- Opowiadanie: Agroeling - Szadź

Szadź

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Szadź

Szadź

 

 

To opowieść o smoku.

 

I o wyprawie garstki śmiałków do jego legowiska, ukrytego w jednej z nieprzeliczonych pieczar strzelistych Gór Kalgarad. O wyprawie, z której nikt nie powrócił, by dać świadectwo swych czynów. Albowiem odważni pionierzy, którzy chcieli dokonać finalnego aktu wielkiej wojny sprzed lat i uśmiercić ostatniego prehistorycznego gada, zapomnieli o czymś, co powinni byli pieczołowicie chować w pamięci. Zapomnieli, że nocą, roziskrzoną lśniącymi jak kryształy lodu gwiazdami, wladca Gór Kalgarad nawiedzał ludzkie sny. Przenikał do serc swych zaprzysięgłych wrogów, zamierzając ich wszystkich zniewolić.

 

Aby powtórnie ustanowić na świecie smocze dominium.

 

W głębokim cieniu niebotycznych turni zaległa dolina, którą odkryli tuż po zakończeniu zwycięskiej wojny ze smokami zuchwali przybysze ze spustoszonych marchii. Byli zachwyceni jej urodzajnymi ziemiami, obfitością zwierzyny łownej oraz rwącymi rzekami, wypływającymi z porośniętym ciemnym borem górskich stoków. Uznali, że jest to idealne miejsce na założenie osady. Obawiając się nieco olbrzymich niedżwiedzi i watah wilków, postawili częstokół. Jednakże zagrożenie przyszło ze strony odwiecznego strażnika tych niezdobytych, posępnych gór.

 

Nad doliną zawisł cień, zmuszający wszystkich do trwożliwego, nieustannego spoglądanie w mroczne niebo.

 

Mieszkańców osady zaczęły nękać niepokojące, złowieszcze sny. Budzili się zdławieni lękiem i niezdarnie wstawali z łóżek, a na wspomnienie koszmaru padali na nie z powrotem jak śnięte ryby. Dopiero nazajutrz, nie pamiętając niczego, powoli wyłuskiwani z czarnej czeluści, otwierali oczy na rozsłoneczniony świat. Dotknięci anamnezą osadnicy wałęsali się tylko, zapomniawszy o nakarmieniu trzody chlewnej, wypędzaniu stad owiec na pastwiska, a nawet o uprawie roli. Oczywiście tak dalej być nie mogło.

 

Jedną z niewielu osób, znających znaczenie snów i świadomych groźby, jaką niosły, byla Maena, córka snycerza. Dziewczyna, widząc postępującą degrengoladę, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Zaczęła nawoływać ziomków, by strząsnęli z siebie zmrocz, odetchnęli szeroką piersią i dali stanowczy odpór złowrogim podszeptom Władcy Gór.

 

Albowiem Maena pamiętała swoje sny, a pamiętała dlatego, że nie starała się od nich uciec. A tymczasem zalewające świat ciemności odbierały nadzieję i chęć do życia. Podejrzewano, że stał za tym obdarzony potężną magią ukryty w górach smok, ale nikt nie zdołał ujrzeć go na własne oczy. Tylko Maena w swoich snach widziała wszystko i poznala nikczemny plan gada. Podzieliła się swoimi obawami z Darienem, swoim narzeczonym i najlepszym przyjacielem. Razem zaapelowali o zwołanie narady w wiosce. Gdy już przed obliczem starszyzny Maena zaproponowała zorganizowanie wyprawy przeciwko potworowi, podniósł się rwetes.

 

– To szaleństwo! – zagrzmiał jeden z włodarzy, Winkert. Poparł go zgodny chór wylęknionych osadników.

 

– Jednakże nie mamy wyjścia. Musimy wysłać ekspedycję w góry, by znaleźć i zniszczyć pomiot szatana, odpowiedzialny za naszą niedolę. Inaczej czeka nas zguba – odrzekł naczelnik wioski.

 

– Poradźmy się pustelnika. On będzie wiedział, co czynić – odezwały się inne głosy.

 

I tak zrobiono, ponieważ sędziwego eremity zawsze radzono się w najistotniejszych kwestiach. Starzec, który przybył do tego miejsca wraz z pierwszą grupą pionierów, mieszkał w szałasie u podnóża spiętrzonego skupiska walcowatych brył skalnych. Zawitali do niego Darien i Maena jako pomysłodawcy przedsięwzięcia wyprawy. Zapytali pustelnika, jak można pokonać smoka. Starzec spod krzaczastych brwi spojrzał na młodą parę.

 

– Smoki żyją bardzo długo, natomiast nieletni bohaterowie umierają najprędzej – rzekł, momentalnie gasząc entuzjazm Maeny i Dariena, po czym ciągnął dalej: – Tę krainę spowijają ciemności. Dlatego jesteśmy tacy słabi i udręczeni. A zmrożone, napiętnowane mrokiem uczucia i marzenia nie mogą rozkwitnąć, albowiem nasze dusze, podobnie jak te potężne, niewzruszone góry, nieustannie smagane lodowatymi wichrami, pokrywa szadź.

 

– Cóż nam zatem pozostaje zrobić? – zapytał Darien.

 

Pustelnik obrzucił młodzieńca uważnym spojrzeniem.

 

– Nie będzie łatwo zabić tego smoka. Jest władcą tej górskiej krainy. Swą magią spętał wszystkie zamieszkujące ją stworzenia. Nas, ludzi, pozbawił nadziei, dając w zamian złudzenia. Co można zrobić? Niewiele. A tak naprawdę to tylko martwi są zdolni rzucić mu wyzwanie.

 

– I jeszcze jedno – zastopował ich wychodzących już z szałasu. – Jeśli wam się uda, pod żadnym pozorem nie ruszajcie berła władcy gór.

 

Maena i Darien w minorowych nastrojach wrócili do wioski.

 

– Ten staruch to wariat. Pomieszało mu się w głowie na tym uroczysku – powiedział chłopak.

 

– Nie sądzę – odparła po chwili zadumy Maena, nie kryjąc, że słowa eremity wywarły na niej duże wrażenie. – To bardzo mądry człowiek. Pamiętaj, że dotarł do tych gór, kiedy nas jeszcze nie było na świecie.

 

W osadzie trwały przygotowania do wysłania ekspedycji. Ciągle zgłaszali się ochotnicy, ale naczelnik zadecydował, iż wyruszy jedynie siedmiu najbardziej wytrzymałych, świetnie władających bronią mężczyzn. Wybranymi byli potężnej postury kowal Magon, Kan-To, smagły Sagiryjczyk świetnie znający różne rodzaje sztuk walki, Bant, olbrzym dzierżący niemal równie olbrzymi miecz, Praktor, wytrawny myśliwy i tropiciel, a po nim przyszli jeszcze zaoferować swe usługi Kugg, z niesłychaną zręcznością posługujący się włócznią oraz dwaj kusznicy.

 

W ostatniej chwili zgłosili się także Darien i Maena. Choć początkowo mieli problem z zaakceptowaniem ich kandytatury przez naczelnika, ostatecznie zostali przyjęci do oddziału. Sądzono, że dziewczyna obdarzona jest szczegolną mocą, pozwalającą zneutralizować smoczą magię. A Darien, uzbrojony w rohatynę, miał ją strzec przed trudami i niebezpieczeństwami wędrówki.

 

Wyruszyli bladym świtem, kiedy noc, zamierając, przyczaiła się w sercach wystraszonych ludzi.

 

~~~~

 

Góry, otulone przędzą mgieł, zazdrośnie chowały swe tajemnice. Niedostępne, pokryte śnieżnymi czapami wierchy budziły w osadnikach zabobonny lęk.

 

Wędrowcy szli w milczeniu. Nie mając przewodnika, wybierali najprostszą drogę – dna kotlin, koryta wyschniętych strumieni, żleby i przełęcze. Powoli, acz nieustępliwie wdzierali się do serca Gór Kalgarad i źródła ich legendy. Mogli się zdawać tylko na senne wizje Maeny, która podczas postojów wskazywała ręką kierunek dalszego marszu.

 

Na przedzie szedł nieustępliwy Praktor, wybierający najbezpieczniejszą drogę, za nim niestrudzenie parł do przodu Bant, czujnie rozglądający się wokół. Ich śladem, choć w nieco większej odstępach, zdążali Kan-To, Kugg i obaj kusznicy. Niewielki oddział zamykali Magon oraz Maena i Darien. Po tygodniowej eskapadzie dotarli do celu. Nie mieli najmniejszych wątpliwości – dwie olbrzymie wieżyce skalne, wyrastające nad wejściem do jaskini w otulinie majestatycznych wierchów – to musiało być legowisko króla gór.

 

– Jesteśmy na miejscu – odezwał się Magon, ich nieformalny przywódca. – Szykujmy się do bitwy.

 

I tak zrobili. Otoczyli półkolem ubity placyk przed wylotem jaskini i ukryli się za rumowiskiem skalnym.

 

Teraz trzeba było rzucić potworowi wyzwanie. Ale okazało się to niepotrzebne. Raptem wszyscy usłyszeli dobiegający z głębii jaskini chrzęst żwiru i chrapliwe sapanie. Po chwili wyłonił się z jamy smok. Był bardzo stary, ale ku zdziwieniu i uldze wojowników, mniejszy, niż się obawiali. Cóż, strach ma wielkie oczy, aczkolwiek pionierzy zdawali sobie sprawę, że wielkość mogła nie mieć tu znaczenia. Wszak władca gór musiał być smokiem niezwykle mądrym i doświadczonym, a ponadto obdarzonym potężną siłą magiczną, toteż wojownicy nie stracili czujności ani na moment, a nawet jeszcze mocniej ścisnęli w rękach broń.

 

Smok ryknął groźnie i ruszył ku ukrytym ludziom, gdy trafił go pierwszy bełt. Rozdrażniony uniósł się na tylnych łapach i buchnął ogniem, który jednak nie sięgnął jego wrogów, a jedynie osmalił najbliższe skały. Wtedy wyskoczył zza występu skalnego Kan-To, wywijając dwoma krótkimi, obosiecznymi mieczami, z innej zaś strony zbliżył się do potwora Magon, dzierżacy w obydwu dłoniach olbrzymi topór. Sargijczyk rozpoczął taniec wokół wodzącego zdziwionym wzrokiem smoka, który nieoczekiwanie okazał się być bardzo ociężałym i powolnym. Nie nadążał uchylać się przed szybkimi cięciami Kana-To, a przede wszystkim, brocząc już posoką, musiał uważać na wielkiego kowala, którego topór uważał za znacznie groźniejszą broń, niż krótkie miecze. I wtenczas na arenę wkroczył Kugg. Z doskoku wbił z olbrzymią siłą włócznię w bok zaskoczonego smoka. Ten ryknął z bólu i znów niecelnie rzygnął ogniem. Ale władca gór był tylko ranny. Szarpnął się nagle, uderzając Kana-To, a ogonem wykonał zamaszysty ruch, ścinając z nóg Magona. W końcu do walki, stanąwszy na przeciw bestii, dołączył Bant. Długo mierzyli się wzrokiem. Smok czuł wyraźnie respekt przed wymierzonym w niego wielkim mieczem. I chwila wahania go zgubiła. Magon dźwignął się wreszcie z ziemi, chwycił topór i z ohydnym mlaśnięciem wbił go po nasadę w grzebieniasty tułów potwora. Smok padł na brzuch, ale wygiął szyję, bo w rozpaczliwym akcie desperacji zamierzał pochwycić tego, który zadał mu tyle cierpienia. Wtenczas Bant po nabraniu potężnego zamachu ściął smokowi łeb.

 

Darien i Maena oglądali walkę z niewielkiej półki skalnej, oddaleni na bezpieczną odległość. Dziewczyna spojrzała w stronę pieczary.

 

– Tam jest berło władcy gór – wyszeptała.

 

– Na pewno to sprawdzimy – odparł Darien i zaczął schodzić ku zwycięzcom, by im pogratulować czynu, który już wkrótce zaczną opiewać bardowie.

 

W starciu ranny został tylko Kan-To, acz niegroźnie, więc i on wnet przyłączył się do fetowania zwycięstwa nad upiornym wrogiem. Wojownicy, nawet niespecjalnie zmęczeni walką, otoczyli truchło gada.

 

– To nasz wielki dzień – rzekł Bant do zgromadzonych. – Odtąd to my będziemy władcami gór.

 

– Smoczy czerep będzie trzeba zabrać, bo w wiosce jeszcze pomyślą, żeśmy poszli na piknik, a gada wcale nie ubili – powiedział Magon ku ogólnej wesołości.

 

Pionierzy rozbili obóz nieopodal wlotu jaskini, gdyż z samego rana zamierzali ją zbadać. W górach zmierzch nadciągał szybko, a instynkt podpowiadał im, by nie wchodzić do niej po zapadnięciu ciemności.

 

Darien rozejrzał się po placu boju. Nigdzie nie mógł ujrzeć Maeny. Chyba sama nie weszla do groty? Wiedział, jak mocno ją fascynowało smocze berło i trochę go to niepokoiło. A Maena była dziewczyną odważną i nieco szaloną, wszak znali się od dziecka, więc dobrze zdążył ją poznać. Zwykle nie traciła czasu na bezużyteczne czekanie… Nie zastanawiając się już dłużej, wszedł w mroczną czeluść jaskini. Po chwili nic nie widział. Wyczuwał jednak, że pieczara, choć głęboka, nie rozwidla się, parł więc prosto przed siebie. I ujrzał w oddali jarzący się nieznacznie seledynowy blask. Darien zrozumiał. To musialo być berło władcy gór, dla słabych ludzkich istot mające nieodpartą moc przyciągania. A zwłaszcza dla Maeny. Gdy podszedł bliżej, jego przypuszczenia się potwierdziły. Dziewczyna, z którą zamierzał związać się na całe życie, stała przed magicznym, smoczym berłem, seledynowo-topazową poświatą wypełniającym całą komnatę. Maena w skupieniu wpatrywała się w podłużny przedmiot z wygrawerowanymi na nim tajemniczymi, starożytnymi symbolamii i znakami.

 

– Proszę, nie dotykaj tego – odezwał się Darien . Do jego serca wkradła się trwoga, gdyż zaczynał podejrzewać, co zamierzała uczynić jego ukochana.

 

Drgnęła i spojrzała na niego.

 

– Muszę… Wiem, co sobie pomyślisz, ale muszę… – wyszeptala Maena. Chłopak postąpił kilka kroków ku niej.

 

– Poczekaj, co chcesz zrobić? – zapytał niby spokojnie, ale już szykował się do skoku, chcąc ją siłą powstrzymać.

 

– Cokolwiek się wydarzy, wybacz, proszę – powiedziała dziewczyna i szybkim ruchem chwyciła oburącz berło. Z niejakim trudem je podniosła i coś bezgłośnie powiedziała, czego Darien nie usłyszał, może inkantację czy modlitwę. I po chwili, w oślepiającej eksplozji seledynowo-rubinowego światła stracił przytomność.

 

Ocknął się w półmroku. Za powiekami miał jeszcze kwiecisty, tęczowy powidok, ale, rozwarłszy je, rozpoznał otoczenie. Był wciąż w tym samym miejscu, nawet berło leżało nieopodal, tyle że jakieś przygasłe. Jednak nigdzie nie mógł dostrzec Maeny. Dźwignął się z podłoża i ze zmąconymi myślami, po omacku powlókł się w kierunku wylotu jaskini. Gdy tam dotarł, oślepiła go jasna plama słońca. Musiał już być poranek, uznał ze zdziwieniem. Gdzie się podziała Maena? Miał niedobre przeczucia, ale bał się dojść do jakielkolwiek konkluzji. Stał w bezruchu, aż dotarła do niego dziwna cisza, jaka wokół panowała. Przecież zza pobliskich skał powinien dobiegać gwar obozowiska, a jego towarzysze mieli zresztą z rana zbadać jaskinię.

 

Darien czuł, że stało się coś strasznego. A właściwie był tego pewien. Mijając truchło ubitego wczoraj smoka, obszedł najbliższy występ skalny i nieomal nadepnął na leżącego Praktora. Tropiciel był bez jednej ręki, która została oderwana od barku. Dalej leżeli pozostali. Z trudem rozpoznał zmasakrowanych Kana-To i Magnona, których jelita z rozszarpanych brzuchów rozwleczone były na obszarze kilku metrów. Z obu kuszników prawie nic nie zostało, a z Kugga jedynie ochłap mięsa z cudem ocałałą, patrzącą na to głową. Jako ostatniego rozpoznał Banta, choć raczej musiał się tego domysleć, albowiem pozostała z niego jedynie spalona monada.

 

Darien, z trudem utrzymując w równowadze żołądek, po kolei podchodził do swych martwych towarzyszy. Musieli zostać całkowicie zaskoczeni, wręcz obezwładnieni samym widokiem wypadającego z jamy następnego, tym razem znacznie szybszego i bardziej dzikiego smoka.

 

Nie mieli szans.

 

A Maena, zgotowawszy im piekło, odleciała na skrzydłach smoczego fenu.

 

Darien z przerażeniem pomyślał o konsekwencjach jej czynu. Spaliła za sobą wszystkie mosty i na zawsze pozostanie wrogiem ludzkości.

 

Teraz Darien musiał powiadomić o tym swoich ziomków z górskiej osady. Droga powrotna nie dłużyła mu się, a właściwie ledwie zwracał na nią uwagę, całkowicie pochłonięty myślami o Maenie. Cóż ona najlepszego zrobiła? Co ją do tego popchnęło? Nie znajdując odpowiedzi na te pytania, szedł bez zatrzymywania się, instynktownie wybierając prawidłowy kierunek trasy. Wiele jej odcinków po prostu przebiegł, nie czując zmęczenia, nie zważając na nic, nawet na gwałtownie obniżającą się temperarurę powietrza, i wkrótce dotarł do Wężowej doliny, przez którą serpentynami i licznymi kaskadami rwala bystrzyna. W następnej dolinie znajdowala się wioska. Gdy chłopak zbliżał się do przełęczy, mijając znajomy zarys grzbietów górskich, ujrzal wzbijające sie w niebo rozcapierzone, czarne, wijące się szpony. Darien przystanął, a jego serce zmieniło się w sopel lodu. To były dymy, unoszące się nad osadą.

 

W oddali zobaczył jakąś postać, nieustępliwie, acz pokracznie idącą w jego kierunku. Po chwili rozpoznał w niej pustelnika. Gdy, utykający, obdarty przystanął przed chłopakiem, przemówił:

 

– Musisz ją powstrzymać. Bo powiadam ci, lepiej żeby stary smok żył, aniżeli ona panoszyła się na świecie. Mówiłem, że trzeba wpierw umrzeć, aby zabić smoka. A ona umarła dla ludzkiej sprawy. Dlatego mogła stać się smokiem. Teraz ty musisz zrobić to, co ona. Musisz ją odnaleźć i zabić. Inaczej całą ludzkość czeka zguba.

 

– A co ze wszystkimi? – zapytał przez ściśnięte gardło Darien, wskazując ręką unoszące się dymy nad osadą. Pustelnik powoli pokręcił głową.

 

– Nikt nie ocalał.

 

– Ale ja nie chcę umierać – wyszeptał wstrząśnięty chłopak.

 

– Sam w tych górach nie przeżyjesz, nie w ludzkiej postaci. Pozostaje ci tylko zemsta – odrzekł pustelnik. – Dokończyć to, co zaczęliście.

 

~~~~~~

 

Góry siekł zimny deszcz, przemieszany z gradem. Darien, zziębnięty i skurczony, biegł jak w amoku po raz wtóry do smoczej jamy. Nawet nie wiedział, dlaczego posłuchał pustelnika, ale najprawdopodobniej dlatego, że nie miał przed sobą innej drogi. Jeśli w ogóle zdoła dotrzeć do celu. Ziąb przenikał go na wskroś, na dodatek był już zmęczony i głodny. Nie zastanawiał się nad konsekwencjami czynu, jaki chciał popełnić. Biegł, nie myśląc o niczym. Biegł, by nie zamarznąć.

 

Dobrze już sobie znaną trasę przebył w rekordowym tempie. Rozpoznał płytką misę doliny, okoloną wysokimi, owalnymi bryłami skalnymi, po środku których ział wlot jaskini. Schodząc tam, nie chciał patrzeć ponownie na rozszarpane zwłoki niedawnych towarzyszy broni. Zamierzał jak najszybciej dobiec do zbawczej jamy, uciec przed smagającym go bezlitośnie lodowatym wiatrem. Jednakże chcąc przeskoczyć niewielki występ skalny, potknął się i obsunął po nim. Utkwił w zagłębieniu, niedaleko miejsca, z którego wraz z Maeną obserwował walkę wojowników ze smokiem. Półleżąc, uświadomił sobie, że był krańcowo wyczerpany. Chłód przenikał go do kości. Dotknął skały ręką, która ześlizgnęła się po niej jak po szkliwie.

 

Góry pokrywała szadź.

 

Darien wiedział, że zamarznie, jeśli prędko nie znajdzie się w grocie. Ostatnim wysiłkiem poderwal się i skokami pokonał skalne zręby. Ze wzrokiem utkwionym w czarną czeluść jamy, mijając truchło powalonego smoka, dobiegł do niej, drżąc i szczekając zębami. Skrył się w grocie, ledwie żywy. Na zewnątrz zaczął padać śnieg.

 

Podążył w głąb jaskini, wypychany przez przeraźliwy ziąb. Choć tak naprawdę nie chciał zobaczyć tego, co mial tam zastać. W końcu stanął przed jarzącym się magicznie berłem. Padł wyczerpany przed nim. I dopiero wtedy naszły go wspomnienia. O Maenie. Jak kiedyś przysięgli sobie wierność, że nigdy się nie rozstaną. Poprzysięgli na wieczność i na te góry, dopóki ich serca nie przestaną bić, a świat się nie skruszy. A do tego było jeszcze daleko, bo i świat trzymał się krzepko, a smoki żyły bardzo długo, bardzo długo.

 

Darien mocno pochwycił w ręce smocze berło.

Koniec

Komentarze

Tekstowi brakuje czułego oka autora --- pochylenia się nad bohaterem i szczegółem. Wszystkie elementy przedstawionej historii wyglądają jak świeżo wyjęte z pudełka rekwizyty z napisem "świat fantasy". Z taśmowej produkcji. Jest wioska, smok i dziad, jest drużyna pierścienia i walka w górach --- wszystko nijakie, zarysowane ogólnikami i generalnie płytkie. W szczególności bohaterowie, różniący się jedynie rodzajem używanej broni. Dopiero pod koniec nastąpił przebłysk i okazało się, że postaci mają jednak jakąś motywację --- szkoda, że ten aspekt nie został rozbudowany i pogłębiony.

W tym kontekście także narracja wypada słabo. Nie wspominając o prologu, który zapowiada wielką przygodę, a poprzedza raptem kilka stron historii, trzeba zwrócić uwagę na to, że narrator jest nazbyt rozrośnięty --- zjada przestrze swoim ględzeniem, zamiast oddać głos bohaterom, żeby pokazali, że żyją.

Językowo jest w porządku, pomysł jakiś potencjał ma, więc może warto spróbować go zrealizować od nowa --- skupiając się na pokazaniu świata z bliska --- tak, by czytelnik mógł podsłuchać rozmowy postaci, a czasem zajrzeć do ich głów.

pozdrawiam

I po co to było?

Dzięki za komentarz. No cóż, to chyba moje ostatnie opowiadanie w tym gatunku. Nawet z początku zamierzałem zrobić tak, jak napisales, to znaczy bardziej epicko, ale stwierdziłem, że jakoś ciężko mi się pisze fantasy. I tak biedziłem się nad tym tekstem, z przerwami oczywiście, prawie pół roku. A tę muzyczkę dodałem, aby choć trochę przyjemniej się czytało. To znaczy mam nadzieję, że tak jest, bo i z niemałym trudem udało mi się to wstawić.

Po tygodniowej eskapadzie dotarli do celu.  ---> Zgoda, że ich wyprawa może być zwana eskapadą, ale w połączeniu z określeniem czasu trwania wędrówki brzmi to jakoś tak niezręcznie.  

Otoczyli półkolem ubity placyk przed wylotem jaskini i ukryli się za rumowiskiem skalnym.   ---> hmm... otoczyli placyk czy ukryli się za rumowiskami, otaczającymi placyk? Bo w pierwszym przypadku pozostaliby na widoku, myślę...  

Nie porzucaj fantasy. Jeszcze trochę pracy i okaże się, że z Twojej klawiatury spływają teksty udane pod każdym względem. No, chyba że ten nurt jako taki za diabła Tobie nie podchodzi...  

Ciut za wiele suchawej relacji w porównaniu z żywymi działaniami postaci. Ale koniec, tak, jak go zrozumiałem, podoba mi się bez zastrzeżeń.

Dzięki za komentarz i zachętę. Z tą eskapadą to racja. Ale faktycznie kończę ze smokami, choć kiedyś sporo sobie obiecywałem po tym cyklu o ukrytych w górach, wciąż zagrażających ludzkości smokach. Tyle że, jak widać, nie wzbudziło to aplauzu... Czas przenieść się w inne rejony literatury...

Być może "nie czujesz" smoków i niezbednej im otoczki tak, by w sposób zadowalający Ciebie samego pisać o nich.   

Jakie rejony masz na myśli? Bo chyba nie rozbrat z fantastyką?

No nie. W końcu piszę opowiadanie na konkurs NF. Ale potem to nie wiem. S-F odpada, choć zaczynałem od pisania w tym gatunku. Więc pozostaje fantastyka grozy, którę zresztą najbardziej lubię.

Fantastyka grozy? Grozi Tobie utrata jednego czytelnika...  {  :-)  }

...i zyskanie drugiego :>.

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

Pomysł ciekawy, wykonanie średnie ale nie najgorsze. Trudno jest napisać dobre fantasy. Wszyściutko trzeba wymyślić i logicznie poustawiać, nadać temu jakąś głębię. Dużo łatwiej we współczesne realia wrzucić element fantastyczny i wszyscy zadowoleni.

Nie idź na łatwiznę - pisz fantasy, jest to świetne ćwiczenie dla wyobraźni. Trening czyni mistrza.

Trochę mi zgrzytały zbyt współczesne słowa; anamneza, ekspedycja itp. Jak wygląda spalona monada?

Babska logika rządzi!

No, nie porwało, niestety, a choć pomysł był, to został przedstawiony tak raczej po łebkach, co ani nie wyczerpało tematu, ani nie pozwoliło na satysfakcję z lektury.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia, szczególnie z powodu mnóstwa literówek, że nie wspomnę o paru byczkach.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy – dzięki za wizytę. No cóż, tłumaczyłem się już z tego tekstu gęsto. Wiem, że czegoś zabrakło, to opowiadanie powinno być dłuższe, więcej scenek między bohaterami czy jakiejś dramaturgii.

Literówek tradycyjnie nie widzę.

Agroelingu, w tekstach archiwalnych nie zwykłam robić łapanek. ale jeśli sobie życzysz, mogę wskazać literówki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, niestety, nie czyta się dobrze :(

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka