- Opowiadanie: Cień Burzy - Wizje

Wizje

Obiecałem, że podbiję Dzikowemu statystyki konkursu i tak oto słowo stało się... słowami.

O samym opowiadaniu nie powiem tutaj ani słowa, choć mam ochotę z góry przeprosić za nie wszystkich, w szczególności Organizatorów Konkursu. Nie zrobię tego jednak.  W zamian powiem Wam coś ważnego. I – choć jest to prawda ze wszech miar uniwersalna – w tym konkretnym wypadku tyczy się ona nie tyle samego opowiadania, co procesu jego powstawania:

Dobro; to prawdziwe, bezcenne Dobro, często pozostaje ciche i bezimienne.

 

Peace!

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Wizje

Ludzie zaczynają wierzyć, że oszaleli, kiedy słyszą i dostrzegają rzeczy, których tak naprawdę nie ma.

Ze mną było odwrotnie…

 

Urodziłem się inny, lecz – właśnie poprzez tę inność – długo nie zdawałem sobie z tego faktu sprawy. Zwyczajnie nie miałem możliwości poznać świata takim, jaki jest naprawdę i porównać go z moim – królestwem ciemności i ciszy. Jednak mój świat nie był pusty czy martwy, bynajmniej; wypełniały go tysiące niesamowicie intensywnych zapachów, niezmierzone bogactwo smaków oraz wszechobecna materia, której fakturę potrafiłem bezbłędnie rozpoznać przy najlżejszym nawet dotyku palcami.

 

Rodziców nie poznałem nigdy i to nie tylko dlatego, że nie miałem możliwości ich zobaczyć i usłyszeć. Nie wiem, czy zostałem porzucony zanim odkryli, że jestem głuchoniewidomy, czy już później, właśnie z powodu tej ułomności. Lubię jednak wyobrażać sobie, że zostawili mnie przez wzgląd na kalectwo, bo w tej myśli jest jakaś przewrotna sprawiedliwość: skoro ja nie mogłem usłyszeć ani zobaczyć ich, wydaje się całkiem w porządku, że teraz oni też nie mogą zobaczyć ani usłyszeć mnie. A kto wie, może tęsknią za mną tak samo, jak ja za nimi?

 

Całe moje życie zamykało się w murach Ośrodka Pomocy Dzieciom z Wadami Wzroku i Słuchu. Oczywiście nie znałem brzmienia imion ani towarzyszy niedoli, ani naszych opiekunów, ale doskonale znałem kształty ich twarzy i zapachy. Miałem też sposoby, żeby się z nimi porozumieć, choć nie tylko te, których mnie tu nauczono.

Zapach człowieka bardzo wiele mówi o nim samym. Można z niego wyczytać nie tylko charakter danej osoby, ale także jej emocje, pragnienia i zamiary, co bardzo się przydaje, gdy nie ma się praktycznie żadnej możliwości obrony.

Ludzie właściwie nie mieli dla mnie tajemnic. Potrafiłem wyczuć, gdy ktoś jest rozgniewany, przestraszony lub szczęśliwy, choć akurat ten ostatni bukiet zapachowy był raczej rzadkością w moim „domu”. Wiedziałem też, kogo i co – a czasem także, dlaczego – boli, a kto jest chory, głodny lub zmęczony.

Szybko i bezbłędnie nauczyłem się interpretować subtelne zmiany zapachów i odpowiednio na nie reagować. Kiedy ktoś był smutny, pocieszałem najlepiej jak potrafiłem, a gdy był zły – schodziłem mu z drogi. Płakałem, wyczuwając czyjeś łzy, a jeśli powietrze pachniało szczęściem, sam też zacząłem się uśmiechać. No i, co najważniejsze, wiedziałem których ludzi unikać, a z którymi można się zaprzyjaźnić. Orientowałem się, komu trzeba pomóc i do kogo się zwrócić, kiedy sam potrzebowałem wsparcia.

Węch pozwalał mi też poruszać się w miarę swobodnie, gdyż absolutnie wszystko ma swój zapach, a ja, na podstawie jego intensywności, potrafiłem doskonale określić położenie danego przedmiotu czy osoby.

Teraz tak sobie myślę, że tamten świat wcale nie był gorszy od tego „prawdziwego”, a pod wieloma względami – o wiele lepszy.

 

Pierwszy raz przydarzyło mi się to, kiedy miałem dwanaście lub trzynaście lat – tak naprawdę mogę tylko zgadywać, bo nigdy nie poznałem daty swojego urodzenia – i przyszło we śnie. Nie wiem już, o czym wtedy śniłem; to uleciało zaraz po przebudzeniu. Doskonale zapamiętałem natomiast dźwięki i obrazy. Jeszcze przez długi czas powracały do mnie echem; zupełnie niezrozumiałe, szokujące i… przerażające.

W ciągu tych wszystkich lat życia w ośrodku, zdołano mi uświadomić, że ludzie mają jeszcze inne zmysły, a świat nie jest taki, jak go rozumiem. Dla mnie była to jednak czysta abstrakcja; coś, czego zupełnie nie umiałem pojąć, mniej więcej tak, jak ludzkości obce jest zrozumienie istoty nieskończoności czy wieczności. Doświadczenie działania tych zmysłów, nawet we śnie, było dla mnie zatem ogromnym, szokującym i zupełnie niezrozumiałym przeżyciem. Zupełnie jakbym spotkał Boga.

Wystraszyłem się do tego stopnia, że bezwiednie zmoczyłem łóżko, za co zostałem okrutnie ukarany przez Marię – pielęgniarkę pełniącą tamtej nocy dyżur, a przy tym osobę posiadającą jeden z najbardziej odrażających znanych mi zapachów: mieszankę okrucieństwa, gniewu i chęci dominacji nad innymi. Maria była złym człowiekiem, i jeszcze gorszą opiekunką. Pracowała w ośrodku tylko dlatego, że tutaj mogła bezkarnie dać upust targającym nią namiętnościom – w naszym ośrodku nie tylko ściany były głuche, ślepe i nieme.

Wiem, że krzyczała. Dla mnie nie miało to jednak żadnego znaczenia, tak jak dla niej nie było ważne, że nie słyszę, jak się drze. Już sama możliwość wyładowywania wściekłości za pomocą wrzasku sprawiała jej ogromną przyjemność, co czułem po nowej, intensywnej nucie w wydzielanym przez nią zapachu.

Znaczenie miało dla mnie jednak to, że Maria – jak wszyscy w ośrodku – dobrze wiedziała, iż jako głuchoniewidomy, jestem silnie wyczulony na zapachy. Nigdy nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo, gdyż starannie ukrywałem ten mały sekret przed światem, ale i tak wiedziała, że smród amoniaku odbieram jak istną torturę. Dlatego też umyła mnie i zmieniła pościel dopiero nad ranem, tuż przed przyjściem pielęgniarki z dziennej zmiany. Wcześniej po prostu zwinęła mokre prześcieradło i wsadziła mi pod głowę zamiast poduszki. Kiedy próbowałem je odrzucić, uderzyła mnie kilka razy, aż wreszcie dałem za wygraną. Potem, już pod prysznicem, myła mnie lodowatą wodą, mocno szarpała i znów krzyczała.

Tamtej nocy okrucieństwo pielęgniarki zupełnie się jednak nie liczyło. Byłem zbyt pochłonięty rozpamiętywaniem niesamowitego snu i ciągłym przeżywaniem absolutnie nowych dla mnie doznań, by zwracać na nie uwagę.

 

Przez następne dni i tygodnie – odmierzane wyłącznie posiłkami, zajęciami i zmianami zapachów dyżurującego personelu – nic podobnego do tamtego snu się nie powtórzyło, więc w końcu zacząłem przypuszczać, że to było tylko urojenie, sen o śnie, może jakaś bzdurna fantazja. Z wolna zapominałem o całej sprawie, aż nagle to stało się znowu, tym razem na jawie, podczas kolacji. Wszystko trwało zaledwie chwilę, ale przeraziło mnie jeszcze bardziej niż za pierwszym razem. Nie był to powolny proces, z efektami którego mógłbym się odpowiednio wcześniej oswoić. W jednej chwili w moim świecie panowały ciemność i cisza, a w następnej zostały brutalnie i niemal boleśnie rozdarte przez wizję i dźwięk.

Zarejestrowałem obraz stołówki; szarej, cichej i smutnej, pełnej dzieci w różnym wieku, dokładnie tak samo ponurych i nijakich jak pomieszczenie, w którym przebywały. Zarejestrowałem też jakiś dźwięk, który szybko zagłuszył wszystkie inne; bardzo głośny, przejmujący i bolesny. Zanim wszystko się skończyło, zrozumiałem, że to był krzyk dziecka.

Mój krzyk.

Nie zdążyłem już zobaczyć podbiegającej opiekunki i nie słyszałem jej słów – o ile jakieś w ogóle wypowiadała – ale za to czułem, jak obejmuje mnie z troską, a potem prowadzi ostrożnie do miejsca, którego zapach doskonale znałem. Znałem też zapach przebywającego w nim człowieka; woń życzliwości, smutku i zmęczenia, zmieszana z ostrym zapachem papierosów.

Czułem spływającą z nosa strużkę krwi. Jej woń i nieprzyjemny posmak były bardzo drażniące, ale zwalczyłem pokusę wytarcia się rękawem. Pozwoliłem, by zajęła się tym Elwira, pielęgniarka, z którą tu przyszedłem; młoda jeszcze dziewczyna, pachnąca delikatnością, wrażliwością i współczuciem, ale też radością, uśmiechem i ciepłem. A wszystko przeplatane delikatną wonią szamponu truskawkowego dla dzieci. Wdychałem ten zapach z prawdziwą przyjemnością, a kiedy zbadałem opuszkami palców jej twarz, przekonałem się, że jest też piękna. To przy niej, chłonąc emocje o zapachu truskawek, doznałem pierwszej w swoim życiu, nieśmiałej erekcji.

Elwira zmyła mi krew z delikatnością, o której marzyłem wyobrażając sobie mamę, a doktor Andrzej przebadał mnie starannie. Oboje swoimi zapachami sygnalizowali szczerą troskę i strach. Wiedzieli, że coś się stało, ale nie potrafili określić – co. Z całego serca kochałem tych ludzi za ich dobroć i współczucie. Wiedziałem też, że oni kochają mnie oraz inne dzieciaki, i są tu, bo naprawę chcą pomóc. Nie zamierzałem jednak im powiedzieć o tym, co się właśnie stało. Po pierwsze, sam nie mogłem w to uwierzyć, a po drugie, czułem, że na razie bezpieczniej będzie milczeć.

W ciągu kilku następnych dni zrobiono mi serię badań, ale – zdaje się – nie wykazały nic niezwykłego, bo lekarze szybko zostawili mnie w spokoju. Nadal byłem zdrów i normalny. Oczywiście pomijając fakt, że nie widzę i nie słyszę.

W międzyczasie sam też intensywnie szukałem własnych rozwiązań i wyjaśnień. Teraz już nie mogło być wątpliwości, że naprawdę doświadczyłem działania moich martwych zmysłów. Pytanie tylko: jakim cudem? I co to mogło oznaczać?

Świadomość istnienia czegoś takiego jak szaleństwo jest pierwotna, a nie nabyta. Przekonałem się o tym, ponieważ sam siebie zacząłem uważać za wariata, choć idea choroby psychicznej była z gruntu obca w moim świecie. Bałem się, że tracę rozum, a jednocześnie byłem podekscytowany i szczęśliwy jak nigdy wcześniej. A co, jeżeli… jeżeli to się jednak dzieje naprawdę?

 

Trzeci atak, choć równie niespodziewany jak poprzednie, nie był już tak przerażający ani zaskakujący. Nastąpił podczas zajęć ruchowych, odbywających się w sali gimnastycznej – miejscu cuchnącym tysiącami odmian zastałego potu i mocnymi środkami czyszczącymi. Leżałem akurat na materacu, z rękami pod głową i stopami wsuniętymi za najniższy szczebel drabinki, i robiłem brzuszki. Tak więc pierwsze, co ujrzałem, gdy tylko znów uzyskałem wzrok, to biały sufit pokryty spękaną farbą oraz wielka, osłonięta kratą jarzeniowa lampa, na szczęście zepsuta. Strach pomyśleć, jak mogłoby się dla mnie skończyć patrzenie wprost w jej oślepiające światło.

Było też cicho. Jedyne dźwięki, które słyszałem, to monotonne stękanie ćwiczących obok dzieciaków.

Może sprawił to właśnie fakt, że przez nowo otwarte zmysły nie uderzyło we mnie zbyt wiele bodźców naraz, a może po prostu chodziło o to, że pierwszy, największy szok miałem już za sobą. Tak czy inaczej, nie spanikowałem. Po prostu położyłem się na materacu i chłonąłem ten nowy, dziwny świat. Trwało to kilka minut, aż w końcu opiekunka łagodnie klepnęła mnie w ramię, zachęcając do podjęcia przerwanego wysiłku. Widziałem i słyszałem, jak się zbliża, a poprzez wzrastającą intensywność jej zapachu nabrałem pewności, że wzrok i słuch mnie nie okłamują; że postrzegam świat realny, a nie urojony. Zdołałem się jednak powstrzymać, by nie odwrócić głowy i spojrzeć prosto na nią.

W chwili, gdy mnie dotknęła, wszystko z powrotem zgasło, a ja poczułem przemożną chęć zrobienia tej kobiecie straszliwej krzywdy. Dosłownie zadygotałem z gniewu. I zupełnie nie miało dla mnie znaczenia, że jej zapach kojarzył mi się z wszystkim najprzyjemniejszymi momentami całego życia. W tamtej sekundzie chciałem ją po prostu zabić.

Trwało to jednak tylko chwilę. Potem się uspokoiłem, wróciłem do ćwiczeń i zacząłem rozmyślać. Wiedziałem już, że jeśli jestem dostatecznie skoncentrowany, to przynajmniej częściowo potrafię zapanować nad tym dziwnym zjawiskiem. Fakt ten rozbudził we mnie nadzieję, że z czasem nauczę się je w pełni kontrolować.

I rzeczywiście. W ciągu następnych miesięcy całkowicie opanowałem swój dziwny dar. Z początku było to bardzo trudne, bo „Wizje”, jak zacząłem na własny użytek nazywać stany słuchowidzenia, przychodziły nieregularnie i często w nieodpowiednich momentach; w chwilach, gdy nie mogłem się na nich koncentrować. Z czasem jednak nauczyłem się przywoływać i odsyłać je wedle własnego życzenia, a potem opanowałem tak dobrze, że nie musiałem już skupiać całej uwagi na ich utrzymaniu. Od tego czasu życie stało się o wiele bardziej interesujące, ale też skomplikowane i znacznie trudniejsze.

Jednocześnie z nauką kontrolowania Wizji, uczyłem się bowiem innych rzeczy. Po pierwsze i najważniejsze, panowania nad sobą, gdyż nie chciałem nikomu zdradzać, że już nie jestem głuchoniewidomy. Świat obrazów i dźwięków w każdej sekundzie przyciągał moją uwagę na tysiące sposobów, więc ignorowanie wszystkich tych bodźców okazało się o wiele trudniejsze niż samo opanowanie Wizji. Tutaj na szczęście z pomocą przychodziła mi umiejętność wygaszania wzroku i słuchu. Kiedy chciałem odpocząć, albo zrozumiałem, że niechcący zareagowałem na coś, na co zareagować nie miałem prawa, wystarczyło wyłączyć Wizję i znów byłem całkowicie bezpieczny.

Kolejną, jeszcze trudniejszą rzeczą, której musiałem się nauczyć, to wykorzystywanie i zrozumienie tego, co niosą ze sobą Wizje. Byłem jak dziecko, dopiero uczące się rozpoznawać otaczający je świat: wszystkie kształty, dźwięki i słowa były mi zupełnie nieznane. Osłuchiwałem się więc cierpliwie, chłonąc z otoczenia dosłownie wszystko, co tylko zdołałem. Szybko nauczyłem się rozpoznawać dźwięki i rozumieć użyteczność poszczególnych przedmiotów, ale mowa okazała się barierą niemal nie do przeskoczenia. A wszystko przez niezrozumiały upór, by swoje cudowne ozdrowienie zachować w tajemnicy. Nie miałem bowiem nikogo, kto mógłby mnie uczyć, kto pomógłby rozumieć znaczenie poszczególnych słów, zgłębiać tajemnicę nazw i czuwać nad prawidłowym rozwojem mowy. Wszystkiego musiałem uczyć się sam, potajemnie, po nocach, kiedy wszyscy wokoło wydzielali otumaniający zapach snu. Słowa określające nazwy i czynności w końcu sobie przyswoiłem, ale pojęcia abstrakcyjne były prawdziwą udręką, bo zupełnie nie wiedziałem, co mogą one oznaczać.

Przykryty kołdrą, by wytłumić dźwięki, szeptałem po nocach koślawe zdania, z dziecięcą fascynacją wsłuchując się we własny głos.

– Mi… jeść… ochotę…

– Zupa… i… zi… zi… zie… źmiaki…

– Chodzę na… spacer.

– Robię prysznic…

Zbyt powolne postępy w nauce doprowadzały mnie do wściekłości, ale byłem zdeterminowany i uparty, więc w końcu nauczyłem się w miarę poprawnie mówić, a nim skończyłem osiemnaście lat, opanowałem też naukę czytania.

 

Zanim to jednak nastąpiło, zakatowałem Marię.

 

Okrucieństwo tej kobiety, obserwowane przy pomocy wszystkich dostępnych zmysłów, okazało się o wiele większe niż przypuszczałem wtedy, gdy jeszcze nie potrafiłem wywoływać Wizji. Na ofiary wybierała głównie młodsze, zupełnie bezbronne dzieci, bo te starsze, nawet jeśli nie były w stanie się jej sprzeciwić ani na nią donieść innym opiekunom, czasami się broniły, a nawet próbowały walczyć.

Ja też, pewnego razu, w pełni świadomie uderzyłem ją w twarz, kiedy usiłowała wyciągnąć mnie z łóżka, by sprawdzić, czy znów się nie zmoczyłem. Rzadko kiedy przegapiła okazję do tego rodzaju dręczenia. Oberwałem od niej tamtej nocy tak bardzo, że w wielu miejscach miałem siniaki i otarcia, ale potem odczepiła się na dobre. Pewnie z obawy, że znów straci nad sobą panowanie i mnie pobije, a wtedy mogą paść niewygodne pytania. Zajęła się za to innymi, słabszymi dzieciakami.

Kiedy Maria miała nocną zmianę, często musiałem wyłączać Wizje, byle tylko nie słyszeć jej krzyków i płaczu maltretowanych ofiar. To były chyba jedyne momenty, kiedy naprawdę żałowałem, że dane jest mi widzieć i słyszeć. Kuliłem się na łóżku i płakałem ze wstydu, żalu i bezsilności. Z każdym następnym skrzywdzonym dzieckiem nienawidziłem Marii coraz bardziej i bardziej, a strach powoli przeradzał się w gniew. Zdążyłem już odkryć, że uwielbiam zapach własnego gniewu. Pielęgnowałem go więc, wyobrażając sobie, jakby to było dopaść tę kobietę i skrzywdzić ją tak samo, jak ona krzywdziła nas.

Pewnej nocy wreszcie nie wytrzymałem. Miałem wtedy chyba szesnaście lat i byłem już o wiele większy i silniejszy od starzejącej się pielęgniarki. Na jednej z sąsiednich sal rozległ się głośny płacz kilkuletniej dziewczynki i jeszcze głośniejsze wrzaski potwora. Już miałem wyłączyć Wizję i jak zwykle przeczekać wszystko, gdy nagle usłyszałem dźwięk, który zmroził mi krew w żyłach – głośne uderzenie dziecięcej główki o otynkowaną ścianę. W tej samej chwili płacz dziewczynki ustał, a mną zawładnął gniew tak wielki, że na chwilę straciłem kontrolę nad Wizją.

Nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, co robię ani co się w ogóle ze mną dzieje. Ledwie pamiętam, jak znalazłem się w sąsiedniej sali i dopadłem do pielęgniarki. Pierwsza bardziej świadoma myśl dotarła do mnie w chwili, kiedy złapałem Marię za długie, splecione w warkocz włosy, i z całej siły uderzyłem jej głową o ścianę, niemal dokładnie w tym samym miejscu, w którym – wnosząc po zapachu – ona wcześniej uderzyła główką małej Ani.

Myśl ta była satysfakcjonująca, wręcz ekstatyczna, a tyczyła czerwonej plamy na białym tynku. Kobieta osunęła się na podłogę, jęcząc z bólu. Zignorowałem ją i spojrzałem na ranną dziewczynkę. Nie zauważyłem, by krwawiła, ale była nieprzytomna. W kącikach oczu zebrały się łzy, które nie zdążyły jeszcze wyschnąć.

– Ty… złem! – warknąłem na Marię. Przyszło mi to z pewnym trudem i zabrzmiało bardzo nieporadnie, gdyż były to pierwsze słowa, które wypowiedziałem na głos i w obecności innej osoby. Niemniej i tak wywołały odpowiedni efekt.

Bardzo się pilnowałem, żeby przypadkiem nie zaniedbać swojego węchu i nie przedkładać ponad niego pozostałych zmysłów. Było tak po części dlatego, że nigdy tak do końca nie zaufałem Wizjom, które mogły zniknąć równie nagle i tajemniczo jak się pojawiły, a po części dlatego, że zdawałem sobie sprawę, iż jest on naprawdę niezwykły i bardzo dla mnie cenny.

Tak więc doskonale widziałem, jak na twarzy pielęgniarki maluje się przerażenie i niedowierzanie wywołane moimi słowami, czy może raczej faktem, że w ogóle mówię, ale i tak o wiele wyraźniej czułem te emocje w jej zapachu. Nowa mieszanka przebijająca się przez typową dla Marii woń wściekłości, pogardy i nienawiści, jednocześnie mnie podnieciła i jeszcze bardziej rozdrażniła. Z furią kopnąłem leżącą kobietę w żebra, a potem uderzyłem pięścią w twarz.

Wspaniałe uczucie!

Każdy następny cios dawał mi tak wiele szalonej satysfakcji i radości, że zupełnie zatraciłem się w tym co robiłem. Kiedy wreszcie zabrakło mi sił, wokół było pełno krwi, a Maria już nie pachniała – pachniało wyłącznie jej zmasakrowane ciało.

 

Następnego ranka ktoś znalazł pod prysznicem skrępowanego trupa pielęgniarki. Lodowata woda wciąż spływała strumieniem po jej nagim ciele, na którym wycięto nożyczkami różne dziwne wzorki.

Mnie natomiast znaleziono pod łóżkiem jednego z małych pacjentów, w poszarpanej, okrwawionej pidżamie i z różnymi drobnymi obrażeniami na ciele.

Wszędzie, nie tylko w sali, w której zginęła Maria, było pełno krwi i różnych śladów, z których wiele wyraźnie wskazywało na mnie. Nikt jednak nawet przez chwilę nie brał na poważnie hipotezy, że głuchoniewidomy od urodzenia chłopiec mógłby się dopuścić takiej zbrodni. Było technicznie niemożliwe, by – biorąc pod uwagę sposób, w jaki zamordowano i oprawiono ofiarę – zrobił to ktoś o tak ograniczonej percepcji.

Mimo to, oczywiście przebadano mnie dokładnie, by się upewnić, że naprawdę jestem inwalidą. Przy tej okazji, trochę głupio ryzykując, odkryłem, że nawet kiedy mam Wizję, to oczy i uszy pozostają martwe. Nie chciałem jednak ryzykować i, świadom że obserwują mnie ludzie o obcych, a przy tym zdecydowanie wrogich mi zapachach, przez kilka tygodni zasadniczo nie używałem swojego daru.

Jako świadek również na niewiele się przydałem; nie tylko nie mogłem opowiedzieć o tym, czego przecież nie widziałem i nie słyszałem, ale też pozostawałem w ciężkim szoku pourazowym, więc jakakolwiek komunikacja ze mną stała się niemal zupełnie niemożliwa. Uznano więc, że jestem kolejną ofiarą tajemniczej napaści i śledczy zostawili mnie wreszcie w spokoju.

Inne dzieciaki, choć sporo wiedziały o tym, co się wydarzyło tamtej nocy – czułem to w ich zapachu – stanęły za mną milczącym murem i pozostały wierne zasadzie, że tutaj nie tylko ściany są ślepe, głuche i nieme. Policja rozkładała więc bezradnie ręce, a sprawa utknęła w martwym punkcie.

 

Ja tymczasem zacząłem się już zastanawiać, co zrobić z naszym woźnym; człowiekiem, który cuchnął obrzydzeniem do samego siebie, strachem i, przede wszystkim, chorym pożądaniem – zawsze trochę mniejszym tuż po tym, gdy zakradł się do sali z najmłodszymi dziećmi.

 

Koniec

Komentarze

Wystraszyłem się do tego stopnia, że bezwiednie zmoczyłem łóżko, za co zostałem okrutnie ukarany przez Marię – pielęgniarkę pełniącą tamtej nocy dyżur, a przy tym osobę posiadającą jeden z najbardziej odrażających znanych mi zapachów: mieszankę okrucieństwa, gniewu i chęci dominacji nad innymi. Maria była złym człowiekiem, a przy tym jeszcze gorszą opiekunką

 

W jednej chwili w moim świecie panowały ciemność i cisza, a w następnej zostały one brutalnie i niemal boleśnie rozdarte przez wizję i dźwięk.

To przekreślenie jest celowym zabiegiem?

 

Koniec jest naprawdę paskudny i chyba tylko on jakoś szczególnie do mnie przemówił. Nie polubiłam głównego bohatera, nie współczułam mu, nie czułam do niego obrzydzenia ani nie wyłapałam jakiejś niepokojącej nutki szaleństwa – dla mnie pozostał neutralny, więc za to niewielki minus. Chociaż… No dobrze, na końcu się poprawił. :p

Napisane dobrze i ciekawie, nie nudziło. Wprawdzie wyłapałam kilka powtórzeń, ale nie były nachalne, a poza tym – ostatnio zwróciłam na nie większą uwagę w wydanych już publikacjach i zauważyłam, że najbardziej takimi drobnostkami przejmują się użytkownicy tego portalu. (;

Sam pomysł nie do końca do mnie przemawia, na początku te Wizje wydawały mi się mocno naciągane, ale z czasem chyba do nich przywykłam. Ogólnie to podobało mi się, choć raczej nie jest to tekst, który miałby zapaść mi w pamięć.

,,Człowiek traci grunt pod nogami, kiedy traci ochotę do śmiechu." ~ Ken Kesey

[…] odbieram jak istną torturą. ---> khm, khm…

Tamtej nocy jej okrucieństwo zupełnie się jednak nie liczyło. Byłem zbyt pochłonięty rozpamiętywaniem niesamowitego snu i ciągłym przeżywaniem absolutnie nowych dla mnie doznań, by zwracać na nią uwagę. ---> czy na nie? Bo chyba jednak chodzi o okrucieństwo…

[…] zostały one brutalnie […] ---> zbędne skreślenie. Ślad po zmianach?

[…] zupełnie nie wiedziałem [,+] co mogą one oznaczać.

<><><>

Horror.

Nie wiem, czy ktokolwiek “przeskoczy” to opowiadanie.

Świetne.

Nie mam z tym nic wspólnego. Sprawy same się komplikują.

Zapach człowieka bardzo wiele mówi o nim samym. Można z niego wyczytać nie tylko charakter danej osoby, ale także jej emocje, pragnienia i zamiary, co bardzo się przydaje, gdy nie ma się praktycznie żadnej możliwości obrony.

Ludzie nie mieli dla mnie praktycznie żadnych tajemnic.

Trochę to w oczy razi. 

 

Jak dla mnie tekst bardzo, bardzo dobry. Wzruszyłem się nawet, ale może to tylko dla tego, że podczas czytania słuchałem smutnej muzyki. 

 

Można z niego wy­czy­tać nie tylko cha­rak­ter danej osoby, ale także jej emo­cje, pra­gnie­nia i za­mia­ry, co bar­dzo się przy­da­je, gdy nie ma się prak­tycz­nie żad­nej moż­li­wo­ści obro­ny.

Lu­dzie nie mieli dla mnie prak­tycz­nie żad­nych ta­jem­nic.

”praktycznie” – powtórzenie.

 

Odniosłem wrażenie, że najsłabszym punktem opowiadania (szort! Jaki szort na 20k znaków! ;)) jest element fantastyczny. Te Wizje jakoś mnie nie przekonały. Tekst dużo by zyskał jako czysta obyczajówka. 

Ale i tak jest… interesująco.

 

Pozdrawiam!

 

Edit:

Przed wrzuceniem komentarza (oczywiście) nie odświeżyłem strony, dlatego “powtórzenie” zdublowałem od kolegi wyżej.

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Kochani, wszystkie błędy poprawiłem, dziękuję. Prośba tylko do Adama, żeby zerknął raz jeszcze na zdanie: Byłem zbyt pochłonięty rozpamiętywaniem niesamowitego snu… i powiedział mi, czy się ono broni w obecnej formie, czy jednak nie.

To skreślenie faktycznie jest przeoczonym przeze mnie śladem Dobra, które przetoczyło się przez ten tekst, nadając mu obecną, zdatną do czytania formę.

 

Blanche, myślę, że będzie lepiej, jeśli to opowiadanie nie zapadnie Ci w pamięć. Niemniej cieszę się, że – mimo wszystko – opowiadanie wychodzi u Ciebie ostatecznie in plus. I rad jestem, że główny bohater wydał Ci się nijaki, a już zwłaszcza, że nie dostrzegłaś w jego oku błysku szaleństwa. To znaczy, że udało mi się go wykreować mniej więcej tak, jak wykreowany być powinien.

 

Adamie, dziękuję Ci za łapankę, głos do Biblioteki i za to krótkie, acz bardzo mocne podsumowanie.

 

Miętusie, Tobie również serdecznie dziękuję. I z przyjemnością spełnię Twoją prośbę. Najlepiej, jak tylko potrafię.

 

NeverEndzie – Twoją oceną i komentarzem również jestem wzruszony. I nie słucham w tej chwili żadnej muzyki. A chyba powinienem.

 

O, Władco Morgulu, Królu Angmaru, Pierwszy z Dziewięciu!

Dzięki Ci za Twą wizytę i dobre słowo.

Wizje są tu niezbędne, i to nie tylko dlatego, że Dzikowy zażyczył sobie fantastyki, a ja napisałem całe opowiadanie, bo cholernie spodobały mi się dwa pierwsze zdania.

 

Kiedy Ty pisałeś i edytowałeś swój komentarz, wzmiankowany błąd – bo to bezsprzecznie był błąd – zdążył już wyciągnąć kopyta.

 

Peace!

 

EDIT: Dla mnie 20k to jest szort. A zasadniczo to dobry SMS. (Play mnie nienawidzi ;)

I dzięki za Bibliotekę.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, w obecnej formie trudno mówić, że się broni.

» Tamtej nocy jej okrucieństwo zupełnie się jednak nie liczyło. Byłem zbyt pochłonięty rozpamiętywaniem niesamowitego snu i ciągłym przeżywaniem absolutnie nowych dla mnie doznań, by zwracać na nią uwagę. «

Podmiotem zdania poprzedzającego jest okrucieństwo. A więc bohater, pochłonięty rozpamiętywaniem snu, nie zwracał na nie, na owo okrucieństwo, uwagi. Zaimek ‘jej’ nie ma tu znaczenia, określa jedynie, kto przejawiał okrucieństwo.

Tu masz rację, ani słowa. Motyw jest jednak taki, że zmieniłem tamto zdanie i “przerzuciłem” rolę podmiotu na “pielęgniarkę”. Tak mi się przynajmniej wydaje. Wygląda to w ten sposób: Tamtej nocy okrucieństwo pielęgniarki zupełnie się jednak nie liczyło. Byłem zbyt pochłonięty rozpamiętywaniem niesamowitego snu i ciągłym przeżywaniem absolutnie nowych dla mnie doznań, by zwracać na nią uwagę.

Nie ukrywam, że poszedłem tą drogą głównie dlatego, iż jestem ciekaw, czy słusznie sobie całą rzecz wykoncypowałem. Ot, doświadczenie w celach rozwojowych.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Moim zdaniem nadal jest, hm, nijako. W zmienionym pierwszym zdaniu podmiotem nadal jest okrucieństwo, tyle że z dookreśleniem, czyje…

Cieniu, bez obrazy – nie kombinuj, gdy nie ma takiej potrzeby. Twoje komentarze, Twój tekst pokazują, że potrafisz płynnie wyrazić każdą myśl, niejednokrotnie w wielce złożonej formie, ale pomimo złożoności czytelnej, a tu chcesz właśnie skomplikować całkowicie niepotrzebnie. Dla ocalenia jednej litery? Wierzyć się nie chce… :-)

Adamie, obrazy niet, w żadnym wypadku. W obronie tej literki krucjat też nie zamiaruję. Po prostu byłem ciekaw, czy moja wizja ma rację bytu i czy dobrze kombinuję, bo sam sobie wbiłem gwoździa i jeszcze zakręciłem się na nim brzydko. Ale teraz już wszystko jasne, poprawię to zdanie ze skutkiem natychmiastowym.

Dziękuję.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, napisałeś bardzo dobre opowiadanie! ;-)

Rozpocząłeś historię spokojnie, ale umiejętnie zasygnalizowałeś, że nie będzie to zwykłe opowiedzenie losów kalekiego chłopca. To, co przydarza się bohaterowi, jest tyleż niespodziewane, co brzemienne w skutki i jakkolwiek finał okazuje się dość drastyczny, to nie powinien szokować – jest przecież konsekwencją przypadków nawarstwiających się latami.

No i niepokojące ostatnie zdania – to one zapowiadają prawdziwy horror!  

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podchodziłam do tekstu z pewną taką nieśmiałością – nie cierpię horrorów. Ale że to tekst kumpla spod Pierzyny, przeczytać trzeba.

Okazało się, że to wcale nie horror. Acz nie neguję – świat wykreowałeś paskudny. Zaraz, to chyba nie Ty go wykreowałeś. On taki niekiedy bywa. Pielęgniarki Marie i woźni zlatują się do skupisk bezbronnych ludzików jak sępy do cieplutkiej padliny.

A bohater mi się spodobał. Taki niejednoznaczny. Hrabia Monte Christo, który cudem zdobył nadzwyczajne możliwości.

Mocny tekst.

Zwyczajnie nie miałem możliwości poznać świata takim, jaki jest naprawdę

Cieniu drogi, a czy Ty wiesz, jaki świat jest naprawdę? Taka refleksja wybiła mnie z rytmu.

 

Edit: Się Loża rzuciła do klikania…

Babska logika rządzi!

No, jeszcze jedno kliknięcie… Niemożliwe, żeby tylko cztery osoby doceniły dzieło Cienia!

Spokojnie, Adamie, na pewno wkrótce znajdzie się piąty sprawiedliwy trafiony.

Na razie chyba wszyscy bibliotekarze, którzy skomentowali, kliknęli.

Babska logika rządzi!

Mocny tekst. Chociaż taka brudna tematyka ocierająca się o naturalizm to nie za bardzo moje klimaty, to jakoś nie odniosłem wrażenia przesady. Podoba mi się zagęszczenie atmosfery i kulminacja w ostatnim akapicie.

Bez cienia wątpliwości przyklepuję bibliotekę. A co!

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Blanche, myślę, że będzie lepiej, jeśli to opowiadanie nie zapadnie Ci w pamięć.

Ze względu na tematykę, która – co tu dużo mówić – zbyt lekka i przyjemna nie jest? Przeczytałam już wiele okropieństw, z czego większość wydarzyła się naprawdę, a poza tym jestem typem, który bardziej przejmuje się losem zwierząt (tj. zwierząt innych niż ludzi). Pedofilia mnie obrzydza, ale pielęgniarka Maria, jakkolwiek nie chciałabym na taką trafić, nie robi na mnie większego wrażenia. Zabrzmiało trochę jak znieczulica. Cóż, może w pewnym sensie na nią choruję, jednakże [UWAGA: NIC MIŁEGO] bardziej przerażają mnie dziewczynki (jedna 9, druga 10 lat), które ciężarną kotkę najpierw pobiły, skopały, a potem przejechały po niej rowerem. Gadam nie na temat, przepraszam. Może nieświadomie musiałam się z kimś podzielić tym wyczytanym, okropnym wydarzeniem… :/ Najwyżej usunę komentarz.

,,Człowiek traci grunt pod nogami, kiedy traci ochotę do śmiechu." ~ Ken Kesey

Solidny, bardzo dobrze napisany kawał tekstu, mocny akcent na koniec. Podobał mi się naturalizm i dosłowność, chociaż opowiadanie nie wstrząsa aż tak, jak by mogło. Sadystyczne pielęgniarki nie są na szczycie mojej listy najbardziej przerażających horrorowych osobników. Ale może cierpię na tę samą znieczulicę, o której pisała Blanche ;)

Co nie zmienia jednak faktu, że opowiadanie jest bardzo dobre i, okej, nie będę się już czepiać. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

“Zwyczajnie nie miałem możliwości poznać świata takim, jaki jest naprawdę i porównać go z moim – królestwem ciemności i ciszy, ale też krainą niesamowicie intensywnych zapachów i wyczuwanych opuszkami faktur i kształtów przedmiotów, które bezbłędnie potrafiłem odróżnić, ale ich nazwy i przeznaczenie pozostawały dla mnie tajemnicą.” – stanowczo zbyt długie zdanie.

 

Nie przekonuje mnie, mam zupełnie inną wizję osób głuchoniewidomych. Skąd bohater mógł wiedzieć, ile ma lat? Myślę, że takie osoby nie postrzegają upływu czasu. Wydaje mi się również, że nie potrafią odróżnić snów od jawy, a jeśli już, to na pewno nie ma jasnej granicy, która by je rozdzielała.  W dodatku bohater wie, jak ma na imię jakaś kobieta i zdaje sobie sprawę, że jest pielęgniarką. A najdziwniejsze jest to, że podaje nam nazwę instytutu, w którym jest zamknięty.

 

Tak jak powiedziałam, mnie ten tekst w ogóle nie przekonuje… Nie mówię o fabule, bo się nie zagłębiłam. Bohater po prostu za dużo wie, a z tego co zrozumiałam, jest głuchoniewidomy od urodzenia. No chyba, że nie jest. To by całkiem zmieniło postać rzeczy.

 

Winter, może gdybyś przeczytała opowiadanie, zrozumiałabyś bohatera…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Winter – osoby niewidzące, czy nie słyszące nie są upośledzone intelektualnie. Pozostałe zmysły przejmują w jakimś zakresie zmysły nieaktywne. Ci ludzie, na pewno postrzegają upływ czasu i odróżniają sen od jawy. Przecież to nie są warzywa. To ludzie.

Ale zwróciłaś uwagę na jedną rzecz, która i mnie zaciekawiła. 

 

Cieniu, w jednym miejscu masz: nie znałem imion ani swoich towarzyszy niedoli, ani naszych opiekunów.  A dalej: zostałem okrutnie ukarany przez Marię – pielęgniarkę.. To, w końcu, znał te imiona, czy? Wiadomo, że później, w wyniku wizji dowiedział się kilku rzeczy, jednak na przestrzeni wskazanego tekstu, tego nikt nie wie.

 

Poza tym, nie widzę jakichś zgrzytów. Tekst jest bardzo dobry.

Pozdrawiam.

Nie mam z tym nic wspólnego. Sprawy same się komplikują.

Spodobało mi się przedstawienie sposobu, w jaki główny bohater postrzega świat, jak odbiera swój nowy “dar”. Postaci tła również dobrze napisane, nikt nie wydał mi się “papierowy”.

Zastanowiłem się, co dałoby się zmienić na lepsze i doszedłem do wniosku, że ewentualnie ten fragment:

“Zbyt powolne postępy w nauce doprowadzały mnie do wściekłości, ale byłem zdeterminowany i uparty, więc w końcu nauczyłem się w miarę poprawnie mówić, a nim skończyłem osiemnaście lat, opanowałem też naukę czytania”.

Opowiadanie kończy się, gdy bohater ma szesnaście lat, więc w tym miejscu informacja że przed skończeniem osiemnastu nauczy się czytać, nie pasuje mi. Jeśli już, to gdzieś na końcu, a może lepiej wcale?

 

Swoją drogą, wcale nie było mi łatwo wskazać najsłabszego punktu twojego opowiadania. Nie odebrałem go jako horroru, w ogóle raczej się nie bałem (ha, zwłaszcza wiedząc przed końcem opowiadania, że bohater przeżyje i jeszcze nauczy się czytać ;)), natomiast historia zaciekawiła mnie i pozazdrościłem pomysłu. Kawał dobrego tekstu.

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Chyba nie wiemy ile lat ma bohater, gdy opowiada o tym, czego doświadczał w Ośrodku. On przecież nie relacjonuje bieżących zdarzeń, a wspomina. Opowiadając, zatrzymał się na wypadkach, które miały miejsce, kiedy był szesnastolatkiem. I bardzo dobrze, bo gdybyśmy dowiedzieli się, co spotkało woźnego, to już nie byłyby Wizje. To byłaby całkiem inna opowieść.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Doczytałam i pewne rzeczy się wyjaśniły. Wciąż mnie jednak nie przekonuje :p

 

Miętus Według mnie, nie czują upływu czasu. Chyba że fizycznie. Ale dokładnie nie potrafią go określić. Ale tak jak napisałam – według mnie. A jak jest naprawdę, raczej się nie dowiemy. 

 

“Nie zamierzałem jednak im powiedzieć o tym, co się właśnie stało. Po pierwsze, sam nie mogłem w to uwierzyć, a po drugie, czułem, że na razie bezpieczniej będzie milczeć.” – w tym momencie bohater nie kontrolował jeszcze swojego daru, więc jak miał powiedzieć?

 

“Zbyt powolne postępy w nauce doprowadzały mnie do wściekłości, ale byłem zdeterminowany i uparty, więc w końcu nauczyłem się w miarę poprawnie mówić, a nim skończyłem osiemnaście lat, opanowałem też naukę czytania.” – w jaki sposób nauczył się czytać, będąc pod praktycznie całodobową obserwacją, nikogo o tym nie informując? Z resztą szybko mu poszło. No i drugą sprawę podkreślił Nevaz.

Winter – może, jeśli zajrzy tu Dzikowy, który organizuje konkurs i ma kontakty z jedną z takich placówek, odpowie na podobne pytania, znając sprawę, niejako z “autopsji”. 

Nie mam z tym nic wspólnego. Sprawy same się komplikują.

Melduję, że przeczytałam :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Może odpowie :)

Nie ma powodu, żeby osoby głuchoniewidome nie czuły upływu czasu. Specyficzne przypadki mogą mieć ten problem, ale nie jest to coś oczywistego. Za zegar biologiczny (odbieranie światła słonecznego) są odpowiedzialne w oczach receptory z melanopsyną, które bardzo czesto działają u osób niewidomych, nawet u takich, które pozbawione są czopków i pręcików. Zegar biologiczny + brak deficytów poznawczych zdecydowanie wystarczają do świadomości upływu czasu. Zresztą pewnie w pełni wystarcza jedno z nich.

 

Tekst mi się podobał. Myślę, że trudno jest w tym temacie wpleść element fantastyczny, żeby nie wyszło  nieadekwatnie do jego poważności.. Tutaj wyszło naprawdę dosyc naturalnie. Dla mnie tylko za mocny ten węch. Z brakiem innych czy bez, człowiek nie przeskoczy tego, że węch ma naprawdę słaby. Ale rozumiem po co tak i chyba mimo wszystko lepiej.

Klapaucjusz Tak, wiem jak to wygląda od strony biologicznej, ale chodzi mi o szczegółowe określanie czasu. Na przykład osoba głuchoniewidoma (od urodzenia) nie wie, ile dni trwa rok. Bo niby skąd?

Winter, nie obraź się, ale skąd Ty wiesz? Liczyłaś wschody słońca między jednym solstycjum zimowym a drugim?

Babska logika rządzi!

Nie wiem, ale ludzie mi powiedzieli i po prostu przyjęłam, że tak jest. A osobie głuchoniewidomej nikt tego nie powiedział.

Ale tak jak napisałam na początku, ja tak to widzę. Nie jest przecież powiedziane, że mam rację i prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiem. Ciężko jest się w czuć w osobę, która nie widzi, ani nie słyszy. Po prostu według mnie taka osoba nie ma prawa wiedzieć nic na temat normalnego życia. Może jedynie postrzegać świat dotykiem i węchem, ewentualnie smakiem. Niby horyzonty szerokie, ale z pewnością ich życie jest zupełnie inne, niż nasze. Stąd moje argumenty. 

Ale może przecież komunikować się z innymi. Fakt, jest to poważnie utrudnione, ale możliwe. Zdaje się, że istnieje jakaś specjalna odmiana języka migowego, polegająca na dotykaniu dłoni w różnych miejscach. Mogą czytać Braillem. Do licha, Helen Keller pisała książki.

Babska logika rządzi!

A była głuchoniewidoma? :o Nie słyszałam o niej.

 

A jaki sposób mogą nauczyć się czytać Braillem, skoro nie wiedzą, co dane słowa oznaczają? Chyba że np. ktoś podsunie takiej osobie tabliczkę z napisem “wazon” i podsunie wazon pod ręce. Ale taka nauka trwałaby bardzo długo. 

 

EDIT: Przeczytałam o Helen Keller i jestem w szoku. Nie wiem, jak to możliwe, że głuchoniewidoma osoba nauczyła się alfabetu Brailla. Nie potrafię sobie tego zwyczajnie wyobrazić… Nie wiem w ogóle, jak taką osobę można kształcić. Ale najlepiej byłoby się po prostu zapytać Dzikowego, on rozwiałby wszelkie wątpliwości. 

Finkla – konkretnie, alfabet Lorma :)

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Strasznie dawno temu czytałam jakiś fragment autobiografii HK. Napisała, że na początku była bardzo negatywnie nastawiona. Nie chciała współpracować, bo nie i już. W końcu zdesperowana opiekunka wsadziła jej rękę pod strumień wody i wystukała na dłoni W-O-D-A. Czy tam jakiś symbol wody, nie pamiętam dokładnie. A potem poszło z górki…

Babska logika rządzi!

Myśl ta była satysfakcjonująca, wręcz ekstatyczna, a tyczyła (się) czerwonej plamy na białym tynku.

 

Ogólnie nie lubię słowa ekstatyczna oraz wszelkich odmian tego słowa. To tylko moja subiektywna opinia, ale jak je widzę, to za każdym razem się krzywię.

 

Przeczytałam i muszę powiedzieć, że tekst jest bardzo dobry. Szkoda, że Wizje nie przyczyniły się do niczego dobrego, ale moim zdaniem postać głównego bohatera jest bardzo dobrze nakreślona. Tak samo jak pielęgniarki – okropna baba. Wcale nie było mi jej żal. Szkoda tylko, że na sam koniec okazuję się, iż miało to przełożenie na zachowanie chłopaka.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Hej Cieniu Burzy

Co do zdolności poznawczych ludzi niewidomych od urodzenia – z tego, co wiem mózg nienauczony rozpoznawania kształtów i kolorów w dzieciństwie nie poradzi sobie z interpretacją rzeczywistości nawet gdy oczy zostaną naprawione i będą technicznie sprawne. Poza tym w sytuacji opisanej powyżej Nie wyobrażam też sobie samodzielnej nauki czytania i mówienia bez pomocy logopedy. Chyba że nabycie takich zdolności zakwalifikujesz jak element SF w opowiadaniu. Pozdrawiam przedświątecznie

U

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Zjawiam się z doskoku na stronie i wyszarpuję chwile czasu, żeby przeczytać co ciekawsze opowiadania.

Nie będę dywagować nad “prawdopodobieństwem” tekstu, bo nie mam pojęcia, jak funkcjonują ludzie bez wzroku i słuchu. Jako czytelnik czuję się usatysfakcjonowana. Według mnie wszystko zostało “logicznie” uzasadnione, ja przynajmniej nie mam wątpliwości. 

Straszna wizja, okropne życie. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

A mnie najbardziej podoba się fakt potraktowania “Wizji” – czyli rzeczy dla nas najnormalniejszej i najbardziej oczywistej – jako swego rodzaju supermocy. Która to umożliwia bohaterowi walkę ze złem, może nie na skale globalną, ale wystarczającą do tego, by starać się poprawić jego mały, paskudny świat.

I to jest według mnie prawdziwa siła tego tekstu. Prawdopodobieństwo nauczenia się obsługi dodatkowych zmysłów przez mózg od urodzenia ślepogłuchoniemy, wykorzystanie ich… Nie ma znaczenia. Tak jak nabycie zmysłu sonaru, czy tam innego radaru przez Daredevila. Bo “Wizje” to swoista opowieść o superbohaterze.

Bardzo dobry tekst.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Bo “Wizje” to swoista opowieść o superbohaterze.

Może źle podeszłam do tego tekstu… Taka interpretacja bardziej mi się podoba. (:

,,Człowiek traci grunt pod nogami, kiedy traci ochotę do śmiechu." ~ Ken Kesey

Cieniu, 

Na początek przyjmijmy, że strzępię jęzor (tak na poważnie) prawie wyłącznie tam, gdzie uważam, że warto. I, być może, gdzie nie da się przejść obojętnie.

Zatem, pomimo pewnej opartej na gnijących odpadkach słabości, która każe mi milczeć, zastrzępię, bo nie potrafię inaczej.

Otóż, poza wszystkim, co dobre i już powiedziane, a co też powtarzam, to opieranie tego wymagającego tematu na wizjach wydaje mi się pewnym, hmmm,  uproszczeniem?

Nie biegam, bo nie lubię

Co do zdolności poznawczych ludzi niewidomych od urodzenia – z tego, co wiem mózg nienauczony rozpoznawania kształtów i kolorów w dzieciństwie nie poradzi sobie z interpretacją rzeczywistości nawet gdy oczy zostaną naprawione i będą technicznie sprawne. Poza tym w sytuacji opisanej powyżej Nie wyobrażam też sobie samodzielnej nauki czytania i mówienia bez pomocy logopedy. Chyba że nabycie takich zdolności zakwalifikujesz jak element SF w opowiadaniu. Pozdrawiam przedświątecznie

Na Boga, toż to fantastyka.

No tak, skoro fantastyka to wszystko się może zdarzyć, wiadomo, tu liście mogą być niebieskie, a politycy uczciwi.

Mnie też zastanawia to o czym pisał uradowanczyk – czy dwunastolatek byłby w stanie opanować używanie języka, i to nawet nie kwestia mówienia czy czytania, a kwestia myślenia językiem.

http://en.wikipedia.org/wiki/Critical_period_hypothesis#Deaf_and_feral_children

Teoretycznie nie jest to niemożliwe, po prostu bardzo mało prawdopodobne.

 

Dla mnie tekst lepszy jako dramat niż horror.

Mr_D podejrzewam, że masz rację, ale nie udałoby się napisać opowiadania, gdybyśmy my – w imieniu głuchoniemego – nie nazwali wszystkiego słowami.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

I bardzo dobrze się stało, że opowiadanie zostało napisane, bo jest naprawdę dobre.

Można nawet uznać to za element “fantastyczności”, o ile jest to jakoś zasugerowane. Możesz napisać historię alternatywną, gdzie Mozambik graniczy z Kongo, ale jeśli nie zaznaczysz, że to historia alternatywna, to to nie jest fantastyka, a dwója z geografii.

Ja się pytam: czy jest ta fantastyczność tu zaznaczona?

Jest tutaj pewien problem z pisaniem w pierwszej osobie. Głuchy, nawet gdyby słyszał, wątpię aby nauczył się takich wyrazów jak; lampa jarzeniowa, materac, szczebel, drabinka, farba… – jak często używamy takich określeń? Nie sądzę aby w ośrodku głuchoniemych często używano takich zwrotów. Załóżmy, że nie znamy ani jednego obcego słówka i wyjeżdżamy za granicę. Wątpię aby ktoś wyłapał z kontekstu takie nazwy, a co dopiero osoba, która nie słyszy od urodzenia? 

Przypuszczam, że mógłby poznać kilka wyrazów i tyle…

A co do pisania to naprawdę wątpię. Jak nauczyć się pisać nie znając liter?

Dyskusja aż wrze i mnie też palce świerzbią, żeby się przyłączyć, ale trzymam się dzielnie i ograniczam do czytania :) Na razie…

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Niestety, z żalem stwierdzam, że jako jedyny dotąd napisałeś opowiadanie sto procent w temacie, wziąwszy na barki trudność zadania, bez wymigania się. Oczywiście użyłeś drogi obejścia (wizje), ale bez takowej trudno byłoby cokolwiek stworzyć. A “niestety” i “z żalem”, bo jak dla mnie ty powinieneś wygrać. Pozostałe dotąd opublikowane opowiadania konkursowe mają oryginalne klimaty, ale to jest, że tak powiem… najbardziej poprawne. A do tego mocne i sugestywne. 

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Hola hola, konkurs jeszcze się nie skończył!

 

NeverEnd, nie sądzę, by ktoś napisał jeszcze coś lepszego.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Jest to dobrze napisane, ale po dokładnym przemyśleniu taki sposób narracji kuleje – zwłaszcza pod koniec, tak samo jak drastyczne sceny są wpychane na siłę. 

Nie można, po prostu nie można zakładać wieńca laurowego przed rozpoczęciem wyścigu, choćby to było arcydzieło ( a nie jest ). 

Na szczęście w demokratycznym kraju można wyrażać swoje zdanie, co też zrobiłam ;) Ja wieńca nie mam, Dzikowy go kitra ;) A jurorzy muszą jeszcze brać pod uwagę kwestię słuchowiska. Bardzo możliwe, że to opko na słuchowisko się nie nadaje. 

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

W opowiadaniu jest zbyt wiele nieścisłości, tak jak już pisałam wcześniej, z resztą nie tylko ja. Jeżeli chodzi o element fantastyczny – mamy Wizje. Nie wiem, czy można dodać do tego szybkie uczenie się czytania/pisania. I nigdy nie zrozumiem, jak nauczył się czytać, bo to niemożliwe. Nie mógł przemycać książek tak, żeby nikt tego nie zauważył.

I zgadzam się ze stwierdzeniem, że jest to bardziej dramat, niż horror. 

 

Nie rozumiem również, skąd ten szał na punkcie tego opowiadania. Cień pisał mnóstwo o wiele lepszych historii, które nie zostały docenione w takim stopniu. Ten tekst jest po prostu słaby i nielogiczny.

Wiadomo, że można.

Zgadzam się, że opowiadanie ma szanse na pierwsze miejsce, a przynajmniej na podium. Natomiast uważam, że ludzie mają tak różne pomysły, że może nie warto z góry zakładać, że nic lepszego się nie pojawi. Cień ma swój styl pisania i jest on bardzo przyjemny w odbiorze. Widać choćby po tym, jak szybko jego tekst znalazł się w bibliotece i dostał już kilka nominacji do piórka. Myślę, że może jednak warto przeczytać wszystkie opowiadania konkursowe, by móc z czystym sumieniem powiedzieć, że ten tekst jest najlepszy.  Poza tym jakieś pomysły muszą być (i mogą okazać się ciekawe i oryginalne), skoro kilka opowiadań jeszcze wisi na betaliście. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ależ oczywiście, że przeczytam wszystkie! I wtedy potwierdzę albo zaprzeczę swojemu zdaniu ;) Aj tam, nielogiczne, jest brutalnie, krwawo i niesprawiedliwie = świetnie.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Winter, ja mógłbym bronić tego tekstu własną piersią – jest świetny, ale o gustach się nie dyskutuje. Gdyby tak jednak delikatnie poprawić zakończenia (konstrukcja zdań) i jeszcze raz przemyśleć konieczność nauki czytania, a bohatera ukazać jako kompletnego obłąkańca… 

…to to by było już całkiem inne opowiadanie.

Jeśli chłopak wcześniej używał alfabetu Braille‘a, to przejście do normalnych liter powinno być mniej więcej tak skomplikowane, jak dla nas przeskok od przedszkolnych, kulfoniastych wersalików do dorosłych bazgrołów. Bohaterowi wystarczą “dwujęzyczne” tabliczki w ośrodku (jadalnia, tylko dla personelu, gabinet dyrektora itp.).

Babska logika rządzi!

NeverEnd No właśnie. Ale te szczegóły mają bardzo duże znaczenie. Jeżeliby się zastanowić nad kwestiami, które wymieniłeś i je zmienić/zlikwidować, to i mnie by się tekst podobał :)

Mocny i ciekawy tekst. Udało ci się – moim zdaniem – wczuć w rolę głuchoniewidomego, mimo że tak naprawdę pewnie to tak do końca nie wygląda, ale! dla czytelnika takiego jak ja jest przynajmniej zrozumiałe. No te Wizje trochę na doczepkę, ale finał elektryzujący :) Idę nominować.

Tylko nie "Tęcza"!

Może niech każdy poda w punktach, co mu się podoba w opowiadaniu Cienia, a co nie, co należy zmienić, co zostawić, a wtedy Cień siądzie i napisze wszystko od nowa, uwzględniając wszystkie gusty i życzenia.

Tylko czy wtedy Cień będzie mógł jeszcze powiedzieć, że to jego opowiadanie…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy – czemu “opowiadanie” a nie “opowiadania”? Lepiej napisać od razu kilka wersji, to wszyscy będą zadowoleni ;D albo przynajmniej większość.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Finkla: Helen Keller straciła wzrok i słuch w wyniku choroby. Tzn. wiedziała, że ludzie używają czegoś takiego jak język, i zaczęła uczyć się komunikacji w bardzo wczesnym wieku, dlatego jej się udało. Genie, dziewczynka, która widziała i słyszała normalnie, ale była pozbawiona jakichkolwiek interakcji z ludźmi do 13go roku życia, nie zdołała się nauczyć mówić nigdy.

Autor nie zaznaczył, że bohater może czytać Braille’a ani Lorma, bo wtedy byłby się w stanie komunikować z innymi opiekunami, i fabuła by się rozleciała. Możemy więc założyć, że nie umiał, a co za tym idzie nie myślał w kategoriach jakichkolwiek “słów”, więc nauczenie się tego w wieku dwunastu lat graniczy z niemożliwością.

Bardzo elektryzujący tekst, Cieniu. Udało Ci się obudzić we mnie bardzo dużo emocji.  Zgadzam się z pozostałymi, że stworzyłeś paskudny świat. Mimo że bohater nie widział ani nie słyszał (przez większość czasu= wszystko tu jest bardzo wyraziste.

 

Dwa brakujące przecinki:

słyszę jak się drze

słyszałem jak się zbliża

Panie D, tak, HK straciła wzrok i słuch w wieku kilkunastu miesięcy. Tak, pewnie do tego czasu czegoś się zdążyła nauczyć, jakieś ścieżki w mózgu powstały. Genie nie miała tyle szczęścia. Ale język migowy podobno udało jej się opanować. OK, czyli z mówieniem Cień pojechał. Inna sprawa, że chyba nie napisał, czy inni ludzie są w stanie zrozumieć, co protagonista mówi, czy tylko on to wie.

Nie, nie sądzę, że fabuła rozleciałaby się, gdyby bohater mógł się komunikować z opiekunami. Dzieci z domów dziecka zwykle mogą, a i tak wydarzają się różne paskudne historie. No bo komu wierzyć – głupiemu bachorowi czy opiekunowi z dyplomem? To przy optymistycznym założeniu, że dzieciak w ogóle komuś się poskarży.

Tak, Autor nie wspominał o Braille’u. O kilku innych rzeczach też nie, a mimo to już trze o granicę, przy której nie ma sensu robienie słuchowiska.

Obawiam się, że i Cień, i my bardzo niewiele wiemy o takich ośrodkach, jakie opisał Autor. Czego się w nich uczy dzieci? No, chyba komunikacja i wiedza o “normalnym” czy “dorosłym” życiu byłyby rozsądne. Jak toczy się życie w takich miejscach?

 

Edit: Cieniu, a może tak sam byś się odezwał, co?

Babska logika rządzi!

Nevazie, gdybyśmy wymogli na Cieniu napisanie kilku opowiadań, po jednym dla każdego niezadowolonego teraz użytkownika, to niewykluczone, że Cień, przerażony tą wizja, mógłby już na zawsze przestać chcieć pisać, a tego przecież nikt nie chce. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przypuszczam, że przeróbki dla Cienia nie byłyby takim problemem, jak zalew komentarzy pod jego tekstem. Teraz pewnie ma problem, by wszystkim odpisać, bo z tego co widziałam, jego komentarze są dosyć długie. ;) Obawiam się, że na odpowiedź będzie trzeba nieco poczekać i może się okazać dłuższa nić samo opowiadanie. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Cień na pewno napawa się moim stwierdzeniem, że napisał lepsze opowiadanie od wszystkich dotychczas opublikowanych. Dokłada nowe fanty na cieniowym ołtarzyku samouwielbienia.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Jak wspomniał Uradowańczyk – w tym wieku nawet odzyskawszy wzrok bohater niestety by nie widział i mimo odzyskania słuchu nie nauczyłby się mówić. Więc czytanie i mówienie mają rację bytu tylko jako element fantastyczny.

Ale poza tym napisane świetnie, wciągające i grające na emocjach. Podobało się.

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Edit: Cieniu, a może tak sam byś się odezwał, co?

Mówisz – masz!

 

O kurna, kurna, kurna… Człowiek zrobi sobie dzień e-trzeźwości, wraca, patrzy, a tu TYYYYYLE się dzieje. Ale to dobrze, wręcz świetnie. Wspaniale. A dyskusja pod tekstem – coś pięknego. I każde z Was zasługuje na co najmniej chwilę mojej uwagi, więc ją otrzyma.

(Trzy godziny później: piszę i piszę, starając się odpowiedzieć na wszystkie komentarze i uwagi i, kurna, nie wyrabiam. Co odświeżę stronę, to przekonuję się, że pracy mam coraz więcej i więcej.^^ Zajebista sprawa!)

 

Na początek – z pewnym żalem, nie ukrywam – zmuszony jestem zaznaczyć, że bycie “kumplem spod Pierzyny” Finkli oznacza coś zupełnie innego niż można by przypuszczać na pierwszy, drugi i nawet trzeci rzut oka.

 

A teraz chronologicznie:

 

Regulatorzy, tak jak Ty zaszczycasz mnie bogactwem, głębią i elokwencją swojego komentarza, tak mi zwyczajnie brakuje słów, by godnie Ci podziękować. Niemniej nie ustaję w staraniach.

 

Finklo, prawdę mówiąc jedyne, czego się bałem, to właśnie Twojej reakcji. Świadom bowiem jestem tego, jaki masz stosunek do horrorów, a sama dobrze wiesz, ile dla mnie warta jest Twoja opinia. Tym bardziej się cieszę, że znalazłaś w sobie dość samozaparcia, by mnie jednak przeczytać. A jeszcze bardziej, że lekturę odnajdujesz satysfakcjonującą.

I nie, nie mam pojęcia jaki świat jest naprawdę. Niemniej, jeśli nagle komuś tak bardzo zmienia się perspektywa jak mojemu bohaterowi, wydaje mi się, że może on sobie pozwolić na takie refleksje. Co wazniejsze – jemu najwyraźniej też się tak wydawało.

O Hellen Keller nie wiedziałem. Ale teraz już wiem i jestem pod ogromnym wrażeniem. Nawiązanie do niej to, że tak powiem, “strzał w dziesiątkę”; jej osoba bardzo wiele wniosła do dyskusji.

 

Adamie,

dziękuję za wiarę we mnie. Jak widać, doczekałem się nie tylko biblioteki, ale też nominacji do piórka i – co cieszy najbardziej – wielu usatysfakcjonowanych czytelników. Prawdziwa Magia!

 

SzuszkowyDziadku,

Dziękuję za komentarz, zwłaszcza tak miły, oraz za bibliotekę i nominację. To już o wiele więcej, niż spodziewałem się tym tekstem osiągnąć.

 

Blanche,

nigdy i nikogo nie przepraszaj za to, że masz dobre, wrażliwe serce i mówisz o tym, co dla Ciebie ważne. To nie było nie na temat i w żadnym wypadku nie musisz usuwać tego komentarza. Głupie, okrutne dzieci – Dzieci Kukurydzy, że sobie pozwolę na takie nawiązanie do klasyki – faktycznie potrafią zmrozić krew w żyłach i zasiać zwątpienie w pomysł, by bomby atomowe trzymać bezpiecznie w ruskich silosach. Ale dzieci w większości wypadków wyrastają z tego, często pewnie w ogóle nie mając świadomości własnego bestialstwa (choć w przytoczonym przez Ciebie przypadku ta linia obrony raczej nie ma szans się utrzymać), będącego niczym innym, niż odmianą zwykłej dziecięcej ciekawości świata. Osobiście znam takie przypadki, gdzie małoletni potencjalni psychopaci znęcający się nad zwierzętami wyrastają na osoby rodem wyjęte z pozytywnej definicji słowa “ludzki”. Z Mariami tego świata, nie koniecznie pielęgniarkami, problem jest natomiast taki, że są niereformowalne. I bardzo potężne. Mogą się stać dla kogoś prawdziwym horrorem; jeśli ktoś miał swoją Marię, zwłaszcza będąc dzieckiem, to wie, co mam na myśli.

Myślę, że w pewnym stopniu to właśnie one tworzą takie małe potworki na rowerach.

 

Gravel,

dziękuję za odwiedziny i opinię. Super, że Ci się podobało. I cieszcie się, dziewczyny, że sadystyczne pielęgniarki nie robią na Was wrażenia.

 

Winter,

I Tobie wielkie dzięki za odwiedziny i opinię. Rozpętałaś tu prawdziwą Burzę. I sama popatrz, ile ciekawych rzeczy z tego wynikło. Jedna z najciekawszych dyskusji, z jaką miałem tu do czynienia. I, co ważniejsze, sama popatrz jak bardzo zaangażowałaś tutejsze gremium w temat związany z konkursem i problemami głuchoniemych, tym samym walnie przyczyniając się do sukcesu głównego założenia konkursu – refleksji, jak wygląda życie bez tych dwóch zmysłów.

Postaram się teraz rozwiać Twoje zastrzeżenia co do samego tekstu i przedstawię własne – a to nie znaczy: słuszne – spojrzenie na poruszane kwestie.

 

“Zwyczajnie nie miałem możliwości poznać świata takim, jaki jest naprawdę i porównać go z moim – królestwem ciemności i ciszy, ale też krainą niesamowicie intensywnych zapachów i wyczuwanych opuszkami faktur i kształtów przedmiotów, które bezbłędnie potrafiłem odróżnić, ale ich nazwy i przeznaczenie pozostawały dla mnie tajemnicą.” – stanowczo zbyt długie zdanie.

A widzisz, nie. Dla mnie ze zdaniami jak ze stosunkiem – im dłuższe, tym lepsze;). Choć nie powiem, przeciwnikiem wartkiej akcji – nie tylko w literaturze – też nie jestem; wszystko zależy od sytuacji i ochoty. A ja akurat miałem ochotę na długi… długie zdanie. Choć to zapewne faktycznie źle będzie wyglądało z perspektywy Błaża i jego słuchowiska.

 

Skąd bohater mógł wiedzieć, ile ma lat? Myślę, że takie osoby nie postrzegają upływu czasu. Wydaje mi się również, że nie potrafią odróżnić snów od jawy, a jeśli już, to na pewno nie ma jasnej granicy, która by je rozdzielała.  W dodatku bohater wie, jak ma na imię jakaś kobieta i zdaje sobie sprawę, że jest pielęgniarką. A najdziwniejsze jest to, że podaje nam nazwę instytutu, w którym jest zamknięty.

Reg, Finkla, Miętus, Klapecjusz i inni już ładnie wszystko wyjaśnili, niemniej nawiążę jeszcze do tematu. Istnieją sposoby komunikowania się z osobami głuchoniewidomymi – jak choćby alfabet Lorma o którym wspomina Finkla i co ładnie sprecyzował Nevaz (przed napisaniem opowiadania zrobiłem reserch. Zresztą to chyba logiczne, że trzeba się jakoś komunikować z takimi osobami, w końcu to nie plankton). No, ale to już ustalono w drodze dyskusji. Jeśli chodzi o upływ czasu, to – abstrahując już od tego, czy osoby głuchoniewidome potrafią świadomie odczuwać owe zjawisko, przy czym jestem przekonany, że w tej materii niewiele różnią się od innych ludzi (a nawet jeśli nie, to przecież na pewno obchodzą święta, urodziny, etc) – bohater, choć nie wiedział ile naprawdę miał wtedy lat, z czasem przecież nadgonił wiedzę o świecie i życiu w stopniu, który pozwolił mu to określić przynajmniej w przybliżeniu. Podobnie ma się kwestia, skąd bohater wiedział, jak miały na imię pielęgniarki, lekarz i inni pacjenci, etc. Przestał być głuchoniewidomy i już w chwili, gdy mordował, miał zapas kilku lat, żeby się tego dowiedzieć i zrozumieć. Nie mówiąc już o tym, że nie wiemy, ile czasu upłynęło od opisanych zdarzeń do chwili, gdy bohater o nich opowiada. I ile jeszcze się w tym okresie nauczył, dowiedział i rozumiał.

Sny i jawa: Weź pod uwagę, że osoby głuchoniewidome w snach – bo na pewno jakieś sny mają, tak samo jak normalnie myślą, choć, siłą rzeczy, nieco innymi “kategoriami” (nie wiem, czy to dobre określenie); ich kalectwo tego nie wyklucza – nie widzą i nie słyszą, podobnie jak na jawie. Bo i jakim cudem ich umysły miałby imitować w podświadomości coś, czego nie zna ich świadomość? I z pewnością nie gorzej od Ciebie potrafią odróżnić, kiedy śpią, a kiedy nie. Jedno z drugim daje nam trzecie.

 

“Nie zamierzałem jednak im powiedzieć o tym, co się właśnie stało. Po pierwsze, sam nie mogłem w to uwierzyć, a po drugie, czułem, że na razie bezpieczniej będzie milczeć.” – w tym momencie bohater nie kontrolował jeszcze swojego daru, więc jak miał powiedzieć?

Jak wyżej – sposoby komunikacji z osobami głuchoniewidomymi istnieją.

 

w jaki sposób nauczył się czytać, będąc pod praktycznie całodobową obserwacją, nikogo o tym nie informując? Z resztą szybko mu poszło. No i drugą sprawę podkreślił Nevaz.

Nie wydaje mi się, żeby był pod całodobową kontrolą i obserwacją, w końcu to nie więzienie. Uczył się tego pewnie tak samo jak wszystkiego innego; potajemnie, po nocach albo zamknięty w kiblu, z uporem spiętrzającej się góry analizując niezrozumiałe informacje na podkradzionych gazetach. Gdzieś mógł podpatrzeć, jak ktoś czyta innym dzieciom albo nawet uczy je pisać i czytać – w końcu w takich ośrodkach bywają dzieci z różnymi wadami wzroku i/lub słuchu. Chcieć, to móc. A że niby szybko? Też się nie zgodzę. Po pierwsze, opowiadanie rozciąga się na lata, po drugie, zdecydowanie nie doceniasz ludzkich możliwości. Człowiek, jeśli jest naprawdę zdeterminowany, potrafi osiągnąć rzeczy, przy których samodzielne opanowanie sztuki czytania nie jest warte nawet wzmianki. Ty też samodzielnie nauczyłabyś się teraz zupełnie obcego języka od podstaw, zarówno w mowie jak i piśmie, gdybyś tylko miała takie życzenie. Zwłaszcza, że bohater jakoś potrafił się komunikować z otoczeniem, już wcześniej, co wyraźnie stoi w tekście: Oczywiście nie znałem imion ani swoich towarzyszy niedoli, ani naszych opiekunów, ale doskonale znałem kształty ich twarzy i zapachy. Miałem też sposoby, żeby się z nimi porozumieć, choć nie tylko te, których mnie tu nauczono. Specjalnie nie wgłębiałem się w to, jakie były te sposoby, żeby przypadkiem nie palnać czegoś głupiego, ale wiadomo, że alfabet Lorma, może nawet Braila jest w zasięgu osób głuchoniewidomych. Tak więc Finkla ma rację, że chłopak wcale nie musiał zaczynać od początku. Nie mówiąc już o tym, że cechuje się on jednak pewną inteligencją, co podkreślać miało miedzy innymi właśnie to, jak sobie radził z nauką.

Zdaje się, że odpowiedziałem tu też już na uwagi kilku innych osób. Nic nie szkodzi.

 

Miętusie,

Cieniu, w jednym miejscu masz: nie znałem imion ani swoich towarzyszy niedoli, ani naszych opiekunów.  A dalej: zostałem okrutnie ukarany przez Marię – pielęgniarkę.. To, w końcu, znał te imiona, czy? Wiadomo, że później, w wyniku wizji dowiedział się kilku rzeczy, jednak na przestrzeni wskazanego tekstu, tego nikt nie wie.

Opowiadanie jest, jak to zazwyczaj bywa, chronologiczne, więc wzmianka o tym, że bohater nie znał imion, tyczy czasów sprzed Wizji [a dla czepialskich dopowiem jeszcze, że sprzed czasów, kiedy nauczył się komunikacji z opiekunami. Na końcu zaś zmienię odrobinę ten fragment, bo sam widzę, że wymaga doprecyzowania. A limit mnie jeszcze puszcza ( a nawet pustynia ;)]

 

Nevazie,

dzięki serdeczne za dobre słowo i cenne uwagi. Odnośnie informacji o tym, skąd wiadomo, kiedy bohater nauczył się czytać, reg wyjaśniła już wszystko i to o wiele klarowniej niż ja bym potrafił.

 

Śpioszko,

miło, że wpadłaś. Bądź wytrwała w nieopiniowaniu samego tekstu, ale myślę, że niema przeciwwskazań, byś wzięła udział w merytorycznej dyskusji o poruszanych przezeń wątkach.

 

Klapencjuszu,

Tobie również dzięki za wizytę, ciepło słowa i mądre, niezwykle przydatne uwagi. I wybacz proszę – Ty, i wszyscy, których w swoim komentarzu traktuję niejako po macoszemu – oględność i minimalizm mojej odpowiedzi.

Co do mocy węchu, bohatera, to tutaj też ewidentnie przesadziłem, ale faktem jest, że u osób pozbawionych jednych zmysłów, inne rozwijają się znacznie lepiej niż u osób zdrowych. Są też przypadki ludzi, nawet w pełni funkcjonalnych, że tak powiem, którzy niektóre zmysły mają rozwinięte bardzo daleko poza to, co zwykło się uważać za ludzkie standardy. Tak więc może się okazać, że nie tak znowu wiele w tm motywie fantastyki.

 

Morgi, wybacz, ale to “się” jednak odpuszczę, a “ekstatyczność” zostawię. Jest to bowiem słowo, które idealnie mi tu pasuje.

I bardzo się cieszę, że opowiadanie przypadło Ci do gustu, i to aż w takim stopniu, by je nominować. Dziękuję.

 

Uradowańczyku,

dzięki za komentarz i istotną uwagę do dyskusji. Chciałbym przypomniec jednak po raz kolejny, że nie wiemy, ile minęło czasu od chwili pierwszych Wizji do momentu, w którym bohater o nich opowiada i jak bardzo rozwinął się w tym czasie, ile wiedzy zdobył i czego się nauczył. Widać, było tego dość, by potrafić już konkretnie opisać to, co wtedy przeżywał, nawet jeśli wtedy nie był w stanie tego interpretować. A nie był, o czym też jest w tekście. Uczył się wszystkiego od początku.

 

Bemik,

wg moi, również wszystko jest logicznie i racjonalnie uzasadnione. Nic, poza tym, co faktycznie fantastyczne, nie wydaje mi się nierealną bzdurą.

Dziękuję Ci za nominację, odwiedziny i dobre słowo. Przepraszam za lakoniczność.

 

Thargone,

bardzo, bardzo się cieszę, że w ten sposób patrzysz na moje opowiadanie. Dziękuje Ci za to. I masz tu, oczywiście, rację. Inna rzecz, że metody stosowane przez tego “superbohatera”… no cóż, nadają opowiadaniu kolejnego wymiaru.

 

Corcoranie,

nie wiem, czy Wizje są uproszczeniem. Na pewno nie miały nimi być – to był fundament opowiadania, które od początku w takiej mniej więcej formie powstało mi w głowie, tuż po tym, jak zagościły tam te dwa pierwsze zdania, do których dopasowałem całą wizję. Jeśli wyszło na to, że poszedłem z tematem na skróty, wielka szkoda. Ale na to już nic nie poradzę.

Ciszę się, że przezwyciężyłeś swoją słabość i niezwykle miło jest mi widzieć Cię poważnym (tylko nie przesadzaj z tym za bardzo). To dla mnie swoisty zaszczyt.

 

Panie D,

cieszę się, że wpadłeś, przeczytałeś, jesteś usatysfakcjonowany i zabrałeś głos w dyskusji. Podyskutujmy zatem.

No tak, skoro fantastyka to wszystko się może zdarzyć, wiadomo, tu liście mogą być niebieskie, a politycy uczciwi.

To chyba nie tak. Co innego, kiedy wszystkie totalne bzdury i dziwactwa świata przedstawionego usprawiedliwia się fantastyką czy magią, a co innego, kiedy jakiś element nadprzyrodzony jest po prostu wpisany w daną opowieść, tak jak w tym wypadku. Gdyby negować taki sposób tworzenia fantastyki, to równie dobrze można uznać cały gatunek za kupę bezwartościowych bzdur. Wyobraźmy sobie Władcę Pierścieni bez elfów, orków, Gimliego, pierścieni, Czarodziejów, balrogów, hobbitów i całej reszty.

Inna rzecz – i tu znowu się powtarzam – że bohater nie miał już dwunastu lat, kiedy opowiadał swoją historię. Był już dorosły (wiemy, że skończył co najmniej osiemnastkę) i miał całe lata na przyswojenie sobie wszystkiego. Tak więc poziom zaawansowania w wykorzystywaniu swoich zdolności nie jest tutaj elementem fantastycznym, bynajmniej. Myślę, że mogę ten komentarz spokojnie rozciągnąć również na odnotowane poniżej uwagi NeverEnda.

 

c21h23no5.enazet, powiem zarówno Tobie jak i wszystkim, którzy zabrali głos w dyskusji o wkładaniu mi kłującego zielska na głowę, że jakkolwiek rozstrzygnie się ten konkurs, ja swoje i tak już w nim wygrałem. Co prawda uważam za mocną przesadę wkładanie koszulki na niedźwiedzia, że sobie uadekwatnię pewne przysłowie, ale jest mi tak niezmiernie i nieskończenie przyjemnie po Twoich słowach, że chyba nie umiałbym tego skomentować, nie uciekając się przy tym do uzasadnienie zaakcentowanych słów powszechnie uznawanych za wulgarne i/lub całowania rączek. A – jak wiemy – i jedno i drugie z pewnych perspektyw źle by mogło wyglądać. Tak więc nieporadnie sobie pomilczę, modląc się w duchu, by me oblicze niezbyt widoczną oblało się purpurą. (Mam nadzieję, że – biorąc pod uwagę moją, widoczną choćby w tym komentarzu, tendencję do gadulstwa – cisza ta jest dostatecznie wymowna).

 

NeverEnd, raz jeszcze.

Jest to dobrze napisane, ale po dokładnym przemyśleniu taki sposób narracji kuleje – zwłaszcza pod koniec, tak samo jak drastyczne sceny są wpychane na siłę.

O niczym takim mi nie wiadomo. Ale w sumie co ja tam wiem – jestem tylko autorem. ;)

Nie no, serio. Zamysł jaki był, taki został zrealizowany. Choć wiadomo, że gotowy produkt zawsze różni się od prototypów.

 

Winter, raz jeszcze.

Nie rozumiem również, skąd ten szał na punkcie tego opowiadania. Cień pisał mnóstwo o wiele lepszych historii, które nie zostały docenione w takim stopniu. Ten tekst jest po prostu słaby i nielogiczny.

Ja też nie wiem. I boję się zgadywać. Czy tekst jest słaby – to Wy wiecie lepiej ode mnie. Niemniej przed zarzutem o nielogiczność będę go bronił rencami i nogami.

 

OŚWIADCZENIE OFICJALNE:

Nie napisze opowiadania raz jeszcze. I nie przerobię tego, przykro mi.

Nie dość, że nie mam na to czasu, to jeszcze przerabianie tekstów słabo mi wychodzi (kto nie wierzy, niech zajrzy do mojej wersji Dziadka Leona). Ponadto zwyczajnie nie widzę potrzeby przerabiania tego opowiadania. Wszystkim nie dogodzę, niestety. Ba! Nigdy sam sobie swoim pisaniem jeszcze nie dogodziłem. Niemniej, póki sam nie widzę błędów logicznych w tym, co napisałem, a na przejmowanie się całą resztą brak mi sił i czasu, zostanie tak jak jest.

 

Tenszo,

dziękuję za komentarz i nominację. Bardzo się cieszę, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. Kolejna wielka nagroda dla mnie.

 

Mr_D,

Autor nie zaznaczył, że bohater może czytać Braille’a ani Lorma, bo wtedy byłby się w stanie komunikować z innymi opiekunami, i fabuła by się rozleciała. Możemy więc założyć, że nie umiał, a co za tym idzie nie myślał w kategoriach jakichkolwiek “słów”, więc nauczenie się tego w wieku dwunastu lat graniczy z niemożliwością.

Owszem, Autor dał do zrozumienia, ba! – jasno stwierdził, że istniał jakiś sposób komunikacji między bohaterem a otoczeniem, o czym zresztą już pisałem pół pierdyliarda znaków wcześniej. I komunikował się z nim. Tyle, że pewne rzeczy trzymał w sekrecie.

Co do Genie, to jest ona tak naprawdę jednym przypadkiem z wielu. Jeśli zajdzie potrzeba, to przewertuję internety i poszukam innych, podobnych, celem zweryfikowania, czy tak jest z każdym podobnym przypadkiem. jestem jednak przekonany, że nie. Wszystko zależy od wielu różnych czynników; inteligencji danego dziecka, stopnia prawidłowego rozwoju psychofizycznego, etc. Zapewne fakt, że Genie – w przeciwieństwie do mojego bohatera – wychowała się z dala od ludzi i cywilzliacji, jest jednym z nich. Kolejna kwestia, że są na przykład dzieci głuche od urodzenia, którym wszczepiono implanty umożliwiającymi słyszenie. Takie dzieci, z tego co kojarzę, ale za co nie dam sobie nawet paznokcia złamać, są w stanie sobie przyswoić mowę. Generalnie – nie ma co generalizować.^^

 

A co do milczenia względem poczynań siostry Marii czy woźnego, to kolejny cytat: tutaj nie tylko ściany są ślepe, głuche i nieme.

I nie chodzi nawet o to, że dzieciaki myślą w kategoriach: uwierzą mi czy nie. Dla nich to po prostu naturalne. Tak od zawsze wyglądał ich świat. No i do tego dochodzi wpajany przez całe życie strach i przekonanie, że to one, dzieci, są złe i zasługują na to, co je spotyka, a Siostry Marie są władzą, z którą się nie dyskutuje. To naprawę tak wygląda.

 

Reg,

nie martw się. Założenie, że mógłbym chcieć przestać pisać jest równie prawdopodobne co Wolna Ukraina.

 

Morgiano,

Przy­pusz­czam, że prze­rób­ki dla Cie­nia nie by­ły­by takim pro­ble­mem, jak zalew ko­men­ta­rzy pod jego tek­stem. Teraz pew­nie ma pro­blem, by wszyst­kim od­pi­sać, bo z tego co wi­dzia­łam, jego ko­men­ta­rze są dosyć dłu­gie. ;) Oba­wiam się, że na od­po­wiedź bę­dzie trze­ba nieco po­cze­kać i może się oka­zać dłuż­sza nić samo opo­wia­da­nie. ;)

skąd wiedziałaś? No skąd?

 

Naz,

Cień na pewno napawa się moim stwierdzeniem, że napisał lepsze opowiadanie od wszystkich dotychczas opublikowanych. Dokłada nowe fanty na cieniowym ołtarzyku samouwielbienia.

No, no, aż tak, to nie. Jak się rzekło, jest mi niezmiernie miło w związku z tym, co napisałaś – choć populistycznie muszę zaznaczyć, że każdy jeden komentarz bez wyjątku sprawił mi przyjemność, nawet te nieprzychylne – niemniej Cieniu nie doznaje zgubnego uczucia samouwielbienia nigdy. Zdecydowanie za cień-ki jest na to.

 

AlexFagus,

Dziękuję i cieszę się, że masz tak wysoką opinię o opowiadaniu (znacznie wyższą od mojej). Bardzo mi to schlebia.

 

Jak wspo­mniał Ura­do­wań­czyk – w tym wieku nawet od­zy­skaw­szy wzrok bo­ha­ter nie­ste­ty by nie wi­dział i mimo od­zy­ska­nia słu­chu nie na­uczył­by się mówić. Więc czy­ta­nie i mó­wie­nie mają rację bytu tylko jako ele­ment fan­ta­stycz­ny.

Podkreślę to jeszcze jeden, ale to już ostatni, raz, przysięgam – Hero uczył się wszystkiego przez długie lata, a nie chop siup, mam dwanaście lat i urządzam reczitale. Warto zauważyć jeszcze, że były to lata życia, w których mózg wciąż jest bardzo chłonny, a jego miał naprawdę dobre smarowanie. Weźcie poprawkę też na to, że “umiem czytać i pisać”, to stwierdzenie, które może – i to zasadnie – przypisać do siebie prawie każde dziecko siedmioletnie, a nieraz i młodsze. Ale czy to znaczy, że są w tej sztuce biegłe i nie robią błędów? Nie, oczywiście, że nie. Dukają, mają tendencję do zgadywania wyrazów na podstawie pierwszych sylab, mylą się. Ale potrafią. Nie demonizujcie więc na siłę tego tematu.

 

Dobra, koniec, przynajmniej na razie. Dzięki Bogu chociaż za to!

 

Podsumowując: Jeszcze raz, zbiorczo, dziękuję za zainteresowanie opowiadaniem, za WSZYSTKIE, zwłaszcza… wszystkie^^, komentarze, oraz za arcyciekawy, pouczający i barwny dyskurs, którego – jak dotąd – byłem niemal niemym świadkiem. Za wszelkie nominacje, to tu, to tam, dziękuję osobno.

Mam nadzieję, że po tylukrotnym powtórzeniu tego pięknego słowa – dziękuję – jeszcze cokolwiek w moich ustach znaczy.

 

Na koniec przepraszam wszystkich za nieprawdopodobny rozmiar i prawdopodobnie mizerną jakość tego komentarza – mam już mętlik we łbie.

Mam też nadzieję, że w jakimś stopniu wyjaśniłem powszechne wątpliwości i nikogo przy tym nie uraziłem.

 

Peace!

 

P.S.

Tak, Morgi, miałaś rację; komentarz jest nieznacznie dłuższy od samego opowiadania.

Ech…

No cóż, na swoją obronę mam tylko to, że sami mnie sprowokowaliście.^^

 

EDIT:

Byłem ciekaw, czy portal łyknie takiego molocha. Łyknął, niestety. No nic, kiedyś w końcu napiszę komentarz, którym się zadławi. :)

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Uff… 

<Cieszę się że się nie gniewasz>

Nie biegam, bo nie lubię

Dziękuję, za poświęcenie mi 1/3 komentarza :) Serio, nie sądziłam, że napiszesz aż tyle. Pozdrawiam. 

Brrr, teraz to ty bierzesz zbyt poważnie żarty… ;< 

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Cholera, zapomniałem o Zygfrydzie;

Dzięki za komentarz i nominację. Cieszę się, że tekst zrobił na Tobie aż takie wrażenie i wywołał tyle emocji.

 

Peace!

 

EDIT:

Corcoranie,

a niby za o miałbym się gniewać?

 

Winter,

Nie ma za co. Zresztą mniejsza o objętość. Ważniejsze, czy coś Ci ten komentarz dał?

 

Naz,

Eeee, chyba jednak nie. Czy tak? Nie, jednak nie. Słowo Zucha, że nie. jak Boni dydy… Ech, i zaś zaczynam o cyckach… Nie, po prostu. Nie wysuwaj, proszę, takich zarzutów, bo ołtarzyk Cieniowego samouwielbienia gotów się rozpaść pod ich naporem.

 

EDIT II:

I już widzę, że napisałem jeden wielki błękit bełkot. Nic, uciekam, póki jeszcze mogę.

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Oj, Cieniu, nie ufam sobie na tyle, by brać udział w dyskusji, bo mogłabym się zagalopować i zapędzić z komentarzami za daleko. A strasznie się swoją rolą (pierwszą taką w życiu) przejmuję :)

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Tego nie wiem, ale wiem, że w takich sytuacjach bywa różnie

:) 

Nie biegam, bo nie lubię

Poznałam Twoje zdanie, więc tak, pomógł. 

Cieniu Burzy

Narracja w pierwszej osobie w przypadku tego opowiadania jest trudna. Otrzymujemy bohatera głuchoniemego. Do czasu pierwszych wizji jego świat jest światem zapachów. Ale potem kiedy dostrzega pierwszy, drugi, trzeci… Widzi ogromną ilość przedmiotów i czuje się bardzo zagubiony (tego mi trochę brakowało, ale rozumiem – limit znaków)

Bohater także słyszy, słyszy rozmowy personelu i z nich może nauczyć się nazw danych przedmiotów. I tu pojawia się problem. Jeżeli wyobrazimy sobie ośrodek z głuchymi dziećmi to pracownicy na pewno nie mówią; to jest obiad, zupa, lampa, stół. Oni mogą ewentualnie rozmawiać na dane tematy i sądzę, że będą zupełnie niezrozumiałe, a w rozmowach mogą ewentualnie powtarzać się imiona. (Jeżeli nie znasz chińskiego) To tak jakbyś znalazł się w chińskim barze w Chinach i jeden Chińczyk bełkotałby do drugiego. Nie nauczysz się w ten sposób języka. 

Oczywiście to jest fantastyka i nasz bohater może wszystko. 

Kolejna rzecz nauka pisania. Jak to zrobił? Ile mógł widzieć liter…

Ale przejdę do meritum.

Narracja jest trudna ponieważ opisujesz otoczenia i sytuacje jak zupełnie zdrowa osoba, a nie człowiek który przez dwie trzecie życia był głuchoniemy. 

Gdyby jednak  ten skok w czasie był większy i wspominał to nie osiemnastoletni chłopak, a osoba trochę starsza tekst nabrałby wiarygodności.

W każdym razie, ja tu trochę posiedziałem i analizowałem, a nawet zdarzyło mi się o opowiadaniu pomyśleć. 

Mimo, że tekst wydaje mi się niedoskonały, zalety przygniatają wady jak Chodkiewicz Szwedów :)

 

 

Cieniu, macie rację z Finklą, że element zastraszenia mógłby odegrać tu swoją rolę, nie wziąłem tego pod uwagę. W takim razie zostaje sprawdzić, czy faktycznie osoby głuchoniewidome OD URODZENIA to nie plankton, i że faktycznie jest możliwe opanowanie przez nie języka w jakiejkolwiek formie.

Jeśli tak, to nie ma problemu, nauczyć się tłumaczyć z jednych znaków na inne – da się zrobić.

Jeśli nie, to pytanie, czy dwunastolatek, który nie miał styczności z żadną formą języka, będzie go samo w stanie opanować. Dziecko głuche od urodzenia może nauczyć się czytać, więc nauczy się języka przed krytycznym okresem, to nie jest to samo, co dwunastoletnie dziecko nie myślące żadnym językiem, które ma raptem przyswoić go samo. To jest wg mnie bardzo mało prawdopodobne, jeśli nie niemożliwe. Jeśli znajdziesz dowód na to, że jest inaczej, to oczywiście cały mój wywód trafi szlag.

Po Twoim komentarzu widzę wyraźnie, że wierzysz i w to, że głuchoniewidomi od urodzenia są w stanie opanować język, i w to, że nawet gdyby nie opanowali, to w wieku 12lat nadal mogą to zrobić, zgadza się? W takim razie nie jest to świadomy zabieg “ufantastycznienia” (jak wizje). Ergo, jeśli w obu punktach się mylisz, to był to zwykły babol, nie fantastyka, tak?

 

Nie wierzę… No to pojechałeś, Cieniu z tym komentarzem. Na jego czytaniu zeszło mi się około dwudziestu minut. Nieznacznie przekroczyłeś objętość opowiadania, a już sądziłam, że będzie co najmniej dwa razy dłuższy. ;) Nie ma za co dziękować, cała przyjemność po mojej stronie.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Śpioszko,

ja też bardzo poważnie traktowałem swój jurorski debiut. A i każdą następną okazję do wcielenia się w tę cholernie trudną rolę, zamierzam potraktować nie mniej poważnie. Tak więc doskonale Cię rozumiem. I poczekam cierpliwie na Twoją opinię.

 

Corcoranie, o mnie i moje reakcje możesz być spokojny – mam dość rozumu, by przyjmować krytykę i dać jej posłuch, jeśli odnajduję ją słuszną, ale prawdopodobnie jestem już zbyt głupi, by się nią jakoś specjalnie przejmować.

 

Winter, cieszy mnie to niezmiernie.

 

NeverEndzie; Panie D,

zacznę od tego:

Narracja jest trudna ponieważ opisujesz otoczenia i sytuacje jak zupełnie zdrowa osoba, a nie człowiek który przez dwie trzecie życia był głuchoniemy. 

Gdyby jednak  ten skok w czasie był większy i wspominał to nie osiemnastoletni chłopak, a osoba trochę starsza tekst nabrałby wiarygodności.

Nigdzie nie jest powiedziane, że te wydarzenia opisuje osiemnastolatek. Równie dobrze mogą to być wspomnienia starca, który nie dwie trzecie swojego życia, a zaledwie jego ułamek był głuchoniewidomy. Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że mając osiemnaście lat, potrafił czytać. Mógł więc mieć całe życie na to, żeby dowiedzieć się czym jest lampa jarzeniowa albo jak nazywa się babka w białym kitlu, która w dzieciństwie wsadzała mu termometr do tyłka.

Czy w miejscu, które jest jednocześnie domem, szkołą i placem zabaw dla wielu dzieci w różnym wieku i z różnymi rodzajami oraz stopniami zaawansowania ułomności, naprawdę wydaje wam się takie nierealne, że można nauczyć się, a przynajmniej zdobyć podstawy, mówienia, pisania i czytania? obserwować inne dzieci podczas nauki, potem skroić na noc jeden czy drugi podręcznik albo elementarz. Przecież nikomu w ośrodku nie powstałoby nawet w głowie, że bohater go sobie przywłaszczył, żeby się z niego uczyć. Zawieruszyła się makulatura i tyle. W końcu się znajdzie. Dla mnie nie ma w tym żadnej fantastyki. Zwłaszcza, jeśli jest się osobą dosyć nietuzinkową; sprytną, inteligentną i potrafiącą doskonale wykorzystywać swoje atuty, a w dodatku ma się na naukę całe lata.

Zresztą z nauką mówienia jest tutaj tak samo jak u każdego człowieka. Wyłapujemy z otoczenia wszystkie możliwe słowa, a ich znaczenie i zastosowanie samo przychodzi z czasem. Te, których nas uczono – mama, tata, jebać konfidentów – przychodzą łatwiej i szybciej, ale pozostałe w końcu też w nas wsiąkają. Różnica jest taka, że mózg nastolatka jest o wiele bardziej rozwinięty niż mózg małego dziecka, więc i tempo uczenia inne. Kwestią jest przestawienie się z dotychczasowego sposobu myślenia, ale człowiek bardzo szybko i łatwo się adaptuje, więc i tu nie widzę problemu. A w każdym razie fantastyki.

Gdybym wpadł do chińskiej restauracji, to faktycznie nic bym nie zrozumiał. Jednak, gdybym wylądował na całe lata w Chinach, w końcu nauczyłbym się języka. A gdyby mi zależało, to i pismo bym ogarnął, nawet bez pomocy. To wcale nie jest niemożliwe. Bardzo, może nawet ekstremalnie trudne, ale do zrobienia.

Zupełnie inną kwestią jest to, czy faktycznie w tym wieku można się jeszcze nauczyć wszystkiego od podstaw; rozumienia, mowy, pisania i czytania. Dla mnie oczywistym wydaje się, że tak, choć nie wiem tego na pewno i mogę się mylić. Niemniej są ludzie, którzy znają po kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt języków; są ludzie, którzy potrafią dokonywać w ciągu sekundy trudniejszych obliczeń matematycznych niż ja bym potrafił w ogóle wymyślić; są ludzie z pamięcią fotograficzną, ze słuchem absolutnym i jest nasza Reg z wbudowanym detektorem błędów i idiotyzmów… Więc dlaczego ludzie nie mięliby być zdolni do zaadaptowania się w nowym świecie i nadrobienia takich zaległości językowych? Nawet jeśli nie wszyscy – wszak niektórzy obdarzeni kompletem zmysłów nigdy nie nauczyli się po lódzku pisać, a ja sam, mimo całej swojej rzekomej elokwencji, namiętnie kaleczę i wieśniaczę język – to wielu, na pewno.

W takim razie zostaje sprawdzić, czy faktycznie osoby głuchoniewidome OD URODZENIA to nie plankton, i że faktycznie jest możliwe opanowanie przez nie języka w jakiejkolwiek formie.

Tak, osoby głuchonieme od urodzenia można nauczyć np. alfabetu Lorma. Dzikowy w temacie konkursu podał link do stronki, gdzie można znaleźć całkiem sporo na ten temat.

 

A więc, odpowiadając na pytanie Mr_D:

Po Twoim komentarzu widzę wyraźnie, że wierzysz i w to, że głuchoniewidomi od urodzenia są w stanie opanować język, i w to, że nawet gdyby nie opanowali, to w wieku 12lat nadal mogą to zrobić, zgadza się? W takim razie nie jest to świadomy zabieg “ufantastycznienia” (jak wizje). Ergo, jeśli w obu punktach się mylisz, to był to zwykły babol, nie fantastyka, tak?

Tak. Wierzę w to głęboko. Zarówno w jedno jak i w drugie. I tak, jeśli się mylę, to opowiadanie leży. A ja razem z nim.

Niemniej, tutaj jest kilka ciekawych historii. Pierwsza z brzegu; Oxana z Ukrainy. Wychowywana przez kilka lat przez psy. Wyostrzyły jej się zmysły, co dowodzi mojej tezy o niesamowitych zdolnościach adaptacyjnych, a potem nauczyła się ludzkiej mowy. Co prawda miała osiem lat, kiedy ją znaleziono, uczyła się kilka lat i zapewne z pomocą armii nauczycieli i pedagogów, ale, jak widać, da się. Inna rzecz, że Oxana skończyła w psychiatryku. Niektóre opisane przypadki zdziczałych dzieci też średnio albo wcale nie pasują, czy wręcz obalają moje założenia, ale są i takie, które je potwierdzają. Do tego poprawka na fakt, że Ośrodek Opieki to nie dżungla, a tworzący go ludzie to nie wilki, małpy czy gazele, i obrona nie ma więcej pytań.

Tak czy inaczej nie naprawdę nie uważam tego motywu opowiadania za fantasy.

 

Morgi,

ano, że pojechałem. Ale zasłużyliście sobie nań wszyscy. Głupio by mi było nie odpowiedzieć Wam jak należy.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu:

Oksana wyrzucona z domu w wieku 3 lat? To na pewno opanowała do tego czasu podstawy gramatyki jakiegoś języka. Przeczytałeś co to jest Hipoteza Okresu Krytycznego? Podasz jeden przykład dziecka, które w wieku 12 lat opanowało język nie znając wcześniej żadnego, wtedy obalisz tę hipotezę.

 

Z linka, który podałeś, może nam się przydać ta książka:

Książek Małgorzata: „Dziecko głuchoniewidome od urodzenia", 2003.

Ale nie znalazłem w internecie żadnych fragmentów, jak ją namierzę gdzieś to będziemy mogli wrócić do tematu.

Z tego co znalazłem, np. to:

http://tpg.org.pl/mojapraca/FILES/files/kontent/pokl_2_10_0/malymi_krokami.pdf

Książka wymienia 8 ludzi, którzy sprawnie funkcjonują w społeczeństwie, żadna nie była głuchoniewidoma całkowicie i od urodzenia. Jest tam też fragment o ludziach, którzy nie opanowali żadnego języka, ale niezbyt jednoznaczny.

 

No chyba, że Twój bohater nie był głuchoniewidomy całkowicie i od urodzenia (bo to raczej rzadkość), ale i tak temat jest interesujący na tyle, że warto to sprawdzić.

Wasza dyskusja o głuchoniewidomych jest merytoryczna, ale czy na pewno powinna uderzać ciągle w kompetencje okołoopowiadaniowe Cienia? ;> Fantastyka ma być logiczna, ale to wciąż fantastyka. To wciąż tylko wyobrażenie stanu, którego nigdy nie doświadczymy.

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Czyli fantastyka to tylko fantastyka? Nie aż fantastyka?

Hm.

Wolałbym jednak nie sprowadzać kwestii przyswajalności języka do czystej fantastyki, bo nie taki był mój zamysł. Jednakowoż, jeśli ktoś uważa, że to jedyna “racjonalna” opcja na wyjaśnienie tego zagadnienia, to wzbraniał takiej interpretacji oczywiście nie będę.

Tak, czytałem o Hipotezie Okresu Krytycznego i, prawdę mówiąc, niewiele ona do tematu wnosi. Po pierwsze dlatego, że jest tylko hipotezą. Po drugie, stanowi ona, cytuję za Wikipedią:

Hipoteza Okresu Krytycznego (ang. Critical Period Hypothesis) to hipoteza dotycząca przyswajania języka sformułowana przez amerykańskiego językoznawcępsychologa Erica Lenneberga (1921 – 1975), który jako pierwszy zauważył, że istnieje określony okres na przyswojenie języka. Lenneberg stwierdził, że jeśli nabycie języka nie nastąpi przed zakończeniem okresu dojrzewania, nigdy nie będzie możliwe jego przyswojenie w pełni funkcjonalnej formie.

Okres dojrzewania u chłopców przypada mniej więcej między jedenastym a dziewiętnastym rokiem życia, więc tutaj HOK staje po mojej stronie, jako że bohater Wizji zaczął uczyć się, że tak powiem, w pierwszym stadium, okresu dojrzewania i robił to przez lata, przypadające właśnie na ten okres – ergo, mieści się w założeniach Hipotezy.

Dalej, wciąż w haśle o HOK, mamy wzmiankę o Genie. Jednakże i z niej nie wynika nic jednoznacznego:

Okazało się, że dziewczyna nie była w stanie nauczyć się całkowicie języka, jednakże specjaliści nie są zgodni co do stopnia przyswojenia mowy, jaki osiągnęła Genie.

Tak więc nauczenie się języka w jakimś stopniu, mimo wszystko, jest możliwe. A w jakim? Moim zdaniem, a także zdaniem przeciwników HOK (wciąż to samo źródło):

Przeciwnicy Hipotezy Okresu Krytycznego wskazują, że zarówno w tym przypadku, jak i w innych podobnych, dziecko rzadko dorasta w przyjaznym środowisku zbliżonym do warunków domowych i że niepowodzenie w przyswojeniu języka w późniejszym okresie może być skutkiem dorastania w nieodpowiednich warunkach, a nie konsekwencją braku kontaktu z językiem.

zależy to od indywidualnych warunków bytowania dziecka w pierwszych latach życia. A bohater Wizji, te warunki miał, mimo wszystko niezgorsze, przynajmniej patrząc na całą rzecz z perspektywy możliwości rozwoju; w końcu całe życie miał kontakt z ludźmi, z którymi nauczył się komunikować – nadal wierzę, że można się porozumiewać z głuchoniewidomymi, niezależnie od tego, w jakim stopniu i od jakiego okresu życia dotknęło ich to kalectwo (a jeszcze mocniej nie wierzę, że nie można); zapoznane materiały mnie w pełni przekonują). Do tego dochodzi element, przy którym również zamierzam się twardo upierać: indywidualne zdolności rozwojowe każdego człowieka i poziomy wszystkich możliwych inteligencji, wg Howarda Gardnera, znacznie bardziej do mnie przemawiająca niż klasyczne badanie poziomu IQ.

Prawdopodobnie nie znajdę konkretnego przykładu definitywnie obalającego Hipotezę Okresu Krytycznego, i zdaje się wcale nie muszę, bo poniekąd przemawia ona na moją korzyść. Ponadto zebrane poszlaki, w tym właśnie HOK, wystarczają mi w zupełności, by trwać przy swoim zdaniu. No i wreszcie, medal ma dwie strony: ja nie jestem w stanie obalić HOK, ale też nikt na świecie nie jest w stanie dowieść jej prawdziwości. Do tego bowiem trzeba by przebadać wszystkich co do jednego przedstawicieli gatunku Homo Sapiens, a to jest nierealne już choćby z tego względu, że większość z nas jest na ten eksperyment za stara i wychowana w “nieodpowiednich” warunkach, tj, wśród ludzi i dobrobytów tak zwanej “cywilizacji”.

Ergo, pozostaję przekonany o tym, że założenia “Wizji”, nie będące oczywistą fantastyką, są jak najbardziej realne.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

“nadal wierzę, że można się porozumiewać z głuchoniewidomymi, niezależnie od tego, w jakim stopniu i od jakiego okresu życia dotknęło ich to kalectwo (a jeszcze mocniej nie wierzę, że nie można); zapoznane materiały mnie w pełni przekonują).“

 

A mógłbyś zacytować te materiały odnośnie głuchoniewidomych? Poza linkiem do okładek książek?

 

Tak, HOK to tylko hipoteza, tak samo jak teoria ewolucji to tylko teoria.

To, że nie można jej zweryfikować, wcale nie wpływa na jej naukowość. Zdania “Święty Mikołaj nie istnieje” też nie zweryfikujesz, możesz to tylko sfalsyfikować, znajdując gościa z brodą, który w ciągu roku objeżdża na saniach z reniferami i rozdaje dzieciom prezenty. Wierzysz w niego?

Wikipedia jest bardzo optymistyczna w swoim założeniu. Spotykałem się z okresem krytycznym do 6ciu lat, do 9ciu lat, do 12 lat, zależnie od źródła, pierwszy raz słyszę o 19stu latach.

Poza Genie masz przykład głuchego chłopca, który wychowywał się w “normalnym” środowisku, ale dopiero w wieku 15 lat dostał aparat słuchowy:

http://ruccs.rutgers.edu/~karin/550.READINGS/Grimshaw_DeafIsolate.pdf

I tak jak Genie, nie opanował języka w takim stopniu, żeby układać takie zdania jak Twój bohater. Wiadomo, że tutaj jest wiele czynników: stopień opanowania języka, indywidualne możliwości, środowisko, ale wiek też jest jednym z nich. Dlatego zakładając całkowitą deprywację bodźców językowych do 12go roku życia, musiałby być BARDZO uzdolniony i mieć IDEALNE warunki do nauki, żeby opanować język w takim stopniu, by być narratorem tego opowiadania. Obawiam się że uczenie się po nocy bez nauczyciela/terapeuty to nie są idealne warunki.

A mógłbyś zacytować te materiały odnośnie głuchoniewidomych? Poza linkiem do okładek książek?

Da.

Weźmy to opracowanie. Albo to. Fachowe materiały opublikowane przez ludzi, którzy mają do czynienia z osobami głuchoniewidomymi na co dzień, a które zgłębiałem – choć nie wnikliwie – pisząc Wizję. Dla mnie to więcej niż dosyć.

 

Nie wydaje mi się, żeby porównywanie Świętego Mikołaja; mitu, który ma powszechnie znane źródła, było adekwatne do Hipotezy Okresu Krytycznego. Teorię Darwina też można naukowo potwierdzić lub obalić. Chyba już to zrobiono, choć spory, wszczynane głównie przez środowiska religijne, trwają nadal, ale nie jestem w temacie, więc nie wiem. Z HOK jest ten problem, że z wszystkich żyjących obecnie plus siedmiu miliardów ludzi, wystarczyłoby znaleźć jedno wybitnie uzdolnione dziecko, zdolne w pełni opanować język (nauka pisania to już potem fraszka), by ostatecznie legła w gruzach. To, choćby najbardziej nieprawdopodobnym przypadkiem, jest możliwe. Natomiast dowiedzenie słuszności tej teorii już nie, bo trzeba by mieć przebadane sto procent całej populacji i wciąż otrzymywać wynik negatywny.

 

Wikipedia jest bardzo optymistyczna w swoim założeniu. Spotykałem się z okresem krytycznym do 6ciu lat, do 9ciu lat, do 12 lat, zależnie od źródła, pierwszy raz słyszę o 19stu latach.

Wikipedia mówi tylko o “wieku dojrzewania”. Ja określiłem ten wiek na 11-19 lat, oczywiście grzebiąc wcześniej w Internetach. Ze szkoły pamiętam natomiast, jakoby męska część populacji rozwijała się nawet do dwudziestego pierwszego roku życia (wtedy ponoć przestajemy rosnąć).

Tak czy inaczej, skoro – jak sam mówisz – HOK nie ma jednej, ściśle ustalonej definicji, tym bardziej trudno mi brać ją pod uwagę jako argument w dyskusji.

Wdając się w szczegóły, mógłbym zauważyć, że chłopiec z Twojego przykładu był o te kilka lat starszy niż mój bohatejro, a to – przy tak cienkiej, a jednocześnie płynnej granicy HOK – też nie jest bez znaczenia.

Wiadomo, że tutaj jest wiele czynników: stopień opanowania języka, indywidualne możliwości, środowisko, ale wiek też jest jednym z nich. Dlatego zakładając całkowitą deprywację bodźców językowych do 12go roku życia, musiałby być BARDZO uzdolniony i mieć IDEALNE warunki do nauki, żeby opanować język w takim stopniu, by być narratorem tego opowiadania. Obawiam się że uczenie się po nocy bez nauczyciela/terapeuty to nie są idealne warunki.

Masz rację i jeszcze sporo racji. Niemniej, pamiętajmy, że nie znamy dokładnego wieku bohatera, w chwili, kiedy zaczęły się Wizje. On zakłada, że miał dwanaście lat. Ale mógł mieć mniej. Albo i więcej. Mógł być też geniuszem-samoukiem (kreowałem go na postać zdecydowanie ponadprzeciętną, czego dowodem miało być właśnie tempo, w jakim się uczył nowego świata i adaptacji w nim).

Generalnie, stoimy na tym, że nie da się z absolutną pewnością stwierdzić, że taki rozwój wypadków jest niemożliwy. Bardziej niż bardzo mało prawdopodobny, być może – tego też nie jesteśmy tak naprawdę w stanie określić – ale, oczywiście teoretycznie, nie niemożliwy. A jeśli coś nie jest niemożliwe, to jest możliwe.

 

Kurna, genialna dysputa, Panie_D. Choćby dla niej warto było napisać “Wizje”.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu,

Twoje Wizje są mroczne, koszmarne i cholernie sugestywne. Bardzo dobry tekst, choć zupełnie nie w moim klimacie. Nie lubię ludzkiej krzywdy, a dziecięca powoduje u mnie nagły wzrost adrenaliny. Zupełnie nie potrafię powiązać osoby niepełnosprawnej ze złem, ale rozumiem dlaczego protagonista się tak zachował. Wierzę, że są miejsca i ludzie, którzy udają, że nie widzą i nie słyszą, pewnych rzeczy, by nie zrobić tego co Twój bohater.

Gratuluję Wizji i ukrytej przekornie fantastyki. Opowiadanie jest wiarygodne, a jednak można odnaleźć w nim prawdziwy cud, który zmienił się w koszmar i ludzkie przekleństwo.

Zawiesiłeś strasznie wysoko poprzeczkę. Mało kto sięgnie miejsca, gdzie pojawia się cień burzy;)

Pozdrowienia dla autora i wszystkich, których temat poruszył równie mocno jak mnie.

em

empatia

Dobrze napisane, ciekawe zakończenie. Plus za fajne przedstawienie percepcji głównwgo bohatera. Zabrakło mi trochę jakiegoś wyjaśnienia, skąd wzięły się wizje.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Cieniu, też mi się podoba dyskusja:)

Faktycznie, bohater mógł mieć mniej lat niż myślał.

Obroniłeś.

 

Niemniej argumenty, których używałeś, nie zawsze były słuszne:)

 

Linki, które podałeś, wyjaśniają, jak porozumieć się z osobą, która zna już język. Moje pytanie brzmi: jak można nauczyć języka osobę głuchoniewidomą, która nawet nie wie, że coś takiego jak język istnieje? Brzmi to tak, jak byś stukał komuś Morsem po głowie, aż wreszcie się go nauczy. Oczywiście mogę się mylić, i istnieje jakaś magiczna metoda, tylko się do niej nie dogrzebałem.

 

Jeszcze tylko z tą naukowością, choć to trochę temat na inną dyskusję. Teorii ewolucji też nie da się zweryfikować (tzn. sprawdzić pozytywnie) – bo jak? Poczekasz 500 tysięcy lat, żeby sprawdzić, jak się dostosują do warunków takie a takie zięby? Jakby się dało, mówilibyśmy “Niepodważalna prawda ewolucji”. Nauka tak nie działa. Generalnie od czasów Karla Poppera miarą tego, czy twierdzenie jest naukowe czy nie, jest raczej falsyfikowalność (sprawdzalność negatywna), nie weryfikowalność. To, czy teoria ewolucji da się sfalsyfikować, też nie jest takie oczywiste, ale jeśli poszczególne twierdzenia tej teorii są falsyfikowalne (a są), to wystarczy, żeby teoria była uznana za naukową.

Tak czy siak, HOK jest falsyfikowalna – znajdziesz trzydziestolatka, który nauczy się pierwszego języka od zera, będzie po zawodach. Więc spełnia jak najbardziej kryteria naukowości. Jeśli nie przyjmujesz tej hipotezy za naukową, to teorii ewolucji tym bardziej nie powinieneś, bo w pewnym sensie ta ostatnia jest mniej naukowa.

To, czy okres krytyczny kończy się w wieku 6ciu, 12stu, czy 19stu lat, to już sprawa drugorzędna. Ciężko to określić dokładnie, bo ile masz dzieci, które nie nauczyły się do późna języka? Na razie próba jest więc dosyć mała, z czasem takich przypadków pewnie trochę przybędzie. Póki co nie znalazłem nigdzie wzmianki o dziecku >12lat, które nauczyło się pierwszego języka w stopniu natywnym. Tylko przez małą próbę HOK nie jest zbyt dobrze skorobowana (? corroborated), bo mniej okazji było do jej falsyfikacji – w przeciwieństwie do teorii ewolucji, której niesłuszności od 150lat nikomu nie udało się dowieść, choć, jak zauważyłeś, niektóre środowiska usilnie próbują.

“Nie istnieje święty Mikołaj” to też falsyfikowalna. nieweryfikowalna hipoteza. Więc jeśli twierdzisz: HOK to TYLKO hipoteza, to równie dobrze możesz wierzyć w świętego Mikołaja.

Empatio,

ja również pozdrawiam Ciebie i dziękuję za tak piękne, mocne słowa.

Ale z tym:

Zawiesiłeś strasznie wysoko poprzeczkę. Mało kto sięgnie miejsca, gdzie pojawia się cień burzy;)

to jednak zdecydowanie przesadziłeś. Jest tu wielu lepszych i dużo lepszych ode mnie. I chwała Bogu, bo przynajmniej jest co czytać i jest się od kogo uczyć.

 

Wickedzie G, prawdę mówiąc sam też nie jestem zwolennikiem tego typu niedopowiedzeń, ale mam cichą nadzieję, że w tym wypadku bez większego bólu można przyjąć, że to po prostu jedna z tych niewytłumaczalnych rzeczy, jakie zdarzają się ludziom, jak na przykład temu gościowi, który słyszy w głowie komunikaty z cb radio, a nawet potrafi na nie odpowiadać, gadając po prostu w przestrzeń (lata temu było o nim w tv, więc możliwe, że to bzdura). Dzięki za odwiedziny, przeczytanie i dobre słowo.

 

Mr_D,

 

Niemniej argumenty, których używałeś, nie zawsze były słuszne:)

Oczywiście, że nie. “Dzięki Bogu nie jestem Bogiem, więc mam prawo się mylić.“ /J.A./

 

Linki, które podałeś, wyjaśniają, jak porozumieć się z osobą, która zna już język. Moje pytanie brzmi: jak można nauczyć języka osobę głuchoniewidomą, która nawet nie wie, że coś takiego jak język istnieje? Brzmi to tak, jak byś stukał komuś Morsem po głowie, aż wreszcie się go nauczy. Oczywiście mogę się mylić, i istnieje jakaś magiczna metoda, tylko się do niej nie dogrzebałem.

Ja, prawdę mówiąc, też nie. Ale wrócę jeszcze do Helen Keller, choć już bardziej jako “ciekawostki” niż faktycznego argumentu. Wg informacji na tej stronie, straciła wzrok i słuch mając dziewiętnaście miesięcy, a więc zdążyła opanować już kilka najprostszych słów i, prawdopodobnie, “nauczyła się myśleć słowami“, a to niemal całkowicie wykluczą ją z dyskusji o tym, jak nauczyć porozumiewania osoby głuchoniewidome od urodzenia. Jednakże warto by się tu może skupić na Ann Sullivan, nauczycielce Heleny, i metodzie, za pomocą której nauczyła ona głuchoniewidomą dziewczynę (wg źródła, Helen miała prawie siedemnaście lat, gdy trafiła pod opiekę Ann) języka. Tak jak pisała już Finkla, Ann wsadziła dłoń Heleny do wody i cierpliwie wystukiwała słowo “woda” alfabetem Lorma na jej dłoni, aż dziewczyna zrozumiała o co nauczycielce chodzi. Potem w ten sam sposób uczyła ją nazw innych przedmiotów, aż, krok po kroku, Helena doskonale opanowała alfabet Lorma. Następnie Keller nauczyła się jeszcze Brajla i TADOMA (czytania z ruchu warg za pomocą dotyku), a w końcu – mówić. Biorąc pod uwagę fakt, że Helen wygłaszała liczne przemówienia, trzeba chyba przyjąć, że opanowała sztukę mówienia w stopniu nie gorszym od przeciętnego człowieka, a przecież musiała zacząć się jej uczyć na długo po osiągnięciu wieku podpadającym jeszcze pod HOK.

Krótko, myślę, że mamy tu, nawet jeśli nie jednoznaczne odpowiedzi na to, jak porozumiewać się z ludźmi głuchoniewidomymi od urodzenia – bo w ten sam sposób, moim zdaniem można nauczyć Lorma każdego – oraz dowód, że HOK jest błędna (gdyby to był faktyczny dowód, faktycznie już dawno byłoby po zawodach. A może ktoś ją przegapił albo świadomie pomija? inna rzecz, że fakt, iż Helen nie uczyła się mówić od zera, bo miała półtora roku na przyswajanie mowy nic nie zmienia, gdyż większość “dzikich dzieci” miała na to znacznie więcej czasu), to przynajmniej wyraźne wskazówki, czego się trzymać.

 

Falsyfikalność… szczerze mówić, nie miałem o tym pojęcia. Bardzo interesująca sprawa.

 

Poczekasz 500 tysięcy lat, żeby sprawdzić, jak się dostosują do warunków takie a takie zięby?

Nie, nieśmiertelność jakoś mnie nie bawi.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Miałem na myśli poprzeczkę w konkursie;) Sam próbuję sił w konkurencji, ale już widzę, że do pewnego poziomu nie doskoczę. Tak sobie myślę, że musiałbym napisać opowiadanie od nowa, żeby chociaż zobaczyć cień Cienia Burzy;)

Cholera, na jakiej wysokości widoczny jest cień burzy?!:)

empatia

Cieniu,

W tym linku ktoś się musiał walnąć z tymi 17stymi urodzinami. Zobacz, że urodziła się w 1880 roku, a w 1888, już razem z Ann Sullivan, poszły do Instytutu Perkinsa dla Niewidomych w Bostonie. Angielska wiki też podaje, że miała 7 lat, kiedy Ann została jej nauczycielką, tak samo tu:

http://www.afb.org/info/about-us/helen-keller/biography-and-chronology/biography/1235

Dorwę tę książkę o dzieciach głuchoniewidomych od urodzenia, to się dowiem dokładnie jak to jest.

 

Wielkie dzięki za dyskusję.

D.

Empatio,

więcej wiary. Wnosząc z Waszej reakcji na “Wizje”, chyba po prostu muszę oswoić się z faktem, że napisałem dobry tekst. Ale konkurs trwa, prac przybywa i są wśród nich perełki – generalnie, robi się coraz ciekawiej. Może Jury ma zupełnie inne oczekiwania co do realizacji założeń konkursowych, albo inny, np. Twój (co – znając Twoje pióro – i wrodzoną empatię, wcale by mnie nie zdziwiło), tekst spodoba się im o wiele bardziej, może Błaż uzna, że łatwiej byłoby zrobić słuchowisko z książki telefonicznej niż z “Wizji” – generalnie jest milion powodów, dla których “Wizje” wcale nie są skazane na zwycięstwo ani nawet “zawyżające poziom konkursu”.

 

Cholera, na jakiej wysokości widoczny jest cień burzy?!:

Żeby się przekonać, wystarczy się schylić i uważnie patrzeć pod nogi.

 

Faktycznie, Panie D, ktoś musiał się majtnąć. To by przynajmniej wyjaśniało, dlaczego przypadek Helen nie doprowadził do upadku HOK, i to jeszcze przed jej sformułowaniem. Ciekawi mnie natomiast, w jakim faktycznie Helen była wieku, kiedy nauczyła się mówić.

Kiedy już dorwiesz tę książkę, koniecznie daj znać, czego się z niej dowiedziałeś. Mam nadzieję, że Dzikowy i/lub Prezes Towarzystwa Pomocy Głuchoniemym, również znajdujący się w Jury, będą uprzejmi pochylić się nad tematem i pomogą nam rozwiązać zagadkę.

Generalnie, ogromny szacuken za zaangażowanie w temat i widoczną gołym okiem chęć zdobywania wiedzy i zrozumienia.

 

Z głębokim pokłonem,

Cień Burzy

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

A mnie tam ruszają Marie pielęgniarki, bo zawsze jestem pełna podziwu ile w ludziach potrafi być bezinteresownego okrucieństwa. Zwłaszcza jeśli to okrucieństwo względem istot tak bezbronnych jak dzieci (czy jak tu dzieci głuchoniewidome!). Opowiadanie bardzo mi się podobało, a niejasności… no cóż, przeczytałam o nich w komentarzach. Moim zdaniem wyjaśnienia Cienia są satysfakcjonujące, choć może nie powinnam się wypowiadać skoro nic nie zauważyłam :P. Powiem więc, że bardzo wciągnął mnie świetnie budowany klimat. Niemniej dyskusja zaiste frapująca.

Pozdrawiam ;).

Trzeba Dzikowemu podziękować za pomysł zaangażowania użytkowników strony w ten konkurs. Sprowokował kilka naprawdę świetnych tekstów :3.

Emteri, wykonaj proste działanie matematyczne. Zsumuj rzeczywistą liczbę słów w swoim komentarzu, a potem pomnóż je przez bezwzględną wartość zajebistości każdego z nich. Iloczyn, w przybliżeniu do trzeciego miejsca po przecinku, będzie równy ilości pokłonów i uśmiechów, które Autor winien jest swojej Czytelniczce.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Melduję, że przeczytałam. Smutna i twarda ta opowieść. Nie do końca mnie przy tym przekonała, ani pod względem wytycznych konkursu, ani treści w ogóle. Domyślam się tylko, jak trudno musi być opisywać coś z perspektywy kogoś, kto nie widzi i nie słyszy, jednak za wiele widzę tu wrażeń, które do tych zmysłów się odnoszą – jeszcze zanim bohater zaczął mieć Wizje.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Cześć, Jose, cieszę się, że zajrzałaś.

 

Co do wytycznych konkursu, to zasadniczo są na tyle obszerne, że ciężko to w ogóle prowadzić na ich temat polemikę. Niemniej zgadzam się, że tekst, mówiąc delikatnie, nie do końca nadaje się na “materiał promocyjny” Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym.

Co do drugiego zarzutu, to nalegam na konkretne przykłady. Inaczej Twoja uwaga zupełnie nic mi nie daje. Sam bowiem niczego takiego nie dostrzegam. Może to wynika z faktu, że historia jest opowiedziana z perspektywy faceta, który już teraz jest “w pełni rozwinięty”, więc zwyczajnie potrafi opisać własne doświadczenia i przeżycia z tamtych czasów, a ja, jako autor, przyjąłem to za oczywistość i umyka mi coś oczywistego. Nie wiem, pomóż.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Wiesz, to jest raczej odczucie niż konkret. Jeżeli rzeczywiście mówimy tu o opisywaniu przeszłości z perspektywy bohatera, który miał czas pewne rzeczy poznać, to w sumie nie ma się co czepiać. Ale jak np. pisałeś o szamponie truskawkowym dla dzieci, to nie mogłam nie pomyśleć, skąd głuchoniewidomy trzynastolatek z zakładu zna różnicę między szamponem dla dzieci i dla dorosłych i czy wie, czym są i jak pachną truskawki. Wiem, to zakrawa na czepialstwo, bo nie da się opisać pewnych rzeczy inaczej niż, no, używając słów, ale niektóre szczegóły skłaniały mnie właśnie do myślenia w ten sposób – “a skąd on to wie, jak to poznał“?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

W takim razie – chcąc nie chcąc – musisz przyjąć mój punkt widzenia albo po prostu skreślić opowiadanie. Przy czym szczególnej Twojej uwadze polecam jedne z najpiękniejszych słów świata: “Ja nic nie muszę!”.

Jeszcze raz dzięki za odwiedziny i komentarz. Ciężko uznać go za negatywny, więc w swojej bezczelności uznam, że jest pozytywny.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dobra, zakładam, że narrator opowiada to np. po wielu latach/na starość, kiedy poznał i nauczył się interpretować więcej i stąd potrafi opowiadać niemal tak dobrze jak… CieńBurzy. ;) Czy byłby w stanie  – nie widząc ani nie słysząc od urodzenia – nauczyć się języka/pisma/bla, bla, bla? Zapewne nie, ale co z tego? Czy u Pratchetta nie pojawił się przemawiający do świadomości karabin maszynowy? Czy Ciri nie mogła przenosić się w czasie i przestrzeni używając jedynie siły woli? Czy stado jedynych Matek Boskich nie mieszka w obrazach, lecząc od czasu do czas chorego dzieciaka, podczas gdy miliony innych maluchów umierają z powodu głodu i kiepskich warunków sanitarnych? Podejrzewam, że autor jest na tyle świadomy, że pewna niespójność/nielogiczność/odrealnienie są zostawione w tekście świadomie (wybacz Cieniu, nie czytałem komentarzy, nie mam czasu na kolejne cztery opowiadania…;)). I mi owe nielogiczności o dziwo w tym tekście nie przeszkadzają, kupuję je, zaznaczając, że tekst zrobił na mnie wrażenie. 

Sorry, taki mamy klimat.

Poddaje się, nie czytam komentarzy. :)

Mam mieszane uczucia, bo z jednej strony podoba mi się opisywanie świata węchem i dotykiem, ale z drugiej – to nagłe słuchowidzenie… no Daredevil jak w pysk strzelił (i umie czytać!).:) Choć w sumie taka koncepcja jest pokrzepiająca, szczególnie dla dzieci z ośrodka. I teraz zastanawiam się, czy bohater jest faktycznie superbohaterem, czy może wszystko sobie wymyślił, żeby wytłumaczyć morderstwo. Tak czy inaczej, nieźle Ci wyszło, Cieniu.

Sethrealu, na swój pokrętny sposób jakoś wybroniłem te wszystkie kontrowersje i nielogiczności. Co nie zmienia faktu, że ich fantastyczna interpretacja absolutnie w niczym mi nie przeszkadza. Grunt, że nie trąci to totalną, grafomańską bzdurą.

Bardzo się ciesze, że tekst zrobił na Tobie wrażenie. Dzięki serdeczne za wizytę i komentarz.

 

Rooms, Ciebie również bardzo miło mi gościć. Daredevil to przy moim bohaterze cienias.^^ Słuchowidzenie, chcąc nie chcąc, trzeba zwalić na święte prawo przypadkowości, mówiące że “generalnie, to shit się happens”. Jeśli możesz, to nie traktuj tego jednak jako “motywu wepchniętego do opowieści na siłę”, a raczej odwrotnie – gdyby nie Wizje, nie byłoby “Wizji”. Byłaby tylko nieopowiedziana historia o kalekim chłopcu, jednym z wielu, mieszkającym w miejscu, które czasem bywa Piekłem.

 

I teraz zastanawiam się, czy bohater jest faktycznie superbohaterem, czy może wszystko sobie wymyślił, żeby wytłumaczyć morderstwo.

Na to pytanie odpowiedzi narzucał Ci nie będę – wybierz taką, która bardziej Ci odpowiada.

 

Dziękuję za komentarz i odwiedziny.

 

Przyjęcie, z jakim spotkało się to opowiadanie, jest tak dalece odmienne od tego, o czym w ogóle mógłbym marzyć zasiadając do pisania, że zasadniczo samo w sobie stało się kolejną, fantastyczną opowieścią.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ekscytujące, zdecydowanie wciąga. Podoba mi się język, sposób w jaki formułujesz opisy dotyczące wrażeń węchowych i czuciowych. Spodziewałam się nieco więcej dreszczyku, ale opowiadanie jest godne uwagi; ma w sobie nutkę czegoś drażniącego i z małymi pazurkami, które wczepiają się w umysł mieszaniną niepokoju i prostego pytania: A jak ty zachowałbyś się w sytuacji głównego bohatera?

 

Pozdrawiam i chyba z ciekawości sięgnę do Twoich innych tekstów, Cieniu Burzy ;).

Ech… I pomyśleć, że ludzie naprawdę brzydzą się pająków…

 

Arachne, naprawdę piękny komentarz. Pozwolił mi odkryć w moim własnym opowiadaniu coś nowego; spojrzeć na nie pod nieco innym kątem. Sam bowiem nie stawiałem sobie wcześniej tego pytania. I chyba nie chciałbym na nie odpowiadać, nawet sam przed sobą.

Muszę przyznać, że teraz to nawet ja czuje się nieswojo myśląc o “Wizjach”. Co gorsze, teraz będzie wodzić mnie na pokuszenie, żeby przekleić Twoje pytanie do przedmowy.

Dziękuję.

 

Jeśli tylko masz czas i ochotę, to oczywiście zapraszam w moje skromne progi. Ostrzegam jednak, że to raczej miszmasz gatunków, stylów i jakości. Niemniej o zupełną grafomanię nikt mnie jak dotąd nie oskarżył, więc jest szansa, że w każdym opowiadaniu znajdziesz dla siebie coś interesującego.

 

Jeszcze raz wielkie dzięki za odwiedziny i naprawdę bezcenny komentarz.

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, świetny tekst. 

Udało Ci się ukazać myśli, uczucia, emocje chłopca w tak wyrazisty i przekonujący sposób, że zrobiło mi się go żal; współczułem mu czytając o rodzicach, którzy być może go porzucili, o jego stosunku do tej sprawy (”skoro ja nie mogłem usłyszeć ani zobaczyć ich, wydaje się całkiem w porządku, że teraz oni też nie mogą zobaczyć ani usłyszeć mnie”). Mimo, że miałeś ograniczoną możliwość posługiwania się obrazami, świat postrzegany przez głównego bohatera za pomocą zapachów, czy emocji, jest nader sugestywny, tak iż czytelnik bez problemu do niego przenika. Szczerze przyznam, że nie spodziewałem się, że tekst pójdzie w kierunku mroków jeszcze głębszych, niż samo zaburzenie widzenia: w kierunku przemocy, nienawiści, gniewu, zemsty. Końcówka jest dosadna i stanowi swoiste katharsis. A ostatni akapit eskaluje i tak już silne emocje.

Gratuluję opowieści pełnej wrażliwości.

 

Komentarze przejrzałam, ale przeczytać takiej ilości, mimo chęci, nie sposób. :)

Po pobieżnym przejrzeniu wydaje mi się jednak, że będę w lekkiej opozycji do większości pozostałych czytelników. 

Bardzo ładnie i sprawnie napisane opowiadanie, chociaż przyznam, że kilka razy utknęłam na tym zdaniu: 

Zwyczajnie nie miałem możliwości poznać świata takim, jaki jest naprawdę i porównać go z moim – królestwem ciemności i ciszy, ale też krainą niesamowicie intensywnych zapachów i wyczuwanych opuszkami faktur i kształtów przedmiotów, które bezbłędnie potrafiłem odróżnić, ale ich nazwy i przeznaczenie pozostawały dla mnie tajemnicą.

Może to jakaś moja czytelnicza ułomność, ale wydaje mi się ono mocno zagmatwane.

 

Mam wrażenie, że główne założenie konkursowe potraktowałeś marginalnie i pretekstowo. Oczywiście, główna trudność konkursu polegała na tym, że trudno nam się wczuć w osobę, która nie widzi i nie słyszy. Logicznie i zapewne słusznie skupiłeś się na zmyśle węchu, ale – według mnie – trochę powierzchownie. 

 

Zapach człowieka bardzo wiele mówi o nim samym. Można z niego wyczytać nie tylko charakter danej osoby, ale także jej emocje, pragnienia i zamiary, co bardzo się przydaje, gdy nie ma się praktycznie żadnej możliwości obrony.

Ludzie właściwie nie mieli dla mnie tajemnic. Potrafiłem wyczuć, kiedy ktoś jest rozgniewany, przestraszony lub szczęśliwy, choć akurat ten ostatni bukiet zapachowy był raczej rzadkością w moim „domu”. Wiedziałem też, kogo i co – a czasem także, dlaczego – boli, kto jest chory, głodny lub zmęczony.

Szybko i bezbłędnie nauczyłem się interpretować subtelne zmiany zapachów i odpowiednio na nie reagować. Kiedy ktoś był smutny, pocieszałem najlepiej jak potrafiłem, a gdy był zły – schodziłem mu z drogi. Płakałem, wyczuwając czyjeś łzy, a jeśli powietrze pachniało szczęściem, sam też zacząłem się uśmiechać. No i, co najważniejsze, wiedziałem których ludzi unikać, a z którymi można się zaprzyjaźnić. Orientowałem się, komu trzeba pomóc i do kogo się zwrócić, kiedy sam potrzebowałem wsparcia.

Czytając powyższe akapity miałam wrażenie, że po prostu kilka razy powtórzyłeś mi to samo w nieco inny sposób.

 

Bohater zaczął mieć przebłyski widzenia i słyszenia w wieku 12-13 lat, a po paru latach samodzielnej nauki posługiwał się tymi zmysłami całkiem sprawnie. To jest raczej niemożliwe. Element fantastyczny? Nie przekonuje mnie to w tym przypadku, bo nie mam innych śladów (oprócz nazwy portalu, na którym opowiadanie zamieściłeś) by było to opowiadanie fantastyczne.

Więc, jeżeli chodzi o mój odbiór, samo założenie tekstu jest nieprawidłowe.

Głuchoniewidomość była oczywiście podstawowym założeniem konkursu ale według mnie mało do Twojego tekstu wniosła. Do mocnej końcówki równie dobrze mogła tu prowadzić inna droga.

 

Ale napisane elegancko.

domku, kłaniam się nisko i bardzo głęboko. Dziękuję za wizytę i komentarz. Kolejna ciekawa,wartościowa opinia. Cóż więcej mogę dodać?

 

Żeby nie było: Oszko, Twoją opinię cenię sobie również. Dziękuję za wizytę, obszerny komentarz i dobre słowo o stylu.

O pomijanie komentarzy nie mam żalu, bynajmniej. Ja też wymiękłem przy tych pod Twoją “Osadą”.

Teraz trochę polemiki, czyli esencja całej debaty, która miała tu miejsce.

Bohater zaczął mieć przebłyski widzenia i słyszenia w wieku 12-13 lat, a po paru latach samodzielnej nauki posługiwał się tymi zmysłami całkiem sprawnie. To jest raczej niemożliwe. Element fantastyczny? Nie przekonuje mnie to w tym przypadku, bo nie mam innych śladów (oprócz nazwy portalu, na którym opowiadanie zamieściłeś) by było to opowiadanie fantastyczne.

Zastanawiam się nad tym, co dokładnie masz w tym miejscu na myśli? Jeśli chodzi o same Wizje (akt widzenia i słyszenia), na co wskazywałaby dosłowna interpretacja Twoich słów: “a po paru latach samodzielnej nauki posługiwał się tymi zmysłami całkiem sprawnie“ to są one motywem jak najbardziej fantastycznym. Zwróć proszę uwagę na ten fragment:

Przy tej okazji, trochę głupio ryzykując, odkryłem, że nawet kiedy mam Wizję, to oczy i uszy pozostają martwe.

Jeśli chodzi Ci natomiast o to, jak dobrze bohater za ich pomocą nauczył się interpretować otaczający go świat, w komentarzach odbyła się długa debata o realności wszystkich motywów nie będących stricte fantastyką (tj Wizjami jako takimi) i – rozkopując różne źródła, hipotezy naukowe, przykłady zaczerpnięte z życia, etc. – ustaliliśmy z Mr_D, że zasadniczo nie jest niemożliwe, by dziecko w tym wieku przyswoiło sobie jeszcze mowę w stopniu natywnym, zwłaszcza, jeśli wcześniej miało jakikolwiek kontakt z językiem. A mój bohater miał, co też nie jest dowiedzionym sci-fi; z przeprowadzonego przez nas śledztwa wynika, że więcej wskazuje na to, iż dziecko głuchonieme nawet od urodzenia można nauczyć komunikacji ze światem, np. za pomocą alfabetu Lorma.

Wiele też rozbija się tu o inteligencję i zdolności poznawcze dziecka. Taka na przykład Helena Keller, choć była głuchoniewidoma od dziewiętnastego roku życia, nauczyła się nie tylko Lorma, ale też Brajla i TACAMA, a potem mówić. Co więcej, jako działaczka społeczna jeździła po świecie i wygłaszała przemówienia, więc opanowała język bardzo dobrze. Nie wiem dokładnie w jakim wieku przyswoiła tę umiejętność, ale wychodzi mi na to, że też już mając naście lat (komunikacji ze światem zaczęła uczyć się w wieku siedem czy ośmiu lat, a mówić “kilka lat później”).

Keller była jednostką wybitną, ale mój bohater też – co próbowałem ukazać między innymi właśnie przez to, że ogarnął sztukę mówienia, a nawet czytania (co też, mimo trudnych warunków jest, w mojej ocenie, możliwe, zwłaszcza w miejscu, gdzie na co dzień uczy się przecież tej sztuki dzieci z uszkodzeniami wzroku i/lub słuchu o różnym stopniu zaawansowania. Chcieć, to móc ;) – nie jest w ciemię bity. Ludzki umysł nie do takich cudów jest zdolny. I bohater nie koniecznie miał 12-13 lat, kiedy wszystko się zaczęło. To są tylko jego przypuszczenia, w rzeczywistości mógł być młodszy.

Inna rzecz, że mógłbym po prostu odpuścić i przesunąć czas pierwszych Wizji o kilka lat. Tyle, że okres dojrzewania pasował mi do schematu, a teraz, po całej tej fantastycznej debacie, i po tym jak udało mi się w miarę racjonalnie wybronić własne stanowisko, byłoby to po prostu niepoważne.

 

Jeśli chodzi o to, jak tekst wypada wobec założeń konkursowych, w polemikę się nie wdaję. Podobnie w kwestii tego, ile głuchoniewidomość wniosła do samego opowiadania – te zagadnienia pozostawiam ocenie Jury i Czytelników. Od siebie mogę powiedzieć tylko, że od samego początku taką właśnie miałem… no cóż, wizję, na to, jak ugryźć temat konkursu. Nic tu nie jest na doczepkę ani “na siłę”.

 

No i proszę, masz telegraficzny skrót wszystkich komentarzy, dzięki którym problemy osób głuchoniewidomych zostały przybliżone nam wszystkim dosyć dogłębnie. A to przecież w tym wszystkim najważniejsze.

 

Czytając powyższe akapity miałam wrażenie, że po prostu kilka razy powtórzyłeś mi to samo w nieco inny sposób.

Jest taka opcja, jednak ja wolę myśleć o tym po prostu jak o rozwinięciu tej pierwszej, krótkiej myśli.

Natomiast to zdanie, które nie podobało się ani Tobie, ani Winter… Tekst raczej zyska niż straci, jeśli je zmienię, więc nie zawaham się tego zrobić.

Mam nadzieję, że powyższy “wykład” przynajmniej w punkcie “elementy fantastyczne w opowiadaniu” zmienił Twój odbiór tekstu.

Dzięki raz jeszcze i serdecznie pozdrawiam.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

O k…wa, już miałem ziewać, kiedy zakatowałeś Marię i było wiele radości.

 

Skupienie na zapachu – plus.

Wizje/słyszowidzenie jako supermoc ze snów – plus.

Trochę niewiarygodne opanowanie mowy i pisma samodzielnie, w ośrodku ze stałą opieką – minus.

 

Gdyby nie mocna końcówka, tekst byłby nijaki. A tak… Robi wrażenie :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Masakra. To znaczy, takie mocne, znaczy – świetne. Brawo.

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

Przy tej okazji, trochę głupio ryzykując, odkryłem, że nawet kiedy mam Wizję, to oczy i uszy pozostają martwe.

Tak, to zdaniem, któremu – muszę przyznać – nie przypisałam odpowiedniej wagi, nieco zmienia znaczenie tekstu i doświadczeń bohatera. Dyskusji nie czytałam i nie przeczytam, bo zwyczajnie nie mam na to czasu, sam tekst i jego założenia mnie jednak wciąż nie przekonują i akurat to zdanie tego nie zmieniło (a właściwie czuję się przekonana jeszcze mniej). Trudno. Jeśli zdanie miałabym sobie wyrabiać na podstawie dyskusji, która objętością przekroczyła tekst wielokrotnie, no to nie byłoby chyba w porządku. ;)

 

Oczywiście, nie twierdzę, że mam rację. Przy czytaniu tekstu się nie nudziłam, a że nie jestem tak zachwycona jak wielu innych czytelników – tak wyszło po prostu.

Z mojej strony to chyba będzie wszystko. :)

Fishu, Melu – dziękuję bardzo. Psycho, opieka to nie nadzór czy kontrola. I możesz wierzyć mi na słowo, że dzieciaki w tego typu placówkach, jeśli są dostatecznie sprytne, mają ogromne pole do popisu.

Oszko, ależ ja Cię nie nakłaniam do czytania komentarzy, ani tym bardziej do weryfikacji opinii o opowiadaniu na ich podstawie. Po prostu nie jesteś pierwszą osobą z tego typu wątpliwościami. Odbyła się na ten temat cała debata, której konkluzje Ci skrótowo przedstawiłem.

Podczas pisania starałem się nie popaść w niedorzeczność, ale być może faktycznie za bardzo balansowałem na jej krawędzi. Zastanowię się jeszcze nad tym, czy aby nie odsunąć się od niej nieco. Ale dopiero po rozstrzygnięciu konkursu.

 

Raz jeszcze dzięki wszystkim za wizytę.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

No – przeczytałem. 

 

Ogólnie rzecz biorąc, opowiadanie jest fajnym dreszczowcem. Dzieje się coś brzydkiego, ktoś robi coś złego tym, którzy robią coś brzydkiego. Całość jest sprawnie napisana.

Wydaje mi się natomiast, że eksperyment językowy powinien pójść w stronę stworzenia opisu świata za pomocą raczej kryteriów cech, aniżeli nazw wyrażonych rzeczownikami. 

Chyba na minus, w kontekście publikatora, należy zaliczyć – skądinąd ciekawą – dyskusję naukową, która sugeruje przyjęcie, że w opowiadaniu raczej nie mamy do czynienia z elementem nadprzyrodzonym, a raczej zbiegiem okoliczności.

 

Ze swojej strony w ramach ciekawostki – broń boże, nie w celu angażowania się w dyskusję merytoryczną – dorzucę teorię Noama Chomsky’ego (o ile dobrze ją pamiętam ; P), zgodnie z którą gramatyka stanowi w pierwszej kolejności narzędzie myślenia, a dopiero w drugiej – w ramach poznania umownych realizacji językowych tej gramatyki – narzędzie komunikacji z innymi ludźmi. 

 

 

I po co to było?

Syf.ie, dzięki za wizytę i komentarz. Do dyskusji naukowych nie wracam i nie wszczynam na nowo, skoro i tak już znasz moje stanowisko w kazdej kwestii. Niemniej teorii Chomsky’ego się przyjrzę.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ja bym się na waszym miejscu trzymał z dala od Chompskiego, bo inaczej wasze zielone bezkolorowe pomysły zaczną wściekle spać.

Zaraz po przeczytaniu i po pierwszych tekstach – takich łagodnych, poetyckich czy dryfujących w odmętach wyobraźni, moje odczucie to – wow! Coś innego. I nawet w tej chwili nie zmieniam zdania.

Po pierwsze – jest fabuła – czyli duży plus dla miłośników konkretnych opowieści.

Po drugie – przedstawiona została inna, mroczniejsza strona. Pokazuje, że głuchoniewidomy też potrafi “się odgryźć”. Nie jest wyłącznie bezwolną ofiarą.

Nie zabierałam głosu w dyskusji na temat wizji – czy są elementem fantastycznym, czy nie i czy dziecko / młody człowiek może się nauczyć “normalnej” komunikacji, czy może tak sobie odzyskać wzrok i słuch. Dla mnie to trochę jak dyskusja nad  genezą i sensem istnienia Supermena. Bo dla mnie bohater jest właśnie takim Supermenem niepełnosprawnych.

W tym opowiadaniu jest wszystko – doskonały, sugestywny styl, klarowna historia z mocnymi fragmentami i wyraźny wątek fantastyczny (nawet kiedy mam Wizję, to oczy i uszy pozostają martwe – niech ten fragment wystarczy za wytłumaczenie; bo z tego co się orientuję, to są badania, przy pomocy których da się określić, czy ktoś widzi, czy nie – tak bada się niemowlaki, które nie są w stanie poskarżyć się, że nie widzą).

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śpioszko, na Twój komentarz mam jedną tylko odpowiedź:

WOW!

 

Dziękuję ślicznie.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie mogę się zdecydować, co ciekawsze: opowiadanie czy dyskusja ;)

 

Żartuję. Bardzo dobry pomysł i naprawdę niezłe wykonanie. Mnie też trochę zabrakło wyjaśnienia źródła wizji, ale z drugiej strony to może zabrałiby mnóstwo mejsca i zaburzyło konstrukcję.  Trochę taka romantyczna ta wizja ;)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Po czasie muszę stwierdzić, że przeobrażenie głównego bohatera, nie jest wcale takie okropne i straszne. Przestałam mu się dziwić, że z niewinnego dzieciaka zmienił się w mordercę, bo dziś w radiu usłyszałam o tym: http://www.fakt.pl/wydarzenia/znecanie-sie-nad-dziecmi-w-bydgoszczy-dom-dziecka,artykuly,537863.html. Jak się ma takich wychowawców to jak może z dzieciaka wyrosnąć coś dobrego. Co prawda nie jest to ośrodek dla dzieci chorych, ale dla sierot. Nie dość, że nie mają rodziców, to jeszcze się nad nimi znęcają…:(

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Mirabellko, dziękuję za wizytę, miły komentarz i za to, że Ci się chciało jeszcze do dyskusji zerkać. Kłaniam się tak nisko, że zad mój górować nad głową zaczyna, co – w pewnym sensie – jest dziejową sprawiedliwością.

 

Morgiano, taki, niestety, jest świat.

Zło rodzi zło.

I doprawdy straszne jest, że takie, z życia wzięte informacje wpływają pozytywnie na odbiór fikcji literackiej.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Przeczytałam i szczena mi opadła.

Przepięknie opisujesz ewolucję bohatera. Naukę widzenia, słyszenia, mowy. Naukę zła. Jakże naturalne wydaje się przejście bohatera ze stanu niewinności do morderstwa. Jakże prawa i sprawiedliwa wydaje się ta krwawa rzeźnia, pokazana rozbudzonymi zmysłami zinstytucjonalizowanego dziecka. Zakończenie po prostu wspaniałe – z jednej strony uśmiechnęłam się na myśl, że woźny-pederasta również zostanie ukarany. Z drugiej – dreszcz mi przebiegł po plecach, kiedy zaczęłam się zastanawiać, co dalej? Gdzie jest koniec tej przemocy? Czy Twój bohater poprzestanie na karaniu za czyny? Czy też posunie się do, nazwijmy to, prewencji – profilaktycznie pozbywając się wszystkich opiekunów, którzy pachną przemocą, gniewem lub chorymi żądzami.

Hmm... Dlaczego?

Cześć, Drew!

Cieszno mi, że zajrzałaś, a jeszcze cieszniej, że tego nie żałujesz (bo chyba nie żałujesz?).

Jednak tym razem Twoje pytania, pozwolisz, pozostawię bez odpowiedzi. Sam ich bowiem nie znam i nie zamierzam sprawdzać.

 

Kłaniam się tak nisko, jak tylko garb pozwala.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Opowiadanie, inne niz te które do tej pory przeczytałam. Takiego finału nie przewidziałam i to jest moim zdaniem plus.  

Idealne byłoby dla mnie, gdyby ów chlopiec stracił wzrok i słuch w jakimś wypadku, mając chociaż 4 lata, wówczas miałby szanse zrozumieć cztm jest gniew, smutek, radośc, bądź jak wygląda człowiek.  

Koncepcja, że to jest wspomnienie i on wraca myslami do tego co juz było, odzyskawszy zmysły wzroku i słuchu, zupenie do mnie nie przemawia.

Jeśli człowiek czegoś nie widzia, dajmy na to egzotycznej rosliny, moze ją sobie wyobrazic ponieważ widział wiele innych roslin, w przypadku bohatera taka sytuacja nie miaął miejsca.

Ale to jest opowiadanie z działu fantastyki, a więc wszystko się może zdarzyć:-) 

Cześć.

Przepraszam, że z takim opóźnieniem, ale przeczytałem Twój komentarz na telefonie, nie miałem jak odpisać i uleciało w niebyt.

Kolejny zarzut o to samo – zupełnie nie rozumiem, co jest takiego “ble” w, nomen omen, wizji, że to opowieść sprzed lat, a narrator miał więcej niż dosyć czasu, by nadgonić wszystkie zaległości i opowiadać ze szczegółami. Niemniej może faktycznie powinienem był jakoś wpleść tę informację w tekst, żeby nie było zamieszania.

I dlaczego osoba głuchoniewidoma miałaby nie wiedzieć, czym są emocje? A to, jak wygląda człowiek, takie osoby pewnie wyobrażają sobie na podstawie wrażeń z dotyku, choćby własnych twarzy. Ale, generalnie, nie pamiętam już tekstu zbyt dobrze, więc też i nie jestem pewien, odnośnie czego ta uwaga się odnosi.

Tak czy inaczej bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz, jak tuszę, jednak pozytywny.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

nagle usłyszałem dźwięk, który zmroził mi krew w żyłach – głośne uderzenie dziecięcej główki o otynkowaną ścianę.

A skąd dzieciak, który większość życia miał wyłączony słuch wiedział, jak brzmi takie uderzenie? Ja, chociaż zmysły mam prawidłowo funkcjonujące, chyba bym nie potrafił go tak jednoznacznie określić.

 

Mój stosunek do tego tekstu zmieniał się jak sinusoida podczas czytania, ale ostatecznie podobało mi się. Po wstępie liczyłem, że historia pójdzie w nieco innym kierunku, że bohater znajdzie wspólnika swojego małego sekretu i przede wszystkim – że wizje będą prawdziwe. Jak dla mnie wygląda na to, że wzrok i słuch nigdy nie pojawiły się ponownie (o czym świadczy mniej lub bardziej świadomie użyty opis powrotu wizji – żadnego łzawienia, oślepienia, stopniowego przywracania ostrości, tylko od razu full HD. ;) Bohater za to tak rozwinął swój węch, że był w stanie zamordować bazując tylko na nim (bonjour, monsieur Grenouille. ;)

Końcówka brudna i obiecująca wiele, aż szkoda, że się skończyło. Podoba mi się wyjście poza stereotyp i ukazanie inwalidy nie jako wymagającego litości biedaka, ale takiego trochę psychopaty.

Jedyne, co mi zgrzytnęło, to postać Marii. To, że jest taka jednoznacznie “zła”, to jestem w stanie zrozumieć. Ale skoro biła dzieci tak, że zostawały ślady w postaci siniaków, to nikt tego nie zauważał? Przecież zmiany się zmieniały (tak, napisałem to), dzieci zachowywały się po biciu inaczej. A wszyscy milczeli, jakby to bił sam dyrektor, a nie szeregowa opiekunka. Tym bardziej, że opiekunka od erekcji (tak, znowu) i lekarz zostali przedstawieni jako empatyczni, troszczący się o dobro wychowanków.

Pozdrawiam!

A skąd dzieciak, który większość życia miał wyłączony słuch wiedział, jak brzmi takie uderzenie? Ja, chociaż zmysły mam prawidłowo funkcjonujące, chyba bym nie potrafił go tak jednoznacznie określić.

Ja potrafiłem. Znaczy nawet teraz w wyobraźni, gdy tylko zechcę – a nie chcę – rozbrzmiewa mi coś podobnego w głowie. I nie, nie jestem ofiarą przemocy domowej, nie byłem w żadnym sierocińcu ani ośrodku opieki, mniej lub bardziej specjalistycznych. Były za to szpitale. Ale z nimi też tego dźwięku nie wiążę. Przynajmniej nie świadomie. I tak, zapewne szło by go pomylić z różnymi innymi rzeczami, ale kiedy słyszysz wrzaski, płacz dziecka, szarpaninę, a potem nagle Łup! i cisza, to po prostu instynktownie rozumiesz co się stało.

 

i przede wszystkim – że wizje będą prawdziwe. Jak dla mnie wygląda na to, że wzrok i słuch nigdy nie pojawiły się ponownie (o czym świadczy mniej lub bardziej świadomie użyty opis powrotu wizji – żadnego łzawienia, oślepienia, stopniowego przywracania ostrości, tylko od razu full HD. ;) Bohater za to tak rozwinął swój węch, że był w stanie zamordować bazując tylko na nim (bonjour, monsieur Grenouille. ;)

Tu, prawdę mówiąc, zgupłem, bo w zamierzeniu Wizje nie przeminęły nigdy i nie wiedziałem, że w jakikolwiek sposób (szczególnie taki) dałem czytelnikowi do zrozumienia, że były tylko chwilowym przebłyskiem… czegoś.

 

Maria, niestety, jest bardziej prawdziwa, niż chciałby się przyznać. Spotykałem takie kobiety. I nie wiem, jak się to działo, ale naprawdę bywa, że szpitalem/placówką rządzą nie te osoby, które figurują w rejestrze. A te, które figurują, pewnie to cieszy, bo jest porządek, dyscyplina, a oni nie muszą się niczym martwić za bardzo. Natomiast ci “dobrzy” bywają po prostu zbyt słabi, żeby się postawić (choć oczywiście nie wszyscy, bo “Dobry nie znaczy słaby” /R-Chee/). A może po prostu wolą rekompensować wyrządzone przez innych zło dobrocią w tej samej skali. Nie umiem odpowiedzieć. Wiem tylko, że tak jest. Ale mój błąd, że uczyniłem z Mańki szeregowca, bo tacy ludzie zazwyczaj stoją ponad innymi, chyba dokładnie tam, gdzie chcą.

 

Dzięki, że zajrzałeś i zostawiłeś tak obszerny, ciekawy komentarz. Ponadto niezmiernie się cieszę, że tekst ostatecznie Ci podszedł.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

No.

Bardzo dobre opowiadanie. Wciągające. Fajnie, że tu zajrzałam.

Cześć, Anet.

 

W tym momencie niemal żałuję, że mam już bibliotekę i piórko, bo może i mnie spotkałaby przyjemność przeczytania merytorycznego komentarza pod tym opowiadaniem.

 

Kłaniam się pięknie, a tym niżej, że radym widzieć Cię usatysfakcjonowaną.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Hmm. Nie wiem co sądzić o tym opowiadaniu. Jestem po niedawnej lekturze Dziewiątej syreny, a to raczej nie działa na korzyść tego tekstu.  Niemniej jednak muszę pochwalić za styl, wstęp  ( wdrożenie w sytuację głównego bohatera) i opis jego postrzegania świata. 

Za to fabuła mnie rozczarowała:( Wiem, że ciężko o refleksje po lekturze horrorów, ale początek Twojego szorta przygotował mnie na coś niesamowitego. A potem brutalnie zetknęłam się z żądnym krwi niepełnosprawnym  :( 

Ale nie mogę powiedzieć, żeby opowiadanie było złe, skoro po prostu nie trafiło w mój gust ;)

A potem brutalnie zetknęłam się z żądnym krwi niepełnosprawnym  :( 

Wiesz, myślę, że to genialne podsumowanie tematu. I w jakiś sposób urocze.

Przykro mi, że opowiadanie nie trafiło w Twój gust, ale zdradzę Ci sekret: to jest nas co najmniej dwoje.^^ Tylko wiesz, nikomu ani słowa. Cicho sza!

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Solidny tekst. Czytało się bardzo gładko, za to ogromny plus. Właściwie wszystko mi jakoś zagrało, trafiło w gust, więc nie dołączę do Ciebie i Lenah ;) W sumie to nie za bardzo wiem, co konstruktywnego napisać, więc tylko rzucę ciekawostkę, że “Wizje” skojarzyły mi się z “Poldkiem” Gravel :D

Cześć, Fun!

 

Wybacz, proszę, opóźnienie (choć jak na moje możliwości i tak niewielkie).

 

Kłaniam się nisko i dziękuję serdecznie za to, że Ci się chciało czytnąć i zaopiniować.

Natomiast Twoje zadowolenie i satysfakcja to kolejna piękna nagroda w konkursie, który skończył się już dawno temu. Skojarznie z “Poldkiem” to również komplement, i to – rzekłbym – niepośledni.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka