- Opowiadanie: Clod - W ogniu zrodzony (2/5)

W ogniu zrodzony (2/5)

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

W ogniu zrodzony (2/5)

Link do części 1

 

* 6 *

 

 

 

Robert stał nieruchomo pośród gęstego, wręcz lepkiego mroku, przyglądając się kilku suchym gałązkom, leżącym u stóp. Czuł skrajne wyczerpanie; wiele wysiłku kosztowało go zebranie nędznej kupki patyków, a i tak nie zdało się to na nic. Nie miał bowiem ani krzemienia, ani krzesiwa, którymi mógłby skrzesać iskrę potrzebną do wzniecenia płomienia, a nie znał żadnego innego sposobu, aby tego dokonać.

 

„Przecież wiedziałem, że właśnie tak to się skończy”. Jeszcze zanim w poszukiwaniu drewna zagłębił się w Puszczę Verduńską, miał pewność, że nie będzie w stanie rozpalić ognia. Mimo to poszedł. „Cóż innego mogłem zrobić?”.

 

W geście bezradności zacisnął drobne dłonie, pogrążając się w niemym gniewie. Na krótką chwilę zapomniał się, ale nie trwało to długo. Najpierw nieprzyjemne szczypanie promieniujące z knykci, a potem doskonale znany ból przypomniały o wszystkim, co na mgnienie oka wyleciało z głowy.

 

Spodziewał się łez, ale ogień wypalił je wszystkie prawie rok temu.

 

Mroźny wiatr świsnął złowróżbnie między wciąż nagimi koronami drzew. Choć zima dobiegła już końca, wiosna jeszcze nie zdążyła rozgościć się na wyspach Słodkiego Morza.

 

Rob zaczął drżeć z zimna. Mocniej naciągnął spłowiały, zielony kaptur na głowę, jakby cały chciał się w nim schować. Na sztywnych nogach podszedł do najbliższego drzewa i, oparłszy się plecami o pień, zsunął się w dół. Siedział skulony, przez sztywną od brudu tkaninę czuł twardą szorstką korę. Chudymi ramionami oplótł kolana, na których oparł brodę, lecz to wcale nie pomogło. Drgawki były tak silne, że wstrząsały wiotkim ciałem. Wpatrując się martwym wzrokiem w nieprzeniknioną ciemność lasu, zastanawiał się, jak żałośnie musi wyglądać.

 

„Cztery miesiące ćwiczeń i przygotowań. Cztery długie miesiące poświęceń i wyrzeczeń. Niezliczone godziny spędzone na planowaniu, a gdy przyszło co do czego…” Przez cały ten czas żył w strachu i niepewności; nie wiedział, czy doczeka kolejnego świtu. Najbardziej bał się rozmowy z jednym z Braci, ale ta przebiegła nadzwyczaj gładko. Wyłgał się ze wszystkich zarzutów, zapewniając, że nie ma pojęcia, co się stało. Tym sposobem udało mu się uniknąć spotkania ze Szkarłatnymi Płaszczami, co było równoznaczne z uniknięciem niechybnej śmierci.

 

– Co z tego, jeśli teraz umrę z zimna… – szepnął drżącym głosem. „Gdybym tylko zabrał worek…”. Dokładnie pamiętał moment, w którym zbiegł z Domostwa Jedynego. Sporo dzieci było przeziębionych, kilkoro ciężko chorych. Wszyscy mieli pełne ręce roboty i nikt nie zwracał uwagi na poparzonego dziwoląga. Rob akurat kręcił się niedaleko drzwi, kiedy te otwarły się z hukiem, a do środka wpadło kilku Braci niosących lecznicze zioła, których szczęśliwym trafem zabrakło. Mężczyźni zrzucili szare, ciepłe płaszcze i, nie oglądając się na nic, popędzili w głąb budynku. To była jego szansa, wiedział o tym. Nie mógł przegapić takiej okazji, gdyż mogła się nie powtórzyć. Pochwycił jeden z płaszczy, okrył się dokładnie, po czym wyszedł prosto w siekącą mżawkę. „A worek z ubraniami, krzemieniem, osełką, jedzeniem i przypinką matki został na górze” – pomyślał, nie wierząc w własną głupotę. Nie zawrócił, nie mógł tego zrobić. Uciekł w kierunku bramy, przemknął niezauważony przez znudzonych strażników i przepadł w głuszy.

 

Rob zmusił ciężkie powieki do mrugnięcia, przeniósł zmęczone spojrzenie na kilka suchych patyków leżących nieopodal. „Uczysz się, żeby żyć w dostatku. Szkoła da ci wiedzę potrzebną do wielkich osiągnięć” – powtarzali najpierw rodzice, potem nauczyciele, a na końcu Córy i Bracia.

 

– Szkoda, że nie nauczyli mnie, jak przeżyć… Jak dzięki małym osiągnięciom doczekać kolejnego poranka – szepnął zrezygnowany. – Cała ta nauka jest gówno warta – dodał, zupełnie nie przejmując się tym, że chłopiec w jego wieku nie powinien używać takich słów.

 

Odkąd uciekł, przestał zwracać uwagę na wiele drobiazgów, nie mających najmniejszego znaczenia, gdy chodziło o przetrwanie w kniei. Co prawda nie zbiegł zbyt daleko, ani nie żył w lesie bardzo długo, ale w tym czasie zdążył dojść do istotnych wniosków. Szybko zrozumiał, że umiejętność rachowania nie pomoże w zdobyciu pożywienia, teologiczne dogmaty nie zapewnią ciepła, a znajomość prawa nie przyda się, jeśli chodzi o łowienie ryb.

 

– Aaaaaaaaaauuuuuuuuuuuuu… – Z zamyślenia wyrwało go przeciągłe wycie.

 

– Wilki – mruknął pod nosem, zbyt wyczerpany, by uciec, podnieść się, czy choćby przestraszyć.

 

Głowa opadła bezwiednie na ramię, powieki zamknęły się, jakby ważyły tyle, co wiadro pełne kamieni.

 

– Nie! – warknął ze złością, potrząsając głową tak ciężką, jakby odlano ją z ołowiu. – Nie mogę spać! Nie mogę zasnąć! – Powtarzał to z uporem godnym wariata. Wiedział, że jeśli uśnie w takim stanie, może się już nigdy nie obudzić.

 

Dłonie miał zgrabiałe, dlatego potarł jedną o drugą, aby nieco rozgrzać blade, trupie palce. Gdy to nie pomogło, przysunął ręce do twarzy, chcąc ogrzać je ciepłem oddechu. Już miał resztką sił chuchnąć, gdy srebrzysty blask księżyca przedarł się przez powyginane, nagie gałęzie, by paść na okaleczone kończyny.

 

Różowa, gładka, jakby naciągnięta do granic możliwości skóra błyszczała upiornie w księżycowym świetle. Rob nieśmiało poruszył palcami, zupełnie jakby najdrobniejszy ruch mógł naruszyć wrażliwą, kruchą powłokę i spowodować, że ta pęknie, odsłaniając mięśnie oraz kości.

 

– Maszkara… – westchnął, dotykając opuszkami palców prawego policzka. Tym razem natknął się na dziwaczny, nieprzyjemny w dotyku twór. Skorupa pokrywająca prawą część twarzy była sztywna i chropowata niczym kora drzewa.

 

– Ale wciąż widzę. – Dodał sobie otuchy, tak znaczeniem tych słów, jak i dźwiękiem własnego głosu, który brzmiał już znacznie lepiej, niż przy pierwszych próbach mówienia. Jednak jak tylko umilkł, charakterystyczna dla lasu, pełna najróżniejszych szelestów i najdziwniejszych świstów cisza znów zamknęła się wokół niego.

 

Robert, odgrodzony od świata przez przytłaczającą niemoc, to zaciskał, to znów rozluźniał prawą dłoń, wpatrując się w nią usilnie. Czekał aż poparzona skóra pęknie niczym mydlana bańka, rozrywając ciało na strzępy. Wiedział, że wraz z utratą krwi, straci przytomność i w końcu umrze.

 

„To byłaby dobra śmierć” – pomyślał, uśmiechając się smutno. Nie byłoby świadków, którzy przyglądaliby mu się udając współczucie, a tak naprawdę czując jedynie odrazę tudzież ulgę, że to nie ich spotkał taki los.

 

– Nie mogę umrzeć – przekonywał sam siebie. – Nie po to uciekłem… Nie po to…

 

Myślami wrócił do miejsca, w którym się znalazł po…

 

 

* 7 *

 

 

 

Obudził się w łóżku, skryty przed światem pod kołdrą z pierza. Otworzył zaspane oczy, dyskretnie rozejrzał się po niewielkim pomieszczeniu, rozpoznając swój pokój.

 

– To niemożliwe… – szepnął, nie wierząc w to, co ujrzał.

 

Nie ociągając się, wypełzł spod pierzyny i przyjrzał się dłoniom. Miał niewielką nadzieję, że zobaczy coś innego, niż blizny po oparzeniach, ale rozczarował się. Różowa, gładka skóra zaczęła szczypać, jak tylko zacisnął pięści.

 

Rob ciężko przełknął ślinę, która lepką gulą tkwiła w gardle.

 

Nerwowym spojrzeniem omiótł wszystko to, co nie miało już prawa istnieć. Rozpoznał czyste ubrania wiszące na kołkach wbitych w drzwi, nogą potrącił pusty miedziany nocnik leżący tuż przy łóżku, dłonią oparł się o szorstką w dotyku, pokrytą białym tynkiem ścianę. Z płytkim, ale spokojnym oddechem powoli podszedł do okna, przez które do pokoju sączył się nikły blask gwiazd. Ta niewyraźna poświata padała na drewniany stolik, oświetlając znajdujące się na blacie książki. Pamiętał je doskonale; jedne lubił, inne go nudziły, ale ze wszystkimi łączył przyjemne wspomnienia. Opuszkami palców przesunął po twardych okładkach, pozostawiając ślad w kurzu, który zdążył się na nich osadzić. Ostrożnie chwycił postrzępione gęsie pióro, tkwiące w kałamarzu i już miał nakreślić kilka znaków na jednej z kartek, gdy coś zakłóciło panujący spokój.

 

Nagle nozdrza wypełnił mu duszący odór. Zaczął charczeć, dusić się, kasłać. Czarne kłęby przesłoniły cały widok, pochłaniając wszelkie światło. Wdzierały się do ust, pchały do gardła, sunęły wciąż dalej, jakby chciały zalać mu płuca i utopić niczym morska fala.

 

Rob spanikował. Dopiero co zastanawiał się, jak się tu znalazł, co robi w swoim pokoju, gdy w oczy zakłuły go ciemne pasma. Obezwładniony niemocą oraz strachem, bez sił padł na podłogę.

 

Drewniane deski nie były nawet ciepłe.

 

„Gdzie podział się ogień?”

 

W akcie desperacji poczołgał się w kierunku wyjścia. Był na skraju wyczerpania; duszności oraz kaszel tylko utrudniły i tak już karkołomne zadanie. Jednakże wrodzona niezłomność dała siłę, dzięki której otworzył drzwi, by wydostać się za próg.

 

Odgrodzony od duszących oparów, wyciągnął się jak długi na korytarzu, nie marząc o niczym innym, jak o chwili spokoju. Dopiero wtedy poczuł ostry ból w rękach. Podniósł je z trudem przed łzawiące oczy i przyjrzał się krwawym strzępom, w których tkwiły niezliczone drzazgi.

 

Chciało mu się płakać, krzyczeć z bólu, ale tego nie zrobił. Leżał, czekając aż nadejdzie śmierć, by wybawić go od cierpienia, samotności i upokorzenia.

 

– Robert…

 

Wydawało mu się, że usłyszał znajomy głos.

 

„Mama?”

 

– Robercie, zejdź do nas…

 

Tym razem był pewien, że to nie urojenia.

 

– Ojciec? – szepnął, marszcząc brwi.

 

Rob z całej siły zacisnął zęby, podparł się łokciami i z niemałym trudem zwlókł z ziemi. Niemrawo powłócząc nogami, dotarł do spiralnych schodów, stanowiących nie lada przeszkodę. Sunąc w dół ślimaczym tempem, przypomniał sobie, iż miał w zwyczaju zeskakiwać z góry po dwa stopnie niczym górska kozica. Rodzice martwili się o niego, ale nigdy nie zrobił sobie krzywdy.

 

„Przecież oni nie żyją” – pomyślał, stawiając stopy na parterze. Zanim ruszył dalej, obejrzał się, aby sprawdzić, jak bardzo napaskudził. Czuł strach przed reakcją rodziców, ale na schodach nie było choćby kropli krwi. Z niepokojem spojrzał na ręce, znów różowe i błyszczące, ale nie dostrzegł na nich śladu po potwornych okaleczeniach.

 

– Co to ma znaczyć?! – warknął pod nosem, przy czym nerwowo rozejrzał się po elegancko umeblowanym salonie. Wszystko wydawało się stać na swoim miejscu, tylko ciężkie zasłony nie pasowały do reszty wystroju, całkowicie odcinając pomieszczenie od świata zewnętrznego.

 

– Rob, kochanie…

 

Z zamyślenia wyrwał go przepełniony czułością głos matki. Rodzice stali w głębokim cieniu, przy zasłoniętych oknach, zwróceni do niego plecami.

 

Robert czuł się nieswojo. Umysł zalała mu fala sprzecznych uczuć i emocji. Z jednej strony cieszył się, że znów może ich zobaczyć, że słyszy głos matki, który koi ból, oddala cierpienie i pozwala zapomnieć o nieszczęściach, które go spotkały. Jednak z drugiej strony wiedział, że to wszystko jest absolutnie niemożliwe.

 

Był świadkiem ich śmierci. Wielu uważało, że nawet ich mordercą.

 

Mimo niepewności oraz kiełkującego ziarna strachu, uczynił krok w ich stronę. Chciał się im lepiej przyjrzeć, gdyż obie postacie okryte były całunem dymu.

 

– Mamo… Ojcze… – wybąkał z trudem. Nie wiedział, co powiedzieć, jak się zachować. – Przepraszam, wybaczcie mi… – szczęknął, wpatrując się w poczerniałe deski.

 

– Spaliłeś nas żywcem, potworze! – rozrywający uszy wrzask przeciął przestrzeń. Robert gwałtownie poderwał głowę. Nie ujrzał już rodziców, a jedynie ich spalone ciała.

 

Dwie zwęglone sylwetki przedstawiały prawdziwie makabryczny widok. Wciąż stojące zwłoki matki nie miały obu rąk, zaś z prawej nogi pozostały jedynie straszące bielą kości. Z twarzy zeszła skóra, odkrywając osmoloną czaszkę; jedno oko wypłynęło, drugie zaś wciąż surowo łypało w jego stronę. Trup ojca nie miał obu nóg aż do kolan, więc klęczał, opierając się na sczerniałych rękach. Czaszka odpadła; leżała teraz niedaleko korpusu, zwrócona ku niemu tym, co kiedyś było twarzą.

 

– Powinieneś zginąć razem z nami! – Czarna szczęka ojca poruszyła się z nieprzyjemnym chrzęstem, a spory płat skóry oderwał się wraz z kawałkiem policzka.

 

Rob nie mógł nic zrobić, strach całkowicie go sparaliżował, odbierając kontrolę nad ciałem.

 

– Przyszła kolej na ciebie, bękarcie… – warknął trup matki, zanosząc się złowróżbnym śmiechem. Żuchwa oderwała się z jednej strony, zawisając jedynie na kawałku ścięgna.

 

Robert próbował wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk, uformować i wyartykułować jakieś słowo, ale głos uwiązł w gardle, jakby skuty stalowymi okowami. Pogrążony w bezsilności mógł jedynie przyglądać się obu sylwetkom, które wolno, acz bezustannie zbliżały się ku niemu. Wiedział, że wraz z nimi nadchodzi śmierć, upragniony koniec. Był gotów, wyzbył się nawet strachu przed tym, że jego ciało zostanie żywcem rozerwane na strzępy.

 

Już pogodził się z losem, gdy coś rozjaśniło gęstniejący wokół mrok.

 

Głęboko pod odbierającym siłę zrezygnowaniem, przygnieciona przez strach, ból i niewyobrażalne pokłady cierpienia, zepchnięta na sam kraniec świadomości przez szykanowania i szyderczy śmiech, ukryta w odmętach duszy, tliła się malutka iskierka.

 

„Chcę żyć!”.

 

Wystarczyła jedna myśl, niewielki impuls, który podsycił ową iskrę i pozwolił jej wybuchnąć jasnym, niepowstrzymanym płomieniem. Biały ogień rozprzestrzeniał się z szybkością błyskawicy, trawiąc wątpliwości, paląc na popiół wszystkie lęki, buchając w górę żarem nowej nadziei.

 

Robert pierwszy raz od bardzo dawna poczuł przyjemne ciepło, wypełniające go od środka. Oczyma wyobraźni ujrzał jak cień, dotąd nękający duszę, truchleje, kurczy się i prędko ucieka przed płomienną poświatą.

 

Usłyszał dźwięk, jakby ktoś pstryknął palcami.

 

Pstryk.

 

– Chcę żyć – rzekł pewnie, otwierając rozpalone oczy.

 

Cały dom stał w ogniu.

 

Długie, jasne języki wspinały się ruchliwie po zasłonach, lubieżnie lizały ściany i złośliwie łaskotały sufit. Roztańczone iskry wciąż przeskakiwały z jednego mebla na inny, znacząc każdy kolejny poczerniałym piętnem swej obecności. Nienawistny biały płomień żarłocznie pochłonął także dwie wijące się w spazmach postacie, wraz z nimi spopielając krępujące chłopaka łańcuchy.

 

– … i osiągnę swój cel – dodał, gdy po zwęglonych trupach pozostało jedynie wspomnienie.

 

Pamiętaj kim jesteś, Faruani…

 

Niszczycielska pożoga zaczęła się do niego zbliżać. Ale nie czuł lęku, a jedynie spokój oraz leciutkie łaskotanie. Raz już uciekł z płonącego domu, przez co został naznaczony okropnymi bliznami. Tym razem rozłożył ramiona i odchylił głowę do tyłu, rozkoszując się gorącem, które zaczęło go osaczać, wdzierać się pod skórę, łączyć w jedno…

 

 

* 8 *

 

 

 

Zbudziło go głośne warczenie.

 

Otworzył oczy. Zaledwie sekunda wystarczyła, by zrozumiał, w jakich znalazł się tarapatach. Zewsząd otaczały go jaśniejące księżycowym blaskiem punkty. Bezustannie drgały w mroku, poruszały się, zmieniały miejsca pośród krzewów. Robert, mimo iż w ciemności ledwie widział, nie miał wątpliwości, że to wilcze ślepia.

 

Zrobiło mu się sucho w ustach. Nie mając czego przełknąć, przygryzł dolną wargę, aby pozwolić ujść emocjom.

 

– Powoli… Ostrożnie… – szepnął, dodając sobie otuchy. Nie odrywając wzroku od świecących w ciemności krążków, wstał. A raczej spróbował, bo choć umysł już zdążył otrzeźwieć po drzemce, to kończyny wciąż spały. W najważniejszym momencie nogi odmówiły posłuszeństwa, zmieniły się w niepotrzebne rekwizyty, które zamiast utrzymać go w pozycji pionowej, spowodowały upadek.

 

– Auuuuł – stęknął, lądując z głuchym hukiem na ziemi. Nie miał czasu na użalania. Bezzwłocznie podparł się na odrętwiałych rękach i bacznym spojrzeniem zlustrował otoczenie. Gorejące ślepia troszkę się oddaliły.

 

„Hałas – pomyślał – to może je odstraszyć”.

 

– WAHAAAAAAAAAAAA! – ryknął, zdzierając gardło. – BUUUUUUUUUUUU! – wrzasnął po raz drugi. Niczym jakiś szalony minstrel wył ile sił w płucach, co by wystraszyć czyhające w pobliżu drapieżniki. Po kilku długich minutach w końcu umilkł, nie mogąc wydobyć jakiegokolwiek dźwięku.

 

„Uciekły” – stwierdził z zadowoleniem, rozglądając się dookoła.

 

Rob przysiadł ze skrzyżowanymi nogami na ziemi i z ulgą przełknął lepką gulę śliny. Eksplozja bólu. Chwycił się za szyję, zgiął w pół. Czuł się tak, jakby w gardle grasował rozwścieczony rój os. „Czemu wciąż muszę cierpieć? – rozmyślał, krzywiąc się z boleści. To kara? A może nauczka? Dlaczego ja…”

 

Szelest.

 

Nim zdążył zareagować, coś z dużą siłą uderzyło go w plecy. W ostatniej chwili wyciągnął dłonie, czym zamortyzował upadek. Kolejne uderzenie, a zaraz potem szarpnięcie. Stracił orientację, wszystko wściekle zawirowało. Drzewa, które znajdowały się z prawej strony, teraz widział od dołu, a zaraz potem z lewej i znów z dołu. Butwiejąca ściółka raz była pod nim, raz nad nim. Coś miotało Robem z ogromną siłą, jakby chciało go rozerwać na strzępy.

 

Szelest rozrywanej tkaniny, trzask pękających gałęzi. Znów ból.

 

Wylądował na drewnie, które miało służyć jako rozpałka. „Na szczęście połamały się tylko patyki, a nie żebra” – pomyślał. Wygrał walkę o oddech i w końcu spostrzegł przeciwnika.

 

Płowy wilk nastroszył futro, warczał, groźnie szczerząc ostre kły. Był duży, nawet bardzo, i cięższy od Roba – tak mu się chociaż zdawało. Zwierzę opuściło nisko kudłaty łeb, położyło uszy, trzymając ogon wysoko w górze. Gotowało się do ataku.

 

Robert przesuną dłonią po ziemi, odnalazł gruby kij, chwycił go mocno. Nie miał zamiaru tanio sprzedać skóry. „Nie po to przeszedłem przez to wszystko, by teraz zginąć” – gniewnie zmarszczył zdrową połowę twarzy, mocniej zaciskając palce na kawałku drewna. „Chcę żyć, muszę żyć…” – te myśli z uporem tkwiły mu w głowie.

 

Wilk ruszył bez ostrzeżenia. Odległość dzielącą go od Roba pokonał jednym szybkim susem. Wyciągnął się w powietrzu, rozwarł pysk i zwalił w dół z siłą tarana. Robert w akcie desperacji wystawił przed siebie kij, wzmacniając chwyt drugą dłonią, mając nadzieję, że to zatrzyma wilczura. Bestia zacisnęła szczęki na grubej gałęzi, tylko cudem jej nie przegryzając. Rob chciał kopnąć wilka, ale ten dziko szarpnął karkiem i poderwał go do krótkiego lotu. Chłopak wyrżnął o drzewo, tracąc dech oraz siły. Zanim bezsilnie klapnął na ściółkę, kątem oka dostrzegł co najmniej cztery kolejne wilki, czające się w krzakach.

 

Nagle nocną ciszę przerwało przeciągłe wycie. W ten sposób wataha obwieszczała kniei, że dopadła ofiarę i zaraz przystąpi do uczty. Przytłaczający dźwięk był coraz głośniejszy i głośniejszy. Miało to zapewne wystraszyć ofiarę, pozbawić ją resztek nadziei tudzież chęci do walki.

 

Jednak na Roberta to nie podziałało.

 

Podczas gdy wilki zajęte były wyciem, on zdołał usiąść, opierając się plecami o pień grubego drzewa. Pustym wzrokiem przyglądał się płowej bestii, która, właśnie zakończywszy pieśń, znów gotowała się do ataku. Nie bał się, zostawił strach za sobą. Podziwiał wilka, jego siłę, dzikość, piękno. Widział w nim ucieleśnienie lasu, najdoskonalsze odbicie natury, a jednocześnie wiedział, że jest śmiertelnie niebezpiecznym przeciwnikiem. Miał tylko dwa wyjścia, dać się pożreć, by stać się częścią leśnego cyklu życia, bądź stanąć ponad nim.

 

„Nie mogę zginąć” – stwierdził, bezwiednie podnosząc prawą dłoń. Zatrzymał ją przed twarzą, leciutko przekręcił, dotknął kciukiem palca środkowego. Napiął mięśnie, wkładając w to wszystkie siły, zamarł.

 

Gardłowe warczenie, niespokojny ruch, skok.

 

Pstryk.

 

Robert strzelił palcami, a noc ustąpiła miejsca dniu, jakby w samym środku lasu powstało maleńkie Słońce. Lecący w jego stronę wilk zamienił się w kulę śnieżnobiałego ognia. Blask bijący od płonącego zwierzęcia rozgonił wszechobecne cienie wraz z resztą wilczej watahy. Płonące truchło padło na ziemię, wzbijając w górę setki maleńkich ogników. Usmażony, śmierdzący trup zatrzymał się zaledwie kilka stóp od miejsca, w którym siedział Rob.

 

– Whhybaszzzz… – syknął z bólem w stronę martwego zwierzęcia, po czym dodał w myślach: „… ale nie mogę zginąć”.

 

Robert siedział przez chwilę w kompletnej ciszy, rozkoszując się wypełniającym go ciepłem. Czuł, że nie pochodzi ono jedynie z ogniska. Nie wiedział, co się teraz stanie, ale był pewien, że przeżyje.

 

Wyciągnął dłonie w stronę syczących płomieni.

 

 

* 9 *

 

 

 

Robert leżał bez ruchu w płytkim zagłębieniu wypełnionym letnią wodą. Zaledwie kilka stóp przed nim wyspa Verdun znajdowała swój koniec; dalej była już tylko nieruchoma tafla Słodkiego Morza, mieniąca się srebrzystym blaskiem księżyca i tysiąca jego kochanek.

 

„To też gwiazda, czy światło Latarni Verrary?” – zastanawiał się, spoglądając w dal. Mimo że przez gęstą mgłę nie był w stanie dojrzeć choćby zarysu największej wyspy, będącej stolicą hrabstwa Vasserey, wiedział, że ta kryje się gdzieś za mleczną bielą.

 

„A na niej Szkarłat, siedziba Szkarłatnych Płaszczy, i Katedra Skrwawionej Włóczni”. Lewą część twarzy wykrzywił mu na moment grymas niepokoju. „Nie znajdą mnie, nie pozwolę im na to”. Już miał przygryźć dolną wargę, zacisnąć pięści, lecz spokojny szum drzew, chłód wody oraz wszędobylska ciemność w porę ukoiły nerwy.

 

Rob wziął głęboki oddech, zamknął oczy, rozluźnił mięśnie. To była jedna z tych chwil, w których nie musiał się niczym przejmować. Cały świat zamykał się w niewielkiej niecce. Nie było strachu przed zakonnikami, przed tym, że go odnajdą, nie było też głodu, bólu czy samotności. Woda działała jak balsam na wszelkie cierpienie, a jednocześnie uspokajała huczący w nim ogień.

 

Lewy kącik ust uniósł się leciutko, gdy pomyślał o płomieniach.

 

Od ataku watahy płowego wilka minęły dwa miesiące, w ciągu których zrozumiał drzemiącą w nim moc. Z początku nie potrafił jej poskromić, przez co spowodował kilka niewielkich pożarów, z upływem czasu nauczył się jednak panować nad tym dziwnym darem. Musiał przemóc strach przed ogniem, który tak straszliwie naznaczył jego ciało bliznami, a umysł cierpieniem, lecz zimno oraz głód bardzo w tym procesie pomogły. Od tamtej pory nie jadał już traw ani korzonków, po których miewał bóle brzucha i wymioty, a smażone mięso, zaś w chłodne wieczory wystarczyło, że wybrał dowolny krzak, pstryknął palcami i już cieszył się ciepłem.

 

– Wszystko się zmieniło – wychrypiał w mrok, odgarniając z oczu ciemne pasma włosów.

 

Sapnął ciężko, niechętnie wstając. Lśniące kropelki leniwie spływały po błyszczącej, pomarszczonej skórze. Robert po każdej kąpieli przyglądał się sobie z mieszanką niechęci i fascynacji. Nie potrafił zrozumieć, jak to się stało, że blizny po oparzeniach pozostały jedynie na obu rękach oraz prawej stronie tułowia wraz z twarzą, a cała reszta ciała wyglądała tak, jakby pożar, który cudem przeżył, był zaledwie sennym majakiem.

 

Rozejrzał się dookoła i nieśpiesznie podszedł do niewielkiego drzewa, aby z najniższych gałęzi zdjąć ubrania. Wciągnął powycierane wypłowiałe spodnie, potem poplamioną lnianą bluzę oraz niegdyś zieloną, a teraz szaro-burą kurtę z kapturem. Lewy but rozpadł się przed dwoma tygodniami, dlatego nowy, który znalazł wyrzucony na brzeg tuż obok kilku połamanych desek i nabrzmiałego trupa, musiał bardzo mocno wiązać, aby nie spadał mu ze stopy; prawy zaś załatał kawałkiem szmaty, gdyż zrobiła się w nim spora dziura. Na ramiona narzucił nieudolnie oprawioną skórę – będącą trofeum po jednej z walk z wilkami – która choć niemożebnie śmierdziała, to była ciepła i dodawała pewności siebie. Sprawdził czy wszystko dobrze się trzyma, a w chwilę później ruszył w głuszę.

 

Las wciąż pozostawał dlań miejscem obcym, pełnym najróżniejszych zagrożeń, ale Robert nauczył się, jak w nim żyć, jak poruszać się, aby pozostać niezauważonym, a także jak radzić sobie z niebezpieczeństwami. Rozpoznawał charakterystyczne miejsca, znalazł nawet kilka przydatnych skrótów oraz bezpiecznych kryjówek. Wiedział, gdzie szukać słodkich owoców, jadalnych grzybów, czy leczniczych ziół. Wśród zielonych liści drzew potrafił odnajdywać ptasie gniazda pełne malutkich jajek, bądź wiewiórcze dziuple po brzegi wypchane twardymi orzechami. Nauczył się słuchać leśnej pieśni, rozróżniać piski, syki, wycia i nawoływania, które niosły ze sobą przestrogi tudzież rady. Nie był częścią lasu, ale już nie był w nim obcym.

 

Poruszał się prędko, prawie bezszelestnie stawiając kolejne kroki. Przez cały czas bacznym spojrzeniem lustrował okolicę w poszukiwaniu wszelakich śladów. Po prawej mignął czmychający lis, z lewej, wśród krzewów, wędrował niewielki jeż, a gałęzie w górze uginały się pod ciężarem ptactwa. Nie musiał się niczego obawiać. Sprawnie przeskoczył nad zwalonym, omszałym pniem, zwinnie przemknął obok kolczastych krzewów, zręcznie pokonał szemrzący strumień, bez wahania przeskakując po śliskich kamieniach. Minąwszy wielki pęknięty głaz, skręcił na zachód, kierując się w stronę szlaku prowadzącego od przystani do miasta. Miał zamiar spędzić tę noc na jednym z ostatnich Drzew Donżonowych, rosnących tylko w północno-zachodniej części wyspy.

 

Kontynuując podróż schylił się, aby przejść pod nisko zwisającymi gałęziami, długim susem pokonał głęboką rozpadlinę, a zaraz potem chwycił wystający konar, aby się podciągnąć i wspiąć wyżej. Był szybki, pewny swego. Odkąd zaczął polować i lepiej jeść, stał się znacznie sprawniejszy, silniejszy. Nabrał ciała, a poparzona skóra przyzwyczaiła się do ruchu. Nie był może wojownikiem, ale nie przypominał już cienia człowieka.

 

Zwolnił, widząc przed sobą szary, martwy plac, który wyglądał tak, jakby zostało z niego w brutalny sposób wydarte całe życie – jedna z pamiątek jego nieudolności.

 

Zacisnął zęby, stawiając stopę pośród szarych popiołów. Na polanie pomimo upływu czasu nic nie rosło. Ziemię pokrywała warstwa siwego pyłu, na tyle ciężkiego, że wiatr nie był w stanie go unieść. Pomiędzy karłowatymi, czarnymi pieńkami, sterczącymi gdzieniegdzie niczym resztki próchniejących zębów, leżały osmolone gałęzie. Rob, robiąc kolejny krok, usłyszał nieprzyjemny chrzęst. Podniósłszy stopę, ujrzał zmiażdżone, białe pozostałości po szkielecie jakiegoś ptaka. Zmarszczył nos, wiedząc, że to on jest winien temu, co się stało w tym miejscu.

 

„Muszę bardziej uważać, żeby nigdy więcej nie dopuścić do czegoś podobnego…”

 

Gdy zostawił to smutne miejsce w tyle, dalsza podróż przebiegała bez większych problemów do czasu, aż nocną ciszę zakłócił kobiecy krzyk:

 

– Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! – Rozdzierający wrzask przepełniony był wręcz nieludzkim przerażeniem. Niedługo potem usłyszał podenerwowane męskie głosy; brzmiały ostro, ktoś wydawał rozkazy. Wtedy to rozległ się kolejny krzyk, a zaraz po nim odgłosy walki. Starcie szybko się skończyło, a nad lasem zawisła pełna napięcia cisza.

 

– POMOCYYYYYY! – Ku niebu wzniosło się rozpaczliwe wołanie. – NIE! ZOSTAW!

 

Robert skamieniał, nie mając pojęcia, co czynić. Domyślał się, co mogło zajść na szlaku, wiedział też, że napaść rozgrywa się całkiem niedaleko, ale nie mógł zdecydować, czy biec z pomocą, czy też udać, że niczego nie słyszał.

 

– NIEEEEEE! Nieeee…! – Wrzaski były coraz bardziej rozpaczliwe, ale też coraz słabsze.

 

W końcu rzucił się do biegu, jak trafiony piorunem. Pędził na złamanie karku, nie panując nad własnym ciałem. Przemykał wśród grubych pni, poskręcanych krzewów i zielonych traw niczym leśna zjawa. Szybko dotarł na skraj kniei. Przycupnął, chowając się za rozłożystą paprocią. Wychylił się lekko, aby zobaczyć, co działo się na trakcie.

 

Spostrzegł spory wóz kupiecki, zaprzężony w dwa niespokojnie prychające wierzchowce, który otaczało kilkunastu mężczyzn w starych, brudnych łachach. „Piraci” – nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Mężczyźni w dłoniach dzierżyli kije bądź pałki, małe lub większe topory, kilku miało krótkie miecze, a jeden trzymał piękny rapier. To właśnie ten ostatni stał nad parą leżących na ziemi ludzi. „Pewnie przywódca” – pomyślał Robert, a gdy ten z rapierem zabrał głos, zrozumiał, czego był świadkiem:

 

– Szybciej Pit, innym też chce się pieprzyć. Cholernie długo tego nie robili. – Wszyscy na raz buchnęli rubasznym rechotem. Do śmiechu nie było gwałconej kobiecie, która cicho szlochając leżała bezradnie na ziemi, i mężczyźnie bez ręki, który martwym wzrokiem przyglądał się całej scenie.

 

Rob skrzywił się, czując pełznący po plecach dreszcz. Prześladowało go wrażenie, że gdzieś już widział tych ludzi, ale nie potrafił sobie przypomnieć gdzie, ani też kim mogli być. Drażniła go bezczynność, ale brakowało mu sił do działania. „Co może zrobić dziecko, mając naprzeciwko tuzin uzbrojonych mężczyzn?”. Niestety, nie znał odpowiedzi na to pytanie. Niespokojnie potrząsnął głową, chcąc odegnać od siebie uporczywe myśli: „Jeśli wyjdę z ukrycia z pewnością mnie zabiją. Jeśli ucieknę, będą dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że niczego nie zrobiłem. Skąd czerpać odwagę, będąc śmiertelnie przerażonym?…” Pomyślał o ogniu, ale bał się ryzyka. Każdorazowe użycie zdolności musiał okupić mniejszym, bądź większym wyczerpaniem, w zależności od tego, jak wiele chciał skrzesać płomieni. Aby pokonać tylu wrogów, musiałby wzniecić pożar, a to mogło przynieść opłakane skutki.

 

Przełknął lepką ślinę i zacisnął pięści, gotując się do odejścia, gdy usłyszał jazgotliwy pisk. Ponownie zamarł w zaroślach, nie odrywając wzroku od wydarzeń na szlaku.

 

Dwóch piratów stało z tyłu wozu, wpychając głowy i łapska do środka, jakby próbowali coś stamtąd wyciągnąć. Sprawiali wrażenie rozzłoszczonych nie na żarty; co rusz rzucali przekleństwa, wciąż mocując się ze skarbem, który chcieli ukraść. W końcu wyszarpali spory pakunek owinięty w ciemną tkaninę. Dopiero gdy bezkształtny cień upadł na ziemię, zanosząc się jeżącym włosy na karku krzykiem, Robert zauważył, iż było to młode dziewczę odziane w długą ciemną suknię.

 

– No, no, ale się nam poszczęściło! – Zawołał jeden z mężczyzn, podchodząc do wystraszonej dziewczyny. Ta wściekle wymachiwała rękami i nogami, próbując się w ten sposób bronić, lecz nic to nie dało. Łysiejący wąsacz o krzywym orlim nosie oraz zrośniętych brwiach chwycił ją za migocące w księżycowym blasku złote włosy i brutalnie szarpnął, podnosząc na kolana.

 

– Nie, to niemożliwe… – bezgłośnie szepnął Rob. Wydawało mu się, że poznaje blondwłosą, ale nie mógł, a raczej nie chciał w to wierzyć.

 

– Nie! Zostaw! Puszczaj! – Dziewczyna zanosiła się spazmatycznym płaczem, kręcąc głową na wszystkie strony, gotowa poświęcić piękne włosy, byleby tylko uciec od prześladowcy.

 

– Cicho, mała dziwko! – Warknął drugi z piratów, chudzielec o oszpeconej francą twarzy. Wziął krótki zamach, uderzył klęczącą dziewczynę wierzchem dłoni w policzek, uśmiechając się obleśnie. – Quai, zapchaj jej morde kutasem, bo od tego wrzasku łeb mi pęka!

 

Orlonosy właśnie mocował się z zardzewiałą klamrą paska, gdy wokół zaczęło zbierać się coraz więcej mężczyzn. Każdy co do jednego, łypał na przerażoną dziewczynę niczym wygłodniały wilk, tylko czekający, aż będzie mógł skosztować bezbronnej ofiary. W międzyczasie kolejny z piratów skończył gwałcić starszą kobietę; ta, wykorzystując moment przerwy, obróciła się na brzuch i widząc zbiorowisko wokół córki, wrzasnęła resztką sił:

 

– Vivien, uciekaj dziecko!

 

– Zamknij ryj, stara kurwo! – Warknął przywódca bandy i z całej siły kopnął ją w twarz. Kobieta padła bez tchu na ziemie, wzbijając w górę tuman kurzu.

 

– Viv… – cichutko szepnął Rob. Nie mylił się, trafnie rozpoznał w klęczącej dziewczynie córkę kupców, która wraz z rodzicami bywała w jego domu. Gdy ich ojcowie robili razem interesy, a matki zajęte były plotkowaniem, Vivien spędzała czas z nim, wciąż wprawiając go w zakłopotanie tudzież konsternację. Robert przypomniał sobie dołeczki w policzkach, które pojawiały się zawsze, kiedy się uśmiechała, oczy niebieskie jak bezchmurne niebo oraz długie kręcone włosy, przypominające płynne złoto. Zawsze pełna życia, radosna i dużo odważniejsza od niego. Spłonił się, kiedy znienacka go pocałowała, tłumacząc, że chciała zobaczyć, jak to jest. Podkochiwał się w niej, a teraz banda brudnych, zawszonych piratów rozrywała jej suknię, chcąc zbrukać młode, niewinne ciało.

 

Robert zmarszczył zdrową połowę twarzy w nienawistnym grymasie, z okropnym chrzęstem zazgrzytał zębami i powoli wstał. Wciąż czając się w mroku kniei, pozostając niewidocznym dla oczu wpatrzonych w kruchą niewiastę, podniósł prawą dłoń. Gniewnie ściągnął brwi, uniósł górną wargę, obnażając zęby niczym wściekły wilczur, napiął mięśnie ramienia.

 

– No maleńka, otwieraj usteczka i bierz się do ro…

 

Pstryk.

 

Orli nos wystrzelił wysoko w nocne niebo, kreśląc w powietrzu roziskrzony łuk, kiedy czaszkę mężczyzny imieniem Quai od środka rozsadził wybuch białego ognia.

 

– O kur…

 

Pstryk.

 

Pirat, który uderzył Vivien w twarz, stracił swoją. Śnieżnobiałe płomienie w mgnieniu oka pochłonęły jego głowę, w kilka sekund obdzierając ją ze skóry i topiąc kości.

 

Dwa dymiące truchła jednocześnie obaliły się na ziemię, wzbijając w górę kurz oraz gnijące liście. Mężczyźni stojący najbliżej oszołomionej dziewczyny bez słowa wpatrywali się w śmierdzące spalenizną trupy kompanów, bezwiednymi ruchami ścierając z twarzy pozostałości po głowie Quaia.

 

– Co to ma znaczyć?! Co tu się, kurwa, dzieje?! – wrzasnął kapitan, szaleńczo wymachując nad głową bronią. To jednak nie mogło powstrzymać furii, która zawładnęła umysłem Roberta.

 

Pstryk. Pstryk. Pstryk.

 

Trzech mężczyzn zajęło się ogniem równie łatwo, jak wyschnięte źdźbła trawy zdane na łaskę skrzesanej krzemieniem iskry. Rzucili oręż na ziemię, zaczęli biegać bez ładu i składu, wydzierając się jak potępieńcy. Nie zdało się to jednak na nic; białe, migotliwe wstążki owijały się wokół nich, pokrywając coraz większą powierzchnię ciał, aż w końcu nie przypominali ludzi, a ogromne niespokojne ogniki. W końcu krzyki umilkły, a zwęglone korpusy zwaliły się na szlak.

 

– To duchy! Duchy lasu… – zawył ktoś z przerażeniem.

 

– Ognie z otchłani… To boska kara… – bezradnie szlochał kolejny z piratów.

 

– Uciekajmy! – krzyknął jakiś tchórz, rzucając się biegiem w stronę przystani.

 

Robert dyszał ciężko, wypuszczając ze świstem powietrze przez zaciśnięte zęby. Był już mocno wyczerpany, ale gorejąca złość nie pozwalała przestać. Raz jeszcze złączył kciuk z palcem środkowym, wściekle zmrużył pałające nienawiścią oczy, skupił się na zrywających się do ucieczki piratach.

 

Pstryk.

 

Iskra jasna jak rodząca się gwiazda wystrzeliła z poparzonej dłoni Roba i pomknęła ku pierwszemu z uciekinierów. Pędziła z szybkością błyskawicy, a biały ogon, który pozostawiła za sobą, zmienił się w burzę postrzępionych płomieni, wzlatujących wysoko ku niebiosom. Ognisty grom uderzył w chudego pirata, zamieniając go w kupę śmierdzącego, nadpalonego mięsa, po czym zakreślił w rzednącej ciemności niewielki łuk i, tworząc płomienną pułapkę w kształcie elipsy, wrócił w miejsce, z którego rozpoczął swą krótką podróż. Okolica rozświetliła się jak za dnia, ale ów blask nie był zwiastunem wschodzącego słońca, a rychłej, niezwykle bolesnej śmierci. Fantazyjne, strzelające tysiącami iskier pióropusze, wolno, ale nieubłaganie zaczęły wypełniać przestrzeń, w której na dobre utknęła piątka mężczyzn. Ci miotali się wściekle, wrzeszczeli w niebogłosy, wołali o pomoc i ratunek, o wodę i miłosierdzie, ale w końcu ich krzyki zmieniły się w pełne agonii jęki, aż ucichły na dobre, kiedy lawina białych płomieni najpierw zdarła z nich skórę i mięso, ostatecznie zabierając też życie.

 

Wtedy czas jakby zwolnił.

 

Rob, ledwie trzymając się na nogach, oparł lewą dłoń o szorstki pień najbliższego drzewa. Zmarszczył niepoparzoną część twarzy, zmagając się z okropnym bólem, który promieniował z prawego ramienia na całe ciało. Domyślał się, dlaczego rękaw klei się do ręki, a z opuszków palców na ściółkę skapują kropelki krwi. Szorstka, różowawa skóra nie wytrzymała i popękała, odsłaniając mięso. Pragnął już tylko odpoczynku, chwili wytchnienia, ale nie było mu to dane. Usłyszawszy przesycone złością groźby, uniósł wzrok.

 

– Nie! Nie, kurwa! To nie miało tak wyglądać! – wrzeszczał ku niebiosom mężczyzna z rapierem.

 

– To ona, kapitanie… To na pewno jakaś wiedźma! – szczęknął ostatni z piratów, palcem wskazując zgwałconą kobietę.

 

– Ty francowata kurwo! Jak śmiałaś zrobić to moim ludziom! – Kapitan w jednym skoku dopadł leżącej, wznosząc w górę ostrze. – Zapłacisz mi za to! – Wydał z siebie pełen furii krzyk, by z rozmachem rozchlastać szyję bezbronnej ofiary. Kobieta krótko zacharczała, wiotczejąc, kiedy fontanna krwi trysnęła wysoko, zachlapując wszystko dookoła.

 

– NIEEEEE! – rozdzierająco ryknęła Viviene. Śmierć matki wyrwała ją z ramion marazmu i o mało nie rzuciła w objęcia szaleństwa. Zdesperowana dziewczyna poderwała się na nogi, wystrzeliła jak z procy w kierunku zwłok rodzicielki, ale po kilku krokach zaplątała się w suknię i z głuchym hukiem upadła na ziemię.

 

– Tobą też się zajmiemy, mała wiedźmo… – syknął dowódca, krzywiąc twarz w okropnym grymasie. Ociekającym krwią ostrzem wskazał Viviene i rzucił do stojącego nieopodal mężczyzny: – Navar, weź jakiś miecz i utnij jej stopy, żeby nie uciekła, dłonie, żeby nie mogła się bronić i jęzor, żeby milczała i nie próbowała matczynych sztuczek. Zanim się wykrwawi, wyruchamy ją tak, że nie zapomni tego nawet po śmierci. – Wciąż szalejące płomienie rzucały ruchliwe cienie na lico mężczyzny, przez co jego wstrętny uśmiech nabrał jeszcze bardziej makabrycznego wyglądu.

 

Navar krótko skinął głową; ruszył posłusznie w kierunku zapłakanej dziewczyny, dzierżąc w dłoni krótki, mocno wyszczerbiony miecz.

 

– Jeszcze trochę… Jeszcze tylko trochę… – cicho charczał Rob, próbując wykrzesać resztki sił z obolałego ciała i stępionego cierpieniem umysłu. Widział, jak Viviene najpierw próbowała wstać, a gdy to się nie udało, odczołgać się od nadchodzącego zbira, ale nie miało to najmniejszych szans powodzenia. Navar, mimo strachu odbijającego się w oczach, zdecydowanie kroczył ku niej.

 

– Nie uciekniesz przed przeznaczeniem…

 

Robert był tak bardzo oszołomiony zmęczeniem, że nawet nie wiedział, kto wypowiedział te słowa, ale wydały mu się one zaskakująco trafne, jeśli chodziło o pirata oraz jego kapitana.

 

– … już ja się o to postaram – warknął złowrogo w ciemność. Wziął dwa głębokie wdechy i wzniósł dłoń na wysokość klatki piersiowej. Zamarł niczym posąg; potrzebował chwili, aby zebrać energię, skupić się na maszerującym celu. Mięśnie napięły się, a gdy Robert wyrzucił przed siebie rękę, palce uderzyły z mokrym plaśnięciem o wilgotną od krwi dłoń.

 

Pstryk.

 

Biały słup żaru buchnął w idącego mężczyznę z niewiarygodnym impetem. Pirat nawet nie krzyknął, w mgnieniu oka przeistoczył się w kawał osmolonego mięsa oraz troszkę ciemnego pyłu, który porwał wiatr. Rob nie wierzył własnym oczom – ognisty pocisk wypalił w poprzek traktu głęboki na stopę rów, topiąc piasek, kamienie i ziemię w jedną, szklistą całość.

 

– O ku… – Kapitan nie dokończył, zgiął się w pół, wyrzygał zawartość żołądka.

 

„Jeszcze tylko on…” – pomyślał Rob, podnosząc wzrok na mężczyznę z rapierem. Wtedy się zachwiał, zrobił kilka kroków w przód, stracił równowagę, upadł na kolano. Przed oczami tańczyły mu ciemne plamy; szybko zamrugał, ale niewiele to pomogło.

 

– Potwór! Potwór z lasu! – To Vivien krzyczała; strach w jej głosie odbił się z zupełnie nową mocą.

 

Rob rozejrzał się nerwowo, a jego obawy się sprawdziły. Dookoła nie było żadnych krzaków, drzew, czy też liści, które ukryłyby go przed niechcianymi spojrzeniami. Znajdował się na środku traktu, doskonale widoczny zarówno dla Viv, jak i dla kapitana. Odruchowo pochylił głowę, naciągnął kaptur, chcąc przesłonić twarz.

 

– Ktoś ty, sukinsynu?!

 

Pytanie padło z prawej strony. Mężczyzna z rapierem szybko zmierzał ku niemu. Robert planował jednym pstryknięciem posłać go w niebyt, ale zakrwawione palce odmówiły posłuszeństwa. Sytuacja wydawała się tragiczna, ledwie ruszał prawą ręką, wciąż tracił krew, a na placu boju ciągle znajdował się jeden przeciwnik.

 

– Co, psie? Nie możesz wstać? – parsknął kapitan, wznosząc śmiercionośną klingę. Był już zaledwie kilka stóp od Roba, który jeszcze niżej zwiesił głowę, jakby cały chciał się ukryć w cieniu kaptura.

 

– Czekaj mała – pirat zwrócił się do Vivien. – Najpierw rozprawię się z tym gównem, a potem zajmę się tobą! – Zatrzymał się tuż przed klęczącym chłopakiem; już miał opuścić ostrze, gdy coś zwróciło jego uwagę. Głowa i ramiona Roberta trzęsły się lekko, a spod kaptura słychać było dziwne, pełne syków charczenie.

 

– Lament ci nie pomoże, bękarcie – szczęknął hardo. – Na tym świecie nie ma miejsca dla płaczliwych wymoczków, przeżyją tylko najgorsze skurwysyny! – Ostatnie słowa wykrzyknął, jakby chcąc nimi wzmóc cięcie, które miał zamiar wyprowadzić…

 

Pstryk.

 

… ale nie zdołał. Trzymającą rękojeść dłoń owinęły ogniste języki, z upiornym sykiem wpełzły pod skórę, ogryzając mięso i popieląc wszystko, czego dotknęły. Osmolone kości nie utrzymały broni, która w akompaniamencie chóralnego wrzasku z metalicznym brzękiem upadła na ziemię.

 

– Nieeeeeeeeeeeeeee! – Pirat krzyczał tak długo i zajadle, aż ochrypł, nie mogąc wydobyć z siebie nic ponad przeciągłe, żałosne jęczenie. Padł na kolana, przyciskając do klatki piersiowej pozostałości dłoni. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy zwrócił groteskowo wykrzywioną twarz w stronę Roberta, zrozumiał, że ten nie płakał, a zanosił się śmiechem.

 

Rob najpierw powstrzymywał nieśmiały chichot, ale w końcu porzucił krępujące okowy, by zacząć się brechtać na cały głos. Nie mógł uwierzyć, że uratowała go lewa ręka. Od urodzenia był mańkutem, ale rodzice robili wszystko, aby mu to wyperswadować, gdyż „nie było to mile widziane w towarzystwie”.

 

– Tak, przeżyją tylko skurwysyni i mańkuci – parsknął szyderczo, taksując złowieszczym spojrzeniem zdezorientowanego mężczyznę. Ten nie wyglądał już jak niebezpieczny zbir, przypominał raczej jednego z chorowitych żebraków-kalek, wysiadujących całymi dniami pod świątyniami, bądź w pobliżu targów, licząc na jałmużnę. Rob nie miał jednak zamiaru okazać miłosierdzia. Choć czuł, jak traci resztki sił, wiedział, że nie może tak tego zostawić. Musiał doprowadzić to ponure przedstawienie do końca.

 

– Nie… Nie… Proszę, nie… – Pirat podrygiwał lekko, wlepiając szeroko otwarte, nierozumiejące ślepia w poczerniały, śmierdzący spalenizną kikut.

 

„Nigdzie nie ucieknie” – pomyślał Rob, spoglądając na wpół szalonego mężczyznę. Wiedział, że zamiast nim, powinien zająć się Vivien, będącej tego wieczora świadkiem zarówno śmierci swych rodziców, jak i spektaklu płomiennych egzekucji, który na zdrowy rozsądek nie powinien się wydarzyć nawet w sennym koszmarze. Wziął dwa szybkie oddechy, podparł się lewą ręką o kolano i, zacisnąwszy oczy, wstał. Idąc w kierunku szlochającej dziewczyny, musiał się mocno skupić, aby nie zwymiotować, gdyż odór smażonego ludzkiego mięsa, tłuszczu oraz włosów, towarzyszący mijanym po drodze ciałom, okazał się dużo gorszy, niźli się tego spodziewał. Do przebycia tych kilku jardów motywowała go jednak myśl, że Viv, jak tylko go rozpozna, rzuci mu się na szyję z podziękowaniami, wszak był jej wybawcą.

 

Niestety, ta wizja z rzeczywistością nie miała nic wspólnego.

 

Vivien ucichła, zrozumiawszy, że Rob zmierza w jej kierunku. Mimo że milczała jak kamienny posąg, to dwa niebieskie źródła nawet na sekundę nie wyschły, przez cały czas zasilając słone strumyki, żłobiące koryta w kurzu osiadłym na policzkach. Jej wzrok wydawał się być przyklejony do niego, acz nie było w nim radości, ani uwielbienia, a jedynie paniczny strach. Nie patrzyła tak nawet na piratów; musiała uważać go za coś o wiele gorszego niż tylko zbója czy gwałciciela.

 

– Nie zbliżaj się… Proszę, zostaw mnie w spokoju… – szeptała błagalnie, próbując się odczołgać, uciec jak najdalej.

 

Robert zatrzymał się jard przed zdesperowaną dziewczyną, choć najchętniej wziąłby ją w ramiona i uspokajał czułymi słowami. Wmawiał sobie, że Vivien jest w szoku, że dopiero co widziała, jak giną jej rodzice, więc nie wie, co robi. Chciał w ten sposób wytłumaczyć sobie to wystraszone spojrzenie oraz grymas obrzydzenia, szpecący śliczną twarz.

 

– Nie bój się, już wszystko w porządku… – Pragnął brzmieć łagodnie, uspokajająco, ale jak zwykle z jego krtani wydobył się tylko nieprzyjemny dla ucha charkot. Efekt był taki, że dziewczyna zaczęła szybciej przebierać rękoma i nogami, aby się odeń odsunąć. Skrzywił się niezadowolony, acz szybko wpadł na inny pomysł.

 

– Spójrz, to ja, Robert – szepnął, unosząc dłoń do głowy. – To ja, już nie musisz się niczego bać. Poznajesz? – Tkanina opadła na plecy, mrok dotychczas kryjący poparzoną twarz zniknął, a wszechobecne płomienie zamigotały, rzucając na lico Roba jasny blask i ciemne cienie.

 

Nie poznała.

 

Ciałem dziewczyny wstrząsnął przeciągły spazm, wygięła plecy w łuk, wydobywając z trzewi dojmujący ryk. Ten wrzask był odbiciem przerażenia, które zawładnęło jej sercem, kiedy spostrzegła potwora o dwóch obliczach. Jedno wydawało się ludzkie, drugie zaś tak szkaradne, że zbierało się jej na wymioty. Nawet w koszmarach nie widziała czegoś takiego, mieszanki chorobliwie błyszczącej różowej skóry oraz ciemnobrązowych strupów, przypominających korę drzewa, które stara się pożreć ludzką połowę twarzy.

 

– Przecież to ja – tłumaczył Rob, podchodząc bliżej. – Całowałaś mnie, nie pamiętasz? Nie bój się…

 

Vivien zaczęła się rzucać na wszystkie strony, widocznie mając nadzieję tym sposobem zniechęcić zbliżające się monstrum. Gdy to nie pomogło, zaniosła się histerycznym płaczem, wrzaskiem, który był w stanie kruszyć kamienie. To jednak nie powstrzymało chrapliwie bełkoczącego dziwoląga. Viv znalazła się na skraju szaleństwa, a kiedy szkarada nachyliła się ku niej i wyciągnęła dłoń, jakby chcąc ją dotknąć, strach wygrał, a ona runęła w ciemną przepaść…

 

Robert nie zdążył jej w porę chwycić. Vivien straciła przytomność, padając na zakurzony trakt. W pierwszym odruchu chciał ją ocucić, ale doszedł do wniosku, że tak będzie lepiej.

 

– Nie musi tego oglądać – mruknął pod nosem, delikatnie odsuwając splątane złote włosy z mokrej twarzy. Przez moment po prostu na nią patrzył, napawając się widokiem, który tchną weń nowe pokłady mocy. Marzył, by zabrać ją ze sobą, nauczyć życia w lesie, poprosić, aby mu towarzyszyła. Jednak prędko odsunął te myśli: „Tak nie można, musi mieć wybór. Jeśli zechce, sama mnie odnajdzie”. Nerwowo przełknął ślinę, rozejrzał się po okolicy i, ujrzawszy dwa wystraszone wierzchowce, wiedział, jak rozwiązać sytuację.

 

– Ale najpierw on… – syknął, ruszając w stronę stękającego kapitana. Miał zamiar go zabić, ale doszedł do wniosku, że byłaby to zbyt wielka łaska.

 

Stanął nad nim, a jego uwagę przyciągnął migocący księżycowym blaskiem rapier. „Może się przydać” – pomyślał. Następnie spojrzał na jęczącego mężczyznę i przemówił z wolna: – Przeżyjesz, ale każdy kolejny dzień będzie niekończącą się torturą. Zrozumiesz, że śmierć nie zawsze jest najgorszym z możliwych końców. Już ja dobrze o tym wiem… – syknął, mrużąc oczy. – Choć twe cierpienie nie wróci nikomu życia, będzie przestrogą dla tobie podobnych. – Umilkł, podniósł lewą dłoń, łącząc kciuk oraz palec środkowy.

 

Leśny trakt rozświetliły dwa błyski, nie towarzyszył im jednak huk gromu, a jedynie przeciągłe, rozpaczliwe wycie. Potem nocną ciszę przerywało już tylko parskanie i miarowy stukot końskich kopyt.

 

 

Koniec

Komentarze

Oto i część druga. Trzecia pojawi się najpewniej w weekend. Życzę miłej lektury :)

Tym razem nie czekałem, aż mi się rzuci w oczy. Doczytałem mniej więcej do tego miejsca, gdzie się urywa minikorekta. Bez owijania w bawełnę powiem, że opowieść jest do bólu przewidywalna i schematyczna. Gdybyś pisał ją sto lat temu, może byłaby do obronienia. Dziś już nie. Poza tym piszesz zbyt rozwlekle. Gdybym był redaktorem, ciąłbym te słowa-chaszcze maczetą. Na wszelki wypadek zajrzę do dalszych części, żeby być pewnym, ale raczej to nie dla mnie.

 

Minikorekta. Dla mnie to ćwiczenie, Tobie może się przydać. Chyba znowu poszło głównie o imiesłowy. Cóż, prawie nikomu one nie przeszkadzają, ale też prawie nikt nie wie, jak i kiedy ich używać, więc nie ma zdziwienia :(

 

Co prawda nie zbiegł zbyt daleko, ani nie żył w lesie bardzo długo, ale w tym czasie zdążył dojść do istotnych wniosków. Odległość nie ma tu nic do rzeczy. "Co prawda nie żył w lesie bardzo długo, ale (...)"

Czekał aż poparzona skóra pęknie niczym mydlana bańka, rozrywając ciało na strzępy. "(...) i rozerwie ciało na strzępy."

Nie byłoby świadków, którzy przyglądaliby mu się udając współczucie, a tak naprawdę czując jedynie odrazę tudzież ulgę, że to nie ich spotkał taki los. "(...) którzy, przyglądając mu się, udawaliby współczucie, a tak naprawdę czuliby odrazę (...)."

Otworzył zaspane oczy, dyskretnie rozejrzał się po niewielkim pomieszczeniu, rozpoznając swój pokój. "(...) pomieszczeniu. Rozpoznał swój pokój."

Nie ociągając się, wypełzł spod pierzyny i przyjrzał się dłoniom. "Bez ociągania (...)."

Miał niewielką nadzieję, że zobaczy coś innego, [,-] niż blizny po oparzeniach, ale rozczarował się.

Opuszkami palców przesunął po twardych okładkach, pozostawiając ślad w kurzu, który zdążył się na nich osadzić. "(...) okładkach. Pozostał w kurzu ślad, który (...)."

Chciało mu się płakać, krzyczeć z bólu, ale tego nie zrobił. "(...) nie robił."

Wszystko wydawało się stać na swoim miejscu, tylko ciężkie zasłony nie pasowały do reszty wystroju, całkowicie odcinając pomieszczenie od świata zewnętrznego.  
Bez sensu to. "(...) wystroju."

Z jednej strony cieszył się, że znów może ich zobaczyć, że słyszy głos matki, który koi ból, oddala cierpienie i pozwala zapomnieć o nieszczęściach, które go spotkały.
"(...) zobaczyć. Że słyszy kojący ból matki, oddala cierpienie (...)."

Był świadkiem ich śmierci. Wielu uważało, że nawet ich mordercą.
"(...) nawet jej sprawcą."

— Przepraszam, wybaczcie mi… — szczęknął, wpatrując się w poczerniałe deski.
Co zrobił??

— Spaliłeś nas żywcem, potworze! — rozrywający uszy wrzask przeciął przestrzeń.
Dużą literą nowe zdanie.

Robert gwałtownie poderwał głowę.
Podniósł.

Wciąż stojące zwłoki matki nie miały obu rąk, zaś z prawej nogi pozostały jedynie straszące bielą kości. 
"(...) stojące/tkwiące pionowo / utrzymujące pion zwłoki matki nie miały obu rąk. Z prawej nogi pozostały (...)."

Z twarzy zeszła skóra, odkrywając osmoloną czaszkę;
"Z twarzy zeszła skóra. Osmolona czaszka była odkryta;"

— Przyszła kolej na ciebie, bękarcie… — warknął trup matki, zanosząc się złowróżbnym śmiechem.
Bez wielokropka. "(...) matki i zaniósł się złowróżbnym śmiechem."

Żuchwa oderwała się z jednej strony, zawisając jedynie na kawałku ścięgna.
"(...) i zawisła jedynie na kawałku ścięgna."

Biały ogień rozprzestrzeniał się z szybkością błyskawicy, trawiąc wątpliwości, paląc na popiół wszystkie lęki, buchając w górę żarem nowej nadziei.
Żar, wydaje mi się, ma to do siebie, że bucha z grubsza we wszystkie strony. "(...) buchając żarem nowej nadziei."

Oczyma wyobraźni ujrzał [,+] jak cień, dotąd nękający duszę, truchleje, kurczy się i prędko ucieka przed płomienną poświatą.

— Chcę żyć — rzekł pewnie, otwierając rozpalone oczy.
"(...) i otworzył rozpalone oczy."

Nie mając czego przełknąć, przygryzł dolną wargę, aby pozwolić ujść emocjom.
Zdanie bez sensu. Co ma przełnięcie do pozwolenia ujść emocjom? Lepiej rozbić lub pierwszy człon wywalić.

— Powoli… Ostrożnie… — szepnął, dodając sobie otuchy.
"(...) szepnął, żeby dodać sobie otuchy."

A raczej spróbował, bo choć umysł już zdążył otrzeźwieć po drzemce, to kończyny wciąż spały.
Dlaczego akurat kończyny? Mięśnie --- bardziej na miejscu.

— Auuuuł — stęknął, lądując z głuchym hukiem na ziemi.
Hej, nikt normalny nie auuuje z "ł" na końcu. "(...) wylądowawszy (...)"

Nie miał czasu na użalania
"(...) na użalanie się"

„Hałas — pomyślał — to może je odstraszyć”.
"(...) pomyślał. --- To może je odstraszyć."

Czuł się tak, jakby w gardle grasował rozwścieczony rój os.
"(...) rój rozwścieczonych os."

Szelest rozrywanej tkaniny, trzask pękających gałęzi. "(...) trzask." Wiesz dlaczego?

Był duży, nawet bardzo, i cięższy od Roba — tak mu się chociaż zdawało.
Komu się zdawało? Wilkowi.

Robert przesuną dłonią po ziemi, odnalazł gruby kij, chwycił go mocno.
Brakująca literka.

Wyciągnął się w powietrzu, rozwarł pysk i zwalił w dół z siłą tarana.
"(...) zwalił się (...). I raczej nie w dół, bo trudno zwalić się w jakimkolwiek innym kierunku. Może "na niego"?

Robert w akcie desperacji wystawił przed siebie kij, wzmacniając chwyt drugą dłonią, mając nadzieję, że to zatrzyma wilczura.
"(...) wzmocnił chwyt (...)".

Bestia zacisnęła szczęki na grubej gałęzi, tylko cudem jej nie przegryzając.
"(...) i tylko cudem jej nie przegryzła".

Rob chciał kopnąć wilka, ale ten dziko szarpnął karkiem i poderwał go do krótkiego lotu.
"(...) dziko szarpnął i poderwał go (...).

Chłopak wyrżnął o drzewo, tracąc dech oraz siły.
"(...) przy czym stracił dech oraz siły."

Widział w nim ucieleśnienie lasu, najdoskonalsze odbicie natury, a jednocześnie wiedział, że jest śmiertelnie niebezpiecznym przeciwnikiem.
Najlepszym ucieleśnieniem lasu są drzewa. "(...) ucieleśnienie natury, najdoskonalsze jej odbicie (...)."

Miał tylko dwa wyjścia, dać się pożreć, by stać się częścią leśnego cyklu życia, bądź stanąć ponad nim.

"(...) dwa wyjścia: (...)" Nie bardzo z tym cyklem. Trzeba by zmienić całe zdanie.

„To też gwiazda, [,-] czy światło Latarni Verrary?” — zastanawiał się, spoglądając w dal.

Mimo że przez gęstą mgłę nie był w stanie dojrzeć choćby zarysu największej wyspy, będącej stolicą hrabstwa Vasserey, wiedział, że ta kryje się gdzieś za mleczną bielą.
"(...) wyspy, na której znajdowała się stolica (...).

Lewy kącik ust uniósł się leciutko, gdy pomyślał o płomieniach.
"(...) uniósł mu się leciutko (...)"

Musiał przemóc strach przed ogniem, który tak straszliwie naznaczył jego ciało bliznami, a umysł cierpieniem, lecz zimno oraz głód bardzo w tym procesie pomogły.
"(...) cierpieniem. Zimno oraz głód (...).

Od tamtej pory nie jadał już traw ani korzonków, po których miewał bóle brzucha i wymioty, a smażone mięso, zaś w chłodne wieczory wystarczyło, że wybrał dowolny krzak, pstryknął palcami i już cieszył się ciepłem. "(...) lecz smażone mięso. Od tamtej pory wystarczyło, że wybrał dowolny krzak, pstryknął palcami i już cieszył się ciepłem w chłodne wieczory."

Wciągnął powycierane [,+] wypłowiałe spodnie, potem poplamioną lnianą bluzę oraz niegdyś zieloną, a teraz szaro-burą kurtę z kapturem.
Szaroburą.

Lewy but rozpadł się przed dwoma tygodniami, dlatego nowy, który znalazł wyrzucony na brzeg tuż obok kilku połamanych desek i nabrzmiałego trupa, musiał bardzo mocno wiązać, aby nie spadał mu ze stopy; prawy zaś załatał kawałkiem szmaty, gdyż zrobiła się w nim spora dziura. Na ramiona narzucił nieudolnie oprawioną skórę — będącą trofeum po jednej z walk z wilkami — która [,+] choć niemożebnie śmierdziała, to była ciepła i dodawała pewności siebie.
"Na ramiona narzucił (...) pewności siebie. Lewy but rozpadł się (...) musiał być bardzo mocno zawiązany (...) prawy zaś trzeba było załatać (...).

Sprawdził [,+] czy wszystko dobrze się trzyma, a w chwilę później ruszył w głuszę. "(...) a chwilę później (...).

Wśród zielonych liści drzew potrafił odnajdywać ptasie gniazda pełne malutkich jajek, bądź wiewiórcze dziuple po brzegi wypchane twardymi orzechami.
"(...) jajek i wiewiórcze (...)."

Kontynuując podróż schylił się, aby przejść pod nisko zwisającymi gałęziami To "kontynuując podróż" nie jest dobre. Poprawa wymaga ingerencji w poprzedni akapit, chyba.

Minikorekta to w tym wypadku chyba nieodpowiednie słowo ;) Dzięki za wytknięcie błędów - ich ilość dobitnie świadczy o tym, że muszę się lepiej zaznajomić z zasadami rządzącymi imiesłowami.

Cóż, nie miałem zamiaru silić się na oryginalność, bo to miałobyć typowe fantasy. Czy jest do bólu przewidywalne i schematyczne? Pewnie nie dla wszystkich ;)

Mam nadzieję, że znajdą się czytelnicy, którym ta opowieść przypadnie do gustu.

Pozdrawiam

"A worek z ubraniami, krzemieniem, osełką, jedzeniem i przypinką matki został na górze” — pomyślał, nie wierząc w własną głupotę."

I należało dodać - krzesiwem i hubką... Powyżej tego zdania mamy  opis bezradności bohatera, nie dysponującego ani krzemieniem, ani krzesiwem, a więc nie mogącego rozpalić ognia. No i brakowało też hubki... Osiemdziesiąt procent czytelników nie zwróci na te szczegóły uwagi, ale --- pozostale dwadzieścia tak. I dojdzie do wniosku, że Autor nie zna się  na krzesaniu ognia przed wprowadzeniem zapalek.

Należy unikać takich błędów.

Roger, przerabialiśmy to już w przypadku "Ognia" ;p Zauważ, że Julius już zarzuca mi rozwlekły styl, więc jakbym do tej wyliczanki dodał krzesiwo i hubkę, to trzebaby użyć maczety, żeby wywalić zbędne słówka. Wyszedłem też z założenia, że czytelnik powiąże dwa akapity (ten, w którym Rob narzeka, że owego krzesiwa nie ma i ten, w którym wylicza co było w worku), dochodząc do wniosku, że pozostałe przedmiot też znajdowały się w worku ;) A hubka nie byłaby koniecznie potrzebna, wszak jako zamiennika użyć wysuszonej trawy itd. W każdym razie, to niezbyt istotne szczegóły jeśli chodzi o lekturę całości :P

Nie chcę być źle zrozumiany z tą rozwlekłością. Osobiście preferuję oszczędność, ale rozumiem, że można pisać bardziej szczegółowo.

Pewnie Roger (Roger?) nie napisze, że tekst jest bardzo przegadany. Bo nie ma w nim wiele dygresji. Ale są opisy. Co, jak wygląda. Co, kto pomyślał. Jak się przy tym czuł. Jakie gesty wykonał. Wszystko samo w sobie jest okej, ale np. moja wyobraźnia, która wizualizuje, gdy przedmiot da się zwizualizować, i powolutku tka z podanych informacji sieć, gdy te informacje wydają się ważne dla opowieści, jest przewizualizowana, że tak to ujmę, i ma niewiele do roboty w tym drugim trybie.

Technicznie można się przyczepić do tego, że zdarzają się dwa pod rząd akapity, które rozwijają zasadniczo tę samą myśl. Że można by poucinać trochę przymiotników, przysłówków. Ale tak w istocie chodzi o to, że sporo słów padło na to, że bohater o mało nie zginął w lesie i że obudził w sobie moc. O mocy było już wcześniej, więc już nie takie ciekawe. Scena z rodzicami nie przynosi żadnych faktów, nieciekawe. Poza nazwą lasu, niewiele wiadomo na jego temat. O bohaterze też cisza. Czemu tkwi w tym lesie? Dlaczego nie pójdzie gdzieś indziej? Spotkanie z wilkami? To bardziej fabularny pretekst niż pełnoprawne wydarzenie. W końcu przychodzi wniosek: licznik słów pędzi jak głupi, a materiału dla wyobraźni, żeby utkać sieć, nie ma. Znaczy się, coś jest nie tak. Powinno być ciaśniej.

Wiem, że nie wszystkim mój styl musi przypaść do gustu, ale jak już siadam do pisania, to staram się przekazać wszystko to, co mam w głowie. Lubię szczegółowe opisy, zarówno otoczenia, jak ich przeżyć wewnętrznych bohaterów. Mi w dzisiejszej literaturze często brakuje właśnie takiego przedstawiania pewnych aspektów, przez co powieść ogranicza się do samej akcji, co niekoniecznie jest wadą, ale jeśli owa akcja jest słaba, a i fabuła do najlepszych nie należy, to nie pozostaje już nic innego. Uwielbiam czytać powieści, w których świat i bohaterowie są przedstawieni w taki sposób, że moge ich sobie wyobrazić, dlatego jeśli piszę, staram się pisać w taki właśnie sposób. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim przypadnie to do gustu, ale nie znalazł się jeszcze taki, co by wszystkich dogodził :)

 

Nie zamierzam tłumaczyć poszczególnych rozdziałów, ani decyzji bohatera - wszystko powinno być jasnepo przeczytaniu całości. To dopiero dwie z pięciu części, ale jeśli na koniec pewne sprawy wciąż będą niejasne (oprócz tejemnic, których specjalnie nie wyjaśniłem) będę musiał uznać, że źle skonstruowałem fabułę, bądź zbyt oszczędnie przemycałem te ważniejsze informacje. Bo, widzisz, ja właśnie starałem się upleść tę "główną" fabułę ze skrawków, rzucanych to, to tam :) Jest histria Roberta, ale też delikatny rozwój świata, który został przedstawiony już w dwóch innych tekstach ;)

 

Dziękuję za opoinię i biorę ją sobie do serca! Zawsze boli, gdy dostaje się po oczach "schematycznością i przewidywalnością", ale tak bywa. Mam jednak nadzieję, że w tych wszystkim są jakieś plusy ;)

Pozdrawiam 

Nie lubisz, gdy powieść ogranicza się do samej akcji. Ja też nie lubię. Niech oszczędność nie oznacza braku głębi. Chodzi mi o konsystencję dodatków, ich ilość, rozmieszczenie. O to, żeby objętość sceny była proporcjonalna do jej wkładu fabularnego. O to, żeby więcej miejsca na opis poświęcać temu, co jest ważne dla intrygi, oraz temu, co chce się uwypuklić. Jeśli w obyczajach ma swoje uzasadnienie decyzja, którą podjął bohater, należy opisać obyczaje. Jeżeli topologia lasu wpłynęła na to, jak bohater uniknął niebezpieczeństwa, należy opisać las. Jeżeli chce się uwypuklić emocje bohatera --- być może --- odpowiednie będzie wniknięcie do jego głowy.

Podejście takie, że widzę bohatera i próbuję odmalować wszystko naokoło niego i w nim na dokładkę, musi prowadzić do nadmiaru słów. Nie mówię, że tak robisz na całej ciągłości. Ty sam wiesz, co i jak robisz. Po prostu wydaje mi się, że tekst mógłby zajmować mniej miejsca i wcale a wcale po porównaniu nie sprawiać wrażenia płytszego.

Moją opinię na temat rozwiązań fabularnych znasz, bo wyraziłem ją nader dosadnie :P Mam podobną na temat kilku bestsellerów, tak na marginesie :)

Również pozdrawiam

Cóż, zdaję się sobie sprawę, że czasami może troszkę przesadzam z ilością informacji, ale taki styl mi się podoba. To rzecz jasna tylko próba literacka, pomyślana bardziej jako tekst, który ma pomóc w ćwiczeniu zarówno stylu, jak i warsztatu, a przy okazji snuciu opowieści o pewnej postaci, co do której mam jeszcze plany. Na pewno nie jest to ostateczna wersja tego opowiadania. Jak tylko nabiorę do niego odpowiednio dużego dystansu, zabiorę się za skracanie pewnych fragmentów, ale to piosnka przyszłości :)

 

W każdym razie dziękuję za pochylenie się nad moim tekstem, poprawki i krytykę, która dała mi do myślenia oraz potwierdziła pewne przypuszczenia. Pisząc kolejny tekst narzucę sobie ograniczenia, aby całość nie rozwlekła się za bardzo.

 

Szkoda tylko, że "W ogniu zrodzony" doczekał się tak nikłego odzewu. Mam jeszcze niewielką nadzieję, że kilku śmiałków zmierzy się z tym tekstem.

 

Pozdrawiam serdecznie

Przeczytałam. Nie wytknęłam błędów, bo zrobił to Julius Fjord. Nie zauważyłam, że nie do końca to uczynił, ale już nie będę wracać. Jeśli jednak bardzo Ci zależy, to przeczytam ponownie.

Mam tak, że kiedy zabieram się za coś wieloczęściowego, kończę czytanie na ostatniej kropce, ostatniego fragmentu. Chyba, że jakiś gniot straszliwy się trafi, mąk mi strasznych dostarczający. Wtedy ważniejsze jest moje dobre samopoczucie. W przypadku Twojego opowiadania, ostatnim widokiem, który zobaczą moje piękne oczy ;), będzie kropka kończąca piątą część.

Pozdrawiam.   

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Chyba będziesz jedyną czytelniczką, która dotrwa do owej ostatniej kropki, więc tym bardziej doceniam Twój wysiłek!
Mam też nadzieję, że tekst przypadł Ci do gustu na tyle, że te Twoje piękne oczy za bardzo nie ucierpią na nocnym czytaniu :P Wydaje mi się też, że ostatnie rozdziały wraz z epilogiem dostarczają najwięcej wrażeń, zaskoczeń i przyjemności z lektury - więc wszystko, co najlepsze, jeszcze przed Tobą :)

Pozdrawiam serdecznie

"Spodziewał się łez, ale ogień wypalił je wszystkie prawie rok temu.

Mroźny wiatr świsnął złowróżbnie między wciąż nagimi koronami drzew. Choć zima dobiegła już końca, wiosna jeszcze nie zdążyła rozgościć się na wyspach Słodkiego Morza."

Błąd logiczny. W części pierwszej jest jesień, a tutaj zima dobiega końca. Jak na moje to albo pół roku minęło, albo już cały rok i opisujesz kolejną zime.

 

"Rodzice stali w głębokim cieniu, przy zasłoniętych oknach, zwróceni do niego plecami."

"Trup ojca nie miał obu nóg aż do kolan, więc klęczał, opierając się na sczerniałych rękach."

To klęczał czy stał?

 

Apropo końcówki drugiej części, myślę, że konie z napadniętego wozu uciekłyby, gdzie pieprz rośnie, gdyby ktoś żywcem palił ludzi. Taka ich natura.

 

 

Musiałbym sprawdzić, jak to sobie wymyśliłem, a teraz nie mam dostępu do zeszytu z notatkami, ale jeśli dobrze pamiętam, to minęło właśnie coś około roku - wiem, że zwróciłem na to uwagę.

Klęczał, klęczał, mój błąd.

Konie wciąż były zaprzęgnięte do wozu, mogły być niespokojne, ale raczej nie ruszyłyby w ogień, dopóki ten za bardzo się do nich nie zbliżył :) 

Jestem w trakcie czytania, ale - musze przyznac - mam mieszane uczucia. Wiecej napisze, jak skoncze.

Pozdrawiam

I po co to było?

Nowa Fantastyka