- publicystyka: see you, space cowboy

publicystyka:

see you, space cowboy

  • jeszcze do niedawna miałem pewien problem z traktowaniem anime na poważnie. a potem cowboy bebop sprawił, że zmieniłem zdanie.
    • (no dobra, kłamię, wcześniej były jeszcze ghost in the shell i spirited away – ale wtedy nie byłoby takiej ładnej figury retorycznej).
    • co mnie zwykle irytuje w anime: konwencja i brak umiaru. bohaterowie gadają za długo, śmieją się zbyt głośno, jedzą za dużo. a kiedy się uśmiechają, to zawsze muszą tak śmiesznie przytakiwać. prawie jak postaci z filmów dreamworks.
  • cowboy bebop to serial s-f, w którym ludzkość rozproszyła się po całym układzie słonecznym; księżyc został zniszczony, ziemia nie nadaje się do zamieszkania. niewydolna policja nie jest w stanie zapanować nad przestępczością na tak ogromnym obszarze i dlatego do łask prędko wraca instytucja kowbojów – łowców głów ścigających rzezimieszków.
    • słowem: dziki zachód na nowo.
    • w dodatku, chociaż ludzkość już dawno opracowała napędy hiperprzestrzenne, w modzie ciągle są broń palna, papierosy i mroczne speluny, w których smętnym myślom strudzonych eks-policjantów przygrywa saksofon. słowem: noir też na nowo.
      • (o jazzowej oprawie dźwiękowej bebopa mógłbym zresztą pisać godzinami, gdybym tylko znał się na jazzie; niestety z powodu analfabetyzmu muzycznego mogłem go traktować wyłącznie jako składnik świata przedstawionego, a jako taki sprawdzał się doskonale, i soundtrack z serialu towarzyszy mi podczas pisania tego tekstu).
        • a odkąd go już napisałem, kilka kawałków, bardziej popkulturowych w formie, szczególnie zapisało się w mojej pamięci. rain, gotta knock a little harder.
    • to przyszłość, ale przyszłość po szyję zanurzona w swoich korzeniach, po których odziedziczyła brud, mrok i inflację.
  • być może dlatego bebop tak dobrze sprawdza się w przypadku osób, które nie są otaku: konwencję anime zastąpiono tu konwencją pastiszu zachodniej popkultury, jej nieustanną mimikrą. to western wymieszany z kinem gangsterskim wymieszany ze space operą. twórcy co chwila mrugają okiem do widza; kiedy w jednym z odcinków ktoś taszczy za sobą na sznurku trumnę w samym środku miasta, corbucci przytakuje z uznaniem.
    • bebop to dobrze nam znane wrażliwość i stylistyka.
    • to wszystkie zagrywki fabularne, którymi nasiąkamy już za skorupki.
      • tyle że chociaż postmodernizm powoli zaczyna nam odbierać przyjemność z rozpoznawania intertekstualizmów (patrz triumfalny powrót worldbuildingu we współczesnych serialach), niesamowitą zaletą bebopa już od pierwszego odcinka okazuje się niesamowity luz, z którym autorzy mieszają te odgrzewane składniki.
        • to sztuka: pomyślcie o kucharzu, który z mrożonek potrafi zrobić świetne danie.
  • inna zaleta, chyba największa: forma. bebop składa się z 26 odcinków po 25 minut każdy.
    • w dzisiejszych czasach, gdy pojedyncze sezony serialowe zmieniają się w kilkunastogodzinne monstra, w których liczy się każdy szczegół, takie miniaturki okazują się niezwykle odświeżające.
      • szczególnie, że odcinki mają kompozycję nowelek, a ciągłość między nimi jest raczej luźna. w rezultacie każda scena musi być maksymalnie dopracowana (i jest), a relacje między postaciami, zamiast rozgrywać się na płaszczyźnie dialogów, robią się znacznie subtelniejsze i wynikają z podejmowanych przez bohaterów akcji. jeśli już zdecydujecie się obejrzeć ten serial, obserwujcie uważnie spike'a i faye, a zrozumiecie, o co mi chodzi.
  • podsumowując, polecam, szczególnie tym, którzy szukają czegoś, przy czym można odetchnąć i uśmiechać się, nawet kiedy bohater umiera (bo tak nakazuje konwencja).
    • a teraz wybaczcie, ale idę pić whiskey i palić papierosy w rytm jazzu i bluesa.

Komentarze

Uwielbiam pisać za pomocą list, do tej pory robiłem to wyłącznie na własny użytek, teraz postanowiłem poeksperymentować. Tekst umieściłem już wcześniej na swoim blogu, teraz go przeformatowałem, żeby zobaczyć, jak przyjmie się forma. Następne w drodze – oby. ;)

Formatowanie tekstu fatalne. Panie, zrób pan coś z tym! A Bebop… Fabularnie najlepsza anime jaka oglądałem.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ja tam zawsze miałem mały fabularny niedosyt, wszystkie odcinki (poza tym zabójczym z lodówką i wspaniałymi finałowymi) są materiałem na coś nieco dłuższego niż 25 minut. Jaka jest w takim razie ocena końcowa anime? I tak jest świetne, jeszcze kilka osób (ciekawe kiedy tu zajrzy beryl) pewnie to potwierdzi.

A to musi być jakaś ocena? ;) Dla mnie to górna półka serialów w ogóle, nie tylko anime. A fabularny niedosyt… czy ja wiem, chyba wystarczy traktować je jak nowelki właśnie, rach-ciach, twórcy wyciskają z pomysłu jak najwięcej w jak najkrócej i idą dalej. Mnie to imponowało. Co do formatowania – przecież pisałem, że specjalnie, więc niezbyt ruszę. Chyba że małe literki, ich przesadnie bronić nie będę.

Potwierdzam, lepszego nie widziałam, a mam za sobą… no dobra, nawet nie będę się przyznawać ile, tytułów. Choć mam kilka, które uważam za równie wspaniałe, ale w zupełnie inny sposób i z odmiennych gatunków.

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Takie pytanie, drogi Autorze, dlaczego Faye albo Spike zapisujesz z małej litery?

Bo cały post był napisany małymi literami.

Nowa Fantastyka