- Opowiadanie: -13- - Bestia

Bestia

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Bestia

 

Mężczyzna upuścił miecz, zdjął hełm i cisnął nim o ziemię. Dookoła leżeli zabici. Słychać było jęki konających. W oddali płomienie pożerały zachłannie resztki wiejskich zabudowań. Po zamku stojącym na wzgórzu nie pozostał nawet kamień na kamieniu. Mężczyzna powoli lustrował okolicę. Wszędzie śmierć i zniszczenie. Kobiety opłakujące mężów i synów. Dzieci szukające rodziców pośród ciał poległych. W płomieniach trawiących drewniane budynki gospodarcze, ryczało zdychające bydło. Tuż przed nim przebiegł koń niosący na grzbiecie bezgłowe ciało. Rycerz padł na kolana. Twarz skrył w dłoniach.

 

Gotfryd gwałtownie obudził się. Chwilę zajęło mu opanowanie oddechu. Przetarł zlane zimnym potem czoło, po czym sięgnął do stojącego przy łóżku wiadra. Nabrał dłonią zimnej wody i zmoczył twarz. Powoli się uspokajał. Wiadro z wodą stało przy lóżku, odkąd tylko pamiętał. I odkąd pamiętał miał ten sam koszmar. Mężczyzna powoli ubrał się. Próbował się skupić i za wszelką cenę nie myśleć o dniu, którego rozpoczęcie obwieszczały pierwsze promienie słońca wpadające do komnaty przez wąskie zamkowe okno. Ale nie był w stanie zapomnieć ani na moment o przepowiedni na temat bestii zstępującej z niebios by siać zniszczenie. Pamiętał też doskonale, że stare księgi zawierały dokładną datę jej nadejścia. To był właśnie ten dzień.

 

***

 

– Katapulty ustawimy na skraju lasu. O tutaj, na tym wzgórzu. – Rosły mężczyzna wskazał palcem punkt na mapie rozłożonej na stole. – Przed nimi łucznicy. Bestia nadejdzie od strony rzeki. Jeśli zrobimy po mojemu, zasypiemy ją gradem pocisków jak tylko wyłoni się z puszczy. Gdybyśmy dostali obiecane przez mistrza Kleofasa beczki z jego tajemną miksturą, moglibyśmy spalić las w cholerę, nim poczwara wytknęłaby z niego pysk. – Wielka jak bochen chleba pięść walnęła w stół. – Stary bezużyteczny głupiec. Do tego martwy.

 

– Dobrze, że w swojej mądrości postanowił prowadzić alchemiczne eksperymenty z dala od zamku. Inaczej nie byłoby czego bronić bo wybuch i pożar strawiłyby wszystko – roześmiał się młody blondyn ubrany w szkarłatne szaty przyozdabiane złotą nicią. Proste włosy spływały mu na ramiona. – A czy bezużyteczny? Słyszałem od dwórek, że odkąd nasz alchemik dał ci tajemny ziołowy napój, jesteś nie do zniesienia. Prosiły, by cię zamknąć w lochu, lordzie, nim ochłoniesz nieco. Podobno nawet starej kucharce nie darowałeś.

 

Zebrani w sali mężczyźni wybuchnęli gromkim śmiechem, a sam zainteresowany mocno się zarumienił.

 

– Ależ książę, nie ma się z czego śmiać. A gdyby ten stary dureń dotrzymał słowa, nasze zadanie byłoby o wiele łatwiejsze. Proszę mi wybaczyć szczerość, ale jestem prostym żołnierzem z dziada pradziada. I jako prosty żołnierz mówię: mamy przesrane.

 

– Lordzie Arturze. Boską wolą jest zesłać na nas bestię. Może to kara za grzechy, a może dzień próby. Nie wiem. Ale jeśli wolą bogów jest byśmy potwora pokonali, to tak się stanie. Z cudownymi mazidłami starego Kleofasa, czy też bez nich. Prawda, lordzie Gotfrydzie?

 

– Prawda, książę. Szykowaliśmy się całe życie na ten dzień. Chłopi ćwiczyli fechtunek całymi dniami. Niektórzy nabrali takiej wprawy, że mogliby stanąć nawet ze mną na ubitej ziemi i wynik pojedynku nie byłby oczywisty. Ale lord Artur ma rację. Mamy pięć tuzinów konnych, dwa razy tyle pieszych, kilka katapult. Nie wiem, czy bez pomocy niebios sobie poradzimy. Nie wiemy, jak potężny jest potwór, z którym przyjdzie nam dziś walczyć.

 

– Panowie, rozchmurzcie się. Zobaczycie, że ten dzień okryje nas chwałą. Nasze imiona będą zapisane w księgach, a bohaterskie czyny opiewane w balladach. Taka jest zapewne wola…

 

Do komnaty wpadł zdyszany chłopak. Schylił się, opierając dłonie na kolanach. Usiłował złapać oddech.

 

– Wasza wysokość! Bestia! Jest za rzeką! – wywrzeszczał po chwili. Jego oczy pełne były przerażenia.

 

– Kiedy się pojawiła? Jak wygląda? Wielka jest? Gadaj szybko! – Lord Artur doskoczył do gońca szybciej niż pozostali. Chwycił go za ramiona i gwałtownie potrząsał. – Gadaj mówię! Szybko!

 

– Chłopi, co mieli pilnować rzeki, ją zobaczyli. Wielka jest. Większa niż moja chata! Na dwóch nogach łazi jak jaki troll. Znikąd w kupie dymu się pojawiła. Jak ją zobaczyli, to zaraz przybiegli wieś ostrzec. A ja tu pognałem.

 

– Mądrze. Wynagrodzę twą odwagę i roztropność … o ile dożyjemy jutra.

 

***

 

Koń Gotfryda nerwowo kręcił łbem. Rycerz poklepał go, próbując uspokoić i zwierzę, i siebie. Obok, w cieniu stojących nieco z tyłu katapult, ciągnął się długi rząd uzbrojonych w łuki wieśniaków. Zaś u podnóża wzgórza, na którym się znajdował, prężył się dwuszereg piechurów dzierżących wszelką broń drzewcową od włóczni zaczynając a na widłach kończąc. Co niektórzy nosili pełne pancerze, ale większość miała na sobie jedynie napierśniki lub kolczugi. Mężczyzna widział księcia siedzącego na rumaku okrytym błękitnym kropierzem. Lord Artur zaklinał władcę, by ten schronił się za murami zamku – bezskutecznie. Młody książe miał głowę nabitą legendami o bohaterach zamierzchłych czasów. Prowadząc osobiście atak, chciał dać początek kolejnej epickiej historii.

 

W oddali dało się słyszeć dudnienie. Rytmiczne, donośne. Kroki wielkiego stworzenia. Słychać było trzask łamanych gałęzi. Nad lasem uniosły się chmary spłoszonego ptactwa. Wszyscy wbijali wzrok w pierwszą linię drzew. Gotfryd kątem oka zauważył, że jeden z bliżej stojących łuczników trzęsie się z przerażenia. U jego stóp zebrała się całkiem spora kałuża moczu. Inny chciał odwrócić się i uciec, ale zatrzymał go towarzysz . Strzelcy wpatrywali się w las i oczekiwali najgorszego potwora, smoka czy innej poczwary. Ale to, co ujrzeli, zadziwiło ich ogromnie.

 

Bestia wyłoniła się przy akompaniamencie powalanych drzew, po czym zatrzymała się na chwilę. W blasku słońca wielkie, metaliczne cielsko było doskonale widoczne. Wysokością tylko trochę ustępowała zamkowym murom. Kanciaste cielsko osadzone na dwóch łapach. Brak paszczy. Trudno było nawet stwierdzić, czy ma głowę. Lewa ręka zakończona czymś na kształt olbrzymich szczypiec, prawa zaś dziwną rurą. Monstrum jakby przyglądało się przez chwilę przeciwnikom, po czym ostrożnie ruszyło. Kroki jego były niezgrabne i ociężałe.

 

Gotfryd nie czekał ani chwili dłużej. Opuścił dłoń. Na ten znak w niebo wzbiła się chmara strzał upstrzona kilkoma kamieniami niczym ciasto rodzynkami. Ostrzał jednak nie przyniósł efektu. Pociski wystrzelone z łuków odbijały się od lśniącej istoty, zaś żadna z katapult nie trafiła w cel. Żołnierze, którzy je obsługiwali, natychmiast rozpoczęli przygotowania do kolejnej salwy. Łucznicy po raz kolejny napięli cięciwy. I tym razem bez rezultatu. Potwór zatrzymał się. Zupełnie jakby naigrywał się z strzelców. W tym momencie książe wydał rozkaz do ataku. Konnica ruszyła. Początkowo powoli, nieśmiało. Jednak z każdą chwilą nabierała tempa. Kopyta wzbijały kłęby kurzu. Za jeźdźcami pognali piesi krzycząc co sił w gardłach. Gdy rycerze przebyli połowę dystansu, jaki dzielił ich od nieprzyjaciela, w niebo poszybowały kolejne głazy. Jeden trafił w lewy bok stalowego golema. Ten zachwiał się, ugiął nogę. Wydawało się, że upadnie. Na ten widok piechurzy ryknęli triumfalnie. Jednak bestia utrzymała się na nogach. Opuściła rękę zakończoną rurą i skierowała ją w stronę zbliżającego się szybko wojska. Nagle rura zaterkotała i zaczęła pluć ogniem. Pierwszy szereg jeźdźców skosiła niewidzialna siła. Padały konie, ginęli ludzie. Tajemnicza broń urywała głowy, ręce, rozrywała klatki piersiowe. Nawet najwyśmienitsze pancerze nie dawały jakiejkolwiek ochrony. Ci, którzy jakimś cudem dotarli w zasięg ramion potwora, ginęli miażdżeni szczypcami lub rozdeptywani wielkimi, stalowymi stopami. Kilku pieszych przemknęło unikając mocarnych ciosów. Jednak ich widły, kosy i włócznie łamały się na stalowej skórze olbrzyma. Gotfryd pojął grozę sytuacji.

 

– Uciekajcie do zamku! Na mury! I niech bogowie was bronią! – wykrzyczał do śmiertelnie przestraszonych żołnierzy. Ci posłusznie rzucili się w kierunku zamkowego wzgórza. Rycerz zaś ruszył galopem, poganiając konia ostrogami. Gnał lekkim łukiem, omijając giganta nieco z prawej strony. Gdy znalazł się za nim, zawrócił i popędził na spotkanie swojego przeznaczenia. Widział wieśniaków próbujących zranić bestię w jakikolwiek sposób. Część z nich po chwili bezowocnych starań porzucała broń i uciekała, pozostali trafiali w łapy potwora. Rura z prawej ręki gdzieś zniknęła zastąpiona przez olbrzymi młot. Za to na czubku korpusu pojawiła się jej większa siostra. Wypluła olbrzymią chmurę dymu przeplatanego płomieniami. Dziwny przedmiot pomknął w stronę zamku ciągnąc za sobą szary pióropusz. Za nim podążył drugi, trzeci, czwarty. Gotfryd zatrzymał wierzchowca. Zeskoczył prędko. W duchu dziękował bogom. W swoim śnie nie miał na sobie zbroi, a jedynie gruby, lecz nie krępujący ruchów, skórzany kaftan. Sam tego do końca nie rozumiał, ale na spotkanie potwora postanowił nie zakładać pancerza. Jak w swoim śnie. Teraz cieszył się z podjętej decyzji. Wykorzystał moment, w którym cielsko znieruchomiało. Uczepił się olbrzymiej nogi i zaczął wspinać, wykorzystując liczne nierówności, zagłębienia oraz wystające i oplatające łapy szare niby-żyły.

 

Kilka razy o mało nie spadł, jednak dotarł na samą górę. Uczepił się dziwnego uchwytu i spojrzał w dół. Olbrzym trzymał w szczypcach zakrwawionego, lecz przytomnego księcia. Przyglądał mu się. Po chwili wyprostował się zapominając na moment o ofierze. Spojrzał, zakładając, że w ogóle posiadał oczy, w stronę zamku. Budowla w jednej chwili zniknęła w płomieniach. Huk eksplozji był niesamowity. Głazy, z których zbudowano mury, wzniosły się w powietrze jak dmuchawce na łące, po czym z łoskotem opadły rozrzucone po okolicy. Kilka mniejszych podziurawiło chaty pobliskiej wsi. Stwór skupił uwagę na księciu. Uniósł szczypce do góry, jakby w geście triumfu, po czym zacisnął je z niesamowitą siłą przecinając młodzieńca w pół. Nogi spadły z mlaśnięciem na ziemię. Twarz ofiary zamarła w grymasie przerażenia i bólu. Szczypce rozluźniły uścisk. Reszta ciała wylądowała tuż obok książęcych stóp.

 

Gotfryd starał się nie zwracać uwagi na to, czego właśnie był świadkiem. Przeniósł wzrok na grzbiet potwora. Jego uwagę zwróciła nieduża płytka odznaczająca się na gładkiej lśniącej skórze. Sięgnął po sztylet. Wepchnął ostrze pod nią i z trudem podważył. Element odskoczył, ukazując dziwne wnętrzności. Nie było tam krwi, kości czy mięśni. Jedynie metal oraz dziwne, zielone, przyozdobione srebrnymi liniami płytki. Zauważył także nieznane mu czarno-srebrne amulety. Pomyślał, że to w sumie oczywiste. Jedynie potężna magia mogłaby wprawić w ruch takiego golema. Zacisnął mocno dłoń na rękojeści broni i zaczął dźgać na oślep. Zielono-srebrne płytki pękały z trzaskiem. Amulety odpadały od nich i znikały w głębi cielska. Ostrze pruło czerwone, niebieskie i żółte żyły. Wokół pojawiały się małe pioruny przeskakujące wesoło z miejsca na miejsce. Bestią zatrzęsło, zaczęła szamotać się, przechylać to w jedną, to w drugą stronę. Po chwili opuściła ręce i zamarła w bezruchu. Rycerz poczekał jeszcze chwilę. Olbrzymie cielsko ani drgnęło. Stało nieruchomo niczym posąg. Mężczyzna ostrożnie zszedł na ziemię. Upuścił miecz, zdjął hełm i cisnął nim o ziemię. Dookoła niego leżeli zabici lub konający towarzysze broni. W oddali płomienie pożerały zachłannie resztki wiejskich zabudowań. Wzrok mężczyzny powoli lustrował okolicę. Wszędzie śmierć i zniszczenie. Tuż przed nim przebiegł koń niosący na grzbiecie bezgłowe ciało. Należało do lorda Artura. Rycerz padł na kolana. Twarz skrył w dłoniach.

 

***

 

– Znów ten przeklęty sen – wymamrotał pod nosem mężczyzna zlany zimnym potem. Siedział na łóżku w zamkowej komnacie. Dłonią sięgnął do stojącego obok posłania wiadra z zimną wodą. Wiedział, że nadchodzący dzień może być pełen chwały. Może też przynieść śmierć i cierpienie. W duchu przeklinał stare księgi, na kartach których zapisana była przepowiednia. Ale nie miał wyboru. Musiał stawić czoła przeznaczeniu. Jakiekolwiek by ono nie było.

 

***

 

– Hahaha! Nie wierzę! Dałeś się załatwić?! – rudy, lekko otyły chłopiec zanosił się śmiechem. Poklepał po ramieniu kolegę, drobnego blondyna siedzącego przy biurku i wpatrującego się w ekran komputera. – Jednak jesteś oferma. Za dużo grasz w te swoje strategie. Spróbuj czasem jakiejś strzelaniny. To poprawia refleks.

 

– Daj spokój. Zwykły pech. I tak mam high score. Rozwaliłem i katapulty, i zamek. Księcia też ubiłem. Tylko niepotrzebnie ciebie posłuchałem. Zamiast karabinu powinienem dać mojemu mechowi miotacz ognia. Byłoby łatwiej. I tarczę energetyczną. – Blondyn wstał, chwycił leżący obok monitora komiks.

 

– Pokażę ci jak to się robi. – Grubasek zajął miejsce przy biurku. – Za chwilę poprawię twój rekord i przejdę do drugiego poziomu. Tego z armatami i karabinami.

 

Na ekranie pojawiła się sylwetka robota bojowego. W tle widać było las, a za nim zamek stojący na wzgórzu.

Koniec

Komentarze

Ryk zdychającego, w płomieniach trawiących drewniane budynki gospodarcze, bydła --- Ja bym napisał: W płomieniach trawiących drewniane budynki gospodarcze, ryczało zdychające bydło. Zawsze próbuj układać zdania tak, by same płynęły, przecinki poniekąd wieszają płynność tekstu, jeśli jest ich dużo, to postaraj się zmienić zdanie.


Kończę po drugim akapicie, krótkość zdań jakie stawiasz nie pozwala skupić mi się nad treścią. Nie budujesz miarowo akcji ale fragmentaryczne błyski jakichś form i twarzy, znajduję to męczące.

Gdybym miała wąsy, to bym była dziadkiem, a tak jestem sygnaturką!

Jeśli doszedłeś do drugiego akapitu i widzisz "fragmentaryczne błyski jakichś form i twarzy" to w zasadzie jestem zadowolony. Taki mniej więcej miał być efekt. A czy pomysł był udany? Zobaczymy. jednak faktycznie - drugi akapit odrobinę przeredaguję.

Pomysł niezbyt odkrywczy, wykonanie przeciętne, co nie znaczy, że w przyszłości nie może być lepiej. Ale to już zależy wyłącznie od Ciebie.  

 

Wzrok mężczyzny powoli lustrował okolicę. – A mężczyzna przyglądał się, jak ładnie wzrok lustruje. ;-)

Proponuję: Mężczyzna powoli lustrował okolicę.

 

Gotfryd gwałtownie wyrwał się ze snu. – Jak Filip z konopi. ;-)

Może: Gotfryd gwałtownie się obudził.

 

…po czym sięgnął ręką do stojącego przy łóżku wiadra. – …po czym sięgnął do stojącego przy łóżku wiadra.

Ponieważ sięga się przeważnie ręką, nie trzeba tego pisać, tym bardziej, że w kolejnym zdaniu piszesz, że Nabrał dłonią zimnej wody…

 

Mężczyzna wstał i sięgnął po przewieszone przez oparcie łóżka ubranie. – I co potem? Nic nie napisałeś, co się stało z ubraniem.

Może: Mężczyzna wstał i ubrał się powoli. Powoli, bo intensywnie myślał. W ten sposób unikasz powtórzenia sięgnął.

 

Rosły mężczyzna wskazał palcem punkt na rozłożonej na drewnianym stole mapie. Rosły mężczyzna wskazał palcem punkt na mapie rozłożonej na stole.

Stoły są z reguły drewniane. Gdyby to był stół czymś się wyróżniający, np. marmurowy, to wtedy można to dodać.

 

Chłopi nie siali, nie zbierali plonów. Jedynie ćwiczyli fechtunek całymi dniami – I czym się karmili by mieć siłę do fechtunku? A może fechtunkiem zmordowani, nie mieli ochoty na żadne jedzenie.  ;-)

 

Nasze imiona będą zapisane w księgach, a bohaterskie czyny opisywane w balladach. – …a bohaterskie czyny opiewane w balladach.

 

Stał na wzgórzu. Obok, w cieniu stojących nieco z tyłu katapult… – Powtórzenie.

 

Mężczyzna widział księcia siedzącego na swym rumaku okrytym błękitnym kropierzem. – Książęta zazwyczaj tak mają, że dosiadają własnych rumaków. ;-)

 

Bestia wyłoniła się przy akompaniamencie powalanych drzew… – Akompaniament zupełnie nie pasuje mi do wyłaniającej się bestii.

Może: Bestia wyłoniła się. Towarzyszył jej wielki huk i trzask powalanych drzew…

 

W blasku słońca jej wielkie, metaliczne cielsko było doskonale widoczne. Wysokością tylko trochę ustępowała zamkowym murom. Kanciaste cielsko osadzone na dwóch łapach. – Wiadomo, że to było jej cielsko. Ponadto powtórzenie.

Może ostatnie zdanie: Kanciaste monstrum osadzone na dwóch łapach.  

 

Ciężko było nawet stwierdzić, czy ma głowę. – Ciężkie jest coś, co dużo waży. Stwierdzenia nic nie ważą, choć mogą mieć dużą wagę, ale to nie to samo. ;-)

Proponuję: Trudno było nawet stwierdzić, czy ma głowę.

 

Na ten znak w niebo wzbiła się chmara strzał upstrzona kilkoma kamieniami niczym ciasto rodzynkami. – Nie można kilkoma kamieniami upstrzyć chmary strzał. Porównanie do rodzynek w cieście, też nietrafne.

Za SJP: upstrzyć – 1. «pokryć powierzchnię czegoś plamkami w innym kolorze niż tło» 2. «o owadach: poplamić powierzchnię czegoś odchodami w postaci czarnych kropek» 3. «wpleść do czegoś zbyt dużo niepotrzebnych lub błędnych elementów»

 

Łucznicy po raz kolejny napięli cięciwy. I tym razem bez rezultatu. – Czy cięciwy zepsuły się i dlatego nie było rezultatu? ;-)  

 

Gdy rycerze przebyli na swoich rumakach połowę dystansu… – Rycerze, wzorem księcia, także nie wypożyczają rumaków. ;-)

 

Jeden trafił w lewy bok stalowego golema. Jeden trafił w lewy bok stalowego olbrzyma. Golem był olbrzymem, ale nie każdy olbrzym jest golemem.

 

Szczypce rozluźniły uścisk. Reszta ciała wylądowała tuż obok. – Reszta ciała wylądowała obok szczypiec, obok rozluźnienia, czy obok uścisku?  ;-)  

 

Zauważył także nieznane mu czarno – srebrne amulety. Zauważył także nieznane mu czarno-srebrne amulety.

 

Może tez przynieść śmierć i cierpienie. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dziękuję za opinię. To jest to, czego mi potrzeba - wytykania palcem błędów. Bardzo chciałem napisać ten tekst, choć jakoś mi się pomysł rozjeżdżał. Miałem nadzieję, że będzie trochę oryginalniej. Dotychczas wytykano mi wałkowanie oklepanych tematów. A tu klapa - pomysł nie nowy. Trudno. Mocne postanowienie jest takie, żeby następnym razem choć trochę zabłysnąć. Czuję, że mnie stać, jeśli się przyłożę. Jeszcze raz dziękuję za krytykę.

    Po zamku nie pozostal nawet kamień na kamieniu? Co najmniej dziwne.  

Przecież to oklepana groźba, że chce się jakiś budynek, wieś czy miasto zburzyć, zniszczyć, by nie został nawet kamień na kamieniu. Dosłownie odczytane brzmi dziwnie, ale to miał być zamiennik dla " całkowicie zniszczony".

Każdy kolejny wytknięty błąd motywuje mnie do pisania, ale jeśli następne opowiadanie nie będzie naprawdę przyzwoite, zrobię sobie chyba przerwę na przemyślenia i czytanie.

Nawet ciekawa koncepcja, jednak gdyby tekst był dłuższy, myślę, że bym nie przebrnęła.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Pomysł udany. Szczerze powiedziawszy początek mnie trochę odstraszył, ale rozwinięcie akcji i zakończenie z ciekawym zwrotem uważam za bardzo udane.

Pomysł nie całkiem nowy, czegoś takiego się spodziewałam, ale innowacja z zakończenia interesująca.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka