- Opowiadanie: zygfryd89 - Pocałunek Człowieka bez Twarzy

Pocałunek Człowieka bez Twarzy

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Pocałunek Człowieka bez Twarzy

Czworo młodych ludzi siedzi wokół ogniska, trzymając się za dłonie.

Obóz rozbili na niewielkiej łące tuż obok płotu – dwa pomarańczowe namioty w świetle zachodzącego słońca przypominają żywy ogień. Dalej stoi dom, stary i chwilowo niezamieszkały. Otacza go zarośnięty ogród, do którego wejścia strzeże studnia. Po drugiej stronie łąki widać morze, w którym topi się słońce, malując fale karmazynową barwą. Odległa latarnia morska zbudziła się już po całodniowym śnie. Na wschodzie widać pierwsze gwiazdy. Świerszcze zaczynają cykać nieśmiało. Płomień ogniska tańczy, odbijając się na ludzkich obliczach. Obozowicze rozmawiają, lecz by usłyszeć ich głosy, należy podejść bliżej. Rzucają długie cienie, ale one wkrótce znikną.

Czworo młodych ludzi siedzi wokół ogniska, trzymając się za dłonie, nieświadomych, że obserwuje ich Człowiek bez Twarzy.

 

***

 

Opowieść była skończona, lecz Jachim wciąż znajdował coś do poprawienia.

Pisząc, pracował dłońmi. Nie musiał tego robić, ale sprawiało mu to przyjemność; czuł się wówczas jak dawny twórca stukający w klawiaturę maszyny do pisania. Stał nad brzegiem morza i badał granulometrię piasku. Nie podobała mu się. Jeszcze kilka tygodni temu, gdy dostosował gotowy model plaży do swej wizji wybrzeża, wszystko wydawało się w porządku. Zirytowany, przywołał panel i wykreślił krzywe uziarnienia z kilku próbek. Następnie po raz kolejny porównał wykresy z paroma podobnymi znalezionymi w Sieci – z plaż, na których wzorował się w swej wizji. Ostatecznie pomniejszył objętość każdego ziarna o dwanaście procent i dołożył ich tyle, ile trzeba, by zachować objętość i kształt warstwy.

A co z kolorem? Przewinął fabułę do pierwszej sceny, w której czwórka bohaterów wynajmuje miejsce na obóz od przeuroczej staruszki. Widział ich z daleka, jak targują się nieopodal studni, lecz skupił wzrok na piasku. Słońce stało wysoko na niebie i o tej porze plaża wyglądała idealnie. Przesuwał scenę za sceną, niebo ciemniało. Kolor był doskonały w każdym świetle. Jachim przesypał garść piasku między palcami. Każde ziarenko spadło dokładnie w miejsce, z którego je wziął. Wstał i z zadowoleniem opuścił plażę.

To miejsce było ważne. Tu miał zginąć jeden z bohaterów. Co jeszcze powinien sprawdzić? Drzewa? Sylwetkę latarni morskiej?

Do egzaminu, na którym miał przedstawić swoją opowieść, zostały trzy dni. Jachim denerwował się, lecz w głębi duszy wiedział, że wypadnie nieźle. Promotor wydawał się zadowolony. Nieliczni beta-widzowie także ocenili Pocałunek Człowieka bez Twarzy pozytywnie.

Pierwszy był wujek, który zainteresował Jachima pisarstwem. I dzięki którego znajomościom dostał się na uniwersytet. Mężczyzna skończył siedemdziesiątkę, lecz wciąż aktywnie działał w branży. Był znakomitym adaptatorem i pracował przy wirtualnym przekładzie wielu klasycznych dzieł. Nigdy nie napisał własnej historii ani nawet linijki scenariusza, jednak w odtwarzaniu literackich światów okazał się niezrównany.

Jachim bardzo się stresował. Miał pokazać swój marny horror człowiekowi, który współtworzył wirtualny Ilion czy Piekło Dantego.

– Wujku, niedługo zdaję pracę dyplomową – zagadał na jednym z rodzinnych spotkań. – Zadano nam napisać oryginalną historię, wzorowaną na kinematografii drugiej połowy dwudziestego wieku. Wybrałem temat, mam już bohaterów, scenariusz… właściwie niedługo kończę…

– Co wybrałeś? – zainteresował się.

Jachim dobrze znał swojego krewnego i wiedział, czego ten oczekuje. Głębokiego jak szyb naftowy dramatu psychologicznego. Albo science fiction mówiącego tak wiele o naturze wszystkiego, że nawet scenarzysta rozumie tylko połowę. Albo uniwersalnego dramatu sądowego, obnażającego wszystkie możliwe wady społeczeństwa.

– To będzie… yyy… slasher.

Mężczyzna pokiwał głową.

– Niech będzie dobry – powiedział tylko. – Rzucę okiem.

Jachima zalała fala ulgi.

Wszyscy myśleli, że z takim wujkiem powinien błyszczeć na studiach niczym klejnot w świetle zachodzącego słońca. Niestety, krewny nigdy nie miał czasu i trudno było liczyć na jego pomoc. Właśnie odtwarzał dziewiętnastowieczny Londyn z niedokończonej Tajemnicy Edwina Drooda Dickensa i wielce ekscytował się możliwościami tej opowieści.

W końcu jednak znalazł chwilę, by wejść do pracy dyplomowej siostrzeńca.

– Przyzwoita rzecz – ocenił, gdy opowieść się skończyła. – Fabularnie… no cóż… slasher. Mimo wszystko wybroniłeś się. Podobał mi się zabieg z retrospekcjami. Wciąż chodzi mi po głowie, kim był Człowiek bez Twarzy, i uznaj to za komplement. Z chęcią zobaczę to jeszcze raz, gdy dopracujesz.

A potem zaczął wyliczać różne techniczne usterki, których poprawa zajęła Jachimowi kolejne trzy tygodnie.

Gdy już się z nimi uporał, zaprosił do opowieści swego przyjaciela Huberta. Hubert gust miał absolutnie okropny – miarą dobrej historii była dla niego ilość krwi i liczba cycków – znał się jednak na horrorach i oglądał je nałogowo.

– Zajebiste – podsumował dzieło Jachima, gdy wyszli z wirtualnej rzeczywistości. – Ale mam kilka uwag, bo w paru miejscach spierdoliłeś. Za mało ostrych scen jak na taką historię. Ładnie pomyślałeś z tymi wstawkami z przeszłości, ale nie do końca. Powinieneś dać możliwość ich całkowitego pominięcia. Mnie zanudziła już druga, jak chcę pooglądać smutnych ludzi, wychodzę na ulicę. No i ten jebaniec bez twarzy? Kto to, kurwa, w końcu był?

– A jak myślisz? – zapytał Jachim.

– Myślę, że sam tego nie wiesz. Prawda? Nie uciekaj oczami, mam rację! Ja bym dodał ostatnią scenę i wyjaśnił, dlaczego ten psychol ich mordował. I czemu nie miał facjaty. I kim był. A poza tym, zajebiste, naprawdę.

Jachim puścił zalecenia przyjaciela mimo uszu i zdecydował się zaprosić na wirtualne wybrzeże ostatnią, najważniejszą osobę.

Spośród siedmiorga studentów, którzy dotrwali do ostatniego semestru wirtualnego pisarstwa, Julia była zdecydowanie najzdolniejsza. Doskonale radziła sobie zarówno z fabułą, scenografią, jak i pisaniem postaci. Na pracę dyplomową wybrała western, opowieść o napadzie na pociąg. Jachim jeszcze go nie widział, ale dałby sobie rękę uciąć, że jest idealny.

Jak i sama Julia.

– Oczywiście, że rzucę okiem – zapewniła niedawno w przerwie pomiędzy zajęciami. – Wpadnę do ciebie wieczorem.

Jachim wynajmował pokój nieopodal uczelni, u pary starców, którzy pamiętali chyba jeszcze ostatnie kina. Dziadek był zrzędliwy, ale nieszkodliwy, babcia natomiast stale żartowała zbereźnie, a na swego lokatora spoglądała wyjątkowo podejrzanie. Za każdym razem, gdy Jachim wchodził do wirtuala – bywało, że przez parę godzin leżał nieświadomy na kanapie – najpierw dokładnie zamykał drzwi.

Julia przybyła punktualnie. Zaprosił ją do pokoju i wydał kilka poleceń SI mieszkania, w tym najważniejsze – nikogo nie wpuszczać (miał nadzieję, że staruszka mylnie zinterpretuje fakty i w końcu mu odpuści). Rozsiedli się wygodnie.

Do opowieści Jachima mogły wejść tylko osoby będące w jego otoczeniu. To jedno z zabezpieczeń nakazanych przez uczelnię, które oficjalnie miało uchronić pracę przed atakami z zewnątrz, nieoficjalnie – ograniczyć oszustwa studentów. Jachim włączył Księcia, komputer połączony z siecią neutronową. Nosił go w okolicach brwi w postaci nierzucającej się w oczy ozdoby. Julia włączyła swój, zwisał jej przy uchu niby złoty kolczyk. W polu widzenia chłopaka pojawiły się elementy wirtualnego interfejsu. Zalogował się na uczelniany serwer i zaprosił dziewczynę do swej opowieści.

Moment ciemności, żadnego bólu ani dziwnego uczucia. Po chwili stali na łące, za ich plecami tarcza słońca dotykała horyzontu. Bohaterowie opowieści siedzieli wokół ogniska, trzymając się za dłonie. Tytuł był wyświetlany tam, gdzie akurat skupiło się wzrok – pośród nielicznych chmur, na łagodnych falach, między koronami drzew.

– Ładnie tu – powiedziała Julia, rozglądając się po okolicy.

– Zaczynamy? – Serce biło mu szybko ze zdenerwowania. – No to start.

Niebo pojaśniało, bohaterowie zniknęli, by po chwili pojawić się na prowadzącej ku domowi ścieżce. Przybyli pieszo, gdyż tak było dla Jachima bardziej klimatycznie. Śmiali się i rozmawiali. Ubrani w kolorowe, zwiewne ciuchy, niosący bagaże w torbach z bazaru i, pomijając jeden zegarek na ręce, całkowicie pozbawieni elektroniki, krzyczeli wręcz do widza, że oto akcja rozgrywa się w ubiegłym wieku. Wydawali się bezbronni jak dzieci na wojnie. Morze szumiało odrobinę za głośno, jakby chciało ich przywitać.

Wskaźnik – wirtualny punkt pokazujący, gdzie należy patrzeć, by niczego nie przeoczyć – miał w tej opowieści postać dyskretnego refleksu światła. Zajaśniał na podwórzu przed domem, gdzie na ściętym pniu siedziała zgarbiona staruszka.

– Witajcie, witajcie! – zawołała radośnie.

– Widziałam dość slasherów, by wiedzieć, że stara pakuje ich w jakąś paskudną pułapkę – odezwała się Julia.

– Niczego nie zdradzę – powiedział Jachim.

– Ładny dom – pochwaliła. – Jaki to model?

– Żaden. Sam go wzniosłem.

Julia przyglądała się scenie wynajmowania pola namiotowego z zaciekawieniem. Podeszła blisko, obejrzała dokładnie najpierw staruszkę, potem wszystkich czworo obozowiczów.

– Są znakomici – powiedziała. – Jak żywi. – Dotknęła policzka jednego z mężczyzn. – Dobrze, że dałeś retrospekcje. Jeśli mam się przejmować ich losem, muszę coś o nich wiedzieć.

Oprócz właściwej fabuły opowieść oferowała trzy serie retrospekcji. Julia miała przy sobie panel, dzięki któremu mogła włączyć je w dowolnej kolejności.

Wydała polecenie w myślach. I tak poznała całą czwórkę.

Aurelia i Sylwia były siostrami. Kiedy działo się źle, czyli prawie zawsze, Aurelia – mała i krucha, niebieskooka blondynka – często siadała pod oknem, obejmowała kolana rękami i nuciła bezgłośnie. Uciekała w świat wyobraźni. W podobnych chwilach Sylwia – wyższa i postawniejsza, o pięknych, lazurowych oczach – zwykła wymykać się z domu. Spacerowała wtedy po mieście zupełnie bez celu, spoglądała zazdrośnie na każdy uśmiech i oznakę szczęścia. Aurelia nie mogła towarzyszyć siostrze, była ulubienicą ojca. Zabraniał jej kontaktu ze skażonym złem światem.

Ojciec uwielbiał niszczyć. Swą żonę zniszczył już dawno, snuła się u jego boku niby wątły cień. Mężczyzna kierował więc swe oczy na dwie śliczne córki i łamał powoli, niczym potwór wysysający czyjeś życie, by przedłużyć własne.

Każdy dzień wydawał się nowym koszmarem. Młodsza Aurelia nigdy nie patrzyła ojcu w oczy, jakby łudziła się, że wtedy jej nie zobaczy. Sylwia miała w sobie więcej siły, marzyła nawet, by uciec. Nie mogła jednak zostawić siostry samej.

Dominik miał wielkie serce i czasem uważał, że to jego przekleństwo. Kiedy się zakochiwał, to do szaleństwa. W młodym wieku wziął ślub, oczekiwał dziecka. Nim się go doczekał, został wdowcem.

Jego żonę zabił ten, którego później zwykł nazywać Nieznajomym z Pociągu. Ów człowiek ustąpił im miejsca w przedziale. Gdyby nie ten miły gest, poszliby dalej, do końca wagonu, może nawet do kolejnego, a katastrofa, która wydarzyła się chwilę potem, nie zabrałaby kobiety.

Kiedy Dominik, ciężko ranny, płakał nad ciałem ukochanej, ujrzał Nieznajomego kątem oka. Cały i zdrowy, odprawiał upiorny taniec nad ciałami zabitych, śmiejąc się głośno. Chłopak spojrzał w jego oczy i nabrał pewności. On wiedział.

Później długo cierpiał. Szukał Nieznajomego z Pociągu, często wyobrażał sobie, co mu zrobi, gdy go znajdzie. Targały nim coraz koszmarniejsze myśli, zaczął bać się samego siebie.

Wtedy pojawiła się ona i rozjaśniła wszelką ciemność. Widywał ją nieraz na studiach. Wszyscy mówili, że jest niespełna rozumu, mało kto się do niej zbliżał. Dominik miał to gdzieś. Pokochał dziewczynę całym sercem. Uratował ją.

Aurelia rozkwitła przy nim jak kwiat. Odebrał ją ojcu, nie pozwolił się z nim widywać. Była cudowna. Kochała go mocno, jakby chciała odrobić wszystkie stracone lata. Od Dominika otrzymała tyle, że niemal zagoiły się wszystkie jej rany.

Dominik uratował także Sylwię. Zamieszkali we trójkę i życie toczyło się wreszcie normalnie. Jednak chłopak w głębi duszy wciąż się bał. Bał się, że znów pojawi się Nieznajomy z Pociągu i zabierze mu wszystko, co dla niego ważne. Czasem aż chciał, by w końcu się pojawił. Przygotował coś dla niego.

Miał też przyjaciela. Gdyby ktoś spojrzał na Marcela – niemal dwumetrowego i umięśnionego młodzieńca – z pewnością uznałby, że ktoś taki nie boi się niczego. I rzeczywiście, Marcel był odważnym człowiekiem. Bał się jedynie lasów. Bo w lasach żyły potwory.

Lata temu, gdy Marcel był jeszcze mały, pojechał do babci na wakacje. Przez całe dnie włóczył się po okolicy wraz z miejscowymi dzieciakami. Raz zawędrował daleko za rzekę i tam spotkał Człowieka Lasu. Chłopiec był wtedy sam. Zaufał nieznajomemu, poszedł z nim w głuszę, zwabiony jakąś naiwną historyjką.

Policja znalazła go dopiero trzy dni później. Kolejne miesiące dochodził do zdrowia w szpitalu. Człowieka Lasu nigdy nie złapano.

Marcel dorósł na człowieka innego, niż obawiali się jego bliscy. Uwielbiał towarzystwo ludzi, imprezy i oczywiście kobiety. Kiedy Dominik przygruchał sobie przecudowną dziewczynę, pierwsze, co zrobił Marcel, to spytał, czy Aurelia nie ma siostry.

Miała. Więc zabrał się do roboty. Jak dotąd do niczego między nimi nie doszło, ale wszystko było na najlepszej drodze.

Marcel żałował tylko, że nie może zabrać jej na romantyczny spacer do lasu. Ale czemu by nie na plażę? Znał jedno miejsce, odludny domek pewnej staruszki, przyjaciółki jego babci. Mimo wieku kobieta często wyjeżdżała, więc mieliby dla siebie cały fragment wybrzeża.

Kiedy zakończyły się retrospekcje, Jachim zauważył, że Julia inaczej patrzy na czwórkę bohaterów opowieści.

– Trochę łzawe – szepnęła. – Ale niezłe.

Właścicielka domu wręczyła im klucze, pożegnała się i odjechała. Rozbili namioty. Zjedli kolację, wypili nieco alkoholu. Zachodziło słońce, a oni siedzieli blisko siebie wokół ogniska.

A gdy ostatni promień słońca zgasł na horyzoncie, zgodnie uznali, że to doskonały czas, by opowiedzieć sobie jakąś przerażającą historię.

– Znam jedną niezłą – powiedział Marcel. – Wydarzyła się naprawdę. I to w tej okolicy. Pani Anastazja, ta miła staruszka, którą dziś poznaliście, opowiedziała ją kiedyś mojej babci. – Zbliżył się do ogniska i ściszył głos. – Wiecie, do dziś przetrwał w tym miejscu jedynie budynek za naszymi plecami, ale przed wojną stało tu więcej domów. W tym naszym mieszkała rodzina pani Anastazji. Życie toczyło się leniwie. Mężczyźni z sąsiedztwa parali się rybołówstwem, kobiety prowadziły dom. Wszystko zmieniło się, gdy na morzu wypatrzono dziwną łódź. Była stara, spróchniała, a na dziobie widniały tajemnicze inicjały, N.F. Kiedy łajba dobiła do brzegu, w środku znaleźli człowieka. Był odwodniony i ranny, a jego twarz przypominała jedną wielką ranę, jakby ktoś próbował ją odgryźć. Rodzina pani Anastazji zabrała nieszczęśnika pod swój dach. Kiedy zaczął odzyskiwać siły, powiedział tylko, że przeżył katastrofę morską. Karmili go i leczyli, powoli dochodził do siebie.

Pewnego ranka przybyli policjanci. Zaczęli wypytywać o zbiegłego więźnia. Poszukiwano go za gwałt i morderstwo. Opis zgadzał się co do joty. Pewnie tu skończyłaby się ta historia, lecz los chciał, że jednym ze stróżów prawa był człowiek, który dorastał w wiosce za latarnią morską. Tutejsi mieszkańcy mieli z nim jakiś stary, paskudny zatarg. Nikt nie chciał mu w jakikolwiek sposób pomóc, toteż wszyscy pytani zgodnie stwierdzili, że nikogo takiego nie widzieli.

Kiedy policjanci odjechali, ojciec i dziadek pani Anastazji związali mężczyznę i zaczęli naradzać się z sąsiadami co do jego losu. Nie mogli go wydać władzy, nie mogli puścić wolno. Zostało tylko jedno wyjście.

Ciągnęli losy. Ten paskudny obowiązek przypadł ojcu pani Anastazji. Zanim mieszkańcy zasłonili okaleczoną twarz mordercy, ten przyznał się do zbrodni, podziękował za gościnę i nawet stwierdził, że nie ma do nich żalu. Zaprowadzili go wtedy do niewielkiego lasku i odeszli. Zostało ich dwóch. Morderca i ofiara. Choć w tamtej chwili trudno było stwierdzić, który jest który. – Marcel pociągnął kilka łyków piwa. – Ojciec pani Anastazji wyszedł z lasu sam. Wszyscy postanowili zapomnieć o tej sprawie.

– On wrócił, prawda? – zapytała Sylwia. – Zawsze okazuje się, że żyją, choć ich zabito.

– Oczywiście – odparł chłopak. – Może wstał z grobu. Choć bardziej prawdopodobne, że kat go wypuścił, albo facet mu uciekł. W każdym razie mieszkańcy zaczęli widywać tajemniczą postać, ponoć wciąż miała zasłoniętą twarz…

– To skąd wiadomo, że to był on? – zainteresował się Dominik.

– Czy moglibyśmy – zaczęła nerwowo Aurelia – posłuchać jakiejś innej historii?

Sylwia zgodziła się ruchem głowy.

Marcel roześmiał się głośno.

– No dobrze. Skoro nie chcecie wiedzieć, co działo się potem, dużo tracicie. Wybuchła wojna, nieznajomy mordował, prawdziwe szaleństwo. Trudno, choć i tak nie ma się czego bać. Ten człowiek przecież już dawno zszedł z tego świata. A jeśli nawet żyje, to wystarczy zabrać mu laskę lub zrzucić z wózka. Nikt się jednak nie zaśmiał. Aurelia, wyraźnie przestraszona, wtuliła się w Dominika. Rozmawiali o głupotach, a nad ich głowami mrugały gwiazdy. Marcel, mocno wstawiony, wyrzucił wszystko z plecaka, po czym z żalem stwierdził, że zabrakło alkoholu. W wiosce za latarnią był sklep, ale pewnie już zamknięty.

Wówczas Marcel wpadł na genialny pomysł – postanowił zajrzeć do domu staruszki i pożyczyć coś mocniejszego. Odporny na głosy rozsądku bardziej trzeźwych towarzyszy, wstał chwiejnie i ruszył w stronę furtki.

– Zaraz wrócę.

– Nie, nie wróci – rzekła Julia, która szła za nim, jak kazał wskaźnik. – Kiedy tak mówią, nigdy nie wracają.

Jachim tylko się uśmiechnął.

Marcel znał ten dom, więc poruszał się sprawnie. Zajrzał do każdej izby, rozświetlając wnętrze latarką. W barku w salonie nie znalazł nic ciekawego. Stara lodówka również świeciła pustkami. Zdesperowany zszedł do piwnicy.

Wskaźnik zatrzymał się przed schodami. Latarka Marcela zgasła.

Droga na dół była niemożliwa. Kiedy Julia próbowała zejść, refleks wskaźnika przybierał mocniejszą, czerwoną barwę. Później pokazał, że czas wrócić do ogniska.

Marcel zapadł się pod ziemię. Pozostali zaczęli go szukać. Sprawdzili ogród, tyły domu, weszli do chałupy i zbadali wszystkie pomieszczenia. Obeszli całą okolicę. Dominik zajrzał nawet do studni.

– Przynajmniej trzymają się w kupie – powiedziała Julia. – Nie ma nic gorszego, niż się rozdzielić i ułatwić sprawę mordercy.

– Możliwe, że jednak wybrał się do tego sklepu – domniemywał Dominik. – Powinienem iść za nim?

 – Nie zostawiaj nas – błagała Aurelia.

Była najbardziej przerażona. Sylwia się trzęsła, ale bardziej ze złości niż ze strachu. Jedynie Dominik wydawał się opanowany. Najwidoczniej nieraz był świadkiem, jak Marcel wywija numery po pijaku.

Zgubę znaleźli niedługo potem. Przywędrował od strony plaży wolnym krokiem.

– Jakim sposobem? – głowił się Dominik. – Byłeś w środku.

– Byłem – potwierdził. – I znalazłem tunel. Myślałem, że prowadzi do jakiejś piwniczki z robionym własnoręcznie winem… Niestety, wyszedłem na plaży. To było dziwne. Co, baliście się, że porwał mnie człowiek z opowieści?

– To nie jest śmieszne, pieprzony kretynie! – wydarła się Sylwia, dając w końcu upust emocjom, i bynajmniej nie zamierzała szybko zamilknąć. Jachim aż współczuł swemu bohaterowi.

Niedługo potem ugasili ognisko i poznikali w namiotach. Czas przyspieszył, księżyc i gwiazdy zaczęły mknąć na zachód, promień latarni morskiej kręcił się wkoło jak szalony. W końcu wszystko wróciło do normy, a ze swojego namiotu wygramolił się Marcel, ubrany jedynie w bokserki. Ruszył w stronę morza i zniknął z widoku.

Wskaźnik uparcie błyskał nad obozem.

Po chwili z ciemności wyłoniła się postać. Wysoka i czarna niczym morze w bezgwiezdną noc. Twarz skrywała za maską z płótna. Jachim był dumny, że ta istota wyszła spod jego ręki. Choć wiedział, że to tylko kawałek kodu, czuł mrowienie na skórze. Julia również się zaciekawiła, podeszła bliżej.

Nieznajomy kroczył wolno, niemal dostojnie, w stronę obozu. Zatrzymał się koło namiotu, w którym spała samotnie Sylwia. Odpiął od pasa olbrzymi nóż z niemal półmetrowym ostrzem. Dziewczyna musiała coś usłyszeć, bo zapaliła latarkę. Wnętrze namiotu zajaśniało, czarna sylwetka Sylwii odmalowała się na płótnie. Morderca miał ułatwione zadanie.

– To ty, Marcel? – zdążyła zapytać.

Czarna postać wbiła ostrze w materiał energicznym ruchem, trafiając prosto w głowię ofiary.

– Co wy tam robicie? – rozległ się głos z sąsiedniego namiotu.

Zabójca wyjął broń i odszedł.

Julia wcale nie wyglądała na zniesmaczoną, czego obawiał się Jachim. Zajrzała do namiotu z miną wyprutego z emocji śledczego badającego kolejne w tym miesiącu miejsce zbrodni.

Po chwili na zewnątrz wyszła zaspana Aurelia. Od razu zauważyła dziurę, podbiegła, zajrzała do środka namiotu siostry i zaczęła krzyczeć. Dopiero Dominik odciągnął ją od ciała siostry.

– Nie patrz tam! Co się stało?! Gdzie Marcel? Marcel!

Cichy głos chłopaka dobiegał z plaży.

– Posłuchaj mnie, musimy się trzymać razem – rzekł Dominik. Wrócił do namiotu po coś, co schował pod koszulką. – Idziemy do niego.

Kiedy opuścili łąkę, na bosaka i w samej bieliźnie, przecięli zarośniętą, zapomnianą ścieżkę i znaleźli się w niewielkim zagajniku, tworzonym głównie przez kępy lichych brzóz. Dalej zaczynała się plaża. Widzieli już sylwetkę Marcela. Aurelia była szybsza, wyprzedziła Dominika, przebiegła pomiędzy dwoma rosnącymi blisko siebie drzewami.

Zawieszona tam linka lekko musnęła jej włosy.

Dominik był jednak wyższy i stal wbiła mu się w gardło. Siłą rozpędu zerwał pułapkę i przebiegł jeszcze kilka metrów, po czym padł na kolana. Z paskudnego rozcięcia na szyi popłynęła czarna krew. Wyciągnął rękę w kierunku Aurelii.

Jachim wiedział, co rozgrywa się w jego głowie. Dominik był przerażony, lecz nie tym, że umiera, ale tym, że zawiódł Aurelię i za chwilę zostawi ją bezbronną. Złapał się za gardło, w którym wciąż tkwiła linka, potem desperacko próbował powstrzymać płynącą krew. Po chwili znieruchomiał i padł twarzą na piasek.

Aurelia złapała go i zaczęła przeraźliwie łkać. Marcel odciągnął ją od ciała.

– Co się tu dzieje?

Wydukała mu pospiesznie wszystko.

– Musimy zadzwonić na policję!

– Zadzwonić? – powtórzyła tępo.

– W domu Anastazji jest telefon.

– Zawsze to robią – westchnęła Julia. – Na otwartej przestrzeni mają większe szanse, a oni uciekają do ciasnych klitek albo na piętro. I po co? Morderca na pewno zdążył już przeciąć odpowiedni kabelek.

Śmierć Dominika również nie wstrząsnęła Julią. Jachimem wręcz przeciwnie. Widok płaczącej Aurelii zawsze ściskał mu serce. Cierpienia własnych bohaterów dziwnie go dotykały.

Marcel zaczął szukać pistoletu, który, dałby głowę, jego przyjaciel zabrał z namiotu, lecz broń musiała gdzieś wypaść. Nie tracąc czasu, chwycił zdruzgotaną dziewczynę ze rękę i poprowadził w stronę chałupy. Przechodząc obok obozu, wsadził głowę do namiotu jej siostry, zastygł na chwilę, gdy ujrzał martwą Sylwię, a potem ze swojego bagażu wyjął latarkę i nóż.

Przystanęli na chwilę przed domem, jakby zbierali w sobie odwagę. W ciemnościach budynek sprawiał upiorne wrażenie – wydawał się czarnym, czekającym na ofiarę potworem.

– Spogląda na nas oknami – wydukała Aurelia.

Ta kwestia – pochodząca jeszcze z bardzo wczesnej wersji historii – wydawała się dziwnie bezsensowa, lecz Jachim bardzo ją lubił.

W środku było jak w grobie. W odróżnieniu od poprzedniej sceny, tym razem Jachim nie użył tu żadnego rozjaśnienia tak popularnego wśród nocnych scen. Ciemności rozdzierało jedynie światło latarki i wpadający co pewien czas przez okna promień latarni morskiej. Gdzieś w ciemności tykał zegar.

Aurelia trzęsła się jak galaretka, lecz jej towarzysz zachowywał imponujący spokój. Można by pomyśleć, że był aż podejrzanie spokojny.

– Gdzie ten telefon? – wyjęczała, gdy dotarli do salonu.

– Pani Anastazja mówiła, że gdzieś na komodzie. – Marcel oświetlił każdy kąt pomieszczenia, znalazł starą komodę, lecz nie dostrzegł na niej żadnego telefonu. – Musi tu być.

Nie było. Aurelia usiadła na krześle, skuliła się w kłębek i zaczęła płakać. Marcel ukląkł obok niej.

– Uspokój się, proszę. Nic ci się nie stanie. Nikt cię nie skrzywdzi, obiecuję. Wyjdziemy z tego razem. Ty i ja.

I złożył pocałunek na jej włosach.

Aurelia podniosła załzawione oczy i spojrzała na chłopaka, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu.

– Dlaczego się nie boisz? – spytała.

Nie odpowiedział.

– Czemu opowiedziałeś nam tę historię o mordercy? – Podniosła się powoli. – Gdzie byłeś, kiedy zginęła Sylwia? – Zrobiła mały krok do tyłu. Potem kolejny. – Dlaczego stałeś na plaży akurat w tym miejscu? Ta pułapka…

– Podejrzewasz… mnie? – Zbliżał się do niej powolutku. – To nie jest śmieszne.

Gdy znajdował się już blisko, Aurelia uderzyła niespodziewanie i wytrąciła mu z ręki latarkę. Potem uciekła w głąb domu. Marcel rzucił się na podłogę, podniósł zgubę, wycelował światłem niczym pistoletem, lecz dziewczyna zdążyła już zniknąć.

Podbiegł do drzwi wyjściowych.

– Nie wypuszczę cię stąd! – zawołał. – Nie dam ci zginąć!

Zamknął drzwi na klucz, a potem zaczął przeczesywać cały dom. Spodziewał się pewnie, że Aurelia gdzieś tam się chowa, skulona, czekając na jakiś niedorzeczny ratunek.

Był jednak w błędzie. Zszedłszy do piwnicy, ujrzał otwarte drzwi do tunelu.

– On ją kocha – doszła do wniosku Julia, stając tuż obok i spoglądając w oczy mężczyzny. – To dobry motyw, żeby wyjaśnić, co tu zaszło. Nie… to za proste. Morduje ktoś inny.

Marcel przebiegł przez tunel i znalazł się na plaży. Zaczął wypatrywać sylwetki Aurelii, lecz jego uwagę przykuło coś innego. Światło. Mrugało do niego z lasku w głębi lądu. Ktoś tam był. Czyżby szansa na ratunek?

– Wiedziałam, że w końcu i on zacznie się bać – skomentowała Julia.

Marcel drżał i pocił się, idąc w stronę drzew. To nie była ogromna, niezbadana puszcza, jak ta z jego dzieciństwa, lecz w środku mógł się czaić równie straszny potwór. Cienie pni w świetle latarki zdawały się poruszać, były żywymi, umykającymi istotami. Lasek miał nawet własną polanę, pokrytą ciasno upchanymi krzyżami. Groby wyglądały na nieodwiedzane od lat, imiona zmarłych zatarł czas. Za cmentarzykiem straszyła paskudna ruina. Być może jednego z dawnych domów. Ostały się tylko ściany, nierówne i pełne dziur, przypominające olbrzymie, czerwone zęby.

W środku siedziała staruszka, grzała ręce nad lampą naftową.

– Pani Anastazja? – zdziwił się Marcel.

– Nie sądziłeś, że to prawda, zgadłam? To, co kiedyś opowiedziałam twojej babci. – Zadumała się na chwilę. – Mój ojciec zaprowadził go tam. – Pokazała pomarszczonym palcem. – Miał poderżnąć mu gardło. Ale powiedz mi, Marcelu, jak miał to zrobić? Jak mógł zabić własnego syna?

– Syna?

– Bękarta. Myślisz, że dlaczego uciekł tutaj? Oni wszyscy – wskazała na cmentarzyk – nie rozumieli. Trudno. Przepraszam cię, Marcelu. Będziesz musiał umrzeć. Żeby on mógł dalej istnieć. Czy czyni go to złym człowiekiem?

– To od początku była pułapka.

Staruszka spuściła wzrok, a wtedy pojawił się nieznajomy.

Marcel drżał, znów był małym przerażonym chłopcem. Jednak nie miał zamiaru uciekać. Postanowił to skończyć tu i teraz. Postąpił trzy śmiałe kroki do przodu i rzucił się z nożem na mordercę.

Ich cienie odmalowały się na ścianie ruiny. Marcel był silny, przepchnął przeciwnika, poturlali się po ziemi.

– Zbyt żwawy jak na staruszka… – odezwała się Julia, która kucnęła koło walczących.

Marcel zdołał ugodzić nieznajomego w nogę, a drugą ręką powstrzymał jego atakującą dłoń. Ranny nie wydał nawet najmniejszego dźwięku. Przetoczyli się teraz w drugą stronę. W końcu chłopak zrzucił z siebie napastnika, wstał i kopnął go z całej siły w brzuch. Potem złapał mocniej broń, przykucnął i wbił ostrze w jego pierś.

Człowiek bez Twarzy znieruchomiał.

Marcel zauważył, że staruszka zniknęła. Nie miał zamiaru się nią przejmować. Musiał znaleźć błąkającą się gdzieś po plaży Aurelię, zabrać ją w bezpieczne miejsce. Ruszył.

Julia uśmiechnęła się, jakby właśnie była świadkiem najgłupszego zachowania pod słońcem. Wskaźnik wystrzelił w stronę celu wędrówki Marcela. Julia wydała polecenie wiążące ją i Jachima i natychmiast przenieśli się do Aurelii.

Siedziała na plaży, otępiała, zwinięta w kłębek. Na jej jasnych włosach odbijało się srebrzyste światło księżyca, a przynajmniej Jachim próbował uzyskać taki efekt.

Czekali przy niej na dalszy rozwój wypadków.

– Aurelio? – Marcel wyłonił się z krzaków, może nieco zbyt gwałtownie. Skojarzył się Jachimowi z zaskakującym bezbronną kobietę zboczeńcem. Będzie to musiał skorygować.

Dziewczyna poderwała się nagle.

– Nie zbliżaj się – poprosiła niemrawo.

– Zabiłem go, Aurelio. Już go nie ma. Chodź, pokażę ci.

– Nie zabiłeś – stwierdziła niespodziewanie. Chłopak zrobił głupią minę, jakby właśnie usłyszał coś, czego nie potrafi pojąć.– Jest za tobą! – wrzasnęła dziewczyna. – Uciekaj!

Marcel powinien zerwać się do biegu, lecz, zaskoczony, odruchowo spojrzał za siebie. Ta chwila wystarczyła. Nieznajomy wbił mu ostrze w gardło, tak głęboko, że wyszło z tyłu głowy.

Aurelia stała jeszcze przez chwilę, jakby zastanawiając się, czy jest sens walczyć. Jachim znał ją doskonale. Pragnęła się skulić, zamknąć oczy i poczekać. A nuż morderca odejdzie? Jednak każdy, nawet najbardziej zniszczony człowiek ma w sobie choć odrobinę woli walki. Co mogło obudzić ją w Aurelii, jeśli nie kroczący ku niej morderca z wielkim nożem?

Zerwała się do ucieczki.

– Dziewczyna biegnie ile sił w zgrabnych nogach, a kulejący, ledwo żywy morderca i tak ją dogania – skomentowała scenę pościgu Julia. – Jak ja kocham takie historie.

Resztą sił Aurelia dotarła do podnóża latarni morskiej. Człowiek bez Twarzy był blisko i wciąż zmniejszał dystans. Mimo późnej pory w kilku domostwach leżącej nieopodal wioski paliło się światło, Aurelia wiedziała jednak, że nie zdoła już tam dobiec.

Zostało tylko jedno wyjście.

Czy latarnie morskie zamyka się na noc? Nie miała pojęcia, choć od tego zależało jej życie. Pokonała kilka prowadzących do wejścia stopni i już nie było odwrotu. Naparła na wielkie, dwuskrzydłowe, drewniane drzwi. Otwarły się powoli. Wślizgnęła się do środka i zatrzasnęła je, znajdując w sobie jakąś nadludzką siłę. Ostatnie, co zobaczyła w szczelinie, to zasłonięta twarz oprawcy. Przesunęła rygiel.

– Uf, w ostatniej sekundzie, co za zaskoczenie – rzekła z podziwem i rozbawieniem Julia. – Zamknęła mu drzwi przed samym nosem. Oczywiście zakładając, że ma nos.

– Halo?! Jest tu ktoś?! – krzyknęła dziewczyna. – Panie latarniku?!

Aurelia spojrzała na wijące się ponad ich głowami schody, po czym zaczęła ostrożny marsz w górę. Nie miała wyjścia. Człowiek obsługujący latarnię mógł nadać sygnał o pomoc. A znajdował się pewnie gdzieś tam, wysoko.

Julia parsknęła śmiechem.

– Pamiętasz, jak narzekałam, że ofiary zawsze wbiegają na piętro, skąd nie mogą uciec? Twoja pieszczoszka właśnie bije ich wszystkich na głowę.

Łukowate okna w ścianie latarni wychodziły na różne strony świata. Przez pierwsze widać było kawałek plaży i czarne niczym otchłań morze. Przez drugie wioskę, gdzie świateł był już jakby mniej. Przez trzecie odległe lasy, ciągnące się po horyzont. Przez czwarte ludzką głowę spoglądającą do środka.

Aurelia zaczęła krzyczeć, choć od ciągłego wrzasku już dawno zachrypła.

– Sprytny drań – rzekła Julia, na wpół rozbawiona, na wpół zdumiona. – Normalnie człowiek-pająk.

Morderca rozbił okno i zaczął gramolić się do środka.

Aurelia zaczęła biec. Potknęła się o stopień, w ostatniej chwili chwyciła poręczy. Jej bose stopy krwawiły. Obejrzała się i zobaczyła, że morderca jest tuż za nią. Wybiegła na okrągły, umieszczony pod laterną taras, gdzie czekali już Julia, Jachim i wskaźnik.

W kałuży krwi leżał tam martwy latarnik.

Aurelia wiedziała, że to koniec. Spojrzała na oślepiające światło. Przypominało jej słońce, którego już nigdy nie zobaczy.

Morderca stąpał niespiesznie, jakby rozkoszując się chwilą. Stanął przed dziewczyną i podniósł swój olbrzymi nóż.

– Odsłoń twarz – powiedziała Aurelia. – Chcę zobaczyć, jak wyglądasz.

Co zaskakujące, bez słowa wykonał polecenie. Zdjął płótno i ukazał najniezwyklejszą rzecz, jaką kiedykolwiek napisał Jachim.

Morderca naprawdę nie miał twarzy, a jedynie bezkształtną bryłę obleczoną skórą. Wydawała się obca, odrażająca, potwornie nienaturalna. To była jedna z tych odpowiedzi, których zawsze żądają widzowie, a które, ku ich złości, rodzą jeszcze więcej pytań.

Aurelia wrzasnęła i oparła się plecami o barierkę. Wtedy zaatakował. Powoli, bez dużej siły, jakby był już zmęczony albo zupełnie pewny swego. A ona nie zamierzała umierać. Cały swój gromadzony od lat ból, całą złość i przerażenie skumulowała w jednej chwili. Złapała mordercę za rękę. Padli razem na barierkę. Aurelia obróciła się i teraz to morderca opierał się plecami o balustradę. Był taki wysoki, wystarczyło dobrze go pchnąć. I pchnęła.

Nie krzyczał, gdy leciał na spotkanie z ziemią. Została z niego czarna plama. Po wszystkim Aurelia usiadła na plaży, plecami do latarni morskiej, i płakała. Wiedziała, że powinna zawiadomić mieszkańców wioski, lecz nie miała na to ani siły, ani ochoty. Może zjawią się tutaj sami? I rzeczywiście, jeden przypłynął łódką.

– Panienko? Co się stało?

Okazał się bardzo stary. Trudno było zgadnąć, skąd ma siłę na wiosłowanie. Widać jakiś wiekowy rybak, który przed świtem wybrał się na połów. Gdy usłyszał, do jakiej tragedii doszło, zaprosił dziewczynę na pokład i zaoferował podrzucenie do najbliższej większej miejscowości. Aurelia skwapliwie skorzystała.

Łódka, na której widać było dwa tajemnicze inicjały N.F., powoli nikła w mroku. Wskaźnik pozostał na plaży, po czym wygasł. Na wciąż ciemnym niebie pojawiły się krótkie napisy.

– Koniec – rzekł Jachim.

Wyszli z wirtualnej rzeczywistości, znów byli u niego w pokoju.

– Moim zdaniem – zaczęła Julia – wyszło ci świetnie. Technicznie bez zarzutu. Wiadomo, że to historia naciągana, przesadzona, pełna klisz i głupot, ale jako laurka dla dawnych slasherów sprawdza się dobrze. Właśnie takie coś mieliśmy stworzyć. Gratuluję.

Aż zapłonął z dumy. Z pewnością ucałowałby Julię, gdyby tylko nie miała chłopaka. Jachim go nie znał, ale i tak nienawidził. Ponoć jakiś świr z wydziału SI.

A teraz pozostawały trzy dni do egzaminu. Jachim uśmiechnął się na wspomnienie tamtego popołudnia i seansu wraz z Julią. Zawędrował pod obozowisko, zastanawiając się, co jeszcze poprawić. Może coś w scenie powitania z panią Anastazją? Wybrał ten moment.

Przyglądał się znużony i uznał, że nie ma tu nic, co można by zmienić. Chyba da sobie dzisiaj spokój.

Wtedy zauważył coś kątem oka.

Na strychu domu pani Anastazji stał Człowiek bez Twarzy. Jachim widział go przez zabrudzone okno.

Jakiś błąd, pomyślał racjonalnie, lecz poczuł bardzo dziwny lęk. To była jednak głupota, bardziej powinien się bać tego, że wciąż ma w opowieści takie usterki.

Choć pewnie na egzaminie nikt by tego nie zauważył, a jeśli nawet, uznałby to za celową ciekawostkę.

Ale skąd on się tam wziął?

Jachim włączył scenę od nowa. Spojrzał w okno i nikogo nie zauważył. To było dziwne, przyznał w duchu.

Człowiek bez Twarzy stał teraz na łące, tuż obok nieświadomych jego istnienia bohaterów, i spoglądał prosto na swego twórcę.

Jachim spanikował i wyszedł z opowieści, a potem wyłączył Księcia. Głośno dysząc, opadł na krzesło.

Co to było?

Wiedział, że ma poważny problem.

 

***

 

Do egzaminu zostało tylko kilka dni, ale fakt pozostawał faktem: kod się spieprzył. Jachim nie umiał tego wyjaśnić.

Najpierw zrobił kilka kopii historii. Potem zabrał się do naprawienia swojego dzieła.

Anomalia ograniczała się jedynie do Człowieka bez Twarzy. Występował w każdej scenie – pojawiał się w różnych miejscach – i zawsze patrzył prosto na Jachima. Nawet wtedy, gdy morderca zabijał Sylwię czy mocował się z Marcelem, i tak gapił się bezczelnie na swojego jedynego czytelnika.

Skąd on wiedział, gdzie patrzeć? Jachim za każdym razem czuł dreszcze na skórze.

Przyjął plan awaryjny – jeśli nie zdoła się naprawić historii, uda, że wpatrujący się w widzów zabójca to celowy zabieg, mający wzmocnić przekaz dzieła.

Czasem zastanawiał się, czy historia nie stała się w ten sposób lepsza. Ostatecznie odrzucił tę myśli i zaczął usuwać Człowieka bez Twarzy z każdego fragmentu, w którym nie powinien się znaleźć. Miał ochotę dociec, skąd wziął się ten błąd, może nawet zgłosić to uczelni, lecz do egzaminu zostało za mało czasu.

Zwierzył się z problemu Hubertowi i Julii.

– To jest ostro porąbane – powiedział jego przyjaciel. – Nie grzebałeś czasem za głęboko przy inteligencji bohaterów?

– Nic takiego, nie obdarzyłem nikogo z nich SI wykraczającą poza elementy fabuły.

Hubert upierał się, by obejrzeć historię z tym nowym dodatkiem, i orzekł, że teraz robi większe wrażenie.

Julia była wyraźnie zaciekawiona.

– Jeśli masz jakieś problemy, nie musisz podchodzić do obrony w pierwszym terminie – poradziła. – Lepiej zaprezentować dopracowane dzieło. Ale to go nie przekonało. Wiedział, że jeśli teraz odpuści, wcale nie jest powiedziane, że w czasie poprawki pójdzie mu lepiej.

W końcu udało mu się naprawić całą opowieść. Przeglądał ją raz za razem i wszystko wydawało się w porządku.

 

***

 

Jachim – ubrany w obrzydliwie elegancki garnitur – stał przed komisją, która robiła za tło wirtualnego interfejsu jego Księcia, i rozesłał zaproszenia do opowieści.

Oceniających było troję. Promotor grupy wykładał techniki narracyjne. Podczas pisania okazał się zaskakująco pomocny. Recenzentka prac – doktoryzowana historyk sztuki – była w porządku. Tych dwoje nie powinno robić problemów. Gorzej, że w składzie komisji zasiadał też kierownik katedry – specjalista od wszystkiego – wymagający i nieprzewidywalny. O sposobach, w jakie uwalał studentów, krążyły legendy.

W czwórkę stanęli na łące przed domem pani Anastazji. Jachim dyrygował opowieścią.

– Proszę zaczynać – powiedział promotor.

Aurelia, Dominik, Sylwia i Marcel przybyli na łąkę w blasku słońca. Wynajęli miejsce na obóz, rozbili namioty. Zaczęło się ściemniać. Nareszcie trochę chłodu, ucieszył się Jachim, gdyż zdążył się już mocno zlać wirtualnym potem.

Spoglądał na twarze członków komisji i nie potrafił orzec, jak mu idzie. Podoba się im? A może się nudzą? W slasherach zawsze trzeba przeczekać początek, od pierwszego trupa idzie już z górki.

Czworo bohaterów usiadło przy ognisku.

Człowiek bez Twarzy jakby czekał na tę chwilę. Przywędrował nie wiadomo skąd, o kilka scen za wcześnie. Obozowicze zupełnie nie spostrzegli jego przybycia.

Jachim stanął jak wryty i szeroko rozdziawił usta.

Morderca wyciągnął nóż i zaczął obcinać głowy. Gdy skompletował cztery, odszedł.

Kiedy pojawiły się napisy końcowe, pod Jachimem ugięły się kolana.

– Całkiem interesująca interpretacja gatunku – oceniła recenzentka, wyraźnie rozbawiona. – Właściwie to był taki slasher w skrócie. I dobrze, historia rozciągnięta na dwie godziny nic więcej by nam nie opowiedziała. Mimo wszystko, chyba inaczej miało to wyglądać?

Czerwony na twarzy niczym dojrzały owoc chłopak przewinął scenę i poprosił o drugą szansę. Niestety, zabójca znów się pojawił. Kiedy zabrał się za dekapitację Aurelii, Jachim o mało nie zwymiotował.

– To nie jest historia, którą chciałem zaprezentować – wydukał. – Ktoś musiał coś pozmieniać.

– Co pan insynuuje? – gorączkował się kierownik katedry. – Prace są odpowiednio zabezpieczone.

Kazał wszystkim wyjść z opowieści, a potem obiecał, że uczelnia przyjrzy się tej sprawie.

Kiedy Jachim opuścił salę, był bliski płaczu.

– Ktoś mnie załatwił – powiedział do Julii. – Dlaczego? Jak? – Miał pustkę w głowie, wiedział tylko jedno. – Dowiem się, o co w tym chodzi. Dorwę tego, kto miesza w mojej opowieści.

 

***

 

Jachim – niczym bohater własnej historii – zaczął polowanie na człowieka, który wtrącił się bezczelnie w jego życie.

Oryginalną wersję Pocałunku Człowieka bez Twarzy udało się mu chyba odzyskać, lecz na tym kończyły się dobre wiadomości. Jachima zaproszono na kolejny termin obrony, na który pewnie przyjdzie mu czekać kilka miesięcy. Władze uczelni rozpoczęły śledztwo. Wykazało, że komputer nie został zaatakowany z zewnątrz, a zmiany w kodzie zachodziły na przestrzeni kilku godzin, jakby to sam autor dewastował swe dzieło. I tylko tyle. Chłopak domyślał się, że wielu podejrzewa go o autosabotaż. Nie przygotował się i tak próbował się wymigać. To było najlepsze wyjaśnienie. Bo po co ktoś miałby się włamywać do jego pracy dyplomowej? To byłby pierwszy podobny przypadek w historii wydziału.

– Jeśli naprawdę majstrował przy tym ktoś z zewnątrz, lepiej odpuść – radził Hubert. – Wiesz, co potrafią hakerzy. Ostatnio dużo się o tych śmierdzących sprawach słyszy. Śmierci w wirtualu. Zabójstwa ludzi z branży. Grube ryby i ich dziwne zabawy. Dostaniesz Aurorę i tak to się skończy.

Aurorą nazywano śpiączkę, w którą czasem zapadali przebywający w wirtualnej rzeczywistości. Niektórzy uczeni byli zdania, że ludzie ci zachowują świadomość, lecz zostaje ona uwięziona w cyfrowym świecie.

– Mam bogatą wyobraźnię, ale nie mieści mi się w głowie, dlaczego ktoś znaczący miałby mieszać w mojej pracy dyplomowej.

– Więc może nie z zewnątrz, a z wewnątrz?

– Mój promotor? Może ty albo Julia? To śmieszne. No, chyba że i ty podejrzewasz mnie, ale to by oznaczało, że mam coś nie tak z głową.

– A bardziej z wewnątrz?

– Mówiłem już, że moi bohaterowie nie mają takiej inteligencji.

– Co jeśli nabyli? Dlaczego się krzywisz? Zdarzały się takie przypadki. Czytałem o tym w Sieci, więc to na pewno prawda.

– Na pewno. – Jachim uśmiechnął się złośliwie. Nie miał ochoty zagłębiać się w tę możliwość. To było zbyt absurdalne, absolutnie niemożliwe i przede wszystkim zbyt przerażające.

Julia również doradzała Jachimowi ostrożność.

– Będziesz miał drugie podejście, a uczelnia zgodziła się, byś użył ich komputera. Wszystko będzie w porządku. Nie drąż tej sprawy, ona cię wykańcza.

– Chciałbym. – Spojrzał jej w oczy. A potem niespodziewanie wyznał: – Wiesz, że wzorowałem Dominika na sobie? Nie do końca na tym, kim jestem, ale kim chciałbym być. Mamy trochę wspólnego.

Zaskoczony wyznaniem, zamilkł na chwilę. Chciał jej tak wiele powiedzieć. Na początek przyznać, że była inspiracją dla jego Aurelii. Zapewnić, że byłby dla niej taki, jak jego bohater.

Jednak nie miał w sobie odwagi Dominika, powiedział więc tylko:

– Będę go szukał. Tego pieprzonego drania. Wszystko zniszczył. – Bez dyplomu Jachim nie miał szans, by znaleźć pracę w zawodzie. Nawet wujek nie był mu w stanie pomóc. – Dorwę go, Julio. Zdecydowałem, że pójdę na policję.

– Widzę, że każdy ma swojego Człowieka bez Twarzy – powiedziała bez cienia uśmiechu.

 

***

 

Rozsiadł się w fotelu i uruchomił Księcia.

Ostatnio w Jachimie narastała obsesyjna chęć ciągłego przebywania w swej opowieści, zupełnie jakby próbował przyłapać wroga na gorącym uczynku. Wyobrażał sobie, jak ten stoi na plaży z zakrytą twarzą, zupełnie jak morderca z tej historii, i na bieżąco zmienia jego kod, śmiejąc się upiornie.

Odzyskana historia prezentowała się jednak idealnie. Ten, kto w niej bruździł, najwyraźniej na razie odpuścił. Od czasu katastrofalnego występu przed komisją Jachim nie zauważył niczego podejrzanego.

Przesuwał sceny, aż doszedł do momentu, gdy za chwilę po raz pierwszy miał się pokazać Człowiek bez Twarzy.

Wówczas Jachim się przeniósł. Zamrugał, zaskoczony. Nie wydał żadnego polecenia.

Stał teraz w ciemnościach obok namiotu Sylwii. Coś zasłaniało jego twarz. Coś trzymał w ręku.

Spanikowany, wyciągnął ostrze wbite w płótno namiotu. Kapała krew. Spojrzał na siebie, na czarne ubranie. Co, do ciężkiej cholery?

– Co wy tam robicie? – rozległ się głos.

Czy to jakiś kolejny błąd? Nie miał pojęcia, co się dzieje ani co powinien robić. Znieruchomiał, zszokowany.

Aurelia wyszła z drugiego namiotu i spojrzała wprost na Jachima. Nie miała prawa go widzieć. Ale widziała. I zaczęła krzyczeć.

To się nie dzieje, pomyślał. To niemożliwe.

Wciąż się nie ruszał, sparaliżowany ze strachu, w umyśle miał pustkę. Coś tu było podwójnie nie tak. Ta scena powinna wyglądać inaczej. W oryginale morderca odszedł, nim dziewczyna wyszła z namiotu. Fabuła właśnie wykoleiła się jak pociąg z retrospekcji Dominika.

Pojawił się rzeczony Dominik. Coś trzymał w ręce.

No tak, przecież miał pistolet. Niespodziankę dla Nieznajomego z Pociągu, ukrytą na dnie plecaka. W opowieści wyciągnął ją po śmierci Sylwii, schował pod koszulką, lecz nie zdążył oddać ani jednego strzału.

Teraz jednak wydawało się, że będzie inaczej. Odbezpieczył i wycelował w Jachima.

Bohaterowie slasherów zwykle nie noszą pistoletów, bo inaczej morderca – zawsze stylowo hasający z bronią białą – padłby trupem, zanim historia na dobre by się zaczęła. Dominik jednak postanowił wyrwać się ze schematu. Umiejętności strzeleckie miał znakomite, spędził na strzelnicy wiele godzin, udając, że celuje w Nieznajomego z Pociągu.

Jachim zrobił pierwszą rzecz, która przyszła mu do głowy. Doskoczył do Aurelii i użył jej jako żywej tarczy. Nie miał ochoty ani czasu, by zastanawiać się, jakie to podłe.

Dominik wciąż celował, a ręka mu drżała. Nie ośmielił się strzelić.

– Dobra, kończymy to – powiedział do swych bohaterów Jachim i wydał polecenie wyjścia z opowieści.

Nic się nie wydarzyło.

Aurelia trzęsła się, płakała i zawodziła. On również miał ochotę się rozpłakać. Doigrał się. Ktoś załatwił go na dobre.

Musiał myśleć szybko. Kątem oka widział Marcela, który wrócił z plaży i zachodził go od tyłu.

– Słuchajcie, Sylwia nie żyje, ale to nie ja ją zabiłem – powiedział głośno. – Zostałem wrobiony.

Dominik patrzył na niego jak na bełkoczącego szaleńca. Jachim wcale mu się nie dziwił.

– Naprawdę zostałem wrobiony. Nie oglądacie filmów? Bohater zjawia się na miejscu zbrodni, podnosi nóż, a wtedy zewsząd pojawia się policja! To właśnie taki przypadek!

– Puść Aurelię – powiedział Dominik. – Nie rób jej krzywdy, a pozwolimy ci odejść.

– Zrobimy inaczej – wystękał Jachim, coraz bardziej przerażony. Rękę, którą trzymał dziewczynę, miał mokrą od jej łez. – Oddalę się z nią, a wy zostaniecie tutaj. Potem ją wypuszczę. Marcel, widzę cię, nie podchodź bliżej. Dziwicie się, że znam wasze imiona? Mógłbym wam powiedzieć prawdę, ale dopiero wtedy uznalibyście mnie za prawdziwego szaleńca. – Zrobił krok do tyłu. – Nie chcę nikogo z was skrzywdzić. – Kolejny krok. – Odejdę, puszczę Aurelię i już się więcej nie zobaczymy.

– Zwolnisz ją w zasięgu naszego wzroku – rozkazał Dominik.

I tak Jachim zrobił. Oddalił się na jakieś sto metrów, rozluźnił uścisk, odwrócił się i pognał na oślep starą ścieżką. Drżał z przerażenia, bał się, że za chwilę jego plecy rozerwie eksplozja bólu. Czy wtedy umrze? Tak na dobre? Nie obracał głowy, lecz wydawało mu się, że za nim nie biegną.

Wpadł w zarośla nieopodal lasku i skrył twarz w dłoniach, cały się trzęsąc. Jeszcze kilka razy próbował wyjść z opowieści, chciał też połączyć się z Siecią – bez powodzenia. Czy go śledzą? Nic nie widział w ciemnościach, ale domyślał się, że nie. Aurelia była zbyt spanikowana, więc Dominik przy niej zostanie. Marcel z pewnością nie bałby się wyruszyć sam, ale pozostali go powstrzymają. Pewnie będą chcieli zadzwonić na policję.

Ale tego nie zrobią, bo w tej opowieści nie było policji.

Czy na pewno? Widział zachowania i sceny, których być tu też nie powinno. Jego bohaterowie dysponowali Sztuczną Inteligencją wykraczającą poza fabułę. Oni zmądrzeli, Jachim całkowicie zgłupiał.

Zdarł cuchnące płótno z twarzy i zaczerpnął kilka głębokich oddechów. Podniósł parę kamyków i wypuścił z dłoni. Poturlały się chaotycznie po ziemi, nie wracając na zaprojektowane dla nich miejsce. Spojrzał w niebo. Kilka chmur, którymi je ozdobił, nie poruszało się. Czas nie płynął, Jachim utknął w punkcie na linii fabuły.

Co by się stało, gdyby tu zginął? Już od lat wirtualna rzeczywistość sprawiała pozory realności – awatary ludzi męczyły się, odczuwały ból czy pragnienie. Bywało, że umierały lub doznawały okaleczeń, lecz zwykle nie przenosiło się to na realne ciało. Zdarzały się jednak różne nieciekawe wypadki. A ten, kto wpakował w to Jachima, wydawał się dość potężny, by taki wypadek zaaranżować.

Z rozmyślań wyrwało go światełko migoczące w głębi lasku. Czy to kolejna zmiana? W którym momencie fabuły posadził tam panią Anastazję? Nie pamiętał. Miała się pojawić, kiedy Marcel zostanie sam. Udzielić mu odpowiedzi…

Jachim nagle oprzytomniał i ruszył wolnym krokiem w stronę światła. Miał dziwną pewność, że jeśli ten, kto wpakował go w tę kabałę, chciałby pomówić, na pewno będzie czekał właśnie tam.

Poruszał się najciszej, jak potrafił. Wydawało mu się, że drzewa go obserwują, że Człowiek bez Twarzy czeka za którymś z nich. Przeszedł przez polankę, uważając, by nie nadepnąć na któryś z grobów. Znał tych wszystkich ludzi, gdzieś na dnie kodu tej historii można było znaleźć życiorysy każdego z nich. To było silniejsze od niego – wymyślał o wiele więcej, niż mogła pomieścić fabuła. A komputer zapisywał wszystko.

Światło rosło przed jego oczyma – malowało żółto-pomarańczową wyspę na morzu ciemności. W środku ruiny dostrzegł ludzką postać.

Julia siedziała dokładnie w miejscu przeznaczonym dla pani Anastazji. Twarz miała bladą, oczy zaczerwienione, trzęsły się jej dłonie.

– Julio? – W pierwszej chwili pomyślał, że ona też została tu uwięziona. Ale to nie miało sensu. – Co się dzieje?

– Przepraszam cię, Jachimie.

– Dlaczego nie mogę wyjść z opowieści? Co się tu wydarzyło? Czy ty…

Pokiwała głową.

– Co mi zrobiłaś? – zapytał, czując rosnący gniew. – Dlaczego?

Podniosła zapłakane oczy, lecz szybko uciekła spojrzeniem.

– Nie chciałam, żeby tak się to potoczyło. Chyba jestem ci winna wyjaśnienie.

– Do ciężkiej cholery, chyba tak.

– To dlatego, że twoja praca była za dobra – powiedziała, jakby z pretensją. – Dlaczego nie odpuściłeś? Wszystko układało się już właściwie, wystarczyło odpuścić.

– Nie rozumiem…

– Oczywiście, że nie rozumiesz. Bo o niczym nie miałeś pojęcia. Jakiś czas temu dowiedziałam się czegoś na uczelni. Wiesz, że wykładowcy zawsze mnie lubili. Jeden, nieważne który, nie umiał utrzymać języka za zębami. Otóż osoba z naszej grupy miała z miejsca dostać etat w wytwórni filmowej. Ta, która najlepiej wypadnie na obronie. Czujesz to, Dominiku? Praca marzeń przy adaptacji dwudziestowiecznych klasyków kinematografii. Dlatego narzucono nam taki temat. Widziałam prace wszystkich z naszej grupy. Były poprawne, ale bez szału. Jakieś ghost story, infantylna komedia, science fiction z czasów komputerów zajmujących połowę pomieszczenia. Mój western zjadał je wszystkie na śniadanie. I wtedy ty pokazałeś mi swój slasher. Nie zrozum mnie źle, nie uważam, że był lepszy od mojej pracy, ale okazał się dobry. Byłeś jedyną osobą, której się obawiałam. Tym bardziej że masz wysoko postawionego wujka… Chciałam tylko, żebyś nie obronił się w pierwszym terminie, by to mnie zaproponowano etat. Dlatego pozmieniałam co nieco w twojej pracy. Ale ty się uparłeś, wymazałeś, co było złe, więc znów musiałam namieszać. W noc przed obroną poszłam na całość. Udało się. Zaprosili cię na drugi termin, a ja dostałam najwyższą ocenę i propozycję od pracodawców.

– Od kiedy to potrafisz się włamać do Księcia? – zapytał. – Masz jakieś ukryte zdolności hakerskie?

– Ja nie, ale mój narzeczony, owszem. Zostawiłam coś w opowieści, gdy mnie do niej zaprosiłeś. On lubi to nazywać koniem trojański. Dzięki niemu zrobiłam resztę. Uczelnia jest zacofana, ich śledztwo niczego nie wykaże. Ale ty musiałeś drążyć.

– Wypuść mnie, Julio – poprosił. – Obiecuję, że zapomnę o wszystkim. To dość podłe, co zrobiliście, ale rozumiem twoją motywację.

– Całe to gadanie o policji… W końcu dowiedziałbyś się, że zostałam nagrodzona przez uczelnię, i zacząłbyś mnie podejrzewać. Pojechałbyś na komisariat i wskazał palcem, to tamta, to ona tak mnie okantowała. Przepraszam cię jeszcze raz, Dominiku. Nie chcę, byś wszystko zepsuł. W pracy mnie cenią, poznałam cudownych ludzi. Dobrze mi się układa. Musisz… zostać tutaj.

– Wypuść mnie – pisnął żałośnie. – Pamiętasz, jak ci mówiłem, że jestem nieustępliwy jak Dominik? Mocno przesadziłem. Potrafię wybaczać. Zabierz mnie stąd.

– Nie mogę.

– Aurora, zgadłem? – powiedział drżącym głosem. – Wpędziliście mnie w śpiączkę. Dziękuję za miłosierdzie, to mogła być kulka w łeb. Choć w sumie nie ma różnicy. Tu i tak nie mam szansy przeżyć.

– Za to też cię przepraszam. Chciałam, byś był tu szczęśliwy, ale akurat to okazało się niemożliwe. Mój narzeczony mógł nieco rozbudować SI twoich bohaterów, ale wszystko w oparciu tylko o to, co sam stworzyłeś.

– Julio, to nie jest śmieszne. – Padł na kolana. – Przestań to robić i mnie stąd wypuść! Proszę cię!

– Przecież mówię, że nie mogę – powiedziała z widocznym trudem. – Nawet gdybym chciała. Mój narzeczony zna pewnych ludzi… Nieważne. Wiesz, że jak dostajesz Aurorę, to już na zawsze.

– Przecież ja tu zginę! Julio, proszę.

– Więc ty zabij ich pierwszy – rzuciła beznamiętnym głosem. – Przecież nie są prawdziwi. – Obtarła nos. – Wiesz, dużo myślałam o nich i o tym Człowieku bez Twarzy. Stawiam, że był nim ojciec sióstr, ale także Człowiek Lasu i Nieznajomy z Pociągu. To jedna i ta sama osoba, prawda?

– Czy to teraz ważne?

– Może i nieważne. Masz rację. Czas już na mnie. Źle wyszło, chyba oboje się zgodzimy. Po stokroć przepraszam.

Z wahaniem zbliżyła się i delikatnie pocałowała go w policzek. Jachim stracił wszelką nadzieję, lecz mógł zrobić coś jeszcze.

W ręce wciąż trzymał nóż.

Skoczył, zamachnął się, szybko i z furią, lecz ostrze przeszyło tylko powietrze. Dziewczyna wyłączyła się.

Usiadł na ziemi, otępiały. Wiedział, że Julia miała rację. Albo on zabije bohaterów, albo oni zabiją jego. Ten skrypt był za mały dla nich wszystkich. Dlaczego jednak myśl o tym, co musi zrobić, sprawiała, że czuł się tak podle? Przecież już ich uśmiercił, technicznie rzecz biorąc, dziesiątki razy. Teraz jednak wydawali się tacy prawdziwi. Nie byli już kawałkami kodu, lecz istotami zamieszkującymi świat, w którym Jachimowi przyjdzie pewnie spędzić resztę życia. Lubił ich.

Coś zaczęło klarować się w jego umyśle. Zasłonił twarz płótnem.

Usłyszał szmery za plecami, więc podniósł nóż i wypatrywał. Kolejne ciche dźwięki, jakby ktoś się ku niemu skradał. Nic nie widział. Podbiegł do lampy, musiał ją zgasić.

Wtedy jakaś sylwetka wybiegła zza ściany ruiny i zdzieliła go w głowę. Padł na ziemię, gwiazdy na niebie zawirowały, jakby ktoś przyspieszył opowieść stukrotnie. Jachim zamknął oczy.

Proszę, niech to się nie dzieje naprawdę.

Więc jednak źle ich ocenił, podjęli walkę. Tak właśnie powinni się zachowywać bohaterowie slasherów, przeszło mu przez myśl. Nie uciekać, lecz przejąć inicjatywę i załatwić swego oprawcę. Szkoda, że Julia tego nie widzi. Wiecznie naśmiewała się z nich, że to takie miękkie buły. Tym razem nie miałaby powodów do złośliwości.

Zaczęli wiązać mu ręce linką namiotową. Wciąż żył, więc nie wszystko było stracone. W dawnych filmach, jeśli nie wykończyło się mordercy od razu, zwykle wychodził z opresji.

– Uklęknij – rozkazał Dominik. Stał po jego prawej, a Marcel po lewej. Aurelia drżała, nieco z boku.

Jachim wykonał polecenie. Co dziwne, żadne z nich nie kwapiło się, by odsłonić mu twarz.

– Kim jesteś? – zapytał Marcel.

– I tak nie uwierzycie.

– Dlaczego zabiłeś Sylwię? – tym razem odezwał się Dominik. Lufę broni trzymał tuż przy skroni Jachima.

– Nie zabiłem jej.

Marcel kopnął go z całej siły. Jachim upadł na bok, wyjąc z bólu. Dlaczego musiał obdarzyć tego durnia taką krzepą?

– Dlaczego zabiłeś Sylwię? – zapytał jeszcze raz Dominik.

– Nie zabiłem. – To zadziwiające, jak łatwo to kłamstwo przeszło mu przez usta. Zabił przecież dziewczynę swym przerażającym narzędziem bez twarzy.

– Daj mi spluwę – zażądał Marcel.

Dominik się zawahał. Przyjaciel wyrwał mu broń z dłoni.

– Pójdziesz ze mną, chłopczyku, do magicznej chatki pełnej niesamowitości – wyrecytował Jachim, w ostatniej desperackiej próbie kupienia sobie nieco czasu.

Marcela zamurowało.

– Jestem Człowiekiem Lasu i zapraszam cię na niezwykłą przygodę – dokończył.

– Skąd o tym wiesz? Gadaj! Kim ty… kim…

– Nie chcesz mnie zabijać, Marcelu. Nie opłaca ci się to. Bo ja wiem, gdzie go znaleźć. Marcel zerwał szmatę z twarzy Jachima.

– Kim ty, kurwa, jesteś?

– Chodźmy na policję, oddam się w ręce władzy. Może uda mi się coś wam uzmysłowić. Musimy tylko pokonać kawałek drogi, niewiele, choć zawędrujemy na kraniec świata.

Marcel gorączkowo myślał, a potem zdecydował:

– Nie wiem, skąd wiesz o mojej przeszłości, skurwielu, ale nie mam zamiaru do tego wracać. Giń, szmato.

Pociągnął za spust.

Postacie ze slasherów zwykle nie noszą pistoletów, ale od każdej reguły są wyjątki. Raz na sto spotkań bohatera z mordercą ten pierwszy wygrzebie skądś broń, ale ta, rzecz jasna, nie wypali lub się zatnie.

To była właśnie spluwa rodem z klasycznego slashera. Tak właśnie scharakteryzował ją Jachim, gdy jeszcze miał plan, by odegrała w historii większą rolę.

Marcel zaklął, gdy nic się nie stało.

Jachim wiedział, że to jego szansa. Mimo potwornego bólu w czaszce, podniósł się na równe nogi i zaczął uciekać. Musiał zaskoczyć swoich oprawców, bo nikt nie powalił go z powrotem na ziemię. Biegł, ile sił w nogach. Związane z tyłu ręce dziwnie mu ciążyły i z trudem zachowywał równowagę, lecz zdołał wyrwać się z potrzasku. Dokąd jednak miał uciec?

Do głowy przyszło mu tylko jedno miejsce.

Gdy Jachim tworzył tamten skrawek wirtualnego świata, wybrał brzozy, gdyż ich bladość kojarzyła mu się ze śmiercią. I rzeczywiście, za kilka uderzeń serca ktoś w tym miejscu znów miał stracić życie.

Biegli za nim, słyszał ich i wyczuwał, jakby miał jakiś dodatkowy zmysł. Marcel był najbliżej. Niedobrze. Pułapka została zaprojektowana na Dominika, jego dużo wyższy przyjaciel mógł przelecieć przez nią jak taran przez otwartą bramę.

Jachim musiał zaryzykować. Kiedy dobiegł do drzew, udał, że się potyka, przeleciał tuż pod linką, padł na ziemię i odturlał się od drzew. Marcel nie zamierzał zwalniać. W obie dłonie chwycił nóż – broń mordercy bez twarzy, najwidoczniej pistolet wypadł z łask – schylił się nieco, gotowy całym ciężarem ciała upaść na leżącą ofiarę.

Linka wbiła się mu dokładnie w gardło. Co ciekawe, nie zerwał jej, jak Dominik. Zawisł w dziwnie przechylonej pozycji, wypuścił nóż z dłoni.

Dominik i Aurelia pojawili się tuż za nim. Zatrzymali się, przerażeni losem przyjaciela. Jachim zdążył wstać, lecz to Dominik pierwszy sięgnął po nóż. Zawahał się jednak, jakby bał się kolejnego podstępu.

– Podobał ci się mój taniec, Dominiku? – zapytał Jachim, oddalając się o kilka kroków. – Zwykłem tańczyć w różnych miejscach, by wyrazić swą radość. Najbardziej upodobałem sobie pociągi. Tu nie ma żadnego, więc będzie mi musiał wystarczyć taniec na twoim grobie. – I uciekł.

To było podłe zagranie, lecz musiał go sprowokować, zmusić, by chęć zemsty przysłoniła mu umysł. Wtedy łatwiej go będzie zabić. Najpierw jednak Dominik zaopiekuje się Aurelią, każe jej uciekać, ona nie będzie chciała, on będzie nalegał, ona się rozpłacze. Jachim miał mnóstwo czasu.

Wbiegł do tunelu na plaży, pewien, że Dominik w końcu podąży za nim. Wreszcie myślał zupełnie jasno. Był jak pisarz analizujący każdy aspekt swego dzieła, by doprowadzić do upragnionego końca opowieści. Gdzie w domu pani Anastazji znajdzie miejsce, w którym Dominik go nie dopadnie? Ano oczywiście. Przydałoby się też przeciąć te więzy na nadgarstkach. Już wiedział jak.

Najpierw pokonał tunel – to była łatwiejsza część, pomijając moment, gdy z powodu całkowitych ciemności zderzył się z drzwiami. Kilka siniaków więcej nie robiło mu jednak różnicy. Odwrócony, chwilę mocował się z klamką, skrępowane ręce nie pomagały, po czym wbiegł do piwnicy, potykając się o każdą możliwą przeszkodę. Miał ochotę przekląć tego, kto to tu poustawiał, ale przypomniał sobie, że to przecież on. Gdzie były schody?

Gdy wbiegł na parter, jego sprzymierzeńcem została latarnia morska, która rozświetlała wnętrze z agresywną regularnością. Za każdym razem, kiedy jasność wlewała się w zakamarki domu, Jachim rozglądał się, czy gdzieś nie czai się Dominik z wielkim nożem w dłoni. Na szczęście najwidoczniej jeszcze tu nie dotarł.

 Wejście na strych znajdowało się na końcu stromych schodów. Jachim wbiegł po nich uważnie, schylił się i naparł plecami na klapę. Otwierała się do wewnątrz, więc gdy znalazł się już w środku, przesunął na nią ciężką skrzynię, a potem jeszcze jedną.

Położył się na podłodze i nasłuchiwał.

Nic. Nagle serce mu zamarło. Czy Dominik był tak szybki, że przybiegł tu przed nim? Mógł przewidzieć, że Jachim zechce skryć się na strychu, i teraz czaił się gdzieś wśród tych gratów… Promień latarni wlewał się przez nieliczne brudne okna, ukazując fragmenty strychu. Żadnego Dominika. Jednak wiele kątów pozostawało nietkniętych światłem. Mógł się schować w starej szafie albo przyczaić za przewróconym stołem.

Jachim usłyszał kroki, ciche, prawie niesłyszalne. Dochodziły z dołu, więc odetchnął. Na razie był bezpieczny. Rzucił okiem na pomieszczenie, gdyż właśnie przelała się przez nie kolejna fala światła.

Tak wyobrażał sobie stare strychy. Pełne kartonów, skrzyń i regałów z papierowymi, dawno zapomnianymi książkami. Było tu mnóstwo staroci – rozłożony na części rower, na którym nikt już nigdy nie pojedzie, niedziałająca lodówka, olbrzymi stary telewizor, który musiał ważyć chyba z dziesięć kilo, śmieszny komputer z wielką skrzynką i podobnym do telewizora monitorem. I oczywiście kołowrotek, zabytkowy, drewniany i złowieszczo piękny. Jachim nie potrafił sobie wyobrazić strychu bez takiego skarbu.

Otworzył nogą jedną z szuflad i wyjął z trudem coś, co wyglądało jak podręczny zestaw psychopatycznego mordercy. Największy z noży z pewnością się nadawał. Jachim chwycił go nieporadnie w dłonie i zaczął przecinać więzy. Robił to ostrożnie, próbował nie podciąć sobie żył. Cały czas spoglądał na klapę w podłodze. Czy zaraz zacznie się unosić? Dominik chyba był za mądry, by próbować tu wejść, pomyślał.

Znów położył się na podłodze. Kroki ucichły. Czy jego bohater mógł się tu dostać inną drogą? To niemożliwe, chyba że…

Z tyłu domu stała stara drabina. Jachim znieruchomiał, przejęty grozą. Po co ją tam postawił? Miał ochotę uderzyć się w twarz za głupotę. Zaczął jeszcze energiczniej uwalniać dłonie, nóż był tępy – choć nie tak tępy, jak ten, kto go stworzył – i nadawał się chyba tylko do rozsmarowywania masła.

Kolejna fala światła zalała strych. Jachim podniósł oczy, spodziewając się, co za chwilę zobaczy, i nie pomylił się.

Postać w oknie trzymała w dłoni nóż.

Za tą samą szybą, tylko od drugiej strony, ujrzałem kiedyś Człowieka bez Twarzy, pomyślał Jachim. Wtedy wszystko się zaczęło. Teraz wszystko się skończy.

Już nie dbał o swe dłonie, piłował z całych sił. Dominik rozbił okno i wgramolił się do środka. Nic nie mówił. W tej chwili Jachim pojął, że na jego oczach narodziło się arcydzieło. Zwykły, dobry człowiek, pchnięty ku ostateczności, przerodził się w postać tak upiorną, że Człowiek bez Twarzy wydawał się przy nim kiczowaty, tani i mało straszny.

Dominik podniósł nóż i zamierzył się w gardło swej ofiary.

Jachim zdołał oswobodzić się w ostatniej chwili, wyciągnął ręce, chwycił chłopaka i pchnął go mocno w ciemność. Potem doskoczył, jedną ręką wykręcił mu dłoń, drugą złapał za bark i rzucił Dominika w głąb strychu.

Był gotów wyprowadzić kolejny cios, lecz zauważył, że chłopak padł twarzą na wrzeciono kołowrotka. Wbiło mu się przez oczodół w głąb czaszki. Zdołał jeszcze kilkakrotnie potrząsnąć rękoma, po czym znieruchomiał.

– Ukłułeś się – powiedział smutno Jachim. – Przepraszam, że tak musiało się to potoczyć. – Podniósł nóż z podłogi. – Nie martw się, zaopiekuję się twoją królewną.

Wiedział, gdzie znajdzie Aurelię.

W drodze zrzucił z siebie czarne szmaty. Pod spodem miał strój, w którym wkroczył do opowieści. Skrzywił się, zdając sobie sprawę, że przyjdzie mu spędzić resztę życia w głupkowatej koszulce z wielkim kwiatkiem. Może coś sobie potem uszyje, jeśli Dominik nie zniszczył kołowrotka.

Próbował myśleć o różnych rzeczach, spychając w głąb umysłu to, co za chwilę będzie musiał zrobić. Gdy jednak znalazł się już blisko latarni, nie wytrzymał i łzy napłynęły mu do oczu. Cały świat się rozmazał, morze zlało z niebem, Jachim widział jednak światło, wielkie i wędrujące.

Kiedy stanął u podnóża wieży i spojrzał w górę, przeszył go dreszcz. Aurelia z pewnością weszła na szczyt, szukając pomocy. Znalazła martwego latarnika i co zrobiła potem? Nie mogła dobiec do wioski, gdyż ta znajdowała się za obszarem wykreowanego świata.

Wciąż czeka na górze? Czai się z czymś ostrym w ręku?

Ostrożnie otwarł wielkie, drewniane drzwi. Nóż trzymał w gotowości, lecz nie ujrzał nic podejrzanego. Zaczął powolną wędrówkę po spiralnych schodach. Tym razem uważnie obserwował okna.

Aurelia siedziała na tarasie widokowym obok trupa latarnika, skulona, jakby właśnie popełniła zbrodnię w afekcie i straciła rozum. Kiedy Jachim się przed nią zjawił, podniosła załzawione oczy. Na jej jasnych włosach odbijało się srebrzyste światło księżyca, tym razem Jachim był tego pewien.

– Proszę – powiedział i ukląkł obok niej. – Za nic w świecie nie chcę cię zabijać, Aurelio, ale nie wiem, czy to się może tak skończyć. Najpierw musisz zrozumieć kilka rzeczy.

Jej spojrzenie sugerowało, że nie rozumie nawet, jak ma na imię.

– Wyjaśnię ci wszystko, co tu zaszło. Od początku, dobrze?

– Kim jesteś? – wydukała.

– Nazywam się Jachim Fiodorczyk i jestem twoim twórcą. Aurelio, zostałaś wykreowana jako bohaterką wirtualnej opowieści.

Nie zrobiło to na niej wrażenia.

– Stworzyłem ciebie, Dominika, Sylwię, Marcela i cały ten świat. Jako opowieść, pracę dyplomową. A potem ktoś uwięził mnie tu z wami. Nastawił historię tak, byście myśleli, że zabiłem Sylwię. Gdzieś w prawdziwym świecie leżę teraz bezwładny, w wiecznym śnie, bez szans na pobudkę. Przyjdzie mi żyć tutaj, dlatego proszę, nie każ mi cię zabijać. Nie chcę zostać sam.

– Aha – rzekła bez przekonania, jakby wcale go nie słuchała.

– Widzisz, Aurelio, doskonale cię rozumiem. Sam wiele wycierpiałem przez ojca. On sam był bardzo skrzywdzony. Trauma z dzieciństwa, spotkanie z pewnym potworem, zniszczyła mu życie. Moja mama, ja i brat tak wiele przeszliśmy, lecz w końcu udało nam się uwolnić. Zaczęło się naprawdę dobre życie. Pamiętam wakacje, na które pojechaliśmy. Nigdy wcześniej nie podróżowałem pociągiem, było cudownie. Śmieszny pan ustąpił nam miejsca, a potem widziałem, jak tańczy na korytarzu. Dotarliśmy nad morze, na pole namiotowe, nieopodal ostatniej na naszym wybrzeżu prawdziwej latarni morskiej. Była tam zabawna staruszka, która mieszkała w starym, upiornym domu, a w lesie nieopodal natknęliśmy się na zapomniany cmentarz. Jednego wieczoru usłyszeliśmy historię o mordercy bez twarzy, który ponoć grasował kiedyś w okolicy. Pamiętam, że z bratem bardzo się baliśmy. Nie było jednak czego, nikt nas nie skrzywdził. Innego dnia siedzieliśmy na plaży, a mama czytała nam historię z prawdziwej papierowej książki. Pamiętam do dziś, to była bajka o pięknej, blondwłosej królewnie, o długim śnie i kończącym go pocałunku.

Aurelia przez chwilę milczała, po czym orzekła:

– Masz nie po kolei w głowie.

– Jestem studentem wirtualnego pisarstwa. Musisz w to uwierzyć. Mogę ci streścić całe studia. Zająłem się tym dzięki mojemu wujkowi, Norbertowi…

– Norbertowi Fiodorczykowi? – zapytała Aurelia.

– Tak…

– N.F. – oznajmiła. – Czego naprawdę nauczył cię wujek? Mordowania ludzi? Może wyobraziłeś sobie, że to tylko wirtualna opowieść. Skąd naprawdę znasz tę okolicę? Może…

– Przestań – przerwał jej. Znał to z kilku slasherów. Powodujący opad szczęki zwrot akcji, gdy to główny bohater okazuje się psychopatą, przed którym niby uciekał. Jachim nawet nie próbował przyjąć tego do wiadomości. To było zbyt oklepane i przerażające.

– Zabiłeś ich – powiedziała Aurelia i wybuchła nową porcją płaczu. – Zabiłeś.

– Powiedziałem ci prawdę.

– Jeśli to rzeczywiście tylko twoja opowieść, udowodnij, że mnie stworzyłeś.

Przez chwilę miał pustkę w głowie. Czując na sobie wzrok dziewczyny, nie potrafił się skupić.

– Kiedy miałaś sześć lat, złamałaś rękę na sankach. Sylwia przyznała się, że to ona cię popchnęła, by przyjąć na siebie karę. Zaliczyłaś najtrudniejszy przedmiot na studiach dzięki ściąganiu.

– Dość – powiedziała.

– Jeśli wciąż mi nie wierzysz, chodźmy do granicy, gdzie kończy się świat opowieści. Nie da się przejść dalej. Spójrz w niebo. Nic się na nim nie rusza.

Aurelia wlepiła w Jachima spojrzenie przepełnione taką nienawiścią, że aż zaparło mu dech.

– Jeśli to prawda, to dlaczego?! – krzyknęła z furią, czym po raz pierwszy całkowicie go zaskoczyła. – Dlaczego tak mnie nienawidzisz? Dlaczego kazałeś mi tak wiele wycierpieć! Jesteś dużo gorszy od mordercy. Jesteś wszystkim, co najgorsze w moim życiu.

Jachim poczuł, że łzy spływają mu po twarzy. Nie miał nic na swoją obronę.

– Nie zabiłem cię – wydukał w końcu. – Napisałem otwarte zakończenie, które mogło to sugerować, ale nie miałem serca cię zabić. A wiesz dlaczego?

– Zostawiłeś sobie furtkę na drugą część?

– Bo cię kocham, Aurelio. Teraz to wiem. Myślałem, że kocham pewną kobietę, lecz wcale jej nie znałem. Widziałem tylko jej zasłoniętą twarz, fałszywy obraz. Kochałem iluzję. Kochałem w niej to, co przypominało mi ciebie. Narodziłaś się w moim umyśle bardzo dawno temu. Mówisz, że jestem wszystkim, co najgorsze w twoim życiu. Ty jesteś spełnieniem moich marzeń. Może i nie jesteś prawdziwa, lecz prawdziwsza niż tamta kobieta. I wierz mi, wiem, co mówię, gdyż znam cię lepiej niż ty sama.

Pragnął ją przytulić i pocieszyć, obiecać tak wiele rzeczy, lecz nie miał odwagi. Za to podał jej nóż.

Znał ją na tyle, że wiedział, iż nie zrobi z niego użytku. Mimo to serce mocniej mu zabiło.

Przyjęła podarunek. Długo oglądała ostrze.

– Nie będę taka jak ty – stwierdziła w końcu, jakby z dumą, i wyrzuciła nóż za barierkę. – Wynoś się. Nie chcę cię więcej widzieć.

Odszedł.

 

***

 

Noc trwała i trwała. Kiedy Jachim grzebał ciała, widział Aurelię przypatrującą mu się z daleka. Sylwia, Dominik i Marcel spoczęli na cmentarzyku, obok innych zamordowanych. Pomiędzy grobami postawił lampę naftową. Niech im świeci.

 

***

 

Świt nigdy nie miał nadejść. Jachim siedział na plaży i rozmyślał, co się dzieje z jego ciałem w realu. Żałował, że za życia nie przyłączył się do ruchu przeciwników eutanazji osób z Aurorą. Bał się. Ale też czekał.

Aurelia stała nieopodal, milcząca i czająca się niczym Człowiek bez Twarzy.

 

***

 

Księżyc świecił jasno, gdy Jachim sprzątał dom pani Anastazji. Ile czasu minęło? Kilka dni czy kilka miesięcy? Nie miał pojęcia. Był w miarę zadowolony. Miejsce prawie nadawało się do zamieszkania.

Aurelia stała nieopodal płotu, jakby na coś czekając.

 

***

 

Gwiazdy mrugały, jakby chciały przekazać mu jakiś sekret. Jachim często myślał o Julii. Czy kiedyś ruszy ją sumienie i pojawi się nad jego łóżkiem, by pocałunkiem wybudzić ze snu? A może lekarzom uda się przełamać Aurorę i wydobędą go z tego świata? Czy kiedyś na horyzoncie pojawi się łódka?

Gdy spoglądał na Aurelię, sam nie wiedział, czy tego chce. Jeszcze tylko trochę, jeszcze kilka małych kroczków.

W ogrodzie pani Anastazji rosły piękne georginie.

 

***

 

Samotny księżyc wydawał się dziwnie zazdrosny.

Kiedy Jachim tworzył Aurelię, nadał jej tak wiele cech, lecz jedna z nich była najważniejsza. Wykreował ją tak, by go pokochała.

Pewien był, że rozkwitnie przy nim jak kwiat, że zagoją się wszystkie jej rany. Pocałował ją czule i wrócił na powrót w ciemność.

 

Koniec

Komentarze

Czytałam w numerze. Podobało mi się, fajne igranie z horrorową sztampą i dobre przenikanie się świata rzeczywistego z fikcyjnym, które buduje napięcie (zwłaszcza pod koniec). Niestety było to już jakiś czas temu, więc szczegółów nie przywołam, ale tekst mam w pamięci i czytałam go z przyjemnością :)

Dla formalności (bo przecież opowiadanie wyróżnione już papierem) klikam bibliotekę.

Spoko, fajne, zastanawiałem się po co, i doszedłem do wniosku, że to taka miłosna wstawka na walentynki ;), to dzięki za podzielenie się o/

Nie ukrywam, że opowiadanie mnie zainteresowało, czytało się świetnie i byłam niezmiernie ciekawa, jak potoczą się sprawy, ale też muszę wyznać, że mój stary rozum nie pojmuje tego, co stanowi istotę tej historii. Nie wiem jak to się dzieje, że Jachim stworzył postaci i świat, do którego sam wchodził i wpuszczał inne osoby, i w którym potem został uwięziony.

Rozumiem, że pisarz może wymyślić co zechce i umieścić to na kartach książki, ale nie umiem sobie wyobrazić, jak to się dzieje, że ktoś żywy i prawdziwy nagle staje się postacią wsadzoną do wirtualnego świata, podczas gdy jego ciało zapada w śpiączkę.

Nie klikam, bo, o ile mi wiadomo, każde powiadanie opiórkowane staje się opowiadaniem bibliotecznym.

 

Pew­ne­go ranka przy­by­li po­li­cjan­ci. –> Czy to na pewno byli policjanci, a nie milicjanci?

Skoro rzecz dzieje się w ubiegłym wieku, a Marcel opowiada historię z przeszłości, to obawiam się, że wtedy nie było policji i rankiem mogli przybyć milicjanci. Milicja Obywatelska została przekształcona w Policję w kwietniu 1990 roku.

Sugeruję, abyś przyjrzał się policji także w dalszym ciągu opowiadania, bo gdzieniegdzie chyba powinna tam być właśnie milicja.

 

Była naj­bar­dziej prze­ra­żo­na. Syl­wia się trzę­sła, ale bar­dziej ze zło­ści niż ze stra­chu. Do­mi­nik wy­da­wał się naj­bar­dziej opa­no­wa­ny… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Do­mi­ni­ka był prze­ra­żo­ny… –> Literówka.

 

Au­re­lia spoj­rza­ła na wi­ją­ce się ponad ich gło­wa­mi scho­dy… –> Byłam przekonana, że Aurelia jest sama.

 

Po­tknę­ła się o sto­pień, w ostat­niej chwi­li chwy­ci­ła po­rę­czy. –> Po­tknę­ła się o sto­pień, w ostat­niej chwi­li chwy­ci­ła po­rę­cz.

 

Wtedy za­uwa­żył coś katem oka. –> Literówka.

 

– Mam bo­ga­tą wy­obraź­nie… –> Literówka.

 

ja­sność wle­wa­ła się w za­ka­mar­ki domu, Ja­chim roz­glą­dał, czy… –> Chyba miało być: …Jachim rozgląał się, czy

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za komentarze.

 

Reg, wirtualna rzeczywistość to coś, co już się pojawia. Na razie jest dość prymitywna, bo w goglach słyszymy muzykę z głośników i oglądamy obraz z monitorów, które są po prostu bliżej oczu. Ale kiedyś może przejść do przełomu i informacje może będą przesyłane bezpośrednio do mózgu. Coś takiego jest w opowiadaniu. Bohater przebywa w sztucznie wykreowanej komputerowa rzeczywistości, choć nie fizycznie. Bodźce przekazywane do mózgu oszukują wszystkie zmysły.

Co do policjantów – masz rację, ale tu zawsze mogę powiedzieć, że błąd zrobił Jachim w swojej opowieści, a nie ja :P 

Aurelia spojrzała na wijące się ponad ich głowami schody → Stali tam w trójkę, Aurelia, Jachim i Julia, ona po prostu ich nie widziała

Potknęła się o stopień, w ostatniej chwili chwyciła poręczy. → W domyśle tu miało być “chwyciła się poręczy” z pominięciem “się” w celu uniknięcia powtórzenia.

Gratuluję publikacji :) Zazdroszczę, i to chyba za bardzo, bo postanowiłem tekst przejrzeć wyjątkowo wnikliwie ;) Co innego, że rytm długości zdań doskonale mi to ułatwił. Zdania proste i czytelne to skarb :)

 

Obóz rozbili na niewielkiej łące tuż obok płotu – dwa pomarańczowe namioty w świetle zachodzącego słońca przypominają żywy ogień.

– czyli łopotały na wietrze ?

 

Dalej stoi dom, stary i chwilowo niezamieszkały. Otacza go zarośnięty ogród, do którego wejścia strzeże studnia. Po drugiej stronie łąki widać morze, w którym topi się słońce, malując fale karmazynową barwą.

– znowu słońce.

 

Czworo młodych ludzi siedzi wokół ogniska, trzymając się za dłonie, nieświadomych, że obserwuje ich Człowiek bez Twarzy.

– znowu informacja o trzymaniu się za dłonie.

 

Ostatecznie pomniejszył objętość każdego ziarna o dwanaście procent i dołożył ich tyle, ile trzeba, by zachować objętość i kształt warstwy.

 

Jachim dobrze znał swojego krewnego i wiedział, czego ten oczekuje. Głębokiego jak szyb naftowy dramatu psychologicznego. Albo science fiction mówiącego tak wiele o naturze wszystkiego, że nawet scenarzysta rozumie tylko połowę.

– zupełnie jak ja :D

 

Wszyscy myśleli, że z takim wujkiem powinien błyszczeć na studiach niczym klejnot w świetle zachodzącego słońca.

– jakaś obsesja ;)

 

Jachim wynajmował pokój nieopodal uczelni, u pary starców, którzy pamiętali chyba jeszcze ostatnie kina.

– przecinek wydaje mi się zbędny…

 

Moment ciemności, żadnego bólu ani dziwnego uczucia. Po chwili stali na łące, za ich plecami tarcza słońca dotykała horyzontu.

– patrzę podejrzliwie ;)

 

Dominik miał wielkie serce i czasem uważał, że to jego przekleństwo.

– wyskoczył, jak z kapelusza. To kolejny z bohaterów?

 

 Targały nim coraz koszmarniejsze myśli, zaczął bać się samego siebie.

– coraz to koszmarniejsze… Hmm?

 

Czasem aż chciał, by w końcu się pojawił. Przygotował coś dla niego.

– odnoszę wrażenie, że nie było do tej pory zamienników typu aby…

 

– Oczywiście – odparł chłopak. – Może wstał z grobu. Choć bardziej prawdopodobne, że kat go wypuścił, albo facet mu uciekł. W każdym razie mieszkańcy zaczęli widywać tajemniczą postać, ponoć wciąż miała zasłoniętą twarz…

– zawsze bardziej pasuje, bo wciąż sugeruje, że powinność jej odsłonięcia.

 

 Marcel, mocno wstawiony, wyrzucił wszystko z plecaka, po czym z żalem stwierdził, że zabrakło alkoholu. W wiosce za latarnią był sklep, ale pewnie już zamknięty.

– piją alkohol, zabrakło alkoholu, brzmi troszkę sztywno, nienaturalnie…

 

Jachim aż współczuł swemu bohaterowi.

– hm… po wielokrotnym odtwarzaniu scen przy ich tworzeniu ma jeszcze jakieś uczucia wobec bohatera? Wrażliwiec, pewnie wzorował się na sobie ;)

 

Po chwili z ciemności wyłoniła się postać. Wysoka i czarna niczym morze w bezgwiezdną noc.

– ach te liryczne opisy ;)

 

Po chwili na zewnątrz wyszła zaspana Aurelia. Od razu zauważyła dziurę, podbiegła, zajrzała do środka namiotu siostry i zaczęła krzyczeć. Dopiero Dominik odciągnął ją od ciała siostry.

 

Cierpienia własnych bohaterów dziwnie go dotykały.

– wyobraziłem sobie ten dotyk ;)

 

– Pani Anastazja mówiła, że gdzieś na komodzie. – Marcel oświetlił każdy kąt pomieszczenia, znalazł starą komodę, lecz nie dostrzegł na niej żadnego telefonu. – Musi tu być.

– stary mebel

 

Zamknął drzwi na klucz, a potem zaczął przeczesywać cały dom.

– lekki zgrzyt.

 

Spodziewał się pewnie, że Aurelia gdzieś tam się chowa, skulona, czekając na jakiś niedorzeczny ratunek.

– w sumie raz już się kuliła, więc czemu nie… Niedorzeczny to znaczy nieskuteczny? Albo coś w rodzaju przybycia Drużyny – A?

 

Marcel przebiegł przez tunel i znalazł się na plaży. Zaczął wypatrywać sylwetki Aurelii, lecz jego uwagę przykuło coś innego. Światło. Mrugało do niego z lasku w głębi lądu. Ktoś tam był. Czyżby szansa na ratunek?

– ale tym razem właściwy? ;)

 

Julia wydała polecenie wiążące ją i Jachima natychmiast przenieśli się do Aurelii.

– , poczym przenieśli się…

 

Aurelia stała jeszcze przez chwilę, jakby zastanawiając się, czy jest sens walczyć. Jachim znał ją doskonale. Pragnęła się skulić, zamknąć oczy i poczekać.

– cecha charakterystyczna postaci ;)

 

Naparła na wielkie, dwuskrzydłowe, drewniane drzwi. Otwarły się powoli. Wślizgnęła się do środka i zatrzasnęła je, znajdując w sobie jakąś nadludzką siłę.

– czyli normalnie latarnik to siłacz? Nie wiem, czy to celowe dramatyzowanie narratora i pokrętna logika wynika z tego, że opowieść zaprojektował bohater opowiadania, czy to Ty tworzysz taką narrację…

 

Aurelia zaczęła biec. Potknęła się o stopień, w ostatniej chwili chwyciła poręczy. Jej bose stopy krwawiły. Obejrzała się i zobaczyła, że morderca jest tuż za nią. Wybiegła na okrągły, umieszczony pod laterną taras, gdzie czekali już Julia, Jachim i wskaźnik.

 

 

Jakiś błąd, pomyślał racjonalnie, lecz poczuł bardzo dziwny lęk. To była jednak głupota, bardziej powinien się bać tego, że wciąż ma w opowieści takie usterki.

– To była jednak głupota, a nie lęk… ;)

 

 

Jachim – ubrany w obrzydliwie elegancki garnitur – stał przed komisją, która robiła za tło wirtualnego interfejsu jego Księcia, i rozesłał zaproszenia do opowieści.

– hm?

 

– Mam bogatą wyobraźnię, ale nie mieści mi się w głowie, dlaczego ktoś znaczący miałby mieszać w mojej pracy dyplomowej.

– sugeruje, że ktoś nieznaczący już tak?

 

 Wciąż się nie ruszał, sparaliżowany ze strachu, w umyśle miał pustkę. Coś tu było podwójnie nie tak. Ta scena powinna wyglądać inaczej. W oryginale morderca odszedł, nim dziewczyna wyszła z namiotu. Fabuła właśnie wykoleiła się jak pociąg z retrospekcji Dominika.

– Fabuła właśnie wykoleiła się z retrospekcji Dominika jak pociąg z torów.

 

Jachim zrobił pierwszą rzecz, która przyszła mu do głowy. Doskoczył do Aurelii i użył jej jako żywej tarczy. Nie miał ochoty ani czasu, by zastanawiać się, jakie to podłe.

– i też nie miał ochot przerwać odtwarzania historii, co było pewnie najłatwiejszym rozwiązaniem.

 

Dominik wciąż celował, a ręka mu drżała. Nie ośmielił się strzelić.

Dobra, kończymy to – powiedział do swych bohaterów Jachim i wydał polecenie wyjścia z opowieści.

– jednak znalazł troszkę czasu :)

 

To była właśnie spluwa rodem z klasycznego slashera. Tak właśnie scharakteryzował ją Jachim, gdy jeszcze miał plan, by odegrała w historii większą rolę.

– to po kiego grzyba się zasłaniał wcześniej dziewczyną i skąd ten strach przed kulką w plecy?

Związane z tyłu ręce dziwnie mu ciążyły i z trudem zachowywał równowagę, lecz zdołał wyrwać się z potrzasku. Dokąd jednak miał uciec?

– ciekawe dlaczego…

 

Tak wyobrażał sobie stare strychy. Pełne kartonów, skrzyń i regałów z papierowymi, dawno zapomnianymi książkami. Było tu mnóstwo staroci – rozłożony na części rower, na którym nikt już nigdy nie pojedzie, niedziałająca lodówka, olbrzymi stary telewizor, który musiał ważyć chyba z dziesięć kilo, śmieszny komputer z wielką skrzynką i podobnym do telewizora monitorem. I oczywiście kołowrotek, zabytkowy, drewniany i złowieszczo piękny. Jachim nie potrafił sobie wyobrazić strychu bez takiego skarbu.

– czyli tego strychu nie zaprojektował?

 

W drodze zrzucił z siebie czarne szmaty. Pod spodem miał strój, w którym wkroczył do opowieści. Skrzywił się, zdając sobie sprawę, że przyjdzie mu spędzić resztę życia w głupkowatej koszulce z wielkim kwiatkiem. Może coś sobie potem uszyje, jeśli Dominik nie zniszczył kołowrotka.

– a co ma kołowrotek do szycia?

 

Aurelia siedziała na tarasie widokowym obok trupa latarnika, skulona, jakby właśnie popełniła zbrodnię w afekcie i straciła rozum.

– kuląca się Aurelia wróciła! ;)

 

– N.F. – oznajmiła. – Czego naprawdę nauczył cię wujek? Mordowania ludzi? Może wyobraziłeś sobie, że to tylko wirtualna opowieść. Skąd naprawdę znasz tę okolicę? Może…

– w jakich latach dzieje się opowieść? Nie ma komórek, czy więc pojecie wirtualnej rzeczywistości istnieje?

 

Przyznam się, że liczyłem na zakończenie w stylu Black Mirror… Chyba za bardzo. Czytało się dobrze, ale podobnie jak wujek Jachima liczyłem na coś więcej :)

 

Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny

Bardzo ciekawe ukazanie przyszłości branży rozrywkowej wymieszanego z niewielką ilością kryminału, slashera i może czegoś jeszcze ;) Na początku super wypada motyw tworzenia wirtualnych opowieści, obserwowania typowej fabuły slashera z trzeciej osoby.

Później bardzo ładnie wrzucasz bohatera do wirtualnej rzeczywistości, motyw Juli i to, jak przechytrzyła Dominika, zabrzmiał wiarygodnie. Choć średnio rozumiem, czemu ostatecznie się przyznała. Jakby Dominik kiedyś wyszedł…

Końcówka mi się spodobała. Otwarta, z nadzieją na poprawę losu, a zarazem pokręcona. Jak to w slasherach ;)

Językowo czytało się bardzo dobrze. Tak więc ten koncert fajerwerków naprawdę udany :)

 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Blacktom,

 

Obóz rozbili na niewielkiej łące tuż obok płotu – dwa pomarańczowe namioty w świetle zachodzącego słońca przypominają żywy ogień.

– czyli łopotały na wietrze ?

Trochę na pewno. Ale głównie chodzi o kolor.

---------------------------------------

 

Czworo młodych ludzi siedzi wokół ogniska, trzymając się za dłonie, nieświadomych, że obserwuje ich Człowiek bez Twarzy.

– znowu informacja o trzymaniu się za dłonie.

Klamra kompozycyjna z pierwszym zdaniem. Całe opowiadanie również miało zakończyć się klamrą (Jachim i Aurelia trzymają się za ręce i nikt ich nie obserwuje), ale wypadło w redakcji.

---------------------------------------------

Jachim wynajmował pokój nieopodal uczelni, u pary starców, którzy pamiętali chyba jeszcze ostatnie kina.

– przecinek wydaje mi się zbędny…

Zawsze można to potraktować jako dopowiedzenie :)

 

-------------------------------------------

Naparła na wielkie, dwuskrzydłowe, drewniane drzwi. Otwarły się powoli. Wślizgnęła się do środka i zatrzasnęła je, znajdując w sobie jakąś nadludzką siłę.

– czyli normalnie latarnik to siłacz? Nie wiem, czy to celowe dramatyzowanie narratora i pokrętna logika wynika z tego, że opowieść zaprojektował bohater opowiadania, czy to Ty tworzysz taką narrację…

Hmm… jakie drzwi pasują do taniego slashera, drzwi, z którymi musi mocować się drobna kobieta, walcząca o życie? Lekkie czy ciężkie, które ledwo można zamknąć? :D

–-------------------------------------------------------------

Aurelia zaczęła biec. Potknęła się o stopień, w ostatniej chwili chwyciła poręczy. Jej bose stopy krwawiły. Obejrzała się i zobaczyła, że morderca jest tuż za nią. Wybiegła na okrągły, umieszczony pod laterną taras, gdzie czekali już Julia, Jachim i wskaźnik.

 

No, laterna. Coś nie tak?

 

--------------------------------------------------------------

– Mam bogatą wyobraźnię, ale nie mieści mi się w głowie, dlaczego ktoś znaczący miałby mieszać w mojej pracy dyplomowej.

– sugeruje, że ktoś nieznaczący już tak?

No, znaczący. Dysponujący odpowiednimi zdolnościami. Jak to wynikało z dialogu.

------------------------------------------------------------

Wciąż się nie ruszał, sparaliżowany ze strachu, w umyśle miał pustkę. Coś tu było podwójnie nie tak. Ta scena powinna wyglądać inaczej. W oryginale morderca odszedł, nim dziewczyna wyszła z namiotu. Fabuła właśnie wykoleiła się jak pociąg z retrospekcji Dominika.

– Fabuła właśnie wykoleiła się z retrospekcji Dominika jak pociąg z torów.

Fabuła właśnie wykoleiła się z retrospekcji Dominika?

 

---------------------------------------------------------

To była właśnie spluwa rodem z klasycznego slashera. Tak właśnie scharakteryzował ją Jachim, gdy jeszcze miał plan, by odegrała w historii większą rolę.

– to po kiego grzyba się zasłaniał wcześniej dziewczyną i skąd ten strach przed kulką w plecy?

Być może o tym zapomniał. Może bał się, że ten, kto ingerował w kod, zmienił również tę broń. A może po prostu wystraszył go widok wycelowanej w niego broni.

 

-----------------------------------------------------

 

Tak wyobrażał sobie stare strychy. Pełne kartonów, skrzyń i regałów z papierowymi, dawno zapomnianymi książkami. Było tu mnóstwo staroci – rozłożony na części rower, na którym nikt już nigdy nie pojedzie, niedziałająca lodówka, olbrzymi stary telewizor, który musiał ważyć chyba z dziesięć kilo, śmieszny komputer z wielką skrzynką i podobnym do telewizora monitorem. I oczywiście kołowrotek, zabytkowy, drewniany i złowieszczo piękny. Jachim nie potrafił sobie wyobrazić strychu bez takiego skarbu.

– czyli tego strychu nie zaprojektował?

Zaprojektował. Czemu myślisz, że nie?

 

---------------------------------------

W drodze zrzucił z siebie czarne szmaty. Pod spodem miał strój, w którym wkroczył do opowieści. Skrzywił się, zdając sobie sprawę, że przyjdzie mu spędzić resztę życia w głupkowatej koszulce z wielkim kwiatkiem. Może coś sobie potem uszyje, jeśli Dominik nie zniszczył kołowrotka.

– a co ma kołowrotek do szycia?

A kołowrotek nie służy do przędzenia włókien?

 

-----------------------------------------

– N.F. – oznajmiła. – Czego naprawdę nauczył cię wujek? Mordowania ludzi? Może wyobraziłeś sobie, że to tylko wirtualna opowieść. Skąd naprawdę znasz tę okolicę? Może…

– w jakich latach dzieje się opowieść? Nie ma komórek, czy więc pojecie wirtualnej rzeczywistości istnieje?

 

W latach 90. Pojęcie wirtualnej rzeczywistości już raczej wtedy istniało, technika komputerowa była całkiem rozwinięta.

 

 

Dzięki za przeczytanie i obszerny komentarz :)

 

------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

NoWhereMan, również wielkie dzięki.

Bardzo dobry tekst. Nie dziwię się, że poszedł na papier.

Zgrabnie skłoniłeś do kibicowania bohaterowi. Nie ma to jak niezasłużona krzywda.

Podobał mi się sposób na scharakteryzowanie bohaterów “powieści”.

Fabuła ładnie przemyślana, wszystko się splata.

Babska logika rządzi!

Dzięki, Sylwio :)

W kwestii laterny i pociągu mój błąd.

Drzwi też są… ok.

Co do żywego ognia to odniesienie do koloru, tak? Ok. A jeśli chodzi o dłonie to rozumiem intencje, ale pozbyłbym się czegoś, co straciło rację bytu.  

Co do:

– Mam bogatą wyobraźnię, ale nie mieści mi się w głowie, dlaczego ktoś znaczący miałby mieszać w mojej pracy dyplomowej.

Lepiej dla zdania byłoby, gdyby tego przymiotnika tam nie było ;)

A to:

Być może o tym zapomniał. Może bał się, że ten, kto ingerował w kod, zmienił również tę broń. A może po prostu wystraszył go widok wycelowanej w niego broni.

Zupełnie mnie nie przekonuje ;)

 

Z kolei to:

Tak wyobrażał sobie stare strychy.

 

 Tak sformułowane zdanie skojarzyło mi się ze sceną, gdzie bohaterowie poznają nowe otoczenie, doszukując się znajomych odniesień. Gdy widzą coś pierwszy raz. To mnie zmyliło :)

 

 

W drodze zrzucił z siebie czarne szmaty. Pod spodem miał strój, w którym wkroczył do opowieści. Skrzywił się, zdając sobie sprawę, że przyjdzie mu spędzić resztę życia w głupkowatej koszulce z wielkim kwiatkiem. Może coś sobie potem uszyje, jeśli Dominik nie zniszczył kołowrotka.

– a co ma kołowrotek do szycia?

A kołowrotek nie służy do przędzenia włókien?

 Służy, ale do szycia ubrań jeszcze daleko. Bardziej naturalnie byłoby użycie słowa „utka” w kontekście kołowrotka i przędzy.

 

 W latach 90. Pojęcie wirtualnej rzeczywistości już raczej wtedy istniało, technika komputerowa była całkiem rozwinięta.

 

No tak, ale czy w 90 zwyczajna dziewczyna użyłaby tego słowa? Oczywiście to wytwór Jachima, dla którego to norma, więc mógł do końca nie zdawać sobie sprawy przy kreacji postaci ;)

 

Peace and love :)

Spoko, zgadzam się co do niektórych sugestii. Ale już nie chcę zbytnio ingerować w tekst. O ile literówki itp. poprawiłem, to reszta niech zostanie taka jak na papierze i niech każdy sobie oceni.

Ja żadnych zmian bym nie wprowadzał ( tekst jest taki, jak został opublikowany), a moje sugestie potraktował jako rzecz do przemyślenia i ewentualnego wykorzystania w przyszłych tekstach. Bo domyślam się, że to nie Twój ostatni opublikowany teks :)

Czytałem w Wydaniu Specjalnym, niech spoczywa w pokoju. 

Bardzo fajny tekst, zapadł mi w pamięć. I ilustracja również niezła!

Gratuluję :) 

Świetny tekst, który miałam przyjemność czytać i betować zarazem. Pamiętam do dziś i cieszę się, że trafił na łama pisma, bo był po prostu świetny. Ciekawe podejście do tematu. Miło było sobie do niego wrócić raz jeszcze. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Bardzo dobre opowiadanie. Świetnie się je czytało i przede wszystkim wciągnęło mnie. Akcja cały czas trzymała w napięciu. Jako czytelnik byłem ciekaw, co wydarzy się dalej. Świetny pomysł przeniesienia bohatera w świat który sam wykreował. Brawo i gratuluję publikacji w wydaniu specjalnym. Zdecydowanie zasłużenie! :) 

Dziękuję za komentarze :)

Przeczytałem do porannej kawusi i żałuję.

Trzeba było przeczytać do wieczornego piwka, ze względu na klimat ;).

Świetna historia, fajnie domknięta. I podjęty temat VR, dla mnie bomba, bo mocno się tym interesuję, a nawet wgryzam pisząc. Super sprawa, dzięki. 

Dzięki, Łosiot :)

Byłem przekonany, że N.F. na łódce to Nowa Fantastyka ;D.

Chciałbym się teraz do czegoś konstruktywnie przypieprzyć, ale na razie trudno mi zwalczyć uczucie satysfakcji z lektury. A już najbardziej podobało mi się, jak opisałeś rozwój relacji autor-dzieło. Wirtualna rzeczywistość tu pasuje, ale mam wrażenie, że jest trochę tłem dla głównego tematu – ile twórca wkłada z siebie w swój utwór.  

Aha, mam. Znalazłem trzy literówki! Nie będę nawet patrzył, czy już je tu poprawiałeś, zostawię sobie nadzieję, że jednak są jakieś niedociągnięcia ^ ^.

 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki :) Fajnie, że zajrzałeś, w końcu Twój “Tytus…” to bliski kumpel mojego “…Człowieka…”. Razem niejedno jajko jedli.

Zupełnie inna liga, ale dzięki, pochlebiłeś mi tą uwagą. Wydaje mi się, że te teksty najbardziej łączy to, że obu dość daleko do hard science-fiction.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nowa Fantastyka