- Opowiadanie: zygfryd89 - W cieniu mangowca

W cieniu mangowca

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

W cieniu mangowca

Umieram w cieniu mangowca. Liście chronią mnie od palącego słońca, zielenią się, szumią i tańczą, choć nie ma wiatru. Mógłbym je oglądać cały dzień.

Nieopodal znajduje się moja wioska. Nie powstałaby, gdyby nie to drzewo, jest jego najwspanialszym owocem. Widzę wychudłe, czarne sylwetki, które obserwują i czekają, aż dołączę do przodków.

Boję się tego. Będę musiał wytłumaczyć się z wielu występków, spojrzeć w oczy ojcu. Najbardziej jednak obawiam się tego, którego zwaliśmy Przybyszem. Wiem, że na mnie czeka.

Przybysz. Nieznajomy. Obcy. Przypominam sobie cudny czas mego dzieciństwa, nim zaczął nawiedzać naszą wioskę.

Życie toczyło się wtedy spokojnie. Wszystkie dni były takie same, lecz każdy wieczór inny. Uwielbiałem chwile, gdy słońce krwawiło, kryjąc się przed naszym wzrokiem. Okoliczne trawy przybierały wtedy kolor złota, odległe, rozłożyste akacje, jedyna szczerba na horyzoncie, przypominały nieruchome cienie owadów, a nasz mangowiec zdawał się płonąć. Obawiałem się trochę, że podczas któregoś zachodu naprawdę zajmie się ogniem, zamieni się w smutny szkielet, a my pomrzemy.

Słońce znikało, a ponad naszymi głowami rytualną wędrówkę podejmowały gwiazdy. Pod drzewem płonęło niewielkie ognisko, wokół którego zasiadała cała wioska. Pamiętam, jak kojąco trzaskał ogień, odbijał się na twarzach zgromadzonych. Był tam mój ojciec, Bishaka, pierwszy z myśliwych, zawsze poważny i dostojny. Była moja matka i jej matka. I Bujune, mój najlepszy przyjaciel, kaleki, radosny chłopiec. Była Masika, którą zawsze miłowałem, i jej dziadek, wódz, najstarszy z całej wioski. W ciemności wokół nas wszystko żyło i wszystko było niebezpieczne, lecz ognisko i drzewo sprawiały, że się nie baliśmy.

Snuliśmy opowieści każdego dnia. Chyba że padało, co było niezwykle rzadkie.

Głos mógł zabrać każdy. Opowiadano o wszystkim. O ptaku, który spadł z nieba niczym trafiony gromem, lecz nikt nie zdołał go odnaleźć. O antylopie, która umknęła myśliwym, bowiem wzbiła się ku chmurom na srebrzystych skrzydłach, i o duchach przodków, co zeszłej nocy stukały w ściany lepianki. O gwieździe, która podejrzanie wędrowała po niebie, i o krowie, gdyż nie chciała się ocielić z powodu rzuconej klątwy.

Wydaje mi się, że pamiętam każdą z tych opowieści.

Aż pewnego razu do naszego ogniska zawitał wędrowiec. Pojawił się znikąd, a my nie mieliśmy prawa go odegnać. Nie zdołaliśmy się dowiedzieć, kim jest ani dlaczego do nas przybył. Niektórzy twierdzili, że wyszedł z ziemi, spadł z nieba lub zrodził go mangowiec. Inni widzieli w nim ducha, lwa, wcielenie boga.

Był niezwykły. Inny. Pamiętam jego język, długi jak u jaszczurki, oraz palce niczym szpony sępa. I przerażające jasne oczy. Gdy na ciebie spoglądał, wydawało się, że zaraz ukradnie twego ducha. Na ciele nie miał żadnych ozdób, więc wydawał się nagi i biedny.

Dosiadł się do nas i słuchał naszych opowieści. Zaproponowaliśmy mu poczęstunek, lecz odmówił. Poprosił jedynie o kilka łyków wody, by ugasić pragnienie.

A gdy księżyc przemierzył pół nieba i mieliśmy udać się do swych domów, wódz zapytał Przybysza:

– Czy jest w tobie historia, którą chciałbyś nam przekazać?

Była.

Miał prześliczny, melodyjny głos. Opisał nam losy strasznego stworzenia. Pamiętam, że się nie bałem. Nikt się nie bał. Owa potwora żyła w wielkiej wodzie, a takiej nie było na naszej ziemi. Słuchaliśmy jak zaczarowani. Ktoś szeptał, iż Przybysz postradał zmysły, lecz wówczas wódz, najmądrzejszy z nas wszystkich, uciszył go, stwierdzając, że taka woda naprawdę istnieje.

Nikt wcześniej nie doświadczył historii, która działa się tak daleko za horyzontem.

Bujune słuchał z otwartymi szeroko ustami, Masika nie odwracała oczu od przybysza. Nawet mój ojciec wydawał się być pod wrażeniem.

Gdy Przybysz skończył, podziękował nam wszystkim.

– To my powinniśmy podziękować tobie – powiedział mój ojciec.

– Nie – rzekł z uśmiechem przybysz. – Dałem wam jedną opowieść, a wy mi tak wiele.

Później odszedł i zniknął w mrokach nocy, dosłownie rozpłynął się w powietrzu.

Od tamtej pory nawiedzał nas każdego wieczoru. Opowiadał historie tak niezwykłe, że zapierały dech w piersiach. Nasze proste podania nie mogły się z nimi równać, toteż odzywaliśmy się coraz rzadziej, aż w końcu nikt nie opowiadał o antylopach czy duchach przodków. Nieznajomy roztaczał przed nami wizje dalekich miejsc, których nigdy nie mieliśmy zobaczyć.

Przemawiał całymi wieczorami, a my słuchaliśmy. Zawsze prosił jedynie o łyk wody.

Wiele księżyców potem nastała susza. Ziemia pomarszczyła się niczym umierająca starucha, mangowiec stracił kolory, a słońce wydawało się czerwone jak ciekawskie oko potwora. Cierpieliśmy z pragnienia i głodu. Nawet w cieniu mangowca nie znajdowaliśmy ukojenia.

Gdy wieczorem usiedliśmy dookoła ognia i Przybysz poprosił o wodę, wódz rzekł do niego:

– Nasze ziemie wyschły.

– Rozumiem. Mimo to chciałbym ugasić pragnienie.

Wódz widząc, że Nieznajomy nie rozpocznie opowieści, dopóki nie zwilży ust, rozkazał zabić ostatniego cielaka. Potem podał mu kubek pełen krwi.

Przybysz wypił i rozpoczął opowieść. Jak zawsze była niezwykła.

Susza nie ustępowała. Umieraliśmy z pragnienia. Nie mieliśmy na co polować, gdyż wszystkie zwierzęta padły. Żuliśmy suche liście mangowca i okoliczne trawy.

Ale dla Nieznajomego zawsze mieliśmy napój.

Pewnego ranka obudziłem się i wyszedłem z lepianki. Słońce piekło bezlitośnie, a gałęzie mangowca zwisały żałośnie, jakby drzewo płakało.

Jedna bardziej od innych. Wisiał na niej Bujune, mój najlepszy przyjaciel.

– I tak by nie przeżył – powiedział mi potem ojciec.

Gdy słońce zasnęło, podali krew kalekiego chłopca Przybyszowi.

Na spieczonej, martwej ziemi coś wyrosło. Sprzeciw wobec takim praktykom. Początkowo cichy, ledwo słyszalny.

Niedługo potem susza ustąpiła. Gdy zaproponowaliśmy Przybyszowi wodę, odmówił.

– Dajcie krwi – zażądał.

I na mangowcu, mimo głosów oburzenia, zawisła kolejna osoba. Księżyc później kolejna.

– Musimy się opamiętać – przemówił pewnego dnia wódz. Zebrał nas pod drzewem, nim zaszło słońce, zanim przybył Nieznajomy. – Powinniśmy wrócić do naszych opowieści. Dziś go przegnamy.

Nie sądziłem, że się uda, lecz byłem za tym całym sercem. Bałem się. Tego, że Masika, z którą pragnąłem założyć rodzinę, zawiśnie na drzewie, że zawiśnie na nim moja matka, że ja zawisnę.

Co niezwykłe, udało się. Porozmawialiśmy z nim, a on obiecał zostawić nas w spokoju. Odszedł. Rozpłynął się w ciemności.

Następnego ranka wstałem, ciesząc się jak dziecko. Byłem pełny wiary w dobrą przyszłość. Przemierzałem wioskę z uśmiechem na ustach i spojrzałem na drzewo. Serce zatrzymało się w mej piersi.

Wódz wisiał na gałęzi, a jego ciało wyglądało jak jedna wielka rana. Obok stał mój ojciec, cały we krwi, zdzierał ze starca skórę.

Wydawało mi się, że kątem oka dostrzegam Przybysza, który stoi wśród traw i przypatruje się tej scenie z aprobatą.

– Ojcze, dlaczego? – zapytałem ze łzami w oczach.

– Ktoś musi przewodzić opowieściom – odparł.

– Ale przecież…

– Ktoś musi. A on się nie nadawał.

Bishaka zaczął rządzić wioską. Co wieczór pił krew i opowiadał wspaniałe historie. Gałęzie mangowca uginały się od ciężaru pomordowanych. Bałem się każdego następnego dnia. Unikałem spoglądania na drzewo.

Mój ojciec oddał Masikę innemu. Bolało potwornie. Byłem jego prawą ręką, uginałem dla niego gałęzie, gdyż bałem się przeciwstawić, a on tak mi się odwdzięczył.

Nasza wioska zaczęła umierać, a mangowiec usychać.

W pewną bezksiężycową noc, gdy wróciliśmy z opowieści, ojciec ułożył się w swym łożu i natychmiast zasnął. Długo zbierałem w sobie siłę na tę chwilę. Czułem się jak młody lew stąpający pośród traw. Stanąłem nad ojcem i mimo ciemności, mógłbym przysiąc na duchy przodków, widziałem krew na jego ustach. Później, gdy przebiłem mu pierś dzidą, pojawiło się jej więcej.

Następnego wieczoru to moje słowa niosły się echem pośród skąpanych w mroku traw. Nie opowiadały o dalekich krainach, lecz o naszych ubogich ziemiach. Mimo to były cudowne. Gdy je wygłaszałem, wydawało mi się, że widzę Przybysza, który siedzi wśród nas przy ognisku. Gdy nazajutrz wieszałem na gałęzi mangowca męża Masiki, jestem niemal pewien, stał tuż za pniem. Gdy wziąłem Masikę siłą, a ona płakała, miałem wrażenie, że Nieznajomy stoi za ścianą i przysłuchuje się temu wszystkiemu z uśmiechem.

Piłem i opowiadałem. Uwielbiałem to.

Przyszli po mnie pewnego poranka. Była tam Masika, moja żona, matka dwójki moich dzieci. Widziałem nienawiść w jej oczach, wreszcie nie musiała jej ukrywać. Mężczyźni wywlekli mnie z lepianki i przebili mój brzuch dzidą.

Powiesili mnie za ręce na drzewie. Teraz czekają. Gdy na niebie zaświecą gwiazdy, któryś z nich wypije moją krew. A może wszyscy? Żałuję, że nie usłyszę ich opowieści.

Spoglądam na drzewo, jakby w nadziei, że zobaczę na nim owoce. Za chwilę odejdę do przodków, lecz ono wciąż będzie tu stało. Nieco uschnięte, acz wciąż piękne. Póki mangowiec żyje, jest nadzieja dla mojej wioski.

Spoglądam na rozpalone słońcem trawy i widzę go. Jasne oczy i okropne szpony. Krew na ustach. Boję się, że podejdzie i zacznie swą opowieść.

Później płaczę i wspominam czas, nim się pojawił. Ciepłe wieczory, pierwsze gwiazdy, kojące trzaskanie ognia. Życie, w którym największym problemem była niezdrowa krowa i tajemnicze stukanie w ścianę lepianki.

Zamykam oczy i czekam.

Umieram w cieniu mangowca.

Koniec

Komentarze

Dobry tekst! Powodzenia w konkursie. :-)

Aha, gdzieś masz "zawszę".

Babska logika rządzi!

A dziękuję. I wzajemnie :)

Oooo, ładna klamra i mocny, afrykański magiczny horror w środku :) Dobre!:)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Trzymająca w napięciu, ciekawa historia, afrykański klimat widać wszędzie, a to wszystko opisane ładnie i obrazowo. Wniosek? Stałeś się, zygfrydzie, jednym z faworytów. Trzymam kciuki, bo do tej pory żaden przeczytany tekst z Fantastycznej Afryki nie wywarł na mnie takiego wrażenia ;)

…tylko liczebność wioski określ, bo wisielców musi wielu było… :) jedyny zgrzyt :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Liczebność – dużo :)

Nie podawałem takich konkretów – miejsca akcji, czasu, liczb – bo wydawało mi się, że dzięki temu opowieść (przypowieść?) będzie bardziej uniwersalna. Ale może niesłusznie, zastanowię się nad Twoją sugestią, Rybo :)

Masz tam przeskok czasowy – do momentu, gdy kobieta, juz matka dwójki jego dzieci, z nienawiścią… No, co najmniej dwa lata jak nie więcej. Zastanowiło mnie, jak to tak – przez dwa lata im nie zabrakło mięska do wieszania/upuszczania posoki? :) Na moje, po takim genocydzie, powinien zostać tylko główny bohater i jego pragnienie :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jak tak jednego powiesili, to mieli tej krwi na dobre kilka tygodni :) Zakładając, że wioska liczyła kilkadziesiąt osób, to powinna się wyludnić po jakiś 3-5 latach.

Człowiek o przeciętnej masie ciała ma ok. 5 litrów krwi. Jeden kubek to około 300 ml. Krew się psuje lub wysycha, zwłaszcza w upale – no, przy dobrej woli czytelnika (że mają tam jakiś sposób na przechowywanie schłodzonej krwi bez dostępu do tlenu) jeden tydzień picia.

Wioski o liczebności -dziesiąt nie ma po roku, góra półtora.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Albo pozyskiwali w miarę potrzeb z ciała :) Wiem, wymyśliłem ten argument przed chwilą i teraz czytam, co się dzieje z krwią człowieka po śmierci. Z tego co widzę, jest to możliwe, ale mogę się mylić. Może ktoś mądrzejszy się wypowie.

300 ml to burżujstwo w Afryce. Myślę, że w taki kubku było bardziej 100 ml. W końcu Nieznajomy wypijał zawsze kilka łyków.

Jeśli mieliby pozyskiwać z trupa, to uwzględnij jeszcze fazy rozkładu ciała… ;) Poczytaj :) Może na coś wpadniesz :)

 

Sto czy trzysta, jeden pies. Chodzi o czas przydatności do spożycia.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Robi wrażenie, zaciekawia od początku i trzyma w napięciu do końca. Powodzenia.

Bardzo mi się podobało: ciekawe, trzymające w napięciu, bardzo ładne skomponowane.

Myślę, że sukcesywne skrwawianie więźniów było by bardziej ekonomiczne. I chyba straszniejsze.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Mroczne i niepokojące. Konstrukcja opowiadania jak zwykle bez zarzutu.  

Przeczytałem. Doceniam, co docenić należy, i zwiewam, bo nie lubię takich rzeczy.

O, zaciekawiłeś mnie, Adamie. Może rozwiniesz temat swojego nielubienia?

Po drugie, dziękuję wszystkim za przeczytanie.

Po trzecie, czy ktoś się pokusił o interpretację tego opowiadania? Bo to mój pierwszy tekst tego typu i nie wiem, czy został odczytany tak, jakbym chciał.

 

Myślę, że jest to alegoria opowiadająca historię iddylicznej Afryki, która niczym kiepska dziw… kobieta ciężko pracująca, znaczy się, która stoczyła się do rynsztoku delikatnie tylko popchnięta.

Najpierw jest cacy. Przybywa jednak biały sku… no ten, człowiek, najpierw rżnie autochtoonów na zasoby, a potem toczy z nich krew. Znaczy, pewnie, odniesienie do wojen i niewolnictwa. A potem, biedne Murzyniątka, tak rozsmakowały się w zarazie chciwości i żądzy władzy przyniesionej razem z kocami i paciorkami, że sami się wybijają, już bez udziału białych ludzi. W tej drugiej kwestii jednak “Cesarz” Kapuścińskiego to lepsza lektura ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

jednak “Cesarz” Kapuścińskiego to lepsza lektura ;)

W to nie wątpię :)

Odebrałam opowiadanie podobnie jak PsychFish: biały człowiek przyszedł, pokazał wypasioną technologię (ten perkal!), powykorzystywał. W końcu dał sobie wytłumaczyć, że ma iść w cholerę. I dopiero wtedy okazało się, że jest tragedia, bo do starego sposobu życia wrócić nie sposób.

Babska logika rządzi!

Zygfrydzie, doceniam, nawet wysoko oceniam sposób, wybrany przez Ciebie dla zilustrowania zjawiska, opisanego przez PsychoFisha. To, że innymi slowami, mało “politycznymi i dyplomatycznymi”, nazwałbym i opisałbym, nie ma większego znaczenia, bo chodzi o to samo.

Za błąd techniczny uważam kwestię wytaczania / utaczania krwi z ofiar. Jak przechować w stanie świeżości kilka litrów? Stopniowe utaczanie w połączeniu z odpowiednim odżywianiem, by ofiara nie sczezła przed czasem, jest logiczniejsze moim zdaniem.

Co do nielubienia – trudno sprecyzować odnośnie Twojego (dobrego) tekstu, ale tak ogólnie to nie lubię bałwaństwa i bałwanów, a to oraz ich, w bliskim skrajności wydaniu, pokazałeś (powtarzam: dobrze i ciekawie). Nie miałeś wyjścia po przyjęciu założeń fabularnych i przekazu, więc ani słowa wybrzydzania z mojej strony – to tylko podanie przyczyny “zwiania w podskokach”.

Dzięki, Adamie, za konstruktywną opinię. Zdaję sobie sprawę, że zjawisko, które opisałem, jest tak naprawdę o wiele bardziej złożone, ale taką przyjąłem konwencję, a i limit znaków też był ograniczony.

Gdy Przybysz skończył, podziękował nam wszystkich

Wszystkim :)

 

Przeczytane.

 

EDIT: Nominowane.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

“Wznosiła się wioska…” – dziwny to dla mnie czasownik jak dla wioski, zgrzytnął mi.

 

“melodyczny głos” – czy nie chodziło Ci o melodyjny?

 

“Bishaka zaczął rządzić wioską. Co wieczór pił krew i opowiadał wspaniałe historie.“ – Dopóki nie sprawdziłam, że to imię już raz padło na początku, myślałam, że Bishaka to przybysz. Dziwię się, że nie napisałeś “ojciec”…

 

I dziwi mnie też to, że główny bohater, który przecież zdawał się chcieć ukrócić proceder krwawych opowieści, sam zaczął je opowiadać…

 

Ogólnie opowiadanie niezłe.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Opowiadanie jest ładnie napisane, czyta się z przyjemnością. Czy oddaje klimat Afryki, to nie wiem, ale się dowiem, bo na jesień będę w RPA. Generalnie ciekawa lektura.

 

Pozdrawiam

Mastiff

Dzięki za opinie i poprawki.

 

I dziwi mnie też to, że główny bohater, który przecież zdawał się chcieć ukrócić proceder krwawych opowieści, sam zaczął je opowiadać…

Czasami bywa tak, że ktoś sprzeciwia się tyranowi, obala go, a potem staje się jeszcze gorszy. I rzeczywiście jest to dziwne i przerażające.

Podoba mi się to opowiadanie, jest fajnie napisane, są elementy charakterystyczne dla Afryki. Przyjemny tekst, i dobry.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Niezłe, ja również przyłączam się do interpretacji psychoroby. Podoba mi się taki dość beznamiętny ton narracji. Również zwracam uwagę na nieścisłość związaną z ilością trupów potrzebną do wykarmienia przybysza, a teoretyczną liczebnością osady. Tam ciepło jest, a skoro obok żyje bydło, to lata dużo robaków. Zapewne po 2 dobie takiego wiszenia, zwłoki zamieniłyby się w jedno wielkie larwowisko ; )

I po co to było?

Bardzo dobrze oddany klimat tamtych rejonów. Im dalej postępuje opowieść, tym większe uwidaczniają się szaleństwo i groza. Ciekawy styl, interesująca narracja.

Porządne opowiadanie. 

 

Bardzo dobry tekst. Bardzo wyjątkowy i umiejętnie zamykający dopracowaną historię w ramach krótkiej formy. Brawo.

Nie mogę powiedzieć, że w cieniu mangowca było miło do końca. Czy klimat został oddany należycie, nie wiem, nigdy nie byłam w Afryce. Ważne, że przeczytałam porządnie napisaną, interesującą opowieść. Tekst, mimo że niezbyt długi, pomieścił w sobie bardzo wiele.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo mi się ten tekst podobał. Klimatyczny, okrutny, bardzo dobrze napisany. Kawałek naprawdę porządnego opowiadania.

Chociaż – muszę przyznać – ilość mieszkańców wioski oraz sposób pozyskiwania krwi też mnie trochę dręczyły podczas lektury. A komentarze przeczytałam po tekście.

Hm, przeczytałam, a zapomniałam skomentować. Bardzo ciekawe, klimatyczne opowiadanie. Fabuły za dużo nie ma, ale nadrabia nastrojem :) Połknęłam na raz.

Tylko nie "Tęcza"!

Dobre, naprawdę dobre.

Mee!

Zacząłem czytać i pomyślałem sobie – zapowiada się ciekawie, taki przyjemny, trochę senny afrykański klimat, pewnie będzie jakaś opowiastka o zwierzątkach i/lub miłości.

Przybiłeś mnie do drzewa, Zygfrydzie.

 

Oczywiście czytając komentarze doszedłem do tego, że żaden hematolog nie podpisałby się pod twoim tekstem, ale w trakcie lektury takie “techniczne” niuanse fikcji i rzeczywistości zupełnie mi pouciekały. Warto było tu zajrzeć.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki za odwiedziny :)

Klimat pełną parą. Już w pierwszych zdaniach zilustrowałeś słoneczne równiny, mięsiste liście afrykańskich drzew i biedną wioskę. 

 

Postacie potraktowałeś uniwersalnie, ale to tylko zwiększyło wydźwięk tekstu. Może Przybysza mogłeś trochę ubogacic szczegółami, które potwierdzałyby jego przynależność/ rasę, ale wtedy tekst mógłby stracić swoją metaforyczność.

 

Interesująca historia ładnie spięta dobrą klamrą:) Dziwne obchodzenie się z krwią przez tubylców to szczegół, który nie umniejszył przyjemności z lektury ;)

 

I tytuł. Taki przekorny. Trochę jak początek opowiadania sugeruje nam coś familijnego, miłą, radosna fantastykę. Natomiast dostajemy trudną, ciężką tematykę. Spodobało mi się Twoje podejście do niej. Bo o ile zachowanie Przybysza nie było w porządku, o tyle członkowie plemienia też nie pozostali czyści jak łza. Wina leżała po obu stronach, a przynajmniej ja to tak odebrałam:) 

Dzięki za wizytę :) Zawsze miło, jak ktoś wpadnie po latach.

Bardzo ciekawe, klimatyczne opowiadanie.

Dzięki, Anetko :)

Prześliczny tekst, bardzo satysfakcjonująca lektura :)

Dzięki za wizytę :)

Nowa Fantastyka