- Opowiadanie: Monsun - Arthroos

Arthroos

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Arthroos

Słoń­ce nie­mi­ło­sier­nie pa­li­ło go w po­wie­ki. Iry­to­wa­ło to tym bar­dziej, że ból roz­sa­dzał mu głowę. Z ję­kiem prze­wró­cił się na bok, za­kry­wa­jąc głowę rę­ka­mi, gby tuż obok usły­szał gło­śne chrap­nię­cie, które od­bi­ło mu się echem w my­ślach. Od razu otrzeź­wiał. Ze­rwał się na równe nogi, ale za­krę­ci­ło mu się w gło­wie i w mało ele­ganc­ki spo­sób znów opadł na zie­mię. Spoj­rzał na stwo­rze­nie smacz­nie śpią­ce obok niego.

 

Smok.

Ele­dril…

Imię po­ja­wi­ło się w jego umy­śle nie­mal na­tych­miast. Pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć wczo­raj­szy dzień, ale od razu oku­pił to bólem głowy. Zi­ry­to­wa­ła go dziu­ra w pa­mię­ci, bo miał o czymś pa­mię­tać, ale za nic w świe­cie nie ko­ja­rzył o co cho­dzi.

– Ucie­kłeś z domu– usły­szał w gło­wie.

Wzdry­gnął się i spoj­rzał na smoka. Miał lekko uchy­lo­ne lewe oko i pa­trzył na niego bez mru­gnię­cia. Po chwi­li oko się za­mknę­ło, a smok wes­tchnął i prze­cią­gnął się. Otwo­rzył sze­ro­ko po­dłuż­ną pasz­czę z ma­ły­mi ząb­ka­mi. Był wiel­ko­ści kota, zie­lo­ne łuski po­ły­ski­wa­ły sre­brzy­ście w pro­mie­niach słoń­ca. Pa­zu­ry małej be­stii wy­glą­da­ły na bar­dzo ostre i śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ne. Skrzy­dła spra­wia­ły wra­że­nie kru­chych, zu­peł­nie jakby naj­mniej­szy po­wiew wia­tru miał je po­ła­mać na ka­wa­łecz­ki.

Nie­spo­dzie­wa­nie smok wy­sta­wił język na wierzch. Chło­pak zo­rien­to­wał się, że smok pa­trzy na niego spoj­rze­niem bar­dzo prze­ni­kli­wym. Za­wsty­dził się i od­wró­cił wzrok od stwo­rze­nia.

 

Ar­th­ro­os. Tak miał na imię. Szczu­pły trzy­na­sto­la­tek był bar­dzo nie­śmia­ły i skry­ty. Ce­cho­wa­ła go ma­ło­mów­ność. Tak na­praw­dę nie­wie­le osób w wio­sce sły­sza­ło jego głos, a kon­se­kwen­cją tego była sze­ro­ko ogło­szo­na plot­ka ja­ko­by był nie­mo­wą. Praw­dę po­wie­dziaw­szy to nawet go to za­do­wa­la­ło, nie był zmu­szo­ny mówić. Wolał ciszę. I lubił las. W grun­cie rze­czy to był jego dom, tam nie mu­siał ni­cze­go uda­wać. Był sobą.

Miał ro­dzi­nę, ale nie umiał ich po­ko­chać, choć pró­bo­wał.

Jego oj­ciec Torak był wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­nym z życia zło­śli­wym czło­wie­kiem. Upo­ka­rza­nie Ar­th­ro­osa spra­wia­ło mu przy­jem­ność. Dzień bez zło­śli­wo­ści lub bicia go był dla To­ra­ka stra­co­nym dniem. Ob­wi­niał swego syna o każde nie­po­wo­dze­nie. Ina­czej wy­obra­żał sobie swo­je­go syna. Nie za­to­pio­ne­go w chmu­rach dzie­cia­ka, który opo­wia­da o nie­stwo­rzo­nych isto­tach miesz­ka­ją­cych w lesie, któ­rych nikt nigdy nie wi­dział. Ar­th­ros na­uczył się z cza­sem mil­czeć, a to dzia­ła­ło na To­ra­ka jak płach­ta na byka. Cza­sem ża­ło­wał, że Ar­th­ro­os się uro­dził.

Matka Tuuli była cicha i pod­da­wa­ła się woli To­ra­ka. Każde jego słowo było dla niej świę­to­ścią. Jej po­ko­ra wy­ni­ka­ła głów­nie ze stra­chu przed To­ra­kiem, nie chcia­ła by jego gniew ob­ró­cił się ku niej.

Mieli dwóch synów i córkę. Naj­star­szy Sveng był jed­nym z naj­więk­szych oko­licz­nych go­spo­da­rzy. Szyb­ko prze­stał uzna­wać To­ra­ka i Tuuli za ro­dzi­nę. Byli zbyt bied­ni, aby jego duma ka­za­ła się do nich przy­zna­wać.

Córka Li­lith była na­praw­dę uro­czą dziew­czy­ną. Za­wra­ca­ła w gło­wach wszyst­kim mło­dzień­com w oko­li­cy. Chcąc odejść z domu wcze­śniej szyb­ko wy­szła za mąż. Nie­zbyt szczę­śli­wie,ale cie­szy­ła się skry­cie z tego, że jest da­le­ko od ro­dzi­ny.

Naj­młod­szy był Ar­th­ro­os. Nigdy nie po­ka­zał cier­pie­nia. Uda­wał bar­dzo do­brze, że drwi­ny ró­wie­śni­ków nic go nie wzru­sza­ją. Nie po­zwa­lał sobie na oka­zy­wa­nie ja­kiej­kol­wiek emo­cji.

 

To co po­wie­dział smok Ele­dril miało sens. Nie był w sta­nie dłu­żej uda­wać i dawać sobą po­mia­tać.

– My­śla­łeś co ze sobą teraz zro­bisz?– za­py­tał Ele­dril.

– Nie– od­burk­nął Ar­th­ro­os.

– Wiesz gdzie bę­dziesz spać?

– Nie.

– Wiesz gdzie pój­dziesz?

– Nie.

– Czy jest coś co wiesz? Chyba nie prze­my­śla­łeś sobie de­cy­zji o uciecz­ce. Naj­pierw trze­ba tro­chę po­my­śleć. Uwierz,to nie boli – za­drwił smok.

– Och, za­mknij się wresz­cie! – wrza­snął Ar­th­ro­os i ze­rwał się gwał­tow­nie na nogi zły. Od­szedł szyb­ko kilka kro­ków w las.

– Na twoim miej­scu bym się nie od­da­lał w tym kie­run­ku. Patrz pod nogi, bo bę­dziesz mieć pewne nie­przy­jem­no­ści. -Do­bie­gły go słowa Ele­dri­la.

Ar­th­ro­os po­sta­no­wił go zi­gno­ro­wać. Iry­to­wał go ten smok. Czemu mu­siał się do niego przy­plą­tać? Jakby było mało ludzi do­oko­ła. Nie­znacz­nie przy­spie­szył tempo mar­szu. Uchy­lił się przed nisko zwie­sza­ją­cy­mi się ga­łę­zia­mi. Nikt go nie bę­dzie po­uczać, a już na pewno nie ja­kieś zwie­rzę, które go nie zna. Ma swój rozum, wie co robić. Po­ra­dzi sobie sam. Prze­sko­czył przez zwa­lo­ny pień…

– Aaaaa…

Nogi Ar­th­ro­osa tra­fi­ły w próż­nię. Prze­wró­cił się gwał­tow­nie na brzuch na zbo­cze usia­ne ka­mie­nia­mi. Sta­czał się w dół z coraz więk­szym pędem ku stru­my­ko­wi z ka­mie­ni­stym dnem. Roz­pacz­li­wie pró­bo­wał uchwy­cić się licz­nych kęp gę­stej trawy, ale wy­my­ka­ła mu się z rąk. Łzy za­czę­ły mu pły­nąć z oczu, gdy przez przy­pa­dek na­sy­pał sobie pia­sku w oczy. W końcu wy­lą­do­wał po­obi­ja­ny w stru­my­ku, ude­rza­jąc głową o ka­mień. Po­ciem­nia­ło mu w oczach.

 

– Po­wie­dzia­łem patrz pod nogi. Któ­re­go wy­ra­zu nie zro­zu­mia­łeś? – do­biegł go głos tuż przy uchu.

Ar­th­ro­os z wy­sił­kiem otwo­rzył oczy,czu­jąc okrop­ny ból głowy. Z ję­kiem uniósł głowę i wy­czuł ręką z tyłu głowy gi­gan­tycz­ne­go guza. Odjął rękę i spoj­rzał na nią. Była we krwi. Pa­trzył na nią zdu­mio­ny przez mi­nu­tę, po czym za­mknął oczy i opu­ścił głowę, po­now­nie ude­rza­jąc się w bo­lą­ce miej­sce. Wydał z sie­bie zdu­szo­ny okrzyk.

– Nie grze­szysz mą­dro­ścią.

Ar­th­ro­os po­now­nie otwo­rzył oczy. Z ję­kiem prze­wró­cił się na bok, wpa­da­jąc do lo­do­wa­tej wody, co go otrzeź­wi­ło. Mo­men­tal­nie usiadł i ro­zej­rzał się do­oko­ła. Zo­ba­czył zbo­czę z któ­re­go się sto­czył, lecz wy­da­wa­ło mu się zbyt stro­me, żeby w jego obec­nym sta­nie mógł się na nie wspiąć. Spoj­rzał w lewo. Chwi­lę po­roz­my­ślał i wstał. Chwiej­nie ru­szył w tym kie­run­ku. Szyb­ko uznał, że le­piej zejść z ka­mie­ni. Prze­szedł na ro­sną­cą nie­da­le­ko trawę. Wąwóz był coraz bar­dziej stro­my, za­kre­cął się co kilka me­trów. Za­czę­ły się po­ja­wiać pierw­sze krza­ki. Ar­th­ro­os po­sta­no­wił po­le­żeć chwi­lę w cie­niu.

Uło­żył się wy­god­nie, słu­cha­jąc szme­ru stru­my­ka i we­so­łych tre­lów stad­ka wró­bli bu­szu­ją­cych po dru­giej stro­nie wą­wo­zu.

Po kilku chwi­lach Ele­dril do­tarł do niego i po­ło­żył się obok w głę­bo­kim wes­tchnię­ciem. Żaden z nich nie prze­rwał pa­nu­ją­ce­go mię­dzy nimi mil­cze­nia. Mi­ja­ły mi­nu­ty.

Ar­th­ro­oso­wi za­bur­cza­ło w brzu­chu. Przy­pa­try­wał się smo­ko­wi. Ele­dril wpa­try­wał się in­ten­syw­nie w stad­ko wró­bli, jego długi ogon drgał ner­wo­wo. Nagle smok rzu­cił się bar­dzo szyb­ko w ich stro­nę ła­piąc jed­ne­go z nich. Wró­cił z wró­blem do Ar­th­ro­osa. Za­czął gryźć wró­bla. Gdy zjadł go, wpa­trzył się ła­ko­mie w resz­tę stada. W ten spo­sób zła­pał jesz­cze dwa ptaki. Po wszyst­kim roz­ło­żył się za­do­wo­lo­ny w tra­wie. Po­czuł na sobie spoj­rze­nie Ar­th­ro­osa. Po­pa­trzył na niego i rzekł:

– Jesz­cze dużo ich zo­sta­ło. Po­czę­stuj się.

– Nie jem wró­bli.

– Są na­praw­dę dobre. So­czy­ste, mięk­kie. Roz­pły­wa­ją się w ustach. Po­wi­nie­neś ich spró­bo­wać. Nie po­ża­łu­jesz. Na­praw­dę nie krę­puj się.

Ar­th­ro­oso­wi ślina na­pły­nę­ła do ust, znów za­bur­cza­ło mu w brzu­chu. Od­parł z god­no­ścią:

– Nie dzię­ku­ję. Zjem coś in­ne­go.

– Twoja stra­ta. Mam na­dzie­ję, że zmie­nisz zda­nie i spró­bu­jesz tych sy­cą­cych ką­sków– wy­szcze­rzył się Ele­dril gła­dząc swój wzdę­ty brzuch jed­nym pa­zu­rem.

Ar­th­ro­os od­wró­cił wzrok. Ro­zej­rzał się, ale nie zo­ba­czył żad­nych jagód czy grzy­bów. Wstał i pod­szedł z na­dzie­ją do stru­mie­nia, ale stru­mień był tak mały i płyt­ki, że nie było tam ryb. Ar­th­ro­os chwi­lę po­my­ślał, po czym ru­szył przed sie­bie. Wąwóz ogar­nął cień, za­czy­na­ło zmierz­chać. Przed sobą uj­rze­li ścież­kę. Za­czę­ły się po­ja­wiać drze­wa. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach skoń­czył się wąwóz a za­czął młody las. Nie scho­dzi­li ze ścież­ki. Ar­th­ro­os nie­świa­do­mie przy­spie­szył czu­jąc ssa­nie w brzu­chu. Ścież­ka wiła się wśród drzew tak, że Ar­th­ro­os szyb­ko stra­cił orien­ta­cję gdzie idzie. Tak bar­dzo był sku­pio­ny na gło­dzie, że szyb­ko zi­gno­ro­wał uczu­cie za­nie­po­ko­je­nia. Po upły­wie go­dzi­ny nadal krą­żył po lesie.

Już miał za­cząć pa­ni­ko­wać, gdy uj­rzał ka­wa­łek drogi przed sobą prze­świt mię­dzy drze­wa­mi. Ru­szył w tamtą stro­nę. Po ko­lej­nym za­krę­cie uj­rze­li przed sobą spo­rej wiel­ko­ści wio­skę. Ar­th­ro­oso­wi serce za­bi­ło z na­dzie­ją i przy­spie­szył kroku. Ele­dril za­trzy­mał się na skra­ju lasu, czego nie za­uwa­żył chło­pak. Zo­rien­to­wał się po do­brej chwi­li, że jest sam. Od­wró­cił się. Smok sie­dział ledwo wi­docz­ny przy drze­wie.

Koniec

Komentarze

Sporo powtórzeń. Nie wymieniłam tu wszystkich, ale to dlatego, że dobrze by było, gdybyś przeczytała cały tekst jeszcze raz i sama poszukała, co jeszcze trzeba poprawić.

 Zirytowała go dziura w pamięci, bo miał o czymś pamiętać

Niespodziewanie smok wystawił język na wierzch. Chłopak zorientował się, że smok patrzy na niego spojrzeniem bardzo przenikliwym.

Obwiniał swego syna o każde niepowodzenie. Inaczej wyobrażał sobie swojego syna.

 Łzy zaczęły mu płynąć z oczu, gdy przez przypadek nasypał sobie piasku w oczy. W końcu wylądował poobijany w strumyku, uderzając głową o kamień. Pociemniało mu w oczach

Arthroos z wysiłkiem otworzył oczy,czując okropny ból głowy. Z jękiem uniósł głowę i wyczuł ręką z tyłu głowy gigantycznego guza. Odjął rękę i spojrzał na nią.

Poza tym interpunkcja. Zwłaszcza w końcowych zdaniach brak wielu przecinków.

Co jeszcze rzuciło mi się w oczy, to '- Aaaaa...' - czy to jest krzyk? Bo jeśli tak, to osobiście uważam, że powinien być zakończony wykrzyknikiem, inaczej brzmi nieco niemrawo, raczej jak wyraz zrozumienia (coś a'la 'achaa') jeśli wiesz, co mam na myśli.

Fabuła... Interesujący charakter smoka (zlośliwiec) plus ładny opis, natomiast o głównym bohaterze niewiele jeszcze wiadomo, poza tym, że jest małomówny i raczej uparty. Ach, no i jak na kogoś, kto nie pokazuje żadnych emocji, dość szybko się złości, chociaż może to kwestia zachowania w stosunku do ludzi, a do smoków. Z całą resztą lepiej poczekam do następnej części, bo do tej pory niewiele się wydarzyło tak naprawdę.

Pozdrawiam.

To prawda, z krótkiego fragmentu niewiele można wywróżyć, ale wydaje mi się, że Autor zamierza "poczęstować" nas historią dość schematyczną. Nie stanowi to przypuszczenie zarzutu --- najbłahszą opowieść można przedstawić w przyjemny dla czytelników sposób.

Częste powtórzenia są zmorą tego tekstu. Ogólnie rzecz biorąc, wykonanie dosyć słabe, widać, że brakuje Ci wprawy. 

Jakaś kontynuacja jest tutaj niezbędna, żeby zaprezentować odbiorcy swój pomysł, gdyż powyższy fragment może stanowić jedynie wprowadzenie do właściwej historii.

Pozdrawiam.

Dziękuję za uwagi. Wiele dla mnie znaczą. Ta część jest nieco nudna, ale dalej będzie ciekawiej.

2.

- Nie idziesz ze mną?

- Jak widać nie idę. Zaczekam tutaj.

- Czemu?

- Nie będę ci się z niczego tłumaczyć- odparł Eledril,po czym obrzucił wzrokiem drzewo przy którym przystanął. Po głębszym zastanowieniu rozłożył skrzydła i podleciał na najbliższą gałąź. Złożył skrzydła i wdrapał się wyżej wbijając pazury głęboko w drzewo. W końcu ukrył się dobrze wśród liści. Zapadła cisza.- No idź już wreszcie. Zaraz przewrócisz się z głodu.

Arthroos jakby ocknął się i ruszył do wioski co chwila oglądając się przez ramię na drzewo ze smokiem. Wszedł między budynki. Drewniane chaty wyglądały bardzo skromnie. Było ich około piętnastu i żadna z nich nie wyróżniała się na tle innych. Arthroos wypatrzył też karczmę. Był to dość spory podłużny budynek obrośnięty wysychającym zielonym bluszczem, do poręczy przed karczmą było przywiązanych pięć koni. Każdy z nich miał założone naprawdę eleganckie siodło. Pierwszy raz w życiu takie widział.

Stanął przed karczmą i się zastanowił. Nie miał pieniędzy,żeby zapłacić za jedzenie. Był bardzo głodny i musiał coś szybko wymyślić. Obszedł karczmę szukając tylnego wyjścia. Stanął przed nimi,zawahał się i po chwili zapukał, potem jeszcze raz. W końcu z donośnym skrzypieniem drzwi otworzyły się. Stała w nich dosyć gruba kobieta w poplamionych ubraniach, włosy wymykały jej się niechlujnie z koka. Arthroos skrzywił się,gdy doleciał do niego zapach dawno mytego ciała. Cofnął się o krok.

- Czego tu szukasz? -zapytała skrzekliwie kobieta.

- Chciałbym coś zjeść.

- Nie karmimy za darmo brudnych i poobdzieranych żebraków- kobieta odwróciła się chcąc zamknąć drzwi.

- Mogę to odpracować. Odpracuję każdy kęs. Proszę. Naprawdę mogę pomóc proszę pani.

Kobieta zatrzymała się i odwróciła do niego twarzą. Chwilę go taksowała wzrokiem,po czym uchyliła drzwi, machnięciem ręki kazała mu wejść. Arthroos niepewnie wszedł. Wzdrygnął się słysząc zamykane drzwi. Rozejrzał się. Był w kuchni, bardzo brudnej. Dookoła piętrzyły się brudne garnki,talerze i kubki. Na podłodze była gruba warstwa kurzu i sporo zepsutych odpadków z talerzy. Cicho pisnął gdy po nodze przebiegł mu duży tłusty szczur. Kobieta zaśmiała się. Złapała go za kołnierz i popchnęła przed siebie. Dała mu do ręki wiadro z wodą i brudną ścierkę,mówiąc:

- Umyj na sali podłogę. Bardzo dokładnie. Jeśli tego nie zrobisz poszczuję cię psami żebraku. Idź już.

Arthroos niepewnie poszedł na salę. Było tak dziesięć stołów,większość pusta. Przy jednym siedziało pięciu eleganckich jegomościów, pili piwo z kufli i głośno przekrzykiwali jeden drugiego. Arthroos zgadł,że to oni byli właścicielami tych koni,które mu się spodobały.

Usłyszał głośne chrząknięcie. Odwrócił się w tamtą stronę i zobaczył kobietę, która trzymała się pod boki i patrzyła na niego groźnie. Arthroos spuścił wzrok i czym prędzej zaczął myć podłogę na kolanach. Podłoga była naprawdę brudna. Zastanawiał się, kiedy ostatnio była myta i czy w ogóle ktoś ją kiedykolwiek mył. Pomyślał, że to będzie cud jeśli ją umyje.

Arthroos naprawdę się starał,ale ssanie w brzuchu bardzo go rozpraszało. Czuł się zawstydzony tym, że musi robić coś takiego, żeby zjeść cokolwiek. Głód jednak zwyciężył nad jego dumą. Z uporem mył podłogę, powoli zbliżając się do pięciu mężczyzn. Gdy już był blisko, wstali od stołu i poszli schodami na górę. Arthroos odetchnął, nie wiedzieć czemu obawiał się ich. Dziwiło go to tym bardziej, że widział ich pierwszy raz na oczy i nic o nich nie wiedział. Jednak szybko wyrzucił ich z umysłu, gdy zauważył zbliżający się koniec jego pracy.

Z ulgą powoli się wyprostował, bolały go plecy i ręce. I był głodny. Wylał brudną wodę przed karczmę i nieśmiało zapukał do drzwi kuchni.

- Czego?- zapytała kobieta.

- Już skończyłem. Dostanę coś do jedzenia?

Kobieta wyszła z kuchni i krytycznie obejrzała wysychającą podłogę.

- No dobrze, chodź ze mną.

Zaprowadziła go do kuchni. Wcisnęła mu w rękę kubek z wodą i kawałek czerstwiejącego chleba.

- Tylko tyle?- zapytał rozczarowany Arthroos.

- A czego się spodziewałeś? Uczty? - odrzekła opryskliwie kobieta.- Jedz to co ci dałam i wynocha stąd jak najszybciej.

Arthroos nie zastanawiał się dłużej. Był tak głodny, że to mu musiało wystarczyć. Zjadł szybko to co dostał, ale nie czuł się najedzony. Kobieta spojrzała na niego, gdy skończył i otworzyła drzwi na zewnątrz.

- Wyjdź.

Arthroos nie ruszył się z miejsca.

- Sam wyjdziesz czy cię wyrzucić?

Arthroos sam wyszedł. Podskoczył, słysząc głośne trzaśnięcie drzwiami tuż za plecami. Rozejrzał się dookoła, była już noc. Gwiazdy mrugały wesoło na ciemnym niebie. Chwilę w nie patrzył niezdecydowany co robić. Z ociąganiem ruszył w stronę drzewa ze smokiem. Parę razy się potknął, bo nic nie widział i niezbyt dobrze znał drogę. Ostrożnie dotarł do smoka.

- Długo to trwało. Musisz być bardzo syty. Mam nadzieję,że smakowało ci. Życzę miłych snów- rozległ się głos z drzewa.

Arthroos postanowił przemilczeć uwagę o jedzeniu i powiedział:

- Gdzie niby spać?

- Gdziekolwiek tylko sobie zażyczysz. Ja już śpię.

- Gadasz cały czas- mruknął chłopak. Rozglądał się chwilę i w końcu położył się z rezygnacją pod drzewem.

Zwinął się w kłębek i starał się zasnąć, ignorując hałasujące zwierzęta. Już odpływał w sen, gdy niespodziewanie coś szurnęło koło jego głowy. Chłopak nie do końca przytomny machnął w tamtą stronę ręką i po chwili poderwał się z wrzaskiem, gdy wbił ją w przechodzącego jeża.

Łzy zaczęły mu płynąć ciurkiem z oczu.

- Booli... - szlochał głośno.

- Ucisz się wreszcie- dobiegło go z drzewa.- Próbuję spać. Następnym razem uważaj co robisz. Kto ci kazał machać rękami przez sen? Jeśli przez ciebie jutro wstanę niewyspany uwierz mi, że tego pożałujesz. Nie ma nic gorszego niż wściekły smok.

Arthroos zacisnął wargi, aby nie wydobył się z jego ust ani jeden dźwięk, który mógłby rozzłościć Eledrila. Nie zastanawiając się długo odszedł głębiej w las. Parę razy potknął się o kamienie i korzenie drzew. Łzy powoli przestawały mu płynąć z oczu. Ręka boleśnie go piekła. Miał wrażenie, że jest gorąca i spuchnięta. W końcu dał za wygraną i opadł na gęste paprocie. Chwilę się powiercił próbując znaleźć dobrą pozycję do snu. Boląca ręka trochę utrudniała mu zaśnięcie, ale zmęczenie w końcu przeważyło i zasnął.

Przedziwna opowiastka – nie dosyć, że fatalnie napisana i pozbawiona zakończenia, to jeszcze częściowo zamieszczona w komentarzu. Nad wyraz to osobliwe.

Spodobał mi się mały smok.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To raczej fragment i niezbyt dobrze napisany. Cóż…

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka