- Opowiadanie: Mirabell - Blizny

Blizny

Tekst ukazał się w ósmym numerze “Smokopolitana” . Początkowo napisałam go na pamiętny konkurs “SF 2015”. Od tamtej pory przeszedł długą drogę – z pierwotnego opowiadania zostało bardzo niewiele. 

 

Uwaga! Dużo pająków. Osoby mające arachnofobię mogą sobie dodać tag “horror” ;)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Blizny

Na sam widok ich kosmatych ciał poczuł to obmierzłe łaskotanie na skórze: ledwie wyczuwalny dotyk odnóży pnących się w górę, ku ustom, uszom, oczom. Miały grube, czarne, pokryte sterczącymi włoskami kończyny, bulwiaste odwłoki i szczękoczułki jak robaki pełzające wokół otworów gębowych.

Ich małe oczka patrzyły wprost na niego.

Zaczął krzyczeć.

 

*

 

Marcin upił łyk kawy o paskudnym, ziemistym posmaku i położył dłonie na gładkiej powierzchni terminala. Uświęcony, korporacyjny rytuał – wstępne zalogowanie się do firmowych systemów Hyalens, wycieczka do kuchni, zaparzanie ciemnego napoju w towarzystwie współpracowników, plotki, pogaduszki, pożyczanie mleka – dobiegł nieubłaganego końca i trzeba było wziąć się do roboty. Mężczyzna westchnął, narysował na blacie zegarka klucz dostępu i gestem uruchomił połączoną z wirealowymi soczewkami wizualizację. Kojące, niebieskie barwy open-space'owych wykładzin i wallnitorów przygasły, przechodząc w neutralną szarość, a pod palcami ukazała się wirtualna klawiatura. Obraz przed oczami programisty rozmył się nieco, robiąc miejsce dla firmowego interfejsu. Obok komunikatora i paska z najnowszymi informacjami z mediów społecznościowych oraz wynikami meczów Bundesligi pojawiło się pole robocze, a na nim ikonki programów i folderów. Marcin uśmiechnął się krzywo. Lata mijały, technologia szła do przodu, a wciąż podstawą pracy z komputerem był stary, dobry desktop.

Wodząc dłońmi po terminalu, uruchomił listę tasków i wszedł w rozpoczęty poprzedniego dnia projekt. Program rozwinął przed nim linijki kodu. To także się nie zmieniło: pod powierzchnią nawet najbardziej wyrafinowanego interfejsu musiała znajdować się skomplikowana maszyneria zmiennych, funkcji i protokołów. Marcin sięgnął po kubek, upił łyk i skrzywiwszy się, zaczął dodawać kolejne linie kodu zgodnie z wytycznymi zaczętego taska. Brakowało mu prawdziwej kawy – ciemnej, aromatycznej siekiery, kofeinowego teżewe. Produktu coraz trudniej dostępnego na rynku i znajdującego się poza zasięgiem finansowym szeregowego programisty. Zamiast niego miał promowaną przez Unię eko-lurę z nieznośnym posmakiem palonej cykorii, do której mógł połknąć, celem większego pobudzenia, tabletkę syntetycznej kofeiny.

 

*

 

Kiedy pająki ruszyły, instynkt ucieczki przegrał w nim z nagłym paraliżem całego ciała. Nie panując nad zesztywniałymi członkami, patrzył z przerażeniem, jak patykowate odnóża przebierają w jego kierunku, ciągnąc za sobą obłe odwłoki. Wydawało mu się, że przez cienki oskórek prześwitują między włoskami gruczoły trawienne, tętniące ciepłą breją wydłużone serce i kiście jaj zawierających zarodki nowych pająków. Zaczął niepohamowanie dygotać, jednocześnie wciąż nie mogąc ruszyć się z miejsca.

Gdy poczuł pierwsze muśnięcia wiotkich odnóży, zwymiotował.

 

 

*

 

Ocknął się oparty czołem o wallnitor. Gładka powierzchnia była mokra od potu. Marcin słyszał własny świszczący oddech. Czy fobia wracała? Przecież dla pewności rano wyszukał w sieci zdjęcia najróżniejszych pająków, zmusił się do oglądania ich i… nic. Może trochę obrzydzenia, może niechęci, ale bez dreszczy, drgawek i wymiotów.

Rozejrzał się. Duszny open space wypełniała cisza przesycona zapachem kurzu i modnych antyperspirantów. Nikt nie zwrócił uwagi na niedyspozycję Marcina, a przynajmniej nikt nie dał tego po sobie poznać. Programista zażył tabletkę kofeinową i wrócił do pracy.

Jeszcze kilka lat wcześniej był pewien, że te rzędy liter i cyfr są celem jego życia. W obliczu coraz większego postępu technologicznego informatycy zaczęli nieuchronnie dzielić się na ludzi z wizją – świetnie wykształconych i ponadprzeciętnie inteligentnych architektów, czuwających nad całością każdego projektu i podpisujących go swoim nazwiskiem – oraz rzeszę wyrobników dłubiących w urwanych fragmentach kodu, bez większego zrozumienia całości. Kiedy Marcin szedł na studia miał oczywiście pewność, że trafi do tej pierwszej kategorii; zamiast tego wylądował w idealnie sterylnym, dusznym biurowcu, gdzie klepał kod, który pojąłby średnio rozgarnięty dwunastolatek. Teraz najbardziej obiecującą perspektywą zawodową Marcina było przewodzenie drużynie korpoludków takich jak on, wegetujących w trybie „byle do piątku”. A kiedyś był złotym dzieckiem, wychwalanym przez nauczycieli i hołubionym przez rodziców.

Skoncentrował się na pracy, starając się nie poddawać złemu nastrojowi i nie myśleć o tym, jak wyobrażał sobie życie jeszcze parę lat wcześniej. Poprawiając pętlę, której przeznaczenia w całości programu nie miał szans zrozumieć, zerkał na pasek przeglądarki po prawej stronie. Od rana migotały tam krzykliwie reklamy leków antydepresyjnych i sesji coachingowych – bolesne przypomnienie, że Marcin znów zapomniał odnowić subskrypcję na Depano, aplikację zapewniającą ciszę marketingową.

Reklamy serwisów randkowych rozpraszały programistę. Używał ustawień tonujących kolorystykę ogłoszeń i spychających je jak najdalej w polu widzenia, ale i tak przyciągały jego uwagę. Siłownia, psychoanalityk, doradca zawodowy, poznaj swoją drugą połówkę. Oczywiście: cholerne boty już wiedziały, że jest samotny, sfrustrowany, jego kariera leży, a do uprawiania sportu zabiera się od lat – bez powodzenia. Potrafią dobić tymi reklamami, pomyślał. Jak mógł zapomnieć odnowić subskrypcję? Będzie musiał poprosić swojego lekarza o przepisanie środka wspomagającego pamięć.

Odgarnął ręką włosy. Były wilgotne. W pomieszczeniu zrobiło się niemożliwie duszno. Spróbował odetchnąć głęboko, ale miał wrażenie, że wciąga w płuca muł. Znów się rozejrzał, choć wiedział, że manager mógł obserwować open space ze swojego gabinetu i że ciągłe odrywanie się od pracy nie było mile widziane. Za kratami klimatyzatorów poruszały się metalowe skrzydła, wdmuchując do pomieszczenia chłodne powietrze. Współpracownicy wpatrywali się w swoje ścianki, muskając palcami wirtualne klawiatury. Wyglądali jak kukły na niewidzialnych sznurkach. Jak bezwolne marionetki.

Delikatne stukanie opuszków w terminale przypominało odległe bicie bębnów.

Marcin dopił kawę, wracając myślami do linijek kodu. Scrollując, próbował przypomnieć sobie, gdzie skończył poprzedniego dnia, ale nie mógł odnaleźć znajomego fragmentu. Kod był dziwnie długi, o wiele dłuższy i bardziej skomplikowany niż to, czym programista zajmował się zazwyczaj, a do tego nieopatrzony komentarzami.

Może pobrał zły plik z repozytorium?

Wrócił do przypisanego do siebie folderu i coraz bardziej zaskoczony przeglądał jego zawartość. Znajdowały się tam dziesiątki katalogów. Ktoś musiał się pomylić, dając mu dostęp do tego wszystkiego. Należałoby to zgłosić. Marcin nie powinien był ruszać tych plików. Musiały stanowić dużą część programu, może nawet całość, a firmowe reguły, ze względu na bezpieczeństwo, dopuszczały do znajomości dużych fragmentów kodu tylko wybrane osoby. Programista doskonale wiedział, że powinien natychmiast wyjść z wirealu, ale nie mógł się powstrzymać. Najwyżej powie, że się nie zorientował.

Włączywszy Eclipse, zaczął przeglądać moduły – o dziwo nie były opatrzone hasłem. Sam nie wiedział, czego szuka, nie miał szans szybko zrozumieć tak dużej konstrukcji. Odetchnął głęboko i uspokoiwszy się, postanowił natychmiast zamknąć aplikację. Zgłosić problem. Wtedy jego wzrok padł na moduł nazwany „spiders”.

Marcin otworzył go, zaintrygowany nazwą. Wśród plików znalazł szereg funkcji, które niemal na pewno sam napisał – jakieś interaktywne elementy podpięte pod grafiki, które jego zdaniem (ale co on tam wiedział?) bardziej pasowałyby do gry komputerowej niż do wirealowej przeglądarki. Nagle poczuł, że bierze udział w czymś zakazanym i niebezpiecznym. Strach mieszał się z podnieceniem, adrenalinowy rausz nie pozwalał Marcinowi wyłączyć soczewek. „Tylko zerknę”, pomyślał programista, koncentrując się na poprzedzających jego własną pracę funkcjach.

Wtedy kod zniknął.

Marcin zobaczył przed oczami migający napis „error”, który niemal natychmiast zastąpiły standardowe przeprosiny i prośba o cierpliwość. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Jego współpracownicy także przestali wpatrywać się niewidzącym wzrokiem przed siebie i oderwawszy dłonie od terminali, zaczęli zagadywać kolegów i formować grupki zmierzające na przerwę. Marcin przeciągnął się, wziął pusty kubek i podążył za Robertem do kuchni.

Kiedy ponownie usiadł przy biurku i zalogował się do systemu, okazało się, że task z katalogiem zniknął z jego kolejki zadań.

 

*

 

Robiło się ciemno. Zalegający nad Krakowem smog tonął w gęstniejącej szarówce, a od Wisły ciągnęło wilgotnym chłodem. Z podcieni bram wypełzali miłośnicy tanich alkoholi i darmowych rozrywek, a wyznawcy bardziej ekskluzywnych uciech wypijali w domach pierwsze drinki.

Marcin szedł Pasażem Karmelickim, lawirując między zakupowiczami. Z pobliskiej piekarni niósł się zapach świeżego pieczywa, zaraz obok klub nocny kusił delikatną nutą perfum i słodkich koktajli. Mężczyzna wiedział, że to tylko rozpylone w powietrzu syntetyczne koncentraty aromatów, doprawione dopuszczalną przez prawo – albo i nie – dawką feromonów oraz wzmacniaczy apetytu, lecz reakcja jego ciała była automatyczna: poczuł się głodny i spragniony zabawy. Codziennie obiecywał sobie, że ominie pasaż i codziennie, wyszedłszy zmęczony z pracy, skracał sobie przezeń drogę z biurowca do domu.

Przystanął tuż za piekarnią, czując, że poluzowało mu się sznurowadło. Pochylił się, by je zawiązać i odruchowo spojrzał w mrok ulicy po prawej stronie. Większość latarni na Rajskiej nie działała – być może był to efekt prac przy budowie metra. Rozproszony miejską łuną mrok wyścielał zaułek; cisza zalegała na wąskiej uliczce, jakby tą od centrum Krakowa oddzielała niewidzialna ściana. Wydawało się, że bije stamtąd dziwny, przejmujący chłód.

Marcin, wiedziony nagłą ciekawością, ruszył nierównym chodnikiem. Gmaszysko biblioteki tonęło w ciemności, a naprzeciwko ział obłożony rusztowaniami otwór nieczynnej jeszcze stacji metra. Programista zbliżył się do placu budowy – wydawało mu się, że słyszy dobiegający stamtąd miarowy huk maszyn, choć prace zostały przerwane dobrych kilka godzin wcześniej. W niezrozumiały sposób kusiło go, by zajrzeć do środka. Miał wrażenie, że to miejsce coś mu przypomina – coś, co powinien bardzo dobrze pamiętać, ale co pozostawało w niezrozumiały sposób zablokowane w jego umyśle.

Na rusztowaniu z desek duży czarny pająk przygotowywał się do rozsnucia nici. Marcinowi wydawało się, że stworzenie przerwało pracę i patrzy na niego. Kiedy stał tak, zahipnotyzowany wzrokiem zwierzęcia, usłyszał cichy trzask. Jakaś deska zachrzęściła nad jego głową i programista poczuł ostry ból w potylicy.

Gdy upadł wprost na brezentową płachtę, owładnęła nim ciemność.

 

*

 

Zasłany pajęczynami tunel tonął w półmroku. Marcin z obrzydzeniem przedzierał się przez lepkie nici. Próbował je omijać, ale było ich zbyt wiele. Kleiły się do wilgotnej od potu twarzy, do ubrania, do rąk, którymi mężczyzna próbował się osłaniać. Szedł dalej, ku źródłu światła. Dźwięk, początkowo cichy, narastał z każdym krokiem. Mocne, rytmiczne uderzenia. Marcin oddychał ciężko, w korytarzu było ciepło i duszno. Im bardziej zbliżał się do celu, tym większy narastał w nim lęk. Nie potrafił się jednak cofnąć, jakby ciemność za jego plecami tworzyła niemożliwą do sforsowania ścianę.

Bicie w bębny stawało się coraz głośniejsze. Mężczyzna nie wiedział, czy dźwięki dochodziły z zewnątrz, czy słyszał je tylko we własnej głowie. Miał wrażenie, że pajęczyny poruszają się, wyciągając ku niemu odnóża.

Pomieszczenie na końcu tunelu było niewielkie, o ścianach w kolorze kojącej zieleni. Przy jednej z nich stało łóżko. Śpiący na nim człowiek był blady, jego dłonie i stopy oplatało coś przypominającego włochate, pajęcze nogi. Marcin podszedł bliżej. Z daleka mężczyzna wyglądał na martwego, ale pochyliwszy się nad nim, programista dostrzegł, że klatka piersiowa śpiącego unosi się. Szybkie, płytkie oddechy wpasowywały się w rytm bębnów.

Szara twarz wydawała się Marcinowi dziwnie znajoma, jednak nie mógł sobie przypomnieć, skąd. Wpatrując się w leżącego, czuł, że bicie jego własnego serca przyspiesza, synchronizując się z dochodzącym zewsząd dźwiękiem. Miał wrażenie, że to ogromny młot wali go w głowę. Raz za razem: mocno i głośno, boleśnie i silnie. Ten rytm, łupanie pod czaszką i ból, i ścisk, i pulsowanie doprowadzało go do szaleństwa. Jakby ktoś wyrywał mu mózg kawałeczek po kawałeczku.

Marcin zacisnął powieki. Czuł mdłości. Przylepione do czoła fragmenty pajęczyn wpijały mu się w skórę jak struny.

Kiedy otworzył oczy, zobaczył, że leżący na łóżku mężczyzna patrzy na niego.

 

*

 

– Jak tam? – zapytał Andrzej, wskazując Marcinowi miejsce obok siebie w niewielkiej sali konferencyjnej. ­– Słyszałem, że miałeś mały wypadek.

– W porządku – odparł tamten. – Podszedłem za blisko budowy i oberwałem obluzowaną deską. Nic wielkiego, zbadali mnie i wypuścili do domu.

– Cieszę się. Słuchaj, chciałem z tobą porozmawiać… Zauważyłeś może wczoraj pewne nieprawidłowości? Nie mam na myśli awarii, o której wszyscy wiemy, ale… Cóż, będę z tobą szczery. Pewne dokumenty zostały przez pomyłkę przesłane do nieuprawnionych osób. Nasi programiści otrzymali… dużą część kodu właściwego zamiast konkretnych fragmentów.

Marcin przełknął ślinę. W duchu wymyślał sobie od idiotów – naprawdę sądził, że niczego nie zauważą? „To się odbije na mojej ocenie rocznej”, pomyślał z goryczą. „I na perspektywach otrzymania podwyżki, rzecz jasna.”

– Nie muszę ci chyba mówić, że to dane poufne – ciągnął Andrzej. – Oczywiście nikt, kto otwierał pliki, nie mógł o tym wiedzieć. Pracownicy myśleli, że dostają przypisane sobie taski. Nie mamy zamiaru wyciągać wobec nich żadnych konsekwencji. Ale potrzebujemy wiedzieć, jaka była skala problemu. Dlatego chciałbym cię zapytać: czy dostałeś wczoraj plik z dużą ilością kodu? Taki, który na pewno nie był przeznaczony dla ciebie?

– Tak – odpowiedział od razu Marcin, uznając, że nie było sensu iść w zaparte. Andrzej na pewno wiedział, co dostał każdy pracownik i tylko ich testował.

– Rozumiem. – Manager kiwnął głową. – A czy czytałeś te dane? Poza… pobieżnym przejrzeniem?

– Nie – odparł natychmiast programista. – Zorientowałem się, że to coś innego niż mój przedwczorajszy task i…

– Rozumiem – powtórzył Andrzej i położył rękę na stole tak, jakby chciał dotknąć nią dłoni podwładnego. – Marcin, posłuchaj. Jesteśmy częścią tego samego organizmu, my Hyal-mani, prawda? Wiem, że czasami jest ciężko, ale bądź świadom, że firma chce, żebyś rósł razem z nią. Grasz z nami w jednej drużynie i z twoim potencjałem czeka cię tu wielka przyszłość. Jesteś gotowy wziąć odpowiedzialność za swoją karierę, prawda?

Marcin zmarszczył brwi. Usiłował dociec, czego od niego chciał Andrzej. Uwali go za to zaglądanie w nie swój kod, czy będzie tylko gadka pouczająca? Miał nadzieję, że jednak to drugie.

– Tak – wybełkotał.

– Świetnie – ucieszył się Andrzej. – Niedługo skończymy ten projekt, nad którym mozoliliśmy się wszyscy przez ostatnich kilkanaście miesięcy i zaczynamy zupełnie nowy. To będzie wielka szansa. Ale najpierw musimy rozwiązać sprawę tego… kodu.

Marcin znowu przełknął ślinę.

– Aha? – jęknął.

– Musisz być ze mną szczery. Tu, w Hyalens, szczerość i zaufanie to podstawy, na których budujemy naszą tożsamość. Chciałbym, żebyś teraz spróbował sobie przypomnieć, co odczytałeś z tego zapisu, który ktoś ci przez pomyłkę przypisał. Muszę wiedzieć, do jakiej klauzuli tajności miałeś dostęp.

– Ja… niewiele, naprawdę. Tylko te funkcje, które sam pisałem… Wiesz, szukałem swojego tasku, ale nie zobaczyłem za wiele.

„Zdążyłem tylko wszystko przescrollować”, dodał w myślach. Nie powiedział tego jednak na głos.

Andrzej przez chwilę wpatrywał się w niego intensywnie, po czym odprężył się wyraźnie.

– Doskonale – powiedział z uśmiechem. – Dzięki za rozmowę.

 

*

 

Nie wiedział, czemu znów skręcił w Rajską i poszedł w stronę nieczynnej stacji. Kolega namówił go na piątkowe piwo w jednej z knajpek w Pasażu – Marcin nie wypił wiele, ale wystarczająco, by poczuć działanie alkoholu. Jego zmysł równowagi zdawał się unosić na niewidocznej fali, a myśli były miękkie i gąbczaste, jakby mózg mężczyzny zarósł mchem. Programista mógł wziąć tabletkę neutralizującą działanie etanolu, ale nie chciał tego robić. Jeszcze nie. Odpędził od siebie niemiłą myśl, że wciąż nie istniały pastylki całkowicie usuwające objawy kaca i poddał się błogiemu uczuciu otępienia.

Ulica Rajska była pusta. Na przysadzistym budynku biblioteki kładły się cienie powyginanych gałęzi. Mężczyzna zbliżył się do połączonych żółtą taśmą barierek, za którymi ziało zakryte brezentem wejście do nieczynnej stacji. Marcinowi wydawało się, że słyszy delikatny, rytmiczny dźwięk, taki sam jak huk maszyn wiertniczych rozlegający się za dnia, ale teraz dobiegający z oddali i cichy jak szept. Znał to miejsce, choć nie mógł sobie przypomnieć, skąd.

Dlaczego słyszał maszyny?

Przekroczył barierkę i podszedłszy do prowizorycznego rusztowania, uchylił brezentową płachtę. Dźwięk zdecydowanie pochodził z wnętrza stacji: pulsował gdzieś w głębi ciemnego szybu. Mężczyzna uruchomił latarkę w zegarku i ostrożnie zaczął schodzić po ubitej ziemi tworzącej pochyłą rampę. Oblepiła go piwniczna ciemność, rozpraszana przez ostre, punktowe światło, które kierował przed siebie. Szedł ostrożnie, uważając na drobne kamyczki pokrywające ścieżkę. Dotarłszy do obszernej sali o półokrągłym stropie, zatrzymał się. Peron był częściowo wyłożony ozdobnymi płytkami, za którymi ział szeroki tunel.

Gęsty chłód zalegał między gładkimi ścianami, a podziemna ciemność wywoływała duszne, klaustrofobiczne wrażenie. Marcin przystanął na krawędzi peronu i odetchnął głęboko. Nasłuchiwał. Rytmiczny dźwięk wydobywał się wyraźnie z mroku po prawej stronie. Mężczyzna ruszył wzdłuż żelbetowej ściany, czując narastające wibrowanie podłoża. Wciągał głęboko powietrze, usiłując opanować ściskające gardło duszności. „To tylko psychika”, powtarzał sobie. „To siedzi w mojej głowie.” Miał wrażenie, że ściany zwężają się, choć kiedy nerwowo przesuwał po nich punktowym światłem latarki, okazywały się solidne i proste.

„To złudzenie, przesadna reakcja organizmu”, myślał. Miał za sobą terapię ostrej arachnofobii i wiedział, jak działa ten mechanizm, ale nie potrafił się opanować.

Miarowe dudnienie narastało, kiedy posuwał się wzdłuż korytarza. Ciemność rozrzedzała się, powoli przechodząc w żółtawy półmrok. Marcin nie mógł pozbyć się uczucia deja vu. Brakowało tylko rozpiętych między ścianami pajęczyn, by ziściła się wizja z poprzedniego dnia. Nie widział jednak pokoju o zielonych ścianach na końcu przejścia – w ogóle nie mógł dostrzec ujścia tunelu. Usłyszał głos, coś jakby stłumiony chichot. Przeszedł go dreszcz. Dźwięki bębna narastały, a korytarz się nie kończył.

Marcin wpadł w dziwny trans. Był zmęczony, kręciło mu się w głowie, ale jednocześnie nie mógł przestać iść do przodu. Znów czuł przylepiające się do twarzy niewidoczne pajęczyny. Zatrzymał się wreszcie i przyłożył dłonie do skroni.

Przed oczami widział nieregularne kształty i wężowate linie, jego powieki opadały i unosiły się powoli. Zobaczył cienie pająków wyciągających długie odnóża. Oparł się o ścianę. Nie potrafił z tym walczyć.

Dźwięk bębna urwał się gwałtownie. Marcin z trudem otworzył oczy. Od nagłej ciszy głowa pęczniała mu boleśnie. W głębi korytarza zobaczył mężczyznę – człowieka o nieludzko szybkich i zwinnych ruchach. Jego chude kończyny rzucały patykowate cienie.

Marcin zamarł z przerażenia. Serce podeszło mu do gardła.

Drobna twarz obcego o okrągłych, czarnych oczach była pomalowana lub wytatuowana: precyzyjny, delikatny rysunek. Pajęczyna. Zbliżywszy się do programisty, nieznajomy podniósł kościstą, pokrytą czarnymi włoskami rękę i dotknął jego twarzy. Muśnięcie chłodnej dłoni wywoływało w Marcinie jakiś niezrozumiały, atawistyczny lęk. Mężczyzna wciąż nie mógł się ruszyć. Pająk pogładził go po policzku i uśmiechnął się. Kiedy wreszcie programista zajrzał w czarne oczy, doliczył się aż czterech źrenic…

 Zemdlał.

 

*

 

Obudziły go ogrzewające twarz promienie słońca. Złote ciepło wślizgiwało się pod powieki.

Marcin otworzył oczy.

Zobaczył dużą, ukośną szybę i poczuł miękki plusz pod dłonią: siedział na niebieskiej kanapie z biomateriału. Jasne ściany i udająca drewno wykładzina miały tworzyć komfortową, przytulną atmosferę, ale ich anonimowy, masowy charakter przypominał raczej typowy wystrój nowoczesnego biura: miły dla oka, domowy rys maskujący całkowitą bezduszność powielanych w nieskończoność wzorów wystroju wnętrza. Znajome biuro, siedziba korporacji Hyalens.

Zamrugał i rozejrzał się wokół. Był w jednym z tak zwanych pokoi „socjalnych”, przeznaczonych teoretycznie do odpoczynku, a w praktyce do spotkań zespołów, kiedy wszystkie sale konferencyjne zostały już zajęte. Zemdlał? Usnął? Nie mógł sobie przypomnieć momentu przyjścia do pracy. Ba, nie pamiętał nawet powrotu do domu poprzedniego dnia. Tylko dotyk człowieka-pająka.

Wzdrygnął się na samo wspomnienie. Czyżby aż tyle wczoraj wypił? Tylko dlaczego fobia wracała?

Wyszedł z pomieszczenia i powiódł wzrokiem po biurze. Programiści siedzieli karnie przy swoich biurkach i wpatrywali się  w wallnitory, pisząc na wirtualnych klawiaturach. Skołowany Marcin uruchomił zegarek i włączył własne soczewki. Był zalogowany do firmowych systemów, ale odcięty od zewnętrznej sieci – pasek wyświetlał serię błędów. Programista ruszył w stronę swojego biurka, łowiąc wzrokiem kolegę, z którym był dzień wcześniej na piwie. Pragnął przy najbliższej okazji wyciągnąć go do kuchni i wypytać o szczegóły poprzedniego wieczoru.

Wydawało mu się, że rzeczywistość wokół zaczyna blednąć i śnieżyć jak obraz w starym, gubiącym sygnał antenowy telewizorze. Miał wrażenie, że dochodzące z zewnątrz bodźce rozpadają się na serię pojedynczych klatek filmowych. „To tylko efekt kaca”, pocieszał się.

Open space nie pachniał kurzem i środkiem do czyszczenia wallnitorów. Nie pachniał w ogóle, jakby do świadomości Marcina docierały wyłącznie dźwięk i obraz rzeczywistości.  

Mijając jedną z sal konferencyjnych, mężczyzna usłyszał znajomy głos.

– Był naszym sztandarowym obiektem. Jako pierwszy przeszedł całą procedurę.

Programista zbliżył się do sali i stanął w uchylonych drzwiach. Zobaczył Andrzeja. Manager nie patrzył w jego stronę: siedząc na stole wyjaśniał coś mężczyźnie odwróconemu plecami do drzwi.

– Był idealnym kandydatem na początek: wcześniej leczony z powodu zaburzeń psychicznych, już miał dla nas pewną, że tak się wyrażę, lukę. Nękany ostrymi napadami arachnofobii zawalił studia, spędził dwa lata na terapii. Wystarczyło na powrót obudzić w nim fobię, odwrócić proces leczenia i podsycać emocje. Nazwaliśmy to „odbliźnianiem”.

– Na czym dokładnie polega ten wynalazek? – zapytał nieznajomy.

– Wirtualna rzeczywistość dostarczana przez soczewki miała do tej pory mocno ograniczony zakres. Mózg to bardzo skomplikowane urządzenie i nie jest łatwo na niego wpływać. Tworzyliśmy piękne gry i bardzo dobre wyświetlacze soczewkowe, ale aż do teraz nie mieliśmy szans wykreować nic więcej. Nasza firma stworzyła jednak coś zupełnie nowego. Zbudowaliśmy soczewki, które przekazują odpowiednio spreparowany obraz do mózgu z pominięciem jego „racjonalnych” obszarów, tworząc wrażenie obiektywnej rzeczywistości. Zadziałałoby nawet na niewidomego. Innymi słowy, udało nam się wykorzystać wireal do wywołania częściowo kontrolowanych halucynacji.

– Jak gra komputerowa – dopowiedział głos.

– Lepiej – poprawił Andrzej. – Rozszerzona rzeczywistość w sensie niemal totalnym. Złudzenie idealne, interaktywny spektakl, którego część kreuje, nieświadomie, sam pacjent. Uczestnicy działali w świecie, który odpowiednio dla nich zmodyfikowano. To przełom nie tylko na rynku gier i w neurologii, ale także w psychoterapii. To był eksperymentalny projekt, duży, międzynarodowy grant, który trafił do polskich naukowców, a my… My się po prostu do niego podłączyliśmy. Tak jakby.

– Czy to nie jest… groźne z prawnego punktu widzenia? – zapytał głos.

Marcinowi wydawało się, że skądś go zna; że słyszał go wiele razy, ale nie mógł sobie przypomnieć, do kogo on należy.

– To mógłby być problem – przyznał Andrzej. – Oczywiście, zakładając scenariusz wybudzenia.

Marcin próbował wycofać się, ale wtedy padł na niego wzrok managera. Po kręgosłupie przebiegł mu zimny dreszcz. Andrzej przez chwilę patrzył na podwładnego w milczeniu, jakby nie wiedział, co ma dalej robić.

– Przepraszam na chwilę – rzekł w końcu do swojego gościa i ruszył w stronę drzwi. Ujął Marcina pod ramię i poprowadził do sąsiadującego z salą, niewielkiego biura z wielką ścianą ekranową, terminalem i kilkoma stylizowanymi ramkami. Na zdjęciach Andrzej uśmiechał się radośnie, mając za tło wodospad, tropikalny las i szczyt jakiejś góry.

– Siadaj – rzekł krótko, wskazując podwładnemu krzesło.

– Ja… – wybąkał Marcin.

– Nic nie mów.

– …jestem częścią eksperymentu?

Andrzej wzruszył ramionami.

– Znam dużo Marcinów – rzucił.

Programista odetchnął głęboko. Czuł jakiś trudny do określenia lęk przed naciskaniem na managera – głęboko wdrukowany latami edukacji, wyuczony instynkt człowieka ustawionego nisko w hierarchii. Zwalczył go w sobie.

– Jestem czy nie?

– Tak. Przykro mi, że muszę cię o tym informować w takich okolicznościach. – Andrzej popatrzył mu głęboko w oczy. Marcinowi cisnęło się na usta pytanie, czy przełożony w ogóle zamierzał go poinformować. – Potraktuj to… jak szansę.

– Szansę? – zdumiał się programista.

– Oczywiście! – potwierdził manager, odzyskując rezon. – Jesteś w wyselekcjonowanej grupie, która pomogła firmie stworzyć przełomowy wynalazek. Oczywiście, że to się odbije pozytywnie na twojej karierze. Wiesz, zostałeś wybrany. Każdy pracownik mógł być poddany eksperymentowi, wasze umowy umożliwiają nam takie rzeczy, ale tylko najlepsi zostali wyselekcjonowani do tego zadania.

Marcin patrzył na niego badawczo. „Najlepsi w czym? Grzebaliście mi w głowie”, chciał krzyknąć. „Wy pieprzone sukinsyny!” Ale zmusił się do spokoju.

– W takim razie co to znaczy: „zakładając scenariusz wybudzenia”? Słyszałem…

– Słyszysz i widzisz ostatnio dużo rzeczy, których nie powinieneś – wycedził Andrzej. – To pewnego rodzaju szyfr, oznaczający zakończenie eksperymentu. Oczywiście już skończyliśmy… jego najdłuższą część. Ale jeszcze nie zdecydowaliśmy się całkowicie usunąć ci aplikacji. Może nie powinienem ci tego mówić, Marcin, ale nie wybraliśmy cię bez powodu. Twoja choroba… zostałeś poddany długotrwałej terapii. Byłeś w ciężkim stanie, pamiętasz, prawda? Takich rzeczy nie leczy się łatwo.

– Macie mnie za czubka, co?

– Monitorujemy twój stan. Pomagamy ci. Wiem, że to dla ciebie szok, ale dzięki temu nie tylko poszybuje twoja kariera, unikniesz też nawrotów swojej choroby. Musisz mi uwierzyć na słowo.

– Mogę zobaczyć ten kod? – wypalił, patrząc przełożonemu prosto w oczy.

Andrzej zamrugał, zaskoczony.

– Jaki kod?

– Ten, który przez przypadek otworzyłem. Algorytmy nowego oprogramowania soczewek. Mam chyba do tego prawo, jako… część eksperymentu.

Zadał pytanie spontanicznie, pod wpływem impulsu. Nie liczył na powodzenie, jednak ku jego zdumieniu odpowiedź brzmiała:

– Dobrze.

Manager wstukał na zegarku hasło, usiadł przy terminalu i wykonał kilka szybkich gestów, po czym skinieniem głowy dał znać podwładnemu, że ma on już dostęp do odpowiednich plików. Marcin zamrugał. Znów miał wrażenie, że rzeczywistość wokół niego rozpływa się i zamazuje. Ruchy Andrzeja miały w sobie coś sztucznego, on sam stał się nagle dziwnie wygładzony, jakby jego postać była pospiesznym, pozbawionym szczegółów szkicem.

– A teraz zostań tu. Nie wychodź, dopóki nie wrócę – powiedział manager.

Opuściwszy biuro, zamknął za sobą drzwi. Marcin uruchomił soczewki i wyświetlił na wallnitorze firmowy pulpit. Wszedł w listę tasków i zobaczył priorytetową wiadomość od Andrzeja. Szybko, mruknął do siebie. Otworzył Eclipse i zaczął chaotycznie wchodzić w kolejne moduły. Algorytmy były długie i bardzo skomplikowane, a foldery zawierały setki, może tysiące plików. Marcin przeklął pod nosem. Co niby sobie myślał? Że porwie się na „przeczytanie” ze zrozumieniem całego programu? On? Przypomniał sobie czasy studenckie, kiedy jeszcze wydawało mu się, że jest inteligentnym, zdolnym programistą i że wszystko może osiągnąć. Kiedy to było?

Jeszcze nie otrząsnął się z szoku. Rzeczywistość totalna. Eksperyment.

Arachnofobia, oczywiście. Dostali się do lęków, o których myślał, że są już wyleczone. Serio miał uwierzyć, że to ma zapobiec nawrotom choroby?

Coś mu w tym wszystkim nie grało. Dlaczego Andrzej tak łatwo mu się wyspowiadał? Twierdził, że to wszystko jest legalne i że ich celem jest podbicie rynku gamerów. Ale jeśli chcą robić w ten sposób gry, to dlaczego testują swój sprzęt na niczego nieświadomych użytkownikach?

Ziewnął przeciągle. Żałował, że nie ma pod ręką tabletek kofeinowych albo chociaż tej obrzydliwej eko-kawy. Zawsze to jakiś substytut. Zmusił się do skoncentrowania na algorytmach. Przecież nie był taki głupi, przecież to lubił. Program nie mógł być całkowicie niezrozumiały, to te same języki, jakich uczył się dawno temu; jakich używał na co dzień.

Po chwili linijki kodu zaczęły układać się w sensowne całości. Marcin poczuł, że budzi się w nim dawno zapomniana, dziecięca ekscytacja. Radość z bycia pod podszewką wirtualnej rzeczywistości. Skoncentrowany, patrzył w wallnitor z uśmiechem na twarzy. Wirus – szepnął sam do siebie, szczęśliwy, że rozwiązał łamigłówkę. Wirus – powtórzył i kiedy dotarł do niego sens tego słowa, radość ustąpiła miejsca przerażeniu. Uśmiech znikł z twarzy programisty.

Spojrzał za szybę. Przez open space szedł właśnie gość Andrzeja, ten o znajomym głosie. 

Marcin ujrzał twarz mężczyzny i z trudem powstrzymał krzyk.

 

 

*

 

Przyłożył identyfikator do czytnika przy drzwiach na klatkę schodową, ale zanim zdołał się tam dostać, drogę zastąpił mu ochroniarz. Marcin przez chwilę stał przed barczystym mężczyzną, niezdolny do poruszenia. Instynkt podpowiadał ucieczkę na oślep w drugą stronę – gdzie zapewne wpadłby wprost na Andrzeja – albo poddanie się, położenie na plecy i pokazanie brzucha w poddańczym geście. Ochroniarz był naprawdę rosłym mężczyzną. Programista zdusił w sobie lęk i wziął głęboki oddech, wiedząc, że może nie mieć kolejnej szansy. Jeśli naprawią program…

Zadał najmocniejszy cios, na jaki było go stać. Pięść zabolała przeszywająco, trafiając w kwadratową szczękę mężczyzny. Tamten zachwiał się, ale z wyszkolonym refleksem oddał uderzenie. Marcin to przewidział. Wykonał unik, jednak nie był wystarczająco szybki. Osiągnął tyle, że pięść ochroniarza ześlizgnęła się po jego skroni, a głowę przeszył nieznośny ból. Programista poczuł, że traci równowagę i przytrzymał się ściany. Udawał jednak bardziej zamroczonego, niż był w rzeczywistości. Chciał zaskoczyć przeciwnika.

Ochroniarz zawahał się z zadaniem kolejnego ciosu. Marcin nie miał takich skrupułów. Obróciwszy się chwiejnie, uderzył od dołu. Jego przeciwnik padł na lśniący parkiet. Zanim zdążył się podnieść, programista rzucił się do ucieczki, biegnąc tak szybko, jak tylko pozwalało mu obolałe ciało.

Zbiegł ze schodów przeciwpożarowych i wypadł na łączący dwie części budynku korytarz. W głębi usłyszał głosy. Podejrzewał, że odcięli mu drogę ucieczki i teraz zmierzają w jego stronę. Nie przejął się tym. Biegł najszybciej, jak potrafił, próbując oddychać spokojnie i głęboko. Przed oczami przelatywały mu te wszystkie niewykorzystane karnety na siłownię. Spróbował skoncentrować się na ruchu.

Wyczerpany, rzucił się z impetem do pierwszego z brzegu otwartego pomieszczenia, by znaleźć się w wypełnionej sprzętem czyszczącym ciemnej komórce. Zamknął za sobą drzwi. Brak światła, mała powierzchnia – tego było mu trzeba.

Nie miał pojęcia, czy jego plan się powiedzie. Jeśli rzeczywiście znajdował się w krakowskim budynku, nie miał szans uciec – dopadliby go, zanim zdołałby pokonać automatyczne drzwi, zresztą pewnie zablokowali mu przepustkę. Założył jednak, że biurowiec znajduje się w miejscu, z którego będzie miał możliwość wyjść.

W jego własnej głowie.

Z jakiego innego powodu Andrzej miałby poinformować go o wszystkim? Dlaczego wyjaśniał działanie programu w niezamkniętej sali wykładowej? Przecież nie mógłby tak po prostu udostępnić kodu podwładnemu. Marcin musiał go sobie przypomnieć, znaleźć w podświadomości.

No i ten znajomy głos. Ta twarz.

Jego twarz.

Mężczyzną, któremu Andrzej tłumaczył szczegóły eksperymentu, był sam Marcin.

Wciąż jestem w wirealu, przekonywał się. W wykreowanym przez Hyalens złudzeniu totalnym.

Ich oprogramowanie miało dziury, a on właśnie dostał się do danych, które nie były przeznaczone dla użytkownika. Te wszystkie nieprawdopodobne sytuacje i wyjaśnienia stanowiły po prostu projekcję mózgu Marcina; przetworzone dane, które dostały się do jego świadomości i zostały wplecione w kreowaną przez soczewki halucynację.

Przeraziła go ta myśl. Jeśli wciąż leżał w jakiejś wynajętej przez firmę klinice albo w podobnym miejscu, jeśli wirealowy scenariusz napisany dla niego był bardziej rozbudowany niż spektakl w metrze, to znaczyło, że nie mógł być pewien, ile z jego wspomnień jest prawdziwych. W którym momencie stracił kontakt z rzeczywistością? Czy naprawdę pracował dla Hyalens? Kiedy pierwszy raz w życiu nałożył soczewki?

Na studiach, a raczej w przerwie studiów, podczas eksperymentalnej terapii. Nie pamiętał, o co w niej chodziło, ale tak, to było wtedy. Dawno temu…

„Musiałem dla nich pracować”, myślał. „Inaczej nie rozpoznałbym tych fragmentów kodu, które sam stworzyłem.”

A może stworzył je, pozostając w wirealu? Albo o wiele wcześniej, w życiu, którego już nie pamiętał? Niczego nie mógł być pewien. W końcu część z tego, co widział na stacji metra, musiała zostać wytworzona przez zainfekowany mózg, a nie oprogramowanie Hyalens. Przez wirusa.

To właśnie Marcin zobaczył w kodzie: programy były tak naprawdę dwa. Oryginalny i drugi, stworzony przez Hyalens, wykorzystujący dziurę w tym pierwszym. Przejmujący kontrolę nad komputerem. A raczej nad mózgiem użytkownika. Mózgiem, który już wcześniej znajdował się w wirtualnej rzeczywistości. Pierwsza aplikacja była, o ile zdążył się zorientować, właśnie swego rodzaju grą komputerową. Wirtualną rzeczywistością, ale kontrolowalną przez użytkownika. To ona „wyciekała” przez dziury w programie Hyalens. Kreowała wizje podziemnego tunelu. Oryginalnie powinien móc nimi manipulować, nawet z nich wyjść.

Wirus zrobił z niego niewolnika własnego umysłu.

Musiał wydostać się do zwykłego wirealu, żeby odzyskać władzę nad ciałem i pozbyć się wszelkich zmieniających rzeczywistość urządzeń. Wyjść z transu. Jedyny pomysł, jaki przyszedł mu do głowy, wydawał się dość głupi, ale Marcin i tak postanowił spróbować. Przypomniał sobie, że to przez podziemny rytm bębnów wpadł w amok, po którym Hyalens musiało go ewakuować z tamtego scenariusza. Jeśli znowu uda mu się wywołać ten stan, jeśli trans się pogłębi i dojdzie do przesilenia – powinien być w stanie wrócić.

Albo zapadnie się w sobie jeszcze bardziej.

Czując się nieco idiotycznie, krążył we frenetycznym tańcu, wywołując z pamięci dźwięk dudniący w tunelu metra. Powoli dopasowywał do niego kroki, poruszając się coraz bardziej rytmicznie. Jego ciało zaczęło drgać – najpierw kontrolował mięśnie i dostosowywał się do przywoływanego w pamięci bębnienia, później konwulsje stały się mimowolne, coraz bardziej gwałtowne i chaotyczne. Boleśnie uderzył o coś ramieniem, zatoczył się i zderzył z drzwiami. W pomieszczeniu nie było okien, całkowita ciemność potęgowała uczucie dezorientacji. Obijając się o ściany, czuł, że po skroniach ścieka mu pot. Przestał kontrolować swoje ciało, poddawał się hipnotyzującemu rytmowi. Jego puls przyspieszał wraz z oddechem, myśli gęstniały. Koncentrował się tylko na dźwięku i ruchu, słyszał tylko bębny i wydychane ze świstem powietrze.

Uderzywszy po raz kolejny o którąś ze ścian, padł na podłogę i stracił przytomność.

 

*

 

Widzi zapach palonych kości i słyszy smak popiołu w kolorze ognistej czerwieni, jego zmysły zlewają się w jedno, zamyka oczy i spada, spada w głąb piekielnego leja; nieznośny ból rwie jego ciało, wstrząsają nim agonalne konwulsje, jego krzyk pachnie siarką, a na skórze czuje palący dźwięk bębnów.

Ciało jest pokawałkowane: oko, stopa, wątroba, język. Przeżute i spalone.

Pająki tańczą na porozrzucanych kościach.

Ciemność.

Cisza.

Nic.

Dusi się, kaszle i kopie i pluje, wstaje i pada i znów zmartwychwstaje. Kształty, linie, z ich chaosu wyłania się ład. Układają się koncentrycznie, dośrodkowo.

Pajęczyna.

*

Głosy dochodziły zewsząd.

– Kolejny, który zapadł w śpiączkę.

– To oprogramowanie miało być bezpieczne. Miało leczyć, a pogłębia chorobę.

– Mamy na oddziale dziesięciu pacjentów, którzy nie wyszli z wirealu.

– Niestety, diagnoza jest jednoznaczna, proszę pana. Arachnofobia to tylko jeden z objawów. Napady lękowe są elementem epizodów psychotycznych. Ma pan…

– Powinniśmy trzymać ich w śpiączce. Kto wie, co się stanie, jak się obudzą.

– Wirus? Twierdzi, że to wirus? Powiedziałbym, że facet zwariował, ale w tej sytuacji to kiepski żart. Niby jak ten wirus miał się tam dostać? Mamy oryginalne soczewki Hyalens i gwarancję firmy. Nie podłączaliśmy ich do internetu ani nawet do systemów szpitala.

– Nie będziemy ich budzić i nie będziemy im wyjmować soczewek, żeby je zbadać. To niebezpieczne. Teorie spiskowe mnie nie interesują, musimy poczekać, aż pacjenci obudzą się sami.

– Nikt się nie zorientuje. Będziemy mieli pracowników doskonałych. Wiesz, ile niesamowitych umysłów marnuje się na oddziałach? Większość geniuszy to czubki.

– Podobno eksperymentalna terapia wirealowa nie powiodła się. Co się stało z pacjentami? Dlaczego szpital nie wystosował żadnego oświadczenia? Czy to prawda, że dedykowany program został zaatakowany przez wirusa? Czy udzieli pan komentarza?

– Myślą, że soczewki są odcięte od internetu, ale prawda jest taka, że podłączyliśmy je do naszej wewnętrznej sieci. Mamy pełną kontrolę.

– To brzmi jak coś z durnego filmu. Poinstruuj personel. Jeśli ktoś jeszcze będzie opowiadać prasie o wirusach, wyleci na zbity pysk.

– Będą dla nas pracować i sami udoskonalać oprogramowanie, które ich kontroluje. Bez własnej wiedzy.

– Czy on się kiedyś obudzi?

– Najprawdopodobniej nigdy.

 

*

 

Poczuł chłód i wilgoć na skórze. Znów leżał przed nieczynną stacją Biblioteka na brezentowej płachcie zabezpieczającej wejście na budowę. Padało. Drżąc lekko w mokrym ubraniu, podniósł się z ziemi. Czuł ból w prawym barku. W tym, którym po raz pierwszy uderzył o ścianę. Złudzenie? Mózg odtworzył w rzeczywistości to, co stało się w halucynacji?

„To niemożliwe”, pomyślał Marcin. „Nie mogłem cały czas po prostu leżeć na ulicy. To wciąż jest projekcja.”

Zadrżał na myśl, że może nigdy już nie wyjść z labiryntu własnej głowy. A nawet jeśli wyjdzie, to jak się upewni, czy naprawdę uciekł? Potrząsnął głową, starając się nie poddawać panice. Nie rozumiał, czym była transowa wizja, ale czuł, że jego świadomość została w jakiś sposób przeprogramowana. Ciało zdawało mu się być zbyt lekkie, półprzezroczyste, tak jakby uświadamiało sobie fakt przebywania w wirtualnej rzeczywistości. Może to był klucz – poczucie własnego ciała? A może teraz to on sam – choć jeszcze nie do końca świadomie – kontrolował trans?

Wciąż widział wejście do nieczynnej stacji, choć nie słyszał już żadnych wydobywających się ze środka dźwięków. Zawahał się. Co miał do stracenia? Najwyżej znów nie zdoła obudzić się całkowicie, jeśli to rzeczywiście był sen, wizja albo zaprogramowana halucynacja. Może kiedyś oni – czyli kto, Hyalens? – go wybudzą. Jeżeli w ogóle można to zrobić.

Powoli wszedł do środka. Trzymając się ściany, szedł w całkowitej ciemności tak długo, aż dotarł do końca prowadzącej w dół platformy. Na stacji panował nieprzenikniony mrok. Marcin nie wiedział, czego tam szukał – bez latarki, bez jakiejkolwiek wskazówki, dokąd iść. Usiadł na ziemi i przyłożył dłonie do skroni. Głowa znowu bolała.

Nagle ujrzał światło. Delikatne, sączyło się gdzieś z prawej strony. Wstał i ostrożnie poszedł w tamtym kierunku, coraz wyraźniej dostrzegając wyjście z tunelu. Daleko w głębi widać było ciemną, szczupłą sylwetkę. Programista ostrożnie ruszył w tamtą stronę. Miał zawroty głowy, a grunt pod stopami wydawał mu się miękki i niepewny. Wydawało mu się, że zaczął słyszeć rytmiczny szmer, choć próbował złożyć to na karb przemęczenia i ubocznych skutków niedawnych halucynacji.

Naprzeciwko zobaczył wysokiego człowieka ubranego w przemoczoną koszulę. Mężczyznę o blisko osadzonych oczach, wąskich ustach i bujnych, ciemnych włosach. Tego samego, którego widok tak przeraził go w biurze.

Siebie.

Uczynił krok do przodu, ale postać pozostała w miejscu. Nie była lustrzanym odbiciem, więc czym? Kolejną iluzją?

– Kim jesteś? – zapytał niepewnie.

– Granicą – odpowiedziała jego kopia.

Marcin podszedł bliżej. Patrzenie w swoje oczy wywoływało u niego niepokój – pozbawiona jednolitego oparcia propriocepcja nie funkcjonowała prawidłowo. Efektem były zawroty głowy. Cieszył się, że postać nie wykonuje zbyt wielu ruchów.

– Granicą czego?

Odpowiedział mu śmiech. Marcin kątem oka dostrzegł na ścianach tunelu wydłużone, poruszające się wolno cienie. Wstrząsnął nim dreszcz.

– Jestem chorobą i wyzwoleniem.

Postać odwróciła się na pięcie i zaczęła uciekać w głąb tunelu. Marcin rzucił się w pogoń, co chwilę potykając się i obijając o ściany. Chichot niósł się po nieczynnej stacji, zwielokrotniany echem. Brzmiał jak złośliwy chór.

W końcu programista upadł na ziemię. Nie mógł złapać oddechu – choć był pewien, że znajduje się we wnętrzu własnej wizji, symulacja ciała reagowała tak, jak prawdziwy organizm. Marcin rozejrzał się. Cienie pełzły ostrożnie w jego stronę: pająkowate kształty obwąchujące potencjalną ofiarę.

– Jestem pająkiem.

Marcin walczył z narastającą paniką. Rozlegający się wokół śmiech nagle ucichł i mężczyzna słyszał dobiegające ze wszystkich stron szelesty. Przyłożył dłonie do skroni, próbując się skoncentrować. Za wiele rzeczy działo się naraz, zbyt dużo zmieniło się w jego postrzeganiu rzeczywistości w ciągu ostatniej doby. Jeśli to w ogóle była doba, jeśli czas płynął tu tak samo, jak na zewnątrz.

Właściwie „tu”, czyli gdzie? I co znaczyło „na zewnątrz”?

– Jestem zniewoleniem i wyzwoleniem.

Czy on nie mógł przestać mówić takich dziwnych bzdur? „To siedzi w mojej głowie”, przekonywał się Marcin. „Sam do siebie gadam bzdury. A może to efekt wirusa?”

Postać znów pojawiła się w polu widzenia. Stała nad programistą i patrzyła z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Leżący spojrzał jej prosto w oczy.

– No więc jesteś pająkiem, wyzwoleniem, chorobą i czym tam jeszcze. Możesz mnie stąd wydostać? Mam już dosyć tej zabawy. Chciałbym wreszcie wrócić do rzeczywistości.  

Pająk nerwowo pociągnął nosem. „Ja faktycznie mam taki tik”, pomyślał Marcin. Paskudnie to wyglądało. Chciał jeszcze o coś zapytać, ale rozmówca powstrzymał go gestem.

– Rzeczywistość to nie jest dobre miejsce.

– A tu jest dobrze? – Zabawne. Jako że mógł porozmawiać ze swoim sobowtórem, odzyskał nieco pewności siebie. Nawet pełznące po ścianach cienie zatrzymały się, jakby w oczekiwaniu. – Nie można się stąd wydostać?

– Można. Wirus zamykał przejście, ale on już zjada sam siebie. Pokonaliśmy go.

– My?

Pająk znowu się rozpromienił. Hm, jestem całkiem przystojny, pomyślał Marcin i mimowolnie odwzajemnił uśmiech.

– Ty. Ja.

– Czyli wirus trzymał mnie we wnętrzu własnej głowy, a teraz mogę wrócić do rzeczywistości. A to tu, teraz? Gdzie jesteśmy? I właściwie dlaczego nic o tym nie wiem?

– Program psychiatryczny – powiedział pająk. – To ja stanowię naszą pamięć.

– Super – mruknął Marcin. „Program psychiatryczny. Czyli jednak jestem czubkiem.”

– A więc leczymy się. A na co?

Pająk pokręcił głową.

– Uciekamy – rzucił i znów pobiegł w głąb korytarza.

– Zaczekaj! – krzyknął Marcin, próbując dogonić sobowtóra. Cienie ruszyły za nim, w ciszy tunelu znów rozległ się rytmiczny dźwięk. Programista biegł najszybciej, jak mógł, jednak sylwetka pająka szybko znikła mu z oczu. Nie miał szans go dogonić.

Korytarz urwał się nagle. Marcin znalazł się w znajomym pomieszczeniu o zielonych ścianach. Na łóżku leżał blady, chudy mężczyzna. Programista spojrzał na jego twarz i zobaczył, że leży tam pająk-sobowtór.

Że pogrążonym w śpiączce człowiekiem jest on sam.

 

*

– Budzi się… doktorze, on chyba się budzi!

 

*

 

 

Spróbował wstać, ale nie był w stanie się poruszyć.

– Spokojnie – powiedział pająk. Już nie miał jego twarzy, teraz był otyłym mężczyzną w średnim wieku. Uśmiechał się łagodnie.

– Gdzie jesteśmy? To tu miałeś mnie zabrać? – Marcin rozejrzał się zdziwiony. Sala była niewielka, o ścianach w kolorze kojącej zieleni. Brakowało w niej wallnitorów i ani pająk, ani on nie nosili na nadgarstkach wirealowych zegarków. Wszystko było takie samo jak w wizji.

– Tak, to tutaj – zgodził się mężczyzna. Mówił spokojnie i powoli, jakby zwracał się do dziecka.

– I co teraz? – spytał Marcin. – Przeszliśmy z tunelu metra w takie miejsce? Dlaczego?

Na twarzy pająka malowało się zaskoczenie. By je ukryć, podsunął Marcinowi kubek z kawą i uśmiechnął się zachęcająco. Programista nie dał się jednak zbyć.

– To nie tu mieliśmy trafić, prawda? Wciąż mam soczewki, chociaż wydaje mi się, że tak nie jest. To manipulacja Hyalens, część oryginalnego programu czy po prostu twoje kłamstwo?

Pająk położył rękę na dłoni Marcina w uspokajającym geście.

– Nikt nie miał tu trafić – oznajmił. – Po prostu czasem tak się już zdarza. Nie przejmuj się tym na razie, będziemy rozmawiać o tych soczewkach i o czym jeszcze będziesz chciał. Na razie odpoczywaj.

Marcin nie patrzył już na niego. Zdezorientowany, wlepił wzrok w róg pokoju, gdzie łagodnie kołysała się pajęczyna. Musiał stąd wyjść. To jakiś ślepy zaułek umysłu, żart, nieporozumienie. Musiał znowu wpaść w trans, przejść na kolejny poziom wizji.

Programista upił łyk kawy o paskudnym, ziemistym posmaku i położył dłonie na gładkim oparciu łóżka.

Jego palce wystukiwały znajomy rytm.

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałem. 

Było duszno i niepokojąco. Przyznam, że po skończonej lekturze poczułem się trochę zmęczony i przygnębiony, jak bohater. Podobało mi się, uważam, że napisałaś kawał dobrego tekstu. Zapewne pojawią się głosy, że było dużo dłużyzn, ale uważam, że to potęgowało efekt zamknięcia.

Było też klasycznie, no bo jakby nie patrzeć – zła korporacja, choroba psychiczna, szaleństwo we własnej głowie. Ale ja lubię takie rzeczy, kupiłaś mnie.

Fajny sposób narracji, bardzo konsekwentnie prowadzony. 

 

 

 Powtórzę za Łukaszem: kawał dobrego tekstu. A od siebie dodam: znowu coś nowego w Twoim wykonaniu. 

Początek przypadł mi do gustu bardziej niż koniec. Ale to częste, że tajemnica podoba się bardziej, niż jej rozwiązanie. Gęsty, duszny klimat. Dobre przedstawienie korporacji (szczegóły, jak to, że wszyscy w czasie studiów myśleli, że trafią do tej pierwszej grupy programistów). Bohater trochę nijaki, ale sądzę, że tak miało być: szara jednostka zagubiona w wielkim, niezrozumiałym świecie. Potem fabuła upodabnia się do podobnych historii. Miałem nadzieję, że pójdziesz raczej w stronę horroru, ale jednak wyszło bardziej SF. Samo zakończenie nie wywiera dużego wrażenia.

Napisane jak zwykle bardzo dobrze. Jeden szczegół rzucił mi się w oczy:

wpatrywali się wzrokiem w wallnitory

Podobał mi się świat w tle. Nie czytam zbyt dużo SF, więc nie wiem, na ile oryginalny, ale mam wrażenie, że fajnie posunęłaś współczesność o krok naprzód, czerpiąc z tego, co obecnie jest na pograniczu prawdy i teorii spiskowych (feromony i wzmacniacze apetytu, boty analizujące naszą osobowość). 

Tytuł tym razem bezpieczny, a więc mało przyciągający. Może dlatego nie sięgnąłem wcześniej do “Smoko”, lecz dopiero dzisiaj wziąłem z półki? 

Ogólnie satysfakcjonująca, klimatyczna lektura. 

Łukasz Kuliński: Dziękuję za głos. Bardzo się cieszę, że Ci się podobało.

 

Funthesystem: Być może gdybym pisała to opowiadanie niezależnie od konkursu, to poszłoby w stronę horroru. Jednak mimo, iż zmienił się bohater, większość fabuły i w ogóle cały sens opowiadania, to SF zostało.

Z tytułem się zgodzę. Chyba pierwszy raz miałam aż taki problem z zatytułowaniem tekstu i chociaż pomysłów było dużo, to żaden, łącznie z finalnym, nie podobał się ani mnie, ani Tenszy (która redagowała tekst ze strony Smoko). Więc nic dziwnego, że nie przyciąga.

Bardzo mi miło, że znalazłeś tyle pozytywów. Szczególnie się cieszę, że dobrze oddałam korporację. Dziękuję za głos i za nominację!

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Kiedy zobaczyłam tagi, pojawiło się też przeczucie, że nie będzie łatwo. I nie było. Przez opowiadanie przedzierałam się z trudem, albowiem nie mam żadnego pojęcia o informatyce, a z wirtualną rzeczywistością nigdy nie miałam do czynienia. Choroby psychiczne, jak do tej pory, trzymają się na dystans i jeszcze nie obudziły we mnie chęci bliższego ich poznania, tak więc i ten wątek raczej do mnie nie trafił. Jednakowoż podejrzewam, że owe trzy elementy są dla Blizn dość istotne.

Zrozumiałam, że niczego nie podejrzewający Marcin zobaczył w pracy coś, czego widzieć nie powinien, ale wobec dalszych wypadków zaczęłam tracić orientację w tym co rzeczywiste, a co nie i już nie wiedziałam, czy wyleczony z pająków bohater widział niechcący, czy rzeczone widoki podsunięto mu celowo. Od chwili kiedy Marcin przestał być jeden, rozumiałam coraz mniej i choć niezrozumienie pogłębiało się, dotarłam do końca opowiadania.

Pająki mi nie przeszkadzały.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm.

Zbudowałaś ciekawy świat i mglistą fabułę. Początek wciągający, spodobały mi się szczegóły świata. Korporacja jak żywa, wallnitory fajne… A potem zaczyna się dziać i w którymś momencie przestałam rozumieć, co właściwie. Dlaczego bohater spotyka siebie? Dlaczego i gdzie spotyka szefa (jako duch)? Dlaczego ląduje w szpitalu, który go wykorzystuje tak samo, jak wcześniej korpo, skoro to korpo zamierzało podle wykorzystać? Co ma do tego wszystkiego wirus i kto go wpuścił?

Widzę tu za mało logiki w zachowaniach, w następstwach przyczynowo-skutkowych… Albo wyjaśnień zabrakło.

Babska logika rządzi!

Zakręcona historia. Spoiler// Wydaje mi się, że bohater jest ofiarą eksperymentu, która utknęła na amen.//End of soiler. Przypomina mi się film Incepcja. Pomysł wydaje się mieszanką znanych koncepcji, ale za to oddany bardzo ciekawie. Udało Ci się zawiesić niewiarę. Bardzo podobały mi się plastyczne opisy – obrazotwórcze. Tempo narracji dawało czas na “poczucie” klimatu. Opowiadanie wciągnęło mnie bardzo, choć jest wątpliwość, czy zrozumiałem tekst.

Regulatorzy: Dziękuję za lekturę. Cieszę się, że chociaż tagi dobrze ostrzegają przed zawartością. Szkoda, że Ci nie przypadło do gustu, jednak jako miłośniczka zakręconych, niełatwych fabuł zdaję sobie sprawę, że mogę mieć wąskie grono czytelników ;)

 

Finkla: Zarzutu o niejasność się nie spodziewałam, aczkolwiek nie pozostaje nic innego, jak przyjąć go z pokorą ;) Starałam się zrobić wszystko tak, żeby fabuła była jednak klarowna, zresztą dodałam moim zdaniem zbyt długie i być może nużące (autospoiler, a co :P) rozważania samego bohatera na temat tego, co się wokół niego dzieje. Wszelka dziwność miała zasygnalizować czytelnikowi że to, co widzi bohater, nie jest rzeczywiste. Możliwe, że nie do końca się udało. Jako że interesowałam się odmiennymi stanami świadomości mogę dodać, że nie takie rzeczy ludzie widują w religijnych transach (i uważają je za absolutnie prawdziwe). To był mój trop – nie racjonalny, logiczny świat, tylko taki, który potrafi wykreować nasz mózg, plus trochę symboliki (czy nie żyjemy w symbolicznym świecie?). Czy to się udało z jednoczesnym zachowaniem logiki? Nie będę się upierać, że owszem.  

Możliwe, że opowiadanie nie będzie miało zbyt dobrego odbioru, ale raczej nie zmienię np. fascynacji kulturą i religioznawstwem na fascynację fizyką ;) W każdym razie dziękuję za przeczytanie.

 

Blackburn: Dzięki za przeczytanie i próbę interpretacji. Bardzo zresztą trafną :) Prawda jest taka, że sama nie lubię rozwiązań podanych na tacy, wolę pogłówkować, więc staram się trochę fabułę zamotać – być może w tym przypadku za bardzo. Ale widzę, że podjąłeś zostawione przeze mnie tropy (bohater był leczony psychiatrycznie eksperymentalną terapią z użyciem VR, firma produkująca sprzęt do VR zawirusowała go, bohater odkrywa, że rzeczywistość wokół nie jest prawdziwa). Incepcja to niezły trop, bo coś podobnego miałam na myśli – pierwotnie opko zaczynało się cytatem z “Życie jest snem” Calderona, w którym bohater zastanawia się, jak poznać, że nie śni i że to, co dzieje się wokół, jest prawdziwe? Jak raz zadajemy sobie takie pytanie, to można wpaść w pętlę: nawet po “obudzeniu” nie mamy pewności, czy to już jest “ta” rzeczywistość.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Chyba jednak dobry odbiór – przed chwilą widziałem, że ktoś je chwalił w recenzji “Smokopolitana” :)

W sumie to jest fajny zabieg, żeby czytelnik poczuł się tak jak bohater – nie wiadomo co jest realne. Jeśli  trafiłem z interpretacją, choć powinno nie być o nią trudno, bo jest to napisana w tekście, ale jakąś złapałem wątpliwość, to stwierdzam, że bardzo misię. Zakończenie historii fajne – choć podobne jak w Incepcji. Ale mnie to nie przeszkadza. Bardzo dobry tekst. :)

Na początku sprawa formalna:

Gratuluję udanego odtworzenia życia typowego korposzczura :) Szczególnie dobrze wypadła pierwsza rozmowa Andrzeja z Marcinem. Jedna uwaga – typowe korposzczury używają więcej “polgliszu”. W języku aż roi się od “ARów”, “czelendżów”, “dedlajnów” i innych anglojęzycznych terminów. Nawet jeśli wszyscy znają polski odpowiednik, wolą okaleczony angielski. Aby być “on de sejm sajd” ;)

Informatycznie też w miarę okej, nie zagłębiałaś się mocno w meandry, to i potknąć się nie było też mocno o co. Sama fabuła zaś to trochę takie połączenie legend miejskich z nowoczesnymi eksperymentami wielkich korporacji i teoriami spiskowymi. Była przyjemna, pod koniec wciągnęła, ale mam wrażenie, początek trochę bardziej się dłużył – mniej więcej tak do momentu drugiej rozmowy z Andrzejem, gdy pojawiły się pierwsze wzmianki o eksperymencie.

Całościowy klimat faktycznie duszny i mroczny. Ale też jakoś nie nie przytłoczył. Nie czułem jakiegoś zagrożenia dla bohatera, jakiejś fascynacji nieznanym. Może przez to, że bardziej na plan wysunęły się wątki korporacyjne, spychając tę duchotę na drugi plan.

Technicznie to bardzo dobre czytadło, które pochłonąłem bez problemu :)

Podsumowując: manager płakał nad budżetem na fajerwerki, ale korposzczur i tak wszystko wystrzelił. Kawał dobrego tekstu :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Hmmm. Nie znam “Incepcji”. Sporo rozumiem (o terapiach z zastosowaniem VR coś mi się obiło o uszy), ale całości nie kumam. Ja to widzę tak, że bohater jest w stanie śpiączki. Ma różne wizje, biega sobie po korytarzach, spotyka siebie, rozmawia ze sobą… Ale co go wybudza? Tak sam daje radę (nie widzę tego przełomu w tekście), bez dopływu niczego z zewnątrz? No, niechby chociaż jakoś wykorzystał ten przypadkowy dostęp do plików. I druga sprawa: szczera rozmowa z zakłamanym szefem. Jeśli miała miejsce naprawdę, to co sprawiło, że szef przestał łgać? Jeśli to zwidy, to nie wierzę, że tak przypadkiem bohater wymyślił sobie prawdę.

Nie pomogło, że czytałam późnym wieczorem i przysnęłam w końcówce… Mogło mi coś umknąć.

Babska logika rządzi!

W oprogramowaniu są dziury, bohater dostaje dostęp do zakazanych plików i czyta linijki kodu. Na moje oko to jest przełom, który kaskadowo implikuje podejrzenia bohatera. Jeśli zarazimy umysł choćby maleńką ideą – nawet podświadomie, albo raczej podejrzeniem  to już leci lawinowo. Tak sądzę, że to się wydarzyło. 

Incepcja, to całkiem ciekawy film, mimo że z Hollywood. Polecam.

 

Edit: a głosy w tunelu, metrze odbieram jako sygnały docierające do bohatera z zewnątrz. 

Czyli bohater od samego początku jest w śpiączce? Ja myślałam, że wpada w nią później.

Ale film…

Babska logika rządzi!

Nie, nie do końca tak jest w filmie. Moim zdaniem nie wiesz co tracisz, choć to film akcji też, a nie każdy takie lubi. Warto zobaczyć.

Finklo, nie oglądasz filmów?

Prawie nie oglądam. Tyle fajnych książek, szkoda mi czasu na coś, co prawie nie zawiera literek, a za to jest przerywane durnymi reklamami.

Babska logika rządzi!

A, przecież tu bohater nie jest w śpiączce, tylko w VR. Niby niewielka różnica, ale jednak.

Ale jest mowa o wybudzaniu. No, ja to tak rozumiem, że zewnętrznie ciało wygląda jak w komie, tylko umysł sobie zwiedza VR, ale kontaktu z nim nie ma. Na pewno nie ma, jeśli się nie chce go mieć.

Babska logika rządzi!

NoWhereMan: Widzisz, karierę korposzczura zakończyłam już jakiś czas temu to nie wszystko pamiętam ;) Opowiadanie na wszelki wypadek przeczytał jeden programista, ale fakt, starałam się tak lawirować, żeby wszystko miało sens ale żeby nie wnikać w szczegóły na tyle, by wyszła moja cóż, bardzo skromna “wiedza” w temacie :P Dziękuję za odwiedziny i cieszę się, że się podobało :)

 

Finkla: Ja też mało filmów oglądam, ale jako rozrywkę na wieczór Incepcję mogę polecić. Możliwe, że w opowiadaniu przeceniłam wiedzę czytelnika na temat rzeczy, które dla mnie są oczywiste, a dla innych już wcale nie muszą być. Na przykład o wprowadzaniu w trans za pomocą rytmicznych dźwięków (szamańskie bębny) i ekstatycznego tańca. To, czy stosując te techniki można z transu wyjść – to już moja interpretacja (oparta między innymi na koncepcji, że trans “ekstatyczny” i “medytacyjny” to pewne continuum; można do odmiennego stanu świadomości wejść z każdej ze stron, dojść do punktu kulminacyjnego a potem przejść na “drugą stronę”. Oczywiście to tylko jedna z teorii). Ale cóż, jesteśmy w fantastyce więc uznałam, że mi wolno. Zresztą bohater sam tu eksperymentuje ;)

 

Dziękuję za kliki! Blackburnie, dzięki za nominację :)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Fajnie wykreowany świat, dało się wczuć. Historia niby ciekawa, ale jakby już gdzieś to było. No, może akurat nie z pająkami ;) Było trochę klasyki, tak jak zła korporacja, która działa w pseudo ramach “lepszego jutra”, ale lubię takie motywy. Krótko mówiąc czuję się usatysfakcjonowany lekturą :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Dzięki. Cieszę się, że Ci się podobało.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

“Miał wrażenie, że pajęczyny poruszają się, wyciągając ku niemu odnóża.” – Czy pajęczyny mają odnóża? ;)

 

“– Tak – wybełkotał w końcu.

– Świetnie – ucieszył się Andrzej. – Niedługo skończymy ten projekt…”

 

“– Acha? – jęknął.” → Aha, przez “h”

 

“Jego zmysł równowagi zdawał się unosić na niewidocznej fali, a myśli były miękkie i gąbczaste” – Czy to zmysł się unosił, czy bohater?

 

“Wyszedł z pomieszczenia i powiódł wzrokiem po biurze. Programiści siedzieli karnie przy swoich biurkach i wpatrywali się wzrokiem…” – Pomijając powtórzenie, to czym innym mogli się jeszcze wpatrywać? ;)

(A dwa zdania dalej bohater łowi wzrokiem, na dodatek…)

 

“udało nam się wykorzystać wireal do i wywołania częściowo kontrolowanych halucynacji.” – Do i?

 

Przeczytałam. Plastyczne te pająki, duszne, nie powiem. Ale losy bohatera jakoś do mnie nie przemówiły. Nie poczułam jego zagubienia, zakręcenia, niepewności. Nie przejęłam się tym, co mu się dzieje, czy mu się uda, czy nie. Sądzę, że – o dziwo ;) – tym razem ogarnęłam temat całkiem nieźle, te wizje, istotę eksperymentu, to, że wszystko dzieje się w jego głowie. Ale choć przeczytałam bezboleśnie, bo napisane dobrze, to po prostu nie wzbudziło to we mnie emocji.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Jeśli dobrze rozumiem, to było tu 46 tysięcy znaków urojeń. To chyba niezbyt dobrze dla opowiadania, choć… sam sobie w głowie od razu znalazłem kontrprzykład, może więc się mylę :)

Całkiem wciągający tekst o przyjemnie gęstej atmosferze, solidnie napisany… generalnie solidny – zdecydowanie ponad poziom portalu, choć to oczywiście mało atrakcyjny dla Ciebie komplement.

Nie wiem czy potrafię się wypowiedzieć na temat logiki fabuły, bo mam mętne wrażenie, że lepiej jej zanadto nie rozgrzebywać.

Całościowo – przyjemna lektura. Dzięki.

5.

(może i zasługuje na 5.5, ale że wielokrotnie redagowane, to ma minus na starcie)

Zbudowaliśmy soczewki, które przekazują odpowiednio spreparowany obraz do mózgu z pominięciem jego „racjonalnych” obszarów, tworząc wrażenie obiektywnej rzeczywistości. Zadziałałoby nawet na niewidomego z uszkodzonym płatem potylicznym.

A na niewidomego z uszkodzoną siatkówką albo jakąś promienistością wzrokową nie zadziała? Płat potyliczny istotnie odpowiada za widzenie, ale IMO to słaby moment na wciskanie takiej informacji, bo uszkodzenie drogi wzrokowej na każdym jej etapie prowadzi do (przynajmniej częściowej) ślepoty. Dalej – według popularnej teorii istnieje specjalizacja półkul mózgu. I tak prawa odpowiada za kreatywność, sztukę, czy emocje, zaś lewa jest analityczna, krytyczna, racjonalna. Jeśli wymyślili soczewki pozwalające olać pół mózgu, to to takie dość ciężkie fiction się robi. :p

Innymi słowy, udało nam się wykorzystać wireal do i wywołania częściowo kontrolowanych halucynacji.

“i” chyba zbędne.

 

Całkiem ciekawe studium ludzkiej psychiki tu sobie urządziłaś, z obrazowym, wręcz namacalnym przedstawieniem fobii. Bardzo spodobało mi się także stłamszenie niegdyś zdolnego i obiecującego bohatera przez korporację – pokazane subtelnie, ale wymownie. Klimat jest cudownie gęsty, ale fabuła trochę nie nadąża – chociaż starasz się wprowadzać plot twisty, dość zręcznie zresztą, to jakaś monotonia mnie dopadła podczas lektury. Przyznam, że czytałem na raty.

Pozdrawiam!

 

Interesujące, bardzo mi się podobało :)

Znam tylko pięć liter ;)

Jose: Dziękuję za poprawki. Odnóża pajęczyn to zabieg celowy.

 

Niestety spodziewałam się, że opowiadanie akurat Tobie nie przypadnie do gustu, ale cieszę się, że było bezboleśnie i zrozumiale :)

 

Varg: Ja również dziękuję za odwiedziny i komentarz. Obniżenie oceny jak najbardziej rozumiem :)

 

MrBrightside: Z pewnym niepokojem czekałam na Twój komentarz i cieszę się, że się doczekałam. Ze strony Smoko tekst konsultowała co prawda pani biolog, ale jak widać nie wszystko wyłapała. Znużenie było być może spowodowane koniecznością wrzucenia dużej liczby wyjaśnień, żeby fabuła była w miarę zrozumiała. Najwyraźniej trudno było mi to jednak wyważyć.

 

Anet: Bardzo mi miło :)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

E tam, wyłapała tyle, ile trzeba było, by oddać sens zgubnej idei, co udało Ci się całkiem zgrabnie. To, czego się czepiam, to niuanse, może nieistotne z punktu widzenia przeciętnego czytelnika, ale sądzę, że dla autora dość ważne, bowiem dopracowane detale ubogacają tekst jak nic innego. Póki nie tagujesz tego opowiadania jako hard sf, właściwie nie ma o czym mówić. ;)

Tagu “hard sf” to u mnie raczej nigdy nie będzie :D

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Kurczę, zgubiłam się, a przecież klimat znam. Początkowo było świetnie, wprowadzenie w świat idealne, a potem akcja przyspiesza radykalnie, a sporadyczne wyjaśnienia nie wystarczyły mi do pełnego rozumienia, co się dzieje. Sen w śnie w śnie był dla mnie bardziej przejrzysty niż to zmieszane poziomów rzeczywistości, chorób, wirusów, programów i umysłów. Świetnie napisane technicznie, ale druga połowa fabularnie mnie nieco zmęczyła i nie do końca usatysfakcjonowała ;< Ale to może być moja wina, niekoniecznie utworu. 

Co ciekawe, mam fobię odnośnie pająków – małe są w porządku, w pajęczyny włażę w lesie i też ok, potrafię wyrzucić z domu nawet średni okaz, bo nie zabijam bez potrzeby, ale wielkie, tłuste pająki na grubych nogach obrzydzają mnie i odrzucają jak niewiele rzeczy. A tutaj czytam, czytam o tych pająkach i nic. Tak jak Jose nie poczułam tego szaleństwa i lęku bohatera. Znacznie bardziej mnie wciągnęły opisy kodów i technologii, te są IMO naprawdę bez zarzutu. Budowa opowiadania jest dla mnie nierówna – od super przejrzystości po wielkie zagęszczenie. Całość jednak przemawia do mnie na plus, bo niewiele mogę przeczytać tu opowiadań, gdzie tyle wątków z tylu różnych dziedzin zgrabnie ze sobą tańczy. Myślę, że mimo pewnych zarzutów będę na tak, bo wartości tekstu, które tu dostrzegam, przeważają ;) Zwłaszcza konsekwentny motyw i narracja, nienaganny styl, przedstawienie świata, no i zainteresowanie, z jakim mimo zagubienia starałam się odnaleźć i wczuć.

 

Ten rytm, łupanie pod czaszką i ból i ścisk i pulsowanie doprowadzało go do szaleństwa. ← czy nie jest tak, że przed każdym kolejnym “i” powinien być przecinek?

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Dziękuję :) Możliwe, że przeszarżowałam, skoro tyle osób narzeka na brak zrozumiałości. Najwyraźniej rozwlekłości i łopatologii boję się bardziej, niż niedoboru wyjaśnień i przegięłam w drugą stronę. 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dobry tekst, z rodzaju tych, po których przeczytaniu wiem, że są dobre, może nawet bardzo, ale za nic nie potrafię się nimi zachwycić. Na przykład taki klimat, na który nie ja pierwsza zwracam uwagę, a który jest naprawdę cudny trochę jakby słabł w momentach opisywania pająków, w których w sumie był najistotniejszy. Ja pająków nie cierpię, a mimo wszystko przy ich opisach nie bałam się jakoś szczególnie. Jak nadal pamiętam Nici gęste od słów niewyśpiewanych i szalenie dobrą scenę z pocałunkiem tarantuli, tak jedynie kojarzę fobię bohatera i kilka opisów pająków z Blizn. Może trochę głupio porównywać Nici do Blizn, ale jak już zaczęłam to dokończę, że te pierwsze (według własnej, niesamowicie subiektywnej, skali) uważam za wiele lepsze. Chociażby fabułę mają ciekawszą – tutaj pomimo zanurzeń i wynurzeń z podświadomości niezwykłych zwrotów akcji nie doświadczyłam. I tytuł – niby niezły, ale, oceniając Twoje wcześniejsze tytuły, niezły to słowo, którego nie powinno się używać do ich określania :P

 

O klimacie było, o tytule, o fabule niby też, ale jeszcze słów kilka dopiszę :P Rozmowy korporacyjne i w ogóle korporacyjne życie przekonująco oddane ze strony kogoś, kto o tym zupełnie nie ma pojęcia ;) Spodobało mi się to wyglądanie za przegrodę, żeby sprawdzić czy szef nie idzie i i to całkowicie okrutne udawanie ojcowskiego zachowania przez wykorzystującego Marcina szefa. Ja wiem, że oni nie wszyscy się tak zachowują, ale łatwo im takie zachowanie przypisać :P Dlatego mam nadzieję, że nie skończę w biurze. Jeszcze by potem odnaleźli, że takie złe rzeczy o nich wygaduję i skończyłabym jak Marcin :(

 

Jeszcze zdaje się nie napisałam, że przez większość czasu trzymasz jeden poziom. Według mnie opowiadanie jest wyrównane, chociaż jak tak sobie o tym myślę, to nie wiem, czy to jakaś nieprzeciętna zaleta. Ale jeśli bardzo chcesz to możesz to sobie poczytać za pochwałę ;) Z tylko drobnym wyjątkiem – kiedy piszesz o aspiracjach Marcina i jego predyspozycjach jako dziecko. Wtedy robiło mi się jego żal :( I poza tym, i klimatem tekst nie wzbudził większych emocji. I chociaż wiem, że nie o dramaturgię chodziło, to jednak lubię odczuwać przywiązanie do głównego bohatera albo chociaż sympatię, a tutaj trochę mi tego zabrakło. Marcin-dziecko i Marcin-student jakoś nie stanowili według mnie integralnej całości z Marcinem-dorosłym. Temu trzeciemu zabrakło chociaż odrobiny marzycielstwa dwóch pierwszych. Taki zwykły do szpiku kości dorosły, z którego nic nie jest w stanie zrobić niekonwencjonalnej postaci :(

 

Dla jasności dodam, że te przeskoki i wybudzenia całkiem mi się spodobały. Może i można było trochę nadpisać, ale i bez tego jest w porządku ;)

Porządne opowiadanie. Spodobało mi się słowo wireal i oddanie pewnych aspektów życia w korporacji. Zgodzę się z tymi, którzy poczuli “duszny” klimat, pomimo którego tekst wciągał, choć pod koniec wyraźnie słabiej. Opisy przywołujące niektórym czytelnikom “Incepcję“ nie wydawały mi się przekombinowane, ale jednak chlusnęły w oczy abstrakcją. W tym momencie nie udało mi się zanurzyć ani w grozę ani w atmosferę tajemnicy.

W kontekście dusznego klimatu zakończenie jest raczej na miejscu, choć samo w sobie nie robi szału. Myślę, że gdyby pozwolić Andrzejowi na odrobinę demoniczności w końcówce, na jakieś finałowe paskudne oszustwo, tekst na dłużej zapadłby w pamięć.

 

PS Internet zwykle dużą literą, choć pogooglawszy znalazłem rozbieżności w doktrynie ;).

PPS Gdy Marcin próbował wprawić się w trans, nie mogłem nie przypomnieć sobie Gęstych Nici. Zupełnie inne teksty, ale widać, że chyba lubisz pająki : ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Lenah: Dziękuję za obszerny komentarz :) Bardzo się cieszę, że dobrze wspominasz “Nici” – większości czytelników nie było z nimi po drodze, więc poczytuję to sobie za mały sukces.

 

Nevaz: Wersji zakończenia było kilka i jak już pisałam Funowi, być może gdyby nie pierwotne “sf”, które ostatecznie przesądziło o kształcie tekstu, poszłabym jednak w inną stronę.  Niespecjalnie lubię pająki, choć nie przerażają mnie. Fascynacją bym tego nie nazwała, Po prostu “Nici” oparłam na motywie tarantelli (bardziej zajmował mnie sam mit i towarzyszący mu autentyczny rytuał) a tu chodziło o samą fobię. Być może gdybym osobiście nie znała pewnej panicznie obawiającej się pająków osoby, byłaby to inna fobia. 

 

Co do internetu – “ortodoksyjnie” powinno być dużą, ale tu jednak postanowiłam iść za usuem. Mało kto przestrzega tej zasady i Internet wyglądał mi nieco dziwnie.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Nie zdziwię się, jeśli za kilka lat forma wielkoliterowa zaniknie.

 

Rozumiem twój stosunek do pająków, osobiście podchodzę do nich raczej neutralnie, ale gdybym miał je porównywać do innych zwierzątek o podobnych rozmiarach, to pająki są całkiem w porządku ;). Z większymi osobnikami raczej się nie zetknąłem.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

No co Ty?! To ta sama banda, co skorpiony i kleszcze. Jadowite, wredne gadziny!

Babska logika rządzi!

Przeczytałem z zainteresowaniem, choć ekscytacja, początkowo naprawdę duża, stopniowo malała. Wyszedł taki mariaż Incepcji i Odmiennych stanów świadomości z domieszką arachnofobii, ale za mało było tu dla mnie emocji i grozy, a zbyt wiele kwestii informatycznych.

Tekst oddziaływał na wyobraźnię, bo piszesz obrazowo i sugestywnie, ale lęki bohatera wypadły w moich oczach dość blado, a przerażenie sytuacją, w której się znalazł, wyglądało raczej na stwierdzenie faktu i próbę uporania się z nim. Sam bohater też nijaki niestety.

Tempo akcji powolne, ale konsekwentne – tekst nie nudził, choć do ostatnich linijek czekałem na coś bardziej, hmm… zaskakującego. Niby lubię ponure zakończenia, ale tu brakło jakiegoś konkretnego finału – samo zrozumienie, że jest się obiektem eksperymentalnym i błądzi się po własnym umyśle, nie wystarczy – zbyt wtórne.

Wychodzi mi dość ponura recenzja, ale to być może przez oczekiwania, które z racji pierwszej 1/3 tekstu były naprawdę wysokie – mimo wszystko opowiadanie podobało się i stempel jakości z pewnością mu się należy ;D Może tylko żałuję, że poszłaś bardziej w kierunku horroru – mógłby wyjść jeszcze smakowitszy kąsek ;)

 

Tyle ode mnie, a na koniec:

Miał wrażenie, że to ogromny młot wali go w głowę. Raz za razem: mocno i głośno, boleśnie i silnie. Ten rytm, łupanie pod czaszką i ból, i ścisk, i pulsowanie doprowadzało go do szaleństwa.

Słabszy fragment moim zdaniem. Mocnosilnie to właściwie synonimy, a boleśnie i ból trąci powtórzeniem…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Finkla, na szczęście żyjemy w kraju, w którym mało który pająk jest w stanie przebić szczękoczułkami ludzką skórę, a żaden nie zrobi nam swoim jadem krzywdy. Pewnie gdybym mieszkała w Australii z dala od większego miasta, miałabym do tych zwierząt inny stosunek ;)

 

Nevaz, ja ogólnie nie lubię małych stworzeń, jeśli po mnie chodzą – czy to pająki, czy owady. Niby nie mam jakiegoś wielkiego lęku – pająki wyrzucam za okno za pomocą zmiotki i szufelki, żeby mi pajęczyn nie robiły. Tych w zoo, za szybką też się nie boję (terrarium to obowiązkowy przystanek na drodze mojego trzylatka po ogrodzie zoologicznym). Jednak kiedyś miałam bliskie spotkanie z sidliszem piwnicznym (przynajmniej jak porównałam to, co widziałam, z obrazkami w internecie, to był bardzo podobny). I muszę przyznać, że wywołał u mnie atawistyczny lęk, może dlatego, że jest jednak duży (i nie za szybką :P). Już nie mówiąc o odruchu strząsania, kiedy coś małego po mnie chodzi. Więc coś jednak w tych pająkach jest, ale to w sumie nic dziwnego – w końcu nasi przodkowie mieszkali w miejscach, gdzie bliskie spotkanie z pająkiem mogło oznaczać bardzo nieprzyjemny koniec życia.

 

Count, dzięki za obszerny komentarz. Co ja mogę poradzić, wszyscy chcą się bać, a ja nie bardzo umiem straszyć :D Wyróżniony przez Ciebie fragment rzeczywiście można uznać za powtórzenie, ale całość jest próbą wprowadzenia elementów prozodyjnych do “wizyjnej” części opowiadania. Wydaje mi się, że chociaż częściowo udaną, więc pozwolę sobie to zostawić ;)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Taaaa, nasze pajęczaki się wycwaniły i używają broni biologicznej…

Babska logika rządzi!

True, zapomniałam o kleszczach. A przez jednego takiego trzy tygodnie spędziłam kiedyś w szpitalu.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Czytałem w Smoko po premierze. I pamiętam, że dobrze spędziłem czas, podążając za światem wciągającym bohatera.

Cieszę się w takim razie, że masz dobre wrażenia po przeczytaniu :)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Z pierwotną wersją tekstu byłabym raczej na nie, ale że Mirabell właściwie zredagowała go samodzielnie (ja tylko wskazałam kierunek, w którym można pójść, a ona i tak poszła trochę po swojemu :P), to z czystym sumieniem mogłam nominować. Efekt pracy mi się podobał – jest klimat, jest suspens, jest fajny, łatwy do wczucia się, do uwierzenia bohater. A mój mąż, będący programistą, sam był pod wrażeniem dobrze oddanych aspektów technicznych opka :D I to w wersji początkowej.

Tylko nie "Tęcza"!

Pająki nasuwają skojarzenia z “Nićmi”, a podróżowanie w odmętach swojej (pod)świadomości – z “Dziewiątym poziomem”. Tamte dwa teksty bardzo przypadły mi do gustu, więc i tutaj nie mogło być inaczej ;)

O ile opisy pająków, choć bardzo plastyczne i sugestywne, nie wywołały u mnie ciarek, to sama korporacja – brrr, to dopiero okropność. Ale też normalnie bliżej mi raczej do korpowstrętu niż arachnofobii :) 

To, co w pewien sposób mnie raziło, to to nieracjonalne skręcanie w ciemne uliczki i pchanie się w mroczne tunele. Oczywiście w miarę postępowania fabuły i pojawiania się wyjaśnień, nabrało to sensu i ostatecznie nie widzę powodu, by się tego czepiać, ale chciałam napisać o moich bieżących odczuciach w trakcie lektury. Choć pisałaś o “niewytłumaczalnych powodach”, które pchały bohatera w te miejsca, to chyba w tych fragmentach zabrakło mi czegoś bardziej namacalnego, albo raczej wiarygodnego – nawet nie na poziomie logiki, ale emocji. Chodzi mi o to, że nie współodczuwałam z bohaterem tej przemożnej chęci wlezienia w ciemny zaułek i na ten moment Marcin wymykał mi się z czytelniczego zespolenia ze mną – no wiesz, co mam na myśli.

Potem, gdy Marcin czuł się coraz bardziej zagubiony, moje współodczuwanie działało już jak należy. Wydaje mi się, że zrozumiałam fabułę właściwie – /SPOILER/ – bohater cały czas tkwił w zapętlonym eksperymencie, ale w ostatniej scenie dopatruję się czegoś jeszcze, czegoś, co w pewien sposób jeszcze bardziej przeraża, bo odziera tekst z fantastyki. Możliwości, że w ogóle żadnego eksperymentu nigdy nie było.

Ale też normalnie bliżej mi raczej do korpowstrętu niż arachnofobii :)

O, mam tak samo, szczególnie, że sama pracowałam swego czasu w korpo. Pewnie dlatego te opisy są bardziej mrożące krew w żyłach ;) Skojarzenie z “Dziewiątym poziomem” jak najbardziej trafne. I dziękuję za fajną próbę interpretacji – chciałam, żeby to zakończenie było otwarte, ale bardzo dobrze pokazałaś jedną z zupełnie realnych możliwości :)

 

Tensza – dziękuję po raz kolejny :) A męża pozdrów.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Pechowo dla tego opowiadania, miałem szczęście przeczytać kilka wcześniejszych Twoich tekstów…

No bo tym razem podobało mi się tak sobie. Pająki w ogóle nie zrobiły wrażenia (choć doceniam koncepcję sieci/webu), nie potrafię się ich bać. Co innego tarantyzm – ale to już inne opowiadanie. Trans i inne poziomy świadomości naturalniej wyszły Ci w zielonej dżungli niż w schowku na miotły. A językowo, “Żertwa” to jednak poziom niedościgniony.

Pomysł całkiem fajny, ale niestety będący tylko kolejną trawestacją motywu “a wszystko to mu się tylko śniło”, co nawet w wersji korpospisku jest mało odkrywcze. W ogóle kilka takich kalek (od kalka, nie kaleka) powtarza się w tekście. Np. zdanie “Szara twarz wydawała się Marcinowi dziwnie znajoma, jednak nie mógł sobie przypomnieć, skąd” – to naprawdę jest zgrany (i mało wiarygodny) tekst. Andrzej – do bólu stereotypowy z tą swoją gadką, aż chciałoby się jakiejś rysy (człowieczeństwa albo wręcz przeciwnie), która by szturchnęła czytelnika i przy okazji zasugerowała błąd w systemie albo działanie wirusa. O blokadzie przymusowych reklam też już kilka razy czytałem.

 

To teraz o tym, co mi się podobało:

– Metro na Rajskiej – naprawdę, uwielbiam kiedy mogę sobie osadzić bohatera w znanej scenerii. A cały dowcip i absurd tego fragmentu można docenić tylko będąc mieszkańcem tego samego, co bohater, miasta.

– Głos w szpitalu mówiący “Będą dla nas pracować…” (nie cytuję dalej, żeby nie spoilerować). Naprawdę przejmujący, zwłaszcza kiedy wyłania się z tej kakofonii innych wypowiedzi.

– Elementy warsztatu informatycznego – skoro fachowcy potwierdzają ich wiarygodność, a ja wciąż rozumiem o co chodzi, to znaczy, że osiągnęłaś w tym elemencie złoty środek ;)

 

Pozdrawiam gorąco i czekam na kolejne teksty.

 

Dziękuję za komentarz, Coboldzie. Cieszy mnie, że pamiętasz moje teksty, mimo iż ten nie przypadł Ci do gustu. No i kolejne odwołanie do “Nici…”. A ja myślałam, że tamto opowiadanie na prawdę mało komu się spodoba.

 

W Krakowie już nie mieszkam, ale mieszkałam dosyć długo. I to blisko Rajskiej, więc sceneria sama się nasunęła ;)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dawno nie czytałam w ten deseń pokręconego tekstu. Można się zgubić w labiryncie świadomości i dostać od tego zawrotów głowy. Z jednej strony frustrująca jest niewiedza co do świata, w którym się przebywa – czy to już ten prawdziwy, czy jeszcze nie? Co w ogóle jest prawdziwe? Z drugiej, nie wiem dlaczego, sprawia mi dziwną satysfakcję gubienie się w takim labiryncie – pod warunkiem, że tylko o nim czytam. 

Tu satysfakcja była pełna, nawet, a może właśnie dzięki otwartemu zakończeniu, które nie stawia kropki, ale fajny pytajnik. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję, Śniąca :)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Sorry, Winnetou, jestem na NIE.

Pająki mogłabym Ci darować – te na ekranie nie gryzą, nie łażą, mogą sobie istnieć. Spodobała mi się korporacja (chociaż to kolejna wredna w długiej linii, ale znalazła nowy sposób na wysysanie pracowników) i futurystyczne szczególiki. Ale rozczarował brak jakiejś… spójności w fabule. Koniec końców nie wiem, co się właściwie stało, a co bohater sobie uroił. Skąd czerpie informacje? Jakiś przypadkowy przeciek, zemulował sobie we łbie/ na komputerze szefa, głęboka medytacja i mistyczne wizje? Każdą z tych wersji z oporami, ale jednak pewnie bym kupiła. A tymczasem nawet nie wiem, która jest w ofercie, a którą sobie wymyśliłam, zapełniając luki. Jak dla prostologicznej Finkli – za dużo mętnej poezji w treści.

Babska logika rządzi!

Protestuję przeciw nazywaniu poezji mętną :P A poza tym – no niestety, niejasności były zamierzone, więc jeśli nie podchodzą, to moja strata ;)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Chciałam zostawić jakiś ślad po tym, że przeczytałam. Skończyłam Blizny jakoś dwa dni po wrzuceniu ich tutaj – po Żertwie masz we mnie wierną fankę – ale nie wiedziałam w sumie, co mam napisać. Przeczytałam bez bólu, ale poruszając dwa tematy, za którymi nie przepadam (pająki i komputery) chyba nie było możliwości, by mnie zachwycić. Będę czekać na kolejne opowiadanie :)

www.facebook.com/alecojak

Mirabell, to nic osobistego. Prawie każda poezja jest mętna. Brzechwa – o, ten to potrafił napisać wiersz. A potem już coraz gorzej… ;-)

Babska logika rządzi!

Kam_mod: Dziękuję za wizytę :)

 

Finkla: Toteż nie biorę tego osobiście ;) 

 

Natomiast mówię, że się nie zgadzam, bo nie wiem, co miałoby znaczyć “mętna”. Nie przemawia logicznym, uporządkowanym językiem? Nie poddaje się jednoznacznym interpretacjom? Trzeba się wysilić, żeby ją zrozumieć? W mojej opinii każda dobra literatura pasuje do tej definicji, bo dobra literatura i dobra poezja mówi o człowieku, a ten nie jest ani racjonalny, ani logiczny. Stąd o największych pisarzach i poetach dyskutuje się i pisze nawet stulecia po ich śmierci, a każde odczytanie jest nieco inne. Na tym polega dla mnie piękno literatury. Jeśli coś da się łatwo zrozumieć i jednoznacznie zinterpretować, to zazwyczaj nie jest zbyt dobre.

 

I zaznaczam, że piszę teraz o poezji i literaturze w ogóle, nie o własnym, pełnym niedostatków opowiadaniu ;)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Nie przemawia logicznym, uporządkowanym językiem?

Tak, właśnie tak.

dobra literatura i dobra poezja mówi o człowieku, a ten nie jest ani racjonalny, ani logiczny.

Jak to, kurczę, nie jest?

No dobra, każdy ma jakieś swoje fobie, koniki, przesądy i kaprysy. Ale ma również hierarchie wartości, które bardzo niechętnie zmienia. Ma cele, które stara się realizować; wychować dzieci na przyzwoitych ludzi, nie podpaść zbytnio szefowi, odłożyć kasę na coś tam… Oczywiście, czasem warknie do dziecka “Zamknij się, gówniarzu!”, zniechęci klienta do zakupu, sam da się namówić akwizytorowi na coś głupiego a drogiego. Ale to wyjątki. Tak wierzę. Różne rodzaje logiki, rozmaite funkcje celu, a jednak na ogół do przodu.

Jeśli coś da się łatwo zrozumieć i jednoznacznie zinterpretować, to zazwyczaj nie jest zbyt dobre.

Mam całkiem inne podejście. Mój mózg lubi informacje i zawsze ich szuka. Jeśli jakiś poeta, zamiast powiedzieć, o co mu chodzi, przez pół strony napitala we mnie metaforami i innymi środkami stylistycznymi, ale żadnej ciekawej informacji nie wysyła, to najprawdopodobniej nie ma nic interesującego do powiedzenia i nie warto go czytać.

Babska logika rządzi!

Najbardziej logicznym językiem przemawia matematyka. Trudno z tego zrobić literaturę, choć pewnie i takie eksperymenty były.

 

A czy te hierarchie wartości  na pewno ustalamy w toku logicznej kalkulacji? Nie pamiętam, kto pierwszy mocno powiedział, że człowiek nie jest racjonalny (Pinker może?), ale miał na to dobre argumenty. Nasze mózgi wyewoluowały dawno temu, kiedy biegaliśmy po sawannie i logika nie była najważniejszą cechą zapewniającą przetrwanie. Trzeba za to było umieć selekcjonować informacje, upraszczać, szybko reagować, najlepiej przesadnie (lepiej pomylić sto gałęzi z wężem, niż jednego węża z gałęzią) i odnaleźć się w grupie.  To stąd mamy te wszystkie arcyciekawe mechanizmy, które wykorzystują marketingowcy i spin doktorzy (jak podstawowy błąd atrybucji albo efekt aureoli).

Naprawdę uważasz, że ludzie mają dzieci i starają się je jak najlepiej wychować, bo to logiczne? No jeśli logikę zdefiniujemy “po ludzku” to może, ale jak dla mnie to ma niewiele wspólnego z prawdziwą logiką. Kocham dzieci (szczególnie własne), ale prawda jest taka, że ich posiadanie i miłość do nich determinuje w nas biologia. Nie kierujemy się również logiką wybierając partnera i nie, ludzie zazwyczaj nie wiedzą, do czego dążą, rzucają studia (albo są tak konsekwentnie nieobowiązkowi, że studia rzucają ich), zmieniają zawody, rozwodzą się. Piją, palą, jedzą słodycze. Ulegają reklamom (zawsze mnie bawią osoby, które twierdzą, że reklama na nie nie działa), grają w totka. Olewają przepisy ruchu drogowego (nagminnie). Podejmują mnóstwo decyzji pod wpływem impulsu. A czy religia jest racjonalna? Przecież chyba większość ludzi na świecie jest religijna. Zresztą, czy to, że siedzimy na forum fantastyka.pl i dyskutujemy o literaturze to logiczne i racjonalne? I z jakiego punktu widzenia?

To jest już od dawna argument przeciw skrajnie neoliberalnej ekonomii. Czyli np. poglądowi, że trzeba zlikwidować państwowe emerytury, bo wszyscy sobie będą sami oszczędzać. A nie, że mało kto oszczędzi, a za kilkadziesiąt lat wybory i tak wygra ta partia, która obieca, że wszystkim da państwowe emerytury, nawet tym, co nic nie oszczędzali. Skąd się wzięły te zastępy “frankowiczów”, ludzi, którzy podjęli gigantyczne ryzyko, na które nie było ich stać?

 

Jeśli wierzyć kognitywistom (ja wierzę), to 80% naszego języka to metafory. Informacje są fajne, ale po nie najlepiej sięgnąć po literaturę naukową i popularnonaukową. Po co męczyć się z jakimiś fabułami i perypetiami bohaterów, jeśli chcemy po prostu się czegoś nowego dowiedzieć? Zresztą nie da się pisać nie używając środków stylistycznych. A poezja powstała przecież na długo przed prozą i długo była najważniejszym gatunkiem literackim. Może więc jednak nie jest to tylko takie pitu-pitu.

Jasne, szczególnie w czasach internetu zalewa nas mnóstwo chłamu, który pod pretensjonalnym językiem przykrywa pustkę. Ale dla mnie prostota cechuje produkcyjniaki (tam wiadomo było, kto jest dobry, kto jest zły i w ogóle jak trzeba myśleć) i literaturę czysto rozrywkową, która oczywiście jest ok, ale ja potrzebuję czegoś więcej. Ludzka egzystencja jest pełna paradoksów, a człowiek to skomplikowana istota i nie da się go zamknąć w prostych zdaniach “bez metafor”. To często wymaga dużego wysiłku przy czytaniu, zastanawiania się (również nad samym sobą), ale chyba warto. Ja np. lubię książki Coetzee – właśnie dlatego, że po ich przeczytaniu człowiek ma więcej pytań niż odpowiedzi. To taka w sumie sokratejska idea – to pytania, nie odpowiedzi, przybliżają nas do prawdy.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Bardzo interesująca dyskusja się rozkręca. :-)

No dobrze, może nie tyle stricte logiczny (w formalnym, matematycznym rozumieniu), co racjonalny.

Nasze mózgi wyewoluowały dawno temu, kiedy biegaliśmy po sawannie i logika nie była najważniejszą cechą zapewniającą przetrwanie.

Tu się nie zgodzę. No, może nie najważniejszą, ale jedną z bardzo ważnych. Zwierzę, które zachowywało się bardzo głupio (całowało skorpiony, żarło trujące owoce, spacerowało wśród stada lwów), nie zostawiało swoich genów.

Trzeba za to było umieć selekcjonować informacje, upraszczać, szybko reagować, najlepiej przesadnie (lepiej pomylić sto gałęzi z wężem, niż jednego węża z gałęzią) i odnaleźć się w grupie.  To stąd mamy te wszystkie arcyciekawe mechanizmy, które wykorzystują marketingowcy i spin doktorzy (jak podstawowy błąd atrybucji albo efekt aureoli).

Tak, i to wszystko jest racjonalne – rozumiem, z jakich przesłanek wynika. Łącznie z branżą marketingowców.

Naprawdę uważasz, że ludzie mają dzieci i starają się je jak najlepiej wychować, bo to logiczne?

Niezupełnie. Mają z powodu niepełnej informacji. ;-) No dobra, mają z różnych powodów – bo nie planowali, ale dali się ponieść hormonom albo instynktom (zrozumiałym), bo chcieli mieć (uwarunkowania ewolucyjne), bo dziadkowie chcieli mieć wnuki (znowu ewolucja). Ale jak już mają, to chyba starają się zapewnić tym swoim zainwestowanym w potomstwie genom jak najlepszy start w życiu. Nie? Szczepią, wychowują, prowadzą do lekarza, do szkoły, kupują zabawki edukacyjne, książki, lekcje angielskiego i gry na skrzypcach… Uczą polować, tkać, gotować… Nie zabijają nawet, kiedy dzieciaki są wyjątkowo upierdliwe… Albo dbają o przyszłość w innym sensie – prowadzą do kościoła, uczą składać odpowiednie ofiary… To wszystko dla mnie mieści się w zakresie “logiczne”. Czy tam “racjonalne”. Religia oglądana z zewnątrz nie jest racjonalna. Ale od środka – to jedyne rozsądne wyjście.

Nie kierujemy się również logiką wybierając partnera

To ostatnio dużo się pozmieniało i mężczyźni nie oglądają się za młodymi (płodnymi!) kobietami ze stosunkiem talii do bioder gdzieś w złotym środku między anoreksją a ciążą? Kobiety nie preferują dobrze sytuowanych facetów (mogą być starsi)? Uroda wyszła z mody? Oczywiście, że piękne czarodziejki oraz książęta z bajki ostatnio wyginęli, trzeba godzić się na kompromisy.

Piją, palą, jedzą słodycze.

To dla mnie logiczne, że cukry i tłuszcze nam smakują (ileż w tym energii – mniam, mniam – ewolucja się kłania). Lody je się teraz, a nadwaga i cukrzyca to kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości. Potrafię zrozumieć decyzję o dokładce. ;-) Mechanizmy uzależnień też da się wyjaśnić. Wprawdzie słabo rozumiem, dlaczego zapala się pierwszego papierosa, ale jak już ktoś nie może żyć bez nikotyny, to decyzja o zakupie kolejnej paczki jest racjonalna – bez tego byłoby się bardzo nieszczęśliwym.

Jeśli wierzyć kognitywistom (ja wierzę), to 80% naszego języka to metafory.

W to nie wierzę. 80%? Nieee… Jak to jest zdefiniowane i mierzone?

Informacje są fajne, ale po nie najlepiej sięgnąć po literaturę naukową i popularnonaukową. Po co męczyć się z jakimiś fabułami i perypetiami bohaterów, jeśli chcemy po prostu się czegoś nowego dowiedzieć?

Żeby łatwiej je było zapamiętać. Daty w podręczniku do historii są nudne. Przyczyny jakiegoś tam wydarzenia – podobnie. Ale podane w wersji zbeletryzowanej…

A poezja powstała przecież na długo przed prozą i długo była najważniejszym gatunkiem literackim.

Nie zgodzę się. Podejrzewam, że rozmawiano ze sobą prozą na długo przed tym, jak zaczęto układać pieśni.

Poezja jest logicznym wyborem, póki nie zna się pisma – rymowane łatwiej zapamiętać.

Nie wiem, które tabliczki są najstarsze – te z eposem o Gilgameszu, z zadaniami z matematyki czy zwyczajne listy.

Można dyskutować, czy obecnie Homera czyta się ze względu na wspaniale ułożone strofy i porównania homeryckie, czy z powodu informacji o mitologii i historii, częściowo potwierdzonych znalezieniem ruin Troi, czy dla fabuły. Mam swoje zdanie na ten temat i przyznam się, że czytałam tłumaczenie, które zapewne z heksametrem nie ma nic wspólnego. Nawet nie jestem pewna, czy rymy tam były…

OK, to nie jest tak, że z czytanego tekstu wykreślam wszystkie środki stylistyczne. Ale jeśli pod nimi nie kryje się żadna treść… Metafory – tak, puste – nie.

Babska logika rządzi!

Że zacytuję Petera Wattsa: “Ludzie nie są racjonalni. Nie jesteśmy myślącymi maszynami, jesteśmy czującymi maszynami, które przypadkiem myślą.”

 

Moim zdaniem mylisz pojęcia. Racjonalność wymaga jednak czynnika świadomego. Robienie przypadkiem czegoś, co post factum wydaje się logiczne nie musi być logicznym działaniem – bo nie opiera się na kalkulacji. Podmiot nie wyliczył sobie, co będzie najlepszym rozwiązaniem, tylko tak mu wyszło. I podałaś bardzo dobre przykłady. Nie ma zwierząt całujących skorpionów nie dlatego, że uznały, że to nie jest racjonalne (co by oznaczało, że zwierzęta myślą racjonalnie), tylko dlatego, że jeśli takowe były, to wyginęły. Wszelkie nieprzystosowawcze zachowania zostały wyeliminowane w drodze doboru naturalnego (w tym wypadku jego narzędziem były skorpiony :D). Można uznać, że racjonalna jest ewolucja, ale wtedy trzeba by jej nadać osobowość, a to kłóci się z moim oglądem świata ;)

Z tym niezabijaniem dzieci to bardzo ciekawy przykład – kiedyś czytałam (tylko już nie pamiętam, gdzie), że zbadano dokładnie ten mechanizm – natura zadbała o to, żeby zahamować frustrację rodziców, którzy nie dosypiają i muszą wstawać w nocy, żeby ogarnąć potomstwo. Zresztą, wystarczy poczytać o tym, jaką fontannę hormonów przygotowują organizmy przyszłych i świeżo upieczonych matek. Zostaliśmy bardzo dobrze ukształtowani, żeby kochać swoje dzieci i zapewniać im dobrą przyszłość (kiedyś to była obrona przed tygrysami i nauka polowania, dziś – angielski i “oby poszedł na prawo” :P). Racjonalny jest zatem samolubny gen, bo z punktu widzenia jednostki ładowanie tak dużej energii (począwszy od donoszenia ciąży aż po konieczną pracę, żeby zapewnić latorośli byt) specjalnie racjonalne nie jest. A jednak mamy te dzieci, przynajmniej duża część z nas, i rzeczywiście chcemy dla nich jak najlepiej. Mimo przeludnienia planety i tego, że o kredyty coraz ciężej, smog coraz większy i masło drożeje :P Jak się spojrzy na to z boku, to nie ma żadnego sensu. 

To ostatnio dużo się pozmieniało i mężczyźni nie oglądają się za młodymi (płodnymi!) kobietami ze stosunkiem talii do bioder gdzieś w złotym środku między anoreksją a ciążą?

W sensie, że robią to z racjonalnych powodów? Tak, już to sobie wyobrażam: patrzy taki gość na kobietę, dokładnie mierzy kąt między biodrem a talią, szacuje obwód biustu, dokonuje w pamięci skomplikowanych obliczeń, ocenia prawdopodobieństwo urodzenia piątki zdrowych dzieci i stwierdza dobra, nada się. Dopiero wtedy podbija do baru i proponuje jej drinka :D

To dla mnie logiczne, że cukry i tłuszcze nam smakują (ileż w tym energii – mniam, mniam – ewolucja się kłania).

Znów – to jest logiczne jak się popatrzy na szerszy obraz. Ewolucyjnie było to bardzo przystosowawcze, żeby jeść kalorycznie. Teraz, kiedy mamy supermarkety i utwardzane tłuszcze w ładnych opakowaniach, ten mechanizm się na nas mści. Jakby taki homo erectus dostał tabliczkę białej czekolady (z fabryki Wonka, że się tak odniosę do dwóch filmów jednocześnie :D), to w jego interesie byłoby ją zjeść i to zanim koledzy się zorientują, że ma coś smacznego. W tej chwili żarcie czekolady (specjalnie piszę o białej, bo np. dobra gorzka ma jeszcze jakieś wartości odżywcze) jest kompletną głupotą, a mimo to takie produkty sprzedają się dobrze. Otyłość to jedna z chorób cywilizacyjnych, a jak powinno się odżywiać, żeby jej uniknąć, wiadomo nie od dziś. Gdyby ludzie byli racjonalni, otyłość by nie istniała. No chyba, że za racjonalne uznamy szukanie wymówek.

 

Można się śmiać z Freuda, ale psychoanaliza nie wzięła się znikąd. Racjonalność i logika to tylko jedne z wielu pobudek, jakimi kierują się ludzie – jedni bardziej, inni mniej. A biologia? Hormony, instynkty (bo przecież ten facet jednak nie oblicza stosunku talii do bioder, jego ciało decyduje za niego)? A urazy z dzieciństwa, mechanizmy obronne, cała podświadomość? Wracając do rodziców, to coraz więcej z nich zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę to nie angielski i gra na skrzypcach są ważne, tylko bliskość i zaspokajanie potrzeb w pierwszych latach życia. 

 

W to nie wierzę. 80%? Nieee… Jak to jest zdefiniowane i mierzone?

Lakoff, Johnson, “Metafory w naszym życiu”. To książka z lat 80tych i językoznawstwo poszło do przodu, ale już nikt chyba dziś nie wierzy, że język może precyzyjnie oddawać rzeczywistość. Potem były badania samego Lakoffa, Whorf…

 

Mnemotechnika fajna rzecz i wiem, że używa się historyjek, żeby zapamiętać fakty czy sekwencje liczb. Jednak śmiem twierdzić, że cały literacki dorobek ludzkości nie powstał po to, żeby łatwiej było zapamiętać naukowe informacje ;) 

 

Argument z mówieniem prozą do mnie nie trafia. Przecież rozmawiamy o literaturze, a więc o sztuce – wysiłku, który człowiek podejmuje, by stworzyć coś, co niekoniecznie ma praktyczne zastosowanie, ale no cóż, jest ładne. To jest jednak różnica. I mówiąc “proza” mam na myśli nowoczesną nowelę i powieść, bo przecież trudno porównywać dzisiejszy sposób pisania z eposem o Gilgameszu. Ale nie ma się co sprzeczać, co było pierwsze, szczególnie, że tu wchodzi jeszcze dramat. 

Poezja jest logicznym wyborem, póki nie zna się pisma – rymowane łatwiej zapamiętać.

Oooo, poezja nie zawsze była rymowana. Poezja grecka na przykład, ta “wysoka” nawet nie mogła być – rymy to była domena zaklęć, w poezji miał być rytm oparty na iloczasie. Rymy były nieeleganckie. Heksametr nie miał nic wspólnego z rymami. Zresztą to nie miejsce, żeby robić wykład o historii poezji – w każdym razie jeśli już mówimy o Grecji, to mity i historia były słuchaczom znane. Nie po to szli na przedstawienia dramatyczne albo słuchali takiego Homera, żeby je sobie zapamiętać. 

 

A kto mówi o pustych metaforach (btw, oto właśnie metafora pojęciowa: czy metafora to pojemnik, że może być “pusta”? Nie, ale tak się mówi. Mówi się metaforycznie)? Zresztą nie samą metaforą wiersz stoi. I trudno o tym pisać nie rozpatrując konkretnego twórcy. W każdym razie nie dziwię się, że tylu ludzi nie przepada za poezją – nie są nauczeni z nią obcować. W szkole niestety nie wszyscy nauczyciele uczą pracy z tekstem, niewielu podchodzi do literatury kreatywnie, zachęca do jej odkrywania.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

OK, może mylę pojęcia, a może co innego pod nimi rozumiemy.

Ujmę to tak: lubię rozumieć świat, zasady, według których działa. Próbuję jako tako ogarniać różne dziedziny nauki, żeby ten cel osiągnąć. Na ogół z grubsza się udaje. Jeśli w tekście też wiem, co i dlaczego się stało, to w porządku. Jeśli nie potrafię zdefiniować reguł rządzących pokazywanym światem, to mnie od niego odrzuca. Wtedy marudzę, że jest mętnie, że się kupy nie trzyma, że deus ex machina, bo nic w opowieści nie sugerowało, że bohaterowie mają skrzydła… Podobnie z bohaterem – jeśli kieruje się normalnymi, wynikającymi z ewolucji i uwarunkowań społecznych, pobudkami, to go kupię. Ale jeśli tajemnicze przeczucie każe mu zostawić miecz i sakiewkę, a potem iść za zakapiorem, aby popchnąć akcję do przodu, to kręcę nosem.

Ewolucja sama w sobie nie jest racjonalna. Ale podejmuje tyle prób, że efekty końcowe zaskakują.

Argument z mówieniem prozą do mnie nie trafia. Przecież rozmawiamy o literaturze, a więc o sztuce – wysiłku, który człowiek podejmuje, by stworzyć coś, co niekoniecznie ma praktyczne zastosowanie, ale no cóż, jest ładne.

Nie wiem, jak i kiedy narodziła się literatura czy sztuka snucia opowieści. Czy to były dydaktyczne historyjki opowiadane dzieciom przed zaśnięciem? Czy lans przy ognisku, z pokazywaniem, jak ryczał tropiony bawół? Czy szaman przekazywał choremu, co duchy mają do powiedzenia w jego sprawie? Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się, że najpierw była proza. Dopiero potem ktoś wpadł na pomysł, żeby dołożyć do tego podkład muzyczny, przekształcić proste słowa w pieśń… Dużo, dużo później pojawiły się historie/ memy na tyle ważne i doniosłe, żeby o nie zadbać i umożliwić im dotrwanie do naszych czasów.

A z tą nierymowaną poezją to mnie zaskoczyłaś.

Metafora to tylko przykład. Jeden z nielicznych środków stylistycznych, którego nazwę zapamiętałam. ;-)

Babska logika rządzi!

To prawda, ani językoznawstwo, ani filozofia to nie nauki w sensie science. Tym niemniej uważam, że żeby odczytywać literaturę potrzebne jest nieco więcej narzędzi, niż logika i prawa fizyki. Naukowy punkt widzenia jest szalenie ważny, ale bez humanistyki jednak pozbawiamy się sporego kawałka wiedzy o świecie.

Zasadniczo się z Tobą zgadzam i sądzę, że nie ma co dyskutować o nielogicznościach świata i dziwnych motywacjach bohaterów. Natomiast nie zgodzę się na postawienie znaku równości między tym, co racjonalne a tym, co psychologicznie prawdopodobne. Mało tego, psychologicznie prawdopodobne często bywają właśnie rzeczy nieracjonalne :) Czasem trzeba też wziąć pod uwagę, że łamanie reguł logiki niekoniecznie samo w sobie jest nielogiczne (popatrzmy chociaż na groteskę). Albo zauważyć kwestie kulturowe (w jakiejś kulturze facet, który ma dziwny sen powinien pójść do innego faceta, który zażyje niezdrowe ziółka i będzie tańczył wokół ogniska grając na bębnie; i to będzie absolutnie racjonalne zachowanie). Co do ewolucji też pełna zgoda, ale właśnie końcowe efekty nie wynikają z tego, że stoi za tym jakaś inteligencja, która to projektuje. Ja przynajmniej w takową nie wierzę. A racjonalność dla mnie zakłada jednak czynnik intencjonalny, a przynajmniej – świadomy.

O twórczości oralnej nie ma chyba co dyskutować, choć hipotezy na ten temat są. Ale tak naprawdę, co my wiemy o tym, co ludzie opowiadali sobie w jaskiniach? Faktem jest, że od antyku sztuka wysoka była sztuką poetycką, a proza miała niewiele wspólnego z tym, co dzisiaj nazwalibyśmy np. dobrze skonstruowanym opowiadaniem. Zresztą szamani też  przecież raczej śpiewają niż opowiadają. 

W mojej opinii dobry wiersz właśnie dlatego jest dobry, że wszystko ma w nim swoje miejsce i swoją funkcję. Każde słowo, każde załamanie rytmu, rozmieszczenie graficzne słów, interpunkcja lub jej brak. Każdy obraz, odwołanie do innego dzieła. Dlatego poezja jest jednak wymagająca, bo nie można tego tak sobie przeczytać jak słabego opowiadanka sci-fi (tak, mam na myśli niniejsze ;)), trzeba poświęcić czas, żeby to rozpracować. I dlatego moim zdaniem jest smutne, że sporo dobrych opowiadań (nie, nie moich :P) bywa przez wiele osób kwitowanych słowami “niezrozumiałe”, czy “za dużo poezji”. Poezji nie może być za dużo, może za to być kiepska ;)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

O wybory racjonalne w długim okresie i te faktycznie dokonywane przez ludzi nie będę kopii kruszyć (o, metafora!), bo i różnicę widać gołym okiem.

Poezja. Powiadasz, że może być kiepska? Hmmm, coś w tym jest – fraszki Kochanowskiego czy wiersze Szymborskiej rozumiem. Oni podobno byli dobrzy w te klocki.

Ale mimo wszystko łatwiej mi napisać pod czyimś tekstem “zbyt poetyckie jak dla mnie” (bo to oznacza, że opowiadanie obiektywnie wcale nie musi być złe, a tylko mi ten styl nie leży) niż “kiepska/ rozmemłana poezja” (ni cholery nie czuję się uprawniona do oceniania poezji) czy “pisz, człowieku, jak Szymborska” (tak wysoko postawiona poprzeczka do niczego nie zachęci).

Babska logika rządzi!

Jestem niemal całkowicie pewien, że nie napisze tutaj nic nowego, ani tym bardziej ciekawego, za co z góry – zowie się Czarny Obłaz – przepraszam.

 

Nie znoszę oniryzmu, a jeśli jest on splątany ze Sci-Fi w takim stopniu, iż nie idzie zasadniczo odgadnąć, co jest czym tak naprawdę, to już w ogóle robię się smutny. I trochę – tyci tyci – zły. Jest mi też przykro, bo zakładam, że nie takie emocje chciałabyś wzbudzać we mnie czy jakimkolwiek innym czytelniku. Nu, ale nie ma tego złego, co nie mogłoby być jeszcze gorsze (hmmm, do zapamiętania;), więc zasadniczo nie widzę powodów, by rozwlekać temat ponad krótkie: tematyka mi nie podeszła.

Jeśli chodzi o pozostałe aspekty opowiadania, to już różnie.

Fabuła – pięta achillesowa wszystkich nominowanych w sierpcu tekstów; albo za, albo nie dość – jak dla mnie zdecydowanie za: za bardzo przekombinowana i zbyt mętna (jak poezja, bo bywa i tak;). Już pal licho, gdyby te całe eksperymenty po prostu nie wypaliły, bo do programu wkradł się jakiś wirus i bohater utknął w jakimś własnym Matrixie (czy też Incepcji). Ale jeśli ten wirus, podobnie jak wszystko inne, siedział mu bezpośrednio w głowie i stał się przyczynkiem samouświadomienia… A ja interpretuję zakończenie właśnie w ten sposób, że wszystko, od samego początku, było po prostu snem, czy też VR (póki człowiek sam nie jest świadom różnicy, to tej różnicy z jego perspektywy raczej nie ma). I nie jest to interpretacja dla fabuły najłaskawsza, bo – że się powtórzę – nie cierpię oniryzmu. A samozawirusowanie (mózgu, nie komputera!), które w dodatku jednak wychodzi Marcinowi w jakiś sposób na dobre, to już niemal elfia magia stanowiąca o prawach fizyki w podejrzanie zielonych rejonach Śródziemia. No i taka interpretacja zakończenia trochę gubi logikę, bo nie znajduję wyjaśnienia, dlaczego terapia w szpitalu, mająca na celu wyleczenie pacjenta z fobii, tworzy mu kompleksową i długoterminową rzeczywistość, z której nie może uciec. Co więcej, tak wykreowana rzeczywistość raczej nie sprzyja terapii. Chyba, że za tym wszystkim – za faktem, że Marcin znalazł się w pułapce – stoi właśnie ten wirus, który zainfekował program do VR? To brzmi sensownie, ale wtedy z kolei nie wiem, jak uzasadnić fakt, że ten sam wirus wyprowadza Marcina niejako z powrotem na powierzchnię. Losowe bugi, jakiś kolejny wyłom w programie? Możliwe. Ale to taka zgaduj-zgadula. I ta właśnie zgadula najmocniej kładzie tekst w moich oczach.

Trzymam się jednak tej interpretacji zakończenia, bo choć wątpliwe i podważa wiele w tym opowiadaniu, a może nawet odziera je z elementu fantastycznego (zdziwienie doktora “soczewkami” eliminuje potencjale Science i wrzuca tekst w zupełnie nieokreślony czas, a pacjenta w nieokreśloną rzeczywistość; równie dobrze może to być w Tutaj i w Teraz), to jednak jest zdecydowanie najciekawsze i najmocniejsze. Najmroczniejsze. Gość się budzi ze śpiączki (lub wraca z podróży po VR, zajedno), ale ma tak pokorbowany baniak, że już nie wierzy, że to rzeczywistość rzeczywista. Taka pułapka, z której być może już naprawdę nie ma ucieczki. Niby nic nowego, ale wciąż robi robotę.

Na co by tu jeszcze pomarudzić?

Dłużyzn się nie czepiam, bo choć i owszem, były, to jednak nie na tyle rozlazłe, by zaraz wzywać kierownika. Gorzej z emocjami. A raczej ich brakiem. Bo, niestety, tutaj tekst też się wyłożył. Nie poruszyły mnie pająki (nie mam do nich nic, nawet anarchistycznie sympatyzuję), nie poruszył mnie Marcina strach przed nimi, nie ruszyły mnie tunele i nie ruszyło mnie metro (ono zresztą jeszcze dłuuugo nikogo w Krk nie poruszy;), nie ruszyło mnie korpo (choć też zdecydowanie wolę pająki) – generalnie, nie drgnął mną ten tekst za bardzo (może poza zakończeniem w tej najfajniejszej interpretacyji).

Z drugiej jednak strony – i tu już przechodzę do pozytywów (choć będzie krócej, bo jak jest dobrze, to jest dobrze i nie ma o czym gadać) – nawet z telefonu, o drugiej w nocy, tkwiąc w samochodzie na przylotniskowym (no dobra – nieopodallotniskowym) parkingu, jeszcze na głos (istotce i tak smacznie sobie śpiącej), czytało się fajnie. Bo to dobry kawałek tekstu jednak jest. Klimat, choć też niezbyt mnie ruszył, doceniam, bo faktycznie wyrazisty. Na korpo się nie wyznaję, a informatykiem bywam tylko z musu, więc ograniczę się do stwierdzenia, że dla mnie, laika, te aspekty brzmiały dobrze, przekonująco.

Dla spokoju sumienia dorzucę jeszcze parę frazesów o tym, że pisać to Ty umiesz, że fantazyję masz nielichą i że, generalnie, trzymam kciuk, byś wykorzystała swój potencjał lepiej, niż ja wykorzystuję rzekomy mój, a potem się pożegnam zgrabnym:

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

O, kojarzę ten tunel metra w Krakowie i dziwne wizje. Betowałem wczesną wersję tego opowiadania, choć nie wszystko pamiętam, wydaje mi się, że dużo się zmieniło. Opowieść do lekkich nie należy, ale zaciekawia, a końcówka daje kopa. Choć ja to sobie interpretuję dość prosto (i pewnie nieprawidłowo) i wtedy opowiadanie wydaje się do nietrudne do zrozumienia.

Dziękuję Cieniu za obszerny komentarz, z opóźnieniem, ale przeczytałam w całości :)

 

Zygfrydzie, cieszę się, że pamiętasz, choć z pierwotnej wersji zostało niewiele. I zgadzam się, czasem najprostsze interpretacje są najbardziej trafione :)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Nowa Fantastyka