- Opowiadanie: Ramshiri - Krwiopijca

Krwiopijca

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Krwiopijca

– Imię?

– Sergio.

– Nazwisko?

– Sevan.

– Rasa?

– Wampir – odpowiedziałem spokojnie wyciągając się na niskim i jakże niewygodnym krześle. Strażnik zmarszczył brwi i spojrzał na mnie znacząco.

– Pytałem o rasę. – wyjaśnił – Im szybciej wpiszę twoje dane do karty tym prędzej będziesz mógł odejść.

Zacząłem zastanawiać się nad znaczeniem słowa „odejść”. Przecież miałem zostać odprowadzony do więzienia, gdy tylko wypytają mnie o te wszystkie nieistotne szczególiki z mego prawie, że tysiącletniego życia. Mimo wszystko, nie należało robić sobie żartów ze stróża prawa. Dlatego właśnie postanowiłem być z nim całkowicie szczery.

Pochyliłem się w jego stronę i postarałem się, możliwie jak najspokojniej wytłumaczyć mężczyźnie swoją sytuację.

– Zamykacie w swoich murach najróżniejsze istoty z całego KinSekai, od elfów po magów aż do nekromantów. – zacząłem zmierzać do sedna sprawy. – Macie tu nawet… tak właściwie to nie wiem co to jest. – Wskazałem na dziwną kreaturę, która siedziała przy sąsiednim stoliku łypiąc przy tym na mnie z nienawiścią. Zapewne była to kolejna ofiara łapanki. – Więc…

– To Golorianin, można ich poznać po tych takich wystających…

– Więc… – powróżyłem nie dając sobie przerwać – …czemu nie wierzycie w istnienie wampira?

– Bo wampiry nie istnieją. – warknął mężczyzna. – Mów więc prędko czym jesteś! Nie marnujże mego czasu.

Jeszcze nikt z takim przekonaniem nie próbował mi wytłumaczyć, że ja po prostu nie istnieję. Byłem naprawdę zdenerwowany tym, że nikt nie traktuje mnie poważnie.

– Jestem wampirem. – odpowiedziałem ponownie, następnie uśmiechnąłem się życzliwie do tłustego strażnika, ukazując swe białe, ostre i jak najprawdziwsze, wampirze kły.

Mężczyzna spojrzał na mnie w jakiś dziwny sposób. Przez chwilę wydawało mi się że go przekonałem.

– No dobra. Jak nie chcesz to nie mów, lecz nie rozumiem po co ta tajemniczość? – odpowiedział rozkładając ręce w geście mówiącym „poddaję się”– Więc zostawimy tu lukę. Uzupełni się później, a tymczasem… kolejne pytanie. – kontynuował – Jaki zawód wykonujesz?

– Jestem krwiopijcą. – odrzekłem bez ogródek.

– Hmm… – chrząknął niezadowolony strażnik – Kolejny poborca trafia do więzienia.

Przewróciłem oczami i już miałem mu wytłumaczyć, że poborca podatkowy nie jest krwiopijcą, lecz zdałem sobie sprawę z tego, że musiałbym skłamać.

– Jakie wykroczenie popełniłeś? – zapytał z ciekawości.

– Słucham? – wyrwałem się z zadumy.

– Dla-cze-go tra-fi-łeś do wię-zie-nia? Za-co? – zapytał sylabizując, jakby sugerował że jestem kretynem

– Nie przej-muj się. – odpowiedziałem mu takim samem tonem, dokładnie akcentując każde słowo – Dłu-go tu nie za-ba-wię.

– To dziwne. – stwierdził odczytując coś z mojej karty – Tu jest napisane, że zostałeś skazany na dożywocie. – spojrzał na mnie kpiąco.

– To też zabawne. – podrapałem się z frasunkiem po głowie – Jak można skazać na dożywocie kogoś kto jest już martwy?

– To nie ja ustalam prawo.

Jego wymijająca odpowiedz świadczyła o tym, że przeszedł do fazy ignorowania irytującego więźnia.

– A teraz pytanie o wiek. – oświadczył

Uważnie mi się przyjrzał jakby chciał odgadnąć ilość przeżytych przeze mnie wiosen. Wyglądałem na nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Przynajmniej tak mógłby ocenić mnie ktoś kto wciąż jest mylnie przekonany, że moje serce wciąż bije.

– Nie powinieneś mieć więcej niż dwadzieścia pięć.– stwierdził błyskotliwie

Krew zaczęła mi się w żyłach gotować. Już chciałem mu powiedzieć ile setek lat przeżyłem, lecz się powstrzymałem. Zamiast tego powiedziałem z zachwytem:

– Naprawdę dobrze wykonujesz swoją pracę a w dodatku znasz się na istotach. To bardzo rzadkie cechy – stwierdziłem pochlebnie. Trochę ściszając ton zbliżyłem swą twarz do twarzy strażnika. – Masz zadatki na wielkiego przywódcę. – oświadczyłem rozglądając się czy nikt nas nie podsłuchuje. Strażnik wyprostował się na krześle i wypiął pierś. Machnął ręką od niechcenia jakby chciał powiedzieć „dość tych komplementów.” Na jego twarzy pojawił się rumieniec.

– Wiesz co? – zapytałem strażnika a on natychmiast pokręcił przecząco głową – Zrobię dla ciebie ten wyjątek… Zdradzę ci swą tajemnicę. W końcu porządny z ciebie facet, nie? – Strażnik kiwnął lekko głową na potwierdzenie moich słów. – Zapewne mnie już przejrzałeś więc wiesz, że nie jestem wampirem. – zacząłem od kłamstwa – Zapewne w miejscu w którym niedługo się znajdę mieliście już wielu zacnych gości: magów, nekromantów, elfów, oraz wielu, wielu innych. – strażnik z powagą pokiwał głową. – Lecz, powiadam ci przyjacielu, jeszcze nigdy nie mieliście i nigdy nie będziecie mieć u siebie kogoś takiego jak ja.

Spojrzałem mu głęboko w oczy. Zacząłem używać specjalnych wampirzych umiejętności daru przekonywania jak zwykłem to nazywać. Musiałem użyć trochę magii, gdyż nawet najgorszy kretyn z którym niewątpliwie miałem do czynienia, nie uwierzyłby w to co miałem w tej chwili do przekazania.

Oczy mężczyzny wpatrywały się we mnie jak zahipnotyzowane, magia zaczęła działać.

– Wyobraź sobie, że jestem… – w tym miejscy zrobiłem efektowną pauzę – …krasnoludem.

Strażnik zaczął ryczeć ze śmiechu. Zaniepokoiłem się a w mojej głowie pojawiło się pytanie: Czemu mój dar przekonywania nie zadziałał.

Gdy mężczyzna zdołał wreszcie powstrzymać śmiechu, nachylił się w moją stronę i zaczął:

– Miałeś co do mnie rację, znam się na ludziach. Na krasnoludach także. I wiesz co? – zapytał po chwili ściszając ton.

Byłem ciekaw co powie, choć byłem prawie pewien, że gdy tylko nadstawię ucho to nieźle mi się oberwie za wmawianie takich bzdur stróżowi prawa. Mimo wszystko ciekawość zwyciężyła.

– Od początku się domyślałem. – szepnął mi do ucha mężczyzna, po czym wygodnie oparł się na krześle i wypiął pierś.

Zamurowało mnie.

Widząc moje zaskoczenie strażnik zaczął się poprawiać:

– No może nie od samego początku. Zmylił mnie trochę brak, znanej dobrze w świecie, krasnoludzkiej brody. – zaczęliśmy się śmiać, on ze swoich nieprzeciętnych zdolności wyciągania wniosków a ja z jego głupoty.

Klepnął mnie po bratersku w ramieniu, wytarł nos w rękaw po czym wyznał:

– Dla kogoś kto nie wykonuje swojej pracy zbyt sumiennie, byłbyś zwykłym wampirem. Miałeś jednak szczęście, trafiłeś na mnie! – Dźgnął się kciukiem w pierś. – Rozgryzłem cię bez problemu i wiesz co? – zapytał nachylając ponownie ściszając głos. – Mam dla ciebie radę. Te twoje kły są… czy ja wiem… Jakieś takie podejrzane. Mało się postarałeś.

Dzięki niezwykłej sile woli i umiejętności samoopanowania w których byłem niewątpliwie mistrzem, udało mi się nie parsknąć śmiechem. Owych umiejętności wystarczyło mi aby przyjąć wyjątkowo zafrasowaną minę, ze stoickim spokojem podziękować za radę i powiedzieć:

– Dziękuję za pana uwagi. Postaram się nad tym w przyszłości popracować.

– Przejdźmy do formalności. – powiedział zasłaniając rumieńce dokumentami, które miały zostać wypełnione, zanim ostatecznie zostanę pozbawiony jakichkolwiek przywilejów prawnych, jak to fachowo nazywali.

Pozostałe pytania niestety nie dostarczyły mi już tak wielu atrakcji. Wzrost, waga, kolor oczu. Pytań było setki. Po co tyle formalności? Jakby nie mogli mnie od razu wrzucić do jakiegoś lochu czy przebić kołkiem. Gdy wreszcie dokumenty zostały wypełnione, możecie mi wierzyć czy też nie, lecz byłem rad, że wreszcie ruszyliśmy do więzienia w którym, miałem przecież spędzić resztę swego nieśmiertelnego życia.

***

 

Od niepamiętnych czasów światem KinSekai rządziły Cykle. Co tysiąc lat przychodził Mrok i pokrywał całą ziemię. Po około miesiącu odchodził pozostawiając jedynie zniszczenie. W czasie tego miesiąca na ziemię zsyłane były plagi, kataklizmy, dziwne anomalie i inne rzeczy których nie dało się w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć.

Największe umysły KinSekai organizowały spotkania podczas których nie udało im się ustalić niczego konkretnego.

Podczas pierwszego Cyklu, który nawiedził nasz świat, zniknęła cała wyspa, kontynent został dosłownie rozerwany, z nieba zaczął padać Ognisty Deszcz a demony zaczęły swobodnie przechodzić do naszego wymiaru. Minęło dużo czasu nim wszystkie rasy zjednoczyły się przeciw złu, odkładając na bok swe dotychczasowe spory a kryzys został zażegnany.

Na drugi Cykl również nikt nie był przygotowany. Myśleliśmy, że poprzedni Cykl był pierwszym i ostatnim, lecz było to błędne założenie. Następny przyszedł tysiąc lat później. Na szczęście tym razem szybko udało się zażegnać kryzys. Nikt nie wiedział czemu owe Cykle zaczęły dręczyć KinSekai.

Ludzie zaczęli używać Cykli do mierzenia czasu. Miało się to stać takim międzyrasowym miernikiem. Niestety nie doszło to do skutku, gdyż większość ras ciągle bała się Mroku i wolała o nim zapomnieć. Mimo wszystko liczenie czasu od ostatniego Cyklu mnie osobiście nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, przypominało mi o narodzinach. Dziś jest 936 rok drugiego Cyklu. Wynikało z tego, że mam 936 lat.

Wszystkie istoty panicznie bały się Mroku. W czasie Cyklu nie działało magiczne światło. Tęgie umysły nie miały pojęcia czemu w tym czasie nawet świeczki gasły po niedługim czasie. Tak jakby Mrok żywił się światłem.

Wszystkie istoty wciąż miały wątpliwości czy następny Cykl w ogóle nadejdzie. Może były to tylko dwa pojedyncze zdarzenia nie mające ze sobą nic wspólnego. Może całkiem przypadkiem drugi Cykl nastąpił dokładnie tysiąc lat po pierwszym. Może następne zaćmienie nastąpi za chwilę, a może za parę tysiącleci, czy może wcale.

– Szybciej wy leniwe bestie! – ryknął strażnik, który miał za zadanie doprowadzić mnie i kilku innych umierających ze strachu nowych do więzienia.

Po długim marszu, gdy już byliśmy na szczycie pagórka za którym miał się znajdować nasz przyszły dom, udało mi się ujrzeć krater. Ów krater powstał podczas drugiego Cyklu. Kto by pomyślał, że jestem starszy od więzienia w którym miałem zostać zamknięty.

Więzienie powstało około pięćdziesiąt lat po odejściu Mroku. Cały krater otoczony był gigantyczną, niebieską bańką, która była tak naprawdę ogromnym polem siłowym.

Niestety pole siłowe było nieprzekraczalne w obie strony. Nikt nie mógł do więzienia wejść ani z niego wyjść bez pomocy arcymaga. To właśnie arcymagowie stworzyli pole, które przez długi czas było ogłaszane jako największe osiągnięcie w dziedzinie magii – a przynajmniej tak twierdzili.

Stałem przed więzieniem, którego pole było tak mocne, że więźniowie nawet nie próbowali uciekać. Mieli wewnątrz wszystko czego zapragnęli, pożywienie, dach nad głową a nawet broń. Stworzyli za murami swoją własną wielką społeczność, która nie wymagała już nawet kontroli strażników. Sami wymierzali sądy. Władza była mimo wszystko obecna, lecz jedynie w ramach ozdoby.

 

Gdy znaleźliśmy się kilkanaście kroków od niebieskiego pola strażnik wskazał nam wejście do podziemi.

Popatrzyłem z politowaniem współwięźniów. Tak się trzęśli ze strachu, że zmuszony byłem pójść pierwszy. Zupełnie ich nie rozumiałem przecież prowadzili nas do więzienia a nie na cmentarz, rozstrzelanie czy nawet wilkołakom na pożarcie.

Gdy znalazłem się na samym dole zobaczyłem krótki kamienny korytarz na końcu którego czyhała na nas postać w czarnej tkaninie z naciągniętym na głowę kapturem. Bez obaw ruszyłem w stronę zakapturzonej istoty. Stanąłem naprzeciw niej i przywitałem się nazbyt wesołym tonem.

Postać zignorowała mnie, za to zwróciła się w stronę strażnika:

– Pierwsi od ponad pół roku.

– Cesarz zamknął już prawie wszystko co się porusza. – wycedził tamten przez zaciśnięte zęby.

Wymienili jeszcze kilka słów z których wynikało, że istota w kapturze jest magiem a cesarz jest tyranem przez którego wszyscy muszą żyć w strachu, lecz już ich nie słuchałem – nie interesowały mnie sprawy polityczne.

Mag odwrócił się do drzwi i otworzył je. Ponownie ujrzałem pole siłowe. Było tuż za drzwiami. Zakapturzony  dotknął pola i wyszeptał kilka słów, które dla niewtajemniczonych wydawały się zwykłym bełkotem.

Pole zaczęło coraz bardziej przypominać taflę wody. Mag dokończył swe zaklęcie po czym tafla zniknęła.

– Włazić! – ryknął strażnik

Po raz kolejny musiałem pierwszy zdobyć się na przekroczenie, tym razem magicznego progu. Znalazłem się w murach więzienia – wreszcie.

– Słuchajcie uważnie. – Strażnik zwrócił na siebie uwagę. – Gdy już znajdziecie się za tymi drzwiami. – wskazał kolejne przejście na końcu kamiennego korytarza. – Czyha tam na was niebezpieczeństwo. Pod żadnym pozorem nie próbujcie zaprzyjaźniać się z innymi więźniami… przynajmniej na razie. Nowi nie są zbyt lubiani. Prawdę mówiąc dziewięciu na dziesięciu mężczyzn, którzy giną w tych murach to nowi. – wyznał strażnik – Uwierzcie mi że, najlepiej dla was będzie zaszyć się na kilka dni w jakiejś piwnicy. Obiecajcie, że nie zrobicie nic głupiego!

Pokiwałem głową na znak, że zrozumiałem. Rozumieć nie znaczy zastosować się.

Strażnik wręczył każdemu plik dokumentów z nakazem bezzwłocznego przedstawienia ich naczelnikowi więzienia. Przyjąłem dokumenty po czym rozwarłem drzwi na oścież. Znalazłem się na zatłoczonej, pełnej dziwnych stworzeń ulicy.

Panował zupełny mrok. Na szczęście jestem stworzeniem nocnym, więc bez problemu widzę w ciemnościach. Mrok miał dla mnie jedynie wartość informacyjną. Zdawałem sobie sprawę, że jest, lecz, zarówno w dzień jak i w nocy widziałem identycznie.

Ruszyłem wzdłuż drogi mając nadzieję, że trafię na jakiś główny plac czy coś w tym stylu. Po drodze obdarzałem uśmiechem każdego kto kipiał na mnie nienawiścią.

Po kilku naprawdę długich chwilach udało mi się znaleźć to czego szukałem. Gigantyczny okrągły plac na środku, którego tuż przy studni siedział ktoś w rodzaju wodza. Jakoś wcześniejsze ostrzeżenia strażnika nie powstrzymały mnie przed tym co miałem za chwilę zrobić.

Zbliżyłem się do wodza na około trzydzieści metrów, upewniłem się że stąd jestem wystarczająco widoczny po czym ryknąłem.

– WITAM!

O dziwo wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę. Najwyraźniej zbiorowe powitanie nie było czymś normalnym w tych stronach. Nie przejmując się zbytnio reakcją gapiów, dokończyłem z uśmiechem swoją wypowiedz:

– Mam na imię Sergio i jestem tu nowy.

Hierarchia więzienna nie różniła się zbytnio od siebie między różnymi więzieniami:  był wódz, który siedział i tylko machał ręką, żeby kogoś sprzątnąć. Obok niego stali ochroniarze, kilka umięśnionych i wyjątkowo paskudnych istot. Były także sługi – oni tylko pracowali. Popychadła z których życiem nikt się nie liczył. Ostatnia warstwa to ciekawscy – ci którzy nie zgadzają się z hierarchią i po prostu udaje im się jakoś przeżyć z dala od wodza. To oni najczęściej tworzyli tłum ciekawskich, to oni kręcili głowami szepcąc między sobą: zaraz zginie, czy też: chyba życie mu niemiłe. Ja szukałem kogoś kto nie należy do żadnej z tych warstw.

Potrzebowałem rekruta.

– Mam spektakularny plan ucieczki. – wyjawiłem zgromadzonym – No wiecie taki wielki, głośny z kłębami dymu.

Różne istoty zareagowały różnie. Jedni pukali się w czoło krzycząc coś o tym że to niemożliwe. Inni zaczęli się śmiać a jeszcze inni wyglądali na przestraszonych. Ja próbowałem wyłowić wzrokiem tych zaciekawionych. Musiałem z dumą stwierdzić iż było kilku takich. Teraz musiałem zbadać czy są zaciekawieni ucieczką czy też tym w jaki sposób zostanę za chwilę uśmiercony.

– No nie mówcie mi że nie chcecie się uwolnić od tego miejsca! – wykrzyknąłem

Wybrałem trasę dzięki której mogłem przejść koło jak największej ilości istot na których twarzach widać było zainteresowanie. Ruszyłem pytając każdego, nawet tych niezainteresowanych:

-Co ty na to?

W przewadze kręcili przecząco głowami lub też z odrazą odtrącali mą rękę. Przechadzałem się między istotami wszelakich ras niczym jakiś obłąkany natręt. Większość właśnie wzięła mnie za takiego a sam wódź był tak zainteresowany rozwojem sytuacji, że wciąż pozwalał mi żyć.

Na swojej drodze napotkałem kolejną istotę która o ile dobrze pamiętam była zainteresowana. Był to elf w zielonej szacie o długich blond włosach. Gdy zbliżyłem się do niego, instynktownie poczułem, że jest inny niż reszta. Przybrałem poważny wyraz twarzy i spróbowałem odczytać jego motywy. Elf oparł dłoń na rękojeści swej katany po czym kiwnął lekko głową. Dałem mu znać, że zrozumiałem. Był gotów aby mnie wesprzeć. Zbliżyłem się do niego jeszcze bardziej.

– I ty też nie chcesz? – zapytałem nowego towarzysza, aby zachować pozory przed innymi.

– Ciekaw jestem jak masz zamiar stąd zwiać? – szepnął z rozbawieniem.

Uśmiechnąłem się tylko i kontynuowałem podróż, udając że wciąż próbuję kogoś przekonać.

– Skróćcie jego męki. – rozkazał wódź gdy już wystarczająco zawiodła go zaistniała sytuacja. Zapewne stracił już nadzieję na to iż wydarzy się coś intrygującego – Chyba, że ma coś ciekawego do powiedzenia.

Gdy tylko rozkaz został wydany, istoty chroniące wodza ruszyły w moją stronę.

– Jeszcze chwilka – poprosiłem

Ochrona zatrzymała się w połowie drogi z głupkowatą miną. Zdezorientowani nie wiedzieli co mają robić. Zapewne nadszedł moment w którym większość istot błaga o życie. Niestety ja nie miałem nic takiego w planach. Prawdę mówiąc, nie miałem żadnego planu. Szedłem na żywioł.

– Wiecie co wam powiem? – zapytałem wzbudzając zainteresowanie zebranego wokół mnie motłochu – Życzę wam miłego gnicia w więzieniu aż do końca waszych nędznych, bezsensownych żywotów.

Gdy sens  wszystkich tych słów dotarł do wszystkich uszu, nie tylko prywatni ochroniarze wodza chcieli mnie dopaść. Pech chciał/ że znalazłem się w samym środku tej rozwścieczonej masy. Powstało zamieszanie i właśnie o to mi chodziło.

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować użyłem magicznej sztuczki, której nauczyli mnie Wojownicy Cienia, dodałem do tego także trochę wampirzych umiejętności. Efekt był taki że zniknąłem na oczach wszystkich w kłębach dymu.

Wszyscy rzucili się z opóźnienie a nocne warunki sprawiły, że zaczęli siekać się nawzajem, każdym dostępnym pod ręką orężem. Biedacy, nie zdawali sobie sprawy że w tej chwili obserwuje już ich z bardzo daleka.

 

 

***

 

Elf powoli zmierzał do miejsca w którym spędzić miał resztę nocy. Podążałem za nim niczym cień, którego w żaden sposób nie dało się złapać ani namierzyć. Skakałem po dachach budynków, czasami zeskakiwałem niżej i upewniałem się że nikt mnie nie śledzi.

Życie w ciągłym strachu nauczyło mnie oczekiwać nieoczekiwanego. Byłem ciekaw jak zareaguje na moje przybycie elf.

– Witaj ponownie. – zeskoczyłem z dachu i wylądowałem tuż przy towarzyszu. – Mam nadzieję, że wciąż jesteś zainteresowany.

Jeśli nawet elf był zaniepokojony moim nagłym pojawieniem się tuż obok to nie dał tego po sobie poznać.

– Tak. – odpowiedziała krótko. Prawdę mówiąc innej reakcji się spodziewałem, lecz nie miałem zamiaru żalić się z tego powodu.

– Mnie już znasz, lecz ja wciąż nie wiem jak mam się do ciebie zwracać? – Bardziej zapytałem niż oznajmiłem.

– Jestem Lirentor a ty jesteś wampirem jak mniemam?

– Nie, krasnoludem. – poprawiłem go uśmiechając się szeroko, aby mógł dojrzeć moje kły.

Myślałem, że pójdzie gorzej, że będę go przez parę godzin przekonywał że jestem wampirem po czym stwierdzi, że i tak mi nie wierzy albo co gorsza – wierzy i ma zamiar mnie przebić kołkiem z tego powodu.

– Możesz mi zdradzić jak to zrobiłeś? – zapytał, po czym sprostował gdy zobaczył na mojej twarzy niezrozumienie – Chodzi mi o ucieczkę z placu.

– W taki sposób Wojownicy Cienia ukrywali się przed swymi nieprzyjaciółmi, ponad pięćset lat temu. – wyjaśniłem wyciągając z kieszeni małą czarną kulkę – Ich alchemik nauczył mnie wytwarzania Kage, czyli właśnie tego – powiedziałem ciskając przedmiot z całą siłą. Kulka trafiła w ścianę, którą chwilę później pokryły kłęby czarnego dymu, w tym samym czasie ruszyłem z pełną wampirzą prędkością.

Nim elf zdążył się zorientować już stałem za jego plecami

– Tajemnica tkwi w odwróceniu uwagi nieprzyjaciela.

– Zdradziłeś mi swą tajemnicę. Czy nie masz zamiaru przypadkiem, zabić mnie gdy tylko pomogę ci uciec? – zapytał ze spokojem Lirentor

– Bez obaw. – uspokoiłem towarzysza z uśmiechem – Ja nie gryzę.

Mój uśmiech najwyraźniej go nie uspokoił. Może niepotrzebnie pokazałem mu kły?

– Trzymaj – powiedziałem dając mu trzy pozostałe kulki Kage jakie mi zostały – Musimy sobie ufać. – Elf z wdzięcznością przyjął prezent, który w ciężkich chwilach nie raz uratował mi życie.

Zaczęliśmy rozmawiać na błahe tematy jak to zwykle miało się w zwyczaju przed przejściem do interesów. W tym czasie zdążyliśmy dojść do budynku w którym mieszkał elf. Kręciliśmy się długimi ciemnymi korytarzami, aż w końcu udało nam się stanąć przed właściwymi drzwiami.

Elf ze spokojem przyjął fakt iż mogę przekroczyć próg jego domostwa bez zaproszenia – ach te stereotypy!

Po wejściu do komnaty zasiedliśmy do stołu a ja powoli zacząłem przechodzić do ważniejszych spraw. Dowiedziałem się trochę o więźniu i trochę o ogólnej sytuacji politycznej, która na początku wydawała mi się nieistotna. Wychodziło na to że większość osadzonych pod „kopułą” – jak zwykli mówić na pole ochronne, to niewinne istoty. Mimo zapewnień trudno mi było w to uwierzyć.

Cesarz, który panował nad tym obszarem zginął w czasie wojny z trolami. Gdy jego syn Orius III objął władzę, wyszła na jaw jego nienawiść do tego co magiczne. Zwolnił wszystkie nie magiczne szumowiny z więzienia i utworzył z nich prywatną straż. Całe oddziały zostały zaprzęgnięte do łapania wszystkich magicznych istot oraz tych których parali się zakazaną sztuką. W ciągu niespełna dwudziestu lat zdążyli zamknąć prawie wszystkich "podejrzanych" i rozlokować ich w więzieniach. Lirentor uważał, że prawi obywatele zamykani pod kopułą przeistaczali się w ciągu zaledwie paru tygodni w nieliczących się z cudzym życiem morderców.

Podejrzewałem, że ma to coś wspólnego z tak zwanym wynalazkiem arcymagów. Zapewne zmieniał niektóre, dominujące cechy na przeciwne.

– Jeżeli ten gość… Orinus, czy jak mu tam?

– Orius – poprawił mnie elf.

– Jeżeli tak nienawidzi tego co magiczne to po jakie licho zwerbował arcymagów?

– To proste – oświadczył Lirentor – Bez niech byłby nikim. Arcymagowie zniszczyliby go natychmiastowo. Udało mu się ich przekupić, dostali między innymi patenty magiczne i wory złota. Poza tym, Orius to hipokryta.

– Jak długo się tu znajdujesz? I czemu w ogóle chcesz ze mną gadać?

– Prawie rok. Z nudów. – wyznał – Jesteś najciekawszą istotą jaką dotąd poznałem.

– Jutro uciekamy.

– Już jutro? – zapytał zdziwiony Lirentor – Ale mamy chyba jakiś plan, co nie?

– Oczywiście! Ja bym nie miał planu? – zapytałem retorycznie – Aby wszystko się powiodło musisz znaleźć jedną osobę. Kogoś, kogo zwą tu Cyklop, Jednooki albo Grzmot. Nie wiem której ksywy aktualnie używa.

– Nie wtajemniczysz mnie? – zapytał elf widząc, że wstaję od stołu. – Co z tą gadką o zaufaniu?

– Teraz nie mogę – Podszedłem do drzwi – Muszę załatwić sprawę z naczelnikiem więzienia. Wytłumaczę ci wszystko jak tylko wrócę. Ale pamiętaj, żeby ucieczka się udała. – Przybrałem poważny wyraz twarzy co u mnie było rzadkością. – Musisz znaleźć tego człowieka.

– Cyklop, Jednooki lub Grzmot. – wygrzebał z pamięci – Zostaw to mnie.

– Właśnie to robię – uśmiechnąłem się na odchodne

 

***

 

Wszystko zmierzało w jak najlepszym kierunku. Jeżeli uda się znaleźć Cyklopa to już jutro będę cieszyć się wolnością no i nową zdobyczą oczywiście.

Po kilku wyjątkowo długich chwilach udało mi się dotrzeć do posiadłości naczelnika, która znajdowała się w samym centrum. Wyraziłem chęć zdania dokumentów "temu co tu rządzi" – jak to określiłem. Strażnik przeszukał mnie i przywołał innego mężczyznę, który miał mnie doprowadzić na miejsce.

Po chwili znalazłem się przed drzwiami do gabinetu. Strażnik odszedł każąc mi czekać na dalsze polecenia.

– Wejść! – rozległ się wrzask po którym mogłem wejść do komnaty

– Sergio Sevan, krasnolud – przedstawiłem się jak wymagały tego zasady grzeczności

– Gówno prawda. – usłyszałem głos odwróconego do mnie plecami naczelnika. Wypatrywał czegoś zza okna – Jesteś wampir.

Więc nie dość, że wiedział iż nie jestem krasnoludem to jeszcze domyślił się kim jestem naprawdę. Postanowiłem zadrwić z niego, zobaczyć ile tak naprawdę wie o wampirach.

Podniosłem kołnierz płaszcza, zaczesałem włosy do tyłu i wyeksponowałem kły i ogólnie zmieniłem wygląd, na ile mi na to pozwalała sytuacja. Powinienem wyglądać teraz jak rasowy krwiopijca z opowieści tak zwanych naocznych świadków. Denerwowało mnie to że historia mojej rasy była ciągle fałszowana.

– Możesz mi mówić Devios – odezwał się ponownie naczelnik – Zapewne zastanawia cię skąd wiem kim jesteś. Wyobraź sobie że… – odwrócił się w moją stronę i stanął jak wryty – nie tak sobie ciebie wyobrażałem. –  A więc wie o wampirach dużo więcej. Pewnie już jakiegoś spotkał. – Większość wampirów ma czerwone poszycie kołnierza.

Jednak nie miał zielonego pojęcia o mojej rasie. Jeden z tych co myśli że myśli.

– Do rzeczy! – krzyknął starając się skupić swe myśli – Dużo o tobie czytałem. Twoje dokumenty dotarły tu przed tobą. – Devios usiadł za biurkiem, gestem wskazał mi krzesło naprzeciw – Kopie możesz sobie zatrzymać. – oświadczył widząc plik dokumentów, który trzymałem w swych dłoniach.

Czekałem co jeszcze mi powie. Skoro miał moje dane to po jakie licho kazali mi zjawić się tu.

Naczelnik milczał, za to cały czas się we mnie wpatrywał. Najwyraźniej od dawna fascynował się moją rasą, a źródło informacji stanowiły dla niego głupie kłamliwe opowieści.

– Nie mogę! – krzyknął nagle – To zaszczyt cię tutaj gościć. Wszystko co przeczytałem było prawdą.

– Księgi nie kłamią. – skłamałem robiąc przy tym mądry wyraz twarzy – Esencja mądrości.

– Zdradza się. – przyznał Devios – Wiesz, chciałbym cię o coś prosić.

– Jestem wampirem a nie dżinem.

– Wiem, lecz mimo wszystko chciałbym, abyś rozważył mą propozycję. – nalegał naczelnik – Dzierżę władzę w tym miejscu. Jeżeli tylko tak rozkażę… jutro możesz stąd odejść, całkowicie oczyszczony z zarzutów.

Deviosowi ciężko to przeszło przez gardło, lecz mimo wszystko mówił szczerze. Udałem więc zaciekawienie, czekając na rozwój wydarzeń. Choć zastanawiałem się z jakich zarzutów miałem być oczyszczony skoro żadnych mi nie przedstawiono.

– Chciałbym abyś mnie przemienił. – wypalił

Czego jak czego ale tego nie mogłem się spodziewać. Mogłem się nie zgodzić, ale wtedy cały plan ucieczki wziąłby w łeb. Takim ludziom się nie odmawia. Spokojnie, decyzja należy do ciebie, lecz później słuch by o mnie zaginął.

– Trzeba było tak od razu. – uśmiechnąłem szczerząc kły – Krwi nigdy nie jest dość.

Zgodziłem się gdyż to gwarantowało mi nietykalność ze strony władz i szanse na wykombinowanie nowego planu.

– Skoro się zgodziłeś to pokaże ci coś. – oświadczył Devios sięgając do szuflady biurka – Kupiłem to od jakiegoś wędrowca. Zapewne będziesz sceptycznie nastawiony lecz zapewniam cię iż jest to autentyk.

Wreszcie udało mu się znaleźć to czego szukał. Podał mi z szacunkiem małą drewnianą skrzynkę a ja zajrzałem do środka.

W środku była szczęka. Przyjrzałem się bliżej. Wyjątkowo długie kły świadczyły o tym że zęby należały do wampira. Wziąłem przedmiot do ręki. Na spodzie znajdowała się mało czytelna, jakby zamazana specjalnie informacja o tym gdzie owy przedmiot został zrobiony i z jakiego materiału.

– Autentyk. – stwierdziłem. Nie byłem pewny czy naczelnik został wyrolowany czy to mnie chciał wyrolować. Tak czy inaczej wpadłem na genialny pomysł.

Odłożyłem pudełko na bok po czym wstałem.

– Nie chce abyś w zamian za tą drobną przysługę uwalniał mnie z więzienia. – powiedziałem zbliżając się do niego. – Gdy cię przemienię będziemy tu razem żerować. Jako naczelnik będziesz musiał zająć się naszą przykrywką. Strażnicy na pewno zainteresują nagłym wzrostem zgonów.

– Zgoda. – odpowiedział błyskawicznie – Chcesz to zrobić teraz?

– Oczywiście. W końcu trochę zgłodniałem w drodze, potrzebuję jednak jeszcze jednej przysługi.

– Czego tylko sobie zażyczysz. – zapewnił

– Powiedz mi gdzie trzymasz wszystkie więzienne klucze – spojrzałem mu w oczy wykorzystując przy tym swój dar przekonywania. – Dzięki temu, jeżeli nie dotrzymasz obietnicy, będę w stanie bez problemu zapewnić sobie ucieczkę.

Devios energicznie pokiwał głową na znak że się zgadza.

Zbliżyłem się do szyi nieszczęśnika. Słyszałem bicie jego serca. Krew przyjemnie szumiała w mych uszach. Chwilę później rozległ się przeraźliwy krzyk.

 

***

-Ugryzłeś go – zapytał elf ze strachem?

– Oczywiście, przecież jestem wampirem do diaska – odpowiedziałem dumnie wypinając pierś – Motyw to ucieczka a to jest narzędzie zbrodni – rzuciłem mu sztuczne wampirze kły, które zwinąłem z pudełka – Będziesz prowadził dochodzenie czy może weźmiemy się za ucieczkę.

Lirentor złapał się za głowę nie wierząc w to co widzi.

– Dziabnąłeś go tą zabawką? – zapytał podnosząc zakrwawioną szczękę z podłogi

– Oczywiście. Przecież wiesz, że po krwi mam lekką niestrawność. – zrobiłem obolałą minę. – Ale on się niedługo zorientuje się że to tylko farsa. Dlatego uciekamy przed świtem.

– Pomyśli po prostu, że nie zadziałało czy jakoś tak i ponownie cię wezwie.

– Przecież zwędziłem mu szczękę i… – wyjąłem z kieszeni pęk kluczy – …klucze do naszej wolności. No co? Przecież musiałem improwizować. – wyjaśniłem gdy zauważyłem jak się krzywi.

– Przecież żadne klucze nie pozwolą ci stąd uciec. – wyjaśnił

– Żadne na pewno nie, za to te na pewno. – zatrzęsłem pękiem kluczy – Poza tym musimy uciekać, jeżeli nie chcesz, żeby przebili mnie kołkiem i ciebie przy okazji też. Bo w oczach strażników jesteśmy równie winni. Nie powinieneś się jednak tym przejmować gdyż, plan ucieczki zupełnie się zmienił. Szanse na powodzenie wzrosły o połowę.

– O połowę? – zapytał elf – W takim razie, jak przedtem przedstawiały się nasze szanse?

– Jeden do pięćdziesięciu na ucieczkę przy poniesieniu pewnych strat – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Jeden do stu, że wyjdziemy żywi obaj.

– Świetnie – prychnął z niezadowoleniem elf

Ostatnie chwile wyglądały następująco: Lirentor ruszył aby poszukać Jednookiego a ja… no cóż, nie robiłem nic. Miałem tylko nadzieję, że elf zdąży przed świtem.

 

***

 

Elf obudził mnie oznajmiając, że znalazł Jednookiego, który czeka już na zewnątrz. Wstałem więc z podłogi na której przyszło mi spać i ruszyliśmy do wyjścia.

Powitałem starego przyjaciela. Wbrew temu co zapewne wyobrażał sobie elf, Jednooki miał oczy na miejscu. Jego wzrost liczyłem na około dwa i pół metra. Według naszego kanonu, był gigantem. Na dodatek jego muskulatura była doprawdy zadziwiająca. Posturą rzeczywiście przypominał wymarłe już setki lat temu cyklopy.

Teraz gdy już wszyscy byli w komplecie, pokrótce wytłumaczyłem im na czym plan miał polegać.

– Przecież to się nie uda. – próbował mi to wybić z głowy elf – Źródło pola siłowego też jest otoczone polem nie przekraczalnym w obie strony. Żadna żywa istota nie jest w stanie tego dokonać… – przerwał nagle, chyba zaczęły dochodzić do niego słowa, które sam wypowiedział.

– Masz rację: żadnej żywej istocie by to się nie udało.

– Ty martwy draniu. – uśmiechnął się Lirentor – Chcesz mi powiedzieć, że równie dobrze mógłbyś stąd wyjść w każdym momencie? Jak ty tu trafiłeś?

– Na ochotnika – odpowiedziałem z uśmiechem.

 

W centralnej części kopuły znajdowała się gigantyczna kamienna wieża, z której szczytu rozchodziło się pole siłowe. Legenda głosiła, że mieszkał tam ponad tysiącletni mag, który nieustannie podtrzymuje pole. Inni twierdzili, że pole było tak naprawdę żywym organizmem, który raz na jakiś czas przyjmuje ofiary z młodych dziewic dostarczane mu przez strażników.

Ja miałem o tym trochę inne zdanie. Moje prawie, że tysiącletnie doświadczenie podpowiadało mi że Ognisty Deszcz, który nawiedził nas wraz z pierwszym Cyklem, przyprowadził na ziemię coś więcej niż tylko śmierć i zniszczenie. Dodatkowo największe osiągnięcie naszych jakże potężnych arcymagów – nie było tak naprawdę ich osiągnięciem. Lecz o tym mieliśmy się jeszcze przekonać.

Zrobiliśmy, więc tak jak plan przewidywał: elf wraz z Jednookim zajęli się walką, aby zabezpieczyć moje tyły. Ogłuszyli strażników, którzy znajdowali się w okolicy wieży. Jeżeli zauważyli by co się wyprawia, natychmiast zleciała by się na nasze głowy cała armia.

Podbiegłem do żelaznych drzwi i po kilku nieudanych próbach udało mi się znaleźć klucz do magicznego zamka. Natychmiast zacząłem wspinać się po schodach a była to wyjątkowo wysoka wieża. Musiałem użyć trochę wampirzych umiejętności, aby znaleźć się na niej szybciej. Mimo wszystko droga była męcząca.

Postanowiłem zerknąć ze szczytu jak idzie mym towarzyszom. Z tego co zauważyłem, szło im świetnie. Niestety jednak, strażnicy zdążyli się już zorientować, że coś się święci.

Nie było ich zbyt wielu, lecz ciągle zjawiali się nowi. Lirentor po mistrzowsku posługiwał się swą kataną a Jednooki, jak to Jednooki, stanął w samym środku zawieruchy i zaczął wymachiwać pięściami. O ile dobrze pamiętam miecze nigdy się go nie imały.

Na wieży panowała dziwna atmosfera. Zapewne jej przyczyną był niebieski kamień lewitujący w centrum, który otoczony był niewielkim polem siłowym. Tak jak sądziłem – musiał tu spaść wraz z pierwszym Cyklem.

Podszedłem do niego. Nie wiedziałem czy plan się powiedzie, nie byłem do końca przekonany czy uda mi się przeniknąć dłonią przez pole siłowe otaczające kamień. Spojrzałem w górę na gigantyczna bankę otaczającą więzienie i zacząłem żałować, że nie przeprowadziłem wcześniej testów. W końcu plan ucieczki miał wyglądać trochę inaczej.

Wreszcie zdobyłem się na to. Chciałem zrobić to jak najszybciej dlatego machnąłem ręką z całej siły chcąc wytrącić kamień z pola.

Nie udało mi się tego dokonać. Moja ręka zatrzymała się na przedmiocie, choć za sukces można by uznać już samo przeniknięcie przez pole.

Najwyraźniej kamień był przytwierdzony do tego miejsca w przestrzeni magicznie. Zacząłem więc rzucać po kolei wszystkimi zaklęciami, które mogły by mi pomóc w tej sytuacji. Po kilku chwilach poczułem, że przedmiot lekko drgnął. Postanowiłem powtarzać ostatnie zaklęcie w kółko.

Kamień zaczął nieznacznie przesuwać się w moją stronę. Zaparłem się po czym z całej siły, obydwoma rękoma zacząłem ciągnąć go w moją stronę. Po kilku wyjątkowo długich i jakże wyczerpujących chwilach udało mi się.

Przyjrzałem się zdobyczy. Wyglądała jak niebieski diament, tylko że taki o kulistym kształcie i wielkości pięści.

Schowałem go do woreczka przy pasie po czym spojrzałem w górę. Jak dotąd nie było żadnych problemów – stwierdziłem przyglądając się jak gigantyczna bańka otaczająca więzienie powoli zaczyna zanikać.

– Panowie arcymagowie, wygląda na to że wasze oszustwo zostało ujawnione – szepnąłem sam do siebie.

Ruszyłem biegiem w kierunku krawędzi, gdy byłem bardzo blisko odbiłem się od niej i zeskoczyłem z wieży. Droga na dół była wyjątkowo długa, lecz zeskoczenie z kilkuset metrów nie było dla mnie niczym niezwykłym – w końcu byłem wampirem.

Wylądowałem lekko na ziemi. Strażnicy wyglądali na całkowicie zaskoczonych. Elf wraz z Jednookim bezlitośnie wykorzystali moment rozproszenia, a ja przyłączyłem się do bitwy.

– Mamy już wszystko. – oświadczyłem wymierzając cios kolejnemu mężczyźnie – Pola już nie ma.

– Mogę już tego użyć? – zapytał Jednooki

– Czemu nie? – zgodziłem się od razu

Mężczyzna wykonał dość skomplikowany ruch ręką. Pojawił się oślepiający blask. Gdy tylko światło zniknęło… cały oddział zorientował się nagle, że gdzieś zapodział się im oręż. Wszyscy stanęli jak wryci za to sprawca całego zamieszania wziął mnie i elfa za ramię, po czym zaczął szeptać jakieś dziwne i niezrozumiałe słowa.

Zaczęło mi się kręcić w głowie i cały otaczający mnie świat, zniknął w mroku.

 

 

***

 

Wylądowaliśmy na skraju jakiegoś, wyjątkowo ponuro wyglądającego lasu.

– Nie mogłeś się powstrzymać co nie? – zwróciłem się do Jednookiego – Deportacja tego żelastwa? To jeszcze rozumiem, ale po co ten blask? Chciałeś zrobić większe wrażenie? I te ruchy rękoma, gdy ostatnio sprawdzałem, było ci to zbędne.

Mężczyzna uśmiechnął się do mnie życzliwie.

– Gdybym nie użył słów, ani gestów zorientowaliby się że coś jest nie tak.  – odparł spokojnie po czym dodał – Uznajmy, że spłaciłem swój dług

Przytaknąłem kiwnięciem głowy, po czym zbliżyłem się do giganta. Uścisnęliśmy sobie dłonie i przyrzekliśmy, że jeszcze kiedyś się spotkamy.

Nim zdążyłem dokończyć ostatnie zdanie Jednookiego już nie było. Tym razem obyło się bez żadnych sztucznych gestów i nie magicznych słów

– Co? Jak?! – wydusił z siebie w końcu elf

– Jednooki może znikać i pojawiać się w innych miejscach. – wyjaśniłem – To się nazywa teleportacja. Potrafi także usuwać dowolne przedmioty z naszego wymiaru.

Dla mnie na początku umiejętności Jednookiego tez były szokiem. Jak to możliwe, że jeden człowiek posiada tak wielką, prawie że nieograniczoną moc. Dość szybko jednak przekonałem się do niego.

– Nie mógł nas od razu teleportować? – zdziwił się Lirentor. – Chciałeś po prostu zwędzić kamień?

– Gdybym nie wyłączył wcześniej pola, teleportacja mogłaby się skończyć dla nas… Jak to ująć. – Próbowałem użyć jak najwłaściwszego słowa. – Jak dla muchy, która spotkała podeszwę czyjegoś buta. A więc? – zapytałem wyczekująco – Co teraz będziemy robić?

– Jak to my?

– No ja i ty. – wyjaśniłem jakby to było coś oczywistego – Myślisz, że po jakie licho wyciągnąłem cię z tej dziury? Przyda mi się trochę rozrywki i odpoczynku od tego wszystkiego. – wyznałem – To czym się zajmujesz w życiu?

– Jestem pogromcą wampirów. – palnął elf.

– A więc jesteś pogromcą wampirów? – zapytałem retorycznie – Zapewne nigdy nie ufałeś wampirom. Gdy kamień cię zmienił, tylko czekałeś aby jakiemuś zaufać. To ma sens. – Uśmiechnąłem się życzliwie do współ-uciekiniera. – To jak będzie?

– Co jak? – zapytał zdezorientowany

– To mogę iść z tobą? – zapytałem jakby to było coś oczywistego – Będziemy razem poskramiać wampiry.

– Moja odmowa nic nie zmieni, prawda? – zapytał elf ze zrezygnowaniem

– Nic a nic – przyznałem

Koniec

Komentarze

Bardzo mi się spodobał pomysł. Trudno o niebanalne fantasy, a tu proszę. Gorzej z wykonaniem, ale tego można się nauczyć. Lekki styl też, IMO, na plus.

Interpunkcja w tekście leży i kwiczy. Czasami stawiasz zbędne przecinki, czasami pomijasz te konieczne. Zły zapis dialogów. Przejrzyj sobie ten wątek.

Poniżej kilka byczków. Pamiętaj, że to przykłady, a nie pełna lista.

Zacząłem używać specjalnych wampirzych umiejętności daru przekonywania jak zwykłem to nazywać. Musiałem użyć trochę magii,

Powtórzenie.

w tym miejscy zrobiłem efektowną pauzę

Literówka.

Co tysiąc lat przychodził Mrok i pokrywał całą ziemię. Po około miesiącu odchodził pozostawiając jedynie zniszczenie. W czasie tego miesiąca na ziemię zsyłane były plagi,

Powtórzenia. Przecinek po ‘odchodził’ – jest obowiązkowy w zdaniach złożonych z imiesłowem.

Dwa wydarzenia to za mało, żeby orzekać o cyklu.

W przewadze kręcili przecząco głowami lub też z odrazą odtrącali mą rękę.

W przewadze to nie to samo, co w większości lub przeważnie.

Wszyscy rzucili się z opóźnienie a nocne warunki sprawiły, że zaczęli siekać się nawzajem, każdym dostępnym pod ręką orężem. Biedacy, nie zdawali sobie sprawy że w tej chwili obserwuje już ich z bardzo daleka.

Dwie literówki. Przecinek po ‘sprawy’.

– Tak. – odpowiedziała krótko.

Oj, elf zmieniło płeć? Ach, ten gender… ;-)

powiedziałem dając mu trzy pozostałe kulki Kage jakie mi zostały

Ni to powtórzenie, ni to paskudny pleonazm. Przecinki po ‘powiedziałem’ i ‘Kage’. Jakie => które.

Całe oddziały zostały zaprzęgnięte do łapania wszystkich magicznych istot oraz tych których parali się zakazaną sztuką.

Których => którzy. I przecinek przed tym.

Babska logika rządzi!

Przede wszystkim wielkie dzięki wielkie za przeczytanie

Za wytknięcie tych wszystkich błędów jak i zauważenie niewielkich plusów opowiadania :)

 

Już biorę się za przyswajanie “tego wątku”

A ten gender to tak przypadkiem :(

Nowa Fantastyka