- Opowiadanie: CountPrimagen - Burzliwy Rozkwit

Burzliwy Rozkwit

Niniejszym zapowiadam, że mój szanowny (chyba), portalowy (z pewnością!) debiut nadaje się już do czytania... Zapewne ;)

Zapraszam serdecznie każdego archeologa ;P

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Burzliwy Rozkwit

Skulony w kącie, wtulając zapłakaną twarz w poduszkę, odliczałem kolejne uderzenia i krzywiłem się przy każdym z nich. Wsłuchany w potępieńcze wrzaski i pełne jadu groźby, nie mogłem uwierzyć, że to wciąż mój dziadunio.

Wreszcie hałas ucichł, a ja, przez sklejające rzęsy łzy, przyjrzałem się drzwiom do mojego małego pokoiku. Wciąż były całe, jednak ten stan rzeczy nie będzie trwał długo – dziadunio z pewnością wróci uzbrojony w coś więcej niż pięści.

Na pociechę sięgnąłem po kolejną truskawkę i rozkoszując się jej smakiem, pomału jadłem. Odraczałem połknięcie słodkiego miąższu, jednak i tym razem chwila nie trwała wiecznie; z trzech owoców pozostały już tylko dwa. Dwa doskonałe powody dla dziadunia, by skrzywdzić swego ukochanego wnuczka…

Mamusiu… Tatusiu… Proszę, przyjedźcie. Babcia i Ron nie żyją, a ja niedługo podzielę ich los. Nikt nie usłyszy samotnego krzyku pośród bezgwiezdnej, deszczowej nocy, nikt nie powstrzyma dziadka, wydzierającego słodycz truskawek z mojego gardła. Bylebym tylko zdążył… zjeść je do końca.

Odgłos kroków na schodach uświadomił mi, że znów mam towarzystwo. Dziadunio poruszał się powoli, w końcu jego brzuch też był groteskowo rozdęty, jeszcze większy od mojego. Zjadłem przedostatnią truskawkę i załkałem w poduszkę, gdy niebo rozdarła błyskawica, a w ślad za nią pognał głuchy pomruk grzmotu. Nieoczekiwanie cofnąłem się pamięcią o kilka dni, kiedy wszystko było jeszcze takie piękne…

 

Przebierając w miejscu nogami i rozglądając się gorączkowo, próbowałem wyrwać rękę z delikatnego, acz stanowczego uścisku babci. Patrzyłem jak obcałowuje się z tatą, obściskuje z mamą. Jak dziadek życzy rodzicom udanego wyjazdu i na koniec raczy ich kilkoma radami.

Wreszcie, kiedy myślałem, że łzawym pożegnaniom nigdy nie będzie końca, mama całuje mnie w czubek głowy, a ja, z tłukącym w piersi sercem, przywieram do niej całym ciałem.

– Za tydzień będziemy z powrotem. Bądź grzeczny i nie sprawiaj dziadkom problemów, Alan.

– Dobrze – zabuczałem z twarzą wtuloną w jej szyję. Strach przed wyjazdem rodziców oraz tęsknota za kolegami, którzy zostali w mieście, walczył we mnie z narastającą ekscytacją. Na farmie dziadka zabawa zawsze była świetna, a babcia nie skąpiła mi słodyczy…

Obawiałem się tej chwili, jednak, ledwie rodzice pojechali, podbiegł do mnie Ron – stary owczarek niemiecki, mieszkający z dziadkami na farmie od kiedy pamiętam. Przytuliłem przyjaciela i od tej pory wszystko stało się piękniejsze – tęsknota za domem minęła, a ja w całości oddałem się zabawie w rycerza, puszczaniu w dół strumienia stateczków z liści, skakaniu po kamieniach oraz wspinaniu się na drzewa niczym najprawdziwszy Tarzan! W trakcie tych wyczynów Ron pozostawał na stałym lądzie i dopingował mnie donośnym szczekaniem.

Wieczór nadszedł zanim się spostrzegłem. Zjedliśmy przygotowaną przez babcię kolację, a później zrobiło się trochę smutno, gdy dziadek zaczął narzekać na uprawy, które z roku na rok przynosiły coraz mniejsze zyski.

Niewiele rozumiejąc z wypowiadanych przez niego słów, poświęciłem czas na głaskanie Rona po włochatym brzuszku, a kiedy babcia dała sygnał, posłusznie udałem się do pełnej wody i piany wanny. Kolejne pół godziny minęło na zabawie gumowymi rekinami – jednej z moich ulubionych rozrywek na farmie dziadunia! Dopiero gdy woda ostygła, a ja nasiąkłem nią niczym gąbka, babcia wytarła mnie i zagoniła do pokoju.

Leżąc w łóżku, przytuliłem zabranego z domu misia (jestem już duży i go nie potrzebuję, ale… to taka pamiątka z dzieciństwa) i pocałowałem babcię na dobranoc. Bezskutecznie powstrzymując ziewnięcie, życzyłem jej słodkich snów i…

…w tej chwili nocne niebo nad farmą rozdarła jasna jak słońce błyskawica. Szyby załomotały we framugach, a podłoga ponuro zajęczała, jakby burza grzmiała również pod naszymi stopami. Babcia krzyknęła przenikliwie, a ja schowałem głowę pod kołdrę, czując nagłą słabość.

Grzmot przetoczył się po posiadłości ogłuszając nas, a kolejny trzask, tym razem z góry, skojarzył mi się z pękającym sufitem.

– Chodźcie na dół! – ryknął dziadek, porywając mnie na ręce. Wśród szalejącej burzy ledwie słyszałem jego głos. Niebo spłynęło deszczem, a moje oczy – łzami. Załkałem cicho w ramię dziadunia.

Ron zawył, oszalały ze strachu, i w biegu strącił naczynia z suszarki. Babcia zrugała go, jednak bez przekonania, tymczasem kolejne pioruny spadły na gospodarstwo, szarpiąc ściany i sufit wściekłym światłem.

– Niech to się skończy! Niech to się skończy – zawyłem, nie mogąc się opanować.

– Spokój! – Okrzykowi dziadunia brakowało przekonania, a jednak, siedząc na podłodze w salonie znalazł w sobie dość siły, by zamknąć mnie i babcię w pełnym otuchy uścisku.

Następne chwile były najstraszniejszymi, jakie przeżyłem. Nie potrafiłem zebrać myśli, płakałem i krzyczałem, a jednak nikt mnie nie słyszał…

Nie wiem ile czasu trwała burza, ale jak nagle się zaczęła, tak i skończyła. Obudziłem się, zapłakany, na podłodze w salonie, całym ciałem wtulony w babcię i Rona, który legł bez przytomności przy naszych stopach.

Tego dnia rozkwitły truskawki.

Ujrzałem je po raz pierwszy chwilę później, gdy wraz z dziaduniem wyszedłem na dwór, oceniać szkody po burzy.

– To… To cud… – szepnął ze łzami w oczach starszy mężczyzna. Suchą, jałową ziemię, nad którą tak rozpaczał, niemalże po horyzont porastały łany truskawkowych krzaczków o soczystozielonych, mokrych od deszczu liściach i czerwonych, smakowitych owocach.

– Kiedy ja ostatnio miałem truskawki… Przecież te kilka bylin nie mogło…

– Dziadziu! Jakie dobre! – krzyknąłem z pełnymi ustami, zajadając się owocami. Ron wiernie mi towarzyszył oblegając krzaczek obok. Pies jedzący truskawki! Dobre sobie!

Dawno nie widziałem tak szczęśliwych dziadków. Nie dość, że farma nie uległa żadnym zniszczeniom, to jeszcze tajemnicze truskawki, które tak niespodziewanie wyrosły i obrodziły owocami, sprawiły, że dziadek, po raz pierwszy od kilku lat, zdecydował się pojechać na targ.

Cały dzień poświęciliśmy więc na zbieranie owoców i zapełnianie nimi wyniesionych przez babcię z piwnicy kobiałek. Podjadaliśmy oczywiście co niemiara, aż Rona rozbolał brzuch i dziadek zdecydował się zamknąć go w domu, jednak truskawek wciąż było dużo.

Kładąc się spać, czułem euforię i radość, z niecierpliwością oczekiwałem targu, na który miałem wybrać się z dziadkiem. Tym razem żadna burza nie przerwała naszego wypoczynku.

Obudziłem się wypoczęty. Wtuliłem twarz w poduszkę, chcąc poleżeć jeszcze chwilę, coś mi jednak nie dawało spokoju. Dotyk czegoś mokrego, łaskoczącego na policzku…

– Ron! – krzyknąłem. Nie pomyliłem się. Stary owczarek stał dwiema łapami na łóżku i zawzięcie lizał mnie po twarzy. – Piesku!

Pozwoliłem mu wskoczyć na prześcieradło (wcześniej upewniając się, że jest czysty; dziadunio mówił, że brudnemu psu nie wolno) i przytuliłem go mocno. Znów był zdrowy!

W dużo lepszym humorze wstałem, ubrałem się i zszedłem na dół, gdzie powitała mnie babcia i czekający już na stole talerz parującej jajecznicy.

– A co z truskawkami? – spytałem, bo w sumie to na nie miałem większą ochotę.

– Dziadek właśnie ładuje je na furgonetkę, Alan. Jak zjesz, idź proszę i pomóż mu, czasu coraz mniej.

– Rozejdą się w pięć minut – uspokoiłem ją i spróbowałem jajecznicy. Była smaczna, jak to jajecznica babci, z tym że… nie byłem głodny. Jedynie na truskawki miałem ochotę, ale to też nie z głodu, tylko dlatego że były tak pyszne.

– Nie masz apetytu – stwierdziła babcia. – To dziwne. Tak się składa, że dziadek i ja również obudziliśmy się syci…

– Dziadunio nie był głodny? – zdziwiłem się. Dziadunio zawsze był głodny. Nawet jak był najedzony, to i tak był głodny.

– Tak! Powiedział, że najwyraźniej poza smakiem, truskawki posiadają jakieś niezwykłe wartości odżywcze! A skoro tak, powinnam je jeść, może wreszcie schudnę. – Westchnęła ciężko. – Jakie szczęście, że ty, wnusiu, nie musisz się tym przejmować…

– Czyli miałbym nie jeść truskawek, żeby było więcej dla ciebie? – spytałem ponuro. Babcia mówiła dziwnie. Coś mi w niej nie pasowało…

– Ależ skąd! Jedz na zdrowie – roześmiała się, jednak w śmiechu tym usłyszałem nerwowość. – Mówię tylko, że ty w przeciwieństwie do mnie możesz sobie pozwolić na słodycze! Dzisiaj zrobię twój ulubiony tort czekoladowy, jak wrócicie z targu, będziesz mógł go zjeść!

– Z truskawkami? – upewniłem się.

– Czy ja wiem, czy będą pasować… – powątpiewała babcia. – Cóż, skoro zjadłeś, idź teraz pomóż dziadkowi. Bo sam do wieczora się z tym nie uwinie!

Miała rację, wybiegłem więc do ogródka wraz z szczekającym radośnie Ronem. Na miejscu spotkaliśmy otoczonego stertą kobiałek dziadunia, mimo palącego słońca ładującego koszyczki do furgonetki.

Z konsternacją spostrzegłem, że podczas pracy podjada, z każdej kobiałki wyciągając po dwie-trzy truskawki. Gdy zauważył, że mu się przyglądam, ograniczył się do chrząknięcia i poczęstowania mnie jednym owocem. Od tej pory robota szła dużo szybciej, choć musieliśmy zrobić przerwę ze względu na Rona, który podobnie jak wczorajszego wieczoru i dziś wykazał zbyt duże zainteresowanie owocami, które pozostały na krzaczkach.

Tym razem dziadek nie był pobłażliwy. Złapał brutalnie psa za futro na karku i szamoczącego się zaciągnął do domu. Warknął jeszcze coś do babci i zatrzasnął drzwi.

– To go bolało! – wykrzyknąłem z wyrzutem.

– Mam na uwadze jedynie jego dobro – odparł dziadek. – Wczoraj tak się przejadł, że ledwo przeżył, chyba nie chcesz by dzisiaj też go to spotkało?

– Nie – westchnąłem, wracając do pracy. Mimo wszystko dziadek miał rację, lepiej by Ron przestał objadać się truskawkami.

Gdy wszystko było gotowe, założyłem świeże ubranie, wyściskałem Rona (poczęstowałem go też truskawką, tak, żeby dziadunio nie widział) i wskoczyłem do ciężarówki. Bardzo lubiłem w niej jechać, widok było dużo lepszy niż z samochodu taty.

Dziadunio prowadził pewnie i szybko, więc niedługo później dotarliśmy na miejsce.

Na targu było tak jak zapamiętałem z poprzedniej wizyty – duszno i gwarno. Kramiki aż uginały się od rozstawionych na nich towarów, a wąskimi uliczkami przemieszczało się całe mrowie ludzi. Zadaszenia i liczne parasole sprawiły, że panował tu przyjemny półcień, dający choć chwilę ulgi od nieznośnej pogody.

Dziadunio wjechał na parking, zatrzymał się jak najbliżej wynajętego przez siebie straganu i podsadził mnie na pakę, bym podawał mu kobiałki. Gdy rozstawiliśmy już wszystkie, dziadunio przygotował jeszcze wagę, papierowe torebki i pieniądze do wydawania reszty. Byliśmy gotowi.

Zmęczeni upałem ludzie konsekwentnie omijali nasz stragan, szukając przede wszystkim wody i lodów – na to drugie i ja się skusiłem. Zabawnie skręcone, zmrożone, czekoladowo-śmietankowe lody wyglądały tak apetycznie, że korzystając z całego swego uroku i wspomagając się szantażem (w końcu cały ranek pracowałem!), wyłudziłem od dziadka pieniądze. Stanąłem w długiej, prowadzącej do automatu kolejce i starając się zachować cierpliwość, przestępowałem z nogi na nogę. Gdy wreszcie znalazłem się tuż przy ladzie i stojącym za nią panu, zamówiłem dwa duże lody i polizałem jeden z nich.

Niespiesznie wróciłem do straganu, by przekonać się, że w krótkim czasie gdy mnie nie było, zaroiło się od klientów. Początkowo krótka kolejka za sprawą zachwalających towar ludzi rozrastała się w zatrważającym tempie.

Część klientów po spróbowaniu truskawki usiłowała wykupić większość owoców, dziadunio miał jednak głowę do interesów. Cena rosła w zatrważającym tempie, w końcu osiągnęła pułap, który nawet mnie wydawał się bardzo wysoki. A jednak zainteresowanie nie słabło.

Pierwsi z klientów zdążyli się już zorientować, jak głupio postąpili biorąc ledwie torebkę pysznych truskawek, cofnęli się więc do kolejki z nadzieją że coś pozostanie lub bezczelnie próbowali zwrócić uwagę dziadunia zachodząc stragan od boku. Ja w tym czasie zjadłem drugiego loda.

– Alan! Chodź mi tu pomóc! – gorączkował się dziadek, próbując jednocześnie przyjmować pieniądze, wydawać resztę i podawać klientom truskawki.

Z kolejnej godziny nie zapamiętałem prawie nic. Zaangażowany w sprzedaż, biegałem wzdłuż rzędów koszyków, przesypywałem owoce, przekładałem i podawałem żądnym swego towaru klientom. Robiło się coraz głośniej. Truskawki kończyły się i ludzie to widzieli. A było ich zbyt wielu, by zadowolić wszystkich. Dziadunio prosił o cierpliwość, jednak nikt go nie słuchał. Tłum robił się coraz bardziej agresywny, rozkradał truskawki, nastał chaos.

Rozpłakałem się i tylko jak przez mgłę pamiętam, co działo się dalej. Dziadunio rzucił w kogoś łopatką do owoców, jedną ręką schował zarobione pieniądze do torby, a drugą pociągnął mnie. Pobiegliśmy do furgonetki, wsiedliśmy i pozostawiliśmy targ za sobą…

Uspokoiłem się dopiero na szosie, gdy wzburzony dziadunio włączył radio i zaczął podśpiewywać wraz z wokalistą. Głos wciąż miał mocny, choć zdarty wiekiem. Powoli uspokajałem się i już wkrótce tylko sporadyczne czknięcia przypominały o niedawnym płaczu.

– No, cichutko, Alan. – Uspokajał mnie dziadunio. – Cichutko, bo babcia będzie na mnie zła, że do tego doprowadziłem…

– Dlaczego oni tak robili, dziaduniu? – spytałem. – O co tu chodzi? Przecież byliśmy dla nich mili…

– To skomplikowane, wnusiu – odparł po chwili milczenia. – Najwidoczniej truskawki zasmakowały im tak, jak nam, a może bardziej… To pewnie dlatego, że wiedzieli jak mało ich mają. Na nas w domu czeka jeszcze dużo, a oni to, co kupili, natychmiast zjedli…

Stwierdziłem, że to ma sens, dlatego pomału się uspokoiłem, by wreszcie zasnąć.

– Do diabła, truskawki! – krzyknął dziadek, budząc mnie niepodziewanie. – Niech ich szlag, pierdolonych! Kurwa!

Przerażony niecenzuralnym słownictwem (za które moja mama zawsze upominała tatę i tata był zawstydzony), otworzyłem drzwi i wyskoczyłem z furgonetki. Podbiegłem do wściekłego, stojącego w ogródku dziadunia. Wyglądało na to, że zupełnie stracił nad sobą panowanie. Tupał, krzyczał i przeklinał. Wołał babcię, Rona i kogoś jeszcze, chyba mamę (tylko że po imieniu, co mnie zmyliło). Jedno spojrzenie wystarczyło mi, bym zrozumiał powód jego wściekłości – większość krzaczków, które zostawiliśmy z myślą o nas samych, została ogołocona. Pojedyncze truskawki błyszczały wśród zieleni liści, ale było ich mało, stanowczo za mało.

Rozjuszony dziadunio pobiegł w kierunku domu, a ja, bardziej zainteresowany truskawkami, odnalazłem kilka samotnych owoców i wybrałem je co do jednego. Z wypchanymi kieszeniami podkradłem się do drzwi i uchyliłem je lekko. Wyglądało na to, że wszystko wróciło do normy – dziadunio siedział na kanapie, z babcią u boku. Trzymał ją za rękę i oboje wyglądali na zatroskanych.

– Alan! – krzyknęła, widząc mnie w drzwiach. Smutek w jej głosie tak mnie wzruszył, że podbiegłem i utonąłem w babcinych ramionach.

Trwaliśmy tak długo, wspierani również przez dziadka i jak teraz wspominam, była to ostatnia chwila, gdy naszymi myślami nie rządziły truskawki. Zaczęło się od wściekłości, a skończyło na żalu. Nie musiałem długo czekać, by babcia i mnie przekazała bolesne wieści.

– Ron nie żyje – powiedziała. – Kiedy tylko pojechaliście, on wyszedł na dwór i najadł się tych truskawek… Myślałam, że mu nie zaszkodzą, jednak organizm psa musi jakoś różnić się od ludzkiego. Biedny Ron ledwo wszedł do domu, położył się i wkrótce później zmarł…

Po raz wtóry tego dnia rozpłakałem się i pobiegłem do kuchni, gdzie leżało ciało psa. Spoczywał na boku, z groteskowo wzdętym brzuchem i otwartym pyskiem. Zemdliło mnie na ten widok i zwymiotowałem lody. Gdy uświadomiłem sobie, że jeszcze niedawno były zimne, a teraz są ciepłe, zwymiotowałem po raz wtóry. Upadłbym na kolana, gdyby nie babcia, która w tej chwili pojawiła się w drzwiach i zdążyła złapać mnie pod ramiona. Przerażona stanem, w jakim się znalazłem, zaniosła mnie do łóżka. Przez załzawione oczy dojrzałem, że na kuchennym stole stały aż dwie, pełne truskawek miski… Czyżby jednak Ron nie zjadł ich tak wiele?

Wystarczyło, że głową dotknąłem poduszki, natychmiast się uspokoiłem. Babcia otuliła mnie kocem i chciała wyjść, jednak złapałem ją za rękę.

– Posiedź ze mną – poprosiłem.

– Wnusiu… – mruknęła, patrząc tęsknie na drzwi. – No dobrze.

Nie zdążyłem zasnąć, gdy babcia puściła moją ręką i po cichu wyszła. Nic nie mówiłem, czułem że lepiej będzie zachować milczenie. Myślałem o Ronie, nie mogłem uwierzyć, że pies już nie wskoczy na łóżko, że już nie pobawimy się razem…

Sen powoli nadchodził, gdy paniczny okrzyk babci uświadomił mi, że to nie koniec wrażeń na dzisiaj. Właściwie, dzień mógł okazać się jeszcze gorszy – zachód słońca dopiero nadciągał.

Nie ukrywam – bałem się, dlatego ostrożnie podszedłem do schodów i wychynąłem zza poręczy. Zarejestrowałem, że dziadunio i babcia muszą być w kuchni. I wciąż krzyczą, a raczej dziadek krzyczy, a babcia płacze.

Co ja mam zrobić? Pomyślałem bezradnie i położyłem się na łóżku. Wróciłem myślami do wczorajszego poranka, kiedy z Ronem biegaliśmy po dworze, kiedy babcia się śmiała, a nie płakała. Te czasy wydawały się teraz snem.

O dziwo tym razem udało mi się zasnąć, a obudziłem się dopiero o świcie. Ubrałem się i pełen złych przeczuć zszedłem do kuchni. Ciało Rona zniknęło, dziadek musiał je najwyraźniej zakopać za domem. Zniknęły również miski pełne truskawek, na stole stał natomiast czekoladowy tort (ten, który babcia obiecała mi, zanim pojechaliśmy na targ).

Patrząc na niego poczułem nagle, jak bardzo jestem głodny – w końcu od czasu tych nieszczęśliwych lodów nie miałem niczego w ustach!

Babcia chyba jeszcze spała, dlatego chwyciłem nóż, wziąłem sobie talerz i ukroiłem tort. Złapałem łyżkę i pazernie nałożyłem na nią ciasto, jednakże… w torcie nie było truskawek. A z tego co sobie przypominałem, prosiłem babcię, by je dodała. Niby zawsze jadałem czekoladowy tort bez truskawek, ale skoro tym razem jest taka możliwość, to czemu by nie…

Nie namyślając się dłużej wstałem, rzuciłem łyżkę na talerz i wybiegłem z kuchni. Założyłem buty i poszedłem do ogródka.

– Babcia! – krzyknąłem, widząc jak staruszka snuje się wśród grządek. Była bardzo gruba, grubsza niż kiedykolwiek, a jej twarz pokrywała gęsta siatka przypominających zgrubienia zmarszczek. Głębokie cienie pod oczami świadczyły o tym, że babcia od dawna nie spała, być może całą noc.

– Nie ma ich, Alan… – jęknęła. – Ten przebrzydły dziad zjadł wszystkie… Alan…

– Babciu! Chodźmy do do…

– Nie ma ich, Alan! – wrzeszczała coraz głośniej babcia, a jej oddech zionął truskawkami.

Odsunąłem się i z przerażeniem patrzyłem jak brudnymi od ziemi, poranionymi rękami rozrywa pozbawiony owoców krzaczek. Sądząc po ilości porozrzucanych roślin – nie pierwszy.

Zapominając momentalnie o Ronie i czekoladowym torcie, wróciłem do domu i zacząłem wołać dziadka. Nikt mi nie odpowiedział, dlatego pobiegłem do sypialni, w której leżały tylko dwie puste miski i sterta szypułek na poduszce. Obok nich spoczywała jeszcze otwarta, ubrudzona czerwonym sokiem książka, a na stoliku zapalona lampka. Pościel po stronie dziadka była w nieładzie, prześcieradło również znaczyły ślady rozgniecionych owoców.

Babcia wciąż wyła, a ja nie wiedziałem już, co począć. Należało znaleźć dziadka, może on temu zaradzi. Wybiegłem z sypialni i rozejrzałem się po domu, wreszcie stając przed drzwiami piwnicy. Coś działo się tam na dole, coś niedobrego. Wiedziałem to doskonale, a jednak, pełen nadziei, zszedłem po schodach. Stąpałem ostrożnie, jednak nic to nie dało, gdyż scena, którą ujrzałem wyrwała z mojego gardła przeraźliwy krzyk.

Dziadunio klęczał na klepisku, cały brudny od krwi i ziemi, a w rękach trzymał urwaną, groteskowo pogryzioną głowę Rona. Mówił do siebie pełnym wściekłości sykiem, tak zajęty, że nie zwrócił na mnie uwagi.

Cofnąłem się trwożliwie i już miałem uciec, gdy dziadunio uniósł nagle głowę i skupił na mnie spojrzenie czerwonych, naznaczonych szaleństwem oczu. Nie było w nim już nic z człowieka. Palce, kościste niczym u szkieletu, zacisnął na czaszce Rona z taką siłą, że z gałek ocznych psa pociekła galaretowata substancja mózgu. Z ust dziadka spływała strużka śliny, prosto na wzdęty brzuch. Wszędzie cuchnęło truskawkami i zwłokami.

– Co tam, Alan? – wychrypiał. – Chodź do dziadka na kolana!

– Nie! – zawyłem, rzucając się do ucieczki.

Wybiegłem z piwnicy, zatrzasnąłem za sobą drzwi i stanąłem twarzą w twarz z babcią.

– Czułam je! Ten paskudny dziad trzyma je na dole! Moje truskawki! Zobacz jak przytyłam, Alan! – wrzeszczała, opluwając mnie i wymachując trzymanym w ręku nożem. – Odda mi je!

– Nie, babciu! Zostaw… – zacząłem, wszystko jednak nadaremno. Babcia odtrąciła mnie i zbiegła z krzykiem do piwnicy.

Rozpłakałem się ponownie i pognałem do pokoju, gdzie zamknąłem drzwi i wtuliłem twarz w poduszkę. Płakałem długo… Aż zabrakło mi łez. Później chyba zasnąłem… Kiedy wstałem, hałasy na dole już ustały, bałem się jednak wyjść. Wyjrzałem przez okno, jednak samochód rodziców nie nadjeżdżał.

Zaburczało mi w brzuchu głośniej niż kiedykolwiek, przypomniałem sobie, że wciąż nic nie jadłem. A na dodatek w całym pokoju pachniało truskawkami, jeszcze pobudzając mój apetyt. Snułem się, następnie leżałem, próbowałem się bawić, ale nie wychodziło.

Ziewnąłem przeciągle i nagle mnie olśniło. Przecież mam truskawki! Zabrałem trochę z krzaczków zaraz po tym, jak przyjechaliśmy z targu! A na dodatek spodnie, do których je schowałem, wciąż były w tym pokoju… Babcia zdjęła mi je i położyła na oparciu fotela.

Z bijącym jak szalone sercem sprawdziłem kieszenie i rzeczywiście… były tutaj. Trzynaście truskawek! Lekko zgniecione, wciąż jednak aromatyczne, pachnące, smaczne do szaleństwa. Od razu zjadłem pięć, potem jeszcze trzy. Resztę postanowiłem zatrzymać na później.

– Alan! Wnusiu! – krzyczał dziadunio z korytarza. – Chodź do mnie! Zjemy kolacje!

– Gdzie babcia?

– Rozbolał ją brzuch, musiała się położyć… Ale wyzdrowieje!

– A Ron?

– Ron nie żyje, wnusiu…

– Nie wyjdę – odparłem i zacisnąłem mocno powieki. Tak jak się spodziewałem, dziadek zawył rozwścieczony i uderzył pięściami w drzwi.

– Wyłaź, jak się do ciebie mówi, do kurwy nędzy! – ryknął sfrustrowany. Kopał, uderzał ciężarem całego ciała, drzwi były jednak solidne – na razie nic nie mógł mi zrobić.

Czekałem jednak na nieuniknione. Zamarły z przerażenia, zjadłem kolejną truskawkę.

– Poczekam na ciebie w kuchni – mruknął dziadek, gdy już się zmęczył. – Zejdź wnusiu, dziadunio jest już bardzo, bardzo zmęczony…

I choć wydawało mi się to niemożliwe, odszedł. Zostałem sam na sam z ciszą.

Dla odmiany zachciało mi się pić, sięgnąłem więc po kolejną truskawkę – tylko to miałem, a przecież soczyste owoce umożliwią mi również zaspokojenie pragnienia.

Godzinę później czekanie stało się dla mnie nieznośne. Przez dziurkę od klucza spojrzałem na korytarz, jednak nie dostrzegłem, by dziadek czaił się tam na mnie. A może to wszystko było tylko wywołanym przez gorąco omamem? Zdecydowany, by upewnić się raz na zawsze, przekręciłem klucz w zamku i uchyliłem drzwi. Rozejrzałem się – czysto. Na palcach zbliżyłem się do schodów i kurczowo zaciskając rękę na poręczy, zszedłem.

Siedział na fotelu w salonie. To mógł być tylko on, tylko dziadek. Jego sylwetka niemalże nikła pod rozdętym do granic możliwości brzuchem. Przypominał balon, który wystarczyło przekłuć, by wybuchł. Ręce i nogi wprost przeciwnie – stanowiły ledwie przykryte pożółkłą skórą kości. Głowa, otoczona strzechą przypominających słomę włosów, opadła na brzuch i spoglądała gdzieś w przestrzeń, z beznamiętnym głodem w oczach.

– Chodź do dziadka, Alan… – wychrypiała groteskowa istota. – Chodź do dziadunia…

Ogarniająca mnie zgroza sprawiła, że zapragnąłem wydrapać sobie oczy, wrzeszczeć aż do zdarcia gardła, zabić się, by tylko wydrzeć z umysłu świadomość tego, w co zamienił się dziadunio.

– Alan… Tobie też brzuszek rośnie… Dziadek widzi…

Tego było już za wiele. Odwróciłem się i gorączkowymi haustami łapiąc powietrze pobiegłem z powrotem do swego pokoju. Już nigdy, przenigdy stamtąd nie wyjdę.

Później zapadłem w odrętwienie, które trwać mogło równie dobrze godzinę, jak i tydzień. Nie mam pojęcia, straciłem poczucie czasu. Wiem jednak, że ciszę przerwało wściekłe sapanie dziadka. Choć wydawało się to niemożliwe, znalazł jeszcze siłę, by wstać z fotela i wejść po schodach. Zbliżał się.

– Czuję, że masz tam truskawki, dziecko! Nie oszukasz mnie! – wykrzyczał, przesuwając coś ciężkiego, najpewniej kredens. – Nie wolno oszukiwać dziadka!

W tej chwili rozległ się też grzmot zwiastujący kolejną burzę, a ja zwróciłem uwagę, że i mój brzuch kilkakrotnie powiększył swe rozmiary.

Zjadłem przedostatnią truskawkę – była tak smaczna, tak intensywna w swym truskawkowym smaku… Połknąłem ją, a jednak dalej go czułem. Był bezgraniczny, nieskończony… Uśmiechnąłem się i przejrzałem w lustrze, wyciągając język. Tak jak się spodziewałem, był cały czerwony i pokrywały go drobniutkie, żółto-zielone nasionka – właściwe owoce truskawki. Wyglądał dokładnie jak język Rona i tak samo wspaniale pachniał…

Przełknąłem ostatnią truskawkę i w tej chwili wrócił dziadek z siekierą. Nie byłem w stanie dłużej się bronić, usiadłem więc wygodnie na łóżku i przymknąłem oczy. Nic już się nie liczyło, nic nie miało znaczenia poza tym, że osiągnąłem swój cel. Ocaliłem moje truskawki przed tym potworem.

– Dzień dobry, Alan – syknął dziadek, wybijając wreszcie dziurę w drzwiach. – Jak miło cię znowu widzieć… Nie przyszedłeś na kolację.

Uśmiechnąłem się tylko w odpowiedzi. Jedno się w dziaduniu nie zmieniło – nadal był wiecznie głodny.

 

~~~

 

Drugi dzień deszcz nie przestawał padać, rzeki pomału występowały z brzegów, a problemów było przecież zdecydowanie więcej. Jeden z nich czekał przed zakładem medycyny sądowej, drugi spoczywał bezpośrednio przed Robertem. Lekarz przygotował już protokół sekcji zwłok i zastanowił się nad całą tą historią. Była przerażająca, a jednak nikogo nie zaskoczyła. Nie dzisiaj, kiedy problem ten stał się codziennością.

Młode małżeństwo, które właśnie czekało na rozmowę z nim, ledwie wczoraj wróciło zza granicy i od razu skierowało się na farmę rodziców kobiety, gdzie miał oczekiwać ich syn. A co znaleźli na miejscu? Morderstwo. Policja ustaliła, że dziecko, wraz z babcią i psem, poniosło śmierć z rąk dziadka, którego zwłoki właśnie spoczywały przed Robertem.

Biorąc pod uwagę symptomy choroby, było jasne, że winę ponosiły czerwone owoce. Skąd jednak wzięły się  truskawkowe krzaczki, porastające tereny wokół domu starego farmera? Co tkwiło w burzy, która kilka nocy wcześniej skąpała w deszczu tamtą okolicę? Na te pytania ludzkość gorączkowo potrzebowała odpowiedzi, powinnością Roberta było jednak zbadanie starszego człowieka.

Jego brzuch rzeczywiście był wzdęty, niewiele różnił się jednak od klasycznego przykładu wodobrzusza u chorego na marskość wątroby. Sylwetka kasztanowego ludzika u mężczyzny, który lubił sobie popić… Cóż w tym dziwnego?

Robert westchnął, dopił kawę i założył lateksowe rękawiczki. Otworzył usta ofiary i przyświecił sobie latarką. Malinowy język, no tak. Przerażeni rodzice chłopca traktowali go jako manifestację choroby, zmianę narządu w truskawkę, mógł on jednak równie dobrze świadczyć o zakażeniu paciorkowcem. Następowało ono drogą kropelkową, cóż więc za problem, by przebywający z dziadkiem wnuk zaraził się właśnie od niego?

Pewny swego Robert pobrał wymaz z gardła i zabezpieczył materiał. Później wyśle to do laboratorium. Następnie opukał jamę brzuszną. Wypuk – bębenkowy, stłumienie nad wątrobą obecne… Prawidłowo. Objaw chełbotania… ujemny. To zaskoczyło Roberta, przy tak znacznym wodobrzuszu powinien poczuć ruch płynu.

Przygotował ssak, by nie zabrudzić sali sekcyjnej i chwycił skalpel. Naciął powłoki wzdłuż kresy białej, ominął pępek i zakończył cięcie na wysokości spojenia łonowego. Płynu w brzuchu jednak nie było, zwiotczałe mięśnie zapadły się pod naciskiem ręki lekarza.

– Co, u diabła? – mruknął, zdziwiony. – Powietrze?

Rozciągnął powłoki brzuszne i zajrzał do środka, zdezorientowany. Zapachniało truskawkami.

– Niemożliwe… – Robert jeszcze bardziej poszerzył cięcie i odsłonił wnętrzności. – A jednak to prawda…

Usiadł, nie będąc pewnym, czy zdoła ustać na nogach i wpatrzył się w dorodne, świeże krzaczki truskawek, wyrastające wprost z narządów mężczyzny. Liście dumnie wyciągnęły się ku światłu jarzeniówek, rozłogi oplatały jelita, a dorodne, czerwone owoce zachęcały do jedzenia. Kusiły obietnicą wyjątkowego smaku lata…

Robert nie miał już więcej pytań. Pobudzone jakąś tajemniczą, nieznaną siłą truskawki obrodziły w owoce, które uzyskały zdolność szybkich podziałów. Mimo beztlenowych warunków ludzkiego układu pokarmowego wypuściły korzenie, wzrosły i zakwitły. Korzystały z energii produkowanej przez nosiciela i dlatego hodujący je człowiek tył tylko na brzuchu, podczas gdy reszta ciała była odwodniona i wyniszczona.

Zmniejszały apetyt, gdyż rozrastając się w przewodzie pokarmowym rozciągały ściany żołądka i jelit – oszukiwały umysł, przekonywały, że nosiciel jest najedzony. Oczywistym stało się również, dlaczego zwłoki domowników były rozszarpane – czując kuszący zapach, mężczyzna sam domyślił się, gdzie jego rodzina chowa owoce…

– Ile ludzi je kupiło? – sapnął nagle Robert, wspominając olbrzymie kolejki na targu. Właśnie do tego farmera i jego truskawek.

Tego Robert nie wiedział, faktem pozostawało jednak, że w ogródku mężczyzny więcej truskawek nie wyrosło. A więc należało założyć, że mogą rozwijać się tylko wewnątrz nosicieli. To było przerażające, a jednak Robert… cieszył się.

Tęsknił za tym smakiem, od czasu gdy na targu kupił małą siateczkę wspaniałych owoców, tylko pół kilo… Zjadł je razem z żoną i od tej pory nadaremno czekali na staruszka. A jednak jeszcze nic straconego, wciąż może spróbować truskawek.

– Wybacz, kochanie. Tym razem zachowam wszystko dla siebie – powiedział i zerwał pierwszą truskawkę z wnętrzności dziadunia. Nie delektował się nią długo, miał jeszcze tyle następnych…

Koniec

Komentarze

Na początek w kwestii formalnej – górny limit na opowiadanie konkursowe to 30 000 znaków. Masz o ponad pięć tysięcy za dużo. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ze spacjami za dużo.. Bez spacji wychodzi 29 995 (a w Wardzie jest podział) :) Jeśli to dyskwalifikuje, to trudno, bardziej już chyba tego nie skrócę…

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Zawsze liczy się według licznika strony, a ten liczy ze spacjami. Zresztą, jak ładujesz tu opowiadanie, to licznik Ci pokazuje i tego należy się trzymać. 

Przeczytam i zobaczę co wyjdzie. W razie czego ostateczna decyzja będzie należała do organizatora. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Termin konkursu jeszcze nie minął, więc nie będę dawać konkretnej opinii. Napiszę tylko krótko – tekst wymaga przeróbki-skrócenia, które jest jak najbardziej możliwe bez żadnej szkody dla fabuły. 

Zostało jeszcze kilka dni, zastanów się więc nad korektą. Może znajdzie się też ktoś, kto obiektywnym okiem zerknie i pomoże Ci wyrzucić zbędne znaki :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Z bólem serca, ale jeszcze to skróciłem.. Z pierwotnych 14 stron Warda, przez 10, po aktualne 8, ech :/ Cóż, dzięki za dobre intencje Śniąca, mam nadzieję, że będzie Ci się podobało :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

No, to jest chyba pierwsze konkursowe opowiadanie, które jest horrorem.  Dobrze zagrane na uczuciach (moich). Do tego miałam efekty specjalne i tylko dla mnie – kiedy czytałam, kot złapał mysz między metalowymi miseczkami z jedzeniem. Rumor był pierwszorzędny, a wrażenie koszmarne, akurat czytałam, że dziadziuś wyrąbał drzwi do wnusia. Brrr

Sprawdź sobie tylko w słowniku słowo “stróżka” i popraw na strużkę. A jak poprawisz, daj znać. Kilknę bibliotekę, bo należy się.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik → Dzięki bardzo za miłe słowa i poświęcony czas. Jestem rad, że Ci się podobało :) Z tą strużką słuszna uwaga, prześlizgnęło się przez korektę, już poprawione!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

W takim razie z przyjemnością klikam na bibliotekę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Tak naprawdę to bardzo mi się podobało:) Historia mnie wciągnęła, chociaż sygnalizowałeś w którą stronę się będzie toczyć.

Jeśli chodzi o język, to wolę ten fragment z lekarzem. Nie rozumiałem do końca co tam sprawdzał, ale w końcu to lekarz – ważne, że widać, że się zna. Za to język dziesięcioletniego dziecka wjeżdżał mi na ambicje, bo takich zwrotów jak “groteskowo”, “po raz wtóry”, czy “naznaczony szaleństwem” myślę, że nauczyłem się poprawnie używać gdzieś na drugim roku studiów.

[…] przekładałem i podawałem rządnym swego towaru klientom. ---> to słowo też sprawdź. Możesz się lekko zdziwić…

O tekście nie wypowiem się z bardzo prostego powodu: boję się ludzi z nożami oraz wielkich, agresywnych psów, ale nie tworów imaginacji. Lepiej więc będzie powstrzymać się od ocen, bo dla mnie to nie horror, a dość groteskowe i nieco zabawne straszydełko.

Co nie oznacza, iżbym źle, nisko oceniał – w sumie, pomimo odmienności interpretacji, czytało mi się całkiem dobrze.

Mr_D → Ha, w bardzo łagodny sposób wyrażasz swą krytykę, dzięki! Masz rację, słownictwo jak na dzieciaka zbyt górnolotne… W pierwotnej wersji było więcej wtrąceń pasujących do dziecka, ale przez kombinowanie nad ilością znaków usunąłem je… Dzięki za opinię :)

Fragment z lekarzem miał podobny cel, co Twoja Japonia. By czytelnik nieobeznany poznał coś nowego, King zawsze polecał tak pisać ;)

 

AdamKB –> Eeech, kolejne słowo, które istnieje w dwóch odmianach ortograficznych… Dzięki, czujny jesteś (kiedyś zaplątało mi się słowo “bród” zamiast “brud” i nie uwierzysz ilu ludzi nie zauważyło :D ).

Zgodzę się, trochę straszydełko, zamiast horroru… Co prawda inspiruję się opowiadaniami Kinga z Nocnej Zmiany (Jestem Bramą, Szara Materia), ale wciąż nie potrafię zbudować klimatu w tak małej objętości… Cóż, dzięki za poświęcony czas i opinię!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Mimo pewnego klimatu snującego się między wierszami, horroru raczej nie dostrzegłam. Dziadunio z siekierą i zabójcze truskawki, to dla mnie trochę za mało. No, ale przynajmniej truskawek było pod dostatkiem.

Czytało się całkiem nieźle, a byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie liczne usterki. Trudno mi też uwierzyć, że opowiadanie jest relacją dziesięcioletniego chłopca.

 

Żułem wolno, by jej smak jak naj­dłu­żej utrzy­mał się w mych ustach… – Czy żujący mógł czuć smak w cudzych ustach? Czy truskawki można żuć?

 

zanim dzia­dek roz­bi­je na deski drzwi mo­je­go po­ko­ju. – Jeśli do drzwi podchodzie się z siekierą, to raczej z zamiarem rozbicia ich na drzazgi, nie na deski.

 

By­ście to zro­zu­mie­li, za­pi­szę hi­sto­rię na tej kart­ce i ukry­ję , by dzia­du­nio nie mógł jej znisz­czyć. – Nadmiar zaimków.

 

gdy­bym miał wię­cej niż dzie­sięć lat, sam wdał­bym się w rolę łowcy… – Raczej: …gdy­bym miał wię­cej niż dzie­sięć lat, sam wcielił­bym się w rolę łowcy

 

za­bra­łem się czym prę­dzej za pi­sa­nie… – …za­bra­łem się czym prę­dzej do pisania

 

Susza trwa­ła­by za­pew­ne całe wa­ka­cje i plony by nie wze­szły… – Plony nie wschodzą, wzejść mogą uprawiane rośliny.

 

w trak­cie jed­ne­go dnia opa­dłe li­ście tru­ska­wek od­zy­ska­ły swą barwę… – Obawiam się, że opadłe liście nie odzyskałyby już barwy.

Pewnie miało być: …w trakcie jed­ne­go dnia zwiędłe li­ście tru­ska­wek od­zy­ska­ły swą barwę

 

Tym razem żadne burza nie prze­rwa­ła mego wy­po­czyn­ku. Tym razem obu­dzi­łem się wy­po­czę­ty. – Czy to celowe powtórzenie?

 

za­brał się za oczysz­cza­nie krzacz­ków z owo­ców na wła­sną rękę. – …za­brał się do oczyszczania krzacz­ków z owo­ców.

Jakoś nie bardzo trafia do mnie, że pies robi coś na własną rękę.

 

Jakiś czas póź­niej bab­cia przy­nio­sła balię zim­nej wody… – W jaki sposób babcia niosła balię z wodą? ;-)

 

Dzia­du­nio je­chał pew­nie i szyb­ko, także wkrót­ce póź­niej by­li­śmy na miej­scu.Dzia­du­nio je­chał pew­nie i szyb­ko, tak że wkrót­ce by­li­śmy na miej­scu.

 

Na targu było tak jak za­pa­mię­ta­łem z po­przed­niej wi­zy­ty… – Raczej: Na targu było tak jak za­pa­mię­ta­łem z po­przed­niej bytności

Pobytu na targu nie nazwałabym wizytą.

 

Kra­mi­ki aż ugi­na­ły się od roz­sta­wio­ne­go na nich to­wa­ru… – Kra­mi­ki aż ugi­na­ły się od roz­sta­wio­nych na nich to­wa­rów

Zakładam, że towarów było wiele.

 

Dzia­du­nio wje­chał na par­king, za­par­ko­wał jak naj­bli­żej… – Powtórzenie.

Może: Dzia­du­nio wje­chał na plac, za­par­ko­wał jak naj­bli­żej

 

Część klien­tów po spró­bo­wa­niu tru­skaw­ki pró­bo­wa­ła wy­ku­pić więk­szość stra­ga­nu… – Powtórzenie.

Może: Część klien­tów, po spró­bo­wa­niu tru­skaw­ek, chcia­ła/ usiłowała wy­ku­pić więk­szość owoców

Nie wydaje mi się, by wszyscy kosztowali jedną truskawkę, a potem chcieli kupić stragan. ;-)

 

Pierw­si z klien­tów zdą­ży­li się już zo­rien­to­wać jak głu­pio po­stą­pi­li bio­rąc za­le­d­wie po­je­dyn­czą łyżkę pysz­nych tru­ska­wek… – Nie rozumiem – jaką łyżką klienci brali truskawki?

 

Roz­pła­ka­łem się i tylko przez mgłę pa­mię­tam… – Roz­pła­ka­łem się i tylko jak przez mgłę pa­mię­tam

 

Przez za­łza­wio­ne oczy nie doj­rza­łem, że na ku­chen­nym stole stały aż dwie, pełne tru­ska­wek miski… Czyż­by jed­nak Ron nie zjadł ich tak dużo? – Drugie zdanie sugeruje, że Alan, mimo załzawionych oczu, jednak dostrzegł miski pełne truskawek.

 

Zaj­rza­łem przez okno, jed­nak sa­mo­cho­du ro­dzi­ców wciąż nie było. – Chłopiec jest w domu, więc chyba: Wyj­rza­łem przez okno

 

Przy­po­mi­nał balon, który wy­star­czy­ło prze­kuć, by pękł i prze­stał ist­nieć. – Czy brzuch wystarczyło przekuć na coś innego, tak jak przekuwało się miecze na lemiesze? ;-)

Przy­po­mi­nał balon, który wy­star­czy­ło prze­kłuć, by pękł i prze­stał ist­nieć.

 

Przy­go­to­wał sobie ssak, by nie za­bru­dzić sali sek­cyj­nej i chwy­cił za skal­pel. – …chwy­cił skal­pel.

 

Roz­cią­gnął po­wło­ki brzusz­ne i zaj­rzał do środ­ki zdez­o­rien­to­wa­ny. – Literówka.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy → No proszę… Powiem (napiszę) szczerze – jestem zaszczycony, że poświęciłaś tyle czasu i wysiłku by wytknąć mi błędy. Jesteś bardzo skrupulatna, czyżby nauczycielka? :)

 Większość to rzeczywiście słabości, także kajam się i poprawiam, w pozostałych przypadkach nie mogę się jednak zgodzić.

Drzwi siekierą z pewnością nie rozwalę na drzazgi – w takim wypadku użyłbym raczej granatu ;) Deski oczywiście też nie są najszczęśliwszym słowem, ale pomnij kultową scenę Lśnienia Kubricka – tamte drzwi z pewnością nie zostały rozbite na drzazgi..

Żuć natomiast można wszystko co jest pokarmem, a plony to właśnie uprawiane rośliny, tak jak napisałaś :)

Balię zimnej wody babcia przyniosła trzymając ją w rękach, zaś w kwestii opadłych liści, które odzyskały turgor – burza była nadprzyrodzona, to element po części fantastyczny, także chyba możesz mi to wybaczyć ;)

 

Pies zjadający truskawki na własną rękę – tu mnie znokautowałaś, rzeczywiście głupio brzmi :D

 

Na koniec pragnę Ci podziękować za tak wnikliwą analizę i zaakcentować, że głównym elementem horroru nie miał być dziadek biegający z siekierą, a fakt, że truskawki rozmnażają się w ludzkich organizmach, co może skończyć się katastrofą na bardzo dużą skalę (o czym przekonał się dopiero lekarz) ;)

Dziękuję za przeczytanie, liczę, że mimo wszystko całkiem przyjemnie spędziłaś ten czas, pozdrawiam :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

CountPrimagenie, jeśli moje uwagi okazały się przydatne, bardzo się cieszę. ;-)

Nie, nie jestem nauczycielką.

 

Drzwi siekierą z pewnością nie rozwalę na drzazgi…

Nie miałam na myśli faktycznego rozbijania drzwi na drzazgi, ale w naszym języku używa się określeń: rozbić coś w drzazgi, rozbić coś w drobny mak, choć wiadomo, że nie drzazgi i nie mak będą efektem rozbijania.

Proponuję zdanie bez desek i drzazg: …zanim dziadek rozbije na kawałki drzwi mojego pokoju. Lub: …zanim dziadek rozbije/ rozwali drzwi mojego pokoju.

 

Żuć natomiast można wszystko co jest pokarmem…

Nieprawda, nie wszystko co jest pokarmem, można żuć. Takiego np.: mleka raczej żuć się nie da. ;-)

Żuć, to gryźć coś wolno, wielokrotnie obracając żuty kęs w ustach. Truskawki są mięciutkie, można je rozmiażdżyć językiem o podniebienie i połknąć. Mogę długo żuć gumę do tego przeznaczoną czy kawałek twardego mięsa, ale nie umiem żuć truskawek.

 

…a plony to właśnie uprawiane rośliny…

Nie mogę się zgodzić. Plony to jest to, co uzyskuje się z uprawianych roślin. Dla rolnika uprawiającego zboże, plonem będzie zebrane ziarno, nie cała roślina, dla plantatora truskawek, plonem będą zebrane owoce, nie krzaczki rosnące na polu.

 

Balię zimnej wody babcia przyniosła trzymając ją w rękach…

Naprawdę? Żałuję, że nie mogłam tego widzieć! ;-)

Balia, dziś raczej rzadko używana, jest zbudowana z drewnianych klepek, okrągła, niezbyt głęboka, ale szeroka. Dawniej służyła do prania bielizny. W balii, siedząc w niej, zażywało się kiedyś kąpieli. Obawiam się, a nawet jestem pewna, że babcia, w żaden sposób, nie dałaby rady przynieść w rękach pustej balii, a co dopiero napełnionej wodą. ;-)

 

…zaś w kwestii opadłych liści, które odzyskały turgor – burza była nadprzyrodzona, to element po części fantastyczny, także chyba możesz mi to wybaczyć ;)

Z przyjemnością, ale nie do końca, tak że mam nadzieję, że Ty mi także wybaczysz. ;-)

 

 

PS

Czy prawidłowo odmieniłam Twój nick?

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zgadzam się z Regulatorzy co do balii (pozostałe rzeczy tez raczej bym poprawiła zgodnie z jej sugestiami).  Babcia z balią miałaby nie lada kłopot – to naprawdę potężne ustrojstwo, nawet puste jest pioruńsko ciężkie. Babcia mogła je (z dużym wysiłkiem) ewentualnie przyciągnąć i dopiero potem napełnić wodą.:-)

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Regulatorzy → Widzę, że zaciekle walczysz o swoje (hmm…? W sumie, to o MOJE :D ). Pozostaje mi ponownie przyznać Ci rację, aczkolwiek nie we wszystkich kwestiach..

Szukając informacji odnośnie tej kości niezgody – niejakiej BALII, doszedłem do wniosku, że klasyczna balia rzeczywiście jest zbyt duża i ciężka, by jedna babcia mogła ją przenieść. Aczkolwiek, w uproszczeniu jest to również miska i znajdziesz na aukcjach balie, które są właśnie w rozmiarach misek…

Niemniej zmieniłem to.

Na te drzwi brakuje w języku polskim słowa, także zgodzę się z Tobą – kawałki będą tu najdokładniejszym synonimem..

Plony również zastąpiłem – gdyby chodziło o zboże, to zdanie nie byłoby może takie złe, ale w przypadku truskawek… rzeczywiście, nie do końca dokładne.

Co do żucia zaś, będę bronił swego – to słowo dziwnie tam wygląda gdyż truskawki są miękkie, ale spragniony ich smaku chłopak, który wie, że lada chwila mu się skończą, chce przesadnie przedłużyć swój posiłek. I miętłoli je w tych ustach do oporu, choć już nie ma czego mielić ;)

W kwestii mego pseudonimu artystycznego – tak, wydaje mi się, że odmieniłaś go z odpowiednim namaszczeniem ;P

 

Dziękuję Ci więc raz jeszcze i obiecuję, że na przyszłość będę się starał pisać staranniej. Rock on!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

A może zamiast żucia: międlenie w ustach (moja babcia tak mówiła zawsze, gdy jadłam krupnik, bo go nie znosiłam i trwało to godzinami nim przełknęłam łyżkę) albo wysysanie soków :-)

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Jeśli naczynie ma rozmiary miski, nie jest balią. ;-)

Balię w Twoim opowiadaniu mogą zastąpić inne naczynia, także wykonane z drewna, np.: cebrzyk, szaflik, kubeł. Zaś na dużą miskę mówi się miednica.

 

CountPrimagenie, to Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakich słów użyjesz, by prezentowało się jak najlepiej. Moje uwagi to tylko sugestie i jeśli zechcesz z którejś skorzystać, będzie mi niezwykle miło. Zrozumiem, jeśli pozostaniesz przy własnym zdaniu. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bemik → międlenie? Urocza jesteś :D Niestety obawiam się, że ta niedobra Regulatorka to również skrytykuje, także ciiiiii ;)

 

Regulatorzy → Przyjemnością jest korzystanie z Twoich sugestii, mam więc nadzieję, że przy następnych opowiadaniach również nie pożałujesz mi korekty, dobra w tym jesteś, odpowiednio wnikliwa i cierpliwa :)

Dla Ciebie sam Primagen ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Co do żucia zaś, będę bronił swego – to słowo dziwnie tam wygląda gdyż truskawki są miękkie, ale spragniony ich smaku chłopak, który wie, że lada chwila mu się skończą, chce przesadnie przedłużyć swój posiłek. I miętłoli je w tych ustach do oporu, choć już nie ma czego mielić ;)

 

Primagenie, w sytuacji kiedy chłopak już nie ma czego mielić w ustach, nie może także żuć, ale może długo mlaskać i cmokać z ukontentowania, nadal delektując się wciąż obecnym smakiem truskawek. ;-)

 

Dla Ciebie Reg.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Eeeech, czytelnik mój pan! Kapituluję Reg, wygrałaś, uświadomiłaś mi, że nie miałem racji! <famfary> Teraz jest już inaczej, chyba bardziej sensownie :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Nie mam wrażenia wygranej, ale czuję ogromne zadowolenie, że uznałeś moje propozycje za warte rozpatrzenia. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się, że udało Ci się jednak podgolić tekst i zmieścić w limicie znaków. Szkoda, że przy tym nie wygoliłeś wszystkich usterek J i że całkowicie wywaliłeś burzę. Wprowadzała pewne dodatkowe napięcie.

Podniosłeś wiek bohatera, ale nadal nie jestem przekonana co do niego. Są momenty, gdy wydaje mi się, że jak na dwunastolatka zachowuje się z kolei zbyt dziecięco.

Klasyka straszenia – aż do samego końca nie wiadomo dlaczego straszy i dlaczego zabija. Opowieść z perspektywy dziecka – dodaje smaczku, bo reakcją bohatera jest naturalny strach i brak zrozumienia – dlaczego dziadzio kochany nagle zachowuje się w taki właśnie sposób.

Zdecydowanie bez truskawek by się to opowiadanie nie obeszło. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję Ci bardzo za opinię Śniąca :) Przyznam, że do tej pory nie pisałem niczego w określonym limicie i najwidoczniej sam sobie założyłem pętlę na szyję.. Bo żeby z 45 tys zrobić 30 tys, to chyba najlepiej napisać od nowa.. Cóż, następnym razem będzie lepiej :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

NO dobra. Pomysł na wplecenie truskawek do opowieści przedni. Miejscami tworzy się również nastrój takiego niepokoju – szczególnie scena na targowisku, a potem jak babcia wyrywa krzaki. Scenka z lekarzem – klasyczna, ale ładnie puentuje opowieść. Na minus za to wybór narracji z perspektywy dziecka. Po prostu nie wyszło. Może lepiej byłoby jednak zrobić narrację trzecioosobową, ewentualnie przeplataną wstawkami dziecięcymi – krótkimi, za to dopracowanymi językowo. 

I po co to było?

Syf. → dzięki za przeczytanie i rady, ciężko odmówić racji.. :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

przed– przedostatnią – spacja Ci się wkradła po dywizie

Pozwoliłem chwili trwać, wiedząc że gdy przełknę, zostaną już tylko dwie… – z tego zdania wynika, że pozostaną dwie CHWILE, a nie dwie truskawki, co pewnie miałeś na myśli, choć z drugiej strony ta siekiera… to może i chwile / cóż, nie jest to jasne, więc błąd

Za dużo truskawek w tym wstępie – jak dla mnie. Wolę teksty z truskawkowego konkursu, w którym owoce są tylko tłem, a nie tematem (niestety mniejszość). I trochę mi to się Lśnieniem, ta siekiera, skojarzyło.

Niestety zawiodłem się. Tekst mnie nie porwał, może jakieś tam napięcie czy niepokój się znalazły, ale… nie przekonały. Główna postać jakaś niespójna wewnętrznie i niespójna z narracją, ale to wrażenie, nie bardzo wiem, jak je uzasadnić, bo nie wynotowałem odpowiednich fragmentów, a odnalazłem tylko te potknięcia z początku.

Sirin –> Dziękuję za komentarz i uwagi. “Niespójna wewnętrznie i niespójna z narracją”.. ładnie to ująłeś, taki jest właśnie efekt chaotycznego wywalania fragmentów tekstu.. Skoro już po konkursie, to jak znajdę czas poprawię i wrzucę “tę właściwą” wersję, mam nadzieję, że będzie bardziej poukładana.

 

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Podobało mi się wykorzystanie truskawek. To naprawdę niepokojąca wizja… I opis sekcji. Bardzo fachowy. :-)

Nie postraszyło, ale to nie taka prosta sprawa w moim przypadku. :-)

Babska logika rządzi!

Cześć, Finklo :)

Bardzo mi miło, że odwiedziłaś ten mój nieco wadliwy debiut, zostawiłaś opinię i punkcik.

Aż wznieciło to we mnie, przygasły ostatnio, ogień twórczy i zachęciło, by powrócić. Dzięki!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

No to rozdmuchaj ogienek i wracaj. :-)

A debiut wcale nie był taki zły, jak piszesz.

Babska logika rządzi!

Można już czytać?

Znam tylko pięć liter ;)

Hmm…

Zapomniałem, że sporządziłem ten dopisek w przedmowie XD

Aczkolwiek zmyślna bestia ze mnie była ;D To chyba przez tą nieprzewidywalną Finklę, która wtargnęła i przez moją niekompetencję musiała się borykać z utrudnieniami ;/

Do końca tygodnia OBIECUJĘ dopisać tę burzę, Anet! Ok? :D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Ok :)

To ja na razie nie czytam.

Znam tylko pięć liter ;)

Uff… Z burzą jest lepsze, serio ;) Śniąca, jedyna osoba na portalu, która zna ten fragment może to przyznać :D

Ale dziękuję za zainteresowanie, miło, że ktoś chce wrócić do tego staruszka :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

No teraz to muszę, bo wiesz, sojusz i te sprawy :P

 

Znam tylko pięć liter ;)

Jasne, zwal wszystko na mnie… ;-)

Babska logika rządzi!

A widzisz – ja przeczytałem 100% Twoich tekstów! ;P

 

Niemniej, spokojnie, Anet. Masz czas do końca życia, a nawet dłużej :D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Are you talking to me? ;-)

100% moich to baaardzo nieliczni.

Babska logika rządzi!

O! A jak Ty się wcisnęłaś między nas? Sztuka ninja? :D

Ale spoko, i dla Ciebie znajdzie się miejsce, Finklo :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

O, wypraszam to sobie! Ja przy plebiscytowych tekstach szłam drogą samuraja*. A w ogóle staram się stąpać ścieżką Amaterasu i czytam prawie wszystko.

 

* Acz Loży te podziały nie dotyczą.

Babska logika rządzi!

Może i na co dzień samuraj, niemniej tutaj wślizgnęłaś się niczym najprawdziwszy ninja, Finkla-sama!

 

Ach, wracają wspomnienia… Trochę mnie Reg wytrąciła z równowagi tym swoim blokiem uwag <3

Spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

O! Zaskoczyłam?

Przypuszczam, że Twoja równowaga wróciła już do normy. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Myślę, że trzeba być nad wyraz życzliwym, by mój stan psychiczny określić jako “normę” :P

Dziękuję więc za ten niespodziewany komplement, Reg! :D

 

Oj, co nazgrzytałem się zębami podczas tej pamiętnej konwersacji, to moje. Ale bardzo mi pomogłaś i nie zapomnę Ci tego. I wkurza mnie, gdy niektórzy początkujący “pisarze”, po spojrzeniu prawdzie w oczy obrażają się na Ciebie, ignorują Cię… Twój czas jest wtedy zmarnowany – a to niesprawiedliwe.

Dlatego też staram się być coraz lepszy – byś wiedziała, że czasem jednak się opłaca ;*

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Primagenie, dziękuję za podtrzymanie na duchu, jednak muszę powiedzieć, że czasu poświęconego na poprawianie nie nazwałabym zmarnowanym, bo lubię to robić, a jeśli jakiś Wielki Ałtor odrzuca uwagi, traci on, nie ja.

 

A teraz rewanż: Z przyjemnością zauważam, że zrobiłeś ogromne postępy i piszesz coraz lepiej, a ja czytam Twoje opowiadania z coraz większym zadowoleniem, bo usterki nie zaprzątają uwagi i mogę poświęcić się wyłącznie lekturze. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I tak będzie już po wsze czasy, złota Sojuszniczko! ;D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Super! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No to, powieeeedzmy, że skończyłem ;―D

Lojalnie ostrzegam, że Rozkwit wciąż jest przegadany i, jak trafnie zauważył syf. dni temu bezmiar,  lepiej sprawdzałby się w narracji trzecioosobowej, ale… pomysłów na nowe teksty jak gwiazd na niebie, aż trudno znaleźć czas na powrót do przeszłości :―)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Przeczytam, na razie jestem w trakcie “Wizgu” ;~)

To miło, Fun. Będę Cię oczekiwał ;―D

Wizg wiatru chyba lepszy, choć też ma zamulasty moment :―P

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Mnie się podobało :)

Nie jestem pewna, czy to horror, bo się nie przestraszyłam ;)

W sumie od razu wiadomo, że truskawki nie są normalne ;)

Ale dobrze mi się czytało, więc jestem zadowolona.

Jakbyś chciał jeszcze podłubać, to znalazłam:

Nieoczekiwanie cofnąłem się pamięcią kilka dni wstecz, kiedy wszystko było jeszcze takie piękne…

I gdzieś komuś woda oziębła – napisałabym, że ostygła, ale to już takie moje widzimisię ;)

Fajne opowiadanie.

 

Znam tylko pięć liter ;)

Poprawiłem ;―)

Miło, że znalazłaś pozytywy w tym staruszku, Anet! Zostawiłem tag horror, bo w sumie… to miał być horror. Tylko że wtedy straszenie wychodziło mi jeszcze gorzej niż teraz X―D

Dzięki za wizytę, uwagi i dobre słowo!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Proszę uprzejmie :)

Znam tylko pięć liter ;)

Woohoo, podobało mi się! Klimat pięknie zrobiony. Dziwię się, że to opowiadanie nie jest w bibliotece, bo mi przypadło do gustu bardziej niż Papierowe (a to nowość :P).

Poskarżyłabym się na język, którego używał Alan, że mało dziecięcy, ale nie powiem niczego, czego byś już sto razy nie słyszał. Szkoda, że w tym opowiadaniu nie zastosowałeś narracji trzeciosobowej, może trochę naturalniej by wyszło. (A może właśnie nie.) Ale ciekawa byłabym takiego porównania ;) Fajnie jest widzieć, że z każdym tekstem robisz postępy – szczególnie, jeśli chodzi o mowę dzieci.

A, najbardziej z tekstu podobała mi się burza i sekcja zwłok. Jak zwykle u ciebie, pokręcony, odjechany pomysł.

Klikam.

Nieoczekiwanie cofnąłem się pamięcią kilka dni wstecz, kiedy wszystko było jeszcze takie piękne…

Zajrzałam, bo zaświeciła mi się gwiazdka i przyszło mi do głowy, że nie można przecież cofnąć się pamięcią do przodu ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Woohoo! Dziękuję, Kammo! :))

Wielcem ukontentowany, że znalazłaś tyle pozytywów w chromym staruszku, a fakt, że przypadł Ci do gustu bardziej niż Papierowe serca zdumiewa. W końcu jesteś wielką fanką tego tekstu… ^^

Narracja trzecioosobowa? Trafna sugestia, muszę przyznać, że jak się kiedyś zastanawiałem nad tym opowiadaniem, doszedłem do podobnej konkluzji…

No i… aż dwa kliki? Szalejesz :P

 

Anet – No niby nie…

 

A tak serio, to który ninja kliknął jako piąty? To ważne, bo na tę osobę czeka nagroda w postaci 200 primapunktów, która w przypadku braku zgłoszenia trafi do Kammienic Modrych :P

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Jakiś czas temu wyznałeś, Primagenie, że Cię zaskoczyłam, więc postanowiłam zaskoczyć Cię ponownie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W końcu jesteś wielką fanką tego tekstu… ^^

:D

To ważne, bo na tę osobę czeka nagroda w postaci 200 primapunktów, która w przypadku braku zgłoszenia trafi do Kammienic Modrych :P

Stanowczo domagam się przynajmniej stu primapunktów za zabawę w archeologa. Będą mi potrzebne, by sfinansować badania nad Wizgiem :D

Reg <3

W takim razie udało Ci się to doskonale! Zaskakuj znacznie częściej, sojuszniczko, szczególnie w tak pozytywny sposób :3

A ja myślałem, że po konkursie ten tekst zostanie zupełnie zapomniany…

 

Ależ Kammo! Widać nie sprawdziłaś, ale Twoje 200 pp za lekturę Rozkwitu już wpłynęło na kamminy fundusz podróżniczy. Wykorzystaj je dobrze :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Okazuje się, że są teksty, które czasem lubią wychynąć z mroków niepamięci. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka