- Opowiadanie: Mieczysław Rawicz - Kilkadziesiąt kroków ku sercu ciemności (KB024)

Kilkadziesiąt kroków ku sercu ciemności (KB024)

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Kilkadziesiąt kroków ku sercu ciemności (KB024)

Pewni ludzie, zwykle tacy, dla których pijacka burda stanowi szczyt wyobrażeń o prawdziwym starciu, lubią mówić o wojennej chwale oraz pięknie pieśni wygrywanej przez stal, rogi i cięciwy łuków. Nie wierzcie im. W rzezi nie ma uroku czy finezji. Miejsce jest tu tylko na ból.

 

 

 

 

Niebo płakało nad duszami poległych, zraszając ich ciała rzęsistym deszczem. Grom rozświetlił firmament. W ferworze walki, piorun wydawał się kolejnym błyskiem zakrwawionego ostrza. Pod murami ogarniętego pożogą miasta, wciąż toczono bitwę. Gdzieś w oddali żałośnie rżał koń, lamentujący nad złamaną nogą. Powietrze przeszył grad zbłąkanych strzał, a kilku jeźdźców wypadło z siodeł, gdy groty przebiły ich trzewia. Nikt nie zwracał uwagi na parę dzieci, pędzących co sił w nogach, środkiem tego niepojętego chaosu. I trzeba przyznać, że sytuacja ta odpowiadała Jandarowi.

 

– Biegnij i nie oglądaj się za siebie – nakazała mu matka, kiedy języki ognia zaczęły tańczyć na słomianych dachach podgrodzia. Jej załzawione oblicze napawało go przestrachem.

 

– Chodź ze mną. – Usiłował zapanować nad łamiącym się głosem. Miał jedenaście lat i jako osoba prawie dorosła nie powinien okazywać słabości. Ale bał się, na wszystkich bogów, bał się.

 

Wsparta na lasce kobieta przecząco pokiwała głową. Kulejąc, nie mogłaby dotrzymać mu kroku, a mimo to…

 

– Biegnij!

 

Chłopiec parł więc naprzód, a Lerja podążała za nim. Córkę młynarza znalazł wczepioną w truchło ojca. Nie mógł zostawić jej na pastwę losu, pośród łupionych domostw, mordowanych mężczyzn i gwałconych kobiet, z czego zresztą niewiele rozumiał. Wiedział jednak wystarczająco dużo, by pojąć, iż dzieją się tam rzeczy niedobre i Lerję należy zabrać ze sobą.

 

Jandar wraz z towarzyszką zdołał wkrótce wydostać się z pola bitwy. Prowadzony nieomylnym palcem przypadku, mknął ku podnóżu pobliskiej góry. Zziajany, dotarł wreszcie do obiecującej bezpieczne schronienie jaskini. Niby wrota do wnętrza świata, stała otworem.

 

– Zaczekajmy tam – rzekł chłopak, wskazując na grotę. – Nie wejdziemy zbyt głęboko. Kilkadziesiąt kroków i już.

 

Mrok napierał na dwójkę wędrowców ze wszystkich stron. Ich wzrok stopniowo przyzwyczajał się do braku światła. Niespodziewanie, usłyszeli niepokojący odgłos. Warknięcie? Zimny dreszcz przerażenia przebiegł wzdłuż dziecięcych pleców. Z ciemności wyłonił się smok o pękatym cielsku. Wizerunkiem zastygłego w bojowej pozie gada ozdobiono dębową tarczę, ściskaną przez widmową postać, przycupniętą w ciemności. Świst opadającego miecza rozdarł ciszę. Broń po rękojeść zatopiła się w szyi Lerji. Nieludzki wrzask mordowanej rozbrzmiał i ucichł w przeciągu uderzenia serca. Jandar również krzyknął, lecz nie potrafił uczynić nic więcej. Mimo usilnych starań, sparaliżowane strachem nogi za nic nie chciały drgnąć.

 

– Nie – wychrypiał mężczyzna, odpowiedzialny za śmiertelny cios. – Dzieci…

 

Oręż wypadł mu z ręki. Zadźwięczał metaliczny brzdęk. Chłopiec dojrzał obraz okropniejszy od mitycznych stworów. Rosły człek o ostrych rysach umierał. Świadczyły o tym jelita, wylewające się z jego brzucha. Rycerz bezskutecznie próbował wepchnąć je z powrotem na stare miejsce. Młodzik zgięty wpół zwymiotował.

 

– Nie chciałem. Naprawdę. Ja… Ja uciekłem. Jestem ranny. Nie chciałem zginąć, ale jest za późno. Wiem to. Czuję to. Potworne zimno nie chce dać mi spokoju – mamrotał wojak.

 

Cisza.

 

– Wojna niszczy człowieka. Patrzyłem na śmierć brata, zabijałem, chociaż nie wiem nawet w czyje imię. Nigdy, przenigdy nie chwytaj się miecza. Nie warto. Ja zrozumiałem to zbyt późno i zobacz jak marnie skończyłem – mówił.

 

Jandar otarł z warg resztki rzygowin. Zapragnął znaleźć się daleko od dziwacznego mężczyzny, którego nazwał w duchu Smoczym Rycerzem. Ruszył ku wyjściu.

 

– Zaczekaj. Nie możesz mnie tu zostawić. Łaski. Proszę o dar łaski. Dobij mnie. Dość mam cierpienia. Zrobiłbym to sam, ale nie jestem w stanie. Proszę.

 

Dzieciak zatrzymał się. Zawrócił.

 

– Dobrze.

 

Rycerz wlepił w chłopca spojrzenie błyszczących gorączką oczu. Podniósł miecz, nakierował go na swą pierś, po czym podał rozmówcy rękojeścią do przodu.

 

– Pamiętaj, wbij szybko i przekręć. – Poruszył nadgarstkiem, demonstrując co miał na myśli.

 

Jandar uniósł ostrze, przykładając je we wskazane miejsce. Zerknął przelotnie na konającego mężczyznę, kiwającego głową na znak aprobaty. Niedorostek zrobił, co mu kazano. Obserwował jak życie wypływa z groźnej twarzy i uczuł ulgę. A potem natychmiast zerwał się do biegu. Chciał opuścić te przeklęte podziemia, przerażające jeszcze bardziej od płonącej chaty, gdzie zostawił matkę. Miał nadzieję zostawić dwa trupy za sobą, pogrzebać je na zawsze na śmietnisku niepamięci.

 

 

 

 

Słowa Smoczego Rycerza odniosły pożądany skutek. Jandar nigdy nie sięgnął po broń i nie wziął udziału w żadnej potyczce. Choć, prawdę mówiąc, przypisać należy to raczej okolicznościom innym niż zdroworozsądkowe myślenie. Niebagatelną rolę odegrał tu sufit jaskini, który z przypominającym ryk bestii łoskotem, zawalił się wprost na głowę chłopca, próbującego uciec na zewnątrz.

Koniec

Komentarze

Nie podoba mi się puenta z tym sufitem. Psuje efekt. Gdybyś zostawił jedynie informację, że nigdy nie chycił za miecz i unikał bójek, to morał miałby sens. A tak wychodzi pseudokomiczny żart, na siłę zaskakujący i nie pasujący do wymowy tekstu.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Technicznie dobrze, poza tym: truchło martwego ojca -- skoro truchło, to wiadomo, że martwy. No i zdaje się, że truchło odnosi się tylko do zwierząt.

Gorzej jednak fabularnie. Właściwie nie mogłem doszukać się jakiegoś sensu w tym opowiadaniu. Kto atakuje miasto? Kim był facet w jaskini? Ta scena jest zresztą absurdalna. No i ta niby puenta...

Mnie się spodobało. Całkiem ciekawy opis (chociaż może trochę abstrakcyjny) dziecka w bitewnej zawierusze. Jednak jak zauważył Fasoletti - zawalenie sufitu na koniec opowiadania niszczy cały efekt. A tak z tym pouczeniem, niechwytaniem za miecz... byłoby dobrze zostawić to niewyjaśnione. Tak czy inaczej podoba mi się.

Mam mocne podejrzenie, że śmiałam się nie w tych momentach, w których powinnam. Ogólnie tekst patetyczny i miałki.

www.herbatkauheleny.pl

Witaj!

 

Jest w porządku aż do sceny rozgrywającej się w jaskini. Od tego momentu powinieneś, Autorze napisać tekst raz jeszcze, bo patos i brak realizmu w tej scenie zabijają skuteczniej niż miecz Smoczego Rycerza. Między osobami, które wspólnie radzą sobie z zagrożeniem i unikają śmierci rodzi się więź. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić jedenastoletniego chłopca konwersującego w ten sposób z umierającym rycerzem, którzy przed chwilą niemal zdekapitował jego towarzyszkę. Poza tym wyszło na siłę moralizatorsko. Niefajnie po prostu. No i puenta z sufitem jaskini jest "z pupy".

 

Pozdrawiam

Naviedzony

Ciekawie. Z tym, że "pewni ludzie" na początku zdania to brzydka nowomowa. Zaczęłabym od "niektórzy ludzie" i myślę, że byłoby git.

Poza tym podobało mi się.

Takie sobie. Za dużo moralizatorstwa jak na mój gust, a puenta wzięta dosłownie z sufitu.

 

Pozdrawiam.

Nowa Fantastyka