- Opowiadanie: domek - Najnowsza Fantastyka

Najnowsza Fantastyka

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

beryl, PsychoFish, regulatorzy

Oceny

Najnowsza Fantastyka

1. 

Redaktor naczelny Nowej Fantastyki siedział za biurkiem, popijając kawę w papierowym kubeczku, ze wzrokiem utkwionym gdzieś w próżni ponad monitorem komputera. W pomieszczeniu panował przyjemny półmrok; za oknem, przez które jeszcze pół godziny temu wpadały ostatnie wiązki zachodzącego słońca, rysowało się atramentowe niebo z bladym sierpem księżyca na jego tle. Listopadowe dni stawały się coraz krótsze, ponure wieczory coraz częściej zastawały Jerzego w pracy. W redakcji zapadła głucha cisza świadcząca o tym, że dla pozostałych pracowników rozpoczął się już weekend.

Jerzy zgniótł opróżniony kubeczek i cisnął go do kosza ustawionego w rogu pokoju. Ziewnął i spojrzał bezwiednie na ekran monitora; próbował przeczytać fragment tekstu, zdaje się o Żołnierzach przyszłości. Zmęczenie opadło go niczym ciężki koc, przytłaczając i jakby dając do zrozumienia, że najwyższa pora wyłączyć komputer i iść do domu. Z rozgoryczeniem zdał sobie sprawę z tego, że kofeina nie stanęła na wysokości zadania i nie zaradziła problemowi; zresztą kawę już od dłuższego czasu pił głównie z przyzwyczajenia. Może gdyby zdrzemnął się, chociaż dwadzieścia minut, poczułby się lepiej i dałby radę dokończyć robotę. Po krótkiej chwili uznał ten pomysł za rozsądny. Rozpostarł się w fotelu na tyle wygodnie, na ile było to możliwe i zamknął oczy.

 

2.

Ze snu wyrwało Jerzego pukanie do drzwi. Poderwał się gwałtownie z oparcia i rozejrzał po ciemnym pokoju. Komputer przeszedł w stan hibernacji, i zanim zdążył go ponownie uruchomić, rozległo się ciche skrzypienie i drzwi stanęły otworem. Na korytarzu również nie paliło się światło, więc Jerzy nie był w stanie dostrzec nieznajomego. Odnalazł po omacku lampkę i nacisnął włącznik. Pod wpływem nagłej eksplozji jasności, zmrużył powieki. Za moment zerknął z ukosa na elektroniczny zegarek. Zbliżała się dwudziesta. Ładna drzemka, pomyślał z rozbawieniem. Powinien być już w domu i oglądać po raz wtóry Gwiezdne Wojny, a nie wysypiać się w redakcji. Wtem odgadł, kim najprawdopodobniej jest gość stojący w progu; to pewnie portier przyszedł mu powiedzieć, że piątkowe wieczory można spędzać w ciekawszych miejscach, niż praca. Ale przecież ja lubię swoja pracę! Na tę myśl Jerzy uśmiechnął się lekko. Przetarł oczy wierzchem dłoni i spojrzał w kierunku drzwi. W progu stała niska postać i ku swojemu zdziwieniu redaktor stwierdził, że to nie jest pan Franek z portierni, wysoki jak wieża, szczupły pan w sile wieku.

–  W czym mogę pomóc? – spytał Jerzy i uznał, że pewniej poczuje się, gdy wstanie. Przybysz nie odpowiedział, postąpił tylko krok naprzód i delikatnie zamknął za sobą drzwi. Następnie zastygł w bezruchu. Redaktor przełknął głośno ślinę i pomyślał, że jednak będzie lepiej jak usiądzie. Próbował przypomnieć sobie, czy może czasem nie trzyma w którejś szufladzie pistoletu na wyjątkowe okazje, takie jak ta obecna. Diabli wiedzą, kim jest facet, który odwiedził go w pustej redakcji o tej godzinie i najwyraźniej nie miał zamiaru przywitać się, ani przedstawić. Ciekawe, czy wiedział, że Jerzy nie ma pod ręką nawet gazu pieprzowego lub noża. Nic poza stertą papierów.

– Kto pana tu wpuścił? – Naczelny próbował nadać swemu głosowi możliwie spokojny ton. Usiłował przyjrzeć się nieznajomemu, ale blask lampki wyławiał z ciemności jedynie zarys niskiej, szczupłej sylwetki na tle drzwi. Nagle przybysz drgnął. Jerzy chwycił odruchowo zwinięte w rulon czasopismo – czerwcowy numer Nowej Fantastyki. Przed muchą to bym się opędził, pomyślał gorzko, zaciskając palce na śliskim papierze i wspominając (akurat w takim momencie!) świetne teksty, które złożyły się na równie świetny czerwcowiec. Postać zbliżała się do biurka. Jeszcze dwa, trzy kroki i Jerzy zobaczy jej twarz. Miał nadzieję, że zdąży.

– Dobry wieczór. – Nieznajomy zatrzymał się w połowie drogi między drzwiami a biurkiem. Jego głos zdawał się wibrować. Jerzy podniósł magazyn na wysokość twarzy, gotów odeprzeć ewentualny atak. Przybyły nieco ostrożniej postąpił w stronę redaktora, połyskując w świetle lampki srebrnym kostiumem, który miał na sobie. W następnej sekundzie z mroku wyłoniła się jego twarz.

Na jej widok z ust Jerzego dobył się przeraźliwy krzyk.

 

3.

Znad monitora spoglądała na niego para wielkich owadzich oczu zajmujących znaczną część powierzchni zielonkawej twarzy. Jerzy odjechał fotelem do tyłu, jakby w nadziei, że umknie przed tym koszmarnym spojrzeniem. W końcu oparcie stuknęło o ścianę i nie było już dokąd uciekać. Nieznajomy obszedł biurko, bardzo powoli, nie spuszczając wzroku z płaszczącego się w fotelu redaktora. Jerzy wyciągnął przed siebie drżącą rękę z ukochanym miesięcznikiem, niby z płonącą pochodnią. Patrzył jak Zielony również wysuwa swoją krótką kończynę, zakończoną obrzydliwie oliwkowymi paluchami, które jak amen w pacierzu zamkną się zaraz na redaktorskiej szyi. Nieznajomy pochylił się ku Jerzemu, który zacisnął powieki równie mocno, co zdrętwiałe palce na gazecie. Przez moment panowała cisza, podczas której redaktor próbował wyobrazić sobie dotyk tych odrażających rąk na swoim ciele. Wzdrygnął się i wykorzystując całą swoją odwagę zmusił się do otworzenia oczu. Zajrzał wprost w czarne, puste ślepia zielonego stwora. Odwrócił gwałtownie głowę i ze wzrokiem utkwionym w ciemnym kącie pokoju, czekał na swój koniec.

Nagle odniósł wrażenie, że coś się zmieniło.

W następnej chwili poczuł szarpnięcie i NF wyślizgnęła się z jego uchwytu.

 

4.

Zielony siedział po drugiej stronie biurka pogrążony w lekturze czerwcowego numeru, nie zwracając zupełnie uwagi na naczelnego. Co więcej, nieznajomy ustawił lampkę tak, aby światło ułatwiało mu czytanie. Wydało się to Jerzemu przejawem pewnej bezczelności. Kimkolwiek ten stworek był, miał tupet.

Redaktor postanowił przez chwilę przyglądać się nieproszonemu gościowi, który przewracał kartki, pochłaniał kolejne artykuły, kiwając czasem głową, jakby w geście aprobaty. Kiedy wreszcie dotarł do opowiadań, Jerzy z bólem serca postanowił przerwać mu tę przyjemność.

 – Przepraszam… – zaczął nieśmiało. Zielony czytał dalej. Naczelny odchrząknął i spróbował raz jeszcze, ale bez efektu. Podświadomie czuł nawet pewną satysfakcję z faktu, że jego czasopismo jest tak absorbujące. Nieznajomy kończył właśnie prozę polską i Jerzy zdał sobie sprawę z niezwykłej umiejętności szybkiego, a wręcz ekspresowego czytania, którą posiadał mały ludek. To niemożliwe, aby nauczył się tego na rozmaitych kursach. Tempo, w jakim przyswajał treści było zdumiewające. Ach, redaktor westchnął w duchu, gdybym tak potrafił, nie musiałbym ślęczeć w robocie do późna.

Nagle przyszła Jerzemu do głowy pewna myśl. Wstał po cichu z fotela, otworzył szafkę i wyjął z niej kartonowe pudełko.

Czekał aż Zielony zakończy lekturę.

 

5.

Czerwcowy numer wypadł przybyszowi z rąk, a duże czarne oczy spojrzały na Jerzego, który ściskał w ramionach pudełko. Naczelny uznał, że nadszedł właściwy moment i zdjął przykrywę, żeby Zielony mógł dostrzec zawartość opakowania – stosik archiwalnych egzemplarzy magazynu fantastycznego.

Nieznajomy poderwał się z krzesła i ruszył w stronę Jerzego, ale stanął jak wryty, gdy pudełko zniknęło w szafce, a kluczyk w kieszeni redaktora. Na zielonkawej twarzy malowało się coś, jakby wyraz przygnębienia.

– Mam propozycję – oznajmił Jerzy, krzyżując ręce na piersi. – Dostaniesz całe pudełko, lecz najpierw zadam ci kilka pytań.

Przez jedną upiorną sekundę myślał, że posunął się za daleko i niski stworek będzie chciał mieć swoje gazety za wszelką cenę i bez konieczności odpowiadania na żadne pytania, ale ten skinął tylko głową i usiadł z powrotem na krześle.

 

6.

Nieznajomy nazywał się Alfik i pochodził z planety Anaru. Jak twierdził, przybył na Ziemię statkiem kosmicznym Sollopo 13 razem z dziesięcioosobową załogą, jednakże nie w celu zniszczenia świata, co było wynikiem amerykańskiej propagandy. Okazało się, że Alfik jest wielkim entuzjastą szeroko rozumianej kultury i sztuki, i taki właśnie charakter miała misja, z którą wyruszył z Anaru. Dzięki wysoce zaawansowanej technologii udało wypracować się bardzo efektywną metodę nauki języków obcych. W ciągu paru minut podzielił się z Jerzym swoimi spostrzeżeniami na temat kina hollywoodzkiego, które jego zdaniem miało niesamowity potencjał, ale które często go irytowało, choćby właśnie przez wzgląd na forsowaną kłamliwą wizję „najeźdźców z Kosmosu”. W głosie Zielonego dało się wyczuć autentyczny żal i naczelnemu zrobiło się trochę szkoda tego sympatycznego ufoludka. Następnie Alfik przeszedł do literatury rosyjskiej; Puszkin, Pasternak, Dostojewski, Bułhakow. Nim Jerzy zdążył się zorientować, gość z Kosmosu mówił już o królach rocka; o tym że Rolling Stonesi wymiatają, ale kocha też Black Sabbath, szczególnie ich piąty album Sabbath Bloody Sabbath. Żałował również, że nie był nigdy na koncercie Freddy’ego Mercury’ego.

W końcu Alfik przeszedł do meritum i Jerzemu zrobiło się cieplej na sercu, słysząc słowa pełne uznania dla jego ukochanej dziedziny – fantastyki. Od razu można było zorientować się, że zielony ludek posiada nieprzeciętną wiedzę na ten temat i mógłby robić za professora extraordinariusa na Uniwersytecie Fantastyki Naukowej i Fantasy im. Philipa K. Dicka. Po około dziesięciu minutach Alfik nawiązał do magazynu, którego czerwcowe wydanie spoczywało teraz na skraju biurka. Podziękował Jerzemu za „krzewienie fantastyki” i wyraził wdzięczność za „źródło, z którego można czerpać wiedzę o gatunku oraz za niezwykłe światy, do których czytelnik przenika, otwierając czasopismo”. Ta część wypowiedzi Alfika wydała się naczelnemu nieco pompatyczna, ale i tak się zarumienił, gdyż jeszcze nigdy nie spotkał się z podobną oceną jego pracy. A trzeba przyznać, że pochwała z ust istoty fantastycznej była szczególnie drogocenna.

Nagle w głowie Jerzego zaświtała myśl, która w okamgnieniu przerodziła się w plan. Że też dopiero teraz na to wpadł!

– Alfiku! – Jerzy podjechał fotelem bliżej Zielonego i spojrzał w jego czarne oczy, które na początku wydawały się takie straszne. – Co powiesz na to, byśmy wspólnie zrobili coś dla naszej starej dobrej znajomej?

Twarz Alfika przybrała pytający wyraz. A przynajmniej tak się wydawało redaktorowi.

– Mówię o fantastyce. – Naczelny klepnął przyjacielsko ufoludka w ramię. – Dzięki tobie istnieje szansa, żeby pozyskać jej nowych pasjonatów.

– Dzięki mnie? – zdziwił się ludek.

– Stary! – Jerzemu bardzo łatwo przyszło nawiązanie komitywy z przybyszem z innej planety. – Mam dla ciebie dobrą wiadomość. Możesz stać się bohaterem tych poczytnych opowiadań, które drukujemy każdego miesiąca; możesz stać się prawdziwą gwiazdą, wszyscy będą chcieli cię poznać, będą ciekawi świata, z którego pochodzisz, twojego zdania na temat naszej planety… Ludzie będą spijać każde słowo z twoich ust. – Zerknął na wąską kreskę poniżej drobnych nozdrzy na zielonej twarzy. Chwycił NF i machnął nią przed owadzimi ślepiami. – Twój wizerunek będzie zdobił okładkę tak chwalonego przez ciebie miesięcznika, kultowego magazynu z wieloletnią tradycją; na wystawie w kiosku, w Empiku, w sieci… Wszystkie inne piśmidła mogą się schować do kosza, bo kogo obchodzi, co mają do powiedzenia ci niewydarzeni politycy i pożal się Boże gwiazdy showbiznesu? Jak sądzisz, czy ludzie wolą słuchać ich standardowego bełkotu, czy opowieści mieszkańca Anaru, który przyleciał swoim Sollopo 13, aby badać kulturę Ziemian? Alfiku, daj się poznać tej planecie!

Ufoludek sprawiał wrażenie zbitego z pantałyku. Jerzy miał nadzieję, że nie przeraził zbytnio nowego znajomego wizją uczynienia z niego fantastycznego gwiazdora. Na szczęście po chwili Alfik wziął się w garść i przemówił tym swoim lekko wibrującym głosem:

– Naprawdę tak myślisz? Kogoś by to interesowało?

– Jasne! – Naczelny parsknął śmiechem na myśl o niechybnej konieczności zwiększenia nakładu NF. – Jestem pewny, że zyskasz gigantyczną sławę i przyćmisz wszystkie dotychczasowe gwiazdki z ekranów telewizorów. Tylko żeby ci sodówka nie uderzyła do tej zielonej głowy!

Jerzy zaniósł się głośnym śmiechem, a po chwili dołączył do niego Alfik, tyle że w jego wykonaniu przypominało to bardziej stłumiony skowyt.

– Po pierwsze – zaczął Jerzy, kiedy wreszcie się opanował. – Będę chciał przeprowadzić z tobą wywiad, który oczywiście dostaniesz do autoryzacji. Wybacz, ale darujemy sobie Rolling Stonesów i wszystko inne, co nam, ludziom, jest znane. Bardziej interesujące jest to, co dotyczy bezpośrednio ciebie, twoich krajanów. Swoją drogą…

Poczuł dreszcz podniecenia, kiedy zdecydował się poruszyć tę kwestię. Gdzieś w głębi duszy obawiał się tego momentu, ale nie mógł zaprzepaścić takiej szansy. Cholernie mu na tym zależało. Musiał dobrze to rozegrać. Jeden zielony ludek był tylko przystawką.

– Cieszę się, że mogę cię gościć w naszej redakcji. – Uśmiechnął się szeroko i wąskie wargi Alfika wykrzywiły się w podobnym grymasie. – Pamiętaj, że jesteś tutaj zawsze mile widziany. Bo musisz wiedzieć, iż my, Polacy, to naród gościnny. Niemniej podobne mniemanie mam o was, przybyszach z odległej galaktyki.

Umilkł. Patrzył i czekał na odpowiedź swojego gościa. Alfik nie trzymał go długo w niepewności.

– Przykro mi. – Wzruszył wąskimi ramionami. – Anaru znajduje się szmat drogi od Ziemi, ba, od waszego Układu Słonecznego. Obawiam się, że nie mogę zaprosić cię do mojego domu.

Jerzy machnął lekceważąco ręką.

– Rozumiem, Alfiku. Nie jestem naiwny. Ale byłoby miło gdybym wpadł do was, na pokład Sollopo. Co ty na to?

Znowu czekanie. Zdaje się, że zagrał to nie najgorzej. Namiastka w postaci wizyty na statku kosmicznym była w rzeczywistości gratką nie z tej Ziemi i wygraną na loterii. Zabierze ze sobą aparat, więc przynajmniej nikt później nie zrobi z niego wariata i nie będzie musiał udowadniać niczego na wykrywaczu kłamstw. Zdjęcia i autoryzowany wywiad. A to ci dopiero!

– Ale pod jednym warunkiem. – Jerzy wstrzymał oddech, słysząc taką odpowiedź. Kiwnął przyzwalająco głową. Alfik podniósł się z krzesła. Naczelny uczynił to samo. Dopiero teraz, stojąc naprzeciw siebie, Jerzy zdał sobie sprawę z naprawdę niskiego wzrostu ufoludka, z którym spotka się już niebawem, lecz już w zupełnie innej scenografii. Zielony miał może sto trzydzieści, góra sto czterdzieści centymetrów wysokości.

– Chcę zamówić prenumeratę NF – powiedział, a redaktor odetchnął z ulgą. – Na ten adres. – Wyjął z kieszonki kombinezonu wizytówkę i podał ją Jerzemu. Ten odczytał adres w świetle lampki i uśmiechnął się.

Alfik R. Gerdsyh

Ul. Gwiezdna 5/6 m. 464

11-963 Krater Q

ANARU

 

7.

Jerzy pierwszy raz w życiu nie mógł doczekać się poniedziałku. Piątkowy wieczór był najbardziej niezwykłym wieczorem, jaki można było sobie wymarzyć. W końcu niecodziennie odwiedza cię gość z innej planety. Kiedy naczelny obudził się w sobotę rano, dręczyła go obawa, że wizyta Alfika tylko mu się przyśniła albo że lata obcowania z fantastyką zrobiły swoje i pomieszały w głowie. Na szczęście wizytówka spoczywała na nocnej szafce, tam gdzie ją położył, gdy wrócił z redakcji. Z ciekawości wpisał w wyszukiwarkę podane przez ufoludka dane, ale naturalnie niczego się nie dowiedział.

Już teraz przygotował sprzęty, który planował zabrać na Sollopo 13: aparat fotograficzny, statyw, laptop i dyktafon. O ile uda mu się zarejestrować wnętrze statku kosmicznego, o tyle liczył, iż Alfik udostępni mu fotografie przedstawiające Anaru. W głowie Jerzego odbywał się istny wyścig wspaniałych myśli i genialnych pomysłów. Sollopo 13 i wywiad z kosmitą stanowiły początek dziejowego i długofalowego projektu. Przypuszczalnie temat Obcych miał na stałe zagościć na łamach NF, a czytelnicy będą ją czytać z wypiekami na twarzy.

W przypływie euforii, Jerzy napisał już dwa wstępniaki, a wiedział, że to jeszcze nie koniec, że będzie miał duży ból głowy z wyborem tego najlepszego. Przedpołudnie dłużyło mu się niemiłosiernie, ale miał czas, żeby przemyśleć i rozwinąć pomysły, które już wczoraj zaczęły kiełkować w jego umyśle.

Priorytetem był wywiad opatrzony kilkoma zdjęciami przedstawiającymi Alfika siedzącego za sterami statku i uśmiechającego się wąskimi wargami. Z pytaniami nie będzie żadnego problemu, kłopot będzie raczej z ograniczeniem się do tych najciekawszych. Jerzy rzecz jasna nie zamierzał rozmawiać z ufoludkiem o Dostojewskim, ani o muzyce. Atrakcyjną opcją wydawał się jednak wątek „najeźdźców z Kosmosu” w kinie amerykańskim. Przy okazji Łukasz Orbitowski mógłby wyśmiać jakąś hoolywodzką produkcję. Swoją drogą przydałby się artykuł o micie Obcych, którzy chcą zawładnąć Ziemią. A może warto utworzyć nową rubrykę zatytułowaną „Pogromcy mitów”, gdzie obalane będą stereotypy Kosmitów, jako napastników i wrogów ludzkości, okrutnych porywaczy, którzy wszczepiają implanty swoim ofiarom, a potem porzucają je w budkach telefonicznych.  

Grzechem byłoby nie dowiedzieć się od życzliwych gości z Anaru czegoś o tajemniczym Kosmosie. Alfik na pewno niejedno widział, niejedno przeżył, jest jak ta skarbnica wiedzy, z której chciałoby się czerpać pełnymi garściami. Jerzy czuł, że Nowa Fantastyka stanie się prawdziwą gratką dla miłośników SF. Oto bowiem nastawały złote czasy dla tego gatunku.

Kapitalną sprawą byłoby zaproszenie Alfika na Polcon, jako Gościa Honorowego. Jerzy wyobrażał sobie te tłumy, które przybędą na konwent, żeby zobaczyć kosmitę z krwi i kości. Może nawet jakiś inżynier z Sollopo 13 zaprezentuje budowę statku kosmicznego? Naczelny obawiał się tylko, że jakaś NASA mogłaby popsuć całą zabawę. Ale oni niczego nie rozumieli, więc trudno było im się dziwić.

Informacje, którymi podzieli się Alfik mogą też być wartościowym materiałem na opowiadanie, może z czasem powstanie również jakiś komiks na miarę Funky Kovala.

Obok tych wszystkich planów, Jerzy miał już pomysły na hasła reklamowe. NAWET KOSMICI CZYTAJĄ NF albo WIEMY, DLACZEGO OBCY ODWIEDZAJĄ ZIEMIĘ otwierały pokaźną listę chwytliwych sloganów.  

Niech ten weekend wreszcie się skończy.

 

8.

– Twierdzisz, że naszą redakcję odwiedzili Obcy, którzy czytają Nową Fantastykę i zaprosili cię na swój statek.

– Dokładnie. – Jerzy pokiwał energicznie głową.

– Niech zgadnę. – Michał przywołał na twarz wyraz zadumy i zmrużył powieki. – Mały, zielony ludek w kombinezonie z czarnymi wyłupiastymi ślepiami i antenkami sterczącymi z głowy.

– Tak! – zawołał Naczelny wyraźnie uszczęśliwiony, ale zaraz jego entuzjazm przygasł. – Chociaż nie przypominam sobie tych antenek… Ale było ciemno, może dlatego.

Michał wybuchnął śmiechem. Jerzy obdarzył go poważnym spojrzeniem.

– Wybacz. – Redaktor działu literatury polskiej przetarł oczy wierzchem dłoni. – Wiesz, w piątkowe wieczory spotykają ludzi bardzo różne przygody, a spotkanie trzeciego stopnia należy do jednej z nich.

– Bardzo zabawne. Mówię poważnie. Pojedźmy tam razem.

– Jerzy…

– Posłuchaj mnie. – Naczelny spodziewał się, że swoją opowieścią wprawi Michała w znakomity nastrój, ale nie zamierzał czekać, aż tamten zacznie turlać się po podłodze ze śmiechu. – Myślisz, że żartowałbym w sprawach dotyczących naszego magazynu?

Wesołość ulotniła się z twarzy Michała. Przez chwilę wpatrywał się uważnie w Jerzego, a potem rzekł:

– Dobra. Przekonałeś mnie.

 

9.

Przybysze z Anaru zatrzymali się w podwarszawskich lasach. Sollopo 13 tkwił pośrodku polany, miał postać ściętego stożka, trzy długie i wąskie odnogi niknęły w smaganej wiatrem trawie. Jesienne słońce połyskiwało na gładkiej powierzchni maszyny.

Jerzy i Michał wyszli spomiędzy drzew i w niemym zachwycie przyglądali się obiektowi. Kiedy ruszyli w jego kierunku, z dolnej części maszyny wysunęły się stopnie, na których pojawiła się mała postać w srebrnym kombinezonie. Jerzy rozpoznał w niej Alfika. Ufoludek gestem zaprosił ich do środka.

Naczelny otworzył futerał i wyjął z niego aparat fotograficzny.

Następnie wspólnie z Michałem weszli na pokład Sollopo 13.

 

10.

Jerzy poczuł, jak robi mu się gorąco. Miał nadzieję, że zaraz zemdleje. Okrutnej prawdy, która niczym obuch uderzyła go tego wtorkowego poranka, nie dało się w żaden sposób zaakceptować.

Karta pamięci była pusta.

Chwycił aparat, zamierzając roztrzaskać go o ścianę, ale dzięki szczątkom trzeźwego myślenia, opuścił rękę. Wszystkie zdjęcia, które wykonał wczoraj na statku kosmicznym, wyparowały. W dodatku jakość zarejestrowanego na dyktafonie wywiadu pozostawiała wiele do życzenia, lecz na szczęście Jerzy poczynił pewne notatki. Rozmowa, którą przeprowadził z Alfikiem zajęła masę czasu, ale było warto. Ufoludek z wielkim zapałem odpowiadał na wszystkie pytania, snuł opowieści o kosmicznych wojażach i życiu na planecie Anaru. Z całego bogatego materiału zostało niewiele, a najciekawsze wątki ginęły w szumie nagrania.

Jednak wciąż istniała nadzieja.

Tą nadzieją był Michał.

Niestety po raz ostatni Jerzy widział go na pokładzie Sollopo. Podczas, gdy Alfik udzielał wywiadu, dwóch jego kompanów zaproponowało Michałowi zwiedzenie statku. Któż by nie chciał poznać bliżej tajemniczego obiektu, który przybył z odległej planety. Jerzy wiedział, że Michał również nie omieszkał zabrać ze sobą aparatu, więc była szansa, że jakieś fotografie uda się opublikować w NF. Kiedy późnym popołudniem naczelny żegnał się z Alfikiem, ten przekonywał, iż redaktor prozy polskiej opuścił statek dobre dwie godziny wcześniej. Racja, dlaczego miałby czekać, aż Jerzy skończy wywiad. W końcu to była niepowtarzalna okazja, żeby odbyć rozmowę z przedstawicielem inteligentnej formy życia pozaziemskiego, więc siłą rzeczy kosztowało to sporo czasu.

Ale po powrocie do domu, Jerzemu nie udało się skontaktować z Michałem. Początkowo wydawało się to dziwne. Później niepokojące. A kiedy dziś rano Michał nie pojawił się w pracy, Jerzego ogarnęła obawa. Nie potrafił tylko sprecyzować, co właściwie powodowało ten strach. Przywołał w pamięci przyjaznych małych ludzików i nie umiał sobie wyobrazić, by byli zdolni do wyrządzenia komuś krzywdy.

Nie, to na pewno coś innego. Może Michał po prostu zachorował? Trzeba przyznać, że na tym statku wcale nie było za ciepło. Jerzy sam czuł się nie najlepiej, łamało go w kościach i chyba nawet zaczynało boleć gardło.

Wszystko w porządku. Na pewno.

 

11.

Chyba powinienem czuć się doceniony, pomyślał Michał, rozglądając się po przestronnym gabinecie. Nawet kosmici poznali się na moim talencie, bo i po co by mnie tutaj ściągnęli?

Siedział w pokaźnym fotelu, mając przed sobą urządzenie podobne do komputera i wspominał, jak para Zielonych zabrała go na przechadzkę po statku. Szkoda tylko, że program wycieczki kończył się za pierwszymi drzwiami, które minęli. Nie spodziewał się, że ufoludki zaproponują mu drzemkę na jakimś twardym i niewygodnym stole. Nie wiedział też, do czego służy rozbudowana aparatura, do której postanowiono go podłączyć. Teraz zdaje się, że już wiedział.

Spojrzał na ekran monitora. Otwarty plik zawierał kilkadziesiąt stron zapisanych cudacznymi znakami i wzorkami, które były dziwniejsze od chińskiego alfabetu. O dziwo potrafił je bez trudu odczytać. Wyglądało na to, że miał do czynienia z opowiadaniem. Odkąd sprowadzili go na Anaru, spędził w swoim nowym gabinecie wystarczająco wiele czasu, aby zdążył zapoznać się z kilkoma takimi tekstami. Niestety autorzy owych „opowiadań” chyba dopiero zaczynali karierę pisarską, a niektórzy nawet szkolną. Michała bolało serce, gdy brnął przez tę literaturę najeżoną błędami ortograficznymi, stylistycznymi, bijącymi po oczach powtórzeniami, czy partacko używaną interpunkcją. Marek Grzywacz miałby tutaj spore pole do popisu. Co tam Indie, co tam Afryka. FANTASTYCZNY ŚWIAT: ANARU, to jest to! Nie dość, że rodzi się tutaj fantastyka, to równolegle z nią sama literatura. Cóż, zamarzył się tutejszym mieszkańcom ich własny magazyn fantastyczny, a do tego potrzebny był im redaktor z doświadczeniem zawodowym. Michał obawiał się jednak, że czeka go piekielnie trudne zadanie. Dotychczasowe opowiadania wyszły spod piór najnormalniejszych w świecie grafomanów i pytanie brzmiało, z jakich tekstów ułoży pierwszy numer Najnowszej Fantastyki.

Pomyślał z rozrzewnieniem o tych dziesiątkach, setkach, a nawet tysiącach opowiadań, które przychodziły na jego skrzynkę mailową w redakcji przy Rzymowskiego 28, o tych rzeszach niespełnionych autorów. Ach, ileż by dał, żeby chociaż jeden z nich przysłał mu swoje opowiadanie. Bo teksty, które nadsyłali mieszkańcy Anaru mogłyby, co najwyżej konkurować w berylowej Grafomanii.

Michał westchnął ciężko i zabrał się do pracy.

Chyba daruje sobie najbliższy weekend. Urlop też.

Koniec

Komentarze

Niezły pomysł. Trochę przejeżdżasz po redaktorach, ale to już ich problem. Zwłaszcza końcówka miła. :-)

Po krótkiej chwili namysłu uznał ten pomysł za rozsądny.

Zbyt podobne słowa.

Jerzy poczuł jak robi mu się gorąco.

Zgubiłeś przecinek.

Babska logika rządzi!

Dzięki za wizytę.

Mam nadzieję, że MC się nie obrazi :-)

Doskonale Cię rozumiem. Też go nieźle przeczołgałam w swoim tekście. ;-)

Babska logika rządzi!

Jutro zajrzę do Twojego tekstu : ) W sumie MC powinien być zadowolony, że został uczyniony bohaterem opowiadań ;-) 

Gratuluję :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Dziękuję :)

Przesympatyczne, motyw działalności standardowej obcych zabawnie przenicowany, z lekkimi prztyczkami tu i tam :-) Przyjemne czekanie na autobus, dziękuję!

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A ja dziękuję za wizytę i komentarz :-)

Hop, tu tekścik czeka na władnych i na ocenę, czy nadaje się do Biblioteki…

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dziś, dwa lata po konkursie, mogę tylko pogratulować Ci, Domku, drugiego miejsca i podziękować za miłą lekturę. ;-)

 

Do­pie­ro teraz, sto­jąc na­prze­ciw sie­bie, Jerzy zdał sobie spra­wę z na­praw­dę ni­skie­go wzro­stu ufo­lud­ka… – Czy dobrze rozumiem, że Jerzy stanął naprzeciw siebie i doznał olśnienia? Magia? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Reg : ) Miło mi, że się podobało ; )

 

Pozdrawiam ; p

Nowa Fantastyka