- Opowiadanie: jeroh - Magiczne Ogrody

Magiczne Ogrody

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

AlexFagus, ambroziak, PsychoFish

Oceny

Magiczne Ogrody

Ach, zanurzyć się ponownie w tej różnorodności, gdzie każdy utrwalony umysł jest światem, w tym niezmierzonym oceanie idei! Przyroda wyplata światy na oślep, nie dbając o komfort powoływanych do życia istot. Czasem, przez przypadek, stworzy coś godnego uwagi, ale nigdy aż tak pięknego i wspaniałego jak wizje zsyłane przez Magiczne Ogrody.

Z Kronik Hratgira Jasnobrodego, Przyjaciela Ludzi

 

 

Spotkanie

 

Za południowym krańcem Krainy Zamarzniętych Jezior, gdzie zaczynają się już świerkowe puszcze, tam właśnie, na granicy lasu, po raz pierwszy spotkałem człowieka. Siedząc, obserwował mnie z oddali. Uniosłem ręce i otworzyłem dłonie, gdyż wiedziałem, że w ten sposób ludzie oznajmiają brak złych zamiarów. Kiedy jednak trochę się zbliżyłem, zwierzak gwałtownie wstał od ogniska. Prawą ręką chwycił prymitywną broń, drewniany kij zakończony ostrym metalem, a lewą lekko pchnął młode – człowieczka trzymającego w ręku osobliwy instrument – w kierunku lasu. Młode zniknęło w zaroślach.

Mężczyzna mierzył mnie wzrokiem. Na pokrytej parutygodniowym zarostem jasnej twarzy jeszcze przez chwilę gościło wyraźne niedowierzanie.

– Nie obawiaj się, człowieku – rzekłem. – Olbrzymy nie krzywdzą myślących zwierząt.

Żeby tchnąć w słowa nadzwyczajną łagodność, wspomogłem struny głosowe odrobiną magii.

W efekcie z krzaków wychyliło głowę uspokojone młode – dziewczynka o ciemnej karnacji i włosach czarnych jak smoła. Śliczne stworzonko. Była ubrana w skóry i futro, co zauważywszy lekko się wzdrygnąłem. A przecież olbrzymy nie potępiają uzasadnionej przemocy wobec anisi, zwierzęcej duszy. Podróżując przez tundrę, sam zadusiłem kilka sztuk karibu. Nawet szlachetne, mądre i potężne plemię olbrzymów podlega tyranii biologii; musimy się odżywiać, a ostatnie żelazne owoce zjadłem dwa tygodnie temu. Tak czy inaczej, w pierwszym odruchu, noszenie przez dziewczynkę cudzej skóry uznałem za niewłaściwe. Barbarzyńskie. Co znaczące – samiec miał na sobie innego rodzaju odzienie.

Mężczyzna wypowiedział jakieś słowa. Nic nie zrozumiałem. Sądziłem, że wszystkie tubylcze plemiona mówią po arytańsku. A może mowa Arytańczyków aż tak szybko się zmieniała? Niemożliwe. Ostatnio olbrzymy zetknęły się z nią zaledwie dwieście lat temu, kiedy dwóch ludzkich wygnańców znaleziono na wpół zamarzniętych w pobliżu jednego z Ogrodów.

– Nie obawiaj się – powtórzyłem w jedynym ludzkim języku, który znałem. – Zwą mnie Jasnobrodym. Jestem przyjacielem, zacny zwierzu.

Nie wiedzieć czemu – człowiek roześmiał się wesoło.

– Jestem Grant. Dlaczego nazywasz mnie zwierzęciem? Tym określeniem bez wątpienia obraziłbyś tubylca. Znałem Arytańczyków wystarczająco dobrze. Zresztą większość ludzi uznałaby twe słowa za uwłaczające.

Grant jednak wcale nie wyglądał na urażonego. Raczej na zaciekawionego. Nim zareagowałem, gestem wskazał miejsce przy ognisku. Usiedliśmy wszyscy troje.

– Dobrze cię zrozumiałem, człowieku? Znałeś Arytańczyków? Czy to znaczy, że jakaś klęska spadła na plemiona od tysiącleci zamieszkujące okoliczne ziemie?

– Oto siedzi obok ciebie Ikuri, być może ostatnia przedstawicielka tubylców. A ja jestem najeźdźcą – odrzekł Grant ponuro, po czym spojrzał nad ogniskiem w kierunku zachodzącego słońca.

No tak. Ludzie, wrogowie własnej rasy. Pomilczeliśmy chwilę, a ja taktownie nie przerwałem ciszy kolejnymi pytaniami.

– A więc jesteś legendarnym olbrzymem? – zagaił mężczyzna.

– Nie inaczej. Należę do prastarej i potężnej rasy. Niegdyś podporządkowaliśmy sobie całą Ertię. Jeszcze kilkadziesiąt tysięcy lat temu, podczas świtu ludzi, nazywaliście nas bogami. Podejrzewam, że jesteśmy tak bliscy waszemu wyobrażeniu o nadprzyrodzonych bóstwach jak to możliwe.

– Cóż, może i jesteście – wtrącił Grant, uśmiechając się ironicznie. – Tym zabawniejsze wydaje się, że przy odrobinie pecha jeden z tych bogów mógł przed chwilą zginąć z ręki jedenastoletniej dziewczynki. – Mężczyzna sięgnął po instrument, który dzierżyła mała. – To muszkiet. Prawdziwy gigant z Ciebie, Jasnobrody, ledwie dorastam ci do kolana. Uwierz jednak, gdy powiem, że ta broń, zręcznie użyta, uśmierciłaby nawet kogoś twoich rozmiarów.

Przyjrzawszy się urządzeniu dokładniej, machnąłem ręką.

– Ach tak. Prymitywna broń palna. Gwałtowne spalanie prochu wyrzuca z rury ciężki kawałek metalu. Z dużą prędkością. Żadna podobna broń nie wyrządzi mi krzywdy, bowiem jestem chroniony zaawansowanymi zaklęciami. Nasza tężyzna fizyczna blednie przy potędze naszych umysłów. Magia olbrzymów nie ma sobie równych.

– I też konstruujecie muszkiety?

– Nie potrzebujemy ich. Lecz znamy broń palną. Różnych jej odmian używał pewien gatunek myślących zwierząt. W miejscu, które istniało – zapewne nadal istnieje – na innej płaszczyźnie wszechświata. Zważ ów cud: w zamierzchłych czasach, dzięki wspólnej mocy milionów olbrzymów, otworzyliśmy portale do trzech innych płaszczyzn. Taka jest nasza moc – a teraz posłuchaj o mądrości gigantów. Opuściliśmy obce światy: krainy ze światła i cienia, sięgające chmur miasta z diamentu oraz domenę żywiołaków wody. Wycofaliśmy się nawet z Ertii, gdyż nasi mędrcy doszli do wniosku, że przekształcanie świata na obraz i podobieństwo własnych pragnień jest gwałtem na nim i prędzej doprowadzi do katastrofy, niż zapewni olbrzymom szczęście i spełnienie. Zrozumieliśmy, że najpiękniejsze miejsca są ukryte w nas samych. Że ostatecznym celem powinno się stać zbudowanie doskonałego świata wewnętrznego.

Wtedy dziewczynka, która dotąd jedynie ciekawie na mnie popatrywała, zdobyła się na pytanie:

– I co, udało się go olbrzymom zbudować?

Uśmiechnąłem się.

– Dawno temu, na lodowej pustyni północy, wraz z nasionami zasialiśmy magię. I pośród lodowców rozkwitły z owych pierwocin trzy Ogrody. Rośliny, które tam rosną, karmią nie tylko nasze ciała. Również dusze. Bowiem w kwiatach i drzewach zaklęto esencję umysłów przodków. Ich Wspomnienia. Jest nas pięciuset żywych, ale w Magicznych Ogrodach mieszka pamięć niezliczonych pokoleń olbrzymów. Przebywając tam, jesteśmy z nią w ciągłym kontakcie. Dążymy do stanu najwyższego oświecenia i do jedności z przodkami. Do Doskonałości i Zjednoczenia. Po tysiącach lat pracy nad sobą każdy olbrzym osiąga upragniony cel. Potem udaje się do Serca Zimy, gdzie kończy swój długi żywot.

Człowiek wstał i klepnął mnie po plecach.

– Zatem bądź pozdrowiony, szacowny gościu. Wątpię, czy podła strawa, jaką dysponuję, godna jest boga, ale czy zechcesz towarzyszyć nam przy skromnej kolacji?

 

 

Zemsta szamana

 

Zmierzchało. Wysoko nad horyzontem, pośród punkcików jeszcze ledwie odznaczających się na szarzejącym niebie, świeciły cztery jasne krążki – Tarcze obiegające pustkę Czarnej Gwiazdy. Człowiek sypał do ognia śnieg. Nie rozumiałem po co. Przecież robiło się coraz chłodniej.

Grant zdjął rybę znad dymiących popiołów ogniska. Grzecznie odmówiłem, gdy chciał mnie nią poczęstować, natomiast z wdzięcznością przyjąłem cebulę i upieczone w popiele kartofle. Zanim jeszcze zacząłem jeść, przez nieuwagę nazwałem małą Ikuri zwierzątkiem. Mężczyzna wyraźnie wciąż nie zaakceptował, że moja mądrość i potęga usprawiedliwiają zwracanie się w ten sposób do ludzi.

– Nie znasz nawet mojego języka, Jasnobrody. Żaden z ciebie bóg. Jesteś takim samym zwierzęciem jak my. Przypisujesz sobie ogromną moc, może i słusznie, chociaż podejrzewam, że przesadzasz. Trudno znieść pychę, która przebija przez twoje słowa, gigancie. Trochę skromności przydałoby ci więcej blasku niż zarozumialstwo.

Jak przystało na olbrzyma, ani trochę nie pogniewałem się na Granta za to, że próbował mnie pouczać. Człowieka cechowała przesadna duma typowa dla stworzeń – dosłownie i w przenośni – małych. Uśmiechnąłem się więc tylko pobłażliwie. I nie była to pycha, lecz świadomość przewagi nad resztą świata.

– Wiem, że nie jesteś zwykłym zwierzęciem – tłumaczyłem. – Uwierz, że w moich słowach nie ma złośliwości, nie ma kpiny. Zdaję sobie sprawę, że ludzie na swój niedoskonały sposób odróżniają dobro od zła, że posiadają kulturę, filozofię i rozwijają rzemiosło oraz że nieliczni z nich dysponują nawet niewielkimi zdolnościami magicznymi. Odróżniamy wasze dusze od zwykłej zwierzęcej anisi. Jednak sam musisz przyznać, Grancie – wasza rasa poddaje się wielu niskim instynktom. Odczuwacie żądzę, strach oraz gniew. Nie dość, że je odczuwacie, to wasza wola jest często za słaba, żeby się oprzeć tkwiącemu w was zwierzęciu. Mnożycie się bezmyślnie. Miłość zmieniacie w zazdrość. Przerażeni uciekacie, gdy rozum nakazuje stawić czoła niebezpieczeństwu. Prowadzicie wojny. Folgując niskim instynktom, znęcacie się nad pobratymcami. Pozbawiacie ich życia w imię błędnych idei, dla zabawy, z zemsty lub chęci zysku. Znam ludzi, bo choć mam zaledwie sto sześćdziesiąt lat, to najstarsi z nas mają dziesiątki tysięcy, a pamięć rasy Olbrzymów sięga lat miliona.

Tym razem Grant nie zaczął żartować ani głośno mnie oceniać, tylko zasmucony zwiesił głowę.

– Pewnie się dziwisz, dlaczego zgasiłem ognisko.

– Istotnie.

– Czarne drakki – wyjaśnił. – Jeśli nas zobaczą – zginiemy.

– Nie, kiedy ja tu jestem.

– Takiś pewien swej siły, olbrzymie?

Wzruszyłem ramionami. Oczywiście, że byłem pewien.

– Czym są te drakki? – zapytałem z ciekawości.

– Nie wiesz? Dłuższe niż ty, czarne jak noc latające jaszczury. Zieją ogniem, mają kuloodporną skórę i są prawie całkowicie niewrażliwe na magię. Dochodzę do wniosku, że nie miałbyś z nimi szans. Spaliłyby cię z bezpiecznej dla siebie odległości.

– Smoki?! – krzyknąłem aż rozległo się echo, bo naprawdę mnie zaskoczył.

– Niektórzy i tak je nazywają.

W historii olbrzymów pojawiły się smoki. Spotkaliśmy je w Diamentowych Górach, gdy portale do innych płaszczyzn jeszcze stały otwarte. Nasze gatunki rozstały się w pokoju. Ale na Ertii nigdy nie mieszkały smoki. Grant musiał mówić o innych, podobnych stworzeniach. Jednak nawet jeśli…

– Nie mogę zabijać smoków – oznajmiłem. – To szlachetne, myślące istoty. Jeżeli się pojawią, poproszę, aby zostawiły was w spokoju. Gdyby jednak się nie zgodziły – cóż, nie pozwolę sobie na większą ingerencję w sprawy świata. To byłoby sprzeczne z zasadami olbrzymów.

– Nie wiem, o jakich smokach mówisz, ale drakki są wcieleniem zła.

– Jeśli tak – obronię was. O ile szybko się pojawią, ponieważ rano udaję się w dalszą drogę.

– Możemy wędrować razem.

Pokręciłem głową.

– Wykluczone. Nie mogę podróżować z wami jako ochrona. W ten sposób ingerowałbym w naturalny porządek, z premedytacją uczestniczyłbym w kształtowaniu przyrody i historii.

– Rozumiem – rzekł człowiek, a w jego oczach pierwszy raz ujrzałem złość. – Dość jasno dajesz do zrozumienia, że nie obchodzi cię los nędznych myślących zwierząt. Powiedz mi olbrzymie, jak to się stało, że w ogóle opuściłeś swoje cholerne Ogrody?

Gniew Granta nie mógł zrobić na mnie wrażenia. Odpowiedziałem więc jak zwykle spokojnie i uczciwie:

– Starsi twierdzą, że w Ogrodzie Ymira zbłądziłem do skrzywionych światów, projekcji umysłów olbrzymów zbuntowanych. Albo że zbyt wcześnie dotarłem do Wspomnień najstarszych przodków – odkrywców nowych krain, pionierów i eksploratorów. Wiedz jednak, że porzucenie ukochanych Ogrodów nie przyszło mi łatwo. Wciąż tęsknię. Wrócę do nich, jak tylko zaspokoję ciekawość świata na zewnątrz. Wierzę, że moje unikalne doświadczenia wzbogacą kiedyś zgromadzoną w Ogrodach pamięć przodków.

– Jasnobrody – rzekł Grant – pozwól, że opowiem ci o pewnym filozofie z Nowego Portu. Ach tak, nie wiesz oczywiście. Nowy Port był miastem, największym miastem na tym kontynencie. Stolicą Kolonii. A więc o filozofie. Głupiec całymi dniami przesiadywał na rynku w błocie i obdartych szatach. Opowiadał każdemu, kto chciał słuchać, że prawdziwe piękno i kraina wszelkiej szczęśliwości tkwią w jego głowie. Ale przyleciały czarne drakki i podpaliły go jak pochodnię. Kiedy płonął, krzyczał chyba głośniej niż osaczony wyjec olbrzymi. Może to znaczy, że wcześniej ów głupiec rzeczywiście był cholernie szczęśliwy. Lecz skoro tak, czemu nie chciał ratować tego szczęścia? Czemu nie pomagał bronić miasta lub przynajmniej nie uciekał? Tylko patrzył, jak wszyscy wokół stają w ogniu, jak padają spalone budynki. Może uważał się za tak mądrego i doskonałego, że uznał, iż jest ponad światem? Że jego płomienie i śmierć nie dotyczą?

– Skąd właściwie wzięły się drakki? – zapytałem, kiedy na chwilę przerwał. Uważałem, że jego paralela jest całkiem zmyślna, ale z jakiegoś powodu nie chciałem tego dalej słuchać.

Człowiek znów posmutniał, a złość, od której zaciskał pięści, wyraźnie zmalała.

– To wina moich rodaków i niszczącej chęci zemsty pewnego Arytańczyka. Odkąd sto pięćdziesiąt lat temu na Północnym Kontynencie powstała Kolonia, miejscowe plemiona były powoli wypierane z użytecznych ziem. Przybysze zza Szerokiego Morza potrzebowali żyznych gleb, surowców oraz przestrzeni do życia. Trzeba przyznać, że tubylców traktowaliśmy dość podle, choć wcale nie wymordowaliśmy ich bezwzględnie, jak niewątpliwie wcześniej uznał twój pochopny w ocenie zwierząt umysł olbrzyma.

Miał rację.

– Przed siedmiu laty najwyższy szaman-mag Arytańczyków splótł swoje czary i wzniósł modły. Błagał o zemstę, o unicestwienie intruzów zza morza. W szaleństwie i gniewie zwrócił swą wolę ku Czarnej Gwieździe. Niebawem pojawiły się drakki.

– A my nic nie spostrzegliśmy! Niewiarygodne, że jakiemuś słabemu ludzkiemu magowi udało się otworzyć drogę do Jądra Chaosu. Wasza rasa jest naprawdę nieobliczalna. W najgorszym znaczeniu tego słowa. Historia zna przypadki naruszenia powłoki Czarnej Gwiazdy. Choć nie słyszałem, żeby kiedykolwiek z jej wnętrza wydostały się wielkie, smokokształne stworzenia, jakie opisałeś. Tak czy inaczej – wkrótce rana Gwiazdy zasklepi się sama z siebie, jeśli już tego nie zrobiła. Lecz co wylało się z Jądra Chaosu, już tam z własnej woli nie wróci. Toteż drakki musicie wytępić sami.

– Chylę czoła przed Twoją bezkresną mądrością – zakpił niepotrzebnie Grant – która nikomu się nie przyda. Wystaw sobie, jakie drakki są mocarne: z tuzina smoków, które zgładziły Nowy Port, dwa zabił w samobójczym ataku wielki mag wiatru, jednego udało się strącić artylerii – dzięki działom miotającym wielkie ołowiane kule. Pozostałe bestie rozniosły nas w pył i spopieliły miasto wraz z większością mieszkańców. Tylko dziewięć drakków. Tak naprawdę okazaliśmy się bezsilni.

– Przykro mi.

– Ale żeby przedstawić zdarzenia we właściwej kolejności. Najpierw drakki zabiły szalonego szamana. Potem zabrały się za resztę tubylców. I dopiero wtedy…

– Spaliły wasz Nowy Port – dokończyłem.

– Nowy Port? Gdyby tylko. Spaliły wszystkie miasta, tutaj i za morzem. Z cywilizacji, z odwiecznego pochodu ludzkości ku postępowi, zostały zgliszcza. Ulegli potężni czarodzieje, nie sprostały drakkom armie wielkich królestw. Niedobitki ludzi, jak ja i Ikuri, kryją się w lasach, jaskiniach, ruinach. A drakki nadal zaciekle na nas polują. Wydaje się, że nie spoczną, dopóki nie ujrzą, jak w piekle ich oddechu umiera ostatni udręczony człowiek.

Tak zatem okazało się, że opuściłem Ogrody w odpowiednim momencie. Trafiłem na upadek – może wręcz na koniec – myślącej rasy. To jakbym słyszał obracające się tryby historii świata. Nie byłem jednak na tyle niedelikatny, żeby głośno wyrazić swoje zadowolenie.

 

 

Pies

 

O świcie obmywałem twarz w strumyku, kiedy usłyszałem Granta.

– Witaj, olbrzymie! – zawołał radośnie. – Przez chwilę obawiałem się, że postanowiłeś odejść bez pożegnania. I to nie zdradzając celu swojej podróży do świata ludzi. Choć może powinienem powiedzieć – świata drakków. – W jego ostatnich słowach zabrzmiała smętna nuta, lecz zaraz szeroko się uśmiechnął. – Inaczej: dokąd dokładnie zmierzasz?

Wesołość człowieka była zaraźliwa. Dobry nastrój, który przez większość czasu towarzyszył Grantowi, od początku zrobił na mnie miłe wrażenie. Teraz wręcz mi imponował. Przecież świat Granta spotkała zagłada, a on sam żył w ciągłym niebezpieczeństwie – mimo to jakby śmiał się losowi w twarz.

– Jeszcze nie zdecydowałem dokąd, na razie po prostu idę przed siebie – wyznałem. – Jak próbowałem wyjaśnić wczoraj – napędza mnie ciekawość odkrywcy. To cecha, którą różnię się od innych olbrzymów. Wierzę, że wielki świat kryje wspaniałe tajemnice i chciałbym je poznać.

– Posłuchaj więc o Ukrytym Mieście. To – jakże tajemnicze – miejsce znajduje się gdzieś w Kraju Wygasłych Wulkanów. Kiedyś nie wierzyłem, że istnieje. Jednak handlując z Arytańczykami daleko na zachodzie, natrafiłem na artefakty świadczące o nadzwyczajnej finezji wytwórców. Czarodziej, który mi towarzyszył, stwierdził, że zaklęcia wplecione w niektóre z owych przedmiotów przekraczają jego pojmowanie. Jednym z takich przedmiotów jest moja włócznia. – Grant wykonał gest trzymaną w ręku bronią. – Arytańczycy twierdzili, że te zadziwiające rzeczy pochodzą od „ludzi z pustych gór”. Dlatego razem z Ikuri zmierzamy na zachód, ku górom, gdzie w niebo patrzą kaldery wygasłych wulkanów. Wierzę, że jeśli ktoś uchronił się przed ogniem czarnych drakków, to właśnie ludzie z legendarnego Ukrytego Miasta. – Mężczyzna przerwał zamyślony. Po chwili rzekł:

– Twierdzisz, że przekonania zabraniają ci podróżowania w towarzystwie ludzi. Wszelako możesz po prostu zmierzać w tym samym co my kierunku, tylko przypadkiem spotykając nas od czasu do czasu. Zastanów się nad tym, gigancie.

Gdy bulgotała napełniana przez Granta manierka, między kciuk a palec wskazujący chwyciłem opartą o drzewo włócznię. Broń człowieka otaczała tarcza antymagiczna – niezwykle elegancko skomponowana, wykorzystująca różne cechy drewna i metalu.

Wracając z Grantem do obozu, usłyszałem skamlenie.

Koło ogniska leżało na prawym boku kudłate zwierzę podobne do wilka. Pies. Nie wyglądało, jakby miał długo pożyć. Przypalony pysk wyglądał żałośnie, zaś po lewej stronie tułowia wielka dziura w sierści ziała paskudną, krwawą oparzeliną.

Obok siedziała Ikuri. Widziałem, że przed chwilą płakała. Wysiliłem wolę, żeby stłumić niepożądany smutek, objaw nieprzystojącej olbrzymom słabości, ale i tak poczułem pewną gorycz.

Grant spojrzał zatroskany na dziewczynkę i na ranne zwierzę.

– Byłem pewien – rzekł – że te bestie go pożarły. – Po czym specjalnie dla mnie wyjaśnił:

– Zdarzyło się to przedwczoraj. Trzy czarne drakki. Kiedy zorientowaliśmy się, że nadlatują, Kudłacz wybiegł na otwarte pole i zaczął szczekać w stronę nieba, przyciągając uwagę smoków. Dzięki temu mieliśmy czas na ucieczkę – najpewniej zawdzięczamy mu życie.

– Niezwykłe zachowanie, nawet jak na wiernego psa – przyznałem. – I świadczy o dużej inteligencji.

– Zgadza się. Opowiem ci coś jeszcze. Kilka miesięcy temu spotkałem go pierwszy raz. Pies nie dawał mi spokoju, dopóki za nim nie poszedłem. Cały dzień prowadził do miejsca, gdzie w głębokim wykrocie znalazłem dziewczynkę ze zwichniętą nogą. Sama nie potrafiła się stamtąd wydostać. W ten sposób poznałem Kudłacza i Ikuri. Ikuri później mi opowiedziała, że wpadła do jamy, uciekając z płonącej wioski. Drakki jej nie znalazły – przeżyła więc dzięki szczęściu i oddanemu zwierzęciu.

Pies znowu zaczął skamleć. Człowiek westchnął.

– To przykre, ale chyba jedyne, co możemy uczynić, to skrócić jego mękę – stwierdził Grant, podnosząc muszkiet.

– Nie, Grant, nie rób tego! – desperacko krzyknęła Ikuri. – Olbrzymie! Proszę, opowiadałeś, że jesteś wielkim magiem. Wylecz pieska czarami. Proszę cię, proszę!

Mężczyzna odłożył broń i spojrzał na mnie.

Rozpacz w oczach dziewczynki była naprawdę trudna do zniesienia. Pomyślałem, że nie pogwałcę jakoś strasznie zasady nieingerencji, lecząc oswojone przez człowieka zwierzę.

Ukląkłem przy nieszczęsnym Kudłaczu i sięgnąłem po magię leczącą. Kiedy dotknąłem jego ran, zapiszczał z bólu, więc przelałem swoją energię życiową w zaklęcie znieczulające. Potem skupiłem się na regeneracji. Przez moje ciało przebiegło zimno i drżenie.

– Ukoiłem jego ból – oznajmiłem wyczerpany. – Więc z faktu, że nie skamle, nie wynika, iż już jest dobrze. Jednak dosyć zdrowa skóra powinna ukształtować się w miejscu oparzeń po paru dniach. Potem odrośnie sierść. Niestety, nie zdołam przywrócić psu widzenia w lewym oku. – Wstałem. – Musi dużo jeść. Ja zresztą również – dodałem, czując lekki zawrót głowy. – Przydałoby się coś upolować.

Ikuri ze łzami w oczach objęła mi lewą łydkę. Natomiast Grant, śmiejąc się głośno, klepnął mnie w prawą.

– Jeszcze będą z ciebie ludzie, olbrzymie – zawołał. Wiem, że uważał to za komplement.

Muszę powiedzieć, że w tamtym momencie odczuwałem nie tylko zwykłą satysfakcję z dobrze wykonanego zadania, ale też głębszą przyjemność. Gdy zalała mnie fala uczuć, nie przeciwstawiłem się jej. Każdy olbrzym poczułby niesmak, gdyby zobaczył wyraz wzruszenia na mojej twarzy. Ale czy to była słabość? Nie, jedynie eksperyment – ciekawiło mnie, co czują ludzie.

Pamiętałem też o praojcach rasy olbrzymów, którzy, choć charakteryzowali się opanowaniem, przejawiali szeroką gamę emocji. I giganci o tym wiedzieli, wszak wszyscy spotykali przodków we Wspomnieniach. Toteż można przyjąć, że ścisła etykieta uczuć obowiązywała tylko między członkami społeczności Ogrodów. A tutaj – to nie był żaden Magiczny Ogród, prawda? W każdym razie, szczerze mówiąc, to co poczułem bardzo mi się spodobało. Nie miałem wyrzutów sumienia.

– Jeżeli Kudłacz ma wydobrzeć – poinformowałem ludzi – lepiej, żeby dziś daleko nie chodził. Z tego powodu sądzę, że rozsądnie będzie, jeśli w dalszą drogę wyruszycie jutro. To znaczy wyruszymy – poprawiłem się. – Wszyscy razem.

 

 

Drakki

 

Znalazły nas na odkrytym terenie, nad brzegiem jeziora.

Zaalarmowany przez zaklęcia ochronne wiedziałem, że się zbliżają, nim je ujrzałem.

– Co teraz? – spytał Grant, gdy przedstawiłem mu sytuację.

– Może zastrzelimy drakki z twojego niezrównanego muszkietu? – zażartowałem. Człowiek zrobił minę, jakby nie mieściło mu się w głowie, że posiadam coś na kształt poczucia humoru. Albo że można żartować w takich okolicznościach. Spojrzał na mnie z wyrzutem.

– Schowajcie się – powiedziałem.

– Biegnij! – rozkazała psu Ikuri, wskazując las.

Pies pomknął w gęstwinę.

– Ikuri, ty uciekaj w trzciny – zaproponował Grant. – To dobra kryjówka i niełatwo ją spalić.

– Za chwilę przekonamy się, ile prawdy tkwi w przechwałkach pewnego olbrzyma – rzekł jeszcze, nim sam zniknął z pola widzenia. Uzbrojony w muszkiet i włócznię, przyczaił się za kępką jałowców.

Mimo wiary we własną siłę odczuwałem niepewność. Nigdy dotąd się nie biłem. Oczywiście, wcielałem się w walczących przodków dzięki snom zsyłanym przez Ogrody. Jednakże rozumiałem chyba lepiej niż większość moich współplemieńców, że to nie to samo.

Coś, co mogło być cieniem strachu, przebiegło przez moje trzewia – kolejne nieznajome uczucie. Niby olbrzymy nie lękają się śmierci, ale świat poza Ogrodami krył tyle tajemnic, a ja tak bardzo chciałem je odkryć! Poza tym, gdybym poległ, najpewniej zginęliby również moi towarzysze. Nie mogłem zawieść.

Po chwili je dostrzegłem – trzy strzępy nocy na słonecznym niebie.

Najpierw zbadałem, czy jednak nie da się zawrzeć z drakkami pokoju. Być może Grant się mylił, może tkwiła w nich jakaś iskierka dobroci, na której udałoby się oprzeć porozumienie. Po prostu musiałem to sprawdzić, inaczej nie byłbym olbrzymem. Choć moja biegłość w magii umysłu pozostawiała wiele do życzenia i choć kosztowało to niemało energii życiowej, wysłałem ku najbliższemu z drakków Sondę Magoga. Ześliznęła się po czarnym lodzie złośliwego umysłu. Jednak zdołałem wychwycić zarys uczuć potwora.

To wystarczyło. Nazwijcie mnie naiwniakiem, ale dopiero teraz zyskałem pewność, że muszę je zabić, że żadnym sposobem nie przekonam drakków do powrotu na Czarną Gwiazdę. Ich wola była nieustępliwa jak lodowiec i ukierunkowana na niszczenie. Zrezygnowałem więc z przemowy w języku smoków, który i tak słabo znałem.

Zaatakowałem. Przywołałem Magię Zimy, sprawnie splotłem Lodowy Wicher. Zmrożone powietrze zawirowało, rozbrzmiało głośnym świstem i błyskawicznie dotarło do drakków. Po czym wir rozproszył się na ich antymagicznych tarczach; uformowane z lodu ostre sople z sykiem rozprysły się w mgłę.

Straciłem już dużo czasu i energii.

Nim ochłonąłem po wysiłku, ujrzałem jedną z bestii nad głową. Gorąco, żar! – drakk rzygnął mi ogniem prosto w twarz. Moja broda chyba zaiskrzyła. W ogniu jaszczura była magia, i to zdumiewająco silna, tarcza ledwie wytrzymała napór płomieni. Znowu nieco osłabłem. A dwa pozostałe drakki zbliżały się szybko.

Sięgnąłem więc po ostatnie atuty – Magię Ciążenia i Magię Czasu. Trudne oraz energochłonne dziedziny, które jednak zgłębiałem długo i z pasją. Antymagia drakków nie powstrzyma zaklęcia rzuconego na otoczenie – a przynajmniej taką żywiłem nadzieję.

Najpierw trzykrotnie zwiększyłem grawitację, a od zużytej energii życiowej zakręciło mi się w głowie. Kolejne zaklęcie prawie dwukrotnie spowolniło czas. Świat znowu zawirował, ale utrzymałem się na nogach. Smok wcześniej unoszący się nade mną spadał – odskoczyłem. Grunt zadrżał, trzy głuche uderzenia dotarły do moich uszu; jeden drakk wylądował z przodu, dwa z tyłu. Uziemione smoki powoli pełzły przez rozciągnięty czas i zwiększone ciążenie, a jednak za szybko, za szybko! Świat falował nierealnie. Głęboki ryk ze smoczych gardeł i ogień, wszędzie parzący ogień, bo ziały wszystkie trzy. Tak musi się czuć człowiek, pod którym płonie stos.

Szybko, dolać jeszcze odrobinę magicznej energii do tarczy, by ją wzmocnić! Dolałem, i jeszcze, i – zadziwiające – nadal stałem.

Gryzący dym wypełnił mi nozdrza – to płonęły spodnie. Poprzez ryk bestii usłyszałem huk wystrzału i krzyk człowieka, a poprzez ogień ujrzałem żółte ślepia i zbliżającą się ku memu gardłu długą, rozwartą paszczę uzbrojoną w dwa rzędy ostrych zębów. Jednakże tam gdzie przed chwilą była szyja, smok znalazł tylko moją twardą pięść. Upadł martwy z rozbitą czaszką.

Rzuciłem się ku drugiemu, który jak pies drapał się po pysku, przykładając głowę do ziemi. Zarejestrowałem jego spływający żółtą cieczą oczodół – najwyraźniej kula muszkietu ugodziła go w oko. Uderzyłem z góry stopą, zgruchotałem mu kręgi szyjne.

Trzeci biegł w kierunku Granta. Człowiek leżał z zakrwawioną dolną częścią ciała, w ręku trzymał osmaloną, dymiącą włócznię, a koło niego płonął krzew. Widać, mocna tarcza włóczni ocaliła go przed wypełnionym magią ogniem, ale nie przed uderzeniem szponiastej łapy. Dogoniłem czarnego drakka, skoczyłem na niego od tyłu i skręciłem mu kark, zanim pojął, co się dzieje. Zmęczony stoczyłem się na ziemię.

Spojrzałem na człowieka i zrobiło mi się smutno tak bardzo, że pożałowałem niedawno nabytej wrażliwości.

– Celny strzał, Grant. Wybacz, że drwiłem z twojego muszkietu. Ale po co? Po co wyszedłeś z kryjówki?

– Odwrócić uwagę… Musiałem odwrócić ich uwagę. Spaliłyby cię, głupi olbrzymie.

Bardzo możliwe. A dzięki niemu skończyło się na swędzącej pod przypalonymi spodniami skórze. Nie odniosłem żadnych poważnych obrażeń. Co innego Grant. Dziwiłem się, że może mówić, że nie traci świadomości, że w ogóle żyje.

– Masz u mnie dług wdzięczności – stwierdził. – Pamiętaj o tym, gdy za tysiąc lat spotkamy się w zaświatach. – Po czym odsłonił zęby w uśmiechu. – Za tysiąc lat, czy ile tam żyją tacy jak ty bogowie.

– Chyba mogę ocalić ci życie – rzekłem bez przekonania. W tej chwili miałbym problem nawet ze wstaniem.

– Ale nogi mi nie odrosną?

Pokręciłem głową, mocno zaciskając szczęki.

– Więc pozwól, żebym się wykrwawił. I… Olbrzymie? – Ostatni raz spojrzeliśmy sobie w oczy. – Zaopiekuj się dziewczynką.

Oczywiście, że się nią zaopiekowałem.

 

 

Decyzja

 

Szliśmy w kierunku rysującej się na tle błękitu i czerni sylwetki.

„Tak mi przykro” – mówiły oczy Ikuri.

Nie nazywałem jej już zwierzątkiem, nawet w myślach. Poczucie wyższości, wcześniej niezachwiane, zniknęło. Ludzie rzeźbili pewne uczucia, które olbrzymy tylko tłumiły, błędnie uważając je za przejaw słabości i zezwierzęcenia. Tymczasem w tych uczuciach tkwiła jakość dotykająca istoty egzystencji, coś, czego nie potrafię określić inaczej niż jako „piękno”.

Co ważne, wszystkie emocje, które poznałem dzięki Grantowi i Ikuri, okazały się pożyteczne. Wzruszenie związało mnie z ludźmi, przez co ostatecznie lepiej zrozumiałem zarówno ich, jak i siebie. Strach, w szczególności ten wynikający z obawy o los towarzyszy, pozwolił mi lepiej walczyć. Zaś smutek po śmierci Granta spowodował, że o nim pamiętałem. O jego mądrej ironii i odwadze. O wielkiej pogodzie ducha, jaką sam chciałbym przejawiać. Z samych wspomnień o nim mogłem się wiele nauczyć. Tak, te doznania były przydatne i dobre.

Chociaż tamtego dnia wolałbym nie mieć żadnych uczuć. Tłumione czy nie – sprawiały ból. Gdy rozglądałem się dookoła, chciało mi się płakać.

Pogorzelisko ciągnęło się po horyzont, od czasu do czasu wiatr wzbijał w powietrze tuman siwego popiołu. Pies wyraźnie wyczuwał nienaturalność otaczającego krajobrazu i na wszelki wypadek trzymał się blisko nas.

W końcu dotarliśmy do cierpliwie czekającego olbrzyma.

– Miedzianooki! – krzyknąłem, kiedy go rozpoznałem. – Czy wszyscy zginęli? Jesteśmy ostatni?

– Zginęło dwudziestu dwóch.

– Ile było smoków? – spytałem.

– Więcej niż tysiąc. Musieliśmy zabić prawie wszystkie. Co za żałosne stworzenia! Jak zawzięcie i nierozsądnie atakowały, choć dziesiątkami spadały z nieba martwe, choć w pewnym momencie musiały zrozumieć, że nie przedostaną się przez naszą magię. Dopiero kiedy pozostało kilkanaście smokokształtnych – dały za wygraną i odleciały. – Twarz Miedzianookiego nic nie wyrażała. – W czasie długiej walki Ogrody całkowicie spłonęły. Nie zdołaliśmy ich ocalić.

Jak mógł mówić o tym tak beznamiętnie?

– Czyli pozostałe również. – Nadzieja, którą jeszcze w skrytości ducha żywiłem, ostatecznie umarła. Nigdy więcej nie pogrążę się we Wspomnieniach Przodków.

– Tak. Nie ma już naszych świętych siedzib – podsumował. – Tu, gdzie pulsujące dobroczynną magią rośliny wydzielały przyjemne ciepło, hula zimny wiatr.

No proszę. Na jego opanowaniu zaczęły pojawiać się rysy.

I wtedy zobaczyłem, jak twarz Miedzianookiego wykrzywia się w grymasie bólu. Olbrzym szybko ją zasłonił i odwrócił się. Położyłem mu rękę na ramieniu – została gwałtownie odtrącona. Po chwili znów stanął przodem do mnie, otworzył usta, zapewne, by się usprawiedliwić, lecz już mówiłem ja:

– A może… Miedzianooki, skoro nie ma Ogrodów, może wyruszysz ze mną – z nami – w podróż na południe? Wesprzemy ludzi w zmaganiach z pozostałymi smokami. Odwiedzimy dawne miejsca olbrzymów… – Chciałem kontynuować, lecz zdałem sobie sprawę, że mój entuzjazm trafia w pustkę. A przecież już pojąłem, co się stało z resztą gigantów. On podąży za innymi. Równie dobrze mógłbym namawiać planetę do zmiany orbity.

Wyraz chłodnego opanowania wrócił na oblicze Miedzianookiego.

– Dokąd chcesz, żebym poszedł, Hratgirze Jasnobrody? Miliony pięknych ścieżek, którymi niegdyś podążali herosi naszej rasy, wraz z Ogrodami obróciło się w niebyt. Wszystko na tym świecie ma swój początek i koniec. A koniec gigantów właśnie nastąpił. Podobni bogom, byliśmy najwspanialszą rasą, jaka kiedykolwiek stąpała po Ertii. To oczywiste, że przed olbrzymami nikt nie osiągnął takiego poziomu mądrości i że nikt nie dorówna im w przyszłości. Nawet my sami. Na świecie brak czegokolwiek, co mogłoby mnie zainteresować. Podążaj, dokąd chcesz, Jasnobrody. Łam zasady. Stań się zwierzęciem… – Tu spojrzał na Ikuri. – Jak ludzie. Ja jednak do końca pozostanę olbrzymem.

W mojej głowie pojawił się obraz słusznie zarzucającego mi pychę Granta. Jeszcze niedawno różniłem się od współplemieńców tylko jedną istotną cechą: chęcią poznawania rzeczy nowych i nieznanych. Stąd właśnie wiedziałem, co Miedzianooki czuje, co myśli i że nigdy nie nakłonię go do zmiany zdania.

– Po co w ogóle tu zostałeś? – dociekałem.

– Najstarsi uznali, że kiedy wrócisz, ktoś powinien przekazać ci wieści. Dlatego rzucili na mnie zaklęcie hibernacji. Twoje nadejście miało mnie obudzić – i tak się stało. Widzę jednak, że sam wszystkiego się domyśliłeś. Wiedziałeś nawet o smokach.

– Zgadza się, zapewne wcześniej niż wy. A to dzięki temu, że nie tkwiłem w miejscu, jak reszta olbrzymów.

– Żegnaj.

Długo patrzyłem za odchodzącym Miedzianookim.

– Dokąd idzie twój przyjaciel? – zapytała w końcu Ikuri, która oczywiście nie rozumiała mowy olbrzymów. – Czy poszedł po innych gigantów, którzy przeżyli? Czy wyruszą na wojnę przeciwko czarnym drakkom?

– Niestety nie – odparłem. – To nawet nie był olbrzym. Raczej ktoś – coś – w rodzaju ducha.

Ikuri popatrzyła, jakby nie dowierzała. Jednak moja poważna twarz powstrzymała dziewczynkę przed głośnymi wątpliwościami.

Prawda o gigantach jest taka, że dały się omamić zwodniczemu pięknu przeszłości. Żyjąc wyłącznie dla siebie, w izolacji od świata, tak naprawdę umarły wiele pokoleń temu. Drakki zaledwie wypaliły epitafium na mogile mojej rasy.

Wkrótce w Sercu Zimy pojawią się setki nowych lodowych posągów. Bowiem moi współplemieńcy uznali swoje położenie za nieestetyczne i niegodne. W rzeczywistości nie wyobrażali sobie życia bez wędrówek po dawno umarłych miejscach, do których zabierały ich Ogrody. Z perspektywy czasu widzę nawet, że nie istniały wcale Doskonałość i Zjednoczenie. Tylko zmęczenie monotonią próżnej egzystencji i uzależnienie od narkotyku magicznych wizji.

Jestem ostatnim z olbrzymów. Czciłem przodków, ale przecież istnieją cuda poza ich Wspomnieniami. Jeszcze przed ostatecznym upadkiem gigantów rozumiałem, że nie powinno się do końca życia, do końca świata, mieszkać w Magicznym Ogrodzie.

Wyruszyłem więc z dziewczynką i psem na poszukiwanie Ukrytego Miasta.

Koniec

Komentarze

 

Muszę przyznać, że ładnie napisane.

Sprawne zarówno narracyjnie, jak i kompozycyjnie. Niestety treściowo wg mnie topór i banał wyszły --- ale to pewnie jak zwykle wina tego, że nie jestem targetem :/

 

Jak zwykle też miałem krótkie przystanki podczas lektury (ot, niuanse językowe, drobiażdżki, zdążyłem już zapomnieć), niemniej przy sięganiu po magię nie wytrzymałem i sobie to wyobraziłem ^^.

 

Pozdrawiam

 

PS. Pierwsze zdanie dziwnie lodowate mi się zdało. Hm.

********** edytor, znów mi **********, *****, kursywę :/

Dziękuję za uwagi!

Julius Fjord: drobiażdżków może być nawet więcej niż zwykle. Nie miałem czasu na perfekcyjną redakcję -- jutro "Gigant 2013" się kończy. A ja dopiero tej (niedospanej) nocy skończyłem pisać. Z drugiej strony -- Ty i tak byś mnie na czymś zagiął pewnie :-)

A tak z czystej ciekawości: czego targetem jesteś?

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Czego targetem? A to nie tak prosto ustalić :-) Myślę, że najbliżej mi do czytelnika 3. wg typologii nowego guru literatury polskiej w NF (zob. nowy numer).

Ja przeczytałem jednym tchem, i oczywiście, historii podobnych była cała masa, jednak takie, jak ta konkretna - zgrabne, magiczne i dobrze napisane - nigdy się nie znudzą :)

 

Pozdrawiam.

Gdybym miała wąsy, to bym była dziadkiem, a tak jestem sygnaturką!

Zgrabnie napisane. Jedyne zarzuty: 1)Jasnobrody coś łatwo się "zczłowieczył" 2)magia oparta na systemie energii życiowej jakoś pachnie mi RPGami (ale to trochę czepialstwo z mojej strony) i 3) Jasnobrody najpierw przekonywał Granta, że drakki na Czarną Gwiazdę nie powrócą, ale potem jednak musiał spróbować. Pomimo tych szczegółów podobało się. Całkiem dobry tekst ;)

Nie czytałem zbyt wielu konkursowych opowiadań, toteż trudno mi się wypowiadać jak Twój tekst wypada na ich tle, ale mogę śmiało napisać, że czyta się dobrze, bez większych zgrzytów; całkiem sprawnie napisany opek.

Pozdrawiam.

@KaelGorann

(1) -- Nie rozpisywałem się przesadnie na temat psychologii bohatera. W końcu to nie powieść. Uważam jednak, że otwartość Jasnobrodego i przebieg wydarzeń czynią jego przemianę wiarygodną. Rzecz jasna -- to tylko moje, niekoniecznie obiektywne, zdanie. (2) -- Nie inspirowałem się erpegami. (3) -- Jednak Jasnobrody musiał spróbować. Jak sam za nim powtarzasz. Dowiedział się kiedyś z jakiegoś mądrego źródła, że drakki nie wrócą na Gwiazdę z własnej woli. Ale chciał się upewnić, bo nigdy nie wiadomo, a etyka olbrzymów nakazywała próbę pokojowego rozstrzygnięcia każdego konfliku. Jeśli tylko jest cień nadziei na takie rozstrzygnięcie. Proste. Poza tym może myślał o nagięciu woli drakków przekupstwem lub groźbą? Tak czy inaczej, gdyby nie to, że już za późno, trochę bym pozmieniał, żeby wygładzić tę kwestię i żeby nikt się nie mógł czepiać.

 

A jeśli chodzi o Twoje opowiadanie konkursowe -- całkiem zabawne ;P

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Napiszę coś jeszcze, bo nie mogę się powstrzymać. Wydaję mi się, że niektórzy wytworzyli sobie odruchowe skojarzenie: fantasy – sztampa.

 

Nie mówię, że rozważania na temat ludzkiej natury i morał, które staram się przemycić pod dość schematyczną baśniową warstwą „Magicznych Ogrodów” są wyrafinowane i odkrywcze. Przeprowadźmy jednak mały eksperyment myślowy.

 

Wyobraźmy sobie, że zamiast olbrzymów występują ludzie (albo, lepiej, ich zmienieni genetycznie potomkowie), którzy żyją na samowystarczalnej stacji orbitalnej zagubieni w wizjach wirtualnej rzeczywistości nadzorowanej przez sterującą habitatem sztuczną inteligencję. Dajmy na to, że przodkowie tych potomków ludzi wędrowali do gwiazd, ale w końcu stwierdzili, że tam nie ma nic ciekawego, wszystko jest w sztucznych światach wykreowanych przez maszyny. (Niektórzy przecież już dziś spędzają życie w namiastkach takich światów). I jeden z tych postludzi ze stacji decyduje się odwiedzić Ziemię, gdzie spotyka cofniętych w rozwoju krewniaków, którzy w dodatku ostatnio prawie całkowicie się wyniszczyli przy użyciu jakiejś dawno zapomnianej na Ziemi broni. A niechby to były na przykład bojowe roje nanomaszyn.

 

Mam trudne do odparcia wrażenie, że wtedy nikt nie pisałby o banale. Oczywiście należy pamiętać, że w sf wizję należy umocować w nauce. W fantasy jest łatwiej: wystarczy wizja w miarę spójna logicznie, jako tako osadzona w realiach dawnej epoki -- i nikt się nie będzie czepiał.

 

Proszę, zrozumcie mnie właściwie. Chodzi mi bardziej o pewną refleksję na temat stereotypów niż o apoteozę własnego opowiadania. Przynajmniej tak to sobie tłumaczę ;-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jeśli chodzi o system czarów, to jestem trochę przewrażliwiony ;) Co się zaś tyczy psychologii Jasnobrodego, liczyłem, że ta jego olbrzymowatość będzie nieugięta, tak jakoś mi pasował raczej jako zaintrygowany obserwator, który rozumie technicznie ludzi, ale nie umie się w nich wczuć. Słowem, wierzyłem w tę jego wyższość rasową ;) No, ale to moja osobista refleksja. Nie Twoja wina, że skonstruowałeś tekst inaczej i nie sprawia to przecież, że jest gorszy.

 

Cieszę się, że moje opowiadanie przypadło Ci do gustu ;)

Jeśli chodzi o sztampowość fantasy, to jest to, przypuszczam, w pewnym stopniu wina autorów, którzy w swoich tekstach wszystkie nieścisłości logiczne zrzucają na karb wszechpotężnej magii. Niestety, ale zdarzają się autorzy, którzy swoje teksty fantasy opierają na zasadzie "to jest fantasy --- tu jest wszystko możliwe, patrzcie krasnal w pełnej zbroi płytowej i z olbrzymim toporem bojowym idzie po bułki do sklepu".

@ Jeroh, za bardzo upraszczasz. Gdybyś podmienił tylko scenografię na SF, zachował jednak dotychczasowy schemat fabularny, niewiele by to zmieniło.

 

A z światopoglądem M oddziałuje z B, który ten światopogląd poddaje w wątpliwość, w wyniku czego po weryfikującym wydarzeniu X A zmienia światopogląd na N. Zmiana M na N jest zarazem pośrednim dowodem twierdzenia, że A jest dobry(zresztą to było nawet dane --- zajrzałem do regulaminu konkursu :-) ) Uściślenie, że A jest przedstawicielem gatunku znajdującego się na wyższym stadium rozwoju niż gatunek B-owy, a światopoglądy M i N dotyczą stosunku gatunku A-owego do B-owego, pomijam --- nie jest to bez znaczenia, jednak rozwinięcie wątku prowadzi do refleksji, która jest wartością dodaną, niewynikającą bezpośrednio ze schematu. Wg mnie właśnie w ww. schemacie tkwi zalążek banału. Nie znaczy to, że nie dałoby się tak pomajstrować przy genach, by powstało dorodne nasionko...

 

Zaznaczam, że nie widzę jakościowej różnicy między konwencjami SF i fantasy (co najwyżej czysto statystyczną --- po prostu z powodów, które nie mają nic wspólnego z samym doborem konwencji, SF podoba mi się częściej). Widzę natomiast taką różnicę w swoistości tła. Baśń tradycyjna posługuje się archetypami, uproszczeniami i pozostawia wiele pustych znaczeniowo miejsc. Uważam, że język baśni tradycyjnej stracił możliwość opisu rzeczywistości ze względu na to, że powtarzanie zasadniczo tych samych zdań przy opisie wciąż zmieniającego się świata nie niesie w sobie żadnej wartości poznawczej. By uniknąć tej pułapki, warunki baśni można modyfikować. Z kolei werystyczne odmiany fantasy i SF z gruntu dążą do uszczegółowienia tła, by pustych znaczeniowo miejsc było mało, a szkielet fabularny był odpowiednio skomplikowany, wręcz niewidoczny. Można też eksperymentować :-)

@Juliusie:

 

Niech NP będzie zbiorem nietwórczych przemian konkretnej opowieści A w A' poprzez zmianę tła f na tło sf. Istnieje czytelnik X, taki że dla każdej przemiany należącej do zbioru NP opowieść A wyda mu się banalna, zaś A' głęboka i złożona. (Mógłbym uogólnić A do zbioru opowieści, ale to by skomplikowało twierdzenie).

 

Co nie znaczy, że utożsamiam Cię z X-em. Po prostu zauważam, że X istnieje. Niejeden. Na podstawie komentarzy pod niektórymi portalowymi opowiadaniami doszedłem do wniosku, że takich czytelników jest niestety sporo.

 

Właściwie ze wszystkim, co napisałeś w ostatnim komentarzu, się zgadzam.

 

Zastrzegam: co napiszę niżej nie oznacza, że potępiam lapidarne, dosadne opinie, że przeszkadza mi niezłośliwa bezceremonialność w krytyce. Wręcz przeciwne, takie walenie prosto z mostu często staje się bodźcem do ciekawych dyskusji. Krytyk powinien mieć pewną swobodę, nie mam do Ciebie, Juliusie, najmniejszej pretensji. Tak naprawdę, czytając komentarze, w pewnym momencie postanowiłem zadbać trochę o PR mojego opowiadanka. Poniższe jest tego przejawem.

 

Mój kłopot z Twoim pierwszym postem w tym wątku dotyczy faktu, że dla kolejnych czytelników stanowi on punkt odniesienia. Walące po oczach sformułowanie o banale zaraz po przeczytaniu opowiadania może mocno uderzać po świadomości (podświadomości?) i zmieniać proces formowania własnej opinii u nieuważnego lub beztroskiego odbiorcy. Hm, a może nawet u uważnego i troskiego -- taki przekaz podprogowy ;-) Dlatego stworzyłem własny punkt odniesienia. A Przy okazji zwróciłem uwagę na występowanie pewnego typu snobizmu u niektórych czytelników fantastyki.

 

Przyznam jeszcze, że bardzo cieszy mnie Twoja odnosząca się do "Magicznych Ogrodów" uwaga o "refleksji będącej wartością dodaną" ;-)

 

Pozdrawiam

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

zawołał. – Wiem,  //  zażartowałem. – Człowiek   ---> półpauzy do usunięcia.  

strachu przebiegło  ---> przecinek.  

Wiem, że o wiele za późno "daję głos", ale lepiej późno niż wcale. Króciutko: operujący schematami, ale bardzo dobry i sympatyczny tekst o szkodliwości bycia bogami.

Dzięki za komentarz. Tych błędów nie zauważyłem, ale -- też już za późno -- natrafiłem na błąd ortograficzny, niepotrzebne przecinki i błąd tożsamości podmiotu. W ogóle parę zdań bym zmienił. Niestety, jak mawiają Czesi, to se ne da.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Rozbawiła mnie Twoja z Juliusem wymiana zdań. Kochani teoretycy, machnijcie porządny, ale zrozumiałym dla każdego, zwłaszcza poczatkującego "aspiranta", językiem napisany artykuł na poruszone przez Was tematy. Paralele i antynomie SF --- F, etalony, spójność wewnętrzna, wiarygodność postaci pod względem i te de, i te pe...

Kk, rozumiem: Pozwolić wypowiedzieć się łagodniejszym w opiniowaniu userom, dopiero potem łoić. Hm. Da się zrobić. Nie myślałem o tym w ten sposób. Hm.

O nie, nie mów, że rozbawiło moje Podstawowe Twierdzenie Teorii Snobistycznego Czytelnika Fantastyki Naukowej. Ono jest bardzo poważne! Tak poważne, że kiedy je pisałem, to aż srogo marszczyłem brwi.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

rozbawiło Cię*

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Julius, no właśnie nie! Nie wiem, jak inni userzy, ale ja daję Ci pełną swobodę. (Jakbyś jej nie miał).

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Adamie, ja sam dziecko we mgle pijane, w komentarzach jeno głośno myślę...

 

Poza tym jeszcze poziom na portalu by za bardzo skoczył i konkurencyjność by niebezpiecznie wzrosła ^^

Poza tym jeszcze poziom na portalu by za bardzo skoczył i konkurencyjność by niebezpiecznie wzrosła ^^   

Wszedłem na stronę i zobaczyłem gwiazdkę, więc: klik! --- czytam pilnie, co tam pod moim wpisem... --- i pół filiżanki kawy na stole. I tak miałem szczęście, że nie zdążyłem donieść wzmiankowanej do wlotu jamy gębowej, bo koszulę szlag by trafił. Juliusie, Ty i strach przed konkurencją...  Jerohu, Ty też...  

Adamie, sugerujesz, że jesteśmy z Jerem bezkonkurencyjni? Wolne żarty :-) Są na portalu lepsi. I to oni powinni zacząć się bać konkurencji. Ha!

I to oni powinni zacząć się bać konkurencji. Ha!

Szkoda, że nie odpowiadacie w zgodnym duecie. Od razu wiadomo by było, że obaj szykujecie tak zwane coś przez duże C.  

Jerohu, potwierdź.

Ćśśś... Na razie szykuję coś przez długie o, ale coś przez duże C przed końcem roku też może się trafić. Wszystko w rękach Muz.

OK., zakładam tłumik i kryję się w ciemnym kącie...

Adamie, Julius dobrze pisze, niech lepsi -- najlepsi -- boją się konkurencji. Ze strony Juliusa i Twojej. Jeśli chodzi o mnie -- oczywiście, że coś szykuję. Na razie jednak to tylko pomysły. Kiedy już przekuję jeden z nich na opowiadanie -- mam nadzieję, że czytając je, bywalcy portalu nie będą pokładać się ze śmiechu z powodu jego żałosnego poziomu.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

PS: Czytałem gdzieś, że Julius szykuje bombę.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jak ktoś tu wejdzie, naprawdę pomyśli, że jakiś literacki pucz się szykuje. Konspiracja, tłumiki, bomby, operacja Coś przez duże C, schematy fabularnego szturmu, snobistyczny wróg klasowy, odwieczna walka sf i f...

Tylko w ogniu walki (bezkrwawej, zaznaczam, bo koncepcyjnej) między F a SF może powstać nowy jakościowo aliaż; nieco konspiracji jest wskazane, bo dwa słowa za wiele i po siurpryzie. A co do puczu... Hmm... No, lekko uparłszy się, można tak nazwać przejawy i skutki nieśmiałego buntu przeciw skostniałym schematom.  

A tak bez przymrużania oka, to jestem zły na siebie, jak cholera. Dziewięćdziesiąt procent do kosza, bo poniosło mnie, kosztem logiki, w stronę efekciarstwa... Też tak miewacie?

Wyznam, że miałem tak przy drugiej części "Pliocenu" i dlatego, przynajmniej na razie, odpuściłem sobie z jej pisaniem. A skoro mówiśmy o planach -- teraz myślę o czymś bardziej w stylu hard sf.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Uaa. Wszakże jest różnica między 90 procentami z pięciu a ze stu stron, może przynajmniej to nie była powieść...

 

Ja też mam w stronę efekciarstwa. A jak logika warczy, to daję jej trochę psich chrupek i piszę dalej. Nie jestem tylko pewien, czy to najwłaściwsza metoda... :/ W konwencji rygorystycznie realistycznej, gdzie tekst jest standardowym według obecnych miar zapisem pewnej historii, z pewnością nie. Za to np. nikt nie wypomina takiemu Homerowi, że w pędzie wojennej zawieruchy pozwolił swoim herosom na wymianę pięknych heksametrowych tyrad... :-) A Caroll to już w ogóle --- na czas pisania logikę chyba w łazience zamykał :-)

Jeroh, tylko nie zdradzaj publicznie, o czym to będzie. Bo nie tylko na temat bomby, lecz także podobnej do zauważononej w komentarzach do Pliocenu dziwnej konstrukcji czasowej przemyśliwałem już wcześniej. Niby zbieg okoliczności, ale jak tak dalej pójdzie... nie odpowiadam za podświadome inspiracje :-)

Poruszająca historia. Bardzo, bardzo ładna. Troszkę brak w niej dynamiki, olbrzym za dużo gada i za dużo wyjaśnia, ale pewnie tak miało być, w końcu tłumaczy człowiekowi "zwierzęciu" ;)

Rzeczywiście, na początku olbrzym sporo gada. Nie sądziłem, że może okazać się to dotkliwe dla czytelnika, wierzyłem, że nie przegiąłem. Fakt, że nie wparował tu RogerRedeye, żeby po przeczytaniu fragmentu opka stwierdzić: "przegadane" i: "dalej nie czytałem", utrzymywał mnie w tej błogiej iluzji ;-) Cóż, teraz muszę sprawę jeszcze raz przemyśleć.

Dziękuję za uwagi, Prokris, i cieszę się, że Ci się podobało :-) Przy okazji za opinię dziękuję również Domkowi :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Bardzo mi się podoba. Zawiera dużo elementów, które lubię - zaczynając już od samego początku: motto w formie pewnego rodzaju autocytatu - cenię sobie tego rodzaju zabiegi, to wartościowe urozmaicenie formy. Jest klimat dalekiej Północy, atmosfera przestrzeni, dali, głębi, co również jest bliskie mojemu sercu... jest odrobina poezji, posmak melancholii, emocje przy śledzeniu losów bohaterów...

Lodowe ogrody z roślinami karmiącymi również duszę - piękne.

W pewnym momencie, bliżej początku, poczułam lekki przesyt tematem plemię, rasa, język - może ciut za dużo tego było.Z rzadka pojawiały się sformułowania, które pewnie możnaby ująć troszkę zgrabniej (np. niezbyt zabrzmiało mi "(...) z jakiegoś powodu nie chciałem tego dalej słuchać", odczułam to w tym konkretnym miejscu jako pewną niedbałość w sformułowaniu myśli, uczucia bohatera) - ale przy ogólnej czarowności tego tekstu nie jest to ważne, w dodatku subiektywne.

Gratuluję opowiadania - no i Drugiej Nagrody ! :)

Blue_Ice, miło, że wpadłaś :-) Dziękuję za przeczytanie i wszystkie uwagi.  I za to, że tak ładnie opisałaś swoje wrażenia. Cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu.

Za gratulacje też dziękuję :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Trochę zbyt melancholijne, jak na mój gust, ale ogólnie niezłe.

Los olbrzymów skłania do myślenia.

Babska logika rządzi!

O, Finkla. Finkla czytająca po nocach bajki ;P Dzięki za komentarz :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Zabierałam się za przeczytanie Twojego opowiadania w czasie trwania “Giganta” i tak przekładałam, przekładałam… Aż wreszcie przeczytałam. Z ogromną przyjemnością.

Sra… tfu, skakał pies na schematy i przegadanie. Baśnie od lat żerują na tkwiących w nas archetypach, taki ich urok.

A to jest wyjątkowo urokliwa baśń.

Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

“Sra… tfu, skakał pies na schematy i przegadanie“. I jeszcze na melancholię. Nie zapominaj o melancholii ;-)

Cieszę się więc, że w końcu przeczytałaś. Dziękuję za komentarz :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Proste, schematyczne i zupełnie standardowe, ale jakie ładne!

“Odpowiednio zaawansowna nauka jest nieodróżnialna od magii” miał powiedzieć Arthur C. Clarke, więc myślę że dyskusja o zbiorach czytelników sf i fantasy i tak sprowadzi się do czytelników fantasy, ew. science fantasy ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ew. do science fiction z teorią zbiorów w roli science ;-)

Dzięki za komentarz, Fishu.

 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Ej, to nie magia jest nieodróżnialna od nauki – kolejność ma znaczenie w tej implikacji! :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Że niby zbiory to magia? Może :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

A mi się to opowiadanie podobało. Znaczy się… bardzo przyjemnie czytało. Niby schematyczne, ale to przecież schematy tworzą konwencję. Twoje opowiadanie znakomicie wpisuje się w konwencję fantasy. Nie ma podobno nieciekawych historii, są tylko nieciekawie opowiedziane. A Ty bardzo ciekawie opowiadasz. 

 

Mam tylko wątpliwości, co do tego: “bezdenna mądrość”. Nie wiem, czy “bezdenna głupota” nie jest przypadkiem frazeologizmem…

 

Wydaje mi się, że ten tekst mógłby spokojnie trafić do biblioteki; całkiem porządnie napisany.

 

Co racja, to racja, wtedy nie mogłem, ale teraz pogłaszczę przycisk…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jasne… korzystajmy z narzędzi.

A toś mnie zaskoczył, Ambroziaku, nie spodziewałem się, że ktoś jeszcze skomentuje tę bajkę. Dzięki za przeczytanie i opinię :-) (w dodatku pozytywną).

Poza tym dzięks za +bib. Fishu, Tobie też.

Mam tylko wątpliwości, co do tego: “bezdenna mądrość”. Nie wiem, czy “bezdenna głupota” nie jest przypadkiem frazeologizmem…

Wydaje mi się, że skoro mądrość może być głęboka, może być także bezdenna. Jeżeli jednak masz rację, to można potraktować stwierdzenie Granta jako grę słów i subtelną złośliwość (zabieg niezamierzony, ale pasuje do kontekstu). Niech zostanie, jakkolwiek by było.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Przepraszam, że się wtrącam, ale w przypadku mądrości, wolałabym aby była ona raczej bezkresna.

Choć bezdenne mogą być m.in.: studnia, czeluść czy otchłań, to raczej z powodu naturalnej dla nich głębokości. Bezdenność przypisywana głupocie, kojarzy mi się zdecydowanie negatywnie. Z czymś, co znalazło się jeszcze niżej niż dno, a przecież powiedzieć o czymś denne, nie jest komplementem.

To tylko takie moje przemyślenia, nie wykluczam, że denne. ;-)

 

A opowiadanie notuję sobie do przeczytania, ale chyba już po Dragonezie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No dobra, przekonaliście mnie siłą Waszych połączonych mocy. Regulatorzy, dziękuję, zmienię według sugestii.

To tylko takie moje przemyślenia, nie wykluczam, że denne

Literówka. Powinnaś napisać: cenne.

:-)

A opowiadanie notuję sobie do przeczytania, ale chyba już po Dragonezie

Super!

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Nie, Jerohu, nie ma literówki. Widziały gały co paluchy pisały. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Moje jednak nie bardzo widziały… nieważne, bo i tak wiesz, jaki miał być przekaz :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Regulatorzy jest niekwestionowanym specem od poprawności językowej. Dzięki Niej wiele się nauczyłem. Zrozumiałem, że – jeżeli coś budzi wątpliwości – to na pewno ktoś to wyłapie, lepiej więc dziesięć razy sprawdzić lub po prostu zmienić.  

Chłopaki, dziękuję, ale dajcie już spokój, bo zaczynam pałać jak jakaś, nie przymierzając, dzięcielina, choć przecież panieństwo minęło dawno i bezpowrotnie. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dziękuję. Przyjemnie zostać odkopanym (nie mylić z odkopniętym) :)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

To jak się znowu zakopiesz, to zawołaj ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Jerohu, ciekawe, czy Tutanchamon podziela Twój pogląd. ;-)

Babska logika rządzi!

Anet, wiedząc już, że niezawodnie mogę na Ciebie liczyć, na pewno tak zrobię. Albo jakimś reflektorem zaświecę, jak na Batmana ;)

Finklo, wierzę, że jemu jest akurat wszystko jedno ;)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Lepiej nie, jak zobaczę cień wielkiego nietoperza, najpewniej ucieknę w drugą stronę ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Dobra – zapamiętam, żeby świecić raczej jakimś innym niedozwierzem.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jerohu, nie wiem, nie wiem… Żył sobie facet spokojnie w egipskich zaświatach. Skromnie jak na faraona, ale dostatnio. Aż tu nagle przyłazi jakiś lordzina z kumplem, grabi bezczelnie majątek, bezcześci zwłoki… Można się wkurzyć. ;-)

Babska logika rządzi!

Śmiem wątpić, żeby facet, któremu po śmierci opróżniono czaszkę (nie dość, że martwy, to jeszcze bez mózgu), mógł mieć uczucia ;P Załóżmy jednak, że Tut je miał. W takim razie, po tysiącach lat istnienia, zapewne dręczyła go nuda. Aż tu nagle… no, tak jak piszesz. Tylko że to jest właśnie powód do radości, bo nareszcie coś się dzieje. I klątwę można sobie rzucić…

Być może każda mumia – w głębi swego wydłubanego serca – cieszy się, kiedy ją odkopują.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Włamanie jako sposób na nudę? O tym nie pomyślałam… ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka