- Opowiadanie: AlexFagus - Moja pani, Gemma

Moja pani, Gemma

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Moja pani, Gemma

Droga do domu dłużyła się niemiłosiernie. Początkowo planowałem wrócić z imprezy taksówką, ale potem przeznaczenie funduszy na kilka dodatkowych piw wydało się rozsądniejszym pomysłem. Przecież lubiłem spacery.

Po cichu liczyłem na towarzystwo któregoś z kumpli, ale pogoda nie sprzyjała braterskim odruchom. Była ciemna, wówczas już listopadowa, gradowa noc. Czy może raczej krupowa, bo chyba tak fachowo nazywało się to spadające z nieba, białe gówno.

Postawiłem kołnierz kurtki, żeby lodowe kryształki nie chłostały mnie po karku. Zacisnąłem szczekające z zimna zęby i uparcie dążyłem przed siebie. Poczułem narastające nudności, więc skręciłem w stronę najbliższej bramy. Oparłem czoło o brudny, śmierdzący pleśnią mur i zwymiotowałem, starając się oszczędzić spodnie i buty. Stałem tak przez chwilę, zbierając siły do dalszej wędrówki.

– Hej, ty! – odezwał się ktoś za moimi plecami.

Odwróciłem się i zobaczyłem chłopaczka w brudnym flyersie. Łysy łeb lśnił w świetle sodowej latarni. Koleś był ode mnie pół głowy niższy. Gębę miał upstrzoną trądzikiem. Rysy jego nieszczególnie pięknej twarzy dowodziły, że mamuśka w czasie ciąży nie stroniła od alkoholu.

– Do ciebie mówię, zarzygany cwelu! – warknął przybysz, zirytowany brakiem mojej reakcji. – Zahaftowałeś moją kamienicę. Wyskakuj z kasy, to może nie rozwalę ci łba.

– Spadaj, pajacu – mruknąłem, ocierając usta grzbietem dłoni. – Mam dzisiaj kiepski dzień.

No, może nie do końca tak to zabrzmiało, bo trochę bełkotałem, ale łysy zrozumiał.

– Ja ci dam pajaca, cioto! Już, kurwa, nie żyjesz! – Wyciągnął z kieszeni nóż.

Zdrętwiałem i poczułem nagły przypływ trzeźwości.

– Teraz cykasz? – Chłopak oblizał się nerwowo.

Miałem szczęście, że trafiłem na gadułę. Inaczej faktycznie już bym nie żył.

Napastnik skoczył w moim kierunku. Zdołałem uderzyć go w przedramię i uniknąć ciosu. Chwyciłem łysego za nadgarstek i obróciłem się, wykręcając jego rękę. Jęknął, zgiąwszy się w pół. Szarpnąłem, niemal wyrywając mu ramię ze stawu. Rozluźnił palce. Kosa zsunęła się po plecach bandziora i z brzękiem spadła na chodnik.

– Mówiłem, że mam dzisiaj kiepski dzień, śmieciu – burknąłem, odkopnąwszy nóż.

Wtedy coś zaszeleściło w bramie. Odruchowo zerknąłem przez ramię.

I zobaczyłem lecący w moim kierunku kawałek płyty chodnikowej.

Łysy nie był sam.

 

***

 

Jakieś dwie wieczności później ocknąłem się, skopany i upokorzony. W szczęce brakowało kilku zębów. Czułem mdłości i wszechogarniający ból. Resztką sił wypełzłem z bramy na chodnik, żywiąc głupią nadzieję, że ktoś mnie zauważy i wezwie pogotowie.

Niestety okazałem się odosobniony w swym zamiłowaniu do spacerów po tej okolicy o trzeciej nad ranem. Leżałem więc, ledwie dysząc, i delektowałem się topniejącą na moich ustach lodową kaszą.

Wtedy dostrzegłem psa.

Wielkie, czarne bydlę biegło truchcikiem w moją stronę. Zwierzak wyglądał trochę jak wilk z horrorów klasy „B”. Tylko że wilków w miastach raczej się nie widywało. Cholera, z tego co wiedziałem, w całym województwie nie było ani jednego pieprzonego wilka. Bestia musiała więc mieć swojego właściciela. Jakiegoś debila, który puścił tego potwora luzem i na dodatek bez kagańca. Wszak Pimpuś nie gryzie.

Nieważne. Grunt, żeby ten debil miał komórkę.

Zwierzak nagle zatrzymał się, spory kawałek ode mnie. Czułem, że zaraz zawróci. Niedobrze. Próbowałem zagwizdać, ale opuchnięte wargi odmawiały posłuszeństwa. Jak, do licha, zawołać obcego psa? Bo przecież, kurwa, nie „taś-taś”!

– Noga! – wychrypiałem, dławiąc się spływającą po gardle krwią. – Aport, diable!

Cicho. Zbyt cicho.

Jednak bydlę zerknęło zaciekawione, przekrzywiając kudłaty łeb. I zaczęło dreptać w moją stronę.

– Tak, świetnie – szepnąłem. – Chodź do wujka.

Pseudo-basior usiadł tuż przy mojej głowie. Czułem zapach wilgotnej sierści i promieniujące od zwierzęcia ciepło. Zamknąłem z ulgą powieki.

– Dobry piesek – pochwaliłem go. – Gdzie masz pana?

– Nie mam pana, synku – oznajmił ktoś dudniącym basem. – I wypraszam sobie pieska. Diabeł był bardziej odpowiedni. Zwą mnie Boruta.

Otwarłem oczy.

Tuż obok przykucnął ciemnowłosy, barczysty mężczyzna. Przyglądał się mi z zainteresowaniem, jak chłopiec obserwujący odwróconego na grzbiet żuka. Przybysz miał zawodowo miły uśmiech przedstawiciela handlowego, złote tęczówki i prostokątne, kozie źrenice. Śmierdział mokrym psem.

– To sen… – wybełkotałem.

– Niestety nie, synku. – Boruta ze smutkiem pokręcił głową. – To nie sen. To śmierć.

– Jak…

– Pod twoją czaszką narasta krwiak. Obecnie doświadczasz przerwy jasnej, ale wkrótce zapadniesz w śpiączkę. Trepanacja załatwiłaby sprawę. Niestety, nawet gdyby wezwać teraz karetkę, nie dotrwasz do szpitala. Za kwadrans się wklinujesz.

– Że… co?

– Zdechniesz, synku.

To było szaleństwo, lecz wiedziałem, że przybysz nie kłamie.

– Nie… chcę…

– Nie chcesz umierać? To świetnie! – ucieszył się Boruta. – Żal byłoby zmarnować twój potencjał. Widzisz, chłopcze, moja córeczka niedawno straciła chowańca. Dziewczyna potrzebuje opieki. Silnego, męskiego ramienia. Obrońcy przed złym światem. Gdybym cię ocalił, zająłbyś się nią dla mnie?

Usiłowałem pokiwać głową, ale nie mogłem się ruszyć.

Mężczyzna uśmiechnął się.

– Mądry chłopiec – pochwalił mnie. – A więc umowa stoi.

Dotknął palcem mojej skroni. Czułem jak ostry paznokieć wwierca się w skórę głowy, skrobie po kości. Bolało. Coś ciepłego pociekło po włosach.

Zerwał się wiatr. Krupa siekła coraz bardziej. Wydawało mi się, że słyszę pomruk nadchodzącej burzy.

Boruta wstał i cofnął się kilka kroków.

– Pamiętaj o kontrakcie, Gradzie! – zawołał.

Z chmur runął na mnie słup niebieskiego ognia.

 

***

 

Obudziłem się z głową w stercie czystej, damskiej bielizny, pachnącej różanym płynem do płukania. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że nie żyję. Żadna laska nie robiła prania w moim domu.

Sprawdziłem językiem kompletność uzębienia. Niczego nie brakowało. Odetchnąłem z ulgą. Przerąbane być szczerbatym całą wieczność, a nie wiedziałem na jakim poziomie stoi tu opieka dentystyczna.

Wygrzebałem się ze stosu koronkowych biustonoszy oraz ozdobionych kokardkami majteczek, usiadłem na kanapie i rozejrzałem wokół.

Pokój był jasny i przestronny, o pomalowanych na szaro ścianach. Można by zmieścić w nim całą moją kawalerkę. Łącznie z balkonem. Naprzeciwko kanapy stały wypełnione książkami regały oraz pedantycznie ułożone kartonowe pudła. Na prawo znajdowało się przejście do kuchni, a obok niego kolekcja sprzętu do ćwiczeń – ławeczka, sztanga, jakieś hantle.

Proszę, proszę – pomyślałem. – Firma dba nawet o moją formę.

Jednak punktem centralnym pomieszczenia był ogromy, obrotowy fotel, obity czerwoną skórą, oraz biurko kreślarskie. Nad blatem zawieszono dwa trzydziestodwucalowe monitory. Na podłodze stał komputer. Obudowę z chłodzeniem wodnym wystylizowano na cyberpunkowy czołg.

Jak na spersonalizowaną wersję nieba wydało mi się to trochę zbyt sztampowe. Nigdy nie byłem maniakiem komputerowym. Stojąca w rogu zbroja szturmowca Imperium utwierdziła mnie w przekonaniu, że zaświaty idą na łatwiznę.

Wstałem i podszedłem do sterty pudeł. Otworzyłem jeden z kartonów. Czego tam nie było – figurki Warhammera, resoraki Matchboxa, stare komiksy… A wszystko starannie zapakowane w folię lub plastikowe pudełeczka.

To wyglądało bardziej na przedszkole niż raj.

Ale i tak mi się podobało.

Musiałem się tylko upewnić, co do jednej rzeczy.

Pobiegłem do kuchni i otworzyłem lodówkę.

Jednak opłaciło się być pobożnym pastafarianinem. Widok kolekcji smukłych butelek Ciechana, Guinnessa i Budweisera napełnił me serce uwielbieniem dla stwórcy.

– Chwała Ci, Latający Potworze Spaghetti! – szepnąłem z szacunkiem.

Po chwili zastanowienia wybrałem butelkę portera i dwie frankfurterki.

Wygrzebałem z kuchennej szuflady otwieracz. Sącząc piwo i zagryzając je kiełbasą, ruszyłem do pokoju.

I skamieniałem.

Dziewczyna musiała właśnie wyjść spod prysznica, bo na jej karku i pośladkach lśniły kropelki wody. Mimo to, rude, związane w koński ogon włosy były suche. Zjawa stała tyłem do mnie, z uniesionymi rękami, i przeciągała się uroczo, napinając mięśnie ud i pleców. Potem wygięła się w łuk i dotknęła dłońmi podłogi w zgrabnym mostku. Cycuszki podskoczyły lekko, gdy amortyzowała wstrząs.

Heaven, I’m in heaven…

Spojrzała na mnie, nadal wyprężona w tej dziwacznej pozie, i uśmiechnęła się słodko. Zmierzyła mnie wzrokiem, zatrzymując się nieco dłużej w okolicy krocza.

– O – powiedziała, mrużąc ogromne, fiołkowe oczy – mój prezent się obudził.

 

***

 

Siedziała z nogą przerzuconą przez podłokietnik fotela, kręcąc się lekko i sącząc piwo z wysokiego kufla. Zdołałem ją przekonać, by łaskawie założyła koszulkę na ramiączkach oraz jedne ze swoich kokardkowych majteczek. Nie potrafiłem rozmawiać z nagimi kobietami. Nagie kobiety służyły do innych celów.

Sprezentowała mi bojówki z demobilu i koszulkę z Kennym przebranym za Mysterona oraz napisem „I’m watching you”. Niestety, nie handlowała męską bielizną. Dziwnie się czułem bez slipek.

Tak więc siedziała, popijając pilznera, machając wąska stópką o paznokciach barwy krwi i trajkocząc – jak to baba.

Córeczka Boruty.

Melania. Mamuna. Moja pani.

– … mimo posiadania dwóch fakultetów. Ja rozumiem, że marketing i zarządzanie to nie jest w dzisiejszych czasach najlepszy wybór, ale biotechnologia?! W trakcie rekrutacji na jedno miejsce przypadało dwudziestu chętnych. Miało być tak pięknie – praca, kasa i uznanie społeczne, a tu… ech. W końcu uznałam, że mam w nosie tyranie za niespełna dwa kafle miesięcznie i zajęłam się handlem internetowym. Kupuję, czasem naprawiam, podrasowuję i sprzedaję. Mam do tego dryg, więc na chleb mi nie brakuje.

Jeszcze trochę – pomyślałem, od dwudziestu minut słuchając historii jej życia – i zacznie pieprzyć o cyklu miesięcznym. A wtedy się porzygam.

Jednak poiła mnie piwem i nakarmiła jajecznicą, więc postanowiłem się podlizać.

– A nie myślałaś, żeby zrobić użytek z wdzięków, którymi obdarzyła cię natura i zostać… na przykład tancerką?

Melania niemal wbiła paznokcie w szklankę.

– Natura? – syknęła wściekle mamuna, prostując się nagle. – Jaka natura?! Ten wygląd jest wyłącznie moją zasługą! Wiesz, ile trzeba włożyć pracy w to, by brzuch nie sterczał jak bęben, a cycki nie zwisały do pępka, gdy ta cholerna natura pragnie, żeby służyły do prania bielizny?! Wiesz, jaką „przyjemność” stanowi laserowa depilacja całego ciała, kiedy nie chcesz wyglądać jak orangutan, a włosy rosną ci nawet na plecach? Wiesz, ile kosztuje walka z zamiłowaniem do parszywych czerwonych czapeczek?

Z ekscytacji prawie się popluła.

– Ale są prawdziwe? – upewniłem się.

– Co takiego?

– Twoje piersi.

Mel gapiła się na mnie z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

– Są prawdziwe – mruknęła.

Uśmiechnąłem się szeroko. Wszechświat jednak mnie kochał.

– Miło, że ci się podobają. Fizyczny pociąg znacznie ułatwi nasze pożycie – oznajmiła rzeczowo po chwili. – Widzisz, mój drogi, aktualnie nie mam czasu na pielęgnowanie relacji… hmmm… międzyludzkich. A posiadam swoje potrzeby. – Zatrzepotała farbowanymi rzęsami.

Przytkało mnie.

Całe życie czekałem aż jakaś laska powie mi: „Stary, olejmy te przereklamowane uczucia i oprzyjmy nasz związek wyłącznie na seksie”. Właściwie powinienem skakać z radości, lecz zamiast tego poczułem się nieswojo. Bardzo nieswojo.

Baby po prostu tak nie postępują. Wszystkie chcą słuchać, jak to się je kocha i uwielbia. Marzą, żeby zabrać człowiekowi niezależność, całkowicie wypełnić jego prywatny kosmos. Założyć obrożę. Wszystkie! Od wieków faceci płacili za seks – albo forsą, albo wolnością. Tak było, jest i będzie!

Ruda zwyczajnie coś knuła.

– O – wyraziłem swoje zdziwienie. – A jakież to obowiązki są tak absorbujące, moja pani, że przeszkadzają ci w poszukiwaniu prawdziwej miłości?

– Nie drwij ze mnie – warknęła – bo nie dostaniesz obiadu.

Siedziała sztywno, obrażona. Milczała wyniośle przez chwilę, lecz wreszcie nie wytrzymała i oświadczyła z pełną powagą:

– Aktualnie pracuję nad tym, by zostać boginią.

 

***

 

Boginią?!

Zakrztusiłem się piwem.

– No, to życzę powodzenia – powiedziałem nad wyraz grzecznie. – Zawsze chciałem zatrudnić się u jakiejś szychy. Tak trzymać. Jeśli już stawiać sobie cele – to ambitne. Godne posiadaczki dwóch magisterek.

Skrzywiła się.

– Jak na świeżo upieczonego demona, jesteś strasznie pyskaty, chłoptasiu – zauważyła chłodno. – Jeszcze ci metafizyczne smarki pod nosem nie obeschły, a już myślisz, że zjadłeś wszystkie rozumy. Słyszałeś kiedyś o astralu?

Wzruszyłem ramionami.

– Nie mów mi, że wierzysz w te bzdury rodem z „Nie do wiary”.

– To nie bzdury! – obruszyła się. – To płaszczyzna istnienia koegzystująca ze światem duchowym i materialnym. Jeśli jeszcze to do ciebie nie dotarło – sam jesteś teraz bytem astralnym, głąbie. Problem polega na tym, że sfery wzajemnie na siebie wpływają. Zaś siłą, która w największej mierze kształtuje astral, jest wiara. Odpowiednie ukierunkowanie tego czynnika wywołuje ewolucję dotychczasowych bytów lub pojawienie się nowych.

– Sugerujesz, że Latający Potwór Spaghetti istnieje naprawdę?

– Twój makaronowy demiurg? Pewnie tak. Podobnie jak setki innych bóstw, których możliwości i potencjał zależą od żarliwości ich wyznawców.

Trochę mnie to zaniepokoiło. Bogowie nie powinni sobie od tak łazić po świecie. Nawet tym astralnym. Mogliby grzecznie zostać tam, gdzie ich miejsce – w niebycie.

Melania, niezrażona, nadal kontynuowała swój wywód:

– Niestety, wiara ludzka na pstrym koniu jeździ. Spójrz na Borutę – początkowo był potężnym duchem, opiekunem lasów, a potem chrześcijańska propaganda uczyniła z niego diabła. Zapijaczonego szlachetkę pilnującego skarbów. Zaś teraz pozuje na jakiegoś żałosnego demona z rozdroży. A moje krewniaczki, mamuny? Dawniej stanowiłyśmy aspekt bogini-matki, byłyśmy opiekunkami dzieci i małych zwierzątek, lecz dzięki katolom skończyłyśmy robiąc pranie cyckami i porywając głupie bachory. Ale nie ze mną takie numery! Nie miałam zamiaru zostać ofiarą trendów, więc postanowiłam zacząć nimi sterować. Zdecydowałam się przebranżowić. Wystarczyło znaleźć odpowiednią niszę na religijnym rynku.

– Niszę – powtórzyłem z dużą dozą sceptycyzmu.

Ruda uśmiechnęła się przebiegle. Wstała i zmysłowym ruchem oparła napiętą stópkę o siedzisko. Tryumfująca tancerka. Miała diabelnie zgrabne pęcinki.

– Jestem Gemma Melania – oznajmiła z dumą. – Władczyni wirtualnego świata. Patronka gildii i klanów. Pani rarowych dropów i epickich itemów. To do mnie miliony modlą się o rozstrzygającego bitwę headshota, o crita dobijającego bossa, nim zginie ostatni z rajdu…

Postanowiłem przerwać ten bełkot.

– A mogłabyś mówić po polsku, wszechmocna Gemmo?

Obruszyła się i usiadła z powrotem w fotelu. Foch absolutny.

– Tępy naab – mruknęła, wydymając wargi jak mała, urażona dziewczynka. Włączyła stopą komputer. – Patrz, niedowiarku!

Więc patrzyłem na wczytujący się powoli system. Melania nerwowo stukała palcami w blat. Chyba nie o taki efekt jej chodziło. Cóż – wyżej okna nie podskoczysz.

Gdy wreszcie maszynce udało się odpalić, a jej właścicielce pozamykać wszystkie wyskakujące reklamy, powiadomienia od antywirusów i inne gówna, Mel włączyła przeglądarkę.

Odchrząknęła.

– Patrz, niedowiarku!

Strona była utrzymana w kolorze kawy z mlekiem oraz gustownym odcieniu fioletu, granatu, czy jak tam to zwą. Centralny punkt stanowił mangowy obrazek, przedstawiający leżącą na łóżku rudą dziewczynkę w kolczych majteczkach, obok której spoczywało AK-47 i obnażona katana. Wygięta w kociej pozie rysunkowa panienka faktycznie przypominała Melanię. Obok widniały odnośniki do opisów cudów uczynionych przez Gemmę, pochlebne komentarze oraz prośby od żałosnych, pozbawionych prawdziwego życia ludzi.

– Z moich wyliczeń wynika, że jeśli ilość wyznawców danego boga przekroczy jeden promil ludzkości, to astral uznaje tę formę wierzenia za archetyp i chroni przed radykalnymi zmianami – tłumaczyła dumna jak paw Mel. – Wystarczy, że zdobędę około siedmiu milionów lajków. A mam ich już ponad pięć i pół miliona.

Popatrzyłem na nią z politowaniem.

– Jesteś stuknięta – westchnąłem.

Kolejny raz strzeliła focha.

Po chwili zmrużyła oczy i uśmiechnęła się złośliwie.

– Wybacz – przeprosiła zupełnie nieszczerze. – Ciągle tylko paplam o własnym życiu. Prawdziwa baba. A przecież jesteś moim gościem. Poza tym, jeśli wszystko się ułoży, będziemy spędzać razem sporo czasu. Opowiedz mi o sobie.

Świetnie. Będziemy tak sobie siedzieć i świergotać jak dwie psipsiółeczki. Spełnienie moich marzeń.

– A o czym tu opowiadać? – Wzruszyłem ramionami. – Jestem…

Przerwała mi, szczerząc drapieżnie ząbki – niczym Kot z Cheshire:

– Jesteś Grad, płanetnik.

Wkurzyłem się. Chce historii mego życia odkąd przestałem lać w pieluchy – proszę bardzo. Byleby donosiła piwo.

– Jestem… – nagle urwałem.

W końcu nie urodziłem się Gradem. Szukałem w myślach imienia. Przecież miałem je jeszcze wczoraj. Porządne męskie imię, żadne tam pedalskie „Kamil” czy „Dominik” jak u kosmity z „Kapitana Bomby”. I nazwisko ze szlacheckim „-ski” na końcu. Jak można nie znać własnego nazwiska?

Próbowałem sobie coś przypomnieć. Cokolwiek. Moją rodzinę, studia, pracę… Bo miałem pracę, czyż nie? I kumpli. Piłem z nimi wczoraj, z okazji cholernego Halloween!

Cienie ukochanych kobiet, ulubionych knajp, wymarzonego samochodu – wszystko znajdowało się tuż obok mnie, na wyciągniecie ręki, gdzieś na końcu języka…

Zbyt daleko.

Melania nie przestawała się uśmiechać.

– Jestem Grad, płanetnik – wycedziłem przez zęby.

Nie musiała mi nic zabierać. Nie musiała mnie ze sobą wiązać.

I tak nie posiadałem niczego poza nią.

– Nienawidzę cię – powiedziałem. – Ciebie i twojego starego. Pierdolę to. Znajdź sobie innego fagasa.

Nim zdążyła zareagować, wstałem i wyszedłem z mieszkania. Zbiegłem po schodach, niczym ostatni głupek, zamiast poczekać na windę. Dopiero otwierając drzwi klatki, zauważyłem, że nie mam butów.

Nic to. Pieprzyć obuwie. Będę szedł boso przez świat. Jak Cejrowski. W końcu prawdziwy mężczyzna nie je miodu – prawdziwy mężczyzna żuje pszczoły.

Ruszyłem przez tonące w deszczu ulice.

 

***

 

Lało jak z cebra. Wielkie niczym grochy krople spływały mi po twarzy. Ot, ciepły majowy deszcz, tyle że na początku listopada. Uroki bycia demonem pogody.

Przemokłem na amen, ale nie odczuwałem chłodu. Pod nagimi podeszwami stóp miałem niemiłą, szorstką powierzchnię chodnika i musiałem uważać, żeby nie wdepnąć w psie kupy, lecz nie przejmowałem się. Ważne, że z każdym krokiem znajdowałem się dalej od uśmiechniętej złośliwie rudej zołzy.

Przechodnie rzucali mi ukradkowe, karcące spojrzenia. Jakby bosy facet bez kurtki był o tej porze roku jakąś obrazą przyzwoitości.

Gońcie się, ludziska.

Minąłem dwie przecznice, nim dotarło do mnie w jak głębokiej jestem dupie. Nie miałem pieniędzy, dokumentów, butów czy nawet gaci. I najmniejszego pojęcia, dokąd zmierzam. Posiadałem tylko głębokie przekonanie, że jeśli dotrę do domu, wszystko się ułoży. Oraz jedno, jedyne wspomnienie – widok kamienicy, z posągiem anioła siedzącym na jej szczycie.

Wystarczyłaby głupia komórka z dostępem do netu i już wiedziałbym, gdzie znajduje się ten budynek. Gdybym nie był takim idiotą, sprawdziłbym to wcześniej na komputerze Melanii. Ale po co – lepiej było wybiec z jej chaty jak rozhisteryzowany emo.

Jest pan debilem, panie Gradzie.

Postanowiłem skorzystać z bardziej tradycyjnych metod pozyskiwania informacji. Podszedłem do starszego małżeństwa, pakującego do bagażnika leciwego golfa doniczki z przywiędłymi chryzantemami.

– Dzień dobry – przywitałem się grzecznie. – Przepraszam bardzo, ale czy słyszeli może państwo o kamienicy z rzeźbą anioła?

Babulinka gapiła się na mnie, mrużąc krótkowzroczne oczy. Poprawiła futro z nutrii, śmierdzące wilgocią i naftaliną.

– Kamienicę? Tu nie ma kamienic – oświadczyła odkrywczo kobieta. – To pewnie gdzieś na Śródmieściu albo Starym Mieście. Nie, Władek? – zwróciła się do męża, po czym zauważyła: – Nie ma pan butów.

– Tak. Niestety. Zostałem wczoraj pobity i okradziony – tłumaczyłem, licząc na współczucie. – A czy w takim razie użyczyliby mi państwo telefonu komórkowego, żebym mógł sprawdzić adres? Próbuję wrócić do domu.

Staruszek wszedł między mnie a swoją żonę, obronnie wymachując wiechciem cuchnących badyli.

– Nie gadaj z nim, Maryś – warknął. – Przecież to ćpun. Pewnie chce nas okraść. Zjeżdżaj stąd, chłopcze, nim wezwę policję!

– Nie unoś się pan tak, bo zawału dostaniesz. Miłej zabawy na cmentarzu! – mruknąłem na odchodne. – Ciekawe, gdzie się podziało cholerne chrześcijańskie miłosierdzie…

Ulewa przybrała na sile i zaczęło grzmieć.

Szedłem.

Ludzie powoli przestawali zwracać na mnie uwagę. Jakaś parka tak się zagadała, że prawie na mnie wlazła. Myślałem, że wykłują mi oczy swoim parasolem. Nawet nie raczyli powiedzieć przepraszam.

– Co za wstrętna pogoda! – marudziła przy tym ciamajdowata panienka.

– Wkurzajcie mnie wszyscy dalej, to faktycznie zafunduję wam grad – burknąłem pod nosem.

Zobaczyłem wjeżdżający na przystanek tramwaj. Popędziłem w jego kierunku, zerkając w przelocie na rozkład jazdy. Powinienem dotrzeć nim do Śródmieścia.

Motorniczy zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Pożyczyłem chamowi hemoroidów wielkości śliwki i nerwowo wcisnąłem guzik.

A przynajmniej spróbowałem wcisnąć, bo mój palec przeniknął przez plastik.

Gapiłem się z niedowierzaniem na swoją dłoń.

Tramwaj zadzwonił i ruszył, gdy zmieniło się światło.

Zaczepiłem stojącą obok mnie kobietę.

– Przepraszam panią, czy jechała już… – Przerwałem, gdyż babka zupełnie mnie ignorowała. Pomachałem jej rękami przed twarzą. Nic.

Nie rozumiałem, co się dzieje. Przecież chwilę temu rozmawiałem z ludźmi. A wcześniej piłem, jak najbardziej materialne, piwo. Więc od kiedy to robię za Duszka Kacperka?!

Zacząłem biec. Ulewa cichła. Nagle przystanąłem i spojrzałem na swoją dłoń. Znikała. Bledła jak tęcza po ustaniu deszczu. Zdrętwiałem. Nie byłem gotowy na nieistnienie. Zrobiłem kilka kroków naprzód, lecz zjawisko zaczęło się pogłębiać. Odruchowo cofnąłem się. Trochę lepiej.

Odwróciłem się na pięcie i popędziłem po własnych śladach. Minąłem przystanek, potem parking. Wpadłem na jakiegoś brodatego gościa.

– Co ty, kurwa, oczu nie masz? – wydarł się oburzony.

Aż chciałem postawić mu browca.

Wreszcie dotarłem do klatki Melanii. Złapałem za klamkę i otworzyłem drzwi.

 

***

 

Mamuna siedziała na schodach, ubrana w wysokie, rozsznurowane botki i prochowiec.

Gołe kolana sugerowały, że nie narzuciła na siebie nic prócz płaszcza.

Gdy mnie zobaczyła, w fiołkowych oczach zalśniła ulga.

– Och, Gradzie – szepnęła. – Tak bardzo się o ciebie martwiłam. Wróć ze mną. Proszę.

Ostrożnie chwyciła moją dłoń. Pozwoliłem jej zaprowadzić się do windy, niczym bezwolne cielę.

Byłem taki zmęczony.

W mieszkaniu zdjęła prochowiec, zaciągnęła mnie do sypialni i usadziła na wielkim, przykrytym wełnianą kapą łóżku.

– Jesteś cały mokry. Rozbieraj się – poleciła i ściągnęła mi koszulkę przez głowę.

Potem wyszła z pokoju.

Sypialnia miała duże drzwi balkonowe i pomalowane na ciemnoczerwono ściany.

Siedziałem bez ruchu i gapiłem się tępo na zdobiące toaletkę bibeloty. Posążek wilka z onyksu sąsiadował ze zdjęciem brzydkiej dziewczynki, tulącej śmiertelnie znudzonego mopsa. Obok, w ażurowej, metalowej ramce, stała fotografia jasnowłosej pary w średnim wieku, obejmującej uśmiechniętą absolwentkę. Ślady zwyczajnego życia.

Melania wróciła, niosąc puchaty, biały ręcznik. Wytarła mi twarz, barki i włosy.

– Przepraszam – powiedziała cicho. – Niepotrzebnie cię zraniłam. Jeśli przeszłość jest dla ciebie taka ważna, pomogę ci ją odzyskać. A przynajmniej spróbuję. Tylko nie odchodź. Jeśli mnie opuścisz, umowa przestanie obowiązywać i znikniesz. Nie chcę tego. Zostań ze mną, Gradzie, proszę. Mam dosyć samotności. Przecież nie jestem taka straszna. Będę o ciebie dbać, obiecuję.

Oparłem czoło o jej brzuch.

Stała przy mnie, taka miękka i ciepła. Pachniała wanilią, jak babcine ciastka. Wydawała się krucha i delikatna niczym porcelanowa figurka. Chciałem ją tulić. Chronić.

To było zupełnie do mnie niepodobne.

Nim zrozumiała, co się dzieje, przerzuciłem ją przez ramię i wystawiłem na balkon. Zamknąłem dokładnie drzwi.

Tłukła o szybę jak uwięziony ptak. Fiołkowe tęczówki pociemniały ze wściekłości. Deszcz wsiąkał w rude włosy, zmieniając je w śmieszne strąki. Błyskało.

Musiałem spokojnie pomyśleć.

Poszedłem do kibla.

 

***

 

Gdy wróciłem z łazienki, Melania już czekała w przedpokoju. Wpadający przez otwarty balkon wiatr targał przejrzystymi zasłonami. Mamuna ociekała wodą i wydawało się, że widzę ładunki elektryczne tańczące po jej skórze. Przez mokrą koszulkę prześwitywały koraliki twardych od chłodu sutków. Dziewczyna dyszała ciężko – trudno powiedzieć czy z wysiłku, czy też z wściekłości.

Chciałem wrócić do mojego azylu, lecz Gemma wyciągnęła przed siebie dłoń z rozcapierzonymi palcami i wrzasnęła:

– Dominacja!

Skamieniałem. Straciłem władzę nad własnym ciałem. A potem, jak jakaś cholerna marionetka, powędrowałem do sypialni i runąłem na łóżko.

Melania przerzuciła przeze mnie smukłe udo i siadła okrakiem na mym brzuchu. Krople wody kapały z rozpuszczonych włosów. Czułem ciepło promieniujące przez jej mokre majteczki.

– Za to właśnie kocham mechanikę D&D! – oznajmiła z satysfakcją moja pani.

Ugryzła mnie w ucho.

 

***

 

Leżałem, wpatrując się w sufit.

Właśnie ubezwłasnowolniono mnie i, na dobrą sprawę, zgwałcono.

Zostałem miękkim pantoflem rudowłosej jędzy.

Wolałem nie myśleć, co by na ten temat powiedzieli moi zapomniani kumple. Przynosiłem wstyd całemu męskiemu rodzajowi.

Melania zamruczała przez sen i przekręciła się na plecy.

Obróciłem się i spojrzałem na jej kształtne, mlecznobiałe piersi.

Chyba reszta męskiego rodzaju zdołałaby mnie zrozumieć. Są pewne priorytety.

Trąciłem jeden z sutków i cycia uśmiechnęła się do mnie, marszcząc zabawnie brodawkowy nosek. Jako człowiek sprawiedliwy, pogłaskałem jej koleżankę.

– Moje kochane dziewczynki – zwróciłem się do nich z czułością – przecież to nie wasza wina, że macie taką wredną panią. Nie martwcie się. Wujek Grad będzie was bronił przed całym złym światem.

I ruszyłem do lodówki po piwo.

Koniec

Komentarze

Obiecywałam sobie, że nie będę pisać nic nowego, póki nie skończę rzeczy, które pozaczynałam, ale nie mogłam się powstrzymać. Miłej lektury

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Oświadczam, że zostaję Twoją stałą czytelniczką. Co prawda, musiałam sobie sprawdzić, co to jest mechanika D&D i niestety dalej nie bardzo rozumiem o co chodzi, no ale trudno. 

Lekkie, bezpretensjonalne, z fajnymi dialogami. 

Prawdziwy mężczyzna nie je miodu – prawdziwy mężczyzna żuje pszczoły - uczę się tego na pamięć. Sama wymyśliłaś? :).

Pozdrawiam

Cieszę się ogromnie. Cytat niestety nie jest mój, słyszłam go od brata, a pochodzi prawdopodobnie z kreskówki "Poradnik Prawdziwego Mężczyzny".

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

To o pszczołach brzmi jak z kawału o Chucku Norrisie :D

Przeczytam jutro, dziś mam czas już tylko z doskoku. A nie lubię czytać dobrych tekstów w ten sposób :)

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ten tekst, napisany z punktu widzenia dziewczyny, również nadawałby się na konkurs.

Zdanie o pszczołach jest dobre, ale nic nie poradzę, że wolałabym przeczytać dłuższy tekst z Szerszeniem w roli gównej.  

 

„…zbierając siły na dalszą wędrówkę”. –– Ja napisałabym: …zbierając siły do dalszej wędrówki.

 

„…wybrałem butelkę portera i dwie franfurterki”. –– …wybrałem butelkę portera i dwie frankfurterki.

 

„Zdołałem ją przekonać, by łaskawie ubrała koszulkę na ramiączkach oraz jedne ze swoich kokardkowych majteczek”. –– Jestem niezmiernie ciekawa, w co panna ubrała koszulkę i majteczki, i jak to zrobiła. ;-)

Odzieży, w tym także bielizny, nie ubiera się! Nie ma takiej możliwości! Koszulkę i majtki można założyć, w sukienkę można się ubrać, spodnie można wciągnąć, buty można włożyć, płaszczem można się okryć, w suknie balową można się wystroić –– ale nigdy nie można żadnej części garderoby ubrać!

 

Pozdrawiam.


 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki! Jesteś niezastąpiona. Już poprawiam. Z wędrówką zastanawiałam się i zmieniałam kilka razy.

Z Szerszeniem w roli głównej chwilowo nic nie planuję, choć jak wreszcie spłodzę przewlekle pisane opowiadanie to będzie o nim mowa, tylko chwilowo mam zastój, a obiecałam sobie, że nie zacznę wrzucać tekstu, nim zupełnie nie skończę (paskudztwo ma obecnie 176 tys znaków i 3 rozdziały do końca, więc nie wiem, czy ktoś będzie w stanie je zmęczyć)

Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Jwstem cierpliwa i dzielna. Na pewno zmęczę, jeśli będę mieć taką możliwość. ;-)

Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Gdyby dziewczyna rzeczywiście byłaby taka wkręcona "w komputery", nie wyskakiwałyby jej reklamy. Przecież te nawet większość laików potrafi zablokować :P

Będę szedł boso przez świat. Jak Cejrowski - Miszcz!

Bardzo męskie! Gdybym była facetem, pewnie właśnie tak bym to wszystko opisała ;)

Ooo ja dalej nie potrafię zablokować reklam, którymi męczy mnie gg. Prócz oczywiście wywalenia gg. Czego szkoda mi zrobić, bo to moje miejsce przechowywania namiarów znajomych z porzuconych mmorpg. Choć żaden od dwóch lat nie pisze. Ale cóż sentymentalna jestem. Więc jak ktoś wie jak - będę wdzięczna za radę.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Rysy jego upstrzonej trądzikiem twarzy dowodziły, że mamuśka w czasie ciąży nie stroniła od alkoholu.

 Hmm.. Poważnie jest jakiś związek?

 Nic to. Pieprzyć obuwie. Będę szedł boso przez świat. Jak Cejrowski. W końcu prawdziwy mężczyzna nie je miodu – prawdziwy mężczyzna żuje pszczoły.

Brzmi fajnie, ale z tego, co pamiętam, to slipów Melania też mu nie dała...

 Obróciłem się i spojrzałem na jej kształtne, mleczne piersi.

Domyślam się, że chodzi o mlecznobiałe, a nie pełne mleka? Chociaż w przypadku mamuny, kto je tam wie;-)

Bardzo dobre opowiadanie, potrafisz budować zdania, tworzyć ciekawe opisy, porównania. Bohater trochę stereotypowy, ale fajny. Mam tylko wątpliwości, skąd budząc się w obcym miejscu od razu wiedział, że jest martwy i znajduje się w niebie - bez zdziwienia, konsternacji etc.? A długo, długo potem dopiero się orientuje, że nic nie pamięta...

 Co do reklam gg, mam to samo - chociaż tylko jedna po zalogowaniu się pojawia, później spokój. Może adblock pomaga, bo koleżanka w pracy, która go nie ma, co chwilę skarży się na wyskakujące reklamy.

 

Alex - Ach, ja gg raczej nie używam, więc nie wiem, że bywa takie upierdliwe :)

Piwak - To prawda z tymi rysami. Dzieci matek-alkoholiczek mogą niestety nosić ślady ich nałogu. Także na twarzy.

Slipów Melania mu nie dała, ale ich brak pod bojówkami chyba nie jest na ulicy tak istotny jak brak butów...

Piwak - twarze ludzi z płodowym zespołem alkoholowym są dosyć charakterystyczne. W moim poprzednim miejscu zamieszkania sporo takich widywałam.

Piersi oczywiście były mlecznobiałe, aż tak wredna nie jestem, żeby fundować bohaterce guza przysadki czy coś.

Co do braku zdziwienia Grada po przebudzeniu - wydawało mi się, że komuś, kto przeżył(?) pobicie, uszkodzenie mózgu i oberwanie piorunem, łatwiej będzie uwierzyć w niebo niż cudowne uzdrowienie lub tym bardziej przemianę w płanetnika. Tłumaczenie sytuacji przez Melanię w trakcie śniadania pominęłam, żeby nie nudzić. A wybiórcze zaburzenia orientacji autopsychicznej stanowią typową reakcję organizmu po wskrzeszeniu w formie demona;)

Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Moje zdziwienie dotyczyło trądziku - podkreślenie go wskazuje jakby to on był skutkiem. Tak to odebrałam.

A zdziwienie Grada - zabrakło mi momentu dezorientacji w momencie przebudzenia - to jego pierwszy dzień, a ogląda damską bieliznę jak coś zupełnie normalnego (ale już naga laska w pokoju to szok na samą jej obecność, nie tylko nagość, jakby bielizna nie była dowodem, że gdzieś może być kobieta). Tak samo jak momentu, gdy sobie przypomniał, że został pobity etc. i ewentualnych konsekwencji. On się budzi i wszystko już wie. To chyba nie jest możliwe, skoro bez jego dodatków, gdy się budzi w nowym miejscu, potrzeba paru sekund, by się zorientować, gdzie się jest. A przynajmniej ja tak mam, że jeszcze zanim otworzę oczy, myślę: dom czy nie dom albo weekend czy zaraz budzik wrzaśnie?;-)

Pozdrawiam

 

 

"Obudziłem się z głową w stercie czystej, damskiej bielizny, pachnącej różanym płynem do płukania. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że nie żyję. Żadna laska nie robiła prania w moim domu."

Pewnie mogłabym zrobić z tego monolog na pół strony: o tym jak to chłopak najpierw konstatuje fakt, że żyje, choć pamięta uderzenie pioruna, że jest leży na obcej kanapie, że nie wiedzieć czemu, za poduszkę służy mu sterta prania złożona z damskiej bielizny i po piętnastu minutach dywagacji, dochodzi do wniosku, że jedynym "logicznym" wytłumaczeniem jest dostąpienie raju w rozumieniu pastafarian ( masz co chcesz plus wulkany piwa i fabryka striptizerek), tylko że wtedy byłoby to mocno przegadane. "Utwierdzanie się w przekonaniu" pewnie trochę trwało.

A zdanie z trądzikiem faktycznie powinnam rozbić na dwa, żeby uniknąć nieporozumień.

Dzięki ogromne. Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Nie musi być od razu pół strony;-) Wystarczy coś w stylu: Obudziłem się, czując zapach róż. Pokój wydał mi się obcy, na kanapie wokół mnie leżała sterta czystej, damskiej bielizny. Stopniowo wracały mi wspomnienia z wczorajszej? nocy...

Jak zaczęłam czytać ten fragment to z początku odniosłam wrażenie, że to jest już kolejny dzień w nowej pracy - skoro dla niego wszystko poza praniem jest normalne. Dopiero opis pokoju wskazuje, że jednak widzi go pierwszy raz w życiu. Ale skoro od razu pamięta, że jest martwy i w niebie - to trochę dziwne, że zapomniał o najważniejszej kwestii - umowie z diabłem i swojej podopiecznej - i nawet damska bielizna, w której się obudził, nic mu nie podpowiedziała - jakoś zupełnie to zignorował, nie wpadłszy na to, że skoro jest damska bielizna, to gdzieś musi też być właścicielka...

Pozdrawiam

 

 

Byłam, przeczytałam.

 

Też pierwszę słyszę, by po czyimś pysku można było rozpoznać, że matka w ciąży piła alkohol.

 

Opowiadanie przyjemnie, fajnie napisane, choć w sumie nieco zdziwiło mnie, że Mel płakała po gościu, z którym rozmawiała ledwie pół godziny...

 

Jeżeli chodzi o konkurusowy punkt widzenia - sądzę, że facet został bardzo porządnie zrobiony ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

joseheim - cięszę się z porządnie wykonanego faceta:D Co do pyska - można, oj, można - Strassen Diagnose pełną gębą.  A Mel płakałaby i po kanarku, bo egoistycznie beczała z powodu samotności.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

*cieszę

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Alex, zdradzę Ci (tylko ciii... to tajemnica), że w momencie pisania komentarzy do opowiadań konkursowych, wydawało mi się, że to Twój tekst wygra. Ostatecznie zmieniłem zdanie, ale Twój tekst nominowałem.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Bardzo mi miło, berylu:) Wiem, że pojechałam po stereotypie, ale... jak zapytałam mojego męża, czy nie przeholowałam i nie zrobiłam z Grada zbytniego szowinisty, stwierdził : "Szowinisty? No coś ty, to przecież taki rozsądny chłopiec. I przepraszam, ale w którym to miejscu kazał jej iść do kuchni?"

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Sympatyczna historyjka. Może jedynie przydałoby się kilka zdań więcej na zakończenie.

pozdrawiam

I po co to było?

Ciekawa historia. Momentami bardzo zabawna, a wierz mi, że trudno jest wycisnąć uśmiech z mojej pozbawionej emocji twarzy i lodowego serca. Gdyby napisał to facet, trochę za bardzo podchodziłoby mi to pod męski "wish fulfillment", ale w obecnej sytuacji w sumie sam nie wiem, co o tym myśleć. W każdym razie źle nie jest.

syf., vyzarcie - ogrominie się cieszę, jeśli się Wam podobało

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

No! Znalazł się Boruta! I mopsik. :-)

Fajny tekst. Też mi się wydaje, że facet odstawiony dobrze. A z niepewnością co do związku opartego na seksie to już nieźle pojechałaś. ;-)

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo, za przeczytanie:) Cieszę się, że się podobało.

Mam wrażenie, że w ogóle stare opowiadania cieszą się, gdy je czytasz. Są wdzięczne jak koty, których dawno nikt nie głaskał. Więc, gdybyś planowała zostać boginią słów, to pewnie jakiś potencjał w astralu już zbudowałaś ;D

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

No, chyba tak. Gdyby moja boskość była rozstrzygana w głosowaniu na becie, to miałabym niezłe szanse – przeczytałam i skomentowałam ponad połowę. Ale, cholera, nie wszystkie pozytywnie. Może jednak lepiej, że opowiadania głosu nie mają.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka