszkodowanego. Filmiki z internetu sugerowały, że wszystko jest do zrobienia.

Ławka była szeroka i właśnie dlatego Muminek cieszył się, że ma ją tylko dla siebie. Siedział po jednej stronie, ale w każdej chwili mógł się przesiąść na drugą. Albo na środek. Albo się położyć. Gdyby ławka była całym światem, świat stałby przed Muminkiem otworem.

I oczywiście ktoś się dosiadł. Osiem wolnych ławek w pobliżu, a gość akurat potrzebował towarzystwa. Muminek lubił się dzielić, ale nie tym, co miał, dlatego na „dzień dobry” odburknął półgębkiem bez kiwnięcia głową, wpatrzony w obrazek z tchawicą.

Ale zaraz, zaraz – dzień dobry? Obcemu człowiekowi? W Warszawie? To nie było coś, co można po prostu zlekceważyć.

– Dzień dobry – odpowiedział, jednak między przywitaniem a odpowiedzią minęło zbyt wiele czasu, żeby facet uchwycił ciąg przyczynowo-skutkowy.

– O, dzień dobry! – Mężczyzna jakby nie pamiętał, że sam zaczął rozmowę. Ucieszył się więc nowym początkiem znajomości i przeczesał palcami rzadkie włosy. – Ciekawa książka?

– Praktyczna.

Gość, w taniej marynarce i wytartych spodniach od innego garnituru, zdecydowanie za ciepło ubrany, jak na lipcowy skwar, siedział wyprostowany, z plecakiem na kolanach. Gdyby plecak był choć odrobinę mniejszy, trzeba by było zakwalifikować go jako kobiecy, ale w tym rozmiarze pozostawiał jeszcze margines na interpretacje.

Muminek ułatwił facetowi zerknięcie na tytuł.

– Jest pan lekarzem? Oj, głupie pytanie, nie musiałby pan czytać, wszystko byłoby już w głowie. To co, zagramy?

Zaskoczony Muminek usłyszał znak interpunkcyjny na końcu ostatniego zdania, ale nie udało mu się skojarzyć, że oznaczał pytanie. Zresztą facet już rozkładał pionki na wyciągniętej z plecaka magnetycznej szachownicy. Po chwili wystawił zaciśnięte pięści w stronę Muminka. Muminek klepnął, wylosował białe.

– O herbatę? – zapytał jeszcze szachista przed pierwszym ruchem. Muminek znowu usłyszał znak zapytania, ale znowu nie zrozumiał i tylko kiwnął głową.

Partia mknęła bez oporów. Muminek znał zasady gry, umiał rozegrać jedną czy dwie końcówki, a nawet gotów był do poświęcenia figury w zamian za przewagę w centrum, ale na tym jego szachowa wiedza się kończyła. Cieszyła go beztroska kolejnych ruchów. Rywal grał szybko, bez przerwy na zastanawianie czy na milczenie.

– O, tu mnie masz. No to jestem w tarapatach. Tego się nie spodziewałem. Piękne posunięcie, z wykrzyknikiem, z wykrzyknikiem. Roszadka, oczywiście. Na ha cztery go, jasne. Prosta sprawa, nie zauważyłem. Aj, szkoda królówki. Szach. Już po mnie. Dokąd uciekać? Szach. To z drugiej go. Na pewno? Chyba tak. Szach. A ty gdzie? Szach mat, dziękuję bardzo, dobra partia.

Siedemnaście ruchów. Uścisnęli spocone dłonie.

– Należy się dyszka. Dziękuję. – Schował dwie monety do kieszeni, pionki do szachownicy, a szachownicę do plecaczka. Otarł pot wyjętą z kieszeni marynarki bawełnianą chusteczką. – Oj, przepraszam, rewanżyk?

Muminek nie miał przy sobie więcej pieniędzy, grzecznie odmówił. Mężczyzna nie nalegał.

– Ładnie dziś, prawda? W klubie grają po stówce albo dwie za partię, ale to nie dla mnie. Młodzi są, to szaleją. O herbatę, tak się powinno grać. Do widzenia, miłego dnia życzę.

Ukłonił się, założył plecak i odszedł.

Muminek nie rozpaczał za dychą, nie był głodny. Wrócił do tracheotomii. Czy można ją przeprowadzić na sobie?

Podręcznik twierdził, że nie.

 

PRZEBIEGUNOWANIE

 

Przez ponad rok codziennie wyobrażał sobie, że świat wkrótce się skończy. Oswajał tę myśl dzień po dniu, dokonując niemałego wysiłku, by czuć się Przygotowanym. Podobnie jak niegdyś wiarę w nierozerwalność małżeństwa, teraz pielęgnował w sobie nadzieję, że jeśli będzie miał choćby najmniejszą szansę na przetrwanie, to ją dostrzeże i wykorzysta.

Aż którejś niedzieli, kilka tygodni po corocznej Nocy Mgły, gdy mył zęby, patrząc przez przymknięte powieki na rozmazane w lustrze odbicie i próbując rozpuścić niezdrowego kaca w wilgoci zaparowanej łazienki, ku własnemu zaskoczeniu zaczął sobie wyobrażać, że świat jednak będzie trwał.

Miało być pięknie, apokaliptycznie i ostatecznie. Ale co, jeśli nie?

Miesiącami przyzwyczajał się do myśli, że wszystko spłonie, utonie albo zostanie zjedzone. Bardzo się bał. Lęk bywał paraliżujący, ale częściej mobilizował, dzięki czemu Muminek wiedział, że jest prawdziwy. Wcześniej niewiele było w nim emocji, które po chwilowej ekscytacji nie kończyły się odrętwieniem, dlatego gdy pojawiło się coś tak poruszającego, jak strach przed apokalipsą, chwycił się go pazurami i nie odpuszczał. Starał się.

Strach był ważny, więc gdy Muminek krwawiąc z dziąseł zorientował się, że już się nie boi – spanikował. Szczoteczka utknęła między policzkiem a zębami, a ból głowy urządził kolejną zbrojną wycieczkę na płaty czołowe.

Muminek przeszedł długą drogę przez ostatni rok i nie miał ochoty wracać.

Nigdy nie szukał pocieszenia w religii, nie uciekał w mistycyzm, nie liczył na życie wieczne ani na wyzwolenie przez katastrofę. Nie wierzył w małe apokalipsy, nie traktował poważnie wszystkich końców świata, które zdarzały się ludziom codziennie. Bał się wielkiej, kosmicznej lub choćby planetarnej katastrofy i jedyne czego chciał, to sobie z nią poradzić i przetrwać. Przez ponad rok oswajał ten strach, aż w końcu zagłaskał go na śmierć.

– Tego nie przewidziałem – mruknął, spluwając do umywalki.

 

CZARNE VOLVO

 

Tak naprawdę nie życzył nikomu źle, dlatego nigdy do końca nie zrozumiał, dlaczego kierowca czarnego volvo chciał go rozjechać, gdy zjeżdżali z ronda Jazdy Polskiej, przy Polu Mokotowskim.

W ogóle wielu rzeczom w całej tej sprawie się dziwił. Dlaczego na przykład nikt, żaden kierowca, przechodzień ani rowerzysta nie zwrócił uwagi, gdy volvo po dwóch nieudanych próbach trafiło go prawym błotnikiem, wystrzeliwując razem z rowerem na chodnik przy przystanku? To nie była znieczulica, po prostu, nieprawdopodobne, nikt nic nie zauważył.

Nie rozumiał też, dlaczego się nie zdenerwował. W pierwszych sekundach, gdy próbował zorientować się, gdzie jest góra, gdzie dół, i co to za miasto, podejrzewał nawet, że sam jechał nieostrożnie i niechcący wjechał samochodowi przed maskę.

Zaskoczył go ciepły głos w słuchawce, gdy zadzwonił na numer alarmowy. Operatorka poprosiła, żeby podał numery rejestracyjne volvo, póki pamięta, żeby patrole mogły zacząć poszukiwania. Nie pamiętał. Odpowiedziała, że nie szkodzi, to się zdarza, człowiek w takich sytuacjach martwi się przede wszystkim o siebie, a nie o szczegóły. Zasugerowała, żeby – jeśli jest w stanie – zamiast czekać na radiowóz na miejscu, po prostu poszedł na najbliższy komisariat i tam zgłosił zdarzenie, bo tak będzie znacznie szybciej.

Zadzwonił do Żony. Nie odbierała. Zadzwonił do redakcji. Pan Kazimierz nie odbierał. Zadzwonił do Rudej.

– Cześć, właśnie się do mnie nie dodzwoniłeś, możesz zostawić wiadomość, ale niczego nie obiecuję.

Wreszcie zadzwonił do Palmy, rastakolegi ze studiów, który w wieku trzydziestu lat ściął dready, wyprowadził się ze skłotu i został kontrolerem lotów na Okęciu. Palma odebrał, ale jeszcze bardziej zaskakująca była jego reakcja.

– Co to był za samochód? Poczekaj na mnie chwilę.

Na komisariacie Muminek zdziwił się, że dyżurny policjant nie jest tak miły jak dyżurna operatorka.

– Niech się pan nie wygłupia, przecież nie zrobię z tego usiłowania zabójstwa.

Gdy Palma przyjechał – rowerem, bo nie wszystko z dawnych czasów w nim umarło – znalazł Muminka na murku przy zejściu do stacji metra. Muminek siedział po stronie schodów, wpatrzony w przejeżdżające samochody, z nogami na barierce, ignorując krzyczącą na niego emerytkę. Palma wziął siwą panią pod rękę i sprowadził kilka stopni w dół.

– Kolega miał wypadek, pani pozwoli.

Potem przepytał Muminka – co się stało, gdzie boli, co ze sprzętem.

– Masz świadków? Nie? To dół.

Obfotografował komórką zniszczony rower i wraz ze swoim przypiął do znaku drogowego. Potem ściągnął Muminka z murku i zaprowadził na Marszałkowską do szpitala.

– Nieprawdopodobne – stwierdził, gdy czekali na prześwietlenie.

– Za trzecim razem, czujesz? – Muminek był cały czas zdziwiony. – Dogonił mnie kilkadziesiąt metrów za rondem i zaczął krzyczeć. Ja nic. Więc podjechał do mnie na milimetry. Trochę zwolniłem, ale dalej nic. Odbił w lewo, potem gwałtownie w prawo, nie trafił, więc jeszcze raz, znowu nie trafił, wreszcie przyhamował, wycelował i przypieprzył. Uwierzyłbyś?

– Kryminał.

– Co z rowerem?

– Złożymy ci nowy. Widelec, obręcze, support, wszystko do wyrzucenia. Rama chyba też, ale się nie przyglądałem. Mam fajne ostre do opędzlowania, wyślę ci zdjęcia.

– Dzięki.

– Żaden problem.

– Naprawdę dzięki.

– Naprawdę żaden problem.

 

PIWO, DWA RAZY

 

Umówili się na piwo dwa tygodnie później, żeby uczcić półmetek zwolnienia lekarskiego. Muminek zamówił colę, Palma herbatę i ciastko z orzechami.

Najpierw rozmawiali o niczym.

– Jak się czujesz? – spytał Palma.

– Trochę obolały jeszcze, ale dziękuję, powoli i idzie ku lepszemu. – Muminek z grymasem na twarzy poruszył lewym barkiem na znak, że rzeczywiście powoli.

– Ale ja nie o tym. Pytam, jak się czujesz?

– No to ci tłumaczę…

– A ja ci mówię, że nie o to pytam.

– To o co pytasz?

– Pytam, jak się czujesz.

Muminek zamieszał słomką kostki lodu w szklance.

– Czuję. Się. Raczej. Dobrze.

– Tak samo?

– Wiesz co? Muszę lecieć, mam umówione spotkanie na rogu Jerozolimskich i Niepojebanych Rozmówców.

– Skoncentruj się. – Palma wyostrzył kurs. – Pytam, czy czujesz się tak samo, jak przed wypadkiem. Ktoś próbował cię zabić i jestem ciekaw, bo zawsze mi się wydawało, że po takim czymś człowiek wychodzi jakoś odmieniony. Albo przynajmniej jest taka ewentualność, że wychodzi. Mnie nigdy nikt nie próbował zabić, więc nie wiem. Żadnych objawień? Żadnego nowego sensu? Spotkałeś Pana?

– On nie chciał mnie zabić.

– A co chciał?

Palma czekał na odpowiedź z uniesionymi brwiami, a jego ręce zastygły w szerokim geście, który nie pozostawiał wątpliwości – nie odpuści.

– Nie wiem. Może. Nie zastanawiałem się nad tym. – Muminek spojrzał na stolik obok, przyprawy i brudny talerz z kawałkiem szpinakowej tarty.

– Gdyby wyciągnął pistolet i strzelił do ciebie, ale tylko drasnął, to co byś pomyślał? Powierzchowna rana? – nalegał Palma.

– Wydaje mi się, że zajechałem mu drogę, jak zjeżdżaliśmy z ronda.

Palma pokręcił głową.

– Chodzi mi o to, że nie jestem bez winy – kontynuował Muminek, wciąż unikając patrzenia na wprost. Podparł czoło ręką, przysłaniając oczy.

– Rozumiem. A tak zmieniając temat, mój sąsiad ma psa i ten pies strasznie wyje w nocy. Zastrzeliłem obu. Wiesz, nie byli bez winy.

– Przestań.

– Koleżanka z pracy śmierdzi szlugami. Przetrąciłem jej kolana.

– Palma…

– Gość na ulicy gwizdał Budkę Suflera, dostał w ryj. Kurwa, człowieku, weź się ogarnij!

Krew na sekundę zawrzała Muminkowi mu w żyłach, ale od razu wystygła, jak ścięta nagłym mrozem. Został tylko ból w skroniach.

Pomilczeli kilka minut.

– Co byś zrobił, gdybyś gościa spotkał? Tego z volvo?

– Nie wiem. Ja się nawet nie zdenerwowałem. Facet na kilka sekund odleciał. Road rage. Zdarza się. Mógłbym go obrzucić pomidorami. Albo nieprzyzwoitymi słowami. I jego matkę. Babcię, kogo wymyślisz. Mógłbym porysować mu lakier, ale i tak ma porysowany. Urwałbym mu lusterko. Albo oba. Albo żadnego. Nic do niego nie mam. Może mu przykro, może miał ciężki dzień. Jakbym miał świadków, to poszedłbym na policję. Ale nie mam. Ja pierdolę, nic bym nie zrobił. – Przykurczonymi ruchami dłoni Muminek próbował nadać sens wątpliwościom. Jego głos nie cichł, choć w każdej chwili mógłby.

– To ci powiem tylko tyle, że go znaleźli. – Palma dopił swoją kawę, patrząc prosto w oczy Muminka, który w jednej chwili otrzeźwiał, potrząsając głową.

– Kogo? Kto?

– Gościa z volvo. Znaleźli go. Miki i Jeebus.

– Kto to, do cholery, jest Miki i Jeebus?

– Pytasz się, kto znalazł gościa z volvo. To ci odpowiadam – Miki i Jeebus. Nie pytaj się, co to za goście. Miki i Jeebus to Miki i Jeebus.

– Ale dlaczego go znaleźli?

– Bo są dobrzy w szukaniu. Zadzwoniłeś do mnie po wypadku, a ja zadzwoniłem do Mikiego i Jeebusa. Miki i Jeebus się ogarnęli w sekundę i znaleźli gościa w korku na Puławskiej parę minut później. Skręcał właśnie w Dolną. Czarne volvo, pokiereszowany błotnik, naderwane lusterko. Nie do podrobienia.

– O kurde. I co?

– Pojeździli za nim cały dzień i następny. Na zmianę, raz Miki, raz Jeebus. Wiedzą gdzie mieszka, wiedzą gdzie pracuje.

– Nie prosiłem ich o to.

– Robią to z innych powodów.

– Ciebie też nie prosiłem.

– Ja też mam swoje powody. Stary, zrozum, to jest wojna. Każdego dnia, na każdej ulicy. Wierzysz, że tak nie jest, ale to bez znaczenia. Jesteś cywilną ofiarą. Nic byś nie zrobił, mówisz, i ja to rozumiem. Ale to nie zmienia dwóch faktów. Po pierwsze facet w samochodzie chciał cię rozjechać tylko dlatego, że jechałeś po tej samej drodze, co on. To wymaga reakcji. Po drugie, nic nie musisz z tym robić, bo są ludzie, którzy zrobią co należy za ciebie. Miki i Jeebus.

– Palma, w co ty mnie wkręcasz?

– Absolutnie w nic. Ty już nie masz z tym nic wspólnego. Nie przejmuj się, mówię ci o sprawie, bo może chciałbyś wiedzieć.

– Może bym nie chciał.

– Za późno.

Podczas gdy większość znajomych Muminka ze studiów we wszelkich dyskusjach – zarówno w salach akademickich, jak i w zadymionych piwnicach i mieszkaniach – stosowała regułę Trzech I, na którą składały się Ignorancja, Intuicje i Inwektywy, Palma lubił słuchać nie tylko po to, żeby popisać się ciętą ripostą. I za to Muminek go polubił, od razu na pierwszym roku. Czasem Palma zadawał pytania zaczynające się od „dlaczego, panie profesorze”, lub „szanowni, a po co”, a kończące niezręczną ciszą, gdy wszyscy, łącznie z wykładowcami, zastanawiali się, czemu takie postawienie sprawy im nie przyszło wcześniej do głowy. Niektórzy posądzali go o tanie szołmeństwo, ale Muminek wiedział, że w tych pytaniach była wyłącznie autentyczna ciekawość świata i próba zrozumienia, jak sprawy wyglądają. Palma naprawdę chciał odpowiedzi.

Gdy Muminek usłyszał od wspólnych znajomych, że Palma porzucił wagabundztwo na rzecz pracy w lotnictwie, pierwsza rzecz jaka przyszła mu do głowy, to nadzieja, że odpowiedzi się znalazły. W tym czasie ich studencka przyjaźń mocno już zwietrzała, ale spotykali się raz na kilka miesięcy, żeby pogadać o rowerach. Palma był dla Muminka dealerem wiadomości ze świata warszawskich bikepolowców i kurierów.

– I co mu zrobią? – zapytał Muminek, wracając do rozmowy po kolejnych kilku minutach ciszy.

– Pytasz czy upierdolą mu głowę i naszczają do szyi? Bez obaw. – Palma robił dziwne miny, wygrzebując językiem migdały spomiędzy zębów. – Miki i Jeebus wyrzekli się przemocy, choć przemoc jeszcze nie wyrzekła się ich. Przez ostatnie dwa tygodnie gość potrącił pięciu kolejnych rowerzystów.

– Że co?! To jakiś wariat? Poluje na nich?

– Nie, to oni polują na niego.

 

MIEJSKIE KOMANDO

 

Metoda Mikiego i Jeebusa była ordynarnie prosta. Najpierw ustalili, na jakich trasach najczęściej można spotkać kierowcę czarnego volvo. Mieszkał w Wilanowie, pracował w Pałacu Kultury, pracę kończył o osiemnastej, czasem w ciągu dnia jechał na Grochów, w okolice dawnego kina 1 Maja.

W drugim etapie Miki i Jeebus całkowicie zgodnie z przepisami zaczęli wjeżdżać mu pod koła, zawsze dbając o odpowiednią liczbę świadków.

Pierwszy zaczął Jeebus – przy wyjeździe z parkingu na Świętokrzyską ruszył z chodnika tuż przed volvo, a kilkadziesiąt metrów dalej, przy samym przystanku autobusowym nagle zatrzymał rower w miejscu. Volvo najechało mu tylko na tylne koło. Nieżyczliwi mogliby stwierdzić, że upadek rowerzysty był odrobinę zbyt teatralny.

W korku kierowca volvo nie miał jak uciec, zresztą nawet nie próbował. Wyskoczył z samochodu i podbiegł do Jeebusa z krzykiem i wyzwiskami – czterdziestoletni, pulchny blondyn ścięty na jeża, w błękitnej koszuli z kołnierzykiem, z identyfikatorem na szyi. Jeebus spokojnie wstał, otrzepał się, wyciągnął komórkę i zadzwonił po policję. Awanturę z blondynem zostawił rękom i gardłom ludzi z przystanku.

Miki dopadł volvo w podobny sposób następnego dnia rano, na skrzyżowaniu Wiertniczej i Augustówki. Scenariusz powtórzył się niemal dokładnie taki sam, choć wyzwisk blondyna było już znacznie mniej.

I potem jeszcze trzy razy – na parkingu centrum handlowego na Sadybie, przy kompresorze na praskiej stacji benzynowej, wreszcie na drodze dla rowerów przy Puławskiej. Myśliwymi byli dziewczyna Mikiego, brat Jeebusa i znajomy kurier. Blondyn pękł za czwartym razem, płakał i przepraszał niemal na kolanach. ale nie odpuścili. W dwa tygodnie zebrali mu wystarczającą liczbę punktów, żeby zatrzymano mu prawo jazdy. Zaczął jeździć autobusami i zrezygnował z wycieczek na Grochów. Wciąż go pilnowali na wypadek, gdyby chciał wrócić do volvo choćby na krótką przejażdżkę.

Muminek słuchał, ale nie wierzył własnym uszom.

– Tylko sza, Muminku – zastrzegł Palma. – Opowiadam ci to wszystko, bo od ciebie się zaczęło i masz prawo wiedzieć. Ale jak zaczniesz kłapać dziobem, będziemy musieli cię zastrzelić.

 

NOWY ROWER

 

Palma zadzwonił tydzień później, potem wysłał esemesa, a na koniec jeszcze maila. Muminek nie odpowiadał, a nowy rower kupił zupełnie samodzielnie na giełdzie w Słomczynie.

 

WŁÓCZYKIJ

 

Zadzwoniła Ruda i zapytała, czy Muminek potrzebuje pracy.

– Co? – zdziwił się, zeskakując po trzy schodki w szalonym pędzie na dół kamienicy.

Powtórzyła. Muminek zatrzymał się przy recepcji, bo zrozumiał przynajmniej tyle, że przecież zwolnił Rudą kilka miesięcy wcześniej. Co nie znaczy, że zrozumiał wszystko.

– Co?

Wyjeżdżała na miesiąc do Holandii i potrzebowała kogoś, kto zająłby się jej kotem. A ponieważ chodziło naprawdę o cały miesiąc, nie chciała polegać na niczyjej życzliwości. Chciała płacić i wymagać.

– Poszukam kogoś – odpowiedział, a po powrocie na górę do internetowej redakcyjnej pakamery rąbnął się w łeb i oddzwonił.

– Tak, nakarmię ci kota. Kiedy?

Rudej przed jej wyjazdem nawet nie zobaczył – klucze przekazała mu przez ochroniarzy w redakcji, bo akurat przez pięć minut miał rzeczywiście pilny tekst do powieszenia i nie mógł do niej zejść. Instrukcję obsługi kota zostawiła na biurku. Kot był szaroniebieski i z rodowodem, z rasy której protoplaście ktoś znienacka zamknął drzwi przed nosem. Nazywał się Włóczykij, trochę na złość, bo Ruda mieszkała w kawalerce na czwartym piętrze żoliborskiej kamienicy i nie wypuszczała go na zewnątrz.

Instrukcja była prosta, choć zdaniem Muminka za długa. Kota należało karmić co najmniej raz dziennie, z dyspensą na trzy dwudniowe przerwy w ciągu miesiąca, ale w takich wypadkach trzeba było zostawić podwójną porcję. Dostęp do świeżej wody musiał mieć ciągły i niezakłócony. Kuwetę Ruda sugerowała czyścić nie częściej niż raz na trzy dni, nie rzadziej niż raz na tydzień, a czesać – uwaga na kołtuny, bo boli, zarówno kota, jak i czeszącego – co dziesięć dni. Kluczowe było zostawianie otwartych drzwi do łazienki.

Muminek dorzucił Rudej podlewanie kwiatów gratis.

Włóczykij, jak na rasowego kota przystało, był tępawy. Gdy szedł przed siebie, można było go podnieść, odwrócić o sto osiemdziesiąt stopni – w tym czasie wciąż przebierał nogami – i postawić z powrotem na podłodze, by dalej szedł bez zawahania w nowym kierunku. Do tego lubił stawać blisko ściany, tyłem do pokoju – z jego płaskim pyszczkiem oznaczało to naprawdę blisko – by miauczeć przez kwadrans. Ale miał również zalety. Nie szalał po mieszkaniu, nie drapał mebli i zwykle trafiał do kuwety.

Ruda nie zabroniła Muminkowi nocować w jej mieszkaniu, ale też na to nie pozwoliła, więc wolał nie ryzykować. Zdarzało mu się jednak po pracy jechać do Włóczykija i spędzać z nim wśród książek Rudej kilka godzin, zanim noc nie wyganiała go z powrotem na Ursynów.

Żeby spotkać kota w mieszkaniu, trzeba było odczekać pół godziny, najlepiej w ciszy, zanim wyszedł spod łóżka.

– Włóczykiju, bardzo się cieszę, że cię poznałem – mówił mu Muminek, otwierając kolejną butelkę. – Jesteś zupełnie inny, niż ja. Mam czasem chwile, że nie rozumiem o co chodzi, wiesz? Nie, nie boję się. Kiedyś się bałem. Ale czasem myślę, że sporo mi brakuje. Do bycia nie wiem kim. Ale ty tak chodzisz jak kretyn i robisz miny. I wiem, że ciebie koniec świata dopadnie szybciej niż mnie. Może nie będę ostatni, ale nie będę też pierwszy. Jesteś dla mnie jak piorunochron. Przy tobie czuję się bezpiecznej. Jesteś moją tarczą. Nawet jak kopalnia się wali, a burza napiera. Gdyby cię nie było, świat byłby znacznie gorszym miejscem.

– Muminku, nie oglądaj się tak często za siebie – odpowiadał Włóczykij. – Skoncentruj się. Z ruchomych piasków nie ma wyjścia drugą stroną.

A potem ustawiał się płaską mordką do ściany i zaczynał miauczeć lub robił slalom między wieżami z książek.

Ruda zadzwoniła po trzech tygodniach, że wraca wcześniej, bo nie wszystko ułożyło się tak, jak zaplanowała. Muminek starannie wyczesał Włóczykija, uważając na kołtuny, wyczyścił mu kuwetę, nalał świeżej wody, odkurzył mieszkanie i zabandażował podrapaną rękę. Na uschniętą paprotkę nie miał żadnego pomysłu, więc wyrzucił ją na śmietnik razem z pustymi butelkami.

 

ZEMSTA WŁÓCZYKIJA

 

Ruda po powrocie z Holandii nie dała znaku życia, nie odebrała nawet kluczy. Muminek, pomny paprotki, nie narzucał się, choć sytuacja była niezręczna.

W końcu po miesiącu przyszedł mail. Muminek zwlekał pięć minut z otwarciem.

„Naprawdę chuj z paprotką i chuj z tym, że kot przez miesiąc schudł prawie kilogram. Nawet mu się przydało. Chuj z tym, że zostawiłeś otwarte okno i wpierdoliło mi się do kuchni stado gołębi. Włóczykij jednego upolował i przywitał mnie z ptaszyskiem w pysku, co było nawet urocze, nie podejrzewałam go o takie umiejętności. Chuj, że wydudlałeś trzy wina, czterdzieści złotych sztuka, w zasadzie powinnam się spodziewać. I wielki chuj z tym, że nie podniosłeś ani jednej ulotki z wycieraczki, tak, żeby wszyscy mogli widzieć, że nikogo w domu nie ma przez prawie miesiąc, nie prosiłam Cię o to. Więc, jak widzisz, nie denerwuję się o pierdoły. Ale, kurwa, czy tak trudno jest zostawić otwarte drzwi do łazienki, żeby jebany sierściuch mógł się w spokoju wysrać do kuwety zamiast mi na łóżko? Przecież to nawet nie chodziło o to, żebyś coś zrobił, tylko o to, żebyś właśnie nie robił – nie zamykał drzwi. Ten drewniany klocek, który tam leżał, miał swój cel w życiu, miał proste zadanie – zapobiec zamknięciu się drzwi do łazienki. Nie wydaje mi się, żebym wymagała od Ciebie wiele więcej, niż od tego klocka – żebyś zostawił klocek w spokoju, a jeśli zdarzy Ci się niechcący go odkopać, żebyś położył go z powrotem między skrzydło drzwi a framugę.

I jeszcze ta jebana Holandia. KURWA. Gdzie mam Ci wysłać pieniądze?”.

Muminek docenił, że napisała „Cię”, „Ciebie” i „Ci” wielkimi literami. Opowiedział krótko – „Bardzo przepraszam. Muminek”, ale numeru konta nie podał, nie wypadało. Długą odpowiedź zaczęła od „A na chuj mi Twoje przepraszam, siwy ciulu?”. Naprawdę była zdenerwowana. W post scriptum dopisała jeszcze, że koperta z pieniędzmi czeka na recepcji w redakcji.

 

REMIS

 

Patrzyli na szachownicę w skupieniu, a ich oczy robiły się coraz większe. Styczeń zaskoczył odwilżą, którą niektórzy mylili z wiosną.

Muminek nigdy nie zapytał szachisty z Placu Defilad o imię, choć spotykali się regularnie od ponad pół roku – czasem pod parasolami, czasem okutani w płaszcze, z postawionymi kołnierzami, zawsze z magnetyczną szachownicą wyciąganą z niemal kobiecego plecaczka. To nawet nie był hazard – zamiast fundować kolejne herbaty rywalowi, Muminek mógłby wyrzucać pieniądze do Wisły, szanse na ich pomnożenie byłyby nieco większe. Siedemnaście posunięć z pierwszej partii nie było najgorszym wynikiem, a jak zwycięzca poczuł się tylko raz, po siedemdziesięciotrzyruchowej partii, którą ostatecznie przegrał, ale do końca utrzymywał przewagę gońca.

Nie rozmawiali też nigdy o niczym, poza aktualną pogodą i prognozami na następny tydzień. Czasem szachista – przychodził znikąd, odchodził donikąd – proponował herbatę z termosu, czasem pytał o książkę, którą Muminek akurat czytał. Zawsze jednak z grzeczności, nie przez zainteresowanie, co Muminek wyczuwał i nie podejmował tematu.

Nawet o szachach rozmawiali niewiele – chyba, że słowotok łysiejącego szachisty nazwać rozmową.

– Szatański plan. Takie partie trzeba kolekcjonować. Oj, Borysowi to by się nie spodobało. Uciekaj, uciekaj! Uff, jak mało brakowało… Tu chcesz mnie zaskoczyć? To ci się udało. Całkiem zabawne, boki zrywać. Z tego już nie wyjdę. W pięty mi poszło. Szach mat, dziękuję, należy się herbata.

Muminek podejrzewał, że jego partner nie grywał w klubie, bo wyrzucili go za gadulstwo. Jemu nie przeszkadzało. Przegrywał w milczeniu kolejne partie, ciepłą rączką wypłacając na koniec należność.

Ale tego dnia stało się coś dziwnego. Muminek zwykle szybko szedł na wymiany, bo im więcej na szachownicy było figur, tym sromotniej wyglądały jego porażki, poza tym wydawało mu się, że zaczynał rozumieć, co się dzieje w partii dopiero, gdy znikały z niej oba hetmany. Tym razem jednak, grając białymi, zbastował i zwolnił. Nie było w tym ani planu, ani nawet chęci spróbowania czegoś nowego, jedynie podkorowa reakcja na wydłużające się styczniowe dni. Rywal też nie kwapił się do ataku, rozwijając powoli skrzydło królewskie. W końcu jednak jak zawsze wymiótł muminkowe figury i przyszpilił króla, tym razem na linii h, w lesie czarnych i białych pionów. Rozpędzony przesunął skoczka na g5 i…

– Nie mam ruchu – powiedział Muminek. – Pat?

Szachista trzymał prawą rękę nad skoczkiem przebierając palcami, ale już oderwał od niego palce i nie było odwrotu.

– Innego końca świata nie będzie – szepnął w końcu. Muminek zadrżał.

 

WŁODEK

 

„Cześć Muminek, stary druhu! Czemu nie odpowiadasz? Czytałem twojego bloga, niezbyt ciekawy. Redagowałem kiedyś stronę o bunkrach poniemieckich w Polsce, była bardzo popularna, ale mnie to nie kręci, nie gonię za sławą. Wysłałem ci na adres redakcji kilka książek, przydadzą ci się. Mam nadzieję, że nie zaniedbujesz treningu. Zwłaszcza że… czujesz to? Elektryczność w opuszkach palców? To już za chwilę, za momencik. Nasz czas NADCHODZI! Nie podniecaj się tylko za bardzo, bo spaskudzisz gacie. Daj znać. Włodek”.

 

SZPITAL

 

Wydawało mu się, że rozpoznał głos w słuchawce, ale nie mógł skojarzyć z twarzą i osobą. Numer telefonu także nic mu nie mówił. Głos był kobiecy i zapłakany.

– Grzesiek… wypadek… w szpitalu… nie wiadomo… taksówka… we wtorek… może nie…

Grzesiek? Co za Grzesiek? Grzesiek Ostrowski, kolega z podstawówki? Niemożliwe. Piękny Grzesiek z Muzeum Powstania? Czemu dzwoniliby z tym akurat do niego? Grzegorz Albert, komentator giełdowy Gazety Muminka?

– To chyba pomyłka, proszę pani.

Rozłączyła się po dwóch sekundach zawahania.

 

JAK ZROBIĆ HERBATĘ

 

Kliknął „nowa wiadomość” i zastygł przed pustym mailem. Nawet nie wpisał adresu, żeby przypadkiem nie wysłać czegoś nieskończonego.

Chciał zapytać, czy wciąż jest zła, bo jemu wciąż jest przykro, że tak się sprawa skończyła. Nie miał nic na swoje wytłumaczenie, bo choć nic nie wspominała wcześniej o drewnianym klocku i jego zastosowaniach, to rzeczywiście mógł się domyślić. Naprawdę polubił Włóczykija i miał wrażenie, że Włóczykij polubił jego. Przez trzy tygodnie pamiętał o otwartych drzwiach do łazienki, ale ostatniego dnia się zamyślił, klamka drzwi wejściowych zaplątała się w klamkę tych do łazienki, rozplątał je, trzasnęło i potem już nie pamiętał co się stało, bo się śpieszył, a nie chciał, żeby Włóczykij uciekł na klatkę schodową.

Dobra, pomyślał, nie pisz o klatce schodowej, bo się wyda, że uciekał wcześniej. Napisz po prostu, że jest ci przykro. Ale to już pisałeś. To może zacząć żartem?

Łóżko już czyste?

Źle.

Zostawmy temat kota, jeśli jest zła, to już nic tego nie zmieni. Napisz co u Ciebie.

Żona Muminka weszła do pokoju z gorącą herbatą, którą postawiła mu na biurku. Robiła świetną herbatę – ze zwykłej liptonowej torebki pełnej pospolitych czarnych liści, brązowego cukru, cytryny oraz odpowiednich proporcji wody kranowej, oligoceńskiej i mineralnej w różnych temperaturach, potrafiła wyczarować prawdziwe arcydzieła.

– Zadzwoń do niej – powiedziała i pocałowała go w czubek głowy.

Muminek doceniał jej herbatę, sam miał inny talent – choćby włożył w sprawę całe serce, dobrał osobiście najlepsze liście i wsłuchał się uważnie w rady wybitnych ekspertów, jego herbaty żadnym sposobem nie dało się pić. To było jak zemsta Montezumy, klątwa z którą nie potrafił sobie poradzić. Jego herbaty niezależnie od czasu parzenia nigdy nie nabierały smaku, a cytryna z cukrem jednie pogarszały sprawę. Od dawna zlecał herbaciane prace innym, tylko od czasu do czasu, gdy potrzebował kilku chwil sam na sam z wiecznością, przygotowywał szklankę earl greya, z której krzywiąc się wypijał mały łyk, a resztę wylewał do zlewu, umocniony w przekonaniu, że niektóre rzeczy są niezmienne.

Czasem, gdy do Żony Muminka przychodziły koleżanki, a ona sama spóźniała się nieco, pozwalał sobie na dowcip – To ja zrobię herbatę, ktoś ma ochotę? – który śmieszył tylko jego, ale za to do rozpuku. Gdy później patrzył na niemal nietknięte, wystygłe kubki, duma rozsadzała go od środka.

Okej, co u mnie?

U mnie po staremu.

Świetny początek. Ruda na pewno z wielką przyjemnością poczyta, że u niego wciąż nic się nie dzieje.

Awantura z Włóczykijem nie mogła zdarzyć się w gorszym momencie. Muminek w dziurze po strachu przed końcem świata odkrywał tęsknotę i narastające pragnienie, żeby to było już. Nie chciał dłużej czekać i musiał się z tego wyspowiadać. Ruda wydawała się odpowiednim rozmówcą. Koniecznie chciał pogadać.

 

MAIL

 

W końcu napisał, poszło łatwiej niż się spodziewał.

„Cześć. U mnie po staremu. Właśnie wróciłem z rowerowej przejażdżki. Dwieście kilometrów, po samych nieuczęszczanych, choć głównie asfaltowych i betonowych drogach, dało radę bez większych problemów. Nie miałem ze sobą nic, tylko portfel i bidon, więc nie jestem pewien, czy to dobry sprawdzian. Ale kilka razy przedzierałem się przez leżący jeszcze śnieg (podobno w połowie lutego ma spaść znowu), więc coś tam z tego mam.

Wielbłąda spróbowałem dwa razy – we wrześniu i w październiku, znakomita rzecz! Mam tylko jakiś problem z prawą stopą, po kilkunastu kilometrach boli na samym środku i podświadomie zaczynam stawiać ją krzywo, co w ogóle nie pomaga, tylko – surprise, surprise – pogarsza sprawę. Pomaga na to ciaśniejsze związanie butów. Będę szukał wkładek, tu jest jakiś gość na Koszykowej, który robi podobno świetne z odlewu stopy. Cro-magnon planuję na weekend majowy. Praca, kurde.

Dzięki za książki. Śmieszna ta o Antonie, choć wydaje mi się, że już ją kiedyś czytałem. Ale nic nie pamiętam, więc super.

Nic nie czuję w palcach, ale wierzę Ci na słowo. Oby! Trzymaj się i bądź czujny. Muminek”.

 

ZBRODNIA I KARA

 

O kurwa, Grzesiek! Palma!

Od razu zaczął dzwonić do szpitali, ale już po drugim telefonie zorientował się, że to bez sensu.

– Tydzień temu? Nie jest pan rodziną? Proszę sobie nie żartować.

Z rejestru telefonu odkopał odebrane połączenia i zadzwonił do dziewczyny ze znajomym głosem.

– Hej, Muminek z tej strony. Przepraszam, kompletnie cię nie poznałem wtedy. Przepraszam. Co z Grześkiem, gdzie leży? Co mu się stało?

Miał nadzieję, że dziewczyna się nie zorientuje, że on wciąż nie ma pojęcia z kim rozmawia.

– A ja myślałam, że po prostu wciąż jesteś skurwielem.

Ale, choć sucha jak pieprz, powiedziała mu, że Palma miał wypadek na rowerze i leży w szpitalu MSWiA na Wołoskiej. Gdy Muminek gnał między samochodami, przeklinał pod nosem wiele rzeczy, ale głównie to, że mógł się domyślić, gdzie trafiają kontrolerzy lotów.

W szpitalu biegał po oddziałach i piętrach przez niemal godzinę. Zaczął od traumatologii i tam skończył, ale po drodze odwiedził ostry dyżur, intensywną terapię, neurochirurgię, onkologię i położnictwo. Trzy razy zwracano mu uwagę, żeby nie kopał ścian, bo to jest szpital a nie plac zabaw. Nie odpowiadał, biegał dalej.

Za pierwszym i drugim razem na traumatologii nie było nikogo. Ale za trzecim już tak – dwóch młodych chłopaków w cyklistówkach, z podkrążonymi oczami, którzy dawno się nie golili. Jeden miał podwiniętą prawą nogawkę dżinsów, drugi krótkie spodenki w kratkę założone na rajstopy.

Miki i Jeebus.

Na sekundę Muminek zapomniał po co przyjechał do szpitala, uświadamiając sobie, że wie co to goście, bo kiedyś wymienił z nimi kilka niezobowiązujących zdań na studenckiej imprezie. Nie pamiętał o czym. W drugiej sekundzie przemknęło mu przez myśli czarne lśniące volvo, po remoncie, niepilnowane w tej chwili przez nikogo i szalejące na mieście. W trzeciej przypomniał sobie o Palmie, ale nie wiedział jak zacząć.

– Palma? Grzesiek? Palma? – próbował zapytać

Spojrzeli na niego, najpierw bez zrozumienia, ale w końcu pokiwali głowami.

– Nie wpuszczą cię na salę – powiedział Jeebus, gdy Muminek ruszył do wahadłowych drzwi oddziału.

Miki, facet tak wielki, że prawdopodobnie posiadał własną ścieżkę dźwiękową, wstał bez słowa i podszedł do zakratowanego okna.

– Ale, ale, ale… – Muminek szukał słów. Brakowało mu ich nie ze zdenerwowania, czy strachu. Po prostu zgubił je po drodze.

– Nie wiadomo. Znacie się? – zapytał Jeebus.

– Ze studiów. I nie tylko. Trochę. Całkiem. Tak, znamy się.

– Nie wiadomo. Jest nieprzytomny i połamany na malutkie kawałki.

Miki wrócił spod okna i usiadł obok Jeebusa, wyciągając przed siebie długie, bocianie nogi. Prawie kopnął Muminka, który wciąż stał.

– Coś więcej?

– Co więcej?

– Weź gadaj jak człowiek, co się stało, jak, gdzie, kiedy? – Muminek podnosił głos, ale cały czas obserwował gabaryty Mikiego, który naciągnął cyklistkę na czoło i zamknął oczy, ale chyba słuchał.

– Nic się nie stało, to się stało, co się czasem dzieje na mieście. Chujowo się stało.

Muminek usiadł dokładnie w tej chwili, w której drzwi oddziału wywahnęły się na zewnątrz. Wyszła przez nie starsza kobieta, wsparta na zniszczonej, bambusowej lasce. Ręka w kitlu przytrzymała skrzydło drzwi, kobieta ukłoniła się jeszcze, a Miki i Jeebus poderwali się na baczność. Muminek nie zdążył zareagować, a nie chciał dołączać do tej musztry spóźniony. Kobieta spojrzała przez moment na chłopaków, stojących ze spuszczonymi głowami, po czym bez słowa, kiwając się na boki, pokuśtykała w stronę windy, stukając głucho gumową końcówką laski.

Gdy winda odjechała Miki i Jeebus usiedli. Muminek wstał.

– Bez sensu – powiedział nie wiadomo do kogo i ruszył w stronę schodów.

– Hej! – zawołał za nim Miki. – Ty jesteś Muminek?

– A co? – odwrócił się.

– Jesteś?

– Tak.

Miki zamilkł, ponownie naciągnął czapkę na oczy i złożył ręce na piersi.

– Palma z tego wyjdzie. – Jeebus wstał i mówił za Mikiego. – Bo Palma jest silny jak sam skurwysyn. I jak stanie na nogi to się spotkacie pewnie na piwie albo pojedziecie sobie na rowery. I on ci tego nie powie, bo jest w porządku. Ale ja ci powiem wcześniej, żebyś też wiedział. Że to twoja wina. Twoja wina. Ja to wiem. Miki to wie. Wszyscy to wiedzą. I ty już teraz też, bo ci to powiedziałem i nie możesz powiedzieć, że nie wiesz.

– O co ci chodzi, człowieku?

– Nic do ciebie nie mam, więc spoko. To sprawa między tobą a Palmą i palcem nie kiwnę, jeśli mnie nie poprosi. Ale mówię ci, a to jedyna rada, jaką dla ciebie mam, bądź ostrożny na mieście, bo ono już cię nie kocha.

 

UJAZD

 

Pierwsze kółko dookoła osiedla Muminek zrobił na pełnym gazie, ile sił w nogach i powietrza w płucach. Potem zaczął przyśpieszać. Mgła gęstniała z każdą chwilą.

Zawsze uważał bieganie za rozrywkę ludzi z za dużą ilością wolnego czasu. Bez sensu jest, myślał, robić coś kończącego się w tym samym miejscu, w którym się zaczynało. Biec dokądś – tak, biegać w kółko – uchowaj.

Ale tego wieczoru, w domu, obudziło się w nim jakieś zwierzątko i zaczęło szybko rosnąć, rozsadzając klatkę piersiową, potem krtań, wreszcie głowę. Musiał je zamęczyć na śmierć, zanim oboje eksplodują.

O co, do cholery, chodziło Mikiemu i Jeebusowi?

Drugie kółko. Nogi zaczynały piec, a oddech się wypłycał. Muminek nie tylko nie lubił biegać, ale także nie umiał. Stawiał nogi koślawo jak kaczka, a ręce przykurczał do żeber, tak że tylko dłonie majtały się zawieszone na luźnych nadgarstkach. Wyglądał jak zombie i dyszał jak zombie.

Zombie nie dyszą. Zombie są martwi.

Trzecie kółko. Widoczność na dziesięć metrów, żywego ducha na ulicy. Raz usłyszał przejeżdżający obok rower, gdy szczęknęły przerzutki, ale nic nie zobaczył. Zaczynało mu ciemnieć przed oczami, świat robił się coraz bardziej czarno-biały.

Czwarte kółko i dalej w Ursynów, między bloki. Mgła ciążyła na barkach. Zwierzątko z klatki piersiowej schowało się w ciemnościach, ale wciąż czekało na swoją szansę. Czuł jego wzrok i jego śmierdzący oddech.

AUAAAAAAA! Rąbnął piszczelem w kwietnik zagradzający samochodom wjazd między budynki. Nie wywrócił się, kilka kroków tylko przeszedł ostrożnie i znowu zaczął biec.

I już nie wiedział gdzie jest, czy na Kazury, czy Warchałowskiego, czy przecinał główne arterie, czy tylko biegał wciąż po tych samych osiedlowych uliczkach. Po raz pierwszy od dawna na Ursynowie poczuł się obco i nie u siebie. To był dobry znak.

Jeszcze trzysta metrów. Jeszcze czterysta. I kończę, wracam do domu. Nie róbmy szopki.

Zaczął wbiegać pod górę na jeden z ursynowskich pomników dawnej wielkiej budowy, kopców piachu wykopanego pod fundamenty gigantycznego blokowiska.

Na szczycie znalazł się tuż przed tym, jak jego nogi przestały działać. Zwymiotował, co wydrenowało jego energię do końca. Zwierzątko pisnęło rozpaczliwie.

Z tego miejsca mógłby zobaczyć ciągnący się niemal po horyzont Las Kabacki na południu i betonową dżunglę w pozostałych kierunkach. Ale nie widział nic, bo mgła oblepiła wszystko tak szczelnie, że wydawało się, że już nigdy nie odpuści.

Miki i Jeebus po prostu opowiadali głupoty.

Dyszał jak potwór.

Włodek po prostu opowiadał głupoty.

Palma opowiadał głupoty.

To wszystko nie miało sensu.

Zwierzątko znikło. Muminek uspokoił oddech, o kępkę trawy wytarł zarzygany but. Mógł wracać do domu. Zadzwoni do Rudej i umówi się z nią do kina.

I właśnie w tym momencie świat się skończył.

 

EPILOG

 

Pan Kazimierz siedział na fotelu z deską kreślarską na kolanach, wciśnięty między regał a łóżko w małym pokoiku, oświetlonym jedynie nocną lampką, przytwierdzoną do półki. Za oknem Gocław tonął we mgle.

Wymianę gąbek i okładzin w fotelu, kupionym w „Emilce” po ciężkich bojach jeszcze w latach osiemdziesiątych, Pan Kazimierz zlecał trzykrotnie, sam zaś niezliczoną ilość razy udoskonalał konstrukcję przy pomocy kołeczków, śrubek i zapałek. Burzliwa historia mebla sprawiała, że chwiał się na drewnianych nóżkach przy każdym ruchu siedzącego, a lewa poręcz wymagała stosowania zasady bardzo ograniczonego zaufania. Nauczony wieloletnim doświadczeniem i nieskory do przyznania się do porażki Pan Kazimierz siadał w fotelu dostojny w ostrożności. Mógłby przesiąść się na jeden z dwóch nowych, rozkładanych superfoteli, które syn ustawił mu w salonie naprzeciwko telewizora, ale jego miejsce było przy regale, zastawionym książkami i klaserami pełnymi nieuporządkowanych arkuszy znaczków.

Na desce kreślarskiej położył białą kartkę papieru. Mógł i potrafił napisać wszystko na komputerze, ale niektóre sprawy wymagały tradycyjnego podejścia.

„Warszawa, dnia… Do Zarządu Wspólnoty Mieszkaniowej bloku…”

Choć kartka była gładka, bez kratek i linii, pisał równo jak od linijki, ustawiając kolejne litery w porządku, którego nie musiałby się wstydzić nawet przed sanepidem.

„Poprzez Zarząd chciałbym zwrócić uwagę całej Wspólnoty naszego bloku na problem…”

Pan Kazimierz miał już ponad siedemdziesiąt lat i coraz częściej brakowało mu sił, żeby samemu naprawiać ogrodzenie dookoła trawnika przed blokiem. Sprawa dawno powinna być załatwiona urzędowo, a drewniane, niestabilne płotki wymienione na solidne, metalowe, wbetonowane w grunt tak, by chuligani nie mogli ich rozebrać i zniszczyć. Energia ich żywiołu, w przeciwieństwie do sił Pana Kazmierza, była niespożyta. Wystarczył dzień albo dwa od naprawy, a już dobierali się do żerdzi, wyciągali gwoździe, rozmontowywali płotek i przerabiali na futbolową bramkę. A przecież trawnik nie służy do grania w piłkę!

„Dlatego proszę po raz kolejny, mam nadzieję, że ostatni…”

Choć zdenerwowany, komponował pismo oszczędnie, nie marnując czasu i słów na ozdobniki. Tak nauczyły go lata w dziennikarstwie. Poza tym był pewien, że pracownicy Wspólnoty długie wnioski czytali bez należytej uwagi. Problem należało wyłożyć jasno i prosto, by nikt nie mógł ani pisma nadinterpretować, ani tłumaczyć się niezrozumieniem. Pisał szybko i bez zawahań, niemal do ostatnich słów tekstu.

Czy zakończyć ostro i stanowczo? A może ugodowo, zostawiając furtkę do negocjacji? Pan Kazimierz chciał, żeby dokument oddawał stan jego ducha – był gotowy na walkę z wandalizmem o trawnik i płotki, ale miał nadzieję, że uda się sprawę rozwiązać w sposób cywilizowany. Komponowanie oficjalnych pism długopisem na gładkiej kartce nie było zajęciem dla zajęcy, skaczących po tekście w próżnym szale poprawiania, cyzelowania i udoskonalania. To było zadanie dla słonia, który krok po kroku posuwał się naprzód, nie oglądając się za siebie, konsekwentny i pewny raz obranego kierunku.

Pan Kazimierz był słoniem. Przed końcowym akapitem zawiesił nad kartką pióro, drżące niemal niezauważalnie.

Tak zastał go koniec świata.

Poprawił okulary na nosie i spojrzał na zieloną zasłonę zawieszoną na framudze w zastępstwie drzwi, na kolekcję breloczków i wpinek stukroć przyszpiloną do korkowej tablicy na ścianie, na brązową narzutę przykrywającą kanapę, w końcu na zapisaną kartkę papieru i deskę kreślarską. Wiedział, że się nie myli, bo czekał na ten moment od lat i był na niego gotowy.

– No tak, oczywiście, że tak. – Kiwnął głową. – Czy to oznacza, że spotkam moją żonę?

 

****

 

Wujek Muminka nie miał deski kreślarskiej, ale zastąpił ją wielkim stołem, z którego ściągnął obrus, kryształowy świecznik, bambusowe podkładki pod talerze i paterę ze sztucznymi owocami. Został tylko goły, lakierowany blat, idealny do projektowania, jasno oświetlony wielożarówkowym żyrandolem, zawieszonym pod belkowanym sufitem

Stukał palcami w blat z podekscytowania. Nie czuł takiego napięcia od lat – podejrzewał, że wręcz od wyprawy autostopem przez całą Europę do Barcelony, tuż po studiach, z plecakiem na metalowym stelażu z rurek i piętnastoma dolarami w kieszeni. Wieki temu.

Podrapał skórę pod nosem. Gładko ogolona szczypała piekielnie, ale dzięki temu czuł, że wychodzi z mroku. Wcześniej napalił w kominku, by dogrzać otulony gęstą mgłą dom.

Jeszcze tydzień temu nie był przekonany do konkursu. Gdy przeczytał całokolumnowe ogłoszenie w lokalnej prasie, coś w nim drgnęło, ale zbyt lekko. Po latach błahych ekspertyz i adaptacji cudzych prac, nie czuł się na siłach zaprojektować cokolwiek, nawet wiaty na samochody, a co dopiero mówić o szkole. Ale gdy trzy osoby – żona, sąsiad i kolega inżynier – podsunęły mu ogłoszenie pod nos, poczuł, że świat chce mu coś powiedzieć.

Gmina potrzebowała szkoły. Dzieciaki od lat gnieździły się w obdrapanej tysiąclatce, zbudowanej w czasach, gdy nikomu nie przyszło do głowy, że okolica zmieni się w sypialnię dla młodych małżeństw, wygonionych z Warszawy absurdalnymi cenami mieszkań. Kilka lat temu ludzie, którzy w mieście mogli sobie pozwolić na marne dwadzieścia pięć metrów kwadratowych stanu deweloperskiego, tutaj rozkoszowali się trzypokojowymi urządzonymi mieszkaniami, a niektórzy nawet ogródkiem i grillem. Codzienne przebijanie się Puławską w gigantycznym korku do warszawskich biur było ceną dużą, ale do zapłacenia.

Gdy metr kwadratowy w gminie Wujka zaczął kosztować niemal tyle, co na Ursynowie, strumień ludzi wypływających na te przedmieścia przedmieść wysechł, ale mieszkańcom już zasiedziałym podrosły dzieci, które trzeba było choć trochę wyedukować. Podstawówce połączonej z gimnazjum brakowało wszystkiego – pracowni przedmiotowych, odpowiedniej sali gimnastycznej, wyremontowanej szatni i parkingu dla nauczycieli. Koszty remontu wychodziły tylko nieznacznie niższe, niż budowy nowego budynku. Pani burmistrz rozpisała konkurs, zachęcając lokalnych architektów do udziału obietnicą dodatkowych punktów dla uczestników płacących podatki w gminie.

Wujek Muminka płacił. Dwie dekady wcześniej uciekł ze stolicy przed ludźmi do kupionego za niewielkie pieniądze domu pod lasem. Ze wszystkich okazji, z jakich ciągle próbował w życiu korzystać, tylko z tej jednej był naprawdę zadowolony. Dom był solidny i zaizolowany, choć za duży dla trzyosobowej rodziny. Dawał ciepło zimą i przyjemny chłód latem. Gdy Lena przez cztery lata jeździła do liceum w mieście, Wujek denerwował się, że zmieniła go w taksówkarza, ale potem, gdy poszła na studia i wynajęła kawalerkę w Centrum, inwestycja w dom każdego dnia spłacała się spokojem, ciszą i powietrzem, które nie dusiło.

Ale nawet wśród sosen, atakowany ze wszystkich stron konkursowym ogłoszeniem, nie zdecydowałby się na udział, gdyby nie sen, który przyśnił mu się dwie noce temu. Zobaczył w nim kilkunastoletnich chłopaków grających w piłkę między kominami i antenami na dachu bliżej niezidentyfikowanego budynku. Sen miał jakąś fabułę, ale Wujek Muminka zapamiętał jedynie ten dach i operę śmiechu, wykonywaną przez chór ubranych w żółtozielone stroje piłkarskie dzieciaków, strzelających gola za golem. Niektórzy z chłopców nosili kowbojskie kapelusze.

To był ten pomysł – szkoła z zielonym ogrodem na dachu, częściowo odkrytym, a częściowo osłoniętym przed deszczem i śniegiem, gdzie można będzie spędzać czas na przerwach, uprawiać sporty i dobrze się bawić. W opisie projektu Wujek koniecznie chciał podkreślić, że szkoła powinna zachęcać tak samo do nauki, jak do zabawy, bo tylko w związku z zabawą nauka ma jakikolwiek sens. Część klas na świeżym powietrzu! Boiska! Bieżnie! Fontanny! Stoły do ping–ponga! Szachownice!

To były pomysły, których nigdy by się po sobie nie spodziewał.

Sytuacja wymagała zgolenia wąsów, co z odrobiną żalu zrobił. Dokupił papieru, uzupełnił arsenał przyrządów kreślarskich i długopisów. Wydając znaczną część oszczędności zamówił oryginalnego Autocada. Nie było innego wyjścia – głowę wypełniało mu gotowe dzieło życia, czekające jedynie aż przeniesie je na papier i do komputera.

Rzeczywistość drgnęła, gdy stał oparty o stół, pełen wiary i energii.

Gdy zrozumiał, że to koniec świata, przez chwilę posłuchał szemrania uruchamiającego się laptopa, a po chwili zamknął oczy i obejrzał w wyobraźni stworzoną przez siebie szkołą, pełną dzieci. Była idealna. Żałował, że sam nie mógł się w niej uczyć.

– Trochę szkoda – westchnął.

 

****

 

– Żaba miała straszny sen. Śniło jej się, że jest cebulą, rośnie w ziemi po samą szyję, a na głowie ma szczypior – Buka rozpoczęła nowy rozdział, ale Antek już spał. Jej też kleiły się oczy, z trudem powstrzymywała ziewanie jeszcze w czasie lektury. Ostrożnie jak surykatka wyjęła rękę spod głowy syna, przykryła go kołdrą i pocałowała w czoło. Gorączka spadała, ale wciąż była niepokojąco wysoka. Dla dzieciaka, który od urodzenia ma tylko pół serca, każda gorączka była niepokojąca. Wiedziała, że Antek kilka razy obudzi się w nocy. To nie problem, była przyzwyczajona.

W przedpokoju usiadła do komputera – trochę do głupot, trochę do poczty, ale przede wszystkim zobaczyć portal, popoprawiać literówki, podszlifować tytuły, pododawać linki do tekstów. Znalazła stare zdjęcie trenera siatkarskiego z podpisem „Trener w Alei Gwiazd w Międzyzdrojach odciska swoje słonie”. Zmieniła „s” na „d”. Potem zaczęła bezmyślnie skakać po blogach, ale popełniła błąd opierając głowę na rękach i od razu zasnęła.

Obudził ją koniec świata i uczucie, jakby ktoś wypytywał o całe jej życie. Przez krótką chwilę wracała do rzeczywistości, a gdy już się udało, zerwała się z krzesła i przerażona wbiegła do pokoju Antka. Syn nie spał, patrzył na nią wielkimi, migdałowymi oczami.

– Wszystko w porządku, mamusiu – powiedział, ale niepotrzebnie bo na dnie serca sama wiedziała to doskonale. Usiadła przy nim na łóżku, a on wysunął się spod kołdry w Darthy Vadery i wtulił w jej ramiona z całej siły.

– Tak, tak, tak… – szeptała mu do ucha, powstrzymując łzy.

 

 

****

 

Palma uśmiechnął się, wciąż nieprzytomny, ale nikogo przy nim nie było, żeby to zauważyć.

 

****

 

W tym samym momencie Miki wyprzedził Jeebusa na podjeździe pod Dolną. Do mety przy kawiarni został jeszcze spory kawałek coraz ostrzej pod górę, potem czterysta metrów Puławską i na koniec w lewo przez tory tramwajowe na ostatnią prostą wzdłuż Dąbrowskiego. Obaj zauważyli koniec świata, ale ta kwestia musiała poczekać. Jeebus przycisnął mocniej i w ostatniej chwili wsiadł Mikiemu na koło, zanim ten uciekł poza zasięg. Niech wielkolud trochę pociągnie przed finiszem.

Nic nie widzieli we mgle, ale od trzech godzin napierali przez miasto, które znali na pamięć.

 

****

 

Ruda koniec świata obserwowała przez okno razem z Włóczykijem. Oboje jednocześnie pomyśleli o Muminku.

– Ciekawe, czy był przygotowany na taki numer? – zapytała Ruda.

– Mam bardzo poważne wątpliwości, czy ktokolwiek był na to przygotowany – odpowiedział Włóczykij.

– A Christopher Walken?

– No, Christopher Walken może.

Siedzieli na szerokim parapecie, ona na zimnym kamieniu, przykryta grubym pledem, on na jej kolanach. Ruda przeciągała chwilę ile mogła, ale ta nie mogła trwać w nieskończoność.

Gdy przyszedł moment przesilenia, Włóczykij wstał, wygiął grzbiet i strząsnął z siebie odrętwienie, dreszczem zaczynającym się od płaskiego nosa i biegnącym wzdłuż całego kręgosłupa, aż po sam koniec puszystego ogona. Potem bez emocji czubkiem głowy mocno naparł na brodę Rudej, nie zwracając uwagi na kubek gorącej herbaty, z którego właśnie próbowała upić dwa łyki. W końcu zeskoczył na podłogę i wyszedł do łazienki, zostawiając dziewczynę samą na parapecie.

– Uważaj na siebie! – krzyknęła za znikającym w ciemnościach przedpokoju ogonem, choć wiedziała, że jej nie słucha. Chciała się zdenerwować na wszystko, ale to by było jak denerwowanie się na spadającą gwiazdę.

 

****

 

Z punktu widzenia Włodka świat mógłby się skończyć kilka minut wcześniej. Powietrze z płuc wyrywało mu się na zewnątrz, ale wypuszczał je bardzo powoli przez zatkane dłonią usta i nos. Leżał pod ciężarówką i próbował zniknąć. Uderzenia ciężkich glanów trzęsły chodnikiem.

Ze Stanem mieli się spotkać pod Mickiewiczem koło dwudziestej, coś wypić, a potem trochę pokopać, wspominając stare czasy. Włodek wziął rękawice, piłkę i sześciopak, ale po czterech piwach i dwóch godzinach marznięcia pod pomnikiem, doszedł do wniosku, że Stan prawdopodobnie nie przyjdzie. Zgniótł ostatnią puszkę obcasem i ruszył piechotą do domu – w takim mleku i tak nic by z grania nie wyszło.

Zaskoczyli go – o ironio! – przy bibliotece, obok wejścia do parku. Ponad dziesięciu, wcale się nie chowali, nie sposób przegapić. A jednak przegapił.

Bez zastanawiania na widok jego długich włosów zerwali się wszyscy niemal jednocześnie. Prawdopodobnie nie czekali na kogoś konkretnego, to była po prostu noc wpierdolu.

Włodek nie pamiętał, kiedy przestał się stresować takimi spotkaniami. Ich prowizoryczne siłownie w piwnicach w porównaniu do jego leśnych treningów były jak pierwsza wojna światowa przy Rambo. Gdy zaczął uciekać, miał tylko dwadzieścia metrów przewagi, ale szybko ją powiększał i to mimo piwa przelewającego się w żołądku. Gdy dobiegł do torów pozwolił sobie nawet na chwilę odpoczynku pod wiaduktem, ale skini, dyszący już nie tylko nienawiścią, nie przerwali pościgu, więc uciekał dalej wzdłuż rzeki.

Cała historia skończyłaby się jak zwykle kwadransem strachu, gdyby nie pomylił drogi przy magazynach. A nawet nie pomylił – przegradzającego jezdnię trzymetrowego blaszanego płotu po prostu tam wcześniej nie było.

– Ty w dzwonek… – powiedział do blachy. Pościg jeszcze nie wybiegł zza zakrętu, ale w każdej chwili mógł.

Dobra, jesteś survivalowcem, pomyślał, uciec im to betka, kudy popaprańcom do tego, co miało wkrótce nadejść. Jeśli z tym sobie nie poradzisz, to jak będziesz chciał się ogarnąć, gdy naprawdę przyjdzie co do czego? Myśl, chłopie, myśl, myśl, kurwa, MYŚL!

Ale gdy tylko wturlał się pod zaparkowanego na chodniku stara, od razu zrozumiał, że jeśli to był czas Wielkiego Egzaminu, czy choćby generalnej próby, to nie zdał. Pomysł z kryjówką pod ciężarówką był kretyński. Jeśli choć jeden ze skinów okaże się mądrzejszy od trzepaka, znajdą go, zanim policzy do trzech.

Las czarnych glanów z wpuszczonymi w cholewki nogawkami bojówek otoczył samochód kilka chwil później.

– No żeż, kurwa, kamień w wodę.

– Perła, widziałeś gdzie skręcił, brudas jebany?

– No wydaje mi się, że tutaj, ale…

– Ja pierdolę, idioci!

Ktoś kopnął w blachę.

– Dobra, ziomy, pies go jebał. W długą.

I poszli, wrzeszcząc jak opętani. Włodek jeszcze przez chwilę wstrzymywał oddech, ale w końcu wciągnął więcej powietrza. Szczęście było po jego stronie, choć jak zawsze starał się mu nie ufać. Pracował ciężko przez lata, żeby nic nie zostawiać przypadkowi. Poza tym najwyraźniej przecenił Polską Myśl Narodową.

– Tuś mi, bratku.

Paskudna gęba skinheada, który wrócił po upuszczoną zapalniczkę, uśmiechała się tuż przy kole ciężarówki. Wyciągnęli go za nogi, miażdżąc palce, którymi trzymał się podwozia. W ostatniej chwili zdążył jeszcze naciągnąć kaptur na głowę, zanim zaczęli kopać.

 

****

 

Stojący na szczycie kopca Muminek, do tej pory zgrzany biegiem, poczuł zimne strużki spływające z karku i przylepiające koszulę do pleców. Nie miał przy sobie ładownicy, tylko czarną zippo w kieszeni. Skoncentrował się, ale nie potrafił ogarnąć w głowie świata, który zaczął się wokół niego kończyć. Wyciągnął zapalniczkę i trzasnął, zapalając niewielki płomień.

– To dokąd teraz? – szepnął, rozświetlając mrok.

Koniec

Komentarze

Świetny język, wyraziści bohaterowie oraz wyraźny kierunek nie za szybkiej, nie za wolnej fabuły wspólnie sprawiłyby, że był(by) to jeden z najlepszych tekstów, jakie miałam przyjemność czytać na tej stronie. Mogę rzec, że wyjątkowo umiejętnie zarysowałeś, poprowadziłeś i zakończyłeś wątki swoich bohaterów. Tak właśnie powinno się pisać postacie. Ode mnie podziw i brawa. Ale (bo zawsze musi być ‘ale’) mam zastrzeżenia do puenty, a właściwie jej braku.

 

Brakuje czegoś, co skłoniłoby mnie do reflekcji, czegoś, co usatysfakcjonowałoby mnie na poziomie fabularnym, a więc rozwinęłoby wszystkie tajemnice dotyczące końca – bo to, że koniec jednak nastąpił, plus indywidualna perspektywa każdego z bohaterów obiecuje coś więcej, niż tylko quo vaids na do widzenia. Widać zamierzone powiązanie początku z końcem, owszem, jest spójne, lecz niczego nie wyjaśnia – wręcz rozczarowuje, a w przypadku tak zgrabnie poprowadzonej narracji jest to zawód. Wygląda tak, jakbyś urwał akcję w najważniejszym momencie – trochę tak jakbyś zbudował most, a potem z niego nie skorzystał. Jeśli było to Twoje założenie, to mnie nieco zirytowało. Bardzo prawdopodobne jest także to, że czegoś nie zrozumiałam lub przegapiłam. Jeśli tak, to chyba ta forma jednak mnie przerosła.

 

Podsumowując, świetnie piszesz, Twój humor nie jest przesadzony, ale idealnie komponuje się z tekstem. Jest lekko, ale momentami ciężko. Normalnie miałabym pewnie wiele podejść do takiego paranoicznego, wielowątkowego pamiętnika muminkowej duszy, ale ten pochłonęłam na raz. Ja się łatwo nudzę, więc to jest komplement :d Czasami gubisz przecinki albo pojedyncze litery.

 

Gdyby zakończenie byłoby czymś więcej niż tylko blaskiem diabelnej zapalniczki, dostałbyś szóstkę :)

Żonglerko, nic nie przegapiłaś, tutaj nie ma głęboko ukrytego drugiego dna – jednak po Twoim komentarzu dodałem jeszcze fragment w słowie wstępnym do opowiadania: że w planach był ciąg dalszy i rozwikłanie wielu supłów, ale gdzieś po drodze stwierdziłem, że jednak dotarłem z Muminkiem do mety.

Puenta to oczywiście osobna dyskusja, bo ja coraz bardziej ewoluuję w stronę bycia wrogiem puent jako takich, męczą mnie jako czytelnika i osobę piszącą. Ale to chyba oznacza, że robię się dziwakiem.

Dzięki za lekturę i komentarz, cieszę się, że trochę przyjemności z lektury było.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Ano, długie. Jeśli jednak uraczyłbyś hrabiego pdf-em tudzież doc-iem, chętnie przeczytam, prezentujesz ciekawy styl :)

Jakby co → primagen@vp.pl

 

Aha, jedno mogę powiedzieć już teraz – szalenie nijaki tytuł. Szkoda, bo pozostałe opowiadania nazywają się całkiem zacnie :(

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Jak dla mnie – za mało fantastyki. Gadający kotek to trochę za mało, zresztą odnosiłam wrażenie, że ludziom tylko się wydaje, wyobrażają sobie, co kotek powiedział, na podstawie jego miny.

Czekałam na tę fantastykę, czekałam, a tu chała. Obyczajówka, a te raczej mnie nudzą. Sam koniec świata mocno nieokreślony. Właściwie znamy tylko jego nazwę. Ktoś prawdopodobnie umarł, ktoś oglądał, ale ja nie wiem, o co chodzi.

A może częściowo poszło o to, że nigdy nie lubiłam Muminków.

Babska logika rządzi!

Auć, dlaczego to nie jest wyjustowane?

No trudno, może jakoś to przecierpię. 

 

 

Edycja. 

 

Kilka uwag. 

 

Oczywiście nigdy by tak o niej nie powiedział – zawsze pani Agnieszka to, pani Agnieszka tamto, przepraszam pani Agnieszko, już się za to w tej chwili biorę.

 

CRO–MAGNON – zastanawiam się, czy w treści tego listu wszystkie usterki są zamierzone. Raz Tobie, raz ty i wiele innych. 

 

Nastały lata dziewięćdziesiąte, a wraz z nimi pojawiło się wybitnie komercyjne wybitne gówno. – czy to powtórzenie jest tu celowe? 

 

Blondyn pękł za czwartym razem, płakał i przepraszał niemal na kolanach. ale nie odpuścili. – coś się rozjechało

 

Do Przebiegunowania włącznie uśmiech nie schodził mi z twarzy. Do tego miejsca nie przeszkadzał mi też brak fantastyki, czytało się lekko i szybko. Stworzyłeś świetnego preppersa z Muminka. No po prostu gostek bajka. Przy okazji – zapomniałeś jeszcze o nożach z “wbudowanym” krzesiwem ;) Fajna sprawa, bo nie trzeba pamiętać o nim osobno. 

A potem jakoś to wszystko mi siadło i tempo czytania zmalało. Zaczęłam znajdować w tekście dłużyzny i zbędne zdania, które skanowałam wzrokiem. I trochę jak dla mnie za dużo zagadek na koniec – wśród nich najważniejsza: na czym polegał koniec świata? To w sumie bardziej mnie ciekawi niż kogo przy czym zastał. 

Podsumowując – pierwsza, preppersowa część świetna, druga gorsza, bilans wychodzi na zero. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Finklo, ja wręcz fizycznie współodczuwam z Tobą tę frustrację, gdy szukałaś fantastyki, a jej nie ma. Gdybym tylko mógł Cię jakoś ostrzec przed lekturą takiego kobylastego tekstu, w jakiejś przedmowie, czy czymś takim… Oh, wait… ;)

Śniąca, tak jak pisałem w przedmowie – mail Włodka jest w 80% autentyczny, dawno temu, gdy go dostałem, pomyślałem od razu, że nie mogę go zachowywać dla siebie. Zachowałem oryginalną pisownię i składnię.

Być może lepiej by było, gdyby pierwsza część była gorsza, a druga świetna, ale wtedy mogłabyś do drugiej w ogóle nie dotrzeć, więc w sumie…

No i już wyjustowane.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

No, coś tam w przedmowie napisałeś. Ale naiwnie liczyłam, że protofantastyka to coś więcej. Zresztą zapomniałam o przedmowie, zanim dotarłam do jednej trzeciej. :-)

Babska logika rządzi!

Cerlegu, to nie tak, że ja na siłę wymagam jakiejkolwiek puenty, byleby tylko była i machała mi ręką. Niekiedy źle jest, jak puenta jest oczywista, a kiedy indziej jeszcze gorzej, jak jest zagmatwana. Myślę po prostu, że tekst zyskałby pewien satysfakcjonujący smak, gdyby zakończenie byłoby mniej otwarte. Ale to tylko i wyłącznie moje zdanie. Pozostaje mi tylko kibicować Muminkowi, cokolwiek by teraz nie robił :)

 

 

Opowiadanie dość osobliwe – pozbawione fantastyki, długie, a jednak czytało się naprawdę dobrze. Splotłeś fragmenty losów kilku postaci w sposób zajmujący i nietuzinkowy, krasząc rzecz świetnej jakości humorem. Zaletą jest dla mnie niespieszna akcja, od czasu do czasu urozmaicana żwawszymi opisami różnych zdarzeń i świetnymi dialogami.

Chciałabym aby opowiadanie trafiło do Biblioteki, jednak liczne usterki powstrzymują mnie przed kliknięciem.

 

krót­ką roz­mo­wę z Mają bez pu­en­ty… –> Co to znaczy, że Maja była bez puenty?

 

– O, Marl­bo­ro. –> – O, marl­bo­ro.

Nazwy papierosów piszemy małą literą. http://sjp.pwn.pl/zasady/;629431

 

Po­ża­ry. Tsu–nami. Zom­bie. –> Po­ża­ry. Tsunami. Zom­bie.

 

Roz­miar sie­cio­wej spo­łecz­no­ści su­rvi­va­low­ców–teo­re­ty­ków był za­ska­ku­ją­cy. –> Roz­miar sie­cio­wej spo­łecz­no­ści su­rvi­va­low­ców-teo­re­ty­ków był za­ska­ku­ją­cy.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

ko­man­do­si z Tel–Avivu… –> …ko­man­do­si z Tel Awiwu

 

Do tego stale – nisko i wy­so­ko­wę­glo­we… –> Do tego stale – nisko- i wy­so­ko­wę­glo­we

 

W wie­ko­wym vol­skwa­ge­nie głów­nie mil­cze­li… –> Literówka.

 

wście­kle zie­lo­ny traw­nik z al­ta­ną po środ­ku. –> Co się stało ze środkiem, po którym stanęła altana?

Winno być: …wście­kle zie­lo­ny traw­nik z al­ta­ną pośrod­ku.

 

Srebr­na To­yo­ta Hilux, wiel­ki pick–up… –> Srebr­na to­yo­ta hilux, wiel­ki pikap

 

I do rymu – wy­krztu­sił w końcu Mu­mi­nek.. –> Wystarczy jedna kropka na końcu zdania.

 

i znów wró­cić do mu­min­ko­wej rze­czy­wi­sto­ści… –> …i znów wró­cić do Mu­min­ko­wej rze­czy­wi­sto­ści

 

za­pał­ki, ap­si­ry­nę, pa­ra­ce­ta­mol… –> Literówka.

 

agraf­ki, 10 me­trów linki… –> Raczej: …agraf­ki, dziesięć me­trów linki

 

do po­ko­ju we­szła Żona Mu­min­ka i wy­bu­chła śmie­chem. –> …do po­ko­ju we­szła Żona Mu­min­ka i wy­bu­chnęła śmie­chem.

 

Cza­sem sza­chi­sta – przy­cho­dził zni­kąd, od­cho­dził do nikąd… –> Cza­sem sza­chi­sta – przy­cho­dził zni­kąd, od­cho­dził donikąd

 

prze­kli­nał pod nosem na wiele rze­czy, ale głów­nie na to… –> …prze­kli­nał pod nosem wiele rze­czy, ale głów­nie to

Przeklinamy coś, nie na coś.

 

Jeden miał pod­wi­nię­tą prawą no­gaw­kę je­an­sów… –> Jeden miał pod­wi­nię­tą prawą no­gaw­kę dżin­sów

Używamy pisowni spolszczonej.

 

spoden­ki w krat­kę za­ło­żo­ne na ob­ci­słe raj­sto­py. –> Rajstopy są obcisłe z definicji.

 

o kępkę trawy wy­tarł za­rzy­ga­ne­go buta. –> …o kępkę trawy wy­tarł za­rzy­ga­ny but.

 

Wy­mia­nę gąbek i okła­dzin w fo­te­lu, ku­pio­nym w „Emil­ce”… –> Raczej: Wy­mia­nę gąbek i obicia fo­te­la, ku­pio­nego w „Emil­ce”

 

a lewa po­rę­cza uza­sad­nia­ła… –> …a lewa po­rę­cz uza­sad­nia­ła

 

za­wie­szo­nym pod bel­ko­wa­nym su­fi­tem –> Brak kropki na końcu zdania.

 

Kosz­ty re­mon­tu wy­cho­dzi­ły tylko nie­znacz­nie niż­sze, niż bu­do­wy no­we­go bu­dyn­ku. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Kosz­ty re­mon­tu wy­cho­dzi­ły tylko nie­znacz­nie niż­sze, niż postawienie/ wzniesienie no­we­go bu­dyn­ku.

 

W opi­sie pro­jek­tu Wujek ko­niecz­nie chciał na­pi­sać… –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: W opi­sie pro­jek­tu Wujek ko­niecz­nie chciał podkreślić/ zaznaczyć/ zaakcentować

 

obej­rzał w wy­obraź­ni stwo­rzo­ną przez sie­bie szko­łą, pełną dzie­ci. –> Literówka.

 

Potem za­czę­ła bez­myśl­nie ska­kać po blo­gach, ale po­peł­ni­ła błąd opie­ra­jąc na rę­kach i od razu za­snę­ła. –> Czy to ostateczna wersja zdania?

 

Do mety przy ka­wiar­ni zo­sta­ło jesz­cze spory ka­wa­łek… –> Piszesz o kawałku, a ten jest rodzaju męskiego, wiec: Do mety przy ka­wiar­ni zo­sta­ł jesz­cze spory ka­wa­łek

 

od trzech go­dzin na­pie­ra­li przez mia­sto… –> Co to znaczy napierać przez miasto?

 

– No żesz, kurwa, ka­mień w wodę. –> – No żeż, kurwa, ka­mień w wodę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dzięki, poprawiłem chyba większość. “Napierać przez miasto” to znaczy oczywiście w tym wypadku “jechać”, określenie slangowe, ja po raz pierwszy usłyszałem bodajże w “Młodych wilkach”, ale wśród warszawskich kurierów rowerowych to dość powszechnie używane. Trochę jak “łojenie” wśród wspinaczy (zwanych inaczej łojantami).

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Rozumiem, Cerlegu. Dziękuję za wyjaśnienie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze, że skróciłeś – będę mógł nominować. Moim zdaniem to najlepszy z Twoich tekstów i jeden z najlepszych, jakie tu czytałem. Zostawiam szóstkę i klika, dłuższy komentarz później.

Wracam z dłuższym komentarzem. Choć może powinienem się powściągnąć, żeby nie było za dużo zachwytów. 

Bo co tu krytykować, jak dla mnie tekst w swoim rodzaju jest idealny? A poprzez “jego rodzaj” mam na myśli opowieść o ludziach. Nie ma tu jednego konkretnego pomysłu – na czym często bazują opowiadania – ani intrygi, w której wszystkie wątki zostają domknięte. Wiadomo, że jeśli oceniać to przez pryzmat typowej rozrywkowej historii, to można by sporo marudzić. Ale równie dobrze można by marudzić na to, że w fantasy występuje magia. Ja tutaj wszystko kupuję tak, jak jest. Każdy rozdział mi się podobał, żadne zdanie nie nudziło (nawet więcej: wczoraj wieczorem męczyłem dziewczynę, cytując jej z pamięci co lepsze perełki). Byłoby za dużo tego dobrego, gdybym zaczął wymieniać elementy, które przypadły mi do gustu. 

Masz dar do snucia opowieści i dryg do słowa – to wiem już z poprzednich opowiadań. Nie liczy się to, o czym piszesz, ale to JAK piszesz. A piszesz moim skromnym zdaniem na poziomie wyższym niż ktokolwiek tutaj (dlatego spadaj, koleś, na półki z bestsellerami). Przy tym pokazałeś jeszcze poczucie humoru. Wybitne predyspozycje do efekciarstwa ;) 

Postać Muminka jest szalenie ludzka i sympatyczna, podobnie zresztą jak inni bohaterowie. Oczywiście w każdym z nich jest nieco gorzka tęsknota. Muszę też przyznać, że z Muminkami nie znam się za dobrze, więc nie wyłapałem żadnych nawiązać, oprócz imion. Gdybym znał – podobałoby mi się jeszcze bardziej? ;)

Fabuła wbrew pozorom ładnie się zamyka. Fantastyczne jest to, że obok głównego wątku, którym są przygotowania do końca świata, obok toczy się normalne życie – możliwe, że to jest jednocześnie siłą tekstu (dla mnie) i słabością (jak widać poprzedni czytelnicy nie byli do końca usatysfakcjonowani rozrzedzeniem akcji). Zakończenie moim zdaniem bardzo poruszające, ładnie się komponuje z tytułem. Innego końca świata miało nie być, a jednak był!

Oprócz paru technicznych pierdół (jak na taki długi tekst i tak mało tego), naprawdę nie mam nic do zarzucenia. 

Chętnie poznałbym dalsze losy Muminka.

Piękne opowiadanie. 

Ech, Cerlegu, masz tę swoją nawijkę taką, że czyta się to dla samej fizycznej przyjemności czytania. I masz taką mądrość, że cały czas się zastanawiam, czy każdy element Twojej gawędy jest dokładnie przemyślany i ulokowany tam gdzie trzeba, czy robisz mnie w balona. Ciekaw jestem, czy tak sobie siadasz i piszesz, czy konstruujesz to wszystko tygodniami, z cyrklem i słownikiem.

Fantastyki (poza gadającym kotem i, chyba jeszcze bardziej, żoną Muminka) rzeczywiście brakuje. Co, na fantastycznym portalu, jest zarzutem nie do zlekceważenia.

Pierwszy akapit bardzo dobry, ale kupiłeś mnie naprawdę w momencie gdy Muminek „wyrzucił dogasającego peta w gwiazdy”.

Koniec świata chyba najlepszy z możliwych, ja przynajmniej lepszego sobie w tej historii nie wyobrażam.

Miki i Jeebus rządzą. Zwłaszcza Miki.

Czepiałbym się kompozycji. W epilogu wszystko się ładnie i sensownie spina, ale w trakcie lektury raziło mnie to, że całość składa się jakby ze sklejonych dwóch opowiadań: 1. Muminek zostaje preperem, 2. Muminek i czarne audi. Można do tego układu dorobić jakąś ideologię, ale to zawsze dorabianie. Wolałbym, gdyby oba wątki zazębiły się płynniej, przez zmiksowanie odpowiednich epizodów.

Jak widzisz, jestem lekturą wstrząśnięty i zmieszany. Inaczej nie będzie. Dlatego już dzisiaj deklaruję TAK.

Funie, masz chyba lepsze zdanie o tym tekście ode mnie ;) Wiem, że poczucie humoru, biorąd pod uwagę moje poprzednie tu publikacje, to zaskakujący obrót sprawy, ale kiedyś całkiem przyzwoicie zarabiałem na życie opowiadaniem dowcipów, to jest jak jazda na rowerze. Przyznaję uczciwie, że z jednego, czy dwóch żartów w tym tekście jestem dość zadowolony.

W tekście nie ma jakoś przesadnie nawiązań do oryginalnych Muminków, raczej chodzi o generalny nastrój.

Coboldzie, ja zwykle bronię, że w moich tekstach fantastyka jest, ale subtelna, tutaj rzeczywiście jej nie ma, ona się wydarza zaraz po słowie “KONIEC”, więc w tym sensie czułem się w prawie, żeby to tu opublikować, ale wiem, że to naciąganie zasad. Jeśli chodzi o cyrkiel i słownik, to oczywiście różnie bywa, tutaj tak pół na pół, przy czym cyrkiel okazał się za krótki do takiej konstrukcji, jaka była zaplanowana i historia weszła w fazę nieokreśloności na tyle, że postanowiłem ją zakończyć, gdy jeszcze jest jako tako pod kontrolą.

 

Dziękuję Wam obu za dobre słowa!

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Zawędrowałem tutaj, ściągnięty nominacją Funa do piórka. Powiem tak, Cerlegu. Leży u mnie i czeka na lepsze czasy (czytaj lepszy warsztat) konspekt na powieść postapo. I wiesz, jak już ją napiszę, to zmęczę Cię o recenzję. Jestem pewien, że zwrócisz uwagę na rzeczy, które ja pominę. :) Masz bystre i logiczne spojrzenie na świat, wydaje mi się, że dosyć obiektywne, jeśli własny osąd może być obiektywny, a nie subiektywny. :)

Co do samego utworu, dobry. To spójna historia, ale nie na piórko. Pewnie zabrzmi to dziwnie, ale to zwyczajna historia o zwyczajnych ludziach, nic tu odkrywczego. Poza tym, co napisał Fun. Masz świetny warsztat, Twoje pisanie jest tak swobodne, jak moje wcinanie pączków w tłusty czwartek.

Pozdrawiam serdecznie.

Funie, masz chyba lepsze zdanie o tym tekście ode mnie ;)

Wiadomo :)

Darconie, powiem szczerze, że wcinanie pączków to w ogóle mi zajebiście idzie, bez względu na dzień tygodnia :) A z powieścią wal jak w dym, chętnie pomogę.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Co mi wpadło w oko w trakcie lektury:

 

“…sreberko schował pod jedną z warstw ubrania. Potem wyjął jednego papierosa…”

 

„Żona Muminka wyszła do kina[-,] albo na randkę”

 

„…nie na jeden wieczór, ale na tydzień[-,] albo miesiąc? Świat skończy się we mgle – pomyślał za zamkniętymi oczami Muminek, ale zaraz potem zrozumiał, że ani trochę nie jest na to przygotowany.”

 

„W wiekowym volkswagenie głównie milczeli, coraz bardziej przestraszony zbliżającym się końcem świata Muminek na smutno, zajadający się cukierkami kopiko Wujek – na kawowo.”

Przyznam, że musiałam kilkukrotnie przeczytać to zdanie, by pojąć jego sens. Czy można milczeń na smutno? Albo milczeć na kawowo? No nie bardzo. Do mnie przynajmniej ta wymyślna konstrukcja nie przemawia.

 

„ogłaszał siedemdziesięciolatek przed wyjęciem sernika[-,] lub strucli.”

 

„Publikowali teksty, redagowali stronę główną[-,] i na zmianę chodzili do redakcji papierowej prosić dziennikarzy…”

 

„…uprzejmie, ale o obu zapominano w momencie, gdy znikali za matowoszklanymi drzwiami prowadzącymi na klatkę schodową. Niektórzy dziennikarze dawali się namawiać na prowadzenie autorskich blogów z komentarzami do bieżących wydarzeń, ale zapału starczało im zwykle na miesiąc. Muminek mógł znaleźć lepszą pracę, ale mógł też gorszą.”

 

„W Gazecie Muminka tekstów do internetu się nie wrzucało[-,] ani się ich nie publikowało.”

 

„Oczywiście nigdy by tak o niej [+nie] powiedział…”

 

„10 metrów linki” – Dziesięć, słownie.

 

„Jestem z Gorzowa[-,] i miałem okazję współdziałać z gorzowskimi legendami…”

 

„najbardziej godnego uwagi z nich gościa” – kulawy ten szykowane

 

„Tak poza tym to mój kumpel z czasów, kiedy razem jeszcze chodziliśmy do szkoły podstawowej, harcerstwa, a później – oczywiście – wspólne wyjazdy w teren.” – Te wspólne wyjazdy w terem wypadają niegramatycznie.

 

„Ponieważ tematem zainteresowałem się jeszcze za szczeniaka, dlatego dość szybko zrobiłem się dość wybredny pod względem doboru jakości treningu.” – Włodek ma problemy z językiem polskim, najwyraźniej ;) Albo „ponieważ”, albo „dlatego”, ale nie oba naraz…

 

„przejedź się na Podlasie[-,] albo”

 

„Ale to powieść na kiedy indziej.” – Raczej opowieść?

 

„Muminek wziął tydzień urlopu, zamknął się w mieszkaniu i przez cały ten czas nie zbliżał się do komputera.”

Hm… od początku mam wrażenie, ze coś jest nie tak, jeśli chodzi o żonę Muminka. Ona w ogóle istnieje? Bo wydaje mi się bardzo dziwnym, by człowiek pozostający w związku mógł sobie bezkarnie pozwolić na pewne rzeczy. Na przykład na „zamknięcie się w mieszkaniu” czy płacenie z niskiej jak na Warszawę pensji jakimś ludziom za to, że do niego dzwonią. I co, żona nie pyta, gdzie się rozpłynęła kasa? Przymyka oczy dosłownie na wszystko? Może są gdzieś takie ewenementy, ale od początku relacja Muminka z żoną wydaje mi się skrajnie niewiarygodna, a to rzutuje na odbiór opowiadania.

EDIT: A potem jeszcze mu mówi, by umówił się z inną? E?

 

„Muminek spędzał na zalanym jaskrawym lipcem Placu Defilad” – Plac był zalany lipcem czy lipcowym słońcem? Jak dla mnie to za duży skrót myślowy.

 

„…razem z pierwszym tomem „Pierwszej pomocy przedmedycznej”.”

 

„Osiem wolnych ławek w pobliżu, ale gość akurat potrzebował towarzystwa. Muminek lubił się dzielić, ale nie tym, co akurat miał, dlatego na „dzień dobry” odburknął półgębkiem bez kiwnięcia głową, wpatrzony w obrazek z tchawicą.”

 

„jednak między przywitaniem[-,] a odpowiedzią minęło zbyt wiele czasu”

 

„ciąg przyczynowo–skutkowy.” → przyczynowo-skutkowy, z dywizem a nie półpauzą

 

„wszystko spłonie, utonie[-,] albo zostanie zjedzone.”

 

„nie liczył na życie wieczne[-,] ani na wyzwolenie przez katastrofę”

 

„kierowca, przechodzień[-,] ani rowerzysta nie zwrócił”

 

Ale nie mam. Ja pierdolę, nic bym nie zrobił. – Przykurczonymi ruchami dłoni Muminek próbował nadać sens wątpliwościom. Jego głos nie cichł, ale w każdej chwili mógłby.”

 

„Gdy szedł przed siebie, można było go podnieść[+,] odwrócić o sto osiemdziesiąt stopni…”

 

„Lubił też stawać blisko ściany, tyłem do pokoju – z jego płaskim pyszczkiem oznaczało to naprawdę blisko – by miauczeć przez kwadrans. Ale miał też zalety. Nie szalał po mieszkaniu, nie drapał mebli i zwykle trafiał do kuwety.

Ruda nie zabroniła Muminkowi nocować w jej mieszkaniu, ale też na to nie pozwoliła, więc wolał nie ryzykować.”

 

„A potem ustawiał się płaską mordką do ściany i zaczynał miauczeć[-,] lub robił slalom między wieżami z książek.”

 

„żebyś położył go z powrotem między skrzydło drzwi[-,] a framugę.”

 

„Cześć[+,] Muminek, stary druhu!”

 

„Chciał się zapytać, czy wciąż jest zła”

 

„Żona Muminka weszła do pokoju z gorącą herbatą, która postawiła mu na biurku.” – którą

 

„Nie miałem ze sobą nic, tylko portfel i bidon, wiec nie jestem pewien, czy to dobry sprawdzian.” – więc

 

„Nie mógł sobie przypomnieć o czym. W drugiej sekundzie przemknęło mu przez myśli czarne lśniące volvo, po remoncie, niepilnowane w tej chwili przez nikogo i szalejące na mieście. W trzeciej przypomniał sobie o Palmie…”

 

„I jak stanie na nogi to się spotkacie pewnie na piwie[-,] albo pojedziecie sobie na rowery.”

 

„…świat robił się coraz bardziej czarno–biały.” – czarno-biały z dywizem

 

„wciśnięty między regał[-,] a łóżko w małym pokoiku”

 

„sam zaś niezliczoną liczbę razy” – jak niezliczona, to ilość

 

„a lewa poręcza uzasadniała zasadę” – ta poręcz, a nie poręcza; poza tym „uzasadnianie zasady” to masło maślane

 

Tak właściwie to czemu Pan Kazimierz przez wielkie P?

 

„Wystarczył dzień[-,] albo dwa od naprawy”

 

„– No tak, oczywiście, że tak. – kKiwnął głową.”

 

„Podstawówce połączonej z gimnazjum[-,] brakowało wszystkiego”

 

„Żałował, że sam nie mógł się w nie uczyć.” – niej

 

„– Żaba miała straszny sen. Śniło jej się, że jest cebulą, rośnie w ziemi po samą szyję, a na głowie ma szczypior[+.] – Buka rozpoczęła nowy rozdział, ale Antek już spał.”

 

„– Uważaj na siebie! – krzyknęła za znikającym w ciemnościach przedpokoju ogonem, ale wiedziała, że jej nie słucha. Chciała się zdenerwować na wszystko, ale to by było jak denerwowanie się na spadającą gwiazdę.”

I na początku następnego fragmentu kolejne „ale”. Generalnie używasz konstrukcji z „ale” bardzo często.

 

„Las czarnych glanów z wpuszczonymi w cholewki nogawkami bojówek[-,] otoczył samochód kilka chwil później.”

 

 

Ogólnie rzecz biorąc czytało mi się bardzo dobrze, bo piszesz stylem, który szczególnie mi podchodzi. Nie spieszysz się, fajnie składasz zdania, piszesz lekko i przejrzyście, że aż chce się czytać dalej. Także – poza drobnymi usterkami (uważaj na przecinki przed słówkami typu ale, albo, ani itp.) – językowo spisujesz się na piątkę. Bo usterki nieważne, zawsze można się nauczyć ich unikać, jeśli tylko umiesz pisać zajmująco.

Natomiast nie jestem w 100% zadowolona z warstwy fabularnej. Czegoś mi brakuje. Nie wszystko się domyka. Niektórym rzeczom poświęciłeś nader dużo uwagi, a za to jakoś pominąłeś inne. W ogóle mam wrażenie, że wychodzimy od punktu “A”, którym jest Muminek, w trakcie poznawania jego historii poznajemy też inne postacie i potem widzimy niektóre wydarzenia z ich życia. Ale np. wątek Włodka w ogóle do mnie nie trafia. Wydaje mi się nic nie wnoszący i po prostu zbędny, tylko zajmuje miejsce. A co pod koniec świata działo się z żoną Muminka? Albo z szachistą z Placu Defilad? Czemu ich zignorowałeś, a poświęciłeś miejsce takiej Buce, ledwie do tej pory wspominanej? Aha, i dlaczego Grzegorz trafił do szpitala przez Muminka? Nie rozumiem.

Podsumowując – czytało mi się świetnie, ale parę rzeczy w fabule mi się nie domyka, nie gra mi, wydaje mi się bez związku z czymkolwiek. Oczywiście może to moja wina, bo czegoś nie zrozumiałam. Ale jest jak jest. Muszę to przemyśleć. Generalnie najlepszy wydaje mi się wątek z kierowcą czarnego volvo ;)

 

Pozdrawiam i kategorycznie nakazuję Ci pisać jak najwięcej ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Kurcze, aż jestem ciekawy, czy dałoby się z tego ukręcić książkę. Bo masz ciekawy styl, który w przykuwający sposób potrafi opisywać nawet “pierdoły” z życia. Bo to co robi Muminek to z zewnątrz nic odkrywczego: szykuje się na apokalipsę i szuka gościa z czarnej wołgi. Ale napisane jest to w taki sposób, że nie da rady od tego się oderwać ;)

Zastanawiam się jednak, czy nie dałoby rady wyciąć części bez strat. Tekst ma budowę modułową i jeśli wytniesz pewne fragmenty, to scenografia, sens i tekst niewiele stracą. Stąd widać, że szedłeś w kierunku książki, a w połowie odpuściłeś i została nowelka. Za długa na opowiadanie, za krótka na półkę.

Podsumowując: dobrze napisany i wciągający koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

protofantastyką – akcja dzieje się tuż przed tym, jak sama fantastyka się wydarza.

To się nazywa "wymówka". Koniec świata, tak nawiasem, fantastyki nie czyni, albowiem jest możliwy nie tylko logicznie (chyba, że jesteś starożytnym Grekiem). A, że niespotykany na co dzień? Wielki Wybuch też był tylko raz.

 

Nie będę Cię ciągnęła za każde niezręczne sformułowanie, bo primo – tekst jest długi, a potknięcia dość rzadko rozsiane, i secundo – recenzja i tak byłaby za obszerna (tekst jest długi). Czepię się czegoś innego. O co, tak dokładnie, tutaj chodzi? Stworzyłeś całkiem sympatyczne postaci (te, które nie noszą glanów), ale co one mają do przekazania? Nie widzę tego po prostu. Wprowadzasz mnóstwo szczegółów, które błyskają tylko raz (zapalniczka od bezdomnego powraca, ale co z tego?; żona bohatera na randce – więc go zdradza, albo on ją podejrzewa – i co z tego wynika?; szachista – fajny, ale co on tu robi? herbaciane talenty i antytalenty – ładnie budują postać, ale jakoś w próżni). Może to wynik przerwania pracy w jednej trzeciej, może Twoich skrótów – a może tak już było? Główny wątek przygotowywania też się jakoś rozmywa. To było zamierzone? Pokazuje, że obsesja musi się wypalić, i co dalej, maturzysto?

 

Ale namęczyłeś palce, a głowę chyba też, bo styl nie jest zły.

Postanowienie na rok 2018: robić ćwiczenia stylistyczne!

Tak do wszystkich, bo to w sumie adresuje większość komentarzy – w pracy nad tym tekstem, tak jak pisałem wcześniej, doszedłem do momentu, w którym nie mam nic więcej do powiedzenia o Muminku (choć plany były większe i bardziej fantastyczne), a także do wniosku, że podoba mi się taka forma, w której większość wątków jest otwarta i rozchodzi się we wszystkie strony jak końcówka niezwiązanego warkocza. Wydaje mi się, że to dobrze pasuje do tematu opowiadania – końca świata przychodzą nie wtedy, gdy wszystko jest pozakończane, ale właśnie w połowie, gdy rzeczy są rozgrzebane i człowiek potrzebuje jeszcze chwili, jeszcze minutki. To jak budzenie się po świetnym śnie – rzadko się zdarza, że budzimy się po puencie snu, częściej w jego środku. W 100% rozumiem tych, którym to się nie podoba i nie lubią tak w literaturze. Ja lubię, ale też nie zawsze (ostatnio z kimś rozmawiałem o “Tysiącu jesienii Jacoba De Zoeta”, pewnie jednej z lepszych książek, jakie w życiu czytałem, w którym jest dokładanie na odwrót: wszystkie wątki sie doskonale domykają i kończą, przepiękne zakończenie) (swoją drogą, jak ktoś czytał – fantastyka to czy nie? Pomijając długość, czy na naszym portalu można by to opublikować?). 

 

Jose, kurde, kawał roboty zrobiłaś przy tym tekście, dzięki (to dodatkowe “dzięki” oprócz wielkich dzięki za dobre słowa). Większość poprawiłem, większość oczywistości. Nie zmieniam nic tylko w mailach Włodka, bo one takie są :) Faktem jest, że gdzieś mam jakiś jeden konkretny problem z przecinkami, nauczyłem się już, ale muszę się przestawić. Zwrócę też uwagę na “ale”, to ciekawe, chyba masz rację. A z poszczególnych wątków:

– Żona Muminka jako postać niewiarygodna – to chyba jedna z tych kwestii, w których patrzysz na życie i myślisz sobie “jak to opiszę, to nikt nie uwierzy, to zbyt niewiarygodne”. Jak wiele wątków w tekście, także ten jest, co tu dużo mówić, oparty na faktach. Inaczej mówiąc – znam żonę Muminka dość dobrze, pewnie jest niewiarygodna, ale nie przeszkadza jej to istnieć. Faktem jest, że przy cięciach trochę fragmentów akurat o niej wypadło. Winię limit znaków tym razem. Dotyczy to zresztą także trochę Włodka i bardzo Buki (szachista uchował się cały).

Muminek też nie rozumie, dlaczego Grzesie trafił do szpitala przez niego, więc nie jesteś sama ;) Natomiast wątpię, żeby było tak, że czegoś nie zrozumiałaś, to jest prosty tekst bez drugiego dna.

NWM, również dzięki! Pewnie dałoby się trochę wyciąć (po tym, jak już sporo wyciąłem), ale – przepraszam – już mi się nie chciało ;) nie o lenistwo chodzi, tylko o to, że nie chciało mi się robić z tego shinkansena, który pędzi do mety, tylko właśnie taki rozlany tekst.

Rzeczywiście szedłem w stronę książki i rzeczywiście wyszła nowelka, dobrze to nazwałeś. Ja też czułem coraz bardziej, że to nie jest materiał, którym chcę kiedyś zadebiutować książkowo, stąd to samoograniczanie.

Tarnino, żeby to była wymówka, to musiałbym mieć jakieś poczucie winy, albo naruszenia jakiś norm, a nie mam. Mam za sobą już kilka dyskusji tutaj o tym, co to jest fantastyka i czy coś jest fantastyką, czy nie, teraz jestem na etapie, że jeśli ktoś uważa, że jakiś tekst fantastyką nie jest, to jedynie się z nim zgadzam. Natomiast masz rację, to jest bardzo rozlany tekst, pisany na niskiej dyscyplinie fabularnej (to też jeden z powodów, dla których postanowiłem go zakończyć na tym etapie), powiedziałbym, że dość impresjonistyczny, co też w moim przekonaniu oznacza “niedojrzały”. Wszystko racja.

Palce trochę namęczyłem, ale głowę wręcz przeciwnie, to było bardzo wyzwalające pisanie ;)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

I do wszystkich, jako ciekawostka – poprosiłem kiedyś znajomą matematyczkę, żeby opisała zgrabnym równaniem taki koniec świata, jaki chciałem opisać w tym tekście. Jeszcze nad tym pracujemy ;)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Ja czytałam “Tysiąc jesieni”. Silny wątek fantastyczny jest tam tylko jeden (a i tak pewnie niektórzy mogą się upierać, że nie ;p), całość jest mocno osadzona w historycznych realiach, losy bohaterów są raczej obyczajowe. Jak dla mnie to jedna z tych powieści, które stoją okrakiem nad różnymi gatunkami i nie dają się uparcie zakwalifikować do jednego. I, cholera, kocham to. Nie znoszę szufladkowania. Nie nazwałabym “Tysiąca jesieni” fantastyką i sądzę, że gdyby ktoś coś podobnego opublikował tutaj, użytkownicy kwękaliby, że fantastyki brak albo że dałoby się ją wyciąć bez szkody dla reszty. Ale również nie powiedziałabym, że “Tysiąc jesieni” fantastyką nie jest, bo jednak wątek z klasztorem mocno rzutuje na losy, decyzje i zachowania bohaterów. I to jest właśnie piękne ;)

Generalnie jeśli ktoś nie zna, to sądzę, że zapoznanie się z dowolną powieścią Mitchella będzie wartościowym doświadczeniem literackim, szczerze polecam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Podobało mi się :)

Ech… Na początku chciałem zachwalac Twoją dojrzałości pisarską, objawioną w postaci świetnej narracji, konstrukcji bohaterów i spójności fabularnej. Potem zamierzałem Cię zjechać, że marnujesz swój czas, jaki masz do końca świata, na opka zamiast pisać książkę, którą kupię. Ostatecznie machnąłem ręką – Może w kolesiu jest więcej Muminka niż by chciał? Jest za dobrze ;) Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny :)

Fun – co do komentarzy którego ostatnio przychodzi mi niepokojąco często nawiązywać (ale co, jeśli przeczyta te słowa, może uznać raczej za komplement) – pisał, że kupuje to opowiadanie jako “opowieść o ludziach”. No cóż, nie zgadzam się z tym. Podobnie z Twoją niechęcią do puent.

Moim zdaniem ten tekst – choć w wielu różnych sensach jestem nim bardziej niż zachwycony – w ogóle nie powinien być opowiadaniem. Jest bowiem tak bardzo o wszystkim i o czymkolwiek, że zasadniczo jest o niczym. A w każdym razie o niczym konkretnym. Co z kolei niekoniecznie jest, przynajmniej nie w pełnym, dogłębnym tego słowa znaczeniu i nie w każdym możliwym kontekście, jego wadą.

Dobra, wstrząsnąłem, to teraz zamieszam: chodzi o to, że dla mnie nie ma w tym wszystkim jednej, spójnej historii – to bardziej fragment dziwnych i burzliwych dziejów niejakiego Muminka. Jeśli wyciąć mocno jednak naciągany koniec świata, bardziej pasujący tu jako pretekst do postawienia ostatniej kropki (czyli – być może paradoksalnie – rzeczywiście do doprowadzenia tego konkretnego świata do końca) niż jako faktyczny zamysł autora i objaw jego twórczej konsekwencji, to dostajemy obyczajówkę nie tylko tego pokroju, że brak w niej fantastyki, ale też i dlatego, że to po prostu jest obyczajówka z krwi i kości.

Chodzi mi o to, że finał, ten koniec świata, jest w pewnym sensie doczepiony. Twoje opowiadanie mogłoby być o czymś zupełnie, zupełnie innym – nie ci bohaterowie, nie te wydarzenia, nie to miejsce i czas też nie ten (jakikolwiek on by nie był) – a z niemal równym powodzeniem mogłoby się skończyć w ten sam sposób. Więc, analogicznie, równie dobrze tutaj mogłoby wcale tego zakończenia nie być. A gdyby go nie było, cała ta historia… Dobra, tu następuje fragment, w którym zaczynam się powtarzać, więc pomijamy i przechodzimy do, nazwijmy to, podsumowania tego konkretnego zagadnienia.

Dla mnie opowiadanie – i tu trochę kieruję się samą nazwą, choć może niesłusznie – powinno być zamkniętą opowieścią; historią, która ma jakiś konkretny punkt zaczepienia i zmierza w jednym, wyraźnie obranym kierunku. Tutaj tego nie ma. Mumin sobie po prostu żyje, ma swoje problemy, fobie, przygody, przemyślenia i tak dalej. Do tego dochodzą mniej lub bardziej interesujące i zawiłe relacje z innymi bohaterami – z których, generalnie, dla czytelnika często nie wynika nic poza dodatkowymi kilogramami pięknej prozy do czytania (więc koniec końców – zazwyczaj – na plus), ot, choćby ta przygoda działkowa, szachy czy opieka nad Włóczykijem – ale nie prowadzi go to nigdzie dalej niż do Z dnia na dzień, a finał, czyli ten konkretny kierunek, który nadałeś opowieści, wyskakuje sam z siebie, zupełnie niezależnie od tego, co zrobili bohaterowie. Dlatego właśnie uważam, że to obyczajówka z na siłę wkomponowanym zakończeniem a’la deus ex, i, że jako taka, zawodzi w formie opowiadania.

Fun napisał też jednak coś jeszcze: coś, z czym sam się zgadzam, co sam cenię w literaturze najbardziej, i co często powtarzam; zazwyczaj innymi słowami – od dobrej historii wolę dobrze opowiedzianą historię – ale czasem niemal literka w literkę tak jak On: nieważne, o czym piszesz, ale JAK.

A w Twoim wypadku to JAK, deklasuje całą resztę i zwyczajnie sprawia, że pewne braki i niedociągnięcia, czy to natury fabularnej, czy warsztatowej, przestają mieć większe znaczenie.

Czy pod tym względem jesteś tutaj faktycznie najlepszym z najlepszych? Z szacunku do innych osób, których pióra również potrafią mnie zaczarować (oraz przez wzgląd na pisarską próżność własną ;) ani się z tym zgodzę, ani nie zgodzę. Na pewno jednak jesteś w ścisłej czołówce.

Żeby jednak nie było zbyt różowo, i żeby niepotrzebnie nie przedłużać, pochwały nad świetnymi opisami, jeszcze zgrabniejszym tańcem ze słowami, i wszystkim pośrednim, co z tego wynika – postaci (szczególnie Ruda i Palma, nie wiem tylko, czy w tej właśnie kolejności), dialogi, klimat (który tu jednak trochę zawiódł, przynajmniej o tyle, że nie odebrałem tego tekstu jako przygotowywania się bohatera na faktyczny koniec świata – ten nawet nie majaczył mi na horyzoncie prawdopodobieństwa, co być może jest przyczyną, dla której finał odebrałem tak, a nie inaczej – a raczej jego próbę współistnienia z własnymi dziwactwami i lękami), etc. – zamknę w tym jednym zdaniu i przejdę do dalszego malkontenctwa.

Na początku wydało mi się to kompletnie dziwne, ale przyjąłem, że taka maniera tekstu, albo chociaż samego Muminka: abstrakcja. Ciekawa, nie powiem, i ładna, ale jednak abstrakcja, swoista dziwaczność. Potem, zaabsorbowany lekturą, jakoś o tym zapomniałem, ale teraz, już po, gdy wracam do pierwszej sceny myślami, widzę to bardzo wyraźnie: rozmowa Muminka z bezdomnym, te jego dywagacje o rodzaju historii, którą żul – używam tego określenia bez przekonania – ma mu opowiedzieć, plus zapalniczka-prezent (sam mam identyczną, nie oddałbym): wszystko to, szczególnie kwestie dialogowe protagonisty, zupełnie nie pasują ani do niego, ani do całej historii. Tyle, że napisane to równie fajnie jak cała reszta. Po prostu Muminek, jakiego poznałem później, nie pasuje mi zupełnie do roli kolesia rozmawiającego w ten sposób z kimkolwiek. Znacznie bardziej, mimo wszystko, to jednak typ gościa chowającego się za plecami wujka i próbującego wyglądać groźnie.

W innych miejscach też momentami zawodzi logika zdarzeń, co wyraźnie negatywnie rzutowało na odbiór, nawet jeśli nie całości – choć i tu echo się niesie – to przynajmniej tych poszczególnych fragmentów. Chodzi mi tu przede wszystkim o wspomnianą już scenkę na RODOS (Rodzinnych Ogródkach Działkowych Otoczonych Siatką – ha, ma się tych ziomali na Śląsku!) i o rozmowę z Mikim i Jeebusem. Ten pierwszy fragment wydał mi się zupełnie nienaturalny. Przypominał rozmowę pijaków z niemowlętami – i jedni i drudzy bełkoczą zupełnie bez sensu. Niby rozumiem, że akcent komediowy, farsa i tak dalej, ale to już bardziej przypominało niesilący się na realizm skecz, niż cokolwiek innego. Tak naprawdę tylko ten studenciak z pickupa wypadł w tym wszystkim i fajnie, i prawdziwie. Powiem więcej, na tle tej szopki wypadł wręcz rewelacyjnie.

Rozmowa z Mikim i Jebuusem nie podobała mi się natomiast o tyle, że strasznie nie lubię takich niedomówień i absurdów, i ludzi, którzy się nimi posługują (w literaturze, bo w życiu jeszcze się nie spotkałem). O coś mi chodzi, i raczej powinieneś wiedzieć o co, ale ci nie powiem, bo nie. I chuj. Nie lubię też kolesi, którzy godzą się, by taki stan rzeczy został tym ostatecznym, zamiast wyciągnąć to, co trzeba, od kogo trzeba, albo chociaż skląć tego kogoś i posłać do diabła.

Choć to już, oczywiście, dewiacje mojego gustu, a nie zarzut-zarzut.

Generalnie, choć z komentarza to może niezbyt jasno wynika, ogólnie jestem pod bardzo pozytywnym wrażeniem, bo dostarczyłeś mi naprawdę sporo czytelniczej frajdy. Za to Ci dziękuję i z tego względu cieszę się, że tekst został nominowany. Inaczej pewnie bym go nie przeczytał. Ale czy poprę tę nominację, naprawdę nie wiem. Pod wieloma względami niniejsze opowiadanie zasługuje na piórko, ale mam z nim mniej więcej ten sam problem, co z Wilczyskiem, które przecież też szalenie mi się podobało, a któremu wyróżnienia z czystym sumieniem przybić nie mogłem.

Ogólnie uważam, że z tego powinna powstać książka. I nie fantasy, nie takie byle jakie i na siłę, ale obyczajówka właśnie. Coś, co rozwijałoby wszystkie wątki, i co miałoby jakieś fajne, głębokie i spójne, choć niekoniecznie szczęśliwe, zakończenie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, skoro raczej komplement, to raczej dziękuję. Pozwolę sobie wtrącić coś jeszcze, bo to chyba dobra okazja. Mam nadzieję, że Cerleg nie będzie miał nic przeciwko i jeśli trzeba, włączy się do dyskusji. 

 

Moją uwagę zwróciło stwierdzenie, że opowiadanie powinno być zamkniętą opowieścią. Generalnie się z tym zgadzam. Ciekawe jest jednak to, że napisałeś “powinno”, bo chyba ja – bardziej niż Ty, Cieniu, – skłaniam się do mówienia, że coś się w literaturze powinno. (Wiem, że dodałeś tam “dla mnie”; Cerleg kiedyś fajnie mi napisał, żebym przed każdym zdaniem jego komentarza dopowiedział sobie, że to jego zdanie).

Na przykład powinno się ograniczać używanie przysłówków. Moim zdaniem, rzecz jasna. I zdaniem Stephena Kinga – nie wiem, co o nim sądzisz, ale facet jest czytany, a publikującym na portalu chyba zależy by byli czytani…? Ty chyba się z tymi przysłówkami już kiedyś nie zgodziłeś i pewnie wciąż nie zgadzasz, tak jak nie zgadzasz się ze wskazywaniem (narzucaniem?) autorowi drogi. No bo co, może ktoś użyłby tych przysłówków w niesamowity sposób, a ja swoim komentarzem duszę w zarodku styl, który mogłyby zapamiętać pokolenia? Jeśli ktoś napisze opowiadanie, w którym przysłówki będą użyte świetnie, nie przekreślę go z definicji. Jeśli takie znasz, pokaż mi. Ale wiem, że w znacznej większości tekstów, które czytałem, umiar w przysłówkach był czymś pozytywnym, a nadmiar negatywnym. (Moim zdaniem). Przyjmuję więc to jako jedną z kilku zasad, których rozsądne użycie zawsze wychodzi na plus. Tak jak w kuchni: generalnie sól polepsza smak potraw (wiadomo, że nie wszystkich; wiadomo, że z umiarem). 

Za podobną zasadę uznaję właśnie to, że opowiadanie powinno być zamkniętą opowieścią. Zazwyczaj to wychodzi na plus. Jest trochę – podkreślam: trochę – takich “zasad” w literaturze czy ogólnie w sztuce. A raczej prawidłowości, które decydują o tym, czy coś się bardziej podoba, czy mniej.

 

Prawidłowości prawidłościami, a potem pojawia się taki Cerleg i nic sobie nie robi z pewnych zasad. Otwiera wątki, których potem nie zamyka. Pisze fragmenty, które mogłyby zniknąć bez straty dla reszty opowiadania. O puencie można zapomnieć. Ale co z tego, jeśli to opowiadanie mi się tak podoba? 

Co chcę przez to powiedzieć? Nie ma jednej drogi do dobrego pisania. Ba, nie ma nawet jednego właściwego kierunku. Są autorzy, którzy potrafią iść pod prąd i dokądś dotrzeć. Ale ja, jako komentujący, mogę tylko doradzać tylko coś, co wydaje mi się drogą dobrą (nie najlepszą), bezpieczną, sprawdzoną. Obierając to z metafory: drogą literatury, która jest czytana. Cerlegowi nie mogę tutaj nic doradzić, co najwyżej powiedzieć tylko “rób tak dalej”. Wierzę, że znajdą się osoby, które tak jak ja nie będą dopatrywały się wad w tym, że opowiadanie wymyka się schematom i nie spełnia oczekiwań, do których przyzwyczaiła nas literatura. Wierzę, że są ludzie, którzy chcą coś takiego czytać. (Nawet jeśli Cerleg sam nie jest jakoś wybitnie zadowolony z tego tekstu). 

Oczywiście – moim zdaniem. 

Funie, nie chodzi o to, że ja dla zasady neguję wszystkie dobre rady – na przysłówki nigdy nie zwracałem jakoś specjalnie uwagi u innych, ale osobiście lubię – i że przeczę, iż istnieją pewne oczywiste receptury, które pomagają w dobrym pisaniu.

Jedno, z czym się nie zgadzam, to autorytarne próby narzucenia komukolwiek tego, jak ma pisać, czego ma używać, a czego nie, bo “moim zdaniem tak właśnie wygląda dobra literatura”.

Sam zawsze strasznie bałem się tego, że ktoś kiedyś upcha mnie i moje pisanie w jakieś takie ramy właśnie i totalnie zabije wszystko to, co w tworzeniu naprawdę sprawia mi radość, zmieniając mnie z artysty w rzemieślnika (King jest rzemieślnikiem). Dzisiaj widzę, że moje obawy były poniekąd słuszne i jest mi z tym naprawdę źle. Nie potrafię już pisać tak swobodnie i beztrosko, jak kiedyś. Może w ogóle już nie potrafię pisać, skoro nie potrafię już znaleźć w tym radości.

No, ale mniejsza o to. Ważne jest, że skoro przedstawiasz swoje stanowisko tak, jak je przestawiasz – “Co chcę przez to powiedzieć? Nie ma jednej drogi do dobrego pisania. Ba, nie ma nawet jednego właściwego kierunku.“ – to wreszcie zaczynamy się rozumieć, bo to jest właśnie to, o czym mówię przez cały czas.

 

Co do opowiadania Cerlega, to też nie jest tak, że ja dopatruję się wad w tym, że tekst wymyka się schematom. Nic bardziej mylnego. Dla mnie “wadą” jest to, że opowiadanie w takiej formie po prostu nie jest w pełni satysfakcjonujące. A jeśli już trzymać się metafor, to miejsce, w które Cerleg doszedł, idąc pod prąd, nie jest tym, w którym sam miałem nadzieję się znaleźć, gdy ruszałem w ślad za nim. Tyle. Tylko tyle i aż tyle.

 

King natomiast jest tematem ciekawym. Osobiście dobrze mi się go czyta, choć, generalnie, nie do końca lubię jego opowieści. Facet nie jest i nigdy nie był, w moich oczach, artystą, tylko wyrobnikiem. I to raczej marnym, jeśli wziąć pod uwagę, że na dziesięć jego powieści dziewięć i pół ma totalnie spierdzielone zakończenia (sztandarowy przykład to “Pod kopułą” – powieść, mistrzostwo, ale ostatnie kilkadziesiąt stron bym najchętniej wyrwał i spalił). Kolejną jego bolączką jest to, że nie panuje nad własnymi pomysłami – a raczej nie stara się nad nimi zapanować – szczególnie, gdy bierze się za coś naprawdę dużego, jak choćby Mroczna Wieża. Czytało się to to naprawdę świetnie, ale gość tyle razy przekręcał własne, wcześniej już napisane słowa i tyle razy utknął w martwym punkcie, z czego musiał ratować się później na wszelkie grafomańskie sposoby, że aż przykro było w tym uczestniczyć. Plus, standardowo, zjebane zakończenie.

Tak więc, generalnie, facet nie jest dla mnie praktycznie żadnym wzorem (a jeśli już, to głównie finansowym ;). Wciągająco pisać umie wielu, mało kto natomiast, tak bardzo jak King, ma w dupie to, co w sumie pisze i jak to potem wygląda. Nie wątpię, że to niezwykle przydatna u pisarza cecha, ale ja jestem od niej absolutnie wolny; zamiast być poczytnym, wolę – chciałbym – być naprawę dobry. Tworzyć coś wartościowego, może nawet pięknego.

Oczywiście idealnie by było, gdyby to połączyć w jakąś zgrabną całość, ale no…

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jedno, z czym się nie zgadzam, to autorytarne próby narzucenia komukolwiek tego, jak ma pisać, czego ma używać, a czego nie, bo “moim zdaniem tak właśnie wygląda dobra literatura”.

Dlatego przy “narzucaniu” postawiłem znak zapytania. Staram się, żeby nikt nie odebrał moich komentarzy jako narzucania, o którym mówisz. Ale czasem człowiek nie ma siły dodawać “sugeruję, żebyś spróbował zrobić tak” albo “wydaje mi się, że powinieneś”.

Osobiście żałuję, że nikt wcześniej – a raczej: we właściwym czasie – nie naprowadził mnie na rzeczy, które teraz wydają mi się oczywiste. Zanim znalazłem kierunek, który uważam za właściwy, długo błądziłem. 

Nie potrafię już pisać tak swobodnie i beztrosko, jak kiedyś. Może w ogóle już nie potrafię pisać, skoro nie potrafię już znaleźć w tym radości.

Już kiedyś o tym wspominałeś, szczerze Ci współczuję.

Jedyne, co mogę poradzić, to: nie pierdol, tylko napisz. 

 

Co do Kinga, właściwie samą prawdę napisałeś. Miewa książki lepsze i gorsze, a w tych książkach momenty gorsze i lepsze. Można się uczyć, jak robić i jak nie robić. Ale przede wszystkim ludzie go czytają. Nie mówię, że powinno się go naśladować, tylko wyciągnąć coś dla siebie i z tego czegoś lepić swój złoty środek. 

Funie, Cieniu, ja chwilowo mam tak, że podoba się, to super, a nie podoba się, zero problemu – jeśli komuś coś jakiś mój tekst robi, to mi to w sumie wystarcza. Jasne, czasem sobie filozuję pod różnymi tekstami tutaj, ale chwilowo mam właśnie tak. Więc o powyższym tekście na razie sobie odpuszczę, pozwólcie. Innego końca świata nie będzie ;) Myślę, Cieniu, że masz sporo racji w różnych punktach swojego komentarza, z kolei z Funem mamy na wiele spraw literackich podobne spojrzenie, to czasem aż szokujące (choć nie zawsze: nie wiem, czy widziałeś, ale pod którymś tekstem w Bibliotece obaj przywołaliśmy “Sandkings” Martina, tylko ja jako zarzut, a Ty jako komplement – rozbawiło mnie to bardzo). Faktem jest też, że nie jestem z tego tekstu bardzo zadowolony.

W sprawach makro – rzeczywiście, Cieniu, masz bardzo klasyczną wizję opowiadania – to jest w ogóle kwestia całego gatunku, który trzyma się kurczowo ustalonej formy i nie umie, albo nie chce jej przekraczać. A może chodzi w ogóle o literaturę gatunkową jakąkolwiek (tak, są przykłady, że tak nie jest, ale jest ich mało), nie wiem. Ja w każdym razie jestem rzemieślnikiem – tak, jak to King zdefiniował, w jego skali 1-4 staram się z trudem podźwignąć z dwójki na trójkę, ale brakuje czasu, ciągle brakuje czasu. Bo to podźwignięcie to jest wyłącznie kwestia pracy, a w ogóle kwestia talentu. Pojęcie talentu dotyczy jedynek (talentu zero) i czwórek (czyste talenty, czyli geniusze). A większość z nas to dwójki – przed nami tyko praca. Tak to widzę. BTW, wróciłem ostatnio do “Galerii Złamanych Piór” Kresa – ileż dobrego mi zrobił ten człowiek, to niewyobrażalne.

W ogóle odbieram Wasze komentarze jako bardzo miłe i zaangażowane w tekst, więc bardzo głębokie ukłony i podziękowania ode mnie.

Blacktomie, tak samo – bardzo dziękuję. To bardzo budujące.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

A większość z nas to dwójki – przed nami tyko praca.

– jak pomyślę o mojej skrzynce, w której mam młotek i kilka gwoździ, z których czasem coś pozbijam, i ile tak naprawdę czasu musiałbym poświęcić, żeby mieć Twoją, to skóra cierpnie. Jednym słowem dwójka, dwójce nie równa. Czytając Twoje opowiadanie czytałem Eduardo Mendoze (”Przygoda fryzjera damskiego”), Terrego Pratchetta, a gdy dotarłem do fragmentu o kierowcy z Volvo nawet Palahniuka. Oczywiście nie chodzi nawet o to, że to podobny rodzaj humoru, ale że granice między tymi tworami się zlewały. Nie było dwójek, trójek i czwórek. Była przyjemność z czytania, moment do przemyśleń i nastrój. Jakbym Ci mógł coś poradzić, to się chłopie nie klasyfikuj, nie próbuj za wszelką cenę wymyślać, jak wysoko trzeba podnieść poprzeczkę, bo nawet nie wiesz, gdzie teraz stoisz. Może się okazać, że wystarczy zrobić tylko krok do przodu, bo poprzeczka została daleko pod Tobą :p

Dobra. Koniec tej podniosłej przemowy. Mniej myślenia, więcej działania :)

 

Ps. Ciekawe ilu autorów po tym haśle o dwójce, wpadło w beznadziejną depresję ;)

Wiesz, Blacktomie, to nie chodzi klasyfikację, tylko o coś innego – mi “Jak pisać. Pamiętnik Rzemieślnika” Kinga po prostu otworzyło oczy na wiele spraw, w zasadzie to jedyny podręcznik pisania, który poważam (oprócz “Galerii…”, ale to zbiór felietonów). Bardzo się odnalazłem w tym, co King pisze o pisaniu i w tym podziale 1-4. Dzięki temu mogłem odpuścić pisanie arcydzieł, czego nie umiałem, a mimo to próbowałem, a zacząć pisać normalnie i po ludzku. To taka moja kotwica, która mocno trzyma dno. Tam jest wiele innych świetnych rad (np. o czytelniku idealnym, bardzo polecam, dla mnie cud po prostu).

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

No widzisz. “Jak pisać…”, też przeczytałem (starałem się bardzo uważnie zrozumieć, jak to jest być pisarzem z punktu widzenia pisarza i czego taki świadomy pisarz jest mnie wstanie nauczyć) i dalej twierdzę, że trzeba mierzyć wysoko. Sam King kiedyś porzucił kierunek, który może nie zapewniłby mu milionów fanów, ale sprawiłby, że byłby o wiele lepszym pisarzem (chodzi mi np. o takie perełki, jak “Wielki marsz” i “Uciekinier”). Może dla Kinga “Jak pisać…” to taki sposób, aby wmawiać sobie, że po prostu “nie mogłem być wielki” ;) 

 

Oczywiście jeżeli odcięcie tej kotwicy dało taki efekt, jak to opowiadanie, to też dobrze :)

Wpadam z komentarzem piórkowym. I podobnie jak u Jose, mam nie lada kłopot.

Bo piszesz wciągająco, wręcz przez cały początek nie mogłem się oderwać. Rozważania o nożu to najlepsza część. Masz styl, którego wręcz zazdroszczę :)

Im dalej w las, tym mocniej czuję ten rozjazd między planowaną powieścią a opowiadaniem, które ostatecznie wyszło. Są urzekające fragmenty, które okazują się niepotrzebną fasadą. Nic nie wnoszące, a rozmywające treść ozdobniki. Innymi słowy czuję, że patrzę na nieukończoną rzeźbę, jeszcze nieociosaną ze wszystkich niepotrzebnych fragmentów. Że gdyby ten utwór był pełną książką, byłbym bardziej zadowolony. Albo gdybyś wyjął to, co najlepsze i zrobił z tego bardziej zwarty tekst.

Obecnie zaś czuję ten rozjazd i na koniec zostawia on nieprzyjemny posmak w mych ustach. Jakbym patrzał na arcydzieło, porzucone tuż przed końcem drogi. Świetny utwór, ale niedokończony. Aż żal mi serce ściska.

Jestem więc na NIE, ale podobnie jak przy tekście Jose powiem, że niewiele zabrakło. Bardzo niewiele.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Obecnie zaś czuję ten rozkrok, jaki wykonałeś tym tekstem i na koniec zostawia on nieprzyjemny posmak w mych ustach.

;)

A wiesz, Coboldzie, że dopóki nie zwróciłeś uwagi, to nie widziałem w całym tym zdaniu nic niezwykłego? :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Rozkroki są zdradliwe. Kiedyś pod własnym tekstem jeszcze gorzej się wyraziłam… ;-)

Babska logika rządzi!

Pochwal się, Finklo!

Proszę bardzo:

Drugiego narratora nie ma. Trochę przez to stoję w rozkroku i zdaję sobie sprawę, że dziura po nim może uwierać.

To pod tekstem na Dragonezę dla Loży tak poszalałam. Pod tym samym opowiadaniem jest mój jeszcze lepszy/ gorszy komentarz. Ale to już zachęcam do samodzielnego znalezienia. ;-)

Babska logika rządzi!

Oj, Reg. To chyba nie to okienko…

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie ten temat, Reg! :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zdecydowanie nie tutaj! Zabieram swoje głosy i uciekam. ;(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Co tu się odjaniepawliło?

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Reg pomyłkowo ujawniła tutaj swoje piórkowe głosy. Dwa TAKi i jedno NIE. A teraz się domyślaj, Cerlegu. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Istotnie, tak uczyniłam. Co prawda posprzątałam, ale niektórzy widzieli bałagan.

Przepraszam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sorry, Winnetou, z bólem serca byłam na NIE.

Wszystko pięknie – fajnie odmalowani bohaterowie, dobre dialogi, klimatyczne opisy… Wszystko robisz dobrze, czyta się super.

To znaczy, czytałoby się, gdyby tu było więcej fantastyki (wspominałam już gdzieś, że obyczajówki mnie nudzą?). I fabuły. A tak – zbudowałeś bohaterów, postawiłeś przed nimi jakieś wyzwania (raczej takie zwyczajne, z życia wzięte, więc niespecjalnie porywające) i… I właściwie na tym koniec. Ich działania nie miały większego wpływu na zakończenie. Jak dla mnie – za dużo reality show, za mało pomysłu na przygodę i opowieść o niej.

Człowieku, zacznijże dodawać do swoich tekstów porządny kawałek fantastyki, owiń go dookoła uczciwej osi fabularnej i wszystkie piórka Twoje…

Babska logika rządzi!

Pozostawiam sformułowanie “uczciwe osie fabularne” bez komentarza. Ukłony.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Krew na sekundę zawrzała Muminkowi mu w żyłach

Na sekundę Muminek zapomniał[+,] po co przyjechał do szpitala

Dałbym tu przecinek, bo masz praktycznie obok siebie dwa orzeczenia.

 

 

Witaj, Cerlegu. Z przyjemnością zawsze zaglądam do Twoich tekstów i nie inaczej było tym razem. Twój nick w moich oczach to po prostu synonim jakości, a sposób, w jaki władasz słowem, jest godny pozazdroszczenia. Urzekłeś mnie już na początku, gdy Muminek siedzi w szlafroku na fotelu i w sumie nie robi nic, lecz przedstawiasz to nic w taki sposób, że tworzysz literacki narkotyk, który każe czytać dalej przez formę, niekoniecznie przez treść.

Nie wiem, czy pamiętasz, ale pod którymś opowiadaniem zarzuciłem, że jest on “wydmuszką” – może to nieco za mocne słowo, ale chciałem tym zasygnalizować, że masz tendencję do przerostu formy nad treścią. Wrażenie może być złudne, bo gdy włada się tak rewelacyjną formą, niełatwo podeprzeć to historią, która także dawałaby radę w sposób co najmniej zadowalający. Myślę, że to kwestia wyrobienia się i pewna równowaga przyjdzie z czasem – muszę natomiast zauważyć, że ze wszystkich Twoich dzieł to w “A jednak będzie” zobaczyłem, że ta fabuła nie jest tylko pretekstem do pochwalenia się słownymi wodotryskami. W moich oczach ciągle nie jest idealnie, ale kroczysz zdecydowanie w dobrym kierunku.

Rozważyłbym lepsze zarysowanie faktycznego zagrożenia, jakie niesie zapowiedź końca świata z początku. To co jest, to bredzenie lumpa spod leszczyny, które mało kto wziąłby na poważnie. Gość rzuca dosłownie jedno zdanie, a przewraca dalsze życie Muminka do góry nogami. Jak dla mnie wypadło to niewiarygodnie. Przez wzgląd na ubogą fantastykę, odnosiłem przez długi czas wrażenie, że tej fantastyki tu jednak wcale nie będzie, a to co chciałeś pokazać, to jedynie studium osoby chorej na umyśle. Tak bowiem odebrałem bohatera, który zagłębiał się w swojej paranoi, nie mając ku temu właściwie żadnych podstaw prócz tego jednego, nieszczęsnego zdania lumpa spod leszczyny.

Samo zagłębianie wypadło zbyt rozwlekle i w pierwszej połowie opowiadania byłoby gdzie ciąć. Trzeba jednak oddać, że dialogi wypadły fenomenalnie, a postaci jeszcze lepiej, więc lifting robiłbym niewielki, by żaden z tych elementów nie stracił na soczystości.

Zakończenie nie rozczarowuje i świetnie, że domykasz wątki większości postaci. Obawiałem się, że wprowadzanie ich w takiej liczbie jest tylko pretekstowe na potrzeby poszczególnych scen, ale na szczęście wyprowadziłeś mnie z błędu. W finale także wreszcie pojawił się element fantastyczny, lecz nijaki i rozmyty, jakby dołożony na siłę – najsłabsza część tej historii. I nie ma w tym nic złego, bo to opowiadanie o ludziach, a nie o apokalipsie. Zastanawiam się tylko, czy warto kastrować w ten sposób swoje dzieło, bo mam wrażenie, że nie czujesz się najpewniej na fantastycznym gruncie. Być może nie ma co zmuszać się do fantastyki i warto dać sobie szansę, pisząc na przykład dramat?

Nie wiem, czy to opowiadanie warte piórka. Uważam jednak, że wycisnąłeś z forum już wszystko, co się dało. Jeśli komentarz redaktora NF, a może nawet współpraca z nim popchnie Twoją twórczość na jeszcze wyższy poziom, to będę głosować za.

Pozdrawiam i dzięki za ciekawy tekst!

Żaden redaktor jeszcze nie przeczytał?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przecież to strasznie długie jest, komu by się chciało :)

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Nie konwencjonalne…. Ciekawe…

Podoba mi się język. Trochę miejscami ocierasz się o stylistykę opowiadań Sheparda, co akurat jest komplementem (dla jasności).

 

 

Jedno z pierwszych opowiadań jakie przeczytałem na tym forum na pewno będę odnosił do niego kolejne – mimowolnie.

Długie, ale na kilka podejść…

 

Pal licho te zarzuty tam o fabule i inne takie o zakończeniu niesatysfakcjonującym, no i ostrzegałeś, że to prefantastyka czy jakoś tak.

To się świetnie czyta dla samej przyjemności czytania, chociaż, gdzieś tam do połowy podobało mi się hardkorowo, a później już tylko podobało (chyba spowszedniało mi, że to dobre jest).

Styl, język, humor – :))

No i dialog… Dialogami i prepperstwem Muminka zmiażdżyłeś :)

 

Można by rozpisać na ksiąkę, o tym co było dalej, można by też skrócić.  Ale jest jak jest i jestem kontent.

 

Tak czy siak moja ulubiona część to ta pierwsza, w salonie.

 

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Dobre opowiadanie. Albo inaczej: świetny warsztat, dobry pomysł, ale do historii, a raczej jej braku mam uwagi.

 

Uwaga jest taka, że tu objętość przerosła pomysł i formę. Bo jednak tekstom opartym na absurdzie czy humorze zwięzłość służy (nawet najlepszy żart w końcu się zużywa), a jeżeli chcesz opowiadać de facto bez opowieści, z luźnymi wątkami bujającymi się to tu, to tam, to jasne, rób to, to ma swój urok… ale jeżeli piszesz tak długi tekst, to jednak fakt, iż to donikąd de facto nie zmierza zaczyna czytelnika nużyć. Bo mnie się ten tekst podobał bardzo, ale w pewnym momencie stwierdziłem, że dajesz mi tylko więcej tego samego, a ja już dostałem tyle, że jesteś syty.

 

Niemniej styl bardzo dobry, świetne czuje języka, zwłaszcza w dialogach, więc tylko fabułę wymyslić i można publikować.

malakh – to daj waść Cerlegowi srebrne piórko!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Malakhu, dziękuję – napisałem wiadomość prywatną z dodatkową prośbą. Mam nadzieję, że znajdziesz chwilę, żeby poświęcić uwagę. Z góry dzięki.

Dla podkreślenia wagi moich słów siłacz palnie pięścią w stół

Cerleg, niestety dopiero teraz przeczytałam, ale myślę, że piórko w pełni zasłużone i Twój styl rzeczywiście osiągnął już poziom zasługujący na publikację. Dziękuję za bardzo satysfakcjonującą lekturę.

Nadrabiam tegoroczne piórka i przybywam nawet do tego, do którego ty sam, Cerlegu, nie zachęcałeś w komentarzach ;)

Chyba niewiele mogę wymyślić mądrego ponad to, co już zostało powiedziane. Tekst czyta się dla przyjemności z pięknie budowanych, skrzących się humorem, błyskotliwych zdań. Fabuła nie jest tu aż tak istotna i w sumie jej pełność/niepełność nie przeszkadzają mi specjalnie. Nie sądziłam, że będę w stanie pochłonąć tak długi tekst tak szybko, ale nawet nie zorientowałam się, gdy doszłam do końca. Fajne czytadło z tego wyszło.

Co jeszcze? Poziom pisania masz taki, że większość z nas, forumowiczów, może tylko stać i gapić się w zachwycie :D Jak już kiedyś coś wydasz, to chętnie kupię ;)

Nowa Fantastyka