- Opowiadanie: bemik - Kapitan Muszelka

Kapitan Muszelka

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Kapitan Muszelka

Oglądała pozytywkę z każdej strony. Tancerka, ubrana w różową, tiulową sukienkę, kręciła się na palcach w takt smutnej melodyjki. Ale dziewczynę frapował nie tyle mechanizm, co perłowa piłka, którą laleczka unosiła nad głową.

– Mówisz, że skąd masz tę zabaweczkę? – spytała, nie odwracając wzroku od kręcącego się cacuszka.

Mężczyzna milczał przez chwilę, bo z równą fascynacją co kobieta lalkę, obserwował mlecznobiały zadek, skaczący mu przed oczami. Z trudem oderwał wzrok od ponętnego fragmentu ciała i przeniósł spojrzenie na twarz towarzyszki:

– O co pytałaś?

– Pytałaś, skąd to masz?

– Z daleka. Słyszałaś o krainie Durum? Tam, w porcie, spotkałem marynarza w tawernie „Pod błękitną rozdymką”.

– To karczma czy jakiś burdel? – Zerknęła na mężczyznę spod oka, a potem odwróciła się na plecy. Duże piersi zahipnotyzowały i uwięziły swoim ruchem jego spojrzenie. – Dlaczego ci to dał? Lubił chłopców?

– Nie, to nie tak. Siedzieliśmy razem przy stoliku. Dobrze nam się gadało, bo on znał masę ciekawych historii. No i zabrakło mu kwartników na zapłacenie rachunku, a to mogło skutkować obiciem facjaty przez dwóch pomagierów karczmarza. Zlitowałem się nad nim i za to dostałem tę pozytywkę. Swoją drogą myślałem, że nic nie warta…

– Ale ma perłę wielką jak króliczy bobek! – zachwyciła się dziewczyna.

Larry skrzywił się nieco, ale nie zaprzeczył.

– I mówisz, że to było za uregulowanie należności? Nie chciał nic więcej w zamian? – zachichotała i ponownie wprawiła tancerkę w ruch. – Nie pomiział cię po tyłeczku? Nie zaprosił na szklaneczkę do pokoju?

– Nie! – Mężczyzna oburzony usiłował zabrać jej zabawkę, ale dziewczyna przeturlała się na skraj łoża, unosząc pozytywkę nad głowę.

– No, bo ja to się muszę mocno napracować, żeby dostać taki prezent! – Zaśmiała się, ale w jej głosie dało się wyczuć nutkę goryczy. – Dlatego trudno mi uwierzyć, że ktoś ofiarował ci takie cacko za kolację i parę kufli piwska.

– A żebyś wiedziała, że właśnie za to! – Larry usiadł na brzegu posłania i zaczął wciągać spodnie. – Ta perła była pomalowana na różowo i wyglądała jak cukierek. Nikt nie przypuszczał, że to klejnot, dopóki nie wylizał jej mój siostrzeniec…

– Podarowałeś dziecku zabawkę i zaraz mu ją zabrałeś? A fe, kto daje i odbiera…

– Uczyniłem tak dla jego bezpieczeństwa! – Larry zdążył się już prawie całkowicie ubrać. – Jeszcze by się biedaczek zadławił tą perłą!

– O, mój ty wspaniały, przewidujący wujaszku! – Dziewczyna uklękła na brzegu łóżka i objęła kochanka ramionami.

– No, czego? – Larry uśmiechnął się leciutko. – Kupiłem mu wystruganego z drewna konika – to lepsza zabawka dla chłopaka niż laleczka w tiulowej sukienczynie!

– A bez sukienczyny? – Ręka dziewczyny bezczelnie wsunęła się pod rozchełstaną koszulę i zataczała drażniące kręgi po plecach mężczyzny. – Mnie się wydaje, że chłopcy lubią się bawić laleczkami…

– Duzi chłopcy z prawdziwymi laleczkami – wyszeptał Larry i bez żalu postanowił odłożyć wizytę w kapitanacie portu. Jeśli znaleźli jakiś ładunek dla niego, to z pewnością może poczekać do jutra rana.

– Warto było się tak szybko odziewać? – zamruczała, oswobadzając go ze spodni.

– Jak sama powiedziałaś, musisz zapracować na prezent!

– Ty łachudro – dziewczyna ugryzła go lekko w ucho – trzy tygodnie to mało? Zresztą już mi podarowałeś tę pozytywkę!

– Tak? Może masz rację. Ale za taki prezent należy mi się jeszcze dokładka!

 

 

 

* * *

– Joanno, skąd się tu wzięłaś? – Mężczyzna rozejrzał się, czy nikt nie widzi, że rozmawia z panienką w makijażu wypisującym na jej twarzy profesję.

Larry O'Conell stał na schodkach wiodących do kamienicy zamieszkanej przez jego siostrę wraz z rodziną. Młody oficer miał tutaj do dyspozycji dwa pokoje, które przeważnie stały puste, ponieważ ich właściciel wolał spędzać czas na morzu. Elisabeth nie była z tego powodu zadowolona. Ciągle wypominała mu, iż mimo przekroczonej trzydziestki nadal jest samotny i namiętnie usiłowała zmienić ten stan. Ponieważ przykład jej i małżonka okazał się niewystarczający, podczas kilku tygodni pobytu Larry'ego na lądzie wydawała proszone kolacje, by przedstawiać mu znakomite, jej zdaniem, partie. Larry bardzo kochał Beth i nie chciał jej zasmucać ewidentną odmową. Dlatego też stwarzał pozory, wiedząc, że i tak żadna kandydatka nie zechce na niego czekać kilka, a czasem nawet kilkanaście miesięcy. Ale gdyby siostra przyłapała go na obcowaniu z panienką, straciłby wygodne lokum oraz wikt i opierunek w czasie pobytu na lądzie. Chwycił więc dziewczynę za łokieć i pociągnął w bramę, tuż przy wejściu dla służby.

– Co tu robisz? – pytał, rozglądając się niespokojnie na boki.

– Nie bój się – odpowiedziała z przekąsem – twoja siostrunia z przyjaciółką opychają się w herbaciarni słodyczami, a szwagier dopiero wieczorem wróci z pracy.

– No dobrze, mów szybko, o co ci chodzi! – ponaglił ją, bo mimo zapewnień dziewczyny obawiał się, że ktoś może ich zobaczyć i usłużnie donieść siostrze.

– Szybko się nie da – odparła rozzłoszczona. – Wpadnij do mnie wieczorem, a nie pożałujesz!

– Nigdy nie żałuję wizyt u ciebie, ale dziś wieczorem to raczej niemożliwe. Elizabeth wydaje pożegnalną kolację.

– To przyjdź później. Nie uważasz, że ze mną też wypada się pożegnać?

Jej oczy pociemniały gniewem, gdy wykręcał się od obietnicy.

– Twoja wola, panie! Ale chyba szkoda!

 

* * *

Joanna siedziała pod oknem przy niewielkim stoliku. Nikt by jej nie rozpoznał. Z twarzy zniknął ostry makijaż, włosy upięła w ascetyczny kok, a ciemna suknia zapięta pod szyję, niczym zakonna szata, skutecznie odstraszała spojrzenia mężczyzn. Nie mniejszy w tym udział miała gęba towarzyszącego mężczyzny. Za kilka kwartników i parę kufli piwa zgodził się zostać obstawą i przyzwoitką jednocześnie. Całe szczęście, że Kasp był tak samo mrukliwy jak szpetny. Jo bowiem potrzebowała skupienia i namysłu, by zrealizować swoje przedsięwzięcie. Uważnie śledziła wszystkich wchodzących do karczmy mężczyzn. Wstępna segregacja opierała się na bardzo prostym kryterium – interesowali ją tylko marynarze i to najlepiej wyższego stopnia. Nie mogła wybrzydzać – uznała, że do realizacji planu nada się każdy od bosmana przez podporucznika i porucznika do kapitana. Nie sądziła jednak, aby udało się tu spotkać dowódcę jakiejkolwiek jednostki.

Po godzinie siedzenia nad jedną kokilką bulionu i dłubania w suchej jak podeszwa pieczeni, dostrzegła wreszcie swoją szansę. Ucieszyła się podwójnie – miała dość karczmy i nie doceniła możliwości towarzysza. Kasp siedział wprawdzie i milczał, ale chłonął piwo jak pustynia deszcz, a to kosztowało.

– Jest – szepnęła do mężczyzny i dla pewności stuknęła go lekko łokciem.

Kasp oderwał na chwilę spojrzenie od kufla i zerknął we wskazanym kierunku, po czym skinął prawie niedostrzegalnie. Posiedzieli jeszcze trochę, Jo uregulowała rachunek, zgrzytając przy tym zębami i wyszli z zadymionego pomieszczenia na ulicę. Teraz miała nastąpić najtrudniejsza część zadania.

– Kasp, musisz się pozbyć tych dwóch w jumperach, zanim nasz chłoptaś wyjdzie na ulicę – powiedziała, sprawdzając wzrokiem, czy mężczyzna zachował trzeźwość. Odetchnęła z ulgą: wprawdzie wypił pół morza piwa, ale przy jego posturze musiałby dołożyć czegoś znacznie mocniejszego, by stracić kontakt z rzeczywistością.

– Chodzi ci o tych dwóch marynarzy? – upewnił się.

– Tak – potwierdziła. – O tych dwóch w workowatych ubrankach.

– To musisz dołożyć trochę grosza – powiedział i wyciągnął rękę w stronę dziewczyny. – Nie chcesz ich zabijać, więc trzeba ich upić.

Jo niechętnie sięgnęła do sakiewki i położyła na ręce olbrzyma trzy kwartniki, ale ponieważ nie cofnął dłoni, dołożyła jeszcze dwa. Kasp skinął i wrócił do tawerny, na odchodne rzucając: – Trochę to może potrwać!

Faktycznie, trochę potrwało. Joanna wsunęła się za drewnianą bramę, wiodącą na zaplecze karczmy. Ukryła się w załomie przed mokrym, porywistym wiatrem od morza, bo tu było trochę cieplej. Dziewczyna nie bała się ciemności. Na początku kariery nieraz musiała prawie do rana czekać samotnie na ostatniego klienta. Starsze koleżanki przeganiały ją nie tylko wulgarnym słowem. Bały się konkurencji, ale wkrótce oswoiły się z nową. Kiedy statki wpływały do portu, klientów nie brakowało dla żadnej z nich. Kiedy nie było marynarzy, nie było o co walczyć. A gdy nastawiła zwichnięty bark starej Agnes, zaliczyły ją do swoich.

Kasp wystraszył ją. Przy swojej posturze potrafił poruszać się bardzo cicho i ostrożnie. Zamyślona nie zauważyła, kiedy do niej podszedł.

– Zrobione! – zameldował krótko i przesunął się nieco, by nie spuszczając oczu z wejścia do karczmy, spokojnie zapalić fajkę.

– Rozpoznasz go? – spytała szeptem. Miała ochotę porozmawiać, by zagłuszyć zdenerwowanie, ale na Kaspa nie mogła w tym przypadku liczyć. Nawet nie odpowiedział, spojrzał tylko wymownie i po chwili znowu powrócił do obserwacji tawerny.

Już świtało, kiedy ujrzeli interesującego ich mężczyznę. Jo w ostatnim momencie chciała wycofać się z przedsięwzięcia, ale zanim zdążyła powstrzymać towarzysza, on już opuścił ich tymczasowe schronienie i podążył za ofiarą.

– Tylko nie za mocno, pamiętaj! – poprosiła cicho, ale nie wiedziała, czy jej słowa dotarły do olbrzyma, bo ani nie zwolnił, ani się nie odwrócił.

* * *

 

– Mówiłam ci, żebyś nie bił za mocno! – Jo szeptała, spoglądając z wyrzutem na stojącego z założonymi rękoma Kaspa.

– Co dla ciebie znaczy „za mocno”? – zapytał spokojnie.

Joanna nie odpowiedziała, tylko zrezygnowana przewróciła oczyma.

– Jakbym walił za mocno, to nie miałabyś kim się teraz opiekować. A masz! – Mężczyzna odwrócił się i zniknął w kuchni.

– Zagotuj wody – krzyknęła jeszcze za nim, ale ponieważ nie usłyszała odpowiedzi, nie była pewna, czy wykona polecenie.

Jęk leżącego odwrócił uwagę Jo od Kaspa. Zamoczyła kawałek płótna w naparze z kwiatów nagietka i przetarła zakrwawiony łuk brwiowy. Ranny skrzywił się i ponownie stęknął. Joanna zmieliła w zębach przekleństwo, ale żaden odgłos nie wydobył się z jej ust. Po chwili podniosła się i powędrowała do maleńkiego pomieszczenia, pełniącego jednocześnie funkcję sieni i kuchenki. Tak jak się spodziewała, Kaspa już nie było, za to czajnik dymił jak komin. Nalała odrobinę wrzątku do miseczki i wrzuciła kilka liści babki, po czym rozgniotła je na papkę końcówką noża. Kiedy wróciła do pokoju, mężczyzna oprzytomniał nieco i usiłował się podnieść.

– Gdzie ja jestem? Kim pani jest? – pytał z lekkim przestrachem.

– Niech pan się położy i uspokoi. Nic panu tutaj nie grozi. – Mówiła stanowczo, ale łagodnie, jak do małego dziecka. – Dziś rano znalazł pana mój kuzyn. Leżał pan na ulicy, pobity i ograbiony, ale żywy. Przyniósł pana do mnie, bo było najbliżej. Poprosił, żebym się panem zaopiekowała, co czynię w miarę moich możliwości.

– Bardzo pani dziękuję – wyszeptał młody człowiek i z ulgą opadł na posłanie. Widać, że ten niewielki wysiłek wyssał z niego całą energię. – Ja zaraz sobie pójdę. Przeze mnie naraża pani swoją reputację…

– Niech się pan nie martwi. Zaraz wróci kuzyn… A teraz proszę pozwolić opatrzyć rany. Później podam panu odrobinę bulionu, a jak poczuje się pan lepiej, kuzyn odprowadzi pana do domu.

– Na statek. Mój dom jest na „Księżniczce Południowych Mórz” – wyszeptał i zapadł w niespokojną drzemkę, a Jo przełknęła parę bardzo niecenzuralnych słów pod adresem Kaspa.

 

* * *

Joanna odetchnęła, kiedy znalazła się wreszcie w kajucie na „Księżniczce”. Zdawała sobie sprawę, że ma ogromnego farta i dług zaciągnięty u Posejdona jak stąd do wieczności. Do niego zanosiła bowiem modły, spacerując popołudniami na nabrzeżu i wypatrując młodego oficera. Chłopak miał jakieś dwadzieścia kilka lat i zamożnego „wujka”, który wysłał go na morze, żeby napawać się wdziękami świeżo owdowiałej mamusi. Jo wielu rzeczy domyśliła się z opowieści Hugona, jakkolwiek nawet on sam nie wiedział, co przekazuje niewiele od siebie starszej przyjaciółce. Kobieta jednak dawno wyzbyła się niewinności i nauczyła, że tylko spryt i inteligencja pozwolą jej przetrwać na tym bezwzględnym świecie. Widziała i rozumiała więcej niż można by sądzić po portowej panience. Wykorzystała zarówno te umiejętności, jak i urodę, aby zjednać sobie młodzieńca. Nie mogła tylko przekonać Kaspa, żeby wraz z nią udał się w podróż w nieznane. I tu nastąpiła ingerencja morskiego bóstwa – mężczyzna, co się niezwykle rzadko zdarzało, stracił cierpliwość do pijanego marynarza i pokazał, kto jest silniejszy. Skutkiem tego spojrzał przychylnym okiem na propozycję Jo, by zniknąć na kilka miesięcy z miasta. Spieniężyli perłę, dokupili nieco ubrań, by wyglądać na zubożałych mieszczan i ustalili z grubsza plan. Jego pierwsza część zakładała dostanie się na pokład jakiegokolwiek statku płynącego na południe. Wybór padł na „Księżniczkę Południowych Mórz”, jako że niedawno zawinęła do portu, więc wiadomo było, że zostanie tu około miesiąca, a to dawało odpowiedni czas na realizację wszystkich zamierzeń.

Kasp zamustrował się bez problemów – potężny i silny, taki człowiek w załodze zawsze się przyda. Natomiast Jo urabiała Hugona. Jako młodszy oficer miał, niestety, niewiele do powiedzenia i tu znowu pomógł Posejdon. Na jakiś tydzień przed wypłynięciem „Księżniczki” rozpętał się potężny sztorm. Ukarał zbyt oszczędnych handlarzy, składujących swoje towary nie w oficjalnych magazynach na nabrzeżu, gdzie nawet wysokie fale nie zdołałyby się dostać, a w pokątnie wynajmowanych barakach, wprawdzie o połowę tańszych, ale narażonych na zalewanie. Dlatego „Księżniczka” straciła sporą część frachtu i kapitan chwytał się każdej okazji, by zniwelować straty. Joanna zdawała sobie sprawę, że zapłaciła za podróż prawie dwa razy drożej niż powinna, ale w tym przypadku wolała wyjść na głupią, niż zbyt cwaną. Hugon odstąpił jej swoją kajutę. Pomieszczenie było mniejsze niż jakiekolwiek zajmowane dotychczas przez Joannę, mniejsze nawet od kuchenki w jej mieszkaniu, ale nie narzekała – wolała to niż wspólny kubryk. Tutaj miała przynajmniej własne łóżko, maleńki stolik i kilka półek zasłoniętych drzwiczkami, a nazwanych szumnie szafą. Wszystkie sprzęty były na stałe przymocowane do podłogi. A koję dodatkowo zabezpieczono czymś, co Hugon nazwał sztormdeską. Jo postarała się o nocnik z pokrywką i przetransportowała go na pokład w jutowym worku.

Sądziła, że teraz odetchnie przez kilka tygodni. Oficerowie byli uprzejmi, traktowali ją jak damę, tym bardziej że stara Agnes za parę groszy wcieliła się w rolę zatroskanej ciotki i ze łzami w oczach powierzyła opiece kapitana cnotę i życie osieroconej bratanicy. Jedynie bosman wyglądał na nieprzekonanego. Ssał ustnik fajki, spluwał na pokład i niezadowolony kręcił głową. Ale nie odważył się otwarcie zakwestionować decyzji dowódcy. Mamrotał tylko pod nosem o gotowym nieszczęściu, babie na pokładzie i obrazie bóstw morskich.

Joanna starała się go nie prowokować. Przez pierwszy tydzień praktycznie nie wychodziła z kajuty. Po pierwsze źle się czuła, po drugie widziała, że załoga ma masę roboty i nie chciała przeszkadzać, a po trzecie trochę się bała. Szczególnie, gdy ktoś na pokładzie zaintonował pieśń, a reszta do niego dołączała, drąc się niczym potępieńcy. Dopiero potem Hugon wyjaśnił jej, że te wspólne śpiewy to oznaka zadowolenia i spokoju.

Po kilku dniach przywykła do ciągłego bujania i odważyła się wyjść na pokład, tym bardziej że do rozprostowania nóg zachęcały wpadające przez bulaj promienie słoneczne. Załoga nie zareagowała na jej widok, wręcz przeciwnie – oprócz kilku skinięć głową na powitanie nie widać było żadnych emocji. Jo domyśliła się, że to sprawka kapitana i uznała, że warto mu podziękować.

– Ruda baba na statku to proszenie o nieszczęście – dotarł do niej cichy szept. Wiedziała, kto mówi – bosman, z nieodłączną fajeczką, stał przy relingu i wpatrywał się w horyzont. Kilku marynarzy siedzących na deku i reperujących żagle parsknęło śmiechem, ale natychmiast pochyliło głowy, by ukryć wesołość.

Joanna odwróciła się i odeszła w przeciwną stronę. Nie chciała zatargów na statku.

– Mówią: baba z wozu, koniom lżej, ale ja wiem swoje. Na lądzie niech se łazi i robi, co chce i jak chce, ale dziewka na morzu potrzebna jak koza eunuchowi: ani jej wyłomotać, ani na niej pojeździć, tylko żreć trza dawać.

Rechot towarzyszył purpurowej z wściekłości Joannie, dopóki nie zniknęła za drzwiami swojej kajuty. Dopiero tutaj dała upust złości, tłukąc dłonią w materac i klnąc niczym szewc.

Ale nie zaprzestała spacerów, nie chcąc dawać satysfakcji bosmanowi. Za każdym razem okazywał jej swoje niezadowolenie. Epitety były różne: od judaszowego pomiotu, przez wiedźmę i czarownicę do oficerskiej cichodajki. To ostatnie najbardziej bolało, bo przecież Joanna nawet nie rozmawiała z mężczyznami. Na spacerach starała się schodzić marynarzom, a w szczególności bosmanowi z drogi, a posiłki, mimo zaproszenia kapitana, spożywała samotnie w kajucie. Nawet Kaspa nie widywała. Wykorzystała ten czas na obmyślanie dalszej części planu.

Wreszcie miała dość. Po trzech tygodniach samotności i docinków bosmana postanowiła zmienić swój los.

Do mesy oficerskiej przechodziło się przez jadalnię marynarzy. Głucha cisza zapadła, gdy wkroczyła do pomieszczenia. Wysoko zaczesane rude włosy odsłoniły powabną szyję i kształtne uszy, emocje zabarwiły policzki na różowo i sprawiły, że brązowe oczy zalśniły jak świeżo wyłuskane kasztany. Spojrzenia wszystkich mężczyzn odprowadziły ją do sąsiedniego pomieszczenia. Nawet bosman nie przerwał milczenia żadną złośliwą uwagą.

Kapitan i dwóch oficerów poderwało się z krzeseł na jej widok. Natychmiast nakazano dostawić nakrycie. Kiedy ponownie zasiedli za stołem, zapanowała pełna skrępowania cisza. Jo jednak była profesjonalistką i potrafiła rozluźnić mężczyzn w każdej sytuacji. Pod koniec kolacji wszyscy czuli się swobodnie i jakby znali się od dawna.

W korytarzu z daleka zobaczyła zwalistą postać bosmana. W pierwszej chwili miała ochotę się cofnąć, ale zaraz dała znać o sobie jej zadziorna natura. Przyspieszyła tylko trochę kroku. Mijając mężczyznę, usłyszała jego przenikliwy szept:

– Zarósł komin, kominiarza trza szukać, co?

Zerknęła tylko, czy są sami i równie cicho odpowiedziała:

– Żal ci, że do ciebie nie przyszłam? Ale do tego potrzebny sztywny wycior, a u ciebie to ja żadnego przepychacza nie zauważyłam!

Żałowała, że w przejściu jest tak ciemno, bo usłyszała tylko uderzenie fajki o podłogę.

Żarli się tak kolejne tygodnie. Tyle że bosman przy każdej okazji głośno jej docinał, a ona udawała zawstydzoną panienkę i od czasu do czasu odgryzała się, ale tylko wtedy, gdy nikogo z załogi nie było w pobliżu.

* * *

Sztorm nadszedł znienacka. Podobno czasem tak się dzieje, że nic nie zwiastuje nawałnicy. W ciągu kilkudziesięciu minut nadciągnęły granatowe, nabrzmiałe wilgocią chmury. Zanim gruchnął pierwszy piorun, kapitan odesłał Jo do kabiny, nakazując nie wystawiać nosa pod żadnym pozorem, pochować wszystkie nieprzymocowane rzeczy i trzymać się mocno. Zdążyła zauważyć, że ściągnięto dużą część żagli. Potem zapanował chaos. Statkiem rzucało na wszystkie strony, na zewnątrz hałas był większy niż kuźni. Joanna wymiotowała do nocnika, siedząc na koi i zapierając się nogami o sztormdeskę, a plecami o ścianę.

Nie wiedziała, ile czasu trwała burza, ale kiedy wreszcie zelżała, dziewczyna nie miała na nic sił. Wsunęła naczynie pod łóżko, a sama padła, nakrywając się tylko kocem.

* * *

Obudziła się niezbyt wypoczęta, ale żołądek wrócił na swoje miejsce, chwyciła więc nocnik i wyszła. Pokład przedstawiał pobojowisko: połamane maszty, poszarpane żagle, jęczący, ranni marynarze. Wylała nieczystości za burtę, pamiętając, by sprawdzić, z której strony wieje wiatr i wróciła na chwilę do kajuty. Zmieniła błyskawicznie suknię na spodnie, a do tego założyła długą prawie do kolan, grubą koszulę. Chwyciła prześcieradło, sięgnęła po woreczek z suszonymi nagietkami i ponownie wybiegła na pokład.

– Kasp!- Prawie natychmiast spostrzegła przyjaciela. Na szczęście oprócz zadrapań nic mu nie było. – Gnaj do kuchni i każ zaparzyć te zioła! – Wręczyła mężczyźnie susz. – Trzy łyżki na garnek… Taki! – Pokazała rękoma, jak duże ma być naczynie. Potem pochyliła się nad pierwszym marynarzem, który siedział oparty o nadbudówkę.

Rwała prześcieradło, przemywała rany naparem, opatrywała. Kasp dzielnie jej pomagał. Zorganizował dodatkowych pomocników – znosili do kubryku rannych, przynosili kolejne prześcieradła i poszewki. Pryszczaty chłopak zajął się złamaniami – w swojej wiosce pomagał znachorowi i miał jakie takie pojęcie o nastawianiu kości.

– Pani… – Joanna poczuła szarpnięcie za łokieć. Odwróciła się i zobaczyła starszego marynarza, który wskazywał palcem w stronę rufy. – Pani, tam bosman…

W pierwszym odruchu miała ochotę powiedzieć, że w dupie ma bydlaka, ale nie odważyła się tego uczynić. Podniosła się i poszła we wskazanym kierunku. Bosman siedział oparty o plątaninę lin, żagli i połamanych masztów. Obok niego przykucnął młody majtek, chyba Jon, i powtarzał głośno polecenia zwierzchnika.

– Siedmiu zdrowych do ładowni – wypompować wodę i sprawdzić ładunek! Panie Stimm, jest pan odpowiedzialny za tę ekipę – krzyczał. – Panie Muller, czterech do pana i sprzątać pokład. Lżej ranni, najlepiej dwóch do kambuza, reszta znosić ciężej rannych pod pokład.

– Co z panem? – spytała, klękając obok niego.

– Niech się pani zajmie kimś innym – odburknął. – Nie potrzebuję wiedźmy do pomocy.

Spojrzała na niego z politowaniem.

– Stary a głupi! Niech pan odpowiada, nie mam czasu, żeby się droczyć!

Bosman nabrał powietrza, by uderzyć w dziewczynę jakimś niewybrednym żartem, ale rozkasłał się, a z jego ust prysnęły bąbelki śliny zmieszanej z odrobiną krwi.

– Żebra. – Domyśliła się natychmiast. – Kasp, chodź tutaj. I ty, Jon, też się przydasz. Rwij prześcieradło na grube pasy, takie na dłoń. Dobrze – pochwaliła.

– Kasp, ściągnij koszulę temu gburowi – poleciła.

– Panie Stillwasser, proszę się pochylić – poprosił Kasp.

– Stillwasser? To chyba ironia losu, żeby taki gbur miał tak na nazwisko. A może to przezwisko? Wcale bym się nie zdziwiła. Ja dla pana też trochę wymyśliłam, ale nie będę tutaj przytaczać, bo nie wypada.

Jo plotła, co jej ślina na język przyniosła, obwiązując jednocześnie bandażami klatkę piersiową bosmana. Miało to tę dobrą stronę, że przez złość prawie nie czuł bólu.

– Już! – powiedziała na koniec. – Teraz jak najmniej ruchu i wysiłku. Jon, dopilnuj, żeby pan Stillwasser się nie żołądkował, bo to też szkodzi w rekonwalescencji.

Wstała i otrzepała ręce.

– Ja i tak wiem, że to wszystko przez ciebie. Nigdy dotąd, a pływamy po tych morzach piętnaście lat, coś takiego nas nie spotkało. Ruda baba na pokładzie to nieszczęście gotowe – wychrypiał, a jego szare oczy pociemniały z wściekłości.

Joanna pochyliła się nad nim, jakby poprawiając opatrunek i wyszeptała wprost do ucha:

– A potrafisz to udowodnić? Nie? To się zamknij!

 

* * *

Straty były naprawdę poważne. Kapitan ze złamaną ręką i pokaleczonym bokiem leżał w swojej kajucie trawiony gorączką. Oficer wachtowy miał pękniętą czaszkę. Młodego Hugona fala zmyła za burtę, podobnie jak kilku marynarzy. W związku z tym bosman Stillwasser okazał się być najwyższym rangą na żaglowcu. Do tego ładunek materiałów i skór zamókł. Prawdopodobnie nie będzie się nadawał do niczego. Nie dość, że zysku nie będzie, to jeszcze poniosą straty. A wszystko to, jak uważał bosman, przez Joannę.

Jo poprosiła Kaspa o spotkanie. Musieli się naradzić, co dalej.

– Jeśli chcemy cokolwiek osiągnąć – powiedział mężczyzna – to teraz jest najlepsza po temu pora.

– Też tak myślałam – przyznała dziewczyna. – Chciałam się tylko upewnić.

– Porozmawiaj z bosmanem. Jeśli jego przekonasz, reszta podąży za nim.

– Dobrze, ale pójdziesz ze mną. Podejrzewam, że ze mną nie chciałby gadać.

* * *

Kajuta kapitana, mimo że najobszerniejsza na żaglowcu, z ledwością mieściła gości. Oprócz Joanny i Kaspa w pomieszczeniu znajdował się jeszcze bosman oraz Jon, no i oczywiście kapitan, spoczywający w łóżku. Nadal wyglądał nie najlepiej, choć nie miał już gorączki.

– To z tego powodu marnujesz nasz czas? – Głos bosmana kipiał złością, gdy wskazywał dłonią maleńką pozytywkę ustawioną na środku stołu.

– Poniekąd ma pan rację – potwierdziła Joanna.

– Poniekąd? – Stillwasser spojrzał na dziewczynę z gniewem.

– Poniekąd, bo bardziej chodzi o to, czego tu nie ma, niż o to, co widać – ciągnęła niezrażona dziewczyna.

Bosman prawie się zagotował, ale delikatny gest kapitana sprawił, że nie wybuchnął.

– Widzicie układ dłoni tancerki? – spytała i nie czekając na potwierdzenie, kontynuowała: – Właśnie tutaj było coś bardzo interesującego… Perła! Ogromna. Niestety, musieliśmy ją z Kaspem sprzedać, żeby zorganizować naszą wyprawę.

– Ja chyba zaraz każę chłopakom przeciągnąć ją pod kilem! I myślę, że na brak chętnych, żeby to wykonać, nie będę narzekał.

Joanna nie zaszczyciła go spojrzeniem, tylko mówiła dalej:

– Perłę widziało kilka osób, ale nikt, nawet poprzedni właściciel pozytywki, nie znalazł tego!

Pokazała kartkę wielkości męskiej dłoni, na której widać było rysunki i zagniecenia po złożeniu.

– I co w tym takiego fascynującego? – Bosman zabarwił pytanie ogromną dozą ironii.

– To jest mapa – wyjaśniła spokojnie Jo. – Mapa do skarbu, do perłopławów, które wytwarzają perły wielkie jak cukierki!

Tylko młody Jon zareagował na tę rewelację odpowiednim entuzjazmem – zaklaskał w dłonie. Bosman i kapitan patrzyli na podekscytowaną panienkę jak na fretkę w klatce.

– Pteria i Pinctada są znane od stuleci – odezwał się kapitan. – Tubylcy je wyławiają z narażeniem życia, a potem za marne grosze odsprzedają. Ale aby znaleźć jedną perłę, trzeba zanurkować wiele razy. To dla nas nieopłacalne. Poza tym taka mapka – lekceważącym gestem wskazał świstek papieru – to za mało, żeby ryzykować życie i majątek. W wyprawę trzeba by zainwestować masę pieniędzy…

– Ale nawet nie spojrzał pan na tę kartkę! – Jo straciła dużo ze swojej wiary w przedsięwzięcie. Jej entuzjazm opadał z każdym słowem starego marynarza.

– Kim jest Bartolomeo Prompt? – spytał nagle Jon, który jako jedyny usiłował odczytać zamazane symbole na mapce.

– Kto? – wykrzyknęli jednocześnie bosman i kapitan.

– No, Barto… – Chłopak wystraszył się gwałtowności obu mężczyzn.

– Dawaj to! – Bosman nie dał mu dokończyć. Obaj z kapitanem pochylili się nad mapką, reszta zamilkła. Joanna bała się nawet poruszyć, by nie spłoszyć rodzącej się nadziei. Po krótkiej chwili starszy mężczyzna spytał z pozornym spokojem:

– Jak pani weszła w posiadanie tego?

Joanna wyjaśniła, pomijając kilka nieistotnych jej zdaniem szczegółów. A potem odważyła się zadać pytanie, kim jest Bartolomeo Prompt.

– To sławny pirat. Jakieś pięćdziesiąt lat temu było o nim głośno, szczególnie na Oceanie Purejskim. – Stillwasser mówił, nie odrywając wzroku od mapy. – Mówiono, że zagrabił tyle statków, ile ma włosów na głowie. Niesamowicie sprzyjało mu szczęście i był nieprzyzwoicie bogaty. Jego statek, „Perla Nera”, był najpiękniejszym żaglowcem na wszystkich morzach.

– Niektórzy powiadali – wtrącił się kapitan – że prowadził piracki proceder tylko przez kilka lat, a potem znalazł skarb, który zapewniłby mu bogactwo do końca życia, gdyby nie zlekceważył gnoma, strzegącego podwodnej jaskini. Stworek uwięził tam i Bartolomeo, i jego załogę, i zmusił do opieki nad perłopławami, które wytwarzają czarne perły.

– Jaka była ta perła, którą trzymała tancerka? – spytał Stillwasser.

– Zwykła, biała. Tylko bardzo duża.

– Tom – kapitan zwrócił się do bosmana – co sądzisz o tej mapce?

– Wygląda na autentyczną – odpowiedział mężczyzna, od dłuższego czasu lustrujący bacznie papier.

– Damy radę odnaleźć to miejsce?

Stillwasser pochylił się ponownie nad kartką i obejrzał jeszcze raz dokładnie.

– Atrament trochę wyblakł, a na załamaniach litery są niewidoczne, ale myślę, że powinniśmy tam trafić. Tylko…

– Tylko co? – zapytał kapitan, spoglądając uważnie na twarz podwładnego.

– Będzie trochę problemów.

– Dobrze, omówimy to później. W porządku, miła panno, popłyniemy tam. Najpierw zawiniemy do portu, rozpuścimy załogę. Tom, zostawisz tylko najbardziej zaufanych, z resztą się rozliczysz. Wyrównaj należności z kupcami i przygotuj nas do tego rejsu. Pewnie wyczyścimy konto albo nawet narobimy długów…

– Aj, aj, kapitanie!

Bosman odprowadził gości do drzwi, wypuścił najpierw Kaspa, a Joannę przytrzymał za łokieć.

– Jeśli dla jakiś dziwnych przyczyn chcesz nas oszukać, to pamiętaj, Perełko, znajdę cię nawet na dnie oceanu!

Ostrzeżenie poparł mocniejszym uściskiem. Joanna wyszarpnęła rękę i spojrzała w stalowe oczy mężczyzny.

– Cmoknij mnie w muszelkę! – rzuciła na tyle głośno, że usłyszeli to wszyscy w kajucie.

* * *

Przygotowania ruszyły z kopyta. Ze starej załogi pozostało tylko kilkunastu ludzi, niezbędnych do obsługi żaglowca. Ostatniego dnia kapitan zgromadził wszystkich w kubryku i wyjaśnił, dokąd i dlaczego będą płynąć. Marynarze stali cicho, zaskoczeni fantasmagorycznym celem, ale ufali swojemu dowódcy. Nikt nie zakwestionował jego słów, niektórzy tylko zerkali zdziwieni w stronę Joanny. Pewnie za sprawą młodego Jona dotarły do nich animozje między bosmanem a dziewczyną. Zdecydowana większość popierała zdanie Stillwassera, że kobieta na pokładzie to zapowiedź nieszczęścia. Nikt jednak nie odważył się zaprotestować, skoro kapitan postanowił, że panna popłynie z nimi. Niestety, nawet pogoda sprzysięgła się przeciw niej. W dniu wypłynięcia nad portem zgromadziły się czarne chmury, z których lunął deszcz. Przesądni marynarze odczytali to jako złą wróżbę. Łajbą kołysało, więc Jo zamknęła się w kajucie. Położyła się na koi, zabezpieczyła sztormdeską i wsłuchała w słowa piosenki, którą marynarze witali nową przygodę. Uśmiechnęła się, choć nie cała szanta napawała optymizmem.

 

A czy byłeś bracie u niebiańskich bram

Tam czeka na nas dobry Pasterz nasz

I szant rozbrzmiewa cudowny ten ton

Tam zamieszkał nasz John

 

Więc płyńmy tam, gdzie nie było wciąż nas

Tam gdzie poniesie nas boski wiatr

Więc płyńmy tam, gdzie nie było wciąż nas

Tam gdzie poniesie nas wiatr

 

Szybko usnęła ukołysana szumem morza, deszczu i rytmicznym śpiewem marynarzy, dlatego nie słyszała już końcówki, którą dopisał jakiś zdolny majtek. To był jedyny raz, kiedy wykonano dodatkowe zwrotki, bowiem bosman zakazał śpiewania o rudym kapitanie Muszelce, który podstępem przejął władzę na „Księżniczce”. Młody poeta na długo zapamiętał nauczkę, że nie drwi się z przełożonych – szorowanie ryżową szczotką kambuza zdecydowanie dobrze wpłynęło na morale młokosa, a i pozostałych załogantów.

 

* * *

 

Pierwsze dni rejsu były koszmarne. Im bardziej padało i wiało, im mocniej kolebało fregatą, tym więcej złych spojrzeń i złowrogich szeptów docierało do Joanny. Starała się tym nie przejmować, ale było jej przykro, że za całe zło świata winią właśnie ją. I to tylko dlatego, że była kobietą, a na dodatek rudą. Na szczęście wkrótce wiatr rozpędził burzowe chmury, słońce wysuszyło żagle i pokład, a marynarzom wrócił dobry humor razem z rozsądkiem i teraz spoglądali z uśmiechem na dziewczynę. Szczególnie młodzi szybko zauważyli, że jest ładna i zgrabna. Wśród pozostałych najdłużej podtrzymywał swoją niechęć bosman, ale i on złagodniał. „Księżniczka” pruła wodę jak łosoś spieszący na tarło, pogoda dopisywała, a kapitanowi udało się odczytać ostatnie wskazówki na mapie. W związku z tym zainteresowani mieli się spotkać przy kolacji i omówić niektóre szczegóły.

Joanna ponownie zmieniła strój – spodnie i długa koszula były dobre na pokład, ale nie na kolację z kapitanem. Tym bardziej, że Jo lubiła być podziwiana. Przez wszystkich, bez wyjątku. A tu niestety natrafiła na twardy orzech. Bosman nie poddawał się działaniu jej uroku.

– Bartolomeo Prompt był wspaniałym dowódcą, fantastycznym gawędziarzem i – tu kapitan spojrzał na Joannę – bardzo przystojnym mężczyzną. Do tego wykształcony i z zamiłowaniem do niesamowitych historii. Ubóstwiał ich słuchać i sam także je wymyślał. Niemniej jego bogactwo było jak najbardziej realne. Miałem przyjemność spotkać jego córkę – posiadała wspaniale wyposażony dom w Kastel Bravo nad piękną laguną i pokaźne konto w banku.

Kapitan uniósł dłoń, by powstrzymać pytanie Jo.

– Wiem i proszę mi uwierzyć na słowo, że tak było.

Dziewczyna zamilkła zgaszona nie tyle treścią wypowiedzi, co jej tonem. Domyśliła się, że kiedyś znajomość ta musiała wiele znaczyć dla kapitana, ale teraz pozostało mu tylko przykre wspomnienie.

– Czy obejrzała pani dokładnie tę pozytywkę? – spytał, zakańczając definitywnie tamten wątek. – Jak sądzę, Bartolomeo Promt nie byłby sobą, gdyby narysował zwyczajną mapę. To zbyt proste.

– Jak panom już mówiłam – pozytywka spadła ze stolika i wtedy podstawka rozwarstwiła się i wyleciała ta karteczka. Nic więcej tam nie było, a znajomy stolarz skleił mi ją na poczekaniu.

– A możemy ją jednak jeszcze raz obejrzeć? – Do dyskusji wtrącił się bosman. – Może coś pani przeoczyła.

– Ależ oczywiście! Jon – poprosiła – skocz do mojej kajuty. Pozytywka jest zamknięta w szafce, a tu masz do niej kluczyk.

Stillwasser skrzywił się z niesmakiem – nie podobało mu się, że kobieta wydaje polecenia marynarzowi bez pytania o zgodę przełożonego, ale ponieważ kapitan zignorował to drobne faux pas, jemu również nie wypadało się odzywać.

Przy stole toczyła się niezobowiązująca rozmowa. Joanna ze zdziwieniem stwierdziła, że bosman wysławia się odmiennie niż na pokładzie. Już kilka razy wydawało jej się, że inaczej rozmawia z kapitanem, a inaczej z członkami załogi, a teraz upewniła się w tej kwestii. Obiecała sobie, że przy nadarzającej się okazji zapyta o ten fakt kapitana.

Gdy Jon wrócił, nakręcili i ustawili pozytywkę na stole. Tancerka obracała się na palcach, obie ręce wyciągając nad głową, jakby pragnęła coś złapać, a różowa sukienka połyskiwała w świetle lampy naftowej.

– Tu nic nie ma! – stwierdziła Joanna po kilku minutach wpatrywania się w laleczkę.

Pozytywka wygrała melodyjkę, a w zapadłej nagle ciszy słychać było tylko oddechy zgromadzonych.

– Poniekąd panna ma rację – przyznał z przekąsem bosman.

– Poniekąd? – Joanna zaczerwieniła się, bo przypomniała sobie niezbyt odległą dyskusję w tej kajucie.

– Poniekąd, bo bardziej chodzi o to, co słychać, niż o to, co widać – dodał Stillwasser i skrzywił się, co w jego przypadku miało zapewne być uśmiechem.

– Może pan wyjaśnić?! – poprosiła, choć ton bardziej przypominał żądanie niż prośbę.

– Z największą przyjemnością! – Bosman skłonił głowę, a jego oczach zamigotały złośliwe błyski. – Choć myślałem, że skoro panna angażuje się w takie przedsięwzięcie, to powinna wykazać się większym sprytem.

– Wykazałam się wystarczającym sprytem, żeby dostać się na statek i sprawić, by doświadczeni marynarze popłynęli na poszukiwanie skarbu. A to chyba niemało, prawda? A na dodatek mój spryt nakazał mi zawierzyć doświadczeniu i umiejętnościom tychże marynarzy, a nie udawać wszechwiedzącą.

– Mili moi – wtrącił się kapitan – uspokójcie się. Ma pani, pani Joanno, oczywiście rację. A ty, Tom, przestań się pieklić i powiedz, co odkryłeś.

Bosman spojrzał na Jo, ale tym razem nie wydawał się rozgniewany. Pokiwał leciutko głową i powiedział: – Chodzi o melodyjkę, którą wygrywa pozytywka. Nie pamiętam dokładnie słów, ale było tam coś o błękitnej lagunie, atolu i perłach.

– No, to nam pan pomogłeś – rzuciła z przekąsem Joanna.

– Sądzę, że bosman może mieć rację – powiedział kapitan. – Musimy tylko znaleźć kogoś, kto będzie znał słowa.

– Na pełnym morzu mamy ułatwione zadanie – zaśmiała się Jo. – Możemy odpytać tylko tych, co są na pokładzie.

– Dobrze pani gada – potwierdził bosman. – I to będzie zadanie w sam raz dla pani.

– Mam latać z pozytywką od marynarza do marynarza i odpytywać ze znajomości tekstu? Zwariował pan?

– Nie – odezwał się ponownie kapitan. – Myślę, że Tom ma rację: piękna kobieta i muzyka to doskonałe połączenie, chłopcy chętnie udzielą pani takich informacji. Gdyby zaś pytał o to bosman, pomyśleliby, że padło mu na głowę i nie wiadomo, jakie byłyby tego następstwa.

– No tak – zatroskała się Joanna – mogliby nawet spróbować wyrzucić go za burtę. To byłoby straszne – dodała, ale wyraz jej twarzy przeczył słowom.

 

* * *

Zadanie Joanny pozornie było proste. Mężczyźni, którzy nieraz stawiali czoła niebezpieczeństwom, głupieli w obecności pięknej kobiety. Szczególnie młodzi mieli problem z koncentracją. Ale po kilku dniach Jo udało się zebrać trochę informacji. Ustaliła, że w pieśni była mowa o płytkiej lagunie, którą od morza oddzielał krąg ostrych raf. Tylko w jednym miejscu można było wpłynąć do wnętrza atolu, ale i tak wewnątrz nie było całkowitego spokoju, bo można się było natknąć na giwanę – nie wiadomo, co to za potwora, ale niebezpieczna, bo prawie zawsze głodna. Chyba że właśnie przekąsiła wieloryba, wtedy spała przez miesiąc i nic jej nie obchodziło. Po zewnętrznej stronie na śmiałków czyhało niebezpieczeństwo w postaci – i tu następowały rozbieżności – krakena, lewiatana albo fuquba. O fuqubie najmniej było wiadomo, ale wydawało się, że wszystkie te stwory żyją tylko po to, żeby zjadać niczego nieświadomych marynarzy.

– No dobrze, a gdzie tu miejsce na nasze perłopławy? – zatroskał się Jon.

– Tak mówi szanta, czyli wymyślona pieśń – uspokoiła go Joanna – a mapa jest prawdziwa i wskazuje nam drogę.

– Nie byłbym tego taki pewien – powiedział bosman, przeczesując ciemną brodę przetykaną gdzieniegdzie nitkami siwizny. – To, że marynarze lubią przesadzać, nie ulega wątpliwości. Ale muszą być jakieś podstawy do powstania tych wszystkich opowieści.

Tym razem Joanna nie próbowała kpić z mężczyzny. Widać było, że coś go dręczy. Kilka razy nabierał powietrza do płuc, jakby chciał coś powiedzieć i za każdym razem rezygnował. Zakończyli naradę bez konkretnych wniosków. Nadal płynęli tam, dokąd prowadziła ich mapa. Nad resztą mieli się zastanawiać, gdy odnajdą punkt zaznaczony na mapie czerwonym krzyżykiem.

* * *

Noc była wyjątkowo parna. Joanna przewracała się po koi, usiłując zasnąć. Ale nie bardzo jej to wychodziło. Na domiar złego w chwilach drzemki śniła koszmary o pochłaniających statek potworach. W końcu zrezygnowała i postanowiła opuścić duszną kajutę.

Morze mieniło się w blasku księżyca i gwiazd jak drogocenny atłas. Lekka bryza marszczyła gładką powierzchnię, układając ją w łagodne fale wykończone białą pianą niczym koronką. Jo uśmiechnęła się leciutko, bo wyobraziła sobie suknię z takiego materiału. Zaraz skrzywiła się, bo doleciał ją zapach tytoniu, który ćmił Stillwasser. Tym razem nie cofnęła się. Umyślnie podeszła do mężczyzny i stanęła obok niego, opierając ręce na relingu.

– Dziwne to niebo – po chwili milczenia zagadnęła bosmana. – Niby granatowe jak u nas, niby księżyc też ten sam, ale wszystko jakieś takie obce, inne, wyraźniejsze.

– Ani morze, ani niebo nigdy nie są takie same – potwierdził mężczyzna. – Potrafią być piękne i straszne, spokojne i groźne… kochasz i nienawidzisz jednocześnie. Kiedy jesteś na wodzie, marzysz o tym, by wrócić na ląd, a za kilka chwil już nie możesz wytrzymać bez tej przestrzeni, bez tego szumu, bez smaku soli w każdym hauście powietrza…

– Bosmanie… Tom… – zawiesiła głos, bo nie chciała przerwać tej cieniutkiej nici porozumienia, jaką udało im się nawiązać – wtedy w kajucie kapitana… chciałeś coś powiedzieć. Miałam wrażenie, że wiesz więcej o tych potworach…

Stillwasser zapatrzył się w wodę. Trwało to tak długo, że dziewczyna sądziła, iż nie otrzyma odpowiedzi.

– I wiem, i nie wiem. – Bosman nie odwrócił się w stronę kobiety. Mówił jakby jej nie było, jakby zawierzał tajemnice morzu. – Wiele lat temu, byłem wtedy w wieku Jona, może nawet młodszy, płynęliśmy przez Ocean Purejski podobnym kursem jak teraz. Ale dopadł nas sztorm i zepchnął bardziej na południe. Tam udało nam się schować za maleńką wysepką wulkaniczną. Przeczekaliśmy szkwał, a potem kapitan kazał wciągnąć żagle na maszt i ruszyliśmy w dalszą drogę. Ledwie opuściliśmy schronienie, a chłopak w bocianim gnieździe wypatrzył coś na naszym kursie. To był ranny marynarz, który utrzymywał się na powierzchni dzięki kilku deskom. Wciągnęliśmy go na pokład, ale ledwie zipał. Medyk go trochę opatrzył i znieśliśmy go do kubryku. W nocy leżałem obok niego i podawałem mu wodę. Było mi go żal i czułem wtedy strach przed śmiercią, zarówno swoją, jak i cudzą…

Joanna nie odważyła się mu przerwać, by zapytać, czy teraz już się nie boi. I dlaczego.

– Tuż przed świtem odzyskał przytomność. Sięgnął do kieszeni i podał mi to. – Bosman wyciągnął z zanadrza szmatkę, rozwinął ją i oczom Joanny ukazał się złociście połyskujący, płaski przedmiot, który kształtem przypominał liść lipy.

– Co to? – spytała zaciekawiona.

– Ten marynarz powiedział, że to łuska fuquba. Ich statek zaatakował złocisty smok. Jednym uderzeniem łapy pozbawił ich żagli, drugim wyrwał dziurę w boku fregaty wielką jak młyńskie koło. Próbowali do niego strzelać z armaty, ale był zbyt zwinny. Ten marynarz stał za sterówką. Oberwał, gdy potwór rozbił nadbudówkę jednym uderzeniem ogona. Wyleciał jak kula z muszkietu, a wraz z nim deski, dzięki którym dryfował. W jednej znalazł toto wbite w drewno.

Joanna wzięła do ręki łuskę. Była lekka, ale sprężysta i mocna. Złota.

– Dlaczego nic nie powiedziałeś wtedy w kajucie?

– Bo to nie dowód, takie coś można między bajki włożyć…

– Ale ty wierzysz – powiedziała cicho Joanna.

– I co z tego? – odparł nieco opryskliwie.

– To, że ja ufam twojemu osądowi i inni też. I powinni wiedzieć, na co się narażają.

– To nie ma większego sensu – zaprzeczył Tom. – Nie zdołamy się przygotować na walkę z fuqubem, a oni tylko będą się bać… To może mieć wpływ na ich morale, na wykonywanie obowiązków, czyli na nasze przeżycie. Nie, lepiej niech nie wiedzą.

– A ja? – spytała Jo. – Dlaczego mnie powiedziałeś?

– Ty i tak masz głowę nabitą fantasmagoriami, tobie już nie zaszkodzi! – Bosman roześmiał się cicho.

– Dziękuję. – Joanna pokiwała energicznie głową, aż jej się rozwiały rude włosy, a wiatr poniósł je na twarz mężczyzny, który zaciągnął się ich zapachem.

– Za co? – zapytał lekko skonsternowany.

– Bo już fuquba nie zwalisz na rudą babę na pokładzie!

– Jak to nie? Kapitan Muszelka jest winna wszelkich nieszczęść na statku.

Tym razem roześmieli się oboje i w ich głosach nie słychać było złośliwości.

* * *

Czerwony krzyżyk na mapie okazał się pięknym atolem z płaską wyspą pośrodku. Decyzją kapitana rzucili kotwicę ze dwie mile od pienistych bałwanów, a później spuścili na wodę trzy szalupy. Bystre oko młodego Jona wypatrzyło z bocianiego gniazda kilkumetrową przerwę, którą fale swobodnie wpływały do zatoczki. Nie oznaczało to, że przesmyk jest bezpieczny. Bosman zwrócił wszystkim uwagę, że w tym miejscu woda gnana pływami niebezpiecznie się spiętrza i uderza o brzeg z dużym impetem. Dlatego każda szalupa miała w swojej osadzie czterech silnych marynarzy przy wiosłach i piątego przy rumplu. Pierwszą łodzią dowodził bosman, drugą oficer wachtowy, a trzecią starszy marynarz. Dodatkowo do załogi bosmana dołączył Kasp, a do innej łodzi Joanna, którzy żadną miarą nie zgodzili się zostać na pokładzie „Księżniczki”.

Stillwasser z ciężkim westchnieniem i na wyraźną prośbę kapitana zaaprobował dodatkowych członków załogi, ale widać było jak zgrzytał zębami i klął pod nosem nie tyle przez Kaspa, co z powodu dziewczyny. Za to Jo usadowiła się na ławeczce pośrodku łódki i posłała bosmanowi promienny uśmiech. Chwilę później straciła sporo na pewności siebie, bo szalupa odbiła od burty fregaty i pochwyciły ją fale, miotając nią straszliwie.

Pierwsza pokonała przejście drużyna bosmana – udało im się wjechać po wodzie jak na grzbiecie rumaka. Gorzej poszło kolejnej ekipie, bo nie wyczuli dobrego momentu, ale na szczęście silne ramiona marynarzy pokonały cofającą się falę. Oficer dowodzący ostatnią łodzią nie był kpem i wykorzystał obserwację poprzedników, by bezpiecznie pokonać rafę. Joanna najpierw poczuła żołądek w piętach, by za chwilę z ledwością zatrzymać go w gardle, gdy grzywacz gwałtownie wypiętrzył się i rzucił nimi o piaszczysty brzeg. Na miękkich nogach opuściła szalupę, ale szybko wzięła się w garść, nie chcąc dawać satysfakcji bosmanowi.

– Rozchodzimy się w trzech kierunkach – zarządził jako najstarszy rangą. – Uważajcie, wysepka nie jest tak płaska, jak wyglądało to ze statku. Na dodatek powierzchnia wygląda na mocno niestabilną. Sądzę, że godzina powinna nam wystarczyć na oględziny.

Wyruszyli, bacznie spoglądając pod nogi. Już po kilkunastu krokach zniknęli sobie wzajemnie z oczu – pagórki nie były bardzo wysokie, ale skutecznie ograniczały widoczność. Joanna uważnie stawiała stopy, miała wrażenie, że kamienie są tu rozrzucone w luźnych w kupach. W ciągu kilkudziesięciu minut dotarli do przeciwległego krańca wysepki. Ich dowódca, młody, postawny mężczyzna, Anton, zarządził powrót brzegiem. Ustawili się gęsiego, Jo jako przedostatnia, za nią szedł chyba najstarszy na fregacie marynarz. Niewiele uszli, gdy do dziewczyny doleciał krótki, urywany okrzyk i Anton zniknął. Reszta oddziału zatrzymała się niezdecydowana.

– Co się stało? – wykrzyknęła dziewczyna.

– Nic wielkiego – odpowiedział jej jeden z marynarzy. – Anton wylądował w jakiejś dziurze.

Pochylili się wszyscy nad osuwiskiem. Poniżej mężczyzna otrzepywał ubranie, rozglądając się jednocześnie.

– Złaźcie tutaj – polecił. – Musimy to obejrzeć!

Zsunęli się po pochyłości i wylądowali obok Antona. Jaskinia nie wyglądała na zbyt dużą, ale okazało się, że to tylko pierwsze wrażenie. Wkrótce odkryli korytarz i podążyli nim. Aż dziw było, że sklepienie nie zwaliło im się na głowy. Poruszali się bez problemów, bo przez popękany strop przesączało się światło słoneczne i odbijało od tysięcy kryształów, które świeciły jak lampy. Podłoże zaś przypominało wybrukowaną drogę – tu nie było luźnych kamieni. Po kilkunastu krokach Joanna usłyszała głos. Nie była pewna, czy wyobraźnia płata jej figle, czy może podziemna jaskinia zniekształca szum morza, ale zauważyła, że mężczyźni również to słyszą. Wszyscy przyspieszyli kroku, oprócz Jo i najstarszego marynarza.

– Słyszysz? – spytała, odwróciwszy się do niego.

– Ja, panienko, już od dawna nie słyszę – odpowiedział z uśmiechem. – Jestem głuchy.

– A mnie? – Joanna zdziwiła się. – Przecież mnie usłyszałeś, prawda?

– Nie, nauczyłem się czytać z ruchu warg.

Joanna pokręciła z niedowierzaniem głową, ale nie kontynuowała dyskusji, bo pozostali znacznie się od nich oddalili. Pokazała mężczyźnie, że muszą się pospieszyć. Po kilku minutach dotarli do ogromnej groty. Na samym końcu ujrzeli kobietę – to ona śpiewała i gestami rąk przyzywała marynarzy. A oni przez chwilkę trwali w oszołomieniu, a potem pędem ruszyli w stronę złotowłosej. Tylko Jo i stary marynarz zostali na miejscu. Patrzyli zaskoczeni, jak ich towarzysze w kilkumetrowych odstępach dobiegają do tej istoty i po kolei znikają z pola widzenia. Jakby wpadali w jakąś dziurę. Joanna miała wrażenie, że za każdym razem postać śpiewaczki miga przez moment, a potem odrobinę powiększa się. Stary chwycił Joannę za łokieć i usiłował ją zawrócić, ona jednak zaparła się. Uwolniła rękę i wolnym krokiem podążyła śladem kamratów. Mężczyzna w tym czasie zawrócił i wycofał się biegiem.

Jo szła przed siebie, spoglądając to na złotowłosą, to pod nogi. Im była bliżej tej dziwnej kobiety, tym mniej patrzyła na nią, a więcej pod stopy. To uratowało jej życie. W ostatnim momencie zauważyła stromy, kilkunastometrowy klif. W dole ujrzała ogromną muszlę, która właśnie otwierała się, by wyrzucić z siebie resztkę któregoś marynarza. Wnętrze konchy pulsowało perłowym blaskiem, a do nozdrzy dziewczyny docierał smrodliwy fetor, jakby pochylała się nad miską pełną zatęchłych ryb. Joanna była zszokowana nie tylko śmiercią mężczyzn, ale również szybkością, z jaką zostali pochłonięci przez małża. Trwało to tyle, ile przełknięcie łyku napoju. Spojrzała na sprawczynię tego nieszczęścia. Kobieta roztaczała wokół siebie poświatę, była naga, jedynie długie, złote włosy nieco przysłaniały oszałamiające kształty. To wyrafinowane piękno kłóciło się ze zwierzęcą drapieżnością. Joanna wzdrygnęła się, patrząc w obojętne oczy. Gdyby nie to, że przed chwilą widziała, jak giną jej towarzysze, pewnie też uległaby urokowi boginki. Nawet teraz poczuła dziwny skurcz serca. Głos złotowłosej mamił i uwodził, ale wizja pożartych marynarzy, którą ciągle miała przed oczami, skutecznie chroniła Jo i dziewczyna nie uczyniła tego jednego kroku.

Złota istota zauważyła, że Joanna nie straciła przytomności umysłu. Roześmiała się perlistym śmiechem, a potem jednym płynnym skokiem pokonała dzielącą je przestrzeń. Rozłożone ramiona i długie, lśniące włosy sprawiły, że wyglądała jakby wyrosły jej skrzydła.

– Widzę, że nie działa na ciebie mój głos – powiedziała, przyglądając się uważnie człowiekowi, który nie uległ jej sile. – No tak, jesteś kobietą. Dawno nie widziałam przedstawicielki tej płci. Zawsze przybywali tu marynarze, z nimi szło łatwo…

– A kim ty jesteś? – spytała Joanna, cofając się znad krawędzi klifu.

– Ja? Jedni nazywają mnie syreną, inni mówią o mnie giwana, a jeszcze inni nadają mi miano fuquba. Jakie ma to znaczenie?

– Jesteś złocistym smokiem? – zdziwiła się Jo. Nadal wycofywała się, ale nie spuszczała czujnego spojrzenia z rozmówczyni. – A gdzie twoje skrzydła, łuski, szpony? Nie wierzę, jesteś tylko kobietą.

– Kobietą, mężczyzną, smokiem… Czy to ważne? Jestem, kim chcę być.

– Umiesz zmieniać postać? To jakieś bzdury!

– Tak uważasz? – Cichy, zmysłowy śmiech sprawił, że po plecach dziewczyny przeszły ciarki.

Joanna cały czas cofała się w stronę wyjścia, a fuqub postępowała za nią, jakby robiła to nieświadomie. Ale gdy kobieta dotarła do miejsca, gdzie zsunęli się do jaskini, zapytała:

– I co teraz? Chyba nie sądzisz, że pozwolę ci wyjść. Nieczęsto trafia mi się cała załoga. Z reguły spotykam tylko rozbitków.

– Więc dlaczego nie opuścisz tej wyspy? – spytała Joanna, rozglądając się rozpaczliwie.

– Nie mogę, kochana, nie mogę. Jestem… jakby to powiedzieć… związana z tym miejscem na śmierć i życie.

– Ale przecież możesz się stąd oddalić, ludzie widywali cię nawet daleko na południu!

– Widzieli i przeżyli? – Fuqub roześmiała się dźwięcznie. – No tak, jak się okazuje, ja też popełniam czasem błędy. Ale rzadko. Tym razem tak nie będzie.

Kobieta zaczęła zmieniać postać. Wyciągnęła w górę ramiona i okręciła się wolniutko wokół własnej osi, potem uczyniła to jeszcze raz i znów, i znów, za każdym razem coraz szybciej, aż wydawało się, że jej ciało otacza złocista mgiełka. Z każdym obrotem opar gęstniał i powiększał się, wypełniając sobą jaskinię. Joanna próbowała wygrzebać się z groty, ale ciągle zsuwała się razem z lawiną drobnych kamyków. Wbijała stopy w podłoże, a dłońmi jak szponami drapała stok, raniąc palce o ostry żwir. Na próżno.

Ciężko dysząc, opadła wreszcie na kolana, a potem przylgnęła płasko do ciepłych kamieni, osłaniając głowę rękoma. Kątem oka widziała ścianę wirującego złota, wiedziała, że to smok. I wiedziała także, że pozostały jej sekundy życia. Tyle, ile czasu zajmie fuqubowi ostateczna przemiana. Zacisnęła dłonie na kamieniach, a potem odwróciła się na plecy.

– Może kamienie to nie najlepsza broń, ale nie sprzedam swojej skóry bez walki – wykrzyczała. Gniew dodał jej odwagi. Klęknęła i przymierzyła się do rzutu. A wtedy poczuła uderzenie w plecy. W pierwszej chwili pomyślała, że dosięgły ją szpony smoka, w następnym momencie ręce zaciskały się już kurczowo na linie. Czyjeś mocne ramiona wciągały ją na górę prawie bez jej pomocy.

– Zatkajcie czymś uszy – zaczęła wrzeszczeć, zanim jeszcze znalazła się na powierzchni. – Ona czaruje głosem! Zatkajcie uszy!

– Nie drzyj się tak! – poprosił bosman, unosząc ją nad ziemię. Mocne ramiona ścisnęły dziewczynę, a stalowe oczy zerknęły z troską w jej źrenice. – Nic ci nie jest?

– Nie – odpowiedziała – ale wy musicie zatkać uszy. Widziałam, jak tamci zgłupieli, słysząc jej śpiew.

– Ale nie w tej postaci. Teraz jej siła nie zależy od głosu. Teraz jest…

Nie zdążył dokończyć, bo z jaskini wystrzeliła w niebo smukła, złocista sylwetka. Smok zatoczył koło nad ich głowami, a potem ze straszliwym rykiem zaczął pikować w kierunku fregaty.

– O Boże – jęknęła Joanna – ona chce zniszczyć statek!

– Może tak łatwo jej nie pójdzie! – Głos bosmana dźwięczał stalą. – Nie wierzyłem, że ją spotkam, ale na wszelki wypadek…

Jego słowa zagłuszył wystrzał z armaty, który zlał się niemal w jedno z przeraźliwym wyciem fuquba. Potwór miał problem z utrzymaniem się w powietrzu, jedno skrzydło prawie się nie poruszało, widać było, że smok z trudem zachowuje równowagę. Zrezygnował z ataków na statek i lotem ślizgowym zbliżał się ponownie do wyspy.

– Zaczekajcie aż wyląduje – wrzeszczał bosman. – Przygotować muszkiety! Celować albo w brzuch i skrzydła, albo w pysk i w oczy, w innym miejscu kule nie przebiją łusek. Spokojnie!

Marynarze stali jeden obok drugiego w wątłym dwuszeregu – razem było ich tylko kilkunastu. Nic w porównaniu do ogromnego fuquba, nawet jeśli był ranny. Bosman szorstko chwycił Joannę za ramię i ustawił za swoimi ludźmi. Miała ochotę mu się sprzeciwić, ale sama uznała, że jej pomoc nie na wiele się zda. Uzmysłowiła sobie również, że nie istnieje dla niej żadna droga ucieczki, bo za plecami ma smoczą jamę.

Jedno uderzenie złocistego ogona zmiotło z powierzchni trzech ludzi, zanim jeszcze zdążyli oddać strzał. Następni bardziej już uważali na ruchy potężnego cielska, nie tylko na ozdobiony rogatymi wypustkami pysk. Ten stwór cały był śmiercionośny – skrzydła zakończone pazurami raniły z tą samą mocą, co szponiaste łapy, a długi i zwinny chwost z kolcami tańczył wokół nich niczym bicz w rękach tresera lwów.

Padły pierwsze strzały, ale niewiele uczyniły szkody. Marynarze wycofali się za plecy towarzyszy, by naładować muszkiety, a smok przypuścił atak, sądząc, że są chwilowo całkowicie bezbronni. Pomyłka kosztowała go drogo. Jedna kula rozerwała błoniaste skrzydło, druga przestrzeliła uniesioną do ataku łapę. Ale i tak zdołał dosięgnąć jednego z ludzi. Marynarz runął z rozoranym brzuchem tuż pod nogi Joanny. Zakryła dłonią usta, by stłumić okrzyk przerażenia, ale po chwili opanowała się i sięgnęła po muszkiet, z którego nie padł jeszcze strzał.

Kolejna salwa nie uczyniła tym razem żadnej szkody, za to fuqub napierał na nich z rozpaczliwą odwagą. Mało tego, zadane poprzednio rany zasklepiły się całkowicie, poszarpane skrzydło wyglądało, jakby nigdy nie zaznało spotkania z kulami. Poraniona noga znowu stała się podporą dla złocistego cielska.

– Skaczcie w dół i chowajcie się w korytarzu – ryknął bosman, gdy znaleźli się nad krawędzią. – Tam mamy większe szanse, smok nie będzie miał pola manewru!

My też nie, pomyślała Joanna, ale ześliznęła się po kamieniach. Przez chwilę łapała równowagę, a potem popchnięta przez kogoś popędziła korytarzem. Słyszała wycofujących się za nią marynarzy. Ich przekleństwa i jęki zwielokrotniało echo. Gdy dotarli do głównej groty, mężczyźni ponownie ustawili dwuszereg, ale tym razem było ich już tylko po trzech w rzędzie. Jo odetchnęła z ulgą, gdy rozpoznała bosmana.

Widok żywego Toma Stillwassera wlał w jej serce otuchę, mimo że smoczy pysk klapał nad ich głowami i podrygiwał dziwacznie, aby utrudnić celowanie ze strzelb. Dziewczyna miała wrażenie, że wszystkie zadane dotychczas rany nie zdołały zaszkodzić potworowi, że zdołał sam się uleczyć. I nagle Joanna uzmysłowiła sobie coś bardzo dziwnego: fuqub w postaci kobiety wabił marynarzy, by wpadali w otchłań, wprost w ogromnego małża. Nie zżerał ich, a pozwalał, aby posilało się to coś na dnie klifu. Nie tędy droga, tak nie zabiją smoka, zrozumiała.

– Tom – wrzasnęła. – Tom, pomóż mi!

Bosman odwrócił się na sekundę, ale zobaczył, że kobieta jest chwilowo bezpieczna, więc wrócił do zmagań z fuqubem.

– Nie zawracaj teraz głowy! – ryknął, ładując po raz kolejny muszkiet.

– Tom, ale ja wiem, jak go pokonać!

Mężczyzna machnął tylko ręka i wymierzył w pysk potwora. Na szczęście ściany ograniczały ruchy smoka, ogon, skrzydła i tylne łapy były całkowicie bezużyteczne w tej walce, ale łeb i przednie kończyny nastręczały wystarczająco dużo problemów.

Joanna widząc, że mężczyzna zlekceważył jej uwagi, postanowiła działać sama. Przysunęła się nad brzeg przepaści i wymierzyła z muszkietu. Nigdy dotąd nie trzymała broni, ale zdarzyło jej się parę razy podpatrzyć na pokładzie, jak robili to marynarze. Zresztą odległość nie była zbyt wielka, a cel duży i nieruchomy. Muszla wyglądała jak otwarta paszcza potwora, w jej wnętrzu coś się kotłowało. Strzykało ciemną cieczą po ścianach i w górę, jakby usiłowało dosięgnąć dziewczyny. Joanna pomyślała, że to coś ślini się w oczekiwaniu na posiłek.

– Niedoczekanie twoje! – krzyknęła, przycisnęła broń do ramienia i nacisnęła spust. Odgłos ogłuszył ją na chwilę, tym bardziej że w tej samej chwili fuqub wydał z siebie przeraźliwy ryk. Kiedy po strzale rozwiała się mgiełka, ujrzała, że uszkodziła mocno konchę, ale nie zabiła tego czegoś.

– Tom! – wrzasnęła ponownie. – Pomóż mi!

Tym razem mężczyzna posłuchał. Zorientował się, że to dzięki dziewczynie smok padł na kolana. Podniósł się wprawdzie, ale z pyska toczył złocistą krew. Bosman doskoczył do Joanny, a ona nie udzielając mu żadnych wyjaśnień, wskazała tylko dłonią. Naładował muszkiet, przycisnął broń do ramienia i kilkukrotnie odetchnął głęboko. Wymierzył w miękkie, pulsujące wnętrze. A potem delikatnie pociągnął za cyngiel.

Ryk smoka prawie rozsadził im bębenki w uszach. Fuqub runął do przodu, roztrącając i miażdżąc marynarzy. Bosman odepchnął Joannę pod ścianę, a sam odskoczył w ostatnim momencie, bo potwór przetoczył się między nimi i runął w dół. Szarpiąc pazurami ścianę, wyrywając z niej kamienie wielkości fury, osłabił konstrukcję klifu i spowodował, że spora część osunęła się z łomotem, grzebiąc pod sobą dotychczasowego mieszkańca.

Cisza, która zapadła, wydawała się czymś nienaturalnym. Bosman podniósł się i pomógł wstać Joannie. Oboje pochylili się nad występem skalnym, niestety, fuqub zniknął pod grubą warstwą skał.

– I tyle zostało z naszego skarbu – westchnął ze smutkiem Stillwasser.

– Wcale nie tak mało, jakby się mogło wydawać! – Joanna zaśmiała się cichutko. Zdążyła już zauważyć, że krew smoka nie znikła, nie wsiąkła w podłoże, a zastygła i usłała dno jaskini błyszczącymi kroplami. – Wprawdzie pereł nie było, ale ja złotem nie pogardzę.

* * *

Dziwny to był pogrzeb, nie morski. Zgromadzili wszystkie ciała w smoczej jaskini, a potem wturlali tam beczułkę prochu z długim lontem. Kapitan pożegnał swoich chłopców krótkim przemówieniem. W sumie zginęło ich szesnastu, a wśród nich znalazł się też Kasp. Wybuch przysypał kamieniami wspólną mogiłę. Jeszcze w żadnym rejsie nie musieli tylu żegnać. Żal ściskał serce, ale z drugiej strony wiedzieli, na co się ważą. Morze to bardzo wymagająca kochanka, potrafi wiele zażądać. Ale też umie się odwdzięczyć. Ryzyko jest wpisane w zawód. Wielu zginęło, ale ci, co przeżyli, nie zaznają biedy nigdy ani ich dzieci, ani wnuki.

Bosman uśmiechnął się leciutko. Do tej pory sądził, że nie ma szansy na potomka, ale zmienił zdanie. Długo to trwało, nim zrozumiał, w końcu jednak przyjął do wiadomości, że niekiedy niewiasta nie zwiastuje końca świata, choć może być przyczyną trzęsienia ziemi albo tsunami. A gdy doznał tej iluminacji, zastukał do drzwi niewielkiej kajuty i nie czekając na zaproszenie, wdarł się do środka.

– Zachowujesz się pan jak gbur jakiś! Bez zaproszenia? Do damy? – wykrzyknęła kobieta, gdy ochłonęła nieco.

Objęły ją mocarne ramiona, owionął zapach tytoniu i morskiej soli, a w ucho wsączył się szept: – Koło damy to może parę razy stałaś, ale całe twoje szczęście na tym polega. Dama na widok chłopa albo smoka z pewnością by zemdlała, a z tego ani pożytku, ani zabawy by nie było.

* * *

Do obsługi fregaty zostało niewielu marynarzy, ale bosman wiedział, że dadzą radę, byleby tylko Posejdon im sprzyjał. Lecz o to miała się zatroszczyć ruda wiedźma. A już on zatroszczy się o nią.

 

Koniec

Komentarze

Fajne, sympatyczne i chyba mimo wszystko ciepłe opowiadanie. Szczególnie podobał mi się motyw z jednego z Twoich poprzednich tekstów. :-)

– Pytałaś, skąd to masz?

Literówka.

usiłował zabrać je zabawkę

Tu też.

Załoga nie zareagowała na jej widok, wręcz przeciwnie – oprócz kilku skinięć głową na powitanie nie widać było żadnej reakcji.

Powtórzenie.

Potem zapanował chaos. Statkiem rzucało na wszystkie strony, na zewnątrz panował hałas większy niż kuźni.

Tu też.

ustawił za swoim ludźmi

Literówka.

Babska logika rządzi!

Dzisiaj się tylko wpisuję, bo mam gości (córka, wnuczka i zięć). Jutro dokładnie przeczytam i opiszę wrażenia. Spodobał mi się “makijaż informujący o profesji”, czy tak jakoś podobnie. Pozdrawiam z uśmiechem.

– Pytałaś, skąd to masz?

Literówka. – to nie literówka,  nie miało być “pytałam”

Dzięki za przeczytanie. Zawsze zadziwia mnie to, że tyle razy przeglądany tekst, a jeszcze babole się trafiają.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bardzo przyjemne opowiadanie. Przez cały czas czuć było taki klasyczny, fajny piracki klimat. Podobała mi się relacja głównych bohaterów. Końcówka jak z wysokobudżetowego filmu też na plus. Na i ten tytuł… :)

Dzięki Zygfrydzie, cieszę się, że wpadłeś. Bałam się, że ilość znaków odstraszy potencjalnych czytelników.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik, ilość znaków może ma znaczenie przy słabym tekście – czy ktoś dotrwa do końca, czy nie. Tu nie ma takiego zagrożenia :)

Ruda Jo jak żywa latała mi przed oczami, bardzo dobrze skonstruowana (wybacz mi to brzydkie słowo, ale lepsze chwilowo nie przychodzi mi do głowy) postać.

Tylko jakoś związek bosmana i Jo jak dla mnie – za łatwy do przewidzenia, bo kto się czubi… :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki, śniąca, nie wszytko jednak chyba musi zaskakiwać.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nie musi :) I tej części mojego komentarza nie bierz jako krytyki, to tylko luźna uwaga. I nie wpływa na moją ocenę, bo potwierdzam, że mi się podobało :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

A mnie końcówka zaskoczyła. Gdybym miał obstawiać w trakcie czytania, pewnie bym postawił, że bosman Tom zginie połknięty przez potwora albo okaże się zdrajcą czy inną łachudrą. Chyba czytam za mało romantycznych historii…

Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Ach, kobiety, kobiety… Cale szczęście, że Joanna nie była lesbijką, bo wtedy pewnie nie oparłaby się pieśni syreny. Styl potoczysty – prawie samo się czyta. Znakomita dynamika akcji w końcówce wynagradza usypiający troszeczkę początek. Generalnie – wciągające. Podobało się miłośnikowi przygodówek, czyli mieee. Bardzo dobre!

Dzisiaj rano zrobiłem sobie tę przyjemność i czytałem to romantyczne opowiadanie. Z tą koniecznością “zaskakiwania”, to chyba na tym portalu jakaś epidemia. Z tą niechęcią do kobiet na żaglowcach to jest literacki mit. Żaglowce przewoziły masę kobiet np. z Anglii do Ameryki, Afryki lub do Azji (rodziny osadników). Fabuła opowiadania jest zręcznie poprowadzona, a zakończenie trafia w mój gust. Pozdrawiam ciepło.

Ja tylko wpiszę, że również przeczytałam z przyjemnością, bo lubię takie dobrze napisane historie przygodowe. Co prawda mnie akurat bardziej podobał się początek (bo poczułam sympatię do Larry’ego i miałam nadzieję, że będzie jednym z bohaterów) od – nieco za bardzo jak na mój gust hollywoodzkiego – zakończenia.

 

I w stu procentach zgadzam się z Ryszardem – nie rozumiem tego wymogu zaskakiwania, pokręconych pomysłów. Mnie akurat zupełnie wystarcza ciekawa, dobrze opowiedziana historia.

Ach, widzisz Droga Ocho, jak różnią się gusta czytelników…? Dla mnie np. historia bez brawurowej puenty – to jak żołnierz bez karabinu lub (tu cytat z “Polskich dróg”, żeby nie było na mnie) “kobieta bez kuciapki”.

Ambroziaku – jasne, gusta, no i punkt widzenia. Na pewno ja piszę z punktu widzenia osoby, której często zarzuca się, że zakończenia pozostawia otwartymi lub w ogóle nie kończy. ;) 

Co, oczywiście, nie jest prawdą i tego będę się trzymać. :)

Nie namawiam Ciebie, broń Boże, do zmiany poglądów. Różnorodność gustów jest treścią sztuki. Tak trzymaj!

Najpierw żałowałam, że nie mogę przyklepać biblioteki, ale mogę przecież dać ocenę! Co czynię z przyjemnością :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję wszystkim za przeczytanie i za przemiłe opinie – to miodek na moje serce. Warto było sprężać się, warto było Ochę naciągnąć na czytanie, bo dzięki niej zostały wprowadzone zmiany, które sprawiły, że tekst jest bardziej soczysty!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Mi również. I to bardzo.

Aż zatęskniłam do jakiegoś romansidła z epoki wiktoriańskiej… :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Opowiadanie bardzo szybko się czytało, mimo sporej ilości znaków. W szczególności spodobało mi się, że główną bohaterka to Joanna. Nieco mniej, że ladacznica. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Emelkali, dzięki!

Morigana: Czyżbyś była Joasią? Bardzo ładne imię – moja córka też takie nosi i mam nadzieję, że nie jest ladacznicą wink

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ladacznicą nie jestem, jakby ktoś jeszcze miał ochotę zapytać. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Szkoda, tylko ladacznicy brakuje na tym portalu.

Ale Joasią jesteś?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Drogi Ambroziaku przy rosnącej liczbie nowych użytkowników wszystko jest możliwe.

 

Tak jestem Asią. Znajomi mówią do mnie właśnie Jo. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Sruuuuuu… Do morskiej biblioteczki! ;-)

 

Przyjemne, ciepłe romansidełko morskie. To właśnie rodzące się uczucie  między ladacznicą Jo a chropawym Tomem wydało mi się główną osią fabularną, a przygoda – tylko dodatkiem, pomagającym im się spotkać na wąskiej koi, w ciasnej kajucie… ;-) Fakt, początek przydługi, rozpędza się i rozpędza i rozpędzić nie może… Za to ladacznica, którą ambicja pcha po skarb – świetna postać. I owszem, mnie się podoba szczególnie, że ladacznica, a nie, że Jo. ;-) Momentami jednak odniosłem wrażenie, że jej uroda to taki deus ex machina, ciach, wyciągnięta zza zasłony – załatwia wszystkie trudne sprawy ;-)

 

Patent z perłopławem interesujący, końcowa batalia rzeczywiście – hollywodzka, tytuł przewrotny i zabawny, historia sympatyczna, ludzka – no, słowem, podobało mi się. Niektóre kwestie dialogowe i didaskalia wydawały mi się nieco zbyt teatralne, ale cóż, to zapewne kwestia gustu.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki Rybko za fajny i wyczerpujący komentarz. I za Bibliotekę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bardzo mi się spodobało i umiliło pobyt w pracy ;)

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Joanna zmieliła w zębach przekleństwo

Dziwnie to brzmi. Mówi się “zmełła w ustach”, ale rozumiem  chęć uniknięcia powtórzenia. Tyle że nadal brzmi dziwnie :P

nieprzymocowane rzeczy i trzymać się mocno

na zewnątrz hałas był większy niż kuźni.

w kuźni

to teraz jest najlepsza po temu pora.

ku temu pora

– Dobrze, ale pójdziesz ze mną. Podejrzewam, że ze mną nie chciałby gadać.

pójdziemy razem

mapa. Nad resztą mieli się zastanawiać, gdy odnajdą punkt zaznaczony na mapie czerwonym krzyżykiem.

– Ty i tak masz głowę nabitą fantasmagoriami, tobie już nie zaszkodzi! – Bosman roześmiał się cicho.

– Dziękuję. – Joanna pokiwała energicznie głową

dziewczyny doleciał krótki, urywany okrzyk i Anton zniknął. Reszta oddziału zatrzymała się niezdecydowana.

– Co się stało? – wykrzyknęła dziewczyna

– Nie zawracaj teraz głowy! – ryknął, ładując po raz kolejny muszkiet.

Gdzie "mi"? Nie zawracaj mi głowy?

 

 

Trochę nie kupuje tej nagłej przyjaźni między bosmanem i Jo. A bardziej umiejsowania jej w czasie, szczególnie że bosman nie zmiękł po tym, jak go ruda opatrzyła. A jak pierwszy raz na nią zaczął klnąć to już byłam pewna, że wylądują w łóżku xD 

Poza tym dziwi mnie, że dziewczyna, która potrafiła opatrzeć załogę po sztormie, musiała zostać ladacznicą.

Ale ogólnie opowiadanie na plus. Ciepłe, przyjemne i świetnie napisane. Bardziej romans niż opowieść piracka, w wumie jedyny pirat, był tylko wspomniany. 

Swoją drogą w konkursie powtarzają się pewne schematy – nie wiem, może tak trafiłam, ale po przeczytaniu tylko trzech tekstów, już trzy razy miałam do czynienia z motywem silnej kobiety i dwa razy z poszukiwaniem pereł :P

Tylko nie "Tęcza"!

Tenszo, widać wszystkie baby są silne… A co to za pirat, co o kobitach w ogóle nie myśli… ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki dziewczyny

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Towarzyszące mi od początku lektury przeczucie, że to opowiadanie nie może się źle skończyć, nie zawiodło. Natomiast doznałam pewnego rozczarowania, nie znajdując piratów. Jakby dla równowagi, zaskoczyłaś zabawną niespodzianką – nie przewidziałam spotkania z wielkim małżem, że o fuqubie nie wspomnę. ;-)

 

Z twa­rzy znik­nął ostry ma­ki­jaż, włosy ścią­gnę­ła w asce­tycz­ny kok… – Wolałabym: Z twa­rzy znik­nął ostry ma­ki­jaż, włosy upięła w asce­tycz­ny kok

 

Jo w ostat­nim mo­men­cie chcia­ła wy­co­fać się z przed­się­wzię­cia, ale zanim zde­cy­do­wa­ła po­wstrzy­mać to­wa­rzy­sza… – Wolałabym: Jo w ostat­nim mo­men­cie chcia­ła wy­co­fać się z przed­się­wzię­cia, ale zanim zdążyła po­wstrzy­mać to­wa­rzy­sza

 

Je­dy­nie bos­man wy­glą­dał na nie­prze­ko­na­ne­go. Ssał cy­buch fajki… – Nie umiem palić, o fajkach mam blade pojęcie, ale wydaje mi się, że powinno być: Ssał ustnik fajki

Cybuch łączy główkę fajki z ustnikiem i raczej trudno go ssać.

 

Bos­man na­brał od­de­chu, by ude­rzyć w dziew­czy­nę ja­kimś nie­wy­bred­nym żar­tem… – Oddech, to wdech i wydech. Nie można nabrać oddechu, można nabrać powietrza.

 

Ale aby zna­leźć jedną perłę, po­trze­ba bar­dzo wielu nur­ko­wań. – Wolałabym: Ale aby zna­leźć jedną perłę, trze­ba zanurkować wiele razy.

 

Męż­czyź­ni, któ­rzy nie­raz sta­wia­li czoła nie­bez­pie­czeń­stwom, głu­pie­li w ob­li­czu pięk­nej ko­bie­ty. – Wolałabym: …głu­pie­li wobec pięk­nej ko­bie­ty. Lub: …głu­pie­li na widok pięk­nej ko­bie­ty. Albo: …głu­pie­li w obecności pięk­nej ko­bie­ty.

 

Jo­an­na uważ­nie sta­wia­ła stopy, miała wra­że­nie, że ka­mie­nie są tu po­ukła­da­ne w luź­nych w ku­pach. – Kto miałby układać kamienie? ;-)

 

Ro­ze­śmia­ła się per­li­stym śmie­chem – Wolałabym: Ro­ze­śmia­ła się per­li­ście

 

…mimo że smo­czy pysk kla­pał nad ich gło­wa­mi i pod­ska­ki­wał w dzi­wacz­nych po­dry­gach… – Czy pysk naprawdę podskakiwał? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatrzy dziękuję za opinię i oczywiście za łapankę.

Poprawki już wprowadzone.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Najsampierw zaznaczę, że nie czytałem komentarzy powyżej (późna pora, lenistwo, przekonanie, że i tak chórkiem zachwyconych głosów – niepotrzebne skreślić), więc mogę się czepiać (a także rozkminiać, rozważać, dociekać, pytać i sugerować) o coś, o co czepiali się (a także rozkminiali, rozważali, dociekali, pytali i sugerowali) już inni.

 

Mężczyzna milczał przez chwilę, bo z równą fascynacją co kobieta lalkę, obserwował mlecznobiały zadek, skaczący mu przed oczami. Z trudem oderwał wzrok od ponętnego fragmentu ciała i przeniósł spojrzenie na twarz towarzyszki:

– O co pytałaś?

– Pytałaś, skąd to masz?

– Z daleka. Słyszałaś o krainie Durum? Tam, w porcie, spotkałem marynarza w tawernie „Pod błękitną rozdymką”.

– To karczma czy jakiś burdel? – Zerknęła na mężczyznę spod oka, a potem odwróciła się na plecy.

 

Hmmm… mam pewien “problem” z tą sceną. A może nawet trzy.

Po pierwsze – Kamasutrę mam w małym palcu, techniki tantryczne znam lepiej niż Jozin swoje baziny i przeczytałem wszystkie poradniki tematyczne z Cosmopolitana, ale tego, co działo się w tej sypialni, nie ogarniam…

Larry (była taka gra przygodowa o małym zboczku imieniem Larry. Części piąta i siódma nazywały się kolejno: “Larry: Fala miłości” i “Larry: Miłość na fali” – skojarzenie wygenerowane automatycznie). No więc Larry, tak. Larry wpatrywał się w zadek skaczący mu przed oczyma, a potem oderwał od niego oczy i spojrzał na twarz właścicielki onego zadka, która to (właścicielka po całości, a nie tylko jej twarz) chwilę później “obróciła się na plecy”, co sugeruje, że wcześniej leżała na brzuszku, i zdaje się jednoznacznie odpowiadać na pytanie, czy ona miała twarz z tyłu głowy czy też zadek z przodka, ale znów wprowadza zamęt w moje wyobrażenie o pozycji, w której pupcia Jo wcześniej skakała.

No dobra, troszeczkę się czepiam, ale mogłoby to być ciut klarowniej napisane. Wiem, że potrafisz.

 

Po drugie, rozumiem, że: “– Pytałaś, skąd to masz?“ to takie droczenie ze strony Joanny, a nie błąd w stylu “ł” zamiast “m”? Tak to odebrałem i to bardzo fajne jest, słodkie takie, ale ja bym tu dał dwukropek zamiast przecinaka, żeby zaakcentować, że to faktycznie nie jest błąd. Jeśli nie jest. A jeśli jest, to go nie poprawiaj.

No i po trzecie, jak się “zerka spod oka”? Nie jestem kobietą, a to brzmi jak jedna z tych Waszych uwodzicielskich sztuczek, więc zasadniczo nie muszę wiedzieć o co tu chodzi, ale ciekawość mnie żre. Poza tym może pewnego dnia zostanę “zaatakowany” w taki właśnie sposób, więc warto by mieć tego świadomość i wiedzieć, jak się bronić – tak na ewentualność, gdyby napadł mnie kosmita przebrany za kobietę.

 

– No, bo ja to się muszę mocno napracować, żeby dostać taki prezent! – (Z)(z)aśmiała się, ale w jej głosie

Zaśmiewanie się, wg moich doświadczeń i obserwacji, jest traktowane jak forma wypowiedzi, więc raczej z małej.

 

Nie mogła wybrzydzać – uznała, że do realizacji planu nada się każdy od bosmana przez podporucznika i porucznika do kapitana.

Tu niby… OK. Nie, nie niby – tu jest OK, bo istnieją stopnie porucznika i podporucznika marynarki, ale brzmią tak niesamowicie obco…

 

Statkiem rzucało na wszystkie strony, na zewnątrz hałas był większy niż (w) kuźni.

 

– Stillwasser? To chyba ironia losu, żeby taki gbur miał tak na nazwisko. A może to przezwisko? Wcale bym się nie zdziwiła. Ja dla pana też trochę wymyśliłam, ale nie będę tutaj przytaczać, bo nie wypada.

Zastanawia mnie, jakie jest prawdopodobieństwo, że Jo poznała nazwisko bosmana dopiero po kilku tygodniach wspólnej żeglugi, i wydaje mi się raczej niewielkie.

 

– Ja chyba zaraz każę chłopakom przeciągnąć ją pod kilem! I myślę, że na brak chętnych, żeby to wykonać, nie będę narzekał.

Joanna nie zaszczyciła go spojrzeniem, tylko mówiła dalej:

Niby wiadomo, że o kilu mówił bosman, ale tekst wyglądałby ładniej i czytelniej, gdybyś to jednak zaznaczyła, np. wstawiając jego rangę albo nazwisko zamiast zaimka.

 

Bosman spojrzał na Jo, ale tym razem nie wydawał się rozgniewany. Pokiwał leciutko głową i powiedział: (enter)– Chodzi o melodyjkę, którą wygrywa pozytywka.

 

fuqub

Zaintrygowało mnie to stworzenie, więc zacząłem szukać jakichś informacji o nim. I zgadnij, gdzie je znalazłem? W tutejszej bibliotece ;)

 

– Dziwne to niebo(.)(p)(P)o chwili milczenia zagadnęła bosmana.

 

Wiele lat temu, byłem wtedy w wieku Jona, może nawet młodszy, płynęliśmy przez Ocean Purejski podobnym kursem jak teraz

I tu kolejna chwila na przemyślenia. Wcześniej wspominasz, że Tom pływał po tych oceanach od piętnastu lat, gdzie indziej, że broda mu zaczyna siwieć, a tutaj, że był jeszcze chłopcem, kiedy już szorował pokład, więc – pi oko– był siwiejącym dwudziesto-trzydziestokilkulatkiem? Co to morze robi z człowiekiem…

 

Mężczyzna machnął tylko ręk(a)(ą) i wymierzył w pysk potwora.

 

W sumie zginęło ich szesnastu, a wśród nich znalazł się też Kasp.

Ni chu, chu nie umiem się doliczyć tej szesnastki. Na statku nie zginął nikt, a na wyspę popłynęło siedemnaście osób:

spuścili na wodę trzy szalupy (…) każda szalupa miała w swojej osadzie czterech silnych marynarzy przy wiosłach i piątego przy rumplu (a więc piętnastu). Pierwszą łodzią dowodził bosman, drugą oficer wachtowy, a trzecią starszy marynarz. Dodatkowo do załogi bosmana dołączył Kasp, a do innej łodzi Joanna, którzy żadną miarą nie zgodzili się zostać na pokładzie „Księżniczki” (plus dwie osoby – siedemnaście).

No więc na wyspie było siedemnaście dusz, z czego szesnaście już na niej zostało, chociaż nie wszyscy zginęli. Nie podajesz, ilu marynarzy przetrwało wycieczkę, ale na pewno przeżyli Joanna i Tom, co już daje nam maksymalną potencjalną liczb zwłok na poziomie piętnastu, a nie szesnastu.

No i ta wzmianka o Kaspie. “ich” i “nich” to prawie jak powtórzenie i – generalnie – coś mi tam zgrzyta i pewnie inaczej bym to zapisał. Jeśli wybaczysz mi bezczelność, to pokuszę się nawet o przykład alternatywnego rozwiązania:

W sumie zginęło szesnastu marynarzy, wśród których znalazł się również Kasp.

 

Żal ściskał serce (serca?), ale z drugiej strony wiedzieli, na co się ważą.

Dobrze, z “technicznych“ uwag miałbym chyba tyle.

 

Na “Kapitanie Muszelce” ostatecznie kończy się moja przygoda z piratami tutejszych wód, oraz przestrzeni podniebnych i kosmicznych (albo i nie – wciąż nie przeczytałem jeszcze dedykacji od Dj’a, ani książki, na której tę dedykację mam nadzieję znaleźć. Ale kiedyś w końcu dotrze do mnie. Na pewno!). Niestety – muszę dodać, bo miałem bardzo wiele radochy podczas czytania i w każdym, absolutnie w każdym z opowiadań znalazłem coś dla siebie, a wielu z nich najchętniej własnoręcznie wsadziłbym piórko w… no, i wyróżnił w konkursie. Generalnie – rozumiem już, dlaczego ciężki jest los Dj’a.

Czytałem te historie zasadniczo bez żadnego klucza; co mi w padło w ręce, to szło na tapetę. Raz leciałem od góry, potem od dołu, czasem przyciągnął mnie tytuł, lub Autor, czasami biblioteka, potem znów Didżejowe wyróżnienia, oceny, etc. Ogólnie, nie obrałem żadnego sztywnego schematu.

“Kapitan Muszelka” jest jednak opowiadaniem stanowiącym odstępstwo od tej reguły braku reguł. Dlaczego? Bo w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że przeczytałem już prawie wszystkie opowiadania, co do których nie miałem żadnych obaw, że się nimi rozczaruje, bo Autorzy sprawdzeni, bo biblioteka – będąca całkiem niezłym probierzem jakości tekstów, które już do niej trafią – bo wyróżnienia, etc. Zostało mi za to wiele “znaków zapytania” i właśnie “Muszelka“. Postanowiłem więc nie ryzykować i zostawić sobie na deser coś, co po prostu musi mi smakować. Tak, żebym miał pewność, że finał nie skończy się chorobą morską. Z jednej strony niepotrzebnie się bałem, bo naprawdę nie ma tu tekstu, o którym nie dałoby się powiedzieć czegoś dobrego, a z drugiej nie żałuję, bo jako wisienka na torcie spisałaś się naprawdę rewelacyjnie, droga bemik.

Po tytule spodziewałem się, a nawet liczyłem, że będzie to baśń, czy nawet bajka, napisana w Twoim pięknym, urzekająco delikatnym stylu, a nie twarda, marynarska opowieść. A tu proszę – pierwsza scena i od razu jakbym z cegły dostał. Podskakujące zadki, piersi, jakieś niepojęte pozycje rodem z tego rozdziału Kamasutry, który najwidoczniej ktoś wyrwał z mojego egzemplarza… No i ta myśl: Ach, więc to o TAKĄ muszelkę chodzi!” (w chwili, gdy Joanna powiedziała do tego cholernego szczęściarza, bosmana: “pocałuj mnie w muszelkę!”, wiedziałem już, że poniekąd mam rację^^).

A potem było już tylko lepiej. Co prawda nie dostałem bajki, na którą tak liczyłem, ale jakoś nie mogę się zmusić, by czuć z tego tytułu rozczarowanie.

Piękny, niezwykle lekki w odbiorze, a przy tym niesamowicie plastyczny styl, świetnie wkomponowane w treść zwroty z marynarskiego słownika, postaci nie tylko barwne, oryginalne i autentyczne, ale też i budzące prawdziwe emocje – szczególny plus za bosmana, który bycie zgryźliwym dupkiem wywindował do rangi sztuki (wiem co mówię – swój pozna swego); jego teksty naprawdę mnie wzruszyły – no i wreszcie oparta na klasyce gatunku, ale jakże bogata i wciągająca historia z nieomal bajkowym (więc wreszcie i tego się doczekałem) zakończeniem. Ba! Nawet morał jest.

Dziękuję, że mogłem pod tym opowiadaniem zostawić komentarz.

 

Peace!

 

P.S.

No i “Boski Wiatr”… Jedna z piękniejszych szant. Zresztą cała playlista, do której podpięty jest link z Twojej przedmowy, towarzyszy mi nie od dzisiaj.

 

P.P.S.

Czerwony pas startowy – niedoścignione marzenie. Ech…

(Wczoraj, albo już przed wczoraj napisałem to u Emi, ale co ja poradzę, że lubię sobie westchnąć, gdy jest do czego?)

 

P.P.P.S.

Na komentarz do innego opowiadania będziesz musiała zaczekać. Na dzisiaj już starczy tego trucia.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu Burzy, to, że przeczytałeś moje opowiadanie jest miłe. To, że wyłapałeś jeszcze różne babole – też jest miłe, bo znaczy to, że czytałeś bardzo wnikliwe. Ale najmilejsze jest, gdy dostaje się taki komentarz, który mimo iż wykazuje błędy i niedociągnięcia, jednak całość chwali.

Odniosę się tylko do sceny z łóżka. Otóż, mój drogi Cieniu Burzy, opisywana scena nie jest sceną w trakcie seksu a po nim (nic więc dziwnego, że nie znalazłeś jej w kamasutrze i nie obawiaj się – Twój egzemplarz ma wszystkie strony). Panna leży sobie w pozie dość swobodnej i równie swobodnie się przemieszcza, stąd najpierw skaczący zadek, a potem inne części ciała.

Cieszę się, że Ci się spodobało, bo i ja  się dobrze bawiłam pisząc ten tekst, jak również przy wymyślaniu powiedzonek bosmana i odpowiedzi Joanny.

Jeszcze raz dziękuję. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Uparcie twierdzę, że nie podchodzę do jakiegokolwiek opowiadania jako recenzent, redaktor, ani, broń Boże i Armia Zbawienia, krytyk czy jakikolwiek sędzia (choć w tej nowej roli będę musiał się odnaleźć jakoś dzięki uprzejmości Iluzji). Jestem czytelnikiem. Może nie wyłącznie, ale przede wszystkim czytelnikiem. W dodatku czytelnikiem zachwyconym “Muszelką”. Naprawdę świetnie napisana, a przy tym bardzo fajna historia w klimatach, które bardziej niż lubię. Błędy i nieścisłości, które wyłapałem, zwłaszcza te natury technicznej, nie miały żadnego wpływu na przyjemność z lektury. Nie wyłapywałem niczego na siłę, ale jak już coś padło cieniem na Cienia Burzy mózg nieduży, to postanowiłem zwrócić na to Twoją uwagę. W ramach czynnych podziękowań za frajdę, jaką miałem podczas czytania, a nie po to, żeby… sam nie wiem – poprawić sobie ego/udowodnić Ci, że napisałaś gniota i jesteś pół-analfabetką/udowodnić Tobie lub komukolwiek, że jestem TAAAKI mądry i zajebisty/mieć punkt zaczepienia do się czepiania i krytykowania? Same bzdury. Tak więc nie – niczego nie “wykazywałem”.

 

Co do Joanny, to dobrze, że jej tyłek skakał pasywnie, by w każdym innym wypadku wychodziła mi na niezwykle oziębłą; zadek skacze, facet się stara (jeszcze płaci za to), fizjonomia swoje, a ona co? Cosik tam terkoce o pozytywkach i dzieciach… Brrrr!

Niemniej jestem zdania, że tak dynamiczna czynność jak właśnie skakanie, zwłaszcza w wykonaniu pupy, nie pasuje do tej statycznej sceny i może wprowadzić człowieka w błąd.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Super opowiadanie! Jest to co powinno być, ciekawa opowieść i klimat! ;)

Dziękuję, Mordelinhexie, że zajrzałeś.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nowa Fantastyka