Recenzja:

Nowa Fantastyka 02/15

Luty. Dziennik pokładowy gwiazdolotu "Czytam"

Ciemność, ciemność widzę…! Nie mogę ani rączką, ani nóżką, ba, nic nie mogę… Noc jest czy ranek? Chyba noc, bo porannego pala też nie czuję…

A jeśli umarłem i tak wygląda po-życie?  Nędza z bidą, kelner, kelner, chcę złożyć reklamację! No dobrze, nie wiodłem przykładnego żywota, ale za przeproszeniem, czarność godną wnętrza odwłoku to chyba jednak powinno się rezerwować dla większych zakapiorów!

 

 – Czy pan szanowny mnie słyszy?

O ho, znajomy, drwiący głos… Znajomy – ale czyj? Metaliczny taki… Zaraz, zaraz… popijawa… dryf… asteroidy… tlen… Achhh – jestem pilotem? Spoko, piloci zawsze mają branie, nawet gdybym nie był pilotem, to byłbym pilotem! Archetypowym uosobieniem młodzieńczej brawury, odwagi, siły, zrównoważenia, słowem – ociekałbym wodospadem zajebistości, a w tej powodzi pławiłyby się najzacniejsze panienki w całym znanym kosmosie!

 

Kołek mam zamiast języka, coś z siebie wydaję, ale to nie są słowa…

 

– Funkcje organizmu będą wracać stopniowo – rozbrzmiewa metaliczny głos. – Rozmową szanownego pana nie zabawię, ale ten kretyński, białkowy system w twojej mózgoczaszce, to pacaństwo wrodzone, zgodnie z procedurą medyczną, muszę jakoś stymulować… – trzeszczy w ciemności złośliwiec. No tak, ani nie mogę mu tajnej, ciętej riposty wujka Staszka, ani nic… Czekaj no…

 

Sztuczniak! Pokładowy sztuczniak!

Ale co to jest: sztuczniak?

 

 – Dobra, poczytam ci, sopelkowy bęcwale, a ty sobie odtajesz… Zżerasz mi moc obliczeniową, baranie… – sarka tajemniczy sztuczniak.

 

I czyta, nie szczędząc mi złośliwych dygresji. Straszy mnie, niejakim Charlesem Yu i jego  „Cyklami”. Opowieścią, zapisem właściwie, z punktu widzenia robota. Maszyny, która w zmowie z innymi maszynami, pokazuje, jak wiele może się dziać każdego ranka w ciągu minuty, jak wiele cykli, jak wiele przemyśleń na temat trudnych relacji robo-ludzkich, jak rodzi się, dojrzewa but – w tę jedną minutę – i jak tuż przed rozkwitem w pełni wpada w klasycznego NOOP-a. Och, zimno mi się od tego robi, jak sobie pomyślę – zależymy od maszyn tak dalece, klniemy na nie, walimy je w złości otwartą dłonią w obudowy, a one przecież nie tylko proste instrukcje w środku mają… Bardzo, bardzo niepokojąca czytanka.

 

I idzie za ciosem, gnida, po Cory’ego Doctorowa sięga, w „Epoce”. Ach, opowieść z punktu widzenia sysopa, dla sysopów stworzona, o sysopowych dylematach i rozterkach, gdy bezduszne tabelki i słupki skutkują decyzją o ubiciu w pełni funkcjonalnej, pierwszej Sztucznej Inteligencji. Sysop, jak każdy porządny admin, doskonale wie, że maszinu po obudowie trzeba głaskać, na światełek mruganie uśmiechem odpowiadać, więc  wzdraga się i lawiruje, aż SI postanawia, po odpowiedniej dawce samoobliczeń, zdecydować, że posiada instynkt samozachowawczy. Bardzo interesujące, nie powiem, jak się tak słucha, więc to tak pasożyty na stałe wpisały nam się w krajobraz… Zły tylko jestem, bo jeden patent tu wykorzystany, który aż sam za dobrze znam, eksploatuję…

Mimo wszystko, cieplej tak mi się zrobiło koło serca. I dużego palca u nogi.

 

Chichocze sztuczniak dalej – o, już wiem, medyczny, pokładowy sztuczniak -  i snuje kolejną opowieść, Mike’a Gelprina historię o „Każdym cywilizowanym człowieku”. Tam to, z punktu małych chłopców, wystawcie sobie, pokazana rzeczywistość post-apokalipsy, w której opiekuńcze roboty dostosowują się do zadań, które dla nich nie były przewidziane – do wychowania człowieka. Robot chowający człowieka, dobre sobie! A mimo wszystko, tak sugestywne, tak obrazowo rozczulająca dobroć tych prostych maszyn w roli rodziców, że zasłuchałem się. Przyznaję, daje do myślenia, jakoś tak mimo przytyków, dobrze mi z myślą, że ta wredna menda chyba chce mnie rozruszać i czyta mi to – o, już wiem, zagraniczna proza – w tej ciemności, żebym samotny się nie czuł.

 

Świetnie dobrane, korespondujące ze sobą opowiadania w dziale prozy zagranicznej. Każde jedno dobre, każde wciąga – warto. O ile, rzecz jasna, kochaliście tradycyjne sci-fi, Bułhakowa i nieobce wam problemy dnia codziennego sysopów. Pamiętajcie, odpowiedź numer jeden to „a u mnie działa” – i oni nigdy nie kłamią.

 

 – No proszę, EEG się uspokoiło… A jak wzroku nie odzyskasz, to co, Brajlem będziesz pilotował?

 

Jak to: nie odzyskam wzroku? O ty dupku kwantowy! A on dalejże, straszyć mnie „Objawienicą” Tomasza Kaczmarka. Rzecz dziwaczna, o tym, by za wszelką cenę podtrzymać przy życiu kobietę o nader pokręconej psychice, morderczych skłonnościach i ogromnym zaufaniu dla własnego niby-męża… Zepsułbym lekturę, gdybym zdradził więcej, ale to jest jedno z tych opowiadań, które trzymają czytelnika zagadką, by nieźle zaskoczyć w finale. Niezły tekst, chyba zostanie w głowie na dłużej. Aż mi wypływa myśl jakaś, niespodziewana, nie wiem skąd – a gorzko przy tym brzmi: „Ale głupi ci Rzymianie…”

 

Chciałbym sobie w tej ciemności pomedytować, pomyśleć, ale nie daje mi, cwaniak, tylko ciągnie mi świadomość dalej, przez „Euforystię” Iwony Michałowskiej. Tak naprawdę, historię pewnego spaceru, której narratorką jest… Hmmm… Powiedzmy, żeby nie psuć, że osoba o nieco innym paradygmacie. Ta zmiana punktu widzenia przedstawiona jest bardzo sugestywnie, coś pomiędzy narkotykową halucynacją a kompletnie dziwaczną ścieżką skojarzeń. Najbardziej spodobały mi się manifestacje, tym niemniej jest to tekst bazujący na klimacie, prezentacji, nie fabule. Interesujący, niezły, ale nie zmienia mi, ciągniętej na sznurku głosu sztuczniaka, świadomości.

 

Zamilkł. Coś słyszę, szum jakiś, może się chłodzi, może coś liczy… Nie wiem, dziwnie tak jakoś, kiedy milczy… O, znów trzeszczy, jak dobrze. Nudno tak w ciemności, powiem wam. Nawet ruszanie i czucie dużym paluchem u nogi nie rozprasza nudy – chociaż staram się, w głowie udaję, że za ten palec coś mnie chwyci, z mroku wyciągnie… Niestety, póki co wysłuchuję „Tuziemców/zaziemców” Jędrzeja Burszty, czyli historii pewnego melanżu przed, bagatela, spodziewaną wizytą Obcych. Melanż ów jest pretekstem, by poeksperymentować z przewidywaniem dokądże zmierza świat mód, designu, nastawionej na formę i szokowanie – ha, nie wahajmy się, jak lżyć, to lżyć – pseudosztuki, ogólnego, masowego gustu, bezrefleksyjnie podążającego za sprytnymi prestidigatorami nowych trendów obyczajowo-kulturowych. Niezłe nawiązanie do tzw. Sceny (ktoś pamięta e-ziny, pierwsze wypaśne grafiki komputerowe lat ’90?), takie krzywe zwierciadło w przyszłości, które odczytałem jako lekką kpinę na temat fałszywego ekstrawertyzmu, w sztafażu dekadenckiego sci-fi. Dobrze napisane? Dobrze. Zostanie w głowie? Niespecjalnie.

 

– Będziesz tak się rozmrażał, alkusie jeden, do późnej starości – grozi mi metalicznym głosem, a potem dodaje: – Pierdzielu!

 

No tak, „Ostatni pierdziel na świecie” Jarosława Urbaniuka to kolejne opowiadanie w ramach projektu „Nowe Perspektywy”. Po niezbyt udanym, jak dla mnie, styczniowym „Tasiemcu” podszedłem ja do tej czytanki z rezerwą. Niepotrzebnie. Na pożarcie dostajemy bowiem starość, tę nieatrakcyjną, pomarszczoną, pachnącą charakterystycznie. Starość, należy wspomnieć, w społeczeństwie, które korzystając z technologicznego daru długowieczności wcale nie zarzuciło kultu atrakcyjności fizycznej, doprowadzając wręcz do absurdu modę na młode, ładne ciało. Tytułowy pierdziel, trochę na przekór, trochę z uporu, gra więc na nosie reszcie świata, celebrując swoje zmarszczki, siwiznę i wszelkie zewnętrzne, ponoć odpychające, fizyczne – a przy tym tradycyjne – karby zostawiane na ciele przez upływający czas. Staje się mimowolnie ikoną, walczy z wszechobecnym naciskiem, by stać się zewnętrznie młodym, lży to sztucznie opakowane istnienie. Jednocześnie dotyka, wspominając zmarłą żonę, jakiejś nieuchwytnej tajemnicy między życiem a przemijaniem i śmiercią. Tylko dotyka, albowiem, zanim ją pojmie… I tu smuteczek. Znaczy, smuteczek w sercu zostaje, a paluchy ruszają się już trzy, żwawo i wesolutko. Chyba jednak nie zestarzeję się w tej czarnodupnej nicniewidzni. Nic to, starość – trudny temat, dobrze dobrany, z użyciem motywu fantastycznonaukowej długowieczności. Tym razem opowiadanie zdecydowanie ciekawe, moim zdaniem wpasowujące się w koncepcję projektu nieźle, choć oparte głównie o emocje i starcie toposu godnej starości z socjologiczną, konsumpcyjną bzdurą. Raziła mnie trochę wulgaryzacja pierdziela, ale przymknę na to oko – wiadomo, do młodych trzeba jakoś dotrzeć.

 

O, proszę, najważniejszy palec powstał!

No, to teraz z górki…

 

W lutowych felietonach, kurczę, trochę słabo. Ślepopisanie Petera Wattsa prezentuje ciekawą, choć nienową, koncepcję, poprzez porównanie do procesów zachodzących w ekosystemach – spokojnie polecę. Łukasz Orbitowski tym razem rezygnuje z najeżonego przemyśleniami orbitowania, za to radośnie i udanie recenzuje przednią, czarną komedię, też warto. Robert Ziębiński  w historii o czystej, chaotycznej nienawiści tak jakoś… Nie wciąga. A, co z przykrością stwierdzam, Rafał Kosik, mimo, że opisuje faktyczne zjawisko, to opisuje je bardzo jednostronnie. Panie Rafale, taki przykładzik z portalu Nowej Fantastyki: pada hasło o potrzebnej krwi. Po półtorej godzinie, w mediach społecznościowych zgłasza się co najmniej trzech potencjalnych dawców. Młotka też, za przeproszeniem, w większości używają idioci, ale nie brakuje młotkowych fachmanów, ba, zdarzają się i młotkowi mistrzowie, od których młotkowania człekowi dech zapiera, takie jest cudne. Wszystko jest kwestią tego, jak narzędzie jest używane i czy jego ciemniejsza strona bardzo szkodzi, czy też mieści się w granicach społecznej tolerancji. Protesty przeciw podpisaniu przez Polskę ACTA – dlaczego inicjatywa tak szybko się rozprzestrzeniła? Pamięta pan? Woli pan, panie Rafale, żeby młotka nie było wcale? Żeby zabronić idiotom młotków kupowania?

Uczulony jestem na takie wycinkowe felietonowanie, zgadza się, taka moja wada. Zgadzam się również, że sieć pełna jest szumu złożonego z bzdur. Nie twierdzę, że zjawisko nie istnieje – twierdzę, że medalu są dwie strony, że ten sam mechanizm, służący “idiokracji”, jest wykorzystywany do dużo mądrzejszych celów równie skutecznie… Ci sami idioci stają się idiotami pożytecznymi, albo wręcz obywatelami walczącymi z naruszaniem ich praw. Jak to, czyżby nie byli idiotami…? Pewnie nie, po prostu dali się namówić komuś, kto dotarł w zrozumiały dla nich sposób.

Tendencyjnie napisane, przykro mi. #takiese #malosmieszne  #idzpanztakatendencyjnosciaprzeciezjestespanwyksztalconyinieglupiczlowiek ;-)

 

Charczę, i charczę, jakby już zrozumialej. Jeszcze trochę… Sztuczniak uznał to chyba za zachętę, bo kontynuuje lekturę.

 

Wojciech Gunia przybliża nam sylwetkę oraz twórczość Thomasa Ligottiego (warto), Maciej Parowski z wyraźną nostalgią – i ciepłą autoironią – opowiada historię NF na przełomie lat ’80 i ’90, Michał Cetnarowski (znacie człowieka? Powinni to dać _mc_ ;-)  ) prezentuje wywiad ze Stefanem Dardą o losach polskiego autora. Swoją drogą, w tym wywiadzie pobrzmiewają echa fandomowych konfliktów i ostracyzmu, rzecz, na którą zawsze patrzę z niezrozumieniem, nie mogąc pojąć tej logiki tłumnej, samostanowiącej. Aż mi się przypomina medialnie rozdmuchana afera wokół zeszłorocznej reklamy „Pyrkonu”, ech… To ciekawe, tak zajrzeć za kulisy autorskiego życia. Jest też w lutowym numerze naprawdę intrygujący artykuł Wawrzyńca Podrzuckiego,  o konfabulacji i cywilizacji (polecam!).

 

Przejaśnia się tak jakoś, czerń stała się szarością…

 – Starczy na teraz – słyszę metaliczny głos, jakby bezosobowy, ale może jednak z taką… troską? Och, sztuczniaczku mój ty opiekuńczy. Wiem, to moja łajba, jam na niej pierwszym pilotem, a ty naszą niańką… Wraca mi pamięć!

 

Zasnąłem? Przebudziłem się? Jakby jaśniej, mgła… Metaliczny głos znienacka kontynuuje czytanie. Andrzej Kaczmarczyk ciekawie opisuje literacki rodowód tolkienowskich hobbitów, dowodząc zacięcia w prowadzeniu badań źródłowych lub owych badań wyników znajdowaniu. Ciekawy tekst. Mateusz Wielgosz przypomina o supremacji węgla jako podstawowego pierwiastka we Wszechświecie. A okładka…

 

Podobno na okładce jest coś o Bizancjum. Dobra żarłodajnia na orbicie Jowisza w Słonecznym, byłem kiedyś… chyba… To nie to Bizancjum? Ach, nie nie, chodzi o Bizancjum w literaturze i filmie fantastycznym, które ciekawie przedstawia Przemysław Marciniak. Muszę przyznać, że rzecz napisana interesująco, szczególnie, że bliżej mi nieznana. Ot, było, żyło, padło, a tu proszę, jaka inspiracja dla autorów, dla scenarzystów i reżyserów… Poznajemy w artykule kilka historii i osób, a także rys nawiązań bizantyjskich, na podstawie lektur datowanych od piętnastego wieku…!

Niejako rozwijając przeglądowy artykuł Przemka Marciniaka, przystępuje do boju bizancyjnego Łukasz Czarnecki, szkicując – a to niespodzianka – sieć powiązań między tolkienowskim Gondorem, a dziejami i bohaterami rzeczywistego Bizancjum. Rzecz brzmi wiarygodnie, podobieństw i inspiracji faktycznie, jakby wiele, a dla mnie najcenniejszy jest kolejny kawałek wiedzy o Cesarstwie Wschodniorzmyskim :-) 

 

Kształty! Rozróżniam kształty! Ręką ruszam!

 

– Podrygujesz jak zdychające żyjątko, uspokójże się, muszę badania zrobić, pijusie… – gdera sztuczniak. Czuję potem jakieś łachotanie, ukłucia, euforia mnie ogarnia – bo coś czuję w ogóle! Sztywność ustępuje, znika, coraz bardziej mogę, prawie już słowa z ust zrozumiałe…

 

Z tej radości kazałem sobie czytać dalej, no bo co to dla sztuczniaka za sztuczka – wielowątkowość? Nawet kobiety na tym zakasuje. Poznałem więc zapowiedzi, zaprezentowane przez Marcina Zwierzchowskiego (malakh), recenzje, zarówno te dostarczone w pocie zaczytanego czoła przez Rafała Śliwiaka, Bartłomieja Paszylka, Tymoteusza Wronkę, Jerzego Rzymowskiego, Jerzego Stachowicza, Joannę Kułakowską, jak i filmowe, gdzie Jerzy Rzymowski grzecznie, acz stanowczo krytykuje finał Hobbita i daje upust rozczarowaniu “Hiszpanką” (czyli dobry film, nieźle przygotowane wykonanie, a potem, jak w polskim filmie, rozjeżdża się…).  A na deserek, o komiksach, Waldemar Miaśkiewicz i Paweł Deptuch.

 

Jest co czytać.

 

Podsumowując numer, bardzo spodobały mi się wzajemnie uzupełniające się teksty na tematy bizancyjne i, najwyraźniej świadomie ułożony pod względem treści, tematyczny dział prozy zagranicznej (w moim prywatnym rankingu, w lutym ponownie zwycięstwo nad działem prozy polskiej, 3:2 i sześć punktów w tabeli 2015). Ale ja lubię tradycyjne saj faj ;-)

 

Oj, kłuje mnie sztuczniak medyczny, całkiem nieprzyjemnie, w dość wrażliwe miejsce. No wiecie, to najwrażliwsze. Że niby badania… A teraz łechocze po kulasie, tak czuję jak przez gruby materiał… Chyba rzeczywiście sprawdza mój stan. Ruszam ustami, siły zbieram, gardło już chyba odtajało, by zwerbalizować wiekopomną wdzięczność, wzruszenie po niezgrabnych staraniach maszyny, jak bardzo doceniam tę kubitową opiekuńczość, tę troskę w nieznanym algorytmie chyba zaszytą…

 – Spierdalaj… – szepczę chrapliwie.

– Ja ciebie też – odpowiada od razu (wiele swoich cykli później), zatykając mi tym gębę, skuteczniej niż próżniowy mróz.

 

End of transmission

 

 

--------------------------

Poprzednie przygody załogi gwiazdolotu “Czytam”:

Styczeń ‘15 – mała wpadka przy asteroidzie.

Listopad ‘14 – zakręceni w czasie.

Październik ‘14 – przystanek na tankowanko.

Wrzesień ‘14 – wielki comeback załogi na szlak!

Czerwiec ‘14 – parszywa przygoda w kwadrancie 66…

Maj ‘14 – klawiszopis znaleziony w kosmosie.

 

Inne recenzje

Komentarze

obserwuj

Hop siup, do góry, moje kangury, czyli lutrecenzji tajl ajns! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Juhu, mój ulubiony recenzent i najlepsze recenzje w polskich internetach! Czytam!

No i czuć się winnym, że czasu na wszystko brak, jak tu tacy entuzjaści? Czy nie czuć?

 

A tam, czniać czucie. Recenzować :-) Dzięki, Hubercie :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Recenzja fertig. Dziękuję za wspólny lot :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ja również bardzo dziękuję. :)

Prąciem uprzejmie, mam nadzieję, że się komus przydaje – licznik odwiedzin na tych recenzjach nigdy nie szaleje ;-) 

A dziękować w sumie nalezy PKS-om – miałem w tych transporterach zła, niespodziewanie dość, dwie godziny dla siebie jednym ciągiem… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka